Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 551 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 12 min Lektor: Joanna Domańska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 12 min Lektor: Joanna Domańska

Opis ebooka Balsamiarka - Izabela Kawczyńska

Śmierć babki uruchamia serię nieoczekiwanych zdarzeń, w wyniku których główna bohaterka – neurotyczka pozostająca pod wpływem apodyktycznej matki – podejmuje pracę w zakładzie pogrzebowym, gdzie poznaje z bliska fascynujący świat nieboszczyków. Ale zanim do tego dojdzie, przyjdzie jej przeżyć kilka kataklizmów i zyskać duże szanse na tytuł najbardziej pechowej dziewczyny w mieście. W tej utrzymanej w szalonym tempie, pełnej nieoczekiwanych zwrotów podróży przez życie głównej bohaterce towarzyszyć będzie cała plejada dziwnych postaci, jak chociażby babka-mistyczka i marnotrawny ojciec, którego będzie musiała pogrzebać dwa razy.

Opinie o ebooku Balsamiarka - Izabela Kawczyńska

Cytaty z ebooka Balsamiarka - Izabela Kawczyńska

Zjawiła się po trzech kwadransach. Ale, mój Boże, jak ona się ubrała! Wyglądała na tanią kurwę: w tandetnej króciusieńkiej spódniczce z ekoskóry i w różowych pończoszkach, w musztardowym gorseciku, więcej odsłaniającym niż zasłaniającym (zdawało mi się, że lada moment jej piersi — dwie poduszki powietrzne — po prostu wyskoczą z gorsetu i walną mnie w twarz). Całość wieńczył neonowo żółty płaszczyk. Ten płaszczyk był z lateksu i przy każdym ruchu a to trzeszczał, a to piszczał; chrobotał przez całą drogę, jak wielka mysz. — Robię wrażenie, no prawda, cipcia? Jak nic padną tam wszyscy na kolana z zachwytu. Byłam pewna, że padną, ale raczej trupem.

Fragment ebooka Balsamiarka - Izabela Kawczyńska

Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki:

Asia Jedlińska/Fabryka Baniek

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej:

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Izabela Kawczyńska

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-403-1

I. Larwa. Zanim spotkałam diabła

1. Sekreta, znaczy rozdział pierwszy, w którym masturbacja karana jest śmiercią

W wieku dwudziestu siedmiu lat, mając za sobą kilka pogrzebów i innych kataklizmów o różnej skali, porzuciłam myśl o pracy w burdelu i na dobre zostałam dziewczyną od zmarłych.

I pomyśleć, że wszystko przez moją babkę…

Ciągała mnie po kościołach. Najgorzej było w Wielkanoc. Jezus umierał każdego roku. Wisiał na krzyżu, jak wielka ryba. Wierzyłam, że pewnego dnia odpłynie. Zostawi nas samych. Odkryje, że nie można nas zbawić.

To było piekło, a nie dzieciństwo. Wychowywałam się pośród gorsetowych Madonn o pudrowanych twarzach. Gdziekolwiek spojrzeć — gotyckie dziewice: figury patrzące pustym wzrokiem spod gipsowych powiek, portrety w złoconych ramach, kościelne witraże mieniące się w słońcu jak barwne jaszczurki. Na ścianach u babki czyhały na mnie święte obrazki, a na nich drobne alabastrowe kobietki w błękitnych peniuarach. Do dziś na widok zdjęć trupio bladych gejsz przechodzi mnie dreszcz — nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają w sobie coś z maryjnych wyobrażeń.

Babka nie ustawała w staraniach, by zrobić ze mnie dobrą chrześcijankę. Wieczorami układała mnie do snu, gasiła światło. Urządzała kurs katechezy, serio, w zupełnych ciemnościach. Moje powieki stawały się ciężkie. Język zaczynał się plątać. Ilekroć mówiła „dusza” — „dupa” przekręcałam. Nienawidziłam, kiedy mnie kąpała. Jej polakierowane paznokcie — dobry Boże, te miały chyba z metr. Wpychała je we mnie, twardsze niż skała.

— Jesteś podrapana, jakbyś walczyła z tuzinem dzikich kotów — dziwiła się matka.

Babka nie pochwalała nowoczesnego wychowania. Doszywała mi falbany do krótkich spódniczek. Wyrzuciła mój pierwszy stanik. Z zemsty naplułam jej do galaretki, kiedy nie patrzyła. Przy każdej okazji próbowała mnie wpędzić w poczucie winy.

— Dziecko, Jezus cię widzi!

— Jezus? Jeśli w tym stuleciu zstąpi na ziemię, to tylko po to, żeby pójść na koncert Nirvany.

Kochała dziewice.

„Wszystkie kobiety powinny być czyste jak Maryja!” — powtarzała mi do znudzenia.

Osobiście nie widzę w tym całym niepokalaniu niczego cudownego. Nie chciałabym być w ciąży z kimś, o kim nic nie wiem — ani czy istnieje, ani jak wygląda, chociaż Bóg musi być przystojny, sądząc po Chrystusie.

Jeśli chodzi o żelazną zasadę — dziewictwo aż do ślubu — całkowicie szanuję czyjś wybór. I to był mój wybór. Przez chwilę. Babka klepała różańce, ja w pokoju obok modliłam się po swojemu: „Jezusie, chroń mnie przed chłopcem, który potrząsa moim sercem jak drinkiem pina colada z lodem”. Ale kim byłam, żeby Jezus miał zawracać sobie głowę?

Pamiętam naszą ostatnią Wielkanoc. Dreptałam za babką, w przyzwoitej sukience, takiej do samych kostek, z długim rękawem i bez dekoltu. Pod szyją uwierała mnie wysoka stójka, przy każdym kroku falował na piersiach gipiurowy żabot i babka mówiła, że wyglądam jak anioł. Nie byłam aniołem. Przy wejściu do kościoła zgubiłam ją w tłumie. Ukradkiem wśliznęłam się na schody prowadzące na galerię. Chór groził zawaleniem. Wyminęłam butwiejące krzesła; schowałam się w najciemniejszym kącie, nie zważając na osypujący się ze ścian tynk o konsystencji i barwie pudru dla niemowlaków.

Na dole śpiewali święte hymny, ja dotykałam mojego ciała. Czułam, że Biblia pomija parę tematów, a nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać. Tej wiosny było mnie tak wiele, jakbym pod skórą miała rzekę, która wzbierała i nie chciała przestać. Oni modlili się na kolanach, ja, na wysokościach, z ręką w majtkach, czułam, że zaraz odlecę. Ale nie odleciałam. Z trudem łapałam oddech, jakbym zbiegała ze zbocza stromej góry i za nic nie mogła się zatrzymać. Krzyknęłam, kiedy świat wybuchł we mnie. Potem w jednej krótkiej chwili zakwitło tysiąc kwiatów, cały ogród naraz. „Alleluja” — śpiewali na dole, kiedy zmartwychwstałam. Otrzepywałam wymiętą sukienkę, zastanawiając się, jak z tym ogrodem w brzuchu będę żyła dalej.

Dalej było lato, a po nim jesień z plagą motyli. Rzadkie, trzecie pokolenie aglais urticae szybowało w powietrzu. Roiło się od nich na trotuarach, hydrantach, trawnikach pełnych rozwrzeszczanych dzieci. Wszędzie znajdowałam wielobarwne skrzydła, miażdżone butami, wcierane w ziemię.

— To zły znak — stwierdziła babka z ręką na sercu, zupełnie jakby składała przysięgę.

Minęły trzy dni i matka wróciła do domu niemiłosiernie obładowana, w dodatku później niż zwykle.

— Byłaś na zakupach? — spytałam.

— Na jakich zakupach? Mamusia nie żyje. Całe szczęście, że zdążyłam zabrać najcenniejsze rzeczy, zanim reszta rodziny zwęszyła trupa.

Chociaż babka nie była moim pierwszym nieboszczykiem, to właśnie ona swoim nagłym zniknięciem uświadomiła mi, że też kiedyś zniknę. Będą po mnie płakać? Mają wystarczająco dużą trumnę, żeby pomieścić zasuszone rośliny, bezdomne psy, kalekie ptaki, wszystko, co zbierałam, nie pytając po co? Tu by się przydała trumna większa od autobusu; grób wielkości stadionu. Powinni zakopać mnie naprawdę porządnie, na wszelki wypadek dwa razy.

Życie jest niewyobrażalnie kruche. W dniu, w którym pękł mój kot, poczułam to mocniej. Znalazłam go na podwórku, tuż obok piaskownicy, w której bawiły się dzieci o włosach w kolorze piasku, nic o nim nie wiedząc. Leżał tam nieruchomy, z rozprutym brzuchem, z futrem umazanym w kale. Ścierwo, na którym blakły czarne łaty.

— Ktoś go zatłukł. Nie wszyscy ludzie lubią koty — rzeczowo stwierdziła matka. Pewnie miała rację.

Niewiele wspólnego mam z ludźmi. Odkąd pamiętam, jestem jak lalka. Duża, miękka lalka. Potrafię chodzić, sikać, mówić. Jeśli nacisnąć właściwy guzik, wołam: „mama!”, „tata!”, śmieję się albo płaczę. Dobra ze mnie lalka. Udaję coś żywego, porządnie udaję. Robię to tak, że diablo boli.

