Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 449 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Balzakiana - Jacek Dehnel

Balzakiana, nowa książka Jacka Dehnela, to zbiór czterech minipowieści, zainspirowanych pisarstwem autora Komedii ludzkiej. Tematem tych historii są ludzkie tęsknoty, żądze i resentymenty, tłem zaś burzliwie zmieniająca się Polska kilku ostatnich dekad.

Czy małżeństwo nadal bywa transakcją handlową? Jak zbić fortunę w dworcowym punkcie gastronomiczny i jak dać się z niej ograbić „zaradnej” rodzinie? Czy dobrymi manierami można zarobić na życie, a próżna artystka, marząca o powrocie na estradę, musi paść łupem cynicznego oszusta? Dehnel bezlitośnie obnaża ludzkie słabości, ale też pochyla się nad swoimi bohaterami z czułością. Nad bogaczami bez klasy i biedakami z klasą, a także nad tymi, którym nie brakuje niczego. Oprowadza przez warszawskie i gdańskie zaułki, zagląda do kawiarni i mieszkań, w których toczą się towarzyskie gry i rozgrywają rodzinne dramaty.

Bogactwo charakterów, błyskotliwy dowcip i szeroka panorama społeczna sprawiają, że Balzakiana to psychologiczno-obyczajowy majstersztyk. Ludzka natura niechętnie podlega zmianom, zdaje się mówić Dehnel. Żądza zysku i sławy pchają nas dziś do działania tak samo jak w czasach wielkiego Balzaka.

Z recenzji poprzednich książek:

W wypadku Jacka Dehnela mamy do czynienia z kimś zupełnie niezależnym od obowiązującej obecnie mody.

Czesław Miłosz

Dotychczasowym dorobkiem Jacek Dehnel mógłby obdzielić kilku mniej pracowitych i mniej przez los obdarowanych kolegów.

Jan Zieliński, Rzeczpospolita

Tą książką autor w imponującym stylu dołącza do grona najciekawszych polskich prozaików. Dojrzała, a przy tym – co nie tak znów częste – bardzo zabawna proza.

Aleksander Kaczorowski, Polityka

Dehnel znakomicie panuje nad materią powieści. Nie dość że obdarzony jest wspaniałym instynktem pisarskim, pozwalającym na wybranie z opowieści familijnych tego, co najciekawsze dla niespokrewnionego słuchacza, to jeszcze potrafi na swój sposób przeinterpretować literacką tradycję.

Marta Mizuro, onet.pl

Proza intensywna i przykuwająca uwagę.

STAR-Magazin

Dehnel opowiada po prostu wspaniale.

Celebrity

Proza dowcipna i zwięzła. Piękny debiut.

Freundin

Opinie o ebooku Balzakiana - Jacek Dehnel

Fragment ebooka Balzakiana - Jacek Dehnel

… w serii ukazały się…

Lidia AmejkoŻywoty świętych osiedlowychDawid BieńkowskiNicDawid BieńkowskiBiało-czerwonyJacek DehnelLalaJacek DehnelRynek w SmyrnieIzabela FilipiakMagiczne oko. Opowiadania zebraneManuela GretkowskaMy zdies' emigrantyManuela GretkowskaKabaret metafizyczny

Manuela GretkowskaTarot paryskiManuela GretkowskaPodręcznik do ludzi

Manuela GretkowskaNamiętnikHenryk GrynbergDrohobycz, DrohobyczMariusz GrzebalskiCzłowiek, który biegnie przez lasMarek KochanPlac zabawWłodzimierz KowalewskiŚwiatło i lękWłodzimierz KowalewskiExcentrycyWojciech KuczokGnójWojciech KuczokWidmokrągWojciech KuczokOpowieści przebraneWojciech KuczokSennośćMarian MarzyńskiSennik polsko-żydowskiJarosław MaślanekHaszyszopenkiTomasz PiątekPałac OstrogskichJanusz RudnickiMój WehrmachtJanusz RudnickiChodźcie, idziemySławomir ShutyZwałSławomir ShutyCukier w normie z ekstrabonusemSławomir ShutyRuchyMariusz SieniewiczCzwarte nieboMariusz SieniewiczŻydówek nie obsługujemyMariusz SieniewiczRebeliaMarek SobólMojryJerzy SosnowskiPrąd zatokowyWojciech StammCzarna MatkaMagdalena TulliW czerwieniMagdalena TulliSny i kamienieMagdalena TulliTrybyMagdalena TulliSkazaWitold WedeckiCzarne rondo

…archipelagi…

Jacek Dehnel Balzakiana

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINY

Tam, gdzie zaczyna się wolski odcinek alei Solidarności, niemal na skrzyżowaniu z Jana Pawła, stoi jeden z tych monolitycznych budynków, jakie budowano w Warszawie tuż po wojnie na gruzach dziewiętnastowiecznych kamienic: ciężki, flankowany z każdego końca płaskim ryzalitem, ozdobiony wreszcie – choć wątpliwa to ozdoba – masywnymi, niezgrabnymi pilastrami, które miały stwarzać wrażenie, że lud pracujący miast zamieszkał w pałacach, kiedyś dostępnych tylko krwiopijczym burżujom. Wprawdzie pokoje były małe, szerokie najdalej na dwa okna, ale i tak przecież wyższe i przestronniejsze niż gomułkowskie klitki z ciemną kuchnią, które zaczęto budować kilkanaście lat później. Fasada, jak większość fasad socrealistycznych domów w centrum Warszawy, była jednolicie szarobura. Tylko szyldy sklepów na parterze i balkony wnosiły trochę koloru w tę ponurą płaszczyznę, równomiernie podzieloną szeregami okien. Kiedyś przez szczebelki balustrad przeplatano szerokie pasy zielonego, żółtego i szafirowego plastiku – od niedawna, jak wszędzie, balkony obwieszano wiosną skrzynkami petunii, begonii i aksamitek, które – ładne i niedrogie – wyparły dawne pojedyncze doniczki z pelargoniami i trzykrotkami, wstawiane w plecione makramy albo w obręcze zdobne metaloplastycznie.

W deszczowy kwietniowy poranek, tuż przed piątą, jakiś chłopak w bojówkach i bluzie z kapturem schronił się pod markizą butiku Mariza po przeciwnej stronie jezdni i przyglądał się z entuzjazmem archeologa zapuszczonemu zabytkowi z czasów przewodniej roli, pochodów pierwszomajowych i tropienia zaplutych karłów reakcji. Bo też każde piętro na inny sposób cieszyło oko miłośnika oldskulu: na trzecim dwa balkony zabito deskami, bo groziły oberwaniem, na drugim wystawiono całą kolekcję gratów, za które niejeden dałby się pokroić: pordzewiałą pralkę „Frania” z obitą emalią, wyglądającą spod plandeki szafkę pod telewizor, niegdyś na wysoki połysk, fragment meblościanki. Jeśli to stało na balkonie, to co właściciel trzymał w piwnicy? Pewnie całe pudła nabojów do syfonów, zastawę Społem, telewizor Rubin, adapter Bambino i inne cymesy. Między środkowymi oknami pierwszego piętra umieszczono relief z robotnikami, podobny nieco do tych, które jakieś dziesięć lat temu skuto ze ścian burzonego kina Moskwa, albo do tych, które niedawno z wielką pieczołowitością odrestaurowano w pasażu schodów ruchomych przy Trasie W-Z. Przez szyby widać było obfite firany z maszynowej koronki, kryjące tajemnice mieszkania przed wzrokiem przechodniów.

Czasem chłopak w bojówkach, znużony wpatrywaniem się w okna na pierwszym piętrze, opuszczał wzrok i uśmiechał się na widok sklepowych wystaw – bo rzeczywiście było to zbiorowisko przedmiotów dość pociesznych. Szeroki szyld, ciągnący się przez całą szerokość sklepu, malowano już tyle razy, że kolejne warstwy przezierały spod spodu jak ziemista cera polityka przeziera spod pudru i podkładu na wyborczym billboardzie. Po obu stronach długiego napisu jakiś pacykarz po Kursie Oprawy Plastycznej Wystaw Placówek Handlowych wymalował olejną dwa arcydzieła: z lewej tłustą, różowiutką świnię w białym fartuchu, ostrzącą na osełce rzeźnicki nóż, z prawej natomiast uśmiechniętą owcę, prezentującą klientom belę – wełnianego, można przypuszczać – materiału. Kolejne przemalówki na szczęście omijały postaci obu zwierząt; najwyraźniej właściciel doceniał ich znaczenie dla reklamy sklepu. Pośrodku, dużymi literami o kroju, którego przestano używać za rządów Mazowieckiego czy może nawet Rakowskiego, a który teraz powraca już tylko w wystroju modnych klubów, wypisano:

MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINYI z prawej mniejszymi literami:

WłodzimierzŚciepko, dawniej Anatol Dryja

Podobne szyldy spotyka się na dalekiej Pradze oraz w tych miejscowościach, do których nie dotarły jeszcze wielkoformatowe plotery, trzy tysiące czcionek z Worda i kolorowe folie samoprzylepne – gdzieś w Łukowie czy pod Jasłem można się jeszcze natknąć na radosne świńskie ryje, tańczące szpulki i nitki, trzymające się za ręce warzywa czy podskakujące owoce. Ponoć w Łomży do niedawna była jeszcze piekarnia, którą zdobił szeroki fryz z antropomorficznych bułek: część wylegiwała się na leżakach, część śpiewała (co symbolizowały czarne nutki unoszące się nad ich głowami), jeszcze inne grały w tenisa. W występach brały udział również dwu – i trzy-gałkowe lody w waflu.

Chłopak spod butiku Mariza z pewnością nie po to stał na deszczu, żeby zachwycać się świnią z nożem i owcą z belą – wystarczył mu moment, żeby je zapamiętać, zresztą dla pewności pstryknął komórką dwie fotki (z literami MIĘ na pierwszej i NINY na drugiej) i z powrotem założył kaptur, który zdjął tylko na chwilę, żeby lepiej ocenić kadry. Zdjął go znowu, poprawił zaczesane na bok włosy. Sądząc po misternie rozczochranej fryzurze, musiał strzyc się u Czajki albo u kogoś, kto Czajkę podrabiał. Spod bluzy widać było brzeg obcisłej koszulki w offowe nadruki (kupionej w Rastrze na świątecznej wyprzedaży; podobno jeden z nadruków zaprojektował Sasnal). Wracał z pewnością z jakiejś imprezy – bojówki raczej z tych wieczorowych niż roboczych: czerwone obszycia wokół kieszeni, fikuśne patki. Do tego czerwone buty, markowe, ale nieco ubłocone. Widać, że szedł pospiesznie.