Ludzie, chcąc znać przyszłość, czytają horoskopy, ja jeżdżę na cmentarz. Przysiadam obok zmurszałych grobów. Wsłuchuję się w odgłosy stetryczałego miasta. Z daleka gorączkowa kakofonia przypomina dźwięki pod wodą: szum ulicy, brzęczenie tramwaju, śmiech dziecka, nawet płacz — wszystko wytłumione i bezbolesne. Lubię cmentarze. To jedyna przyszłość, jakiej możemy być pewni.

Jeśli chodzi o mojego pierwszego umarlaka, był nim ojciec kuzyna. Miałam wtedy pięć lat. Może cztery. W wiejskim kościele pachniało roztopioną stearyną i octem. Mężczyzna leżał w otwartej trumnie, pośród kwiatów, świec i koronek. Przeraził mnie widok odstających, fioletowych uszu i niebieskiej żuchwy, przytwierdzonej do głowy szarym lnianym sznurkiem, jakiego używa się na poczcie do wiązania paczek. Prawe oko zmarłego pozostawało częściowo otwarte; światła świec pełgały w dropiatej tęczówce, a potem wpełzały w źrenicę, w jej małe, puste nic.

Później też widywałam tego trupa. Pojawiał się w najmniej spodziewanych okolicznościach, zupełnie jakbym nosiła go ze sobą. Do dziś zdarza mi się na placu pełnym przechodniów dostrzec to samo rybionose oblicze — z obcego pejzażu znajomy błękit wypływa ku mnie niczym ciało topielca.

W mojej pierwszej szkole śmierdzący octem ojciec kuzyna stał się nieomal legendą; mogłam nim przelicytować wszystko, nawet dziurę w nodze córki dyrektora, jaka została jej na pamiątkę bliskiego spotkania z zębami ocynkowanych sztachet; i tak miała szczęście: ładnie ją potem poskładali. „Pokaż” — prosiliśmy, więc dyrektorówna unosiła batystową spódnicę, a wtedy my, tuzin niewiernych Tomaszów, dotykaliśmy jej blizn palcami, czując trochę ciekawość, ale bardziej przerażenie — okaleczona wiotka łydka wyglądała co najmniej obrzydliwie, przywodziła na myśl oskubaną z piór, bezgłową kurzą szyję.

Można więc powiedzieć, że w kwestii trupów miałam już niejakie doświadczenie, tyle że z babką było inaczej. Tym razem oglądałam śmierć z bliska. Nie wyglądała tak jak na filmach. Na przykład kostnica — ta zupełnie mnie rozczarowała; była całkiem zwyczajna. Drzwi, na nich tabliczka z napisem „Pro Morte”, a za drzwiami sala wyłożona kafelkami w kolorze świeżo zmielonej kawy; pośrodku sali coś w rodzaju blatu na metalowym wózku o czterech białych kółkach. Na tym właśnie blacie, niby kurczak w ogromnej brytfannie, leżała sobie naga babka. Udawała, że śpi, podczas gdy wózek przy każdym dotknięciu jeździł raz w jedną, raz w drugą stronę, dopóki nie zablokowałyśmy kółek butami. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że wystarczyło nacisnąć hamulec.

Wielu rzeczy jeszcze nie wiedziałam. Na przykład, że niepozorna zielona plama po prawej stronie, tuż pod żebrami, to znak, że ciało zaczęło się rozkładać. Po dwóch tygodniach leżenia pod ziemią zamieni się w ciastowatą breję. Upłynie rok, a może kilka lat, zanim zniknie — to nie jest pewne, znaczy, że zależy od takich rzeczy jak wilgotność, poziom wód gruntowych i rodzaj gleby. Tak czy inaczej na końcu śmierć obgryzie babkę do samiutkich kości, ale na razie babka jeszcze była. Dotknęłam pomarszczonej dłoni; poczułam, jak przechodzi na mnie śmiertelny chłód.

Ludzie nie myją swoich zmarłych. Nawet ich nie oglądają. Wszystkim zajmują się specjaliści. Pakują ciała do chłodni, wyciągają na kilka godzin przed pogrzebem i robią co trzeba. Są nieludzcy, precyzyjni i bardzo się dziwią.

— Nie dam obcym dotykać się do mamusi — powiedziała im matka. Nienawidziła płacić za coś, co mogła zrobić sama.

Naprawdę się zdziwili. Pokazali nam co i jak i wyszli.

Tak więc w dzień pogrzebu myłyśmy trupa. Ciało pachniało dojrzałą kobietą; jest w tym coś z nadpsutego mięsa, odrobina mydła, woń mokrego psa, zapach jaśminu i pereł, oczywiście gdyby perły w ogóle miały jakiś zapach. Obwisła skóra, upstrzona żółtymi plamami, marszczyła się na szyi, nadając babce wygląd infantki w kremowej kryzie. Spomiędzy siwych kępek na głowie prześwitywała różowa łysina. Usta, nos i uszy były całkiem sine. Na łonie i pod pachami rzadkie siwe włosy wiły się jak larwy; były nawet w szczelinie między pośladkami.

Wytarłyśmy ciało ręcznikiem i zaczęło się ubieranie. Czułam się tak, jakbyśmy stroiły dużą lalkę. W dodatku zepsutą. Ręce babki stawiały opór; ciągnęłyśmy z całej siły i przez chwilę myślałam, że jak nic jej te ręce powyrywamy, no i kto to będzie naprawiał?

— To przez stężenie pośmiertne — mówiła do mnie matka, rolując na udach zmarłej grube, beżowe pończochy, a do babki, która zaczynała już z lekka trącić: — Wstydź się, mamusiu, wszystko zasmradzasz.

Najpierw majtki, potem halka. Elegancka koronkowa sukienka okazała się za ciasna. Musiałyśmy zostawić rozpięty zamek, przez co babka leżała w trumnie z gołymi plecami. Stopy babki spuchły do tego stopnia, że przypominały nogi ludzi ze słoniowacizną. Z trudem wcisnęłam je w trumienne buty — takie z tekturową podeszwą — w których już nigdzie się nie dojdzie. Żal mi było ubierać w nie babkę, zwłaszcza że wybierała się w najdłuższą podróż, ale moja matka miała wysoce pragmatyczny umysł.

— Inne buty? — pytała. — Po co? Przecież nie zakopiemy dobrych.

Zaczesałam włosy nieboszczki w wiotki, drobny koczek. Na trzy-cztery podniosłyśmy trupa — matka za ramiona, ja za te słoniowe stopy — i ułożyłyśmy w wyściełanej kremową satyną trumnie. Na koniec matka wyjęła z babki sztuczną szczękę i było tak, jakby w miejscu ust otworzyła się czarna dziura gotowa zassać mnie do wewnątrz.

Pośród falbanek i koronek babka z tą swoją łysawą głową i bezzębnymi, sinymi ustami przypominała niemowlaka. Zimnego niemowlaka. Wiedziałam od matki, że kiedy przychodzimy na świat, też jesteśmy sini; skóra zaróżawia się dopiero po pierwszym oddechu. Wyglądało na to, że przez całe życie każdy z nas nosi w sobie dziecko, którym był na początku. Na końcu to dziecko, które jest złym wilkiem, wydostaje się na zewnątrz i zabija.

Ciała dzieci i zmarłych są tak delikatne, że powinnyśmy dotykać ich wyłącznie wargami, a jeśli już dłońmi, to w jedwabnych rękawiczkach. Ale nie miałam jedwabnych rękawiczek. Ucałowałam czoło babki. W kąciku jej ust wytarłam kciukiem zaschniętą krew. Skóra na twarzy zdawała się cieńsza niż pergamin. Nałożyłam makijaż, tak jak to robią na amerykańskich filmach, nie żałując podkładów i szminek, aż trup wygląda lepiej niż za życia.

— Coś ty zrobiła? — zdenerwowała się matka. — Toż to zwyczajna kurew.

Nie było czasu tego ścierać. Przyszedł mężczyzna w spodniach na szelkach i zanitował wieko. Trumna była felerna. Przy każdym ruchu miniaturowy Chrystusik bujał się na krzyżu. Przypominał małpkę z głową na sprężynie — pstryk i już się kiwa. Obce maszyny w obcej fabryce pomalowały go żółtą farbą, nadając mu wygląd Chińczyka.

— Panie kochany, pan to poprawi — prosiła matka.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Nieboszczce i tak się poszczęściło. Teraz wszystko robi się w Chinach. U tych ryżojadów trumny jak dla lalek, połowa przychodzi za krótka. I jak tu chować ludzi? Z podkurczonymi nogami?

Nie było rady: babka dostała trumnę z tańczącym Chińczykiem. Tancerz uwodzicielsko kołysał biodrami, ilekroć trumna podskakiwała na wyboju. Elektryczny wózek, za którym szedł żałobny kondukt, prowadził mężczyzna w błękitnym uniformie. Wiózł babkę cmentarną alejką, nad którą szumiały drzewa, ociekając słońcem. Zastanawiałam się, czy żółta esencja zdoła przecisnąć się przez szpary wieka.

Na pogrzeb założyłam pantofelki na obcasie, przyozdobione błękitnym kwiatkiem. Były trochę za duże; kołysałam się w nich na boki zwyczajem pijaków. Wózek z bezzębną, wymalowaną babką jechał naprawdę szybko i musiałyśmy prawie biec, trzymając się z matką za ręce; czułam się przez to jak mała dziewczynka.