Mijały go kolejne nyski, wiozące towary do Hali Mirowskiej: spod plandek widać było skrzynki pomidorów i ogórków, zgrzewki piwa i wody mineralnej, worki ziemniaków i cebuli. Czasem mijał go jakiś nowy, leasingowany van z nadrukami „Osiński i Litwiniec, sprzedaż artykułów spożywczych”, „Bananex”, „A. i J. Chojnaccy hurt detal”, ale na alei Solidarności, tak zawsze ruchliwej, panował jeszcze względny spokój, którego magię zna tylko ten, kto choć raz przechadzał się o tej porze po wyludnionej Warszawie: jazgot tramwajów, warkot silników, cały miejski harmider, przygasłe, powoli się odradzają i narastają jak daleki szum morza w czasie przypływu.

Pod bramą prowadzącą na podwórze przeciwległego domu zatrzymał się spory samochód dostawczy z napisem: UBIORY TKANINY Włodzimierz Ściepko, ze środka wysiadł krótko ostrzyżony facet, odwrócił się, popatrzył na drugą stronę ulicy, odwrócił się z powrotem, pochylił, otworzył kłódkę, podniósł szlaban i wjechał. Za minutę wyszedł z bramy, znowu popatrzył w stronę butiku Mariza i cofnął się, żeby wyładować towar.

Tymczasem od centrum szło dwóch blondynów w taliowanych, britpopowych płaszczach – tak blisko siebie, że z pewnością wracali z Utopii albo, okrężną drogą, z Tomba Tomby; pewnie wszystko wydali na drinki i teraz musieli oszczędzić na taksówce pod jeden z tych ogromnych bloków, które ciągną się już od placu Za Żelazną Bramą, gdzie w gierkowskich mieszkaniach żyją całe tysiące studentów, przemieszanych z Wietnamczykami i sprzątaczkami z Ukrainy; jeden z nich odwrócił się i popatrzył na stojącego na ulicy chłopaka uważnie. Bo i było na co popatrzeć: wielkie czarne oczy pod mocno zarysowanymi, niemal zrośniętymi brwiami, wystające kości policzkowe i zapadnięte policzki, jak u porządnego modela, a do tego jeszcze pełne usta, ale żadne tam poduchy, tylko wargi wykrojone tak wyraźnie, jakby ktoś obrysował je ciemną kredką.

– Hej, marynarzu! – krzyknął śmielszy z blondynów, ale drugi, widać mniej śmiały albo trzeźwiejszy, złapał go za ramię i pociągnął w kierunku ulicy Jana Pawła II.

Facet z firmy W. Ściepko po raz kolejny pojawił się w bramie, przebiegł na drugą stronę przez prawie pustą jezdnię i tory tramwajowe, i zatrzymał się dopiero pod butikiem Mariza.

– Szukasz czegoś, gówniarzu?

– Nie, ja tak tutaj. Do kumpla.

– Do kumpla, do kumpla – prychnął śliną – a kumpel od tych z łomem? Szef dba o kasę i zna odpowiednich ludzi, żeby ją odzyskać, i takie zenki jak ty niech lepiej mu nie podskakują.

– Spokojnie, spokojnie, ja do kumpla, na trzecim mieszka.

– Spokojnie jak na wojnie – powiedział pracownik Ściepko Włodzimierza, odwrócił się i pobiegł przez coraz mniej pustą jezdnię.

Po chwili coś nagle huknęło, jakby na chodniku wybuchł mały granat, tak że chłopak spod butiku podskoczył i krzyknął. W bramie po drugiej stronie pokazało się dwóch rechocących kumpli tamtego. I tamten we własnej osobie, który zdążył już przebiec przez jezdnie i tory i groził mu palcem, jakby chciał powiedzieć „Teraz są petardy, ale będzie ostrzej, synuś”.

Wreszcie na pierwszym piętrze, w oknie koło reliefu z hutnikiem, firany się rozsunęły i ktoś machnął ręką. Chłopak podbiegł do świateł (zaczęły już kursować tramwaje i patrole straży miejskiej, a wiadomo, każde przejście na szagę to co najmniej pięćdziesiąt złotych), przeszedł na drugą stronę – i wtedy na balkonie ukazała się dziewczyna w różowym szlafroczku, podlewająca petunie i begonie. Było w niej coś ujmującego: włosy ani na falkę, ani tlenione, ani czarne, w uszach żadnych wielkich srebrnych kół, żaden tam „plasticzek”, po prostu miła, ładna dziewczyna, o której się myśli: „może i było jej trudno w liceum, ale zaoczne zarządzanie i marketing w Pułtusku jakoś skończy”. I przez krótką chwilę patrzyli na siebie: ona nad petuniami, on pod szyldem MIĘSO WĘDLINY. Potem odwrócił się na pięcie i skręcił w Jana Pawła.

Nie mógł więc zaobserwować, jak za drzwiami sklepu UBIORY TKANINY pojawił się niziutki staruszek, zapewne rówieśnik szyldu z owcą i świnią, wyciągnął wiekowy kartonik z wykaligrafowanym pismem technicznym napisem „Przyjęcie towaru”, zawiesił go zamiast obrotowej tabliczki ZAMKNIĘTE/OTWARTE W GODZ. i poczłapał w głąb wnętrza. Nie każdy przechodzień z wystroju witryn odgadłby asortyment sklepu Ściepko Włodzimierza: za pomalowanymi na żółto kratami widać było kilka kwiatów z krepiny i przepierzenie z lakierowanych listewek, oddzielające wystawę od sklepu, a dopiero gdzieś w cieniu półek dały się rozróżnić bele materiału. A jednak, mimo tej prostoty, godnej braków towarowych z epoki stanu wojennego, sklep Włodzimierza Ściepko był najlepiej zaopatrzonym sklepem w branży, jeszcze od zamierzchłych czasów, kiedy branżę tę nazywano niekiedy „bławatną”, a rządy sprawował stary Dryja. Pan Włodzimierz utrzymywał najlepsze stosunki i z konkurencją, i z władzą, i z ochroniarzami. Jeśli któryś z jego kolegów podpisywał kontrakt na dużą dostawę partyjną czy rządową i nie miał na składzie odpowiedniej ilości moro, zielonego sukna na pokrycie stołów prezydialnych albo czerwonego stylonu na flagi ZSRR, pan Włodzimierz zawsze mógł je dostarczyć w tempie ekspresowym, bez względu na wymaganą ilość – oczywiście, za stosowną cenę. Przed nikim nie musiał się płaszczyć, nikomu nie musiał zostawiać na parapecie wdzięczności, wystarczało, że miał opinię kupca, który zawsze może pomóc. A jeśli któryś z dostawców albo klientów miał problemy z płynnością finansową, pan Włodzimierz wysyłał do niego z wizytą swojego „ugodowego przyjaciela”, Andrzeja Cholewę, niegdyś oficera SB, od czasu przemian właściciela firmy windykacyjnej „Securo”, który miał niezawodne sposoby na odzyskiwanie należności.

Ledwie w głębi sklepu zniknął staruszek (pracował u Dryi i Ściepki tak długo, że pamiętał jeszcze, jak sprzedawał jedwab na suknie sylwestrowe Ochabowej, i teraz, na emeryturze, przychodził czasem z nudów popracować, a częściej pomarudzić), a już w drzwiach pojawił się sam właściciel. Odkąd w połowie lat siedemdziesiątych, dzięki, rzecz jasna, protekcji, wykupił dwa mieszkania na pierwszym piętrze i przeprowadził się z rodziną z Powiśla, do pracy miał tyle, co zejść po schodach. Rozejrzał się po ulicy i okolicznych sklepach, a potem popatrzył w niebo, zastanawiając się nad pogodą, zupełnie jakby właśnie wysiadł z samolotu na Okęciu. Z zadowoleniem stwierdził, że w czasie jego snu nic się nie zmieniło, i zaczął czyścić paznokcie wyjętą z kieszeni wykałaczką. Miał na sobie jeden z tych przedpotopowych garniturów z wąskimi klapami, jakie widuje się czasami u ubogich stryjów na wiejskich pogrzebach, uszyty z granatowej wełny, w najbardziej nijakim z możliwych odcieni, poszarzałym jeszcze przez wiele lat ofiarnej służby. Rękawy były nieco wyświecone na łokciach i przecierały się przy mankietach, z guzików łuszczył się nikiel. Włosy pan Włodzimierz miał siwe, na żółtawej czaszce ulizane i wyczesane tak dokładnie, że przypominały pole całe w równiutkich skibach, jakby ktoś zaorał mu głowę miniaturowym traktorkiem z kinderniespodzianki. Oczka zielone, niby wywiercone świderkiem, łypały pod różowawymi plamami, które zastępowały mu brwi. Lata zmagań na rynku materiałów odzieżowych odkładały mu się w wątrobie i w zmarszczkach, ale po tej bladej twarzy znać było nie tylko troski, ale i cierpliwość, kupiecki spryt i pewien rodzaj zachłanności, nieodzownej w interesach.

Teraz, kiedy każdy szewc wysyła syna na informatykę, a córkę na marketing, kiedy syn rzeźnika studiuje na Cambridge, a córka właściciela lombardu robi dyplom na ASP, tworząc instalację z porwanych złotych łańcuszków i potłuczonych zegarków, czym „dokonuje aktu symbolicznego ojcobójstwa”, prawie nie ma starych kupieckich rodów, które przekazywały z ojca na syna nie tylko zawód i sklep, ale również obyczaje i strój właściwe profesji, przez co nawet młodzi kupcy wyglądali jak wskrzeszone brontozaury, a przynajmniej – kierownicy GS-u. Włodzimierz Ściepko należał do znakomitych strażników handlowych obyczajów: potrafił wymienić wszystkich kierowników departamentów w Ministerstwie Gospodarki od czasów Hilarego Minca, a za każdym razem, kiedy słyszał „VAT”, rzucał nieodmiennie: „Kiedyś, panie, tego nie było”. Tego dnia jak zwykle pojawił się w sklepie pierwszy, żeby odebrać dostawę, i czekał na pracowników, żeby obrugać ich, gdyby spóźnili się choćby trzydzieści sekund. A oni niczego tak się nie bali jak milczącej energii, z jaką ich szef w każdy poniedziałek badał ich twarze i ruchy, szukając śladów weekendowych imprez. Ale teraz nie skupiał się w ogóle na punktualności swoich ekspedientów – tymczasem bowiem chłopak w bojówkach wyszedł zza rogu ulicy Jana Pawła, przebiegł po pasach na drugą stronę (akurat było zielone), i stanął tam gdzie wcześniej, pod markizą butiku Mariza. I znów obserwował fasadę domu przy Solidarności, a malutkiego patriarchę handlu odzieżowego obrzucił takim wzrokiem, jakim właściciel Ipoda oglądałby po raz pierwszy w życiu gramofon na korbkę. Deszcz minął, kwietniowe słońce oświetliło całą pierzeję domów, przebijając się nawet przez listewki odgradzające witrynę sklepu od wnętrza i wydobywając z cienia posępne bele wełny i elanobawełny, a nieco dalej – zamkniętą na kłódkę szafę, w której leżały olbrzymie księgi, nieme wyrocznie firmy Ściepków. Ale tam słońce prawie nie docierało, o wiele obficiej kładło się na farbach obłażących z szyldu, rzucało na fasadę skośne cienie balkonów, wydobywało muskuły hutnika i górnika, połyskiwało na plandece i bębnie starej „Frani”. Ale na takie zjawiska pan Włodzimierz nigdy nie zwracał uwagi – zdawało mu się natomiast, że chłopak zapisuje w pamięci cały układ wnętrz, a kiedy zrobił komórką kolejne dwie czy trzy fotki, właściciel sklepu, który pamiętał jeszcze czasy domiarów, uznał, że ten typek chce się mu dobrać do kasy, czy to jako włamywacz, czy jako przebrany urzędnik skarbówki, czy wreszcie jako specjalista od wymuszania haraczów.