Podobno w dzieciństwie byłam szczęśliwa. Niewiele pamiętam — musiałam udawać dużo z tego szczęścia. Matka nie była pewna, czy ma dziecko. W trakcie dnia setki razy zaglądała do łóżeczka, w którym pod kocykiem w czerwono-niebieską kratkę spoczywałam ja — zerwana róża. Nie poruszałam się na jej widok. Zero reakcji. Leżałam tam z otwartymi oczami, patrząc na świat bez ciekawości i bez niechęci, niczego nie dając i nic nie chcąc w zamian.

— Mogłaś umrzeć, a ja nawet bym nie zauważyła.

„Tak nie powinno być” — pomyślałam.

Matki i dzieci powinna łączyć specjalna więź — tak uważam. Kiedy jedno umiera, drugie powinno poczuć to w sobie, gdzieś w środku, głęboko. Lodowate ostrze zadające śmiertelny cios. A potem żyć dalej.

Ojciec odszedł od nas, kiedy byłam mała. Dzwonił raz w roku, na święta. Jego niski głos wydobywający się ze słuchawki przypominał buczenie mechanicznej zabawki. Przez długie lata wierzyłam, że mój tatuś to gadający miś panda, jedna z tych drogich maskotek, jakie w drodze do szkoły widywałam na witrynach sklepów.

Ojciec przysyłał też kartki. Mam ich całe pudło. Kiedy przeprowadziłam się na wieś, zamierzałam je spalić, ale ostatecznie wyniosłam je na strych, gdzie obrastają kurzem. Wybierał te w czerwone i różowe serduszka, z brokatem poprzyklejanym na konturach. Kartki urodzinowe, imieninowe, pocztówki z wakacji. Na każdej to samo: „Mojej drogiej córce”. Na dole drobnym maczkiem dodawał zwykle, że mnie kocha. Przez całe życie próbowałam mu wierzyć. Ale tam, nad groźną czarną jamą, na dół której opuszczali ciało mojej babki, zupełnie jakby wodowali statek, pomyślałam, że tak naprawdę ani to, ani nic innego nie ma większego znaczenia. Życie przypomina obowiązkowy zastrzyk w gabinecie higienistki: „Zaraz się zacznie” — myślisz, nawet nie poczujesz i jest już po wszystkim.

A kiedy zakopywali moją babkę, zapytałam, czy mają dużą trumnę dla niej i maleńką dla mnie, w biedronki, pieski, coś dla dzieci. Ziemia łopata za łopatą spadała na wieko, na zawsze odgradzając świat żywych i martwych. Uklepali na babce dorodny kopczyk, a wyglądało to tak, jakby ziemia zaszła w ciążę. Ksiądz zawodził głosem kastrata. Człowiek w błękitnym uniformie udeptywał ziemię wokół grobu. Żałobnicy kolejno podchodzili do nas, złożyć kondolencje. W oczach mieli wyraz: „tak nam przykro”. Wszyscy. I bardzo zimne ręce.

Mężczyźni ledwo chwycili moją dłoń, puszczali ją w pośpiechu. Kobiety cmokały tuż przy moim uchu, całując powietrze. Nienawidzę, kiedy ktoś tak robi. Ale dobrze wiem — tam, nad grobem babki, wpełzła we mnie śmierć, a oni, ci zimnoręcy, ubrani na czarno ludzie, bali się nią zarazić. Patrzyłam, jak znikali, jeden po drugim, na końcu powleczonej słońcem alei, nie odwracając się za siebie, jakby uważali, że jesteśmy winne. Czułam się winna, że ktoś mi umarł.

— Jest już po wszystkim. — Matka chrząknęła, otrzepując ręce.

No i wtedy zaczęłam płakać, jakbym już nigdy nie miała przestać.

A potem zabrali mnie do szpitala. Nie mogłam oddychać. Zrobili wszystkie badania. Byłam zdrowa jak ryba, mimo to dusiłam się — złota rybka wyrzucona na brzeg.

Najpierw pomyśleli, że jestem w ciąży. Później, że oszalałam. Wysłali mnie do psychoanalityka. Przypominał wyżła. Opowiadałam mu moje sny.

Ten, w którym babka stoi przede mną, ale nie mogę jej dotknąć, więc znika. Wokół rzędy luster. To jest tak wymyślone, że powtarza się w nieskończoność.

I ten, w którym trzymam w ręku sztylet, wbijam w jej pęknięte serce. Przychodzi lekarz, mówi: „No tak, drugi zawał, powinnaś, dziecko, bardziej uważać, potłukłaś wazon w irysy, urodzinowy prezent od dziadka”.

Nawet ten najgorszy, w którym zabrania mi wyjść wieczorem. Boi się, że jestem zakochana. Wrzucam do muszli jej tabletki na serce, spłukuję wodę — chcę, żeby umarła.

— Dziewczyno, jesteś zupełnie normalna — powiedział „wyżeł”.

— Ale jak ja mam z tym żyć?

— Przykro mi, czas minął.

Matka czekała na korytarzu.

— Spryciarz z tego konowała. Tyle pieniędzy za godzinę pracy! Właściwie, co ty mu nagadałaś?

— Pytał o sny.

Szłyśmy przez parking.

— Sny? Skubany. Wiedziałam, że to szarlatan.

Wsiadłyśmy do auta. Włączyła silnik i ruszyłyśmy. Światła ulicznych latarni przypominały kwiatostany podświetlanych pęcherzy. Albo lśniącą ikrę. Mijałyśmy inne samochody, a w nich ludzi, którzy cieszyli się, smucili albo nie czuli nic. Wcale.

Płynęłyśmy, kruche, przez wielkie, wieczne miasto.

To, co wydarzyło się potem, wyglądało na sen. Śniło mi się jeszcze przez wiele nocy.

Na skrzyżowaniu pojawia się motocyklista w żółtym kasku. Jego motor rzęzi. Kiedy z dużą szybkością wbija się w bok naszego samochodu, matka klnie na czym świat stoi, ale ja wreszcie oddycham głęboko.

Jak dziecko wyniesione z płonącego domu.

2. Kolekcjoner sennych kobiet

Utrata dziewictwa była dla mnie jak wypadek samochodowy. Cieszyłam się, że to przeżyłam. Widywałam tego chłopca codziennie w autobusie.

— „Wszystko będzie dobrze”? Optymistyczny tytuł — zagadnął w dniu, w którym czytałam książkę Dereka Mahona.

Nie miał pojęcia o irlandzkiej poezji. Studiował malarstwo. Naprawdę miał talent. Sądziłam, że składa się z samych zalet, ale, niestety, był bardzo religijny. Chrystus ukrzyżowany, Chrystus w gaju oliwnym — uwieczniał na płótnach cukierkowe rysy, przywodzące na myśl hermafrodytów z wybiegów mody. I serce, wielkie czerwone serce, płonące w piersi dobrego Boga.

— Jesteś artystą. Nie masz ochoty namalować tego inaczej?

— To znaczy?

— Wyobraź sobie jezioro Genezaret: lazurowa toń, wiatr kołyszący fale, pośrodku łódka, w niej uczniowie.

— A Jezus?

— Pod wodą.

Miałam za sobą kilka randek i wszystkie, co do jednej, zakończyły się fiaskiem. Być może kiedy obiecujemy sobie zbyt wiele, musi nas spotkać rozczarowanie. Tak było ze mną. Za każdym razem. W dodatku, za sprawą matki, ilekroć szłam na randkę, czułam się nieskończenie winna, jakbym popełniała zbrodnię przeciwko ludzkości.

Jeśli chodzi o malarza, wkrótce staliśmy się nierozłączni. Po kilku tygodniach podarował mi odziedziczony po prababce pierścionek, taki z ametystowym oczkiem. Był pewien, że któregoś dnia zostanę jego żoną. Według niego nasza wspólna przyszłość miała być usłana różami — on, oczywiście, stanie się sławny, ja, jego jedyna prawdziwa miłość, urodzę mu tuzin złotoustych aniołków i nic a nic nie będę się starzeć.

Chwilowo, jak większość artystów, był biedny i niedoceniany. Zmęczony Chrystusami zamierzał namalować akt. Chciał, żebym mu pozowała. Koniecznie bardzo wcześnie rano. Mówił, że o świcie jest najlepsze światło, ale tak naprawdę tylko wtedy mogliśmy być u niego sami.

Ranne wstawanie to dla mnie tortura. W autobusie siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie zasnąć. Cudem wysiadłam na właściwym przystanku. W jego pokoju pachniało terpentyną i świeżą kawą. Rozebrałam się, ziewając.

— Boże, jesteś idealna.

Pomyślałam, że zwariował. Nie czułam się idealna. Właściwe nigdy nie czułam się dość dobra. Matka, odkąd pamiętam, mówiła mi, jak źle wychodzę na zdjęciach. Jej zdaniem wszystko robiłam nie tak — nie potrafiłam mówić („W ogóle cię nie słychać!”) ani pisać („Tego nie można odczytać!”), nie umiałam chodzić („Człapiesz jak kaczka!”), miałam fatalną sylwetkę („Nie garb się, dziecko!”) i jeszcze gorszy gust jeśli chodzi o chłopców („Malarz? Taki od obrazów? Jak on zamierza utrzymać rodzinę?”). Ilekroć otwierała usta, kłuła mnie w pulchne serduszko, jakby jej język to wcale nie był język, tylko mały srebrny bagnet.

Ale tam, w pokoju malarza, otoczona przez zwielokrotnione boskie oblicza, czułam się piękna jak Śpiąca Królewna. Usiadłam na taborecie. On zaczął malować. Musiał mnie budzić, żebym nie spadła. Miał takie ciepłe ręce.

Myślicie pewnie, że zrobiliśmy wówczas to, co w podobnych okolicznościach zwykle robią zakochani, ale, niestety, mieliśmy pecha — akurat tego dnia jego ojciec wrócił wcześniej z nocnej zmiany. Ubierałam się w pośpiechu.

— Nie bardzo się udał. Kończyłem z pamięci — skarżył się malarz kilka dni później, pokazując mi gotowe dzieło. — W dodatku ty byłaś taka senna.

Ja uważałam, że obraz jest piękny.

— Obiecaj mi jedno: nikt poza nami nie będzie go oglądał.

Przysiągł na swoje serce.

Coraz mocniej chcieliśmy się kochać.

— Czy znów mam przyjechać o trupio bladym świcie?

— Odpada. Nasz pierwszy raz musi być idealny. Zapamiętamy go na całe życie.

Znalazł ogłoszenie o kempingowych domkach. Jego artystyczna dusza karmiła się wizją nas obojga w oddalonym od świata anielskim zakątku. Tam, w otoczeniu świec, srebrnych kandelabrów i — jak mawiał malarz — „morza róż płatków”, mieliśmy wyznawać sobie dozgonną miłość, splatając ciała jak węże. Dostał na tym punkcie obsesji. Miał problemy ze snem. Przestał malować.

— Pieniądze. Zawsze te pieniądze. Dlaczego musiałem urodzić się biedny?

— Może powinnam sprzedać pierścionek? — spytałam, przyglądając się mojej dłoni, na której fioletowym blaskiem migotał lilipuci klejnocik.

— Nawet o tym nie myśl. Jest w mojej rodzinie od pokoleń.

Któregoś dnia zupełnie nieoczekiwanie wyszeptał mi do ucha, że wszystko załatwione. Domek wynajął na przyszły weekend.

Byłam przerażona. W dzieciństwie tyle nasłuchałam się od babki o Maryi i jej dziewictwie, a potem od bladej ze strachu matki przed każdym wyjściem na randkę („Szanuj się, dziecko!”). Słowem spodziewałam się czegoś wielkiego, wydarzenia, potężnego jak piorun, które raz na zawsze odmieni moje życie.

Wśród maturzystek z mojej szkoły byłam jedyną dziewicą. Reszta dziewczyn przypominała kocice: ocierały się o chłopców, mruczały zalotnie; do tego chichotały, Bóg jeden wie z czego. W plisowanych spódniczkach, pasiastych podkolanówkach i różowych trampkach przyozdobionych kokardkami z brokatu sprawiały wrażenie niewiniątek, ale — mimo powyciąganych swetrów, przetartych na kolanach dżinsów i trój ze sprawowania — to właśnie mnie przypadła w udziale rola cnotki niewydymki. Kocice traktowały mnie jak zadżumioną. Zaciągały się papierosami w szkolnej ubikacji, plotkując o chłopcach, którzy — niczym nurkowie szukający skarbów — wpadali w nie głęboko i szybko. „Byczki onanizujące się w pochwach” — tak o nich mówiły.

Pamiętam, jak pewnego razu w ramach wymiany przyjechał do nas uczeń ze Stanów. No więc ten Bob czy John na widok małego fiata chwycił się za głowę, wydając z siebie słabe „oh my God”, a po chwili omal nie zemdlał, po tym jak z malucha wysiadło czterech grubych mężczyzn. Podobnie ja bladłam setki razy, słuchając opowiadanych przez „kocice” historii o chłopcach wytryskujących jak spieniony szampan, wielokrotnych orgazmach i innych rzeczach, od których kręciło mi się w głowie. Świat nurzał się w rozpuście, niby wieprze w błocie, a ja nie miałam o tym pojęcia.

Oczywiście nie byłam święta. Od owej pamiętnej Wielkanocy, kiedy ukryłam się przed babką w kościele i później, po babki pogrzebie, masturbowałam się wiele razy. Przestałam po tym, jak wytrysła ze mnie ciepła, pachnąca miodem ciecz i ściekła mi po palcach. Przez kilka dni czułam ucisk w podbrzuszu, potem wszystko minęło. Mimo to byłam pewna, że umieram. Sądziłam, że choruję na jakąś egzotyczną śmiertelną chorobę. W myślach widziałam już własny pogrzeb. Zastanawiałam się nawet, jaką kartkę z tej okazji przyśle mój ojciec.

— Głuptasie, to żadna choroba, tylko seminatio, taki damski wytrysk — wyjaśniła mi jedna z „kocic”, Joanna, czesząc przed lustrem puszystą czarną grzywkę. Przy każdym ruchu szczotki jej włosy unosiły się w górę, przyciągane siłą elektrostatyczną, i pomyślałam, że to nie jest dziewczyna, tylko zaczarowany kot sypiący złote iskry.

Joanna do dziś przysyła mi listy. Prawdziwe listy na prawdziwym papierze. Z koperty wysypują się szeleszczące, sztywne kartki, niegdyś białe jak bandaże, teraz usiane czarnym atramentem. Pismo Joanny to śmieszne ślimaczki, pełne zawijasów. Lubię oglądać znaczki na kopertach, układam listy według kolorów tych znaczków i tak o nich myślę: błękitny list, żółty, zielony, list z małą foką toczącą czerwoną piłkę.

Joanna pisze do mnie z Kalifornii (to słowo kojarzy mi się niezmiennie z lemoniadowym światłem przesączonym przez gruby plaster miodu). Czasami, stojąc na progu domu, zamykam oczy i myślę o setkach, tysiącach, milionach listów, powiązanych sznurkami, nieruchomych i cichych jak uśpione owady, i wszystkich ludziach towarzyszących im w podróży — pracownikach poczty, pilotach samolotów, konduktorach pociągów i moim listonoszu, który cały w uśmiechach rzuca mi pod drzwi każdą z przesyłek, a potem odjeżdża na rowerze o zardzewiałej ramie, dzwoniąc na wybojach: dzyń, dzyń, dzyń.

Wielu z nadawców umarło, kiedy listy były w drodze, ale adresaci będą czytali ich słowa, nic o tym nie wiedząc. Jakby wcale nie było śmierci, jakby śmierć została oszukana — w ten właśnie sposób mówią do nas umarli.

W ostatnim liście Joanna pisała o trawiącej ją od wyjazdu chorobie. Leczyli ją prądem (tak, moi mili, elektrowstrząsy znowu są w modzie). „Podłączyli elektryczny bluszcz do mojej głowy, «nic nie będzie boleć», powiedzieli, a potem przepuścili przeze mnie transmisję końca świata. Czy to nie dziwne, że pomyślałam wtedy o tobie?”.

Nasza przyjaźń zaczęła się tam, w szkolnej ubikacji. Joanna przerwała szczotkowanie kruczoczarnych włosów (właściwie miały kolor świeżego asfaltu) i przyjrzała mi się uważnie, jakbym była czymś szczególnie ciekawym.

— Powinnaś się cieszyć. Seminatio to bardzo rzadka sprawa.

Ale nie cieszyłam się. Wcale. Prawdę mówiąc, czułam się popsuta. To nic miłego mieć powódź między nogami. Potrzebowałam kogoś, kto mógłby mnie naprawić. Nie zamierzałam czekać z tym do ślubu.

Poszłam nawet do ginekologa, ale trafiłam na prawdziwą kostuchę. Od progu wiedziałam, że mnie nienawidzi. Zwracała się do mnie głosem pełnym niechęci, a wszystko dlatego, że stałam tam taka niewybaczalnie młoda, a ona była pomarszczona i brzydka — tak wyglądają begonie, kiedy już przekwitną. To przykra rzecz znaleźć się z kimś takim w jednym pokoju. Do tego bez majtek.

Kościstą ręką wskazała fotel. Z trudem dosięgałam stopami do podpórek, które przypominały strzemiona (kobieta przede mną musiała być naprawdę wysoka). Czułam, jak drętwieją mi nogi. „Kostucha” jedną ręką w gumowej rękawiczce poprawiała okulary na krecich oczach, drugą sondowała moje krocze, podczas gdy ja udawałam, że jestem martwa — leżałam i gapiłam się prosto w światło lampy, zastanawiając się, który mężczyzna projektował ginekologiczne fotele. I czy próbował na nich leżeć.

Potem starucha wsadziła we mnie coś, co przypominało kaganiec. Grzebała długo i mocno, i z takim przejęciem, jakby spodziewała się wyciągnąć perłę, ale żadnej perły ze mnie nie wyciągnęła, więc kazała mi się ubrać, wypisała receptę i zawołała: „Dawać następną!”. Po wyjściu z gabinetu czułam, że nie znaczę więcej niż dopuszczone do obrotu mięso.

Mimo to w przeddzień wyjazdu z malarzem dosłownie drżałam z przejęcia. Pierwszy raz w życiu byłam zakochana. Wierzyłam, że to już na zawsze.

Powiedziałam matce, że przenocuję u Joanny, i pojechaliśmy.

— Domek numer cztery? Jeszcze nie jest wolny. Jakaś para wynajęła go na kolejną godzinę — oznajmił mężczyzna w recepcji. — Wszyscy przyjeżdżają tu tylko po, żeby się pieprzyć.