W tym momencie najstarszy (jeśli nie liczyć emeryta) pracownik pana Włodzimierza stanął obok szefa i widząc, że chłopak zerka na pierwsze piętro, podszedł dwa kroki naprzód i zadarł głowę do góry; zdawało mu się, że Aśka Ściepko właśnie skończyła podlewać kwiaty na balkonie i weszła do środka.

– Się prosi – mruknął, wskazując podbródkiem butik Mariza.

Szef zerknął z byka, ale w tym właśnie momencie chłopak po drugiej stronie ulicy zatrzymał taksówkę wracającą z jakiegoś porannego kursu i pojechał w stronę centrum. Uspokoiło to i pracodawcę, żyjącego w ciągłym strachu przed włamaniem, i beznadziejnie zakochanego w Ściepkównie pracownika, i dwóch pozostałych, którzy, mniej odważni niż najstarszy, bali się, że kiedyś spotkają oko w oko chłopaka, któremu rzucili pod nogi petardę. A pojedynczo każdy z nich był od niego mniejszy.

– No, łapserdaki, do roboty – syknął pan Włodzimierz do swoich pomagierów – ja, kurde balans, jak terminowałem u ojca, to do ósmej pięć przyjąłem już cały towar i robiłem kawkę szefowi.

– Takie tam przyjęcia wtedy. Dwie bele, bo braki towarowe – mruknął ten, do którego obowiązków należało robienie kawy.

Stary uśmiechnął się mimowolnie, choć wolałby utrzymać ponurą minę. Trzymał ich krótko, bez żadnego poszanowania dla kodeksu pracy, przepisów BHP i ustaleń związków zawodowych; wprawdzie dwaj z nich zarzekali się, że lada chwila wyjadą do Londynu, zrobią tam wielkie pieniądze i po powrocie kupią całą sieć sklepów, ale na razie nie mieli ani grosza i Ściepko orał nimi jak wołami. Postawił sobie za punkt honoru, że zrobi prawdziwych sprzedawców z balangujących obiboków, którzy nie mogli skończyć nawet wieczorowego technikum, bo pijani i zaćpani, szlajali się całymi nocami po klubach, a całymi dniami odsypiali. Aż ich starzy z domu wywalili. Teraz z tym trzecim musieli robić tyle, co w innym sklepie robi dziesięciu, a dzięki eksesbekowi Cholewie pan Włodzimierz miał na nich takie haki, że woleli mu nie podskakiwać.

Wszystko w sklepie – i w mieszkaniu piętro wyżej, gdzie pracownicy, dla oszczędności, musieli codziennie jadać obiady, co potrącano im z pensji – świadczyło o szacownym porządku, schludności i czystości. Żadnego skrawka materiału nie wyrzucano; jeśli nie poszedł w resztkach na przecenie, był starannie obrębiany i służył jako szmatka tak długo, aż się zupełnie przetarł. Każdy, najskromniejszy nawet mebel, choćby kuchenny taboret, był codziennie pucowany do czysta, garnki stały na półkach w idealnym porządku, od największego do najmniejszego. Nic się nie marnowało: resztki mydła były zbierane do plastikowej siateczki i zawieszane na haczyku nad zlewem, gdzie służyły do mycia rąk po zmywaniu talerzy. Najdowcipniejszy z chłopaków znalazł kiedyś na chodniku kawał drutu, przyniósł go do sklepu i z grobowo poważną miną poprosił o cążki.

– Skąd ja ci, cholera, wezmę cążki? Po co ci, cholera, cążki?

– Potnę na kawałki i zrobię spinacze. Osiem groszy oszczędności.

Z tego żartu i paru podobnych śmiała się młodsza Ściepkówna, ta ładna dziewczyna w różowym szlafroczku, która podlewała petunie. Kiedy pani Ściepko podawała kiszone ogórki, wszyscy patrzyli ze zdumieniem, na jak cienkie plasterki pokroiła każdy ogórek i jak skąpo je wydzielała; zupełnie jakby każdy z nich był okolicznościową dwustuzłotową monetą z Janem Pawłem II Wielkim, Papieżem Polakiem, wybitą przez NBP z okazji dwudziestolecia pontyfikatu. Jeśli pracownicy postanowili spędzić noc poza domem, musieli na wiele dni naprzód usprawiedliwić ten wybryk, przytaczając racjonalne powody, do których „wyhaczenie foczki” ani „zajefajna impra” z pewnością nie należały; gdyby wymknęli się po kryjomu z wynajmowanego od pracodawcy mieszkanka, rano mogliby już nie wracać do roboty, bo Ściepko miał swoje sposoby na blokową inwigilację. Mieli zajętą nawet niedzielę, bo wtedy wszyscy pracownicy uczęszczali z państwem Ściepko na mszę w kościele św. Karola Boromeusza na Chłodnej. Asia i jej siostra, Weronika, latem ubrane w ciemne spódniczki i białe bluzki, zimą w prostych płaszczykach, szły z chłopakami przodem, niby to swobodne, pod przenikliwym okiem matki, która zamykała ten skromny orszak rodzinny wespół z prawowitym swym małżonkiem, Włodzimierzem, którego stopniowo przyuczyła, żeby dzień święty święcił. Młodsi pracownicy dostawali maleńkie pensyjki, bo część potrącano im na poczet czynszu za wynajmowaną od szefa klitkę i rodzinnych obiadów; płacono im zusy i niewiele więcej. Najstarszy, dzięki sześciu latom wytrwałości i lojalności wtajemniczony w sekrety firmy, dostawał na rękę dziewięćset pięćdziesiąt złotych. Czasem, z okazji jakiegoś rodzinnego święta, trafiał mu się w charakterze bonusu prezencik, któremu wartość nadawała jedynie sucha i pomarszczona dłoń pani Ściepko: portfel z nadrukiem Reader's Digest (dodawano je do jakiejś książki pod koniec lat dziewięćdziesiątych), bardzo porządny pasek albo kilka par grubych wełnianych skarpet. Niekiedy, ale bardzo rzadko, dopuszczano tego „pierwszego po Bogu” (czyli panu Włodzimierzu) do rozrywek rodzinnych, kiedy Ściepkowie wybierali się do znajomych mieszkających na obrzeżach stolicy albo szli do jakiegoś zapyziałego kina na film, którego już nigdzie indziej w Warszawie nie dało się zobaczyć; no, chyba że na DVD, ale takie luksusy w tym domu były nie do pomyślenia: główny firmowy komputer radził sobie pamięciowo z obsługą Excela i przestarzałego Worda, a szczytem nowoczesności w jego wyposażeniu dodatkowym była myszka. Jeśli chodzi o dwóch pozostałych pracowników, Ściepko wyobrażał sobie sklep na wzór sklepu swego teścia, Anatola, a może nawet ojca tamtego (który miał w Drohobyczu kram bławatny, wniesiony w posagu przez drugą żonę, podstarzałą wdowę po poprzednim właścicielu, Sarę Grynbaum):Bariera szacunku między uczniami a mistrzem-sukiennikiem wznosiła się tak niezachwianie, że raczej skradliby postaw sukna, niż uchybili tej dostojnej etykiecie.Tak przynajmniej wspominał Anatol Dryja i cytował za swoim ojcem stare regulaminy, używając dawno wypartych słów, takich jak „obyczajność” czy „młodzieniec”.Pani domu dbała o bieliznę młodzieńca, reperowała ją, a czasem i uzupełniała. Jeśli subiekt zaniemógł, otaczała go iście macierzyńską opieką. Jeśli choroba okazała się poważna, pryncypał nie żałował grosza, wzywając najsławniejszych doktorów, odpowiadał bowiem przed rodziną młodzieńca nie tylko za jego naukę i obyczaje. Jeśli nawet młodzieniec taki, zacny do gruntu, zbankrutował, kupiec starej daty umiał docenić inteligencję, jaką był w im rozwinął– zapisał w zeszyciku zatytułowanymKilka słów do potomnychteść Ściepki -i nie wahał się powierzyć szczęścia swojej córki człowiekowi, któremu przez długi czas zawierzał swoją fortunę.W kwestii dyscyplinowania „młodzieńców” Włodzimierz Ściepko miał do dyspozycji wyłącznie kwity zebrane przez eksmajora Cholewę oraz, w przypadkach skrajnych, wywalenie na zbitą mordę (w najskrajniejszych: z rękami i nogami połamanymi przez podwładnych Cholewy z firmy „Securo”) – a mimo to ubzdurał sobie, że swą córkę Weronikę wyda za Sebastiana Krupę, chłopaka z domu dziecka, swoją prawą rękę w firmie UBIORY TKANINY Włodzimierz Ściepko. Ale Seba, zupełnie jakby się naczytał Szekspira, którego jednak z całą pewnością się nie naczytał, kochał się dramatycznie w Aśce, młodszej siostrze Weroniki. Aby jednak wytłumaczyć okoliczności tego uczucia, musimy poznać głębiej tajniki rządów absolutnych panujących w tej firmie i w tym domu.

Ściepko Włodzimierz miał dwie córki. Starsza, Weronika, była wykapaną matką. Żona pana Włodzimierza, Teresa, córka Anatola Dryi i wnuczka Wawrzyńca Dryi, kupca bławatnego z dyplomem drohobyckiego cechu (jeszcze z c.k. pieczęciami), trzymała się za ladą, jakby ją przyspawano do jakiegoś stelażu. Nie raz i nie dwa wyłapała spomiędzy głosów klientek wierszyk:Z przodu deska, z tyłu deska, a na imię ma Tereska.Z twarzy, długiej i chudej, przebijała zawiść, lekko tylko łagodzona świątobliwą miną. Brzydka była i opryskliwa; dobiegała sześćdziesiątki, ale, ubrana zawsze w szarobure swetry i spódnice, zaniedbana, źle uczesana, wyglądała na dobrze zachowaną siedemdziesiątkę. Sąsiadki nazywały ją po cichu „siostrą Teresą”. Mówiła półgębkiem, gesty jej miały w sobie coś urywanego, jakby światło stroboskopu pokazywało ją w kolejnych stadiach ruchu, bez stadiów pośrednich. W oczach, żółtawych jak u niektórych kotów, widać było pretensję do całego świata, że jest brzydka. Weronika, wychowywana według despotycznych zasad matki, obchodziła właśnie dwudzieste ósme urodziny; młodość łagodziła jej szpetotę, która ujawniała się tylko czasem, w przebłyskach podobieństwa do starej, ale twarda szkoła odebrana od Teresy Ściepko wyposażyła Weronikę w dwie ogromne zalety: posłuszeństwo i cierpliwość. Aśka, chodząca do klasy maturalnej, w niczym nie przypominała rodziców; ktoś powiedział o niej, że „takie dziecko z pewnością przyniósł bocian”. Była niska, nie, inaczej, była drobna i pełna wdzięku… jeśli oczywiście komuś nie przeszkadzałoby jej pewne

– hm, przykre słowo, ale chyba prawdziwe – prostactwo. Nie, inaczej: brak obycia. Mówiła mało i rzadko; jej twarz miała w sobie specyficzną nieruchomość, typową dla córek zdominowanych przez władcze matki. Obie siostry, ubrane skromnie w bezstylowe ciuchy, od zawsze kupowane na bazarze Różyckiego, od zawsze na tym samym stoisku pani Wandy, brak modnych ubrań mogły kompensować tylko schludnością („schludność”

– kolejny wyraz ze słownika starego Anatola Dryi), która sprawiała, że wtapiały się w otoczenie: lśniąca lada, codziennie przecierane ściereczką półki z belami, linoleum, lakierowane szczebelki oddzielające wystawę od wnętrza. Łatwo sobie wyobrazić, czego je uczono. Starsza poszła do technikum handlowego, młodsza już do liceum, bo czasy się nieco zmieniły i liczono, że zda na marketing i zarządzanie; wychowywano je dla handlu: kładziono nacisk na oceny z matematyki i w ogóle z przedmiotów ścisłych, a więc smutnych. Liznęły trochę polskiego i historii, czytały lektury szkolne (Weronika dostała na maturze:Obraz handlu w „Lalce” Bolesława Prusai wszyscy mówili, że stary Ściepko podpłacił komisję, co akurat w tym przypadku nie było prawdą), czasem pożyczyły od koleżanek „Bravo Girl” albo „Glamour”. W telewizji oglądały tylko to, co oglądać pozwoliła im matka, z internetu mogły korzystać wyłącznie w szkole na informatyce i u ciotki Włosowej. Rozwinęły się zatem specyficznie: nie były może szczególnie błyskotliwe, ale nadawały się z pewnością na tak zwaną „dobrą żonę”, co to i wypierze, i koszule wyprasuje, i ugotuje barszczu, i gołąbki zrobi, i wie, ile co ma kosztować, i sukienkę podszyje jak trzeba, i kostium dziecku na bal przebierańców przyszykuje. Ojciec był zamożny (nigdy nie przyszłoby im do głowy powiedzieć, że to rodzice są zamożni, matka była tylko dostawką gospodarczą), ale obie umiały szyć i cerować; matka systematycznie uczyła je gotowania, i to nie jakichś śródziemnomorskich „frykasów”, w rodzaju penne alla carbonara czy spaghetti bolognese, ale solidnych dań: schaboszczaków, łazanek, kopytek, gulaszu. Rozliczane z każdej godziny spędzonej poza domem, z każdego kwadransa spóźnienia po zakończonych lekcjach, z każdego numeru „Bravo Girl” czy „Cosmopolitan” wyciągniętego z plecaka podczas jednej z wielu rewizji, zatraciły wszelkie odruchy młodzieńczego buntu; ich życie było kopią życia rodziców, toczącego się wokół ich sklepu i kilku najbliższych sklepików, wśród plotek przynoszonych przez stałe klientki.

Tylko w urodziny matki, urodziny ojca i w rocznicę ślubu Ściepków ich domowe salony otwierały się przed dostojnymi gośćmi: panią prezesową Włos, z domu Dryja, niewiele młodszą od siostry, zawsze w kiecce od Rosati, przed młodym Wilczyńskim, analitykiem z Price Waterhouse and Coopers, przed panem Jarosławem Szeptuchem, właścicielem sieci salonów Spa, i jego małżonką, znaną powszechnie jako Bibi, przed panem Żertwą, najbogatszym handlarzem tekstylnym na Stadionie Dziesięciolecia, i przed jego teściem, panem Januszkiem Nojmanem, przed panią Niecką, wdową po rzeźniku Nieckim, która od paru lat sama prowadziła sąsiedni sklep pod szyldem MIĘSO WĘDLINY, wreszcie przed kilkoma otłuszczonymi radnymi z PiS-u i LPR-u oraz kilkoma dziewczynami z ruchu oazowego. Długotrwałe przygotowania, konieczne ze względu na skomplikowany sposób, w jaki każdorazowo pakowano odświętny serwis z Chodzieży, sztućce po prababci Dryjowej i kryształowe kieliszki otrzymane w prezencie ślubnym od matki pana młodego, wprowadzały jakieś urozmaicenie w monotonne życie tych trzech kobiet, które kręciły się między pawlaczem i kuchennymi szafkami a dużym pokojem jak klerycy mający podejmować arcybiskupa. Wieczorem, kiedy wszystkie trzy naharowały się, rozwijając z gazet, wycierając i pucując, kiedy salon był już świątecznie przystrojony, córki pomagały matce wybrać sukienkę na następny dzień, a pani Ściepkowa mówiła: – Zmarnowałyśmy dzień, córuchny! – Jeśli przed którymś z uroczystych wieczorów „siostra furtianka” zaserwowała chipsy i pozwoliła puścić muzykę młodszą niż Szczepanik, Trubadurzy, Rotter i wczesny Krawczyk, Weronika i Aśka uważały to za łaskę najwyższą i najmniej spodziewaną – cieszyły się, jakby rodzice wysłali je na miesiąc na Ibizę. Wreszcie raz do roku Ściepko Włodzimierz organizował słynnego Śledzika, na którym niczego nie oszczędzał (jeśli nie liczyć wyboru dnia – wiadomo, że do północy goście mniej zjedzą i mniej wypiją, niżby się mieli do białego rana bawić; starczy stanąć za stołem i krzyknąć: „Proszę państwa, dwunasta, Popielec!”, i straty się błyskawicznie minimalizują). Najbogatsi i najlepiej ustawieni spośród zaproszonych nie ośmieliliby się wtedy odrzucić zaproszenia, bo największe nawet firmy w branży korzystały czasem z kredytu, kapitału albo doświadczenia pana Ściepko – a przynajmniej miały nadzieję kiedyś skorzystać. Ale córki niestrudzonego sprzedawcy UBIORÓW TKANIN nie czerpały tyle, ile by mogły, z nauk, jakie im oferowały takie spędy. Ubrane były na tych przyjęciach, wpuszczanych zresztą w koszty firmy, tak biednie i bez gustu, że musiały się rumienić: nieśmiertelne białe bluzki z haftem richelieu na kołnierzyku i spódnice za kolano, pod którymi widać było tanie rajstopy z bazarku. W tańcu – jeśli były jakieś tańce – nie wyróżniały się niczym, a ponieważ matka była wściekła, jeśli zbyt dużo rozmawiały z chłopakami, ograniczały się do mówienia „tak” i „nie”. Z reguły „nie”. O całonocnych wypadach do dyskoteki nie było co marzyć, bo według domowych przepisów musiały wracać przed jedenastą, czyli kiedy imprezy jeszcze nawet nie zaczęły się ożywiać. A zatem rozrywki sióstr w żaden sposób nie miały się do pieniędzy ich ojca i, ze względu na obyczaje domu Ściepków, z reguły były nudne.

Jedno tylko spostrzeżenie da nam dokładny obraz ich codziennego życia. Pani Teresa Ściepko żądała, żeby córki, starannie ubrane, dzień w dzień przychodziły na śniadanie z samego rana, zawsze o tej samej porze, bez względu na to, o której zaczynały tego dnia lekcje. Ale przypadek obdarzył Asię jakimś szczególnym rysem, czy raczej rysą charakteru, ziarnkiem piasku, które gdzieś w środku boleśnie ją uwierało i zdawało się mówić, że jej życie jest puste. Zagapiała się czasem w głąb ciasnej, socrealistycznej klatki schodowej, w hipnotyczne wzory materiałów, złożone z setek bliźniaczych różyczek, zawsze z tak samo odchyloną gałązką i tak samo przygiętym pączkiem; wsłuchiwała się w klasztorną ciszę tego domu i wyłapywała dalekie odgłosy ulicy, dobiegające zza firan ze sztucznej koronki: hamujące tramwaje, klaksony, pulsujące dicho z któregoś z sąsiednich balkonów: życie pełne seksu i namiętności. W takich chwilach czerwieniła się, myliła, dobierając w pary wyprane skarpetki, zagniatała kawałek mory, a pani Teresa syczała, choć w gruncie rzeczy pragnęła odezwać się łagodnym tonem: – Asieńko, co ci znowu chodzi po głowie, skarbie? Myślała może oCenie miłościalbo oBogatej dziewczynie i niegrzecznym chłopaku,harlequinach z seriiDesire,w czerwonej okładce, które pożyczyła kiedyś po kryjomu od koleżanki z klasy i połknęła w jedną noc, czytając pod kołdrą.

Tęskne spojrzenia, miły głos, ładna cera i błękitne oczy Asirozpaliły– używając języka seriiDesire-w duszy biednego Sebastiana Krupy miłość tyleż płomienną, co dyskretną.Czego Asia oczywiście nie dostrzegała albo wolała nie dostrzegać. Za to krótkie włosy, długie nogi, silne ręce i gruby kark pierwszego pracownika znalazły skrytą wielbicielkę w Weronice, o którą nikt się jakoś nie starał, choć nawet w naszych czasach wielu myśli o wżenieniu się w pieniądze. Nic bardziej naturalnego niż te kolidujące ze sobą uczucia, które – wróćmy do seriiDesire-zrodziły się w cichym i mrocznym sklepie podobnie jak fiołki rozkwitają w leśnej głuszy.Według kolegów Seby dziewczyny gapiące się bez słowa w kwiatki na żorżecie „muszą myśleć o ruchanku” i prędzej czy później same wejdą im do łóżka: najpierw przywykną do ich twarzy, głosu, potem polecą na siłę i kilka łzawych tekstów, a na końcu przestaną zauważać wady.