Kiedy przechodziliśmy obok, z czwórki dobiegały głośne jęki. Kobieta wrzeszczała: „Jeszcze, jeszcze!”. Na koniec wydała odgłos jak dobijane zwierzę.

— Trzeba czekać — oświadczył zrezygnowany malarz, więc poszliśmy na spacer.

Obok domków biegła szosa; na drugim planie znajdował się mały lasek, na pierwszym zatoczka, po której, machając na przejeżdżające tiry, spacerowało kilka kobiet-lalek. W odblaskowych kurteczkach i krótkich spódniczkach prężyły się, wypinały tyłki. Zastanawiałam się, czy nie jest im zimno.

Zanim minęliśmy tirówy, podjechał czerwony sportowy samochód. Kierowca zatrąbił. Najwyższa z kusych dziewczyn, kręcąc biodrami, ruszyła w jego stronę. On otworzył drzwiczki. Ona rozpięła kurtkę; wyglądała prześlicznie w obcisłej bluzeczce z głębokim dekoltem.

— W żopu piatdiesiat, w paszczu dwadcat — tłumaczyła zachrypniętym głosem.

Raptem on złapał ją za pierś, ona wyrwała się, krzycząc, że za to trzeba płacić, więc koniec końców nazwał ją głupią kurwą i zatrzasnął drzwiczki.

— Co jest, Natasza?! — wołały zaniepokojone koleżanki po tym, jak samochód odjechał z piskiem opon.

— Ot, sobaka. Chotieł jebat bespłatna. — Splunęła, poprawiając stanik.

Zaczął padać śnieg. Weszliśmy do lasku. Pod naszymi stopami zapadało się błoto. Marzec zaczął się tego roku serią roztopów, ale teraz nagły chłód pokrywał wszystko cienkim białym szronem. W górze wisiało słońce, drogocenny koral dwa razy dziennie nawlekany na nitkę horyzontu, chociaż, jeśli mam być z wami szczera, to wcale nie był koral ani klejnot, w ogóle nic cennego, tylko olbrzymia kula w jednym z tych intensywnych odcieni żółci, jakie spotyka się czasem w moczu cukrzyków.

„Mam przywidzenia” — pomyślałam na widok polany pełnej stokrotek. Ale to nie były kwiaty. Wokół, gdziekolwiek spojrzeć, walały się zużyte prezerwatywy i plastikowe folie.

Wróciliśmy do recepcji. Domek był już wolny. Musieliśmy pootwierać okna, tak mocno pachniało seksem tamtych dwojga. Kaloryfery nie grzały. Wkrótce w pokoju zrobiło się zimniej niż w kostnicy.

Malarz włączył radio. Kręcił gałką, próbując znaleźć pościelową melodię, ale właśnie tego dnia zachorował papież. Na każdej stacji mówili tylko o tym.

Nawlekałam świeżą, wykrochmaloną pościel na pierzynę śmierdzącą cudzym potem. Pościel w kilku miejscach była dziurawa. Nie byłam pewna, czy malarz dokładnie tak to sobie wyobrażał.

— Jesteś gotowa? — spytał, kiedy skończyłam.

Kiwnęłam głową, chociaż nie byłam. Kiedy mnie rozbierał, zastanawiałam się, gdzie jest kobieta, która leżała na tym łóżku przede mną, i czy ja też będę krzyczeć z rozkoszy.

— W porządku. Zaczynam — oznajmił malarz z takim przejęciem, jakby inaugurował koniec świata.

Byłam zimna jak trup. Trzęsłam się, szczękając zębami.

Nie zagrały archanielskie trąby. Łóżko zaczęło trzeszczeć. Spojrzałam na zegarek. Była dwudziesta pięć. Dwudziesta siedem, gdy skończył.

Otuleni w koce wyszliśmy na ganek. Śnieg spadał na moją dłoń białymi hostiami. Zaczynała się zamieć. Przybłąkał się do nas pies stróża. Ogromny i zziajany, ciepłym cielskiem grzał moje stopy. Zawołany przez pana pobiegł w jego stronę i stał się czarną plamą pośród ukośnie padających małych, białych strzałek. Z oddali słyszałam jeszcze jego szczekanie. Wszystko we mnie było ciche jak śnieg.

Po mojej nodze, wywołując swędzenie, ściekała wodnista ciecz, ale to nie był mój miód. Ciecz miała zapach kredy i przepoconych trampek. Wytarłam ją w koc, na którym zostały białe plamy. Malarz uśmiechnął się głupkowato. Zrobiłam to samo, jakbym była ustawionym naprzeciw niego lustrem. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

Wyobrażam sobie, że tak wygląda lawina w Himalajach — biały jęzor wdziera się w doliny, wszystko wokół zamarza i tylko ja, otoczona przez pokrywy lodu, ciągle jestem żywa, nie dlatego, żebym była lepsza od innych, po prostu zamarzam wolniej niż reszta.

Siedząc obok malarza, tam, na drewnianym ganku, wpatrzona w wirujące w powietrzu drobinki śniegu, świetliste tak bardzo, jak gdyby w każdej ukryto miniaturową lampę, przypomniałam sobie pewne zdarzenie. Z tych zabawnych.

Kiedy miałam sześć lat, wpadłam do domu, wołając:

— Babciu, gonił mnie bengalski tygrys!

Babka wyjrzała przez okno i zobaczyła żółtego pieska.

— Wstydź się tak kłamać! Idź, przeproś Boga, porządnie, na kolanach.

Gdy wróciłam, spytała:

— No jak, przeprosiłaś?

— „Przepraszam cię, Boże, że się pomyliłam, wzięłam małego pieska za tygrysa”. Wiesz, babciu, tak mu tłumaczyłam, a on na to: „Wcale ci się nie dziwię, jak zobaczyłem go po raz pierwszy, też pomyślałem, że jest tygrysem”.

— Gdzie jest obraz? — spytałam malarza, zaglądając do jego pokoju w poniedziałek rano.

— Jaki obraz, kochanie?

— Mój obraz!

— Pamiętasz, jak wspomniałaś o pierścionku? Zaświtał mi wtedy pewien pomysł. Zaniosłem do galerii kilku Chrystusów, ale nie chcieli słyszeć o zaliczce, mówili, że na to jest za mały popyt. Sprzedają głównie akty, to co miałem zrobić?

Tak oto wisiałam sobie naga na ścianie galerii w samym centrum miasta.

Pojechaliśmy tam z malarzem, ale nie miałam siły wejść do środka. Czekałam przed drzwiami, wciskając zmarznięte dłonie do kieszeni płaszcza, przestępując z nogi na nogę zwyczajem skazańców w łagrach, o których kiedyś czytałam. Mimo to nie mogłam wykrzesać z siebie ani odrobiny ciepła. Czułam, że zamarzam. To działo się od wewnątrz — w moim brzuchu rozrastała się mateczka Rosja, miałam tundrę zamiast serca. Chociaż nie, właściwie zamiast serca miałam ogromną czarną dziurę. Śnieg sypał z nieba — białe confetti — roztapiał się w wiosennym słońcu, zanim spadł na ziemię, a ja czułam się jak trup, zimna i nijaka.

Na wystawie galerii wisiało kilka biało-czarnych grafik — co do techniki, na oko były to akwaforty i linoryty, w kwestii tematuécriture féminine, nie mam zdania, jeśli chodzi o styl. Spoglądało na mnie kilka dziwnych kobiet: jedna z pękniętym brzuchem, z którego wypadła maleńka perła, druga to była wydrążona kukiełka i mleko płynęło z jej ust, a jeszcze inna miała nagie piersi, anielskie skrzydła, źrenice w kształcie pestek i nóż wbity w serce. Niektóre trzymały w ramionach robaczywe dzieci, inne czarne małpy, obnażające lśniące zęby, ciała ślimaków w strzaskanych muszlach, a nawet czaszki, które winorośl porastała bujnie niczym rozmnożona osobliwa narośl i winnymi pędami uparcie pięła się w górę, oplatając ciała kobiet, pół aniołów, pół kalek, by w prawym górnym rogu wydać owoc, dorodne, kształtne grono, które kusiło: „zjedz!”.

Zaprawdę czułam się pęknięta jak one — te siostry moje, te matki. Zdawało mi się, że słyszę, jak szepczą do mnie zza brudnej szyby: „Daj spokój, dziecino, takie jest życie”.

Po godzinie, która trwała całą wieczność, malarz wyszedł z galerii z pustymi rękami, za to z uśmiechem triumfu na twarzy.

— Co z obrazem? Zgodzili się wymienić go na inny?

— To niemożliwe. Kupił go od nich prywatny kolekcjoner. Zapłacił niezłe pieniądze. Czy to nie cudownie? — Mówił bardziej do siebie niż do mnie. — Mój pierwszy sprzedany obraz! I wiesz co, kochanie? Zamówili jeszcze kilka twoich aktów. Zanim zacznę malować tak całkiem z pamięci, muszę cię jeszcze trochę pooglądać. Dasz radę wyrwać się w ten weekend? Trzeba wcześniej zarezerwować domek.

Nigdy nie zrozumiał, dlaczego jak płatek śniegu na słońcu wyparowałam z jego życia, oddając mu drogocenny pierścionek.