– Ci młodzi tak wariują, że nasze córki niedługo same będą musiały latać za chłopakami – powiedział do siebie pan Włodzimierz, czytając w „Dzienniku”, że z kraju wyjechały do Unii dwa miliony ludzi, głównie młodych mężczyzn, a w „Fakcie” – że w Krakowie otwarto nowy gejowski hotel i do Polski zjeżdżają całe tabuny pedałów.

Ale w gruncie rzeczy wiedział, że chodzi o co innego. Od dłuższego czasu martwił się, że jego pierworodna córka zostanie starą panną. I, jako wielki znawca transakcji wiązanych, postanowił załatwić dwie sprawy za jednym zamachem: kto dostanie córkę, dostanie po nim firmę. W końcu sam poślubił pannę Dryja w takich samych mniej więcej warunkach, w jakich byli teraz Weronika i Sebastian Krupa (i nie chodziło mu tu bynajmniej o gierkowski boom gospodarczy). Pięknie by było wydać córkę za mąż, a jednocześnie spłacić dług pokoleniowy, przygarniając do rodziny sierotę z domu dziecka, tak jak kiedyś jego przygarnięto. Sebastian Krupa, trzydziesto-trzylatek, już zastanawiał się, czy piętnaście lat między nim a Aśką nie stanowi zbytniego problemu – ale równocześnie miał na tyle rozumu i spostrzegawczości, że szybko zrozumiał zamiary Ściepko Włodzimierza, który chciał połączyć wzniosłe (przekazanie dalej pałeczki w sztafecie matrymonialnej dobroczynności) z pożytecznym (zapewnienie sobie obrotnego następcy i pozbycie się z domu nieładnej i coraz bardziej skwaszonej córki). A że serce Sebastiana Krupy było równie zacne, jak nogi długie, a klata potężna, cierpiał w milczeniu.

Tak się sprawy miały w tej miniaturowej, podobnej nieco do klasztoru republice – czy, należałoby raczej powiedzieć, umiarkowanie oświeconej monarchii absolutnej – w alei Solidarności. Ale że odnotowujemy tu nie tylko sentymenty, ale i zdarzenia, musimy cofnąć się o kilka miesięcy. Pod wieczór pewien młody chłopak, przechodząc koło niespecjalnie rzucającej się w oczy wystawy sklepu pod łączonym szyldem MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINY, zatrzymał się na chwilę, podziwiając widok, który zachwyciłby niejednego malarza z warszawskiej ASP. Sklep, słabo oświetlony, tworzył ciemne tło, w którego głębi widać było drzwi na zaplecze. Duża emaliowana lampa z lat pięćdziesiątych rzucała żółte światło i długie cienie jak z obrazów niemieckich ekspresjonistów. Lśniące nożyce krawieckie, kasa fiskalna, kalendarz ze zdjęciem kominiarza w białym stroju, z białą szczotką i w białym cylindrze (z napisem „Kominiarska Spółdzielnia Pracy KĄCIK” idącym po skosie) tworzyły jasne akcenty, podkreślone jeszcze przez grę świateł i cieni. Postać ojca rodziny, jego żony, twarze pracowników i szczupłe ramiona Aśki, przy której tuż obok, o pół kroku, stała jakaś gruba dziewczyna w bluzie BigStara, wszystko to tworzyło jakiś skończony układ: każda głowa oryginalna, każda opowiadająca inną historię i zdradzająca inny charakter; łatwo było się domyślić, jakie życie wiodła ta rodzina i jak ten ulotny obrazek, powstały przez przypadkowe skrzyżowanie się zajęć kilku osób (Aśka z koleżanką, prosząca matkę o pieniądze na komitet rodzicielski, pomocnicy, którzy właśnie przywieźli partię wełny z magazynów w Raszynie, Ściepkowa podliczająca kasę), musiał przykuć uwagę artysty.

Przechodzień był młodym malarzem, który przed trzema laty dostał Paszport „Polityki”; wrócił właśnie ze stypendium w Royal Academy of Art, gdzie stopniowo zarzucano instalacje i konceptualizm z postkonceptualizmem – odchodziły do lamusa wraz ze śmiercią starych akademików – a ekscytowano się ponownie malarstwem. Potrzebował jakiegoś żywego, prawdziwego obrazu, który nie przypominałby pompatycznych drewienek z kawałkiem sznurka i monitorem. Od kilku tygodni szukał kadru, który zawierałby jednocześnie i (w Londynie bardzo modną) aluzję do starych mistrzów, najchętniej Włochów albo Holendrów, i element campu, najchętniej peerelowski oldskul, i wreszcie coś bardzo współczesnego; tu, w naturalnym obrazie, miał i rembrandtowsko oświetlone wnętrze, i autentyczny wystrój z czasów późnego Gomułki albo wczesnego Gierka, i wreszcie nowoczesną dziewczynę z krwi i kości: Asia się właśnie nad czymś zastanawiała (zapewne jak wytłumaczyć bigstarowej koleżance, że nie może z nią pójść na miasto) i stała nieruchomo; lampa była tak ustawiona, że całe światło padało na twarz dziewczyny – ramiona i szyja poruszały się w jasnym kręgu, który tym bardziej wybijał graficzny kontur głowy, otaczając ją jakimś New Age'owym blaskiem; monidlarz z Toruńskiej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych „Claritas” (najnowszego projektu ojca dyrektora) namalowałby ją pewnie jako wygnanego anioła, wspominającego niebo, albo jako personifikację Polski cierpiącej od żydowinów – ale nasz artysta miał zgoła inne plany. Pstryknął z ukrycia kilka zdjęć cyfrówką i poleciał do domu. Całą noc, nie jedząc i nie pijąc, obrabiał fotki w photoshopie, potem przeniósł je rzutnikiem na płótno i nad ranem padł, wykończywszy pierwszy podkład. Obudził się koło drugiej i stwierdził, że coś w tym wszystkim nie gra. Przebrał się w neutralne ciuchy, założył przyciemniane okulary i pojechał na Solidarności. Kazał taksówkarzowi stanąć za rogiem i jak gdyby nigdy nic wybrał się do sklepu UBIORY TKANINY, żeby przyjrzeć się z bliska kluczowej postaci sceny, którą pani Teresa chowała pod kwoczymi skrzydłami, czy – może to odpowiedniejsze określenie, zważywszy rodzinne tradycje - trzymała pod ladą.

Przez sześć tygodni unikał wszystkich znajomych, nie bywał w klubach, zaniedbywał wernisaże, ani razu nie poszedł do kina. Siedział w pracowni przy sztalugach i malował kolejne szkice doMiłości w czasach postkomunyiMałej.W końcu zadzwonił do niego Jarek Szukaj, komisarz wystawyTo idzie młodość młodość młodośćw Zamku Ujazdowskim i, zwyczajem komisarzy, zapytał, co takiego dostanie na wystawę. „Przyjdź – usłyszał w słuchawce

– to zobaczysz". Szukaj przejechał całe miasto, zadzwonił domofonem, wjechał windą, wszedł do pracowni i zobaczył dwa obrazki na dwóch sztalugach. Uśmiechnął się do kolegi, poklepał go po ramieniu, podniósł prawą brew i westchnął.

– Zakochany? „Tworzysz portret pod wpływem gorących uczuć, z których biorą się wszystkie arcydzieła od czasów Tycjana, Rafaela i Leonarda «Kod» da Vinciego”?

– E, no co ty. Jakaś tam dziewczyna, widziałem ją przez szybę.

– No, nie zdziwiłbym się, gdybyś po tych brzydkich Brytolkach zakochał się już tu, na miejscu. Chociaż Brytole są niczego sobie, ale to inna bajka. Nie radziłbym ci posyłać tego na wystawę – dodał Szukaj tonem eksperta. – Po pierwsze, dziewczyna może cię pozwać o bezprawne wykorzystanie wizerunku…

– To akurat żaden problem, ma osiemnaście lat, może dziewiętnaście. Najwyżej jej powiem, że to z miłości. A po drugie?

– Po drugie… widzisz, tych dwóch obrazków nikt ci nie weźmie. No, dobra, ja ci wezmę, ale krytyka cię zjedzie. Kto teraz się będzie zajmował takimi pierdołami jak laserunek, bo to laserunek jest, nie? To tutaj? Publiczność od tego odwykła. Dzisiejsza sztuka to ekrany, parawany, paliatywy. Lepiej zrób coś w guście późnego Opałki. Albo coś z Nitscha, jakąś krew. Albo takie post-opartowskie wzorki na ścianie, jak Gliziński, dzięki temu możesz zaistnieć medialnie. A nie jakimś żałosnym płócienkiem.

Rada była życzliwa, ale oba płócienka pojawiły się na wystawie.Miłość w czasach postkomunyzrobiła furorę i wywołała w młodej polskiej sztuce modę na obrazki rodzajowe z czasów Peerelu, których w Rastrze i innych galeriach namnożyło się ostatnio tyle, że ma się wrażenie obcowania z jakąś apoteozą gierkowszczyzny, produkowaną niemalże mechanicznie.Małanatomiast trafiła na okładkę „Machiny” i „Przekroju”; wszędzie pojawiały się entuzjastyczne recenzje (najbardziej entuzjastyczną napisał sam Szukaj), eksperci nie ustawali w pochwałach i tokowali o nowej szkole „intymizmu postpeerelowskiego”, polski pawilon na weneckim Biennale zamówił od razu sześć podobnych płócien. Do Zamku Ujazdowskiego waliły tłumy jak parę lat wcześniej do Narodowego na wystawę impresjonistów, choć nikt nie postawił Łuku Triumfalnego i podróby paryskiej uliczki ze styroduru i pianki poliuretanowej. Kilkoro kolekcjonerów zabijało się o prawo pierwokupu, Grażyna Kulczyk oferowała specjalną salę w Starym Browarze, ale artysta odmawiał zarówno sprzedaży, jak i sporządzenia kopii. Dwa koncerny kosmetyczne zaproponowały mu astronomiczne pieniądze za wykorzystanie obrazów do kampanii reklamowej nowych szminek (w grę wchodziła komputerowa korekta koloru ust), ale nie poszczęściło im się bardziej niż kolekcjonerom. Chociaż o sprawie huczało w całej warszawce, ani plotki, ani wzmianki w prasie kolorowej nie dotarłyby do mieszkania na Solidarności, gdyby nie prezesowa Włos, która zawsze byłaołkurantw sprawach młodej sztuki (kupiła sobie nawet kiedyś dwa obrazy w galerii Napiórkowskiej, z czego była bardzo dumna) i już od progu krzyczała: „Teresko, musisz to zobaczyć!” A że pani Teresa jakoś nie była specjalnie chętna, oddelegowała młodszą córkę, zainteresowaną każdym wyjściem z domu innym niż wyjście do szkoły.

I tak udało się jej oderwać na dwie godziny od sobotniego zmywania i odkurzania. Dziewczyna przecisnęła się przez tłumy (sweterek w paski, indyjski szal, siwe włosy na pazia, sweterek w paski, ogrodniczki, welwetowa marynarka, sztruksowa marynarka, dredy, sweterek) aż do słynnego portretu; i rozglądając się wokół, szukając ciotki Włosowej, od której oddzieliła ją fala ludzi, zobaczyła malarza, który, oświetlony silnym reflektorem, udzielał właśnie wywiadu jakiemuś offowemu programowi; od razu rozpoznała przystojnego chłopaka, którego parę razy widziała w okolicach sklepu (sądziła, że to nowy sąsiad). On natomiast od razu przypomniał sobie radę Szukaja i zadźwięczało mu w głowie „pozew, pozew”.

– Widzisz, do czego natchnęła mnie miłość – szepnął artystycznym szeptem nieśmiałej Ściepko Joannie, a jej zmiękły nogi. Odwróciła się i krzyknęła:

– Uduszą tam ciocię. Chodźmy.

Bywają jednak na wystawie, na manifie czy na wyprzedaży w lumpeksie takie chwile, kiedy nie zawsze można podążyć tam, gdzie sobie życzymy; tłum, a ruchy jego są nieobliczalne i na ciuchach, i na Paradzie Równości, i w Zamku Ujazdowskim, tak popchnął z przeciwległych końców sali Aśkę i jej ciotkę, że spotkały się tuż przed drugim obrazem, bo tam nagle zrobiło się trochę luzu. Prezesowa z wrażenia rzuciła grubszym słowem, które już dawno wyrugowała ze swojej leksyki, ale głos jej zginął w ogólnym gwarze. Asia wbiła wzrok w podłogę i usłyszała tym razem już wyraźnie: „Twój ojciec i twój wujek tego nie darują, pozywamy, kurde! Pozywamy!” A kiedy tylko podniosła oczy na ciotkę, zobaczyła tuż za nią zaniepokojoną twarz malarza i nie zastanawiając się nawet, dała mu oczami znak: nie-nie. Chłopak pochylił głowę, po czym zaraz wskazał prezesową ruchem podbródka, żeby pokazać Asi, że zrozumiał, o co jej chodzi.

Autorka książki z seriiDesirenapisałaby tu z pewnością:Pantomima ta rozpaliła jakby w ciele biednego dziewczątka ogień – Coralia poczytywała się już za przestępczynię, wyobraziwszy sobie, że stanął właśnie pakt między nią a malarzem(do tego oczywiście dziewiętnastowieczny paryski salon i krynoliny orazodurzająca woń perfum);ale w gruncie rzeczy dziewczyna niespecjalnie się tym przejęła, żadnych palpitacji, po prostu miała miłe uczucie, że w jej życiu coś się zaczęło dziać. Cokolwiek. Inaczej było z prezesową: osiągała właśnie szczytową fazę klimakterium, a od tłumu, szumu, zaduchu, oburzenia obrazem i olbrzymiej ilości dzieł sztuki współczesnej dostała takich uderzeń gorąca, że zrzuciła z ramion szal, rozpięła bluzkę (spod której figlarnie wyjrzało ramiączko stanika) i ruszyła do wyjścia, posapując. A Asia za nią – o, dopiero teraz zrozumiała, że szansa na jakąkolwiek zmianę w życiu właśnie się wymyka jej z rąk, że ta szansa stoi pod swoim obrazem w czasie kolejnego dubla wywiadu, ale zerka w jej kierunku życzliwie, że mruga lewym okiem, że jednak przeprasza kamerzystę i prowadzącego, przechodzi przez jedną salę i drugą za nimi obiema, torującymi sobie drogę przez swetry i marynarki, i idzie dalej, wychodzi za nimi z Zamku na parking, przygląda się samochodowi ciotki; i dopiero teraz dotarła do niej magia słów „miłość” i „natchnienie”, a tym bardziej „miłość natchnionego”, „miłość artysty”, „miłość sławnego artysty” – tak, że z trudem powstrzymywała się od złapania ciotki za ramię i krzyknięcia: „Wiesz, ciocia, co mi powiedział?”, i powtórzenia tych słów, które teraz wróciły do niej ze zdwojoną siłą i nie chciały odejść; ani kiedy obie szły do samochodu, ani kiedy jechały Ujazdowskimi, kiedy skręcały w Jerozolimskie i Jana Pawła, i dalej, kiedy parkowały pod domem na Solidarności. Na wszystkie uwagi ciotki o obrazach, a w szczególności oMałejiMiłości w czasach postkomunyodpowiadała półsłówkami; dopiero kiedy dotarły do domu, prezesowa Włos mogła dać upust swoim ambiwalentnym (nauczyła się tego wyrazu niedawno) uczuciom: zachwytowi nad słynnymi płótnami i oburzeniu na bezczelne wykorzystanie wizerunku. I tak długo zarzucała siostrę nieprzerwanym potokiem słów, aż pani Teresa zgodziła się pójść na wystawę, „żeby obejrzeć swój dom”. Aśka, która przez cały ten czas siedziała w milczeniu przy stole, wstała, powiedziała, że boli ją głowa, i poszła do swojego pokoju.

– I tyle mamy z tych wszystkich pierdół – krzyknął Ściepko Włodzimierz – ból głowy, nic więcej. To naprawdę dla kogoś takie ciekawe zobaczyć, jak uczciwi ludzie pracują? Pewnie, ci bumelanci w życiu uczciwie dnia nie przepracowali. Dajcie mi spokój z tymi malarzami. Cała ta ich sztuka to kutas na krzyżu…

– Włodek! – syknęła pani Teresa.

– …po cholerę wziął nasz sklep i nasmarował go na płótnie?

– Dzięki temu będzie większa sprzedaż w tym miesiącu – powiedział Sebastian Krupa. – A jak zadzwonimy do „Gali”, „Vivy”, jak ktoś o nas napisze do „Faktu” albo „Super Expressu”, to będzie jeszcze lepiej.

Ale nawet ta uwaga niewiele pomogła i sztukę po raz kolejny spostponowano przed trybunałem handlowym. Łatwo się domyślić, że rozmowy wokół stołu rodzinnego Ściepków, krążące głównie wokół pozwu, nie uspokoiły Asi, którą czekała pierwsza w życiu noc spędzona na miłosnych rozmyślaniach, jakiej nie umiałaby opisać najzdolniejsza nawet autorka listu do redakcji „Bravo Girl” (uhonorowana w tym numerze zestawem do makijażu i japonkami w prążek) – bo czymże jest wobec rzeczywistości taki opis pióra osiemnastoletniej Sylwii C.:Wszystko, co się zdarzyło tego dnia, było dla mnie jak sen, który cały czas odtwarzałam w myśli. Próbowałam zrozumieć moje lęki, nadzieje, wyrzuty, wszystkie wahania uczucia, które targały moim niewinnym jeszcze, nieśmiałym sercem. W moim domu dostrzegłam zupełną pustkę, a w mojej duszy – wielki skarb! Zostać dziewczyną słynnego artysty, chodzić z nim na bankiety, jeździć na wakacje do Malibu! Ile nadziei ta myśl obudziła we mnie, głupiej piętnastolatce, wychowanej w dusznej atmosferze zapyziałego domu, która od zawsze pragnęła naprawdę luksusowego życia. Promień słońca zaświecił w moim więzieniu. Tyle uczuć rozpaliło się we mnie jednocześnie, że nie liczyłam się z niczym; miłość jest szkiełkiem, przez które każda młoda dziewczyna patrzy na świat – najważniejsza była dla mnie chwila, normalnie żyłam chwilą. Sylwia C. (nagrodę wyślemy pocztą)?Kiedy następnego dnia państwo Ściepko wrócili z Zamku Ujazdowskiego, byli wyraźnie rozczarowani. Przede wszystkim artysta wycofał oba obrazy (co, jak stwierdził prawnik, posiłkując się sprawą Nieznalskiej, nie było wystarczającym powodem do nieskładania pozwu, bo coś tam zawsze można ugrać, ale jednak utrudniało działania – tym bardziej, że posłów LPR-u, zawsze pomocnych w walce z artystami, trudno było skłonić do jakichkolwiek działań, jeśli na płótnach nie było ani Matki Boskiej Częstochowskiej, ani Papieża, ani Ojca Dyrektora), a poza tym pani Teresa zgubiła torebkę od Louisa Vuittona. Z bazaru, co prawda, ale jednak. Wiadomość, że obrazy zniknęły po jej pojawieniu się na wystawie, była dla Asi niespodzianym dowodem delikatności uczuć, którą kobieta zawsze umie docenić, a, nawet z braku laku, zobaczyć tam, gdzie jej nie ma.