3. Dolly nie całkiem niebieskousta

— No więc? — Lekarz splatał i rozplatał palce nad wypolerowanym blatem biurka, to wznosząc, to burząc kościstą wieżyczkę. Jego olbrzymia głowa w kształcie balonu kołysała się na cienkiej szyi i za każdym razem, kiedy przez uchylone okno wpadało ciepłe powietrze o zapachu paproci i prażonej kukurydzy, miałam wrażenie, że odfrunie. Wolałabym, żeby odfrunął.

Na ulicach trwał festyn. Zanim trafiłam do budynku szpitala, minęłam ludzi w dziwacznych przebraniach. Rozpoznałam wśród nich gondoliera, nadwornego błazna i siedem syren paradujących z nagimi piersiami, o ile nie liczyć drobnych cekinowych meduz przyklejonych do siedmiu par sutków. Te piersi pewnie miały powód, żeby tak paradować, ale tego dnia nic mnie nie obchodziło. Przeciskałam się z trudem przez hałaśliwy tłum. Nie chciałam spóźnić się na wizytę.

Niepotrzebnie się spieszyłam. Przesiedziałam trzydzieści minut w poczekalni w kolorze wymiocin, razem z ludźmi o spojrzeniach pozbawionych wyrazu. Na wszelki wypadek poszłam do łazienki sprawdzić, jak jest ze mną. Spojrzałam w lustro — miałam to samo. Wróciłam dokładnie w chwili, gdy przeraźliwie chuda pielęgniarka, właściwie kościotrup, wyczytywała moje nazwisko. Na drzwiach wisiała tabliczka: „Doktor Paluch, psychiatra”. Oksydowane litery przepłynęły przed moimi oczami, po czym rozmyły się, jak gdyby spłukane deszczem.

Lekarz nie przypominał tego pierwszego, „wyżła”. Był przystojny. Bardzo przystojny, jeśli nie liczyć zbyt dużej głowy. Wskazał na krzesło, niewygodne jak diabli, potem założył okulary w złoconych oprawkach. Rozdzielał nas szeroki blat biurka w kolorze nadgniłych wiśni. Przez upiornie długą chwilę milczeliśmy oboje, patrząc na siebie w ciszy, nad tym blatem.

— Więc?

Ja milczałam dalej, podczas gdy on nerwowo splatał i rozplatał palce, które układały się w wieżyczkę, to znowu w konchę, gładką i jasnoróżową. Dziesięć palców wieńczyło dziesięć idealnie spiłowanych paznokci. Skóra na jego dłoniach lśniła czystością, zdawała się wprost fosforyzować. „Z takiej skóry naziści zrobiliby abażur — pomyślałam. — Śliczne różowe cacko, które niby mała aureola przystroiłoby lampę stojącą na mahoniowej półce pośród innych bibelotów: embrionów w porcelanowych naczyniach, wypolerowanych czaszek, złotych zębów Żydów, wielkiego słoja z wypreparowanym szkieletem karła (gdzieś o tym czytałam)”. Aż przeszły mnie ciarki.

Coś popsuło się w mojej głowie. Od historii z malarzem gdziekolwiek byłam, cokolwiek robiłam, przed moimi oczami pojawiały się straszne obrazy. Było pewne, że nie chodziło wyłącznie o pęknięte serduszko. Nie chodziło także o piętno pomyłki ani o miałkość tego, co stanowiło desygnat słowa „miłość’. Byłam nadwrażliwa niczym oko człowieka z fotofobią. Wzdragałam się przed brutalnością faktów. Do dziś tak się wzdragam.

— To dlatego, że jesteś taka pierwsza naiwna — mówiła Joanna.

Owego lata, przyciągana hipnotyczną siłą, niby ćma do światła, wracałam do galerii, do moich kobiet-kalek, dopóki nie znikły z wystawy. Czułam się równie kaleka jak one, ale nikt nie chciał sprawić, bym znikła.

Kątem oka wszędzie dostrzegałam śmierć, jej małe zwiastowania. Liliowe krwiaki na dłoniach starych zakonnic, a dalej, na drugim planie, osobliwy kontrapunkt — zakochani, ukryci za krzakami bzu, wrzeszczący w ekstazie jak dzieci w agonii. Poza tym siedem siwych gołębi żerujących na gołębim ścierwie, plus tłuste czerwie w koszu na śmieci, pełznące po nadgryzionym hot-dogu. Patrzyłam, jak spada z nieba kolejne słońce; wcale nie miałam ochoty go złapać. Tak musi się czuć skazaniec w celi śmierci — nie widzi przed sobą żadnej przyszłości.

Wolałabym zniknąć. Albo przynajmniej stać się nieważka ową nierealną, cudowną nieważkością znaną mi ze snów, w których latam. Niestety, rzeczywistość była nie mniej niewzruszona niż wmurowana w ziemię ławka, na której siedziałam, obracając w dłoniach pocztówkę z napisem: „Gratulacje, mój aniołku. Kochający tata”.

Park był pełen światła, ja — bezbrzeżnie pusta. A mówiło się, że przeżywam najlepsze lata życia.

Zdałam maturę, dostałam się na studia, nawet matka była ze mnie dumna („Psychologia? No, no, córcia!”), ale ja nie byłam pewna, czy wstając z łóżka, robię to naprawdę czy tylko spoglądam w lustro na cudze odbicie. Miałam wrażenie, że jestem niekompletna, jak cienie przedmiotów po wybuchu bomby atomowej. Bałam się, że popadam w obłęd. Bez przerwy było mi zimno. Zakładałam dwie pary rajstop pod grube spodnie, trzy pary wełnianych skarpet, na górę kilka warstw bluzek. Z czasem przestałam przebierać się do snu. Na ubrania noszone za dnia po prostu wciągałam flanelową nocną koszulę, a mimo to trzęsłam się z zimna. Wyprosiłam od matki puchową kołdrę, naszpikowaną kaczym pierzem. Była ciężka jak diabli. Leżąc pod nią, czułam się tak, jakbym leżała w grobie, pod grubą warstwą ziemi.

To właśnie mniej więcej w tamtym czasie zaczęły mnie dręczyć myśli o śmierci. Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam zwiastuny rozkładu: motyle na wycieraczce, ścierwo rozjechanego psa, mięso na ladach sklepów mięsnych, w dziecięcych wózkach, w jedwabnych sukienkach długonogich kobiet i w ustach ich mężczyzn — to samo mięso. Czaiło się wszędzie wokół i we mnie, nadpsute i robaczywe.

Pojechałam z Joanną na Przystanek Woodstock, ale zamiast ludzi widziałam trupy, same trupy. Zamiast murawy — przyszłe groby. Tysiące trumien do wypełnienia.

No i sny. Z tym było najgorzej. Umierałam każdej nocy, niezliczoną ilość razy, w różnych kombinacjach. Pośród kalejdoskopowych podświadomych obrazów zjawiała się fanciullina morte, dziewuszka śmierć Felliniego; w moich snach przybierała niezmiennie kształt bławatkowego topielca — wypływała ku mnie ze stawu o barwie źrenicy ściętej szronem. Księżyc robaczywiał w rozwartej toni, a ja śniłam o moich kościach zakopanych w ziemi, ciele rozkładającym się, tak jak każde inne mięso, o tłustym robaku pełznącym we mnie, wewnątrz. Przerażona budziłam się z krzykiem i wtedy naprawdę chciałam uwierzyć w jakiekolwiek piekło albo niebo.

To trwało tylko chwilę, ta moja chęć nawrócenia. Zaraz potem przypominałam sobie o zwierzętach w rzeźniach, zastanawiając się, jak właściwie miałyby wyglądać ogrody Edenu. Nikt nikogo nie będzie pożerał? Będziemy żyć w zgodzie przez całą wieczność? Jak na broszurkach jehowych?

Pewnie, że potrzebowałam pomocy. W tajemnicy przed matką zapisałam się na wizytę w państwowej poradni, a teraz siedziałam w gabinecie psychiatry i z wielkim wysiłkiem otwierałam usta, próbując wytłumaczyć, co właściwie mi dolega. Przypominało to śpiewanie operowej arii w betonowym basenie, kilka metrów pod wodą.

Lekarz nie wzbudzał zaufania. Nerwowo wiercił się na krześle, wodził po pokoju rozbieganym wzrokiem. Wyglądało na to, że ledwo radzi sobie sam ze sobą.

Opowiadałam głównie o snach, ale doktor Paluch nie wierzył w te bzdury od Junga. Widocznie jego sny były gorsze od moich. Założę się, że każdej nocy śniło mu się piekło: sala pełna luster i nigdzie nie można się schować.

— Mówisz, że dostałaś się na psychologię? Świetnie. — Zacierał ręce jak ktoś, kto wietrzy dobry interes. — Bardzo rozsądnie z twojej strony, że przyszłaś. Każdy, kto chce leczyć innych, powinien wcześniej uprzątnąć bałagan we własnym ogródku. Trzeba się pozbyć wszystkich swoich świrów. Będzie to proces bolesny i długi, ba, może zająć całe życie. Lepiej ci zrobią prywatne wizyty. Zapiszę cię na przyszły czwartek.

Sięgnął po notes oprawiony w błękitne płótno, coś jak imitacja zamszu. Zauważył, że przyglądam się stojącemu na biurku zdjęciu jego żony — drobna brunetka o topazowych oczach, o ustach cienkich jak nóż — i oblał się rumieńcem. Przyszło mi na myśl, że usta jego żony naprawdę są ostre i za każdym razem, kiedy on chce ich dotknąć, nie robi tego, żeby się nie zranić.

Nie poszłam do niego ani w następny czwartek, ani w żaden inny. Nie było mnie stać na prywatne wizyty. Nie żebym miała się lepiej. Przeciwnie. Podejrzewałam u siebie manię prześladowczą. Zdawało mi się, że chodzi za mną jeden facet. Tyle że ten facet naprawdę za mną chodził. Wyglądał jak sympatyczny sąsiad-psychopata, taki, który trzyma w lodówce ludzi w kawałkach. Mimo upału nosił błękitną dżinsową koszulę z długim rękawem i takie same spodnie w kolorze indygo. Widywałam go wielokrotnie na mojej ulicy. Tego dnia kręcił się obok placu zabaw.

Przyniosłam do kuchni starą lornetkę ojca — jedną z niewielu należących do niego rzeczy (oprócz niej zostawił kilka za małych koszul, popsute radio, a z czasów, kiedy był myśliwym, tuzin wypchanych zwierząt i swoje dwa największe trofea: matkę i mnie).

„Dżinsowy” psychopata, oglądany w powiększeniu, miał na oko czterdziestkę, ale sprawiał wrażenie maminsynka: pulchne policzki, zero zarostu, fryzura z hitlerowskim przedziałkiem, druciane okularki i wodniste oczka. Był spokojny, przeraźliwie spokojny, przypominał ocean przed sztormem. „Może jest duchem” — pomyślałam, odkładając lornetkę, i zabrałam się za szykowanie śniadania.

Było południe. Matka w pracy wypruwała sobie dla mnie żyły — tak zwykła mawiać. Ja przez całe wakacje snułam się po domu niczym zjawa. Wieczorami wychodziłam do klubu z Joanną, która od czasu naszej rozmowy w szkolnej łazience uważała mnie za ciekawe dziwadło.

— To ta zakonnica, o której tyle wam mówiłam. — Puszczała oko, przedstawiając mnie swoim znajomym.

Dla nich byłam sensacją sezonu. Przyglądali mi się z natrętną ciekawością, a ja czułam się trochę dumna, ale bardziej zawstydzona. Tak musi czuć się lew skaczący przez płonące obręcze albo cyrkowy niedźwiadek tańczący przy dźwięku werbli, kiedy widzowie wstrzymują oddech, a potem krzyczą: „brawo!” i „bis!”.

Czasami, późno w nocy, po powrocie z klubu, stawałam nad łóżkiem matki. Obserwowałam cienie przesuwające się po jej zwiędłej twarzy, kiedy uliczne latarnie to zapalały się, to znowu gasły. Matka przez sen zgrzytała zębami (tak robią ludzie, którzy mają robaki). Otóż w owe parne letnie noce oczami wyobraźni widziałam, jak to robię — biorę ostry nóż, rozpruwam jej brzuch i chowam się w nią z powrotem. I nigdy, przenigdy się nie urodzę.

Niestety, facet w dżinsie nie był duchem. Tego wieczoru czekał na mnie przed blokiem. Śliniąc się i gestykulując, próbował wcisnąć mi w ręce święte obrazki.

— Bierz, powiadam, bierz z tego, dzieweczko, to jest diabeł w koronie, a imię jego Jezus. Ale ty nie jesteś taka jak tamte, suki rozpasane, malowane kurwy, zaprawdę, ty jesteś czysta. — Mówiąc to, dźgnął mnie w ramię szponiastym, brudnym paznokciem wskazującego palca.

Matka zawsze mi powtarzała, że wariatom trzeba przytakiwać, więc powiedziałam, że pewnie, że jestem, ale teraz muszę już iść.

— Bo tamte… — Machnął ręką w bliżej nieokreśloną stronę. — …tamte to wszystko dziwki. Matka moja dziwka i siostra też dziwka. Kobiety to suki, ciągle się łajdaczą, ale ty, święta dzieweczko, jesteś inna.

Przez kilka kolejnych dni zaczajał się na mnie jak snajper. Próbowałam go wymijać, uważając, żeby nie opryskał mnie śliną, która przy każdym słowie wytryskiwała z jego ust, jakby był małą fontanną.

Trzeba przyznać, że dręczona przez wizje rozkładu i katastroficzne sny, z ubraniami w kilku warstwach piętrzącymi się na mnie mimo upału, byłam może nieco ekscentryczna, ba, nawet dziwaczna, jednak w porównaniu z „Dżinsowym” wydałam się sobie zupełnie normalna.

Na wszelki wypadek poszłam na policję. Funkcjonariuszy było dwóch: jeden spasiony, drugi z wąsem.

— Ten mężczyzna pani groził?

— Grozić nie groził, ale bełkocze i wszędzie za mną chodzi.

Nie bardzo mogłam się skupić, bo ze ściany mrugały na mnie rozebrane kobiety z wielkimi cyckami. Naprawdę wielkimi. W formacie jeden do dwóch. Kobiety też były dwie, na ten rok i na zeszły.

— Czy on w ogóle coś pani zrobił? Napastował albo pobił? — spytał wąsaty.

— Raz złapał mnie za pośladek.

— Pośladek? To stanowczo za mało. Proszę się zgłosić, jak już coś zrobi — pouczył mnie spasiony i odprowadził do drzwi.

Zastanawiałam się, czy gdyby chodziło o jego córkę, uważałby tak samo.

Na korytarzu dwóch policjantów paliło papierosy.

— I o co tyle krzyku? Że ją zdeflorował? Przynajmniej ma to dziewucha za sobą — powiedział pierwszy, drugi pokiwał głową.

Zgasili niedopałki i otworzyli jedne z szeregu drzwi, identycznie nijakich. W głębi pokoju, do którego weszli, dostrzegłam drobną dziewczęcą twarz, całą w siniakach. Wyglądała na szesnaście, może siedemnaście lat. Na widok mężczyzn poruszyła się niespokojnie — zdobycz złapana w pułapkę. Drzwi zamknęły się ciszej niż wieko trumny, a ja po prostu tam stałam. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam przestać płakać.

„Tylko dlatego, że jestem kobietą, muszę rozkładać nogi dla ciebie i dla twojego ojca, i dla twojego przyjaciela? Jeśli noszę obcisłą sukienkę, maluję usta czerwoną szminką, tylko dlatego możesz nazwać mnie dziwką?” — pytałam samą siebie. „Tak, dziecko, dlatego” — odpowiedziałby świat, gdyby świat w ogóle to obchodziło. Ale świat był zajęty kolejnym obrotem, razem z którym kwiaty, złaknione światła, obracały delikatne kielichy ku słońcu, obracały się głowy mężczyzn, kiedy dziewczyny w sukienkach z organzy szły ulicą, kołysząc biodrami (błogosławione niech będą ich biodra), zmarli obracali się w proch w swoich grobowcach, w cichych termitierach — obracało się wszystko i wszyscy, ja też.

Jeszcze tego samego dnia „Dżinsowy” zażądał ode mnie butów; uważał je za coś w rodzaju relikwii. Uratował mnie przypadkowy autobus, który akurat zatrzymał się na przystanku i do którego, niewiele myśląc, wsiadłam.

Przez kilka następnych tygodni miałam spokój. Facet w dżinsie zniknął z horyzontu, dosłownie wyparował jak ciało oblane kwasem. Do czasu…

Którejś niedzieli jechałam do klubu, na spotkanie z Joanną. Wysiadłam z tramwaju i ruszyłam ścieżką biegnącą wzdłuż parku. Kolonie chitynowych chrząszczy krążyły wokół drzew, tworząc ruchome, brzęczące korony. Zapadał zmierzch. Z oddali dolatywały dźwięki transowej muzyki — znak, że byłam coraz bliżej.

Nagle poczułam szarpnięcie. Z początku sądziłam, że potknęłam się, lecę do tyłu i za chwilę upadnę, ale nie upadłam. Kiedy dotarło do mnie, że ktoś trzyma mnie za szyję, próbowałam krzyczeć.

— Poczekaj, dziwko, wyrucham cię na cacy — dyszał mężczyzna tuż przy moim uchu, zatykając mi usta rękawem śmierdzącej dżinsowej koszuli. — Matka Boska Kurewska teraz ci nie pomoże.

Zrozumiałam, kto to taki, i że — mówiąc krótko — jest już po mnie.

W następnej chwili zostaliśmy otoczeni; otoczyły nas pnie brzóz — białe, strzeliste kolumny — a on ciągnął mnie między nimi, jakbym była kukłą ze słomy, marzanną, jaką topi się na wiosnę w stawie; jakbym nie ważyła nic, wcale. Próbując się bronić, obcasami butów rozrywałam trawę, aż jeden z pantofelków zsunął się z mojej stopy. To zabawne, co myśli się w takich chwilach; ja pomyślałam, że jestem Kopciuszkiem — uciekam z balu, zanim kareta zamieni się w dynię.

Kątem oka zobaczyłam jeszcze dwóch mężczyzn. Byli nago. Biegli ku mnie z głębi parku. Ich obwisłe przyrodzenia dyndały niczym serca dzwonów. „Więc już jestem trupem” — przeszło mi przez głowę.

Musiałam zemdleć, ponieważ następną rzeczą, jaką pamiętam, był czubek buta tuż przy mojej twarzy — czarny aksamitny pantofelek z błękitnym kwiatkiem, ten z pogrzebu babki. Zdobiący go kwiat był wymięty i oblepiony ziemią, mimo to na jego widok nieomal rozpłakałam się ze szczęścia. Ten zwyczajny damski bucik był z pewnością kawałkiem materii, a skoro nadal istniała materia, to znaczy, że wcale nie poszłam do piekła.

Gdzie zatem byłam, jeśli nie w piekle? Leżałam na tylnym siedzeniu samochodu, z pantofelkiem pod głową. W powietrzu unosił się zapach cytrynowego odświeżacza i orientalnej wody kolońskiej (piżmo, wetiwer, drzewo sandałowe). Nie miałam pojęcia, jak się tu znalazłam. Podniosłam się z trudem. Mimo wielu warstw ubrań każde miejsce na moim ciele było małym krwiakiem. Wyjrzałam przez okno. Samochód stał przed klubem. Moje oczy raził błękitny neon, to zapalając się, to gasnąc. Wystarczyło wysiąść i udawać, że nic się nie stało, ale nie czułam się na siłach, by spotkać się z kimkolwiek, nawet z Joanną.

— W porządku? — zapytał kierowca, odwracając głowę. — Jesteś bezpieczna. Odwiozę cię do domu.

Krzyknęłam z wrażenia — tak mnie przestraszył (myślałam, że jestem tam sama, słowo daję). Przyjrzałam mu się uważnie. Był to jeden z tych golasów z parku, z tym że teraz był raczej w ubraniu. Z uczuciem ulgi podałam mu adres.

— Dziewczyno, ale jazda. Przyjaraliśmy z kumplem i tak nam gandzia poszła w czachę, że postanowiliśmy poganiać po parku, bliżej natury, te sprawy. Kumpel spietrał, kiedy zasłabłaś. A o tamtym fajfusie możesz zapomnieć, będą go chyba musieli poskładać. — Przyjrzał mi się w lusterku. Milczałam. — No nie mów mi tylko, że mam cię zawieźć na komisariat!

Wydałam z siebie jęk, coś jak krzyk pustułki, więc dał mi spokój. Odezwał się dopiero pod moim blokiem.

— Wygląda na to, że jesteśmy na miejscu. Dziewczyno, wszystko w porządku?

Nic nie było w porządku. Czułam się brudna. Z trudem wysiadłam z auta, jakby moje ciało wcale nie należało do mnie. Miałam problemy ze złapaniem równowagi z jedną nogą w bucie, drugą bosą. Musiałam wrócić po pantofel i torbę.

— Dziękuję — powiedziałam, a właściwie zatrzeszczałam, jak robią to czasem stare szafy w domach pełnych wilgoci, bo przyszło mi do głowy, że powinnam golasowi podziękować. Chciałam zrobić to jakoś wylewniej i nawet próbowałam, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

— Luzik, dziewczyno. Wiem jak jest. Mam siostrę.

Tej nocy bałam się zasnąć. Przełączając kanały, przypadkiem natrafiłam na film porno (prawda, że wszyscy oglądamy je tylko przypadkiem?). Film nosił tytuł „Blue Lips Dolly”. Na ekranie wiła się w spazmach rachityczna piękność w ostrym makijażu, z silikonowym biustem i ustami pociągniętymi błękitną szminką. Przez ten makijaż przypominała królową Nefretete.

Do dziś, kiedy myślę o wydarzeniach tamtego lata, zamykam oczy i widzę jej twarz.

Fabuła jak zawsze — od przodu, od tyłu, od przodu, potem seks grupowy. W ostatnim kadrze Dolly podnosi się z łóżka ruchem leniwej kotki. W oczach ma coś, co przypomina wodospad, ale ja wiem, że to jest śmierć. Wygląda jak odbicie alabastrowej katedry z małą katedrą wewnątrz i jeszcze jedną, i jeszcze. Nigdy nie zdołasz się wydostać.

Jak w tych snach, w których przechodzisz z pokoju do pokoju, wierząc, że tam będzie wyjście, ale za każdymi drzwiami jest następny pokój.

Film dobiega końca. Ekran staje się czarny. A ona idzie ku mnie, Dolly Niebieskousta. I raz, i dwa. I raz, i dwa. Rozchyla wargi i wszystko połyka.

4. Czyje róże z prosektorium?

Wysłali mnie po więcej żab.

Protestowaliśmy, kiedy na początku pierwszego semestru kazano nam kroić zwierzęta. Rektor był nieugięty. Przyglądał nam się z niechęcią, co ja mówię, z dziką wściekłością. Na jego szyi ktoś powinien zawiesić tabliczkę z napisem: „Uwaga, zły pies”. Myślałam, że lada chwila zacznie toczyć pianę z ust, a potem po kolei rzuci się nam do gardeł, ale nic takiego się nie stało; zamiast tego uderzył pięścią w blat biurka, sekretarka wymownym gestem wskazała nam drzwi i było po wszystkim.

Tak więc my, studenci psychologii, humaniści, musieliśmy raz w tygodniu odrywać się od teoretycznych rozważań Maslowa i Junga. Zaopatrzeni w kitle i gumowe rękawiczki wyruszaliśmy do tej części miasta, gdzie mieścił się zakład neurofizjologii.

— Dobrze ci to zrobi — sucho stwierdziła matka.

Wyznawała prostą życiową zasadę — co nas nie zabija, to nas wzmacnia. Tyle że to nieprawda — to nas zabija na raty.

Prowadzący zajęcia docent miał urok ameby. Pierwszego dnia, przechadzając się pomiędzy lśniącymi jak klejnot blatami, opowiadał nam o zakładzie. Jego głos naśladował trzeszczenie podłogi.

— Nie odławiamy zwierząt z wolności, nie ma takiej potrzeby, kochani, mnożą się u nas jak oszalałe. A co najważniejsze, najmilsi, zabijamy humanitarnie.

Wierzyłam mu do dnia, w którym skończyły nam się żaby.

Docent wytłumaczył mi drogę do podziemi — tam trzymano materiał do badań. Korytarz, którym szłam, wypełniały potępieńcze odgłosy. Mijałam sale pełne klatek; myszy, króliki, psy, koty — dziesiątki par błyszczących oczu. Miałam wrażenie, że występuję w kiepskim horrorze. Z gęsią skórką i burzą w żołądku trafiłam wreszcie do pokoju asystentki docenta. Wyglądała jak Budda, ale nie ten z czasów ascetycznej młodości. Była bardzo zajęta: poprawiała świeżą trwałą przed lustrem; włosy sterczały jej na wszystkie strony. Na ścianach wisiały zdjęcia zwierzątek, wycięte z kolorowych czasopism: kociaki z kokardami na szyjach, wyżeł medalista na wystawowym podium, pies wielkości kucyka — największy spośród dogów.

— Czego chcesz? — warknęła grubaska.

Wytłumaczyłam, po co przyszłam.

— Moglibyście oszczędzać te żaby — westchnęła, gapiąc się w lustro. — Padają mi tu jak muchy. Znowu będę musiała nałapać świeżutkich.

Pośliniła dłoń i poprawiła odstające pasmo włosów, tuż nad czołem. Wreszcie spojrzała na mnie z niechęcią.

— No i co tak stoisz? Chodźmy! Załatwimy jedną małą rzecz po drodze.

I zaprowadziła mnie do pokoju, w którym student biologii pastwił się nad kotem.

Właśnie dobiegał końca zabieg trwający od sześciu godzin. Głowę uśpionego zwierzęcia umieszczono w imadle w celu dość makabrycznym: zamontowano na niej cokół, czyli kaniule i elektrody; przypominało to komputerowe gniazdko.

Miałam czas, żeby obejrzeć sobie to wszystko z bliska, bo grubaska wdała się w ożywioną rozmowę z tym studentem-sadystą.

— Szkoda, że schroniska nie chcą oddawać zwierząt tak chętnie, jak dawniej. — W którymś momencie do moich uszu dobiegło jej narzekanie; nie żebym od razu podsłuchiwała. — Wszyscy kochamy naszych milusińskich przyjaciół, a ja to już najbardziej, ale bez przesady, musimy przecież mieć materiał do badań.

Student nie wiedział, jak radzą sobie inni; on sam kupował koty od rolników; jeden mruczek kosztował u nich pół litra czystej.

— No coś takiego! Zrujnują nam zakład! — oburzyła się grubaska.

Jak dowiedziałam się dużo później, kot z cokołem żyje od pół roku do dwóch lat. To znaczy, o ile wytrzyma. A jeśli nawet wytrzyma, po zakończeniu cyklu doświadczeń czeka na niego słoik z formaliną. Właściwie to tylko na mózg. Reszta ląduje w śmietniku.

Jeden student biologii, piszący pracę magisterską z fizjologii zwierząt, zużywa od dwunastu do dwudziestu kotów. Ten tutaj był już bardzo zmęczony. Czoło zroszone miał potem, a na kitlu pod pachami widać było duże żółte plamy. Przez chwilę jeszcze o czymś szczebiotał z grubaską, ale nie mogłam skupić się na tym, co mówili — widziałam tylko tego kota. Był lśniący i czarny, prawdziwy pechowiec. Z cokołem na głowie wyglądał jak koci królewicz w małej koronie.

— W tej klasie badań wystarczyłby szczur. — Na koniec ku niezadowoleniu grubaski student-sadysta nieoczekiwanie zwrócił się do mnie, a brzmiało to jakby za coś przepraszał. — Sęk w tym, że z kotem jest o wiele wygodniej. Po prostu ma dużą głowę.

A potem ruszyłyśmy dalej, przez labirynt korytarzy. Po drodze minęłyśmy salę zwaną