Tego ranka, kiedy Damianowi Lipińskiemu (takie nazwisko przyniosły Asi wywiady w wysokonakładowych pismach, które nagle zaczęła pożyczać od koleżanek na potęgę) wracającemu z imprezy Sebastian podrzucił pod nogi petardę, młodzi widzieli się po raz czwarty. Przeszkody, które surowe zasady domu Ściepków stawiały tej miłości, dodawały jej w oczach Asi uroku opowieści szekspirowskiej (którą przerabiała w odpowiedniej klasie, wprawdzie na brykach, ale zawsze) i łatwo zrozumiałej gwałtowności. Tymczasem Damian, któremu Szukaj opowiedział o wpływach i zamożności Ściepków, a zwłaszcza ich krewnych, Włosów, rozumiał doskonale, że tylko rozkochanie dziewczyny pozwoli mu uniknąć ciągania po sądach, a romantyczna historia jeszcze wzbogaci jego medialny wizerunek. Nie bardzo jednak wiedział, jak dotrzeć do dziewczyny, która siedzi całymi dniami w domu strzeżonym przez dwie raszple, Weronikę i Teresę Ściepko, jak zdobyć do niej numer, jeśli nie ma go nikt ze środowiska: ani artystycznego, ani gejowskiego, ani nuworyszowskiego, jeśli nie uczy się w prywatnej szkole, nie jeździ konno i nie chodzi po klubach? Wreszcie zaczął sobie wyobrażać, że ma rywala, że osiłek od petard spędził z dziewczyną sporo czasu na sklepowym zapleczu i „jedwabiu złachali tam moc”; pozostali pracownicy z pewnością trzymali z nim sztamę. A jeśli nawet udałoby mu się przemknąć obok tylu szpiegów, to był jeszcze szef i jego małżonka. Wszędzie tylko kłody pod nogi, kij w szprychy, piasek w tryby i ogólna mogiła. W dodatku delikatność sprawy utrudniała chłopakowi wymyślenie jakiegoś podstępu, który w końcu zawsze wpada do głowy więźniom i szczerze zakochanym, dzięki ostatecznym wysiłkom umysłu zajętego myśleniem wyłącznie o wolności albo wyłącznie o seksie. I kręcił się Damian po Solidarności i Jana Pawła z uporem maniaka, jakby samo chodzenie mogło go natchnąć jakimś fortelem zagłobicznym, i kręcił się, aż się spocił – dopiero wtedy zaświtało mu w głowie, żeby przekupić panią Olgę, która przychodziła do Ściepków raz w miesiącu na wielkie porządki i mycie okien i przypadkiem sprzątała również u jego dobrego znajomego. W ciągu dwóch tygodni, które upłynęły od tamtego poranka, kiedy pan Włodzimierz i Damian tak dokładnie zmierzyli się wzrokiem, młodzi wymienili ze sobą sporo SMS-ów i kilka maili. Nie zawsze jednak było to możliwe; Asia miała dostęp do internetu tylko w szkole na lekcjach informatyki, a wolnym czasem poza domem w zasadzie nie dysponowała. Umówili się więc, że będą się widywać przez parę minut na trzecim skrzyżowaniu za szkołą Asi po jej lekcjach (Damian, który nie pałał szczególną chęcią codziennego wyrywania się z domu, często wysyłał SMS-y z rozmaitymi wymówkami i zostawał w pracowni), a w niedziele Asia zostawała po mszy w kościele św. Karola Boromeusza na rzekome dodatkowe spotkania oazowe. Wysłała swojemu najdroższemu Damianowi listę przyjaciół i krewnych, żeby postarał się jakoś z nimi poznać; młody malarz pozyskałby wtedy dla swoich planów ludzi, którzy doskonale znali się na biznesach i mentalności przedsiębiorców i mogli mu się przydać w zaplanowaniu odpowiedniego pi-aru. Tymczasem mijały kolejne tygodnie i nic się nie zmieniało w obyczajach domu pod szyldem MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINY. Asia mogła sobie być roztargniona, mogła wbrew elementarnym prawom uświęconego domowego regulaminu zamykać się w pokoju i po kryjomu wysyłać SMS-a, mogła wzdychać, mogła wreszcie marzyć – nikt, nawet jej matka, tego nie dostrzegł. Może to nieco dziwić czytelnika, który dowiedział się już od nas, że w tym domu każda myśl skażona sentymentalizmem i „poetycznością” była zgrzytem, gdzie nikt nie mógł sobie pozwolić na ruch albo minę, których by nie skomentowano. A jednak nic bardziej naturalnego: potężnym, jakże spokojnym krążownikiem, żeglującym pod banderą UBIORY TKANINY po wzburzonym morzu warszawskim, miotała akurat jedna z tych nawałnic, które nazwać trzeba równonocnymi, wracają bowiem okresowo. Od dwóch dni załoga złożona z pięciu mężczyzn, pani Ściepko i Weroniki harowała od rana do wieczora, robiąc remanent – najpierw w sklepie, potem w rozległych hurtowniach w Raszynie, które były głównym źródłem dochodów firmy. Wyciągano belę po beli, sprawdzano metry bieżące każdej sztuki, żeby dokładnie ustalić wartość resztki, badano karteluszek przyczepiony do każdej beli, żeby sprawdzić datę zakupu materiału. Wyznaczano nową cenę. Pan Ściepko stał przez cały czas z kalkulatorem w ręku i ołówkiem za uchem i przypominał kapitana kierującego manewrami okrętu. Głos jego, piskliwy, unosząc się znad kasy fiskalnej, rozlegał się aż w głębokościach pod pokładem – czyli na zapleczu; padały szyfrowane wiadomości, bo handel przemawia samymi zagadkami: – Ile H-N-Z? – Wyszło. – Ile zostało C5?

– Sześć metrów. – Cena? – Pięć-pięć-dziewięć-dziewięć.

– Wpisać pod trzy A wszystkie J-J, wszystkie M-P i resztę CGH. – I tysiące innych zdań, równie tajemniczych, brzęczało nad ladami jak wiersze warszawskich neolingwistów na Nocy Poetów (zmiksowane przez Lipszyca stosownym programem do generowania metatekstów poetyckich). Wieczorem Włodzimierz Ściepko, zostawszy w biurze z podkomendnym Krupą i małżonką swoją Teresą, zamykał rachunki, przepisywał je do nowego arkusza w Excelu, drukował na komputerze zapasowe kopie, wystawiał faktury, pisał maile do dłużników. Wszyscy troje wykonywali olbrzymią pracę, której rezultat mieścił się na jednej stronie drukowanej na papierze firmowym Arialem, dwunastką, z pojedynczą interlinią, gdzie stało jasno, że firmę UBIORY TKANINY Włodzimierz Ściepko określa taka a taka suma gotówki, taka a taka ilość towaru w sklepie i hurtowniach, taka a taka liczba już wysłanych, a jeszcze nieopłaconych faktur, i że nie jest winna nikomu ani grosza, natomiast jej wierzytelności sięgają dwustu tysięcy; że kapitał wzrósł; że powierzchnia magazynowa będzie zwiększona, hurtownie wyposażone, zysk z wynajmu powierzchni biurowych podwojony. Wynika z tego konieczność następująca: gromadzić kapitał na lokatach i w inwestycjach z większym niż dotychczas zapałem. Ale żadnej z tych dzielnych i oddanych sprawie mrówek nie przyszło do głowy pytanie: po kiego grzyba? Otóż, dzięki temu właśnie cyklicznemu kataklizmowi szczęśliwa Asia wymigała się przed śledztwem domorosłych Poirotów i panien Marple. Na koniec, w sobotę wieczór, remanent zamknięto. W podsumowaniu aktywów było dość zer, dlatego też pan Włodzimierz uchylił surowy zakaz, który obowiązywał przez cały rok, a dotyczył deseru. Szepnął coś do ucha żonie i ta w try miga przyniosła z zamykanej na klucz kuchennej szafki pudełeczko Raffaello, kupione z wyprzedzeniem, dwa miesiące wcześniej na wyprzedaży (z powodu zbliżającego się końca terminu ważności), i każdemu wydzieliła jedną kuleczkę. Potem zaś rodzina wybrała się do kina naPasję,a dwóm młodszym pomagierom wręczono po dwadzieścia złotych i pozwolono im pójść, gdzie chcą i na co chcą, pod warunkiem, że wrócą o północy.

Hulanki te i swawole nie przeszkodziły dzielnemu handlowcowi ogolić się w niedzielę już o szóstej rano, spryskać old spice'em, włożyć śliwkowy jedwabny garnitur, którego wspaniały satynowy połysk wprawiał go zawsze w dobry nastrój, szary krawat spiąć srebrną wsuwką i koło siódmej, choć cały blok spał jeszcze, zejść na parter, otworzyć drzwi na zaplecze i pomaszerować do kanciapki sąsiadującej z magazynem. Światło dostawało się tu przez okno opatrzone grubą kratą z malowanych na biało prętów, wygiętych w serduszka, a to okno wychodziło na podwórko otoczone murami tak czarnymi, że przypominały wilgotne cembrowiny studni. Kupiec otworzył lufcik, pomajstrował kluczykiem przy kłódce, uchylił kratę i otworzył okno na oścież. Z podwórka buchnął lodowaty powiew, odświeżając zatęchłe powietrze w pokoiku, duszne i woniejące gotowaną kapustą. Ściepko stał, opierając dłoń o oparcie biurowego krzesła, obitego ciemnoczerwoną dermą, spod której miejscami wyglądała stara, żółtawa gąbka; wydawało się, że się waha, czy usiąść. Popatrzył z rozczuleniem na zestawione ze sobą dwa biurka; małżonkowie Ściepko siadywali naprzeciwko siebie – krzesło Teresy stało pod ścianą, w załomie między rurą ciepłowniczą a regałem z segregatorami. Ogarnął uważnym wzrokiem ponumerowane kartonowe pudła, sznurki, dziurkacze, pieczątki, przedmioty leżące tu od dziesięcioleci, i miał wrażenie, że zjawił się przed nim duch Anatola Dryi, kupca bławatnego. Wysunął więc taborecik, na którym siadał kiedyś w obecności szefa. Taborecik ten, z siedziskiem ze zwykłej sklejki, byle jak pochlapanej olejną na kremowo, ustawił drżącą ręką tam, gdzie teść stawiał go kiedyś. A potem, tak zdenerwowany, że mylił się przy wciskaniu kolejnych klawiszy, wysłał SMS-a do Sebastiana Krupy, którego komórka leżała w najlepsze u wezgłowia jego łóżka. Uczyniwszy ten gest decydujący, Ściepko, przytłoczony wspomnieniami, usiadł ciężko na swoim krześle i wziął do ręki kilka kopii wystawionych faktur. Kiedy w kwadrans później Krupa wszedł nagle, nieogolony jeszcze i w byle jak zarzuconej na grzbiet koszuli, Ściepko popatrywał nadal na papiery niewidzącym wzrokiem.

– Siadaj – odezwał się, wskazując taboret.

Sebastian zdziwił się nieco, bo szef nigdy nie był uprzejmy wobec pracowników i nigdy żadnego z nich nie prosił, żeby usiadł.

– Co myślisz o tych fakturach?

– Nie zapłacą.

– Bo?

– To jest znany przewał, czytałem w necie, że szefostwo Jedwabixu ma prokuraturę na karku.

– Ho ho! – zawołał szef. – Jak się Ziobro im dobierze do skóry, to wyjdą w kajdankach w głównym wydaniu Wiadomości. Ale, Sebuś, mówimy o czym innym. Skończyliśmy remanent?

– Tak, proszę pana. Zyski mamy piękne jak rzadko.

– Zyski, zyski. Nie używałbyś tych płaskich słów. Mów, Sebuś, „saldo”. A wiesz, że i tobie zawdzięczamy te wyniki? Dlatego nie chcę, żebyś dłużej pracował za takie małe pieniądze. Żona podsunęła mi myśl, żeby płacić ci prowizję. Tak, panie Sebastianie! Krupa i Ściepko, pięknie by to brzmiało jako nazwa firmy, co? Można by jeszcze dodać „i Spółka”, dla zaokrąglenia podpisu i żeby tak ładnie, staromodnie brzmiało, stara warszawska firma, jak Wedel i Blikle.

Głos Sebastiana Krupy się łamał, chociaż chłopak usiłował to opanować.

– Ale szefie… ja nie zasłużyłem sobie… takie mam obowiązki. Wystarczy, że się szef zajął mną, biednym siero…

Pociągnął nosem. Nie śmiał podnieść głowy na Ściepkę, który uśmiechnął się, myśląc, że skromny chłopak potrzebuje, rzecz jasna, zachęty, tak jak jemu kiedyś dodano odwagi, zanim ubito interes.

– A jednak – podjął ojciec Weroniki – nie do końca zasługujesz na takie wyróżnienie, Sebuś. Nie ufasz mi tak, jak ja ufam tobie. – (Chłopak podniósł nagle głowę.) – Znasz sekrety księgowości, od dwóch lat wtajemniczam cię we wszystkie interesy, ściąganie długów, wysyłam do fabryk, płacę delegacje… No i nie ukrywam nic przed tobą. A ty? Miałbyś na kogoś chrapkę, a nie mruknąłeś mi ani słówka. – (Sebastian się zaczerwienił.) – He, myślałeś, że oszukasz takiego starego psa na baby, jak ja? Mnie? Wiesz, że w osiemdziesiątym piątym roku mówiłem, że będzie taki Balcerowicz. Tylko jeszcze nazwiska nie znałem. Na własne uszy słyszałeś, jak mówiłem, że Orlen śmierdzi jakąś aferą, zanim komisja była!

– Ale że co, proszę pana? – odpowiedział mu Sebastian Krupa, wpatrując się w szefa z taką samą uwagą, z jaką szef wpatrywał się w niego. – Pan wie, kogo kocham?

– Wiem wszystko, basałyku – odpowiedział stary wyjadacz, poklepując go po policzku. – I nie gniewam się, ze mną było tak samo.

– I zgodziłby się pan, gdybym ja… gdybyśmy…

– Tak, i dostajecie ode mnie w ślubnym prezencie mieszkanie. Tobie dam drugie tyle i zakładamy, wnosząc nowy kapitał, nową firmę, ogólnopolską sieć hurtowni. Będziemy robić duży biznes, synek! – zawołał Ściepko, podnosząc się z krzesła i machając rękami. – Bo widzisz, mój zięciu, handel jest handel. Tylko kretyn się zastanawia, co w tym przyjemnego. Nie spuszczać z oka biznesu, śledzić rynek, rządzić firmą, siedząc sobie w domu, czekać z niepokojem, jak w kasynie, czy Jedwabix zbankrutuje i kto zostanie syndykiem… i patrzeć w Panoramie, jak żołnierze w Iraku chodzą w naszym moro, czterdzieści dwa dziewięćdziesiąt dziewięć za metr! Nasłać kontrol z PIH-u konkurencji, dla dobra pracowników, oczywiście, kupować i sprzedawać taniej niż inni… obmyślić jakiś biznesik, zacząć go, czuwać nad nim, kiedy się rozwija, rośnie, chwieje się i w końcu udaje, mieć w małym palcu, jak prezes NIK-u, wiadomość o każdym układzie, każdej siuchcie, która kieruje wielkimi markami w branży, żeby samemu gdzieś się nie umoczyć; nie splajtować, nie pójść siedzieć, mieć kumpli we wszystkich branżach pokrewnych, w całym kraju i za granicą, handlować z Singapurem i Meksykiem, czy to nie jest, Sebuś, ciągła gra? Co tam pokerek, człowiek czuje, że żyje. To dopiero jest życie, właśnie to! Umrę w tym burdelu, jak stary Dryja, ale co użyję życia, kurde, to użyję! – Podniecony tą przemową, najdłuższą i najgorętszą, jaką kiedykolwiek wygłosił, Ściepko prawie nie zwracał uwagi na pracownika, który tymczasem wycierał łzy mankietem. – E, Sebuś, chłopie, co ci?

– Taki jestem zakochany… proooo…ooo…sze pana…. Że chyba… nie będę umiał…

– Ale, chłopie – roztkliwił się Ściepko Włodzimierz, kupiec – jesteś, kurde, szczęśliwszy, niż myślisz, bo ona też cię kocha. Ja to wiem.

I łypał na niego swoimi małymi, zielonymi oczkami.

– Asia, Aśka, Asieńka! – krzyknął Sebastian Krupa w uniesieniu.

– A co Joasia ma z tym wspólnego? – spytał Ściepko głosem, który od razu zmroził Sebastiana.

– No… no ja przecież Asię kocham – wybełkotał.

Szef, zmartwiony swoim brakiem spostrzegawczości, usiadł z powrotem na krześle obitym czerwoną dermą, chwycił się prawą ręką za brodę i zaczął rozważać niewygodną sytuację, w jakiej się znalazł. Krupa, zawstydzony i załamany, stał obok.

– Sebastianie – podjął Ściepko z lodowatą godnością – mówiłem o Weronice. Serce nie sługa, wiem coś o tym. Wiem, że tobie to kamień w wodę, nie będziemy do tego wracać. Najpierw, jak to już w rodzinie było, idzie za mąż Weronika, potem Asia, inaczej nie lzia. A ty dostajesz dziesięć procent w firmie.

Miłość, jak dobra wróżka z kreskówki, użyczyła Sebastianowi niezwykłej odwagi i elokwencji; rozłożył ręce, zaczął mówić i przez cały kwadrans wyrzucał z siebie słowa jak serie z karabinu, z taką energią i darem przekonywania, że szef zaczął zmieniać zdanie. Gdyby chodziło o sprawy biznesowe, to zaprawiony w bojach negocjator, uzbrojony w raz na zawsze ustalone zasady, od razu podjąłby decyzję; ale rzucony w zupełnie inne rewiry, na wzburzone fale uczuć, i to bez GPS-u, nie znał żadnych procedur i pływał wokół kwestii zupełnie sobie obcej. Trochę się nawet wycofał.

– Kurde, Sebuś, wiesz, że między moimi córami jest dziesięć lat różnicy. Terenia ładna nie była, a nie może mieć do mnie pretensji. Kazek Włos dostał ładniejszą Dryjównę. Rób jak ja. I nie rycz, na mózg ci padło? Czego chcesz, jakoś to się ułoży, z każdego problemu można się wykaraskać. Żona nie ściana, można obejść. Rozumiesz? Moja stara jest radiomaryjna i… zresztą, kurde balans, kiedy dziś będziemy szli na mszę, możesz jakoś tak bardziej iść z Joasią. A teraz weź się ogól i za pół godziny bądź u nas na śniadaniu.

Tak to plótł, co mu ślina na język przyniosła właściciel firmy UBIORY TKANINY. Ostatnie słowa ucieszyły zakochanego pracownika; wychodząc z ciemnawej kanciapki, uścisnął rękę przyszłego teścia i powiedział z dużą pewnością siebie, że wszystko się dobrze ułoży, bo planował wcisnąć Weronikę kumplowi, który był bardzo nieśmiały do kobiet, a lubił pieniądze i z pewnością był za głupi, żeby przeszkadzać w szeroko zakrojonych interesach.

„Wszystko dobrze, ale co Terenia powie?” – zmartwił się nagle dzielny handlarz, kiedy został sam w pokoiku.

Przy śniadaniu pani Teresa i Weronika, którym Ściepko nic nie wspomniał o swojej wtopie, zerkały z zaciekawieniem na Sebastiana Krupę, wciąż mocno zakłopotanego. Jego nieśmiałość ujmowała przyszłą teściową tak bardzo, że od razu poweselała i popatrywała na męża z uśmiechem, rzuciła też kilka obiegowych żartów (o chłopakach w gorącej wodzie kąpanych i o obowiązkach małżeńskich), które przy podobnej okazji po prostu paść muszą w rodzinie takiej jak ta. Zapytała Sebastiana i Weronikę, które z nich obróciłoby drugim, odchodząc od ołtarza. Starego Ściepkę trochę zdenerwowały te żarty, które są na ogół wstępem do żartów o weselach i o licznym potomstwie, i tak dalece próbował zachować pozory, że specjalnie kazał Aśce iść do kościoła św. Karola Boromeusza „jakoś tak bardziej” z Sebastianem, choć przecież młodzi nie chadzali jak pierwszaki, rąsia w rąsię, tylko szli koło siebie, całą grupą. Pani Teresa, zdziwiona pobożnością męża, który rozdziela parę, kiedy młodzi idą w miejsce święte dzień święty święcić, mruknęła nawet: „No, no, Włodziu…”, po czym ruszyła do sypialni przebrać się na mszę.

– Mamo… – Asia stała w progu i obgryzała paznokieć kciuka – mamo, jest bardzo poważna… bardzo poważna… – i tu się rozpłakała, a pani Teresa zaczęła błyskawicznie łączyć w głowie fakty. Asia miała po mszy zostać na dodatkowe spotkanie oazowe, dodatkowe spotkania pojawiły się jakieś dwa miesiące temu… i nagle ona, która zawsze mówiła o sobie, że co jak co, ale córki wychowała na medal, w mgnieniu oka zrozumiała, że coś się jej wymknęło spod kontroli, że Asia ma jakieś swoje życie, o którym ona nic nie wie, życie nie wiadomo jak niebezpieczne i grzeszne. Dudniły jej w głowie słowa ojca dyrektora o górach mięsa z hormonami. Wyobraziła sobie, że Asia sprzedaje się w agencji, a jej zdjęcia w czarnych kozakach na szpilce są zatknięte za wycieraczkę co drugiego samochodu w tym mieście.

– Z kim? – spytała sucho.

– Z Da… aamianem – ryczała – Bę…ędzie za…a…raz na mszyyyy…

– Idź się przebrać. A po mszy pogadamy z ojcem. Nigdzie nie idziesz, wracasz do domu. I tak już będzie zawsze. No już, już. Zrób coś ze sobą, wyglądasz jak kupka nieszczęścia.

Została w sypialni sama i patrzyła w lustro wmontowane w środkowe drzwi szafy.

Tymczasem pracownicy czekali już przed sklepem w niedzielnych marynarkach. I kiedy tylko Ściepkowie wyszli z budynku, cała gromada ruszyła do kościoła. Asia, cały czas przygryzając ten sam paznokieć, szła obok Sebastiana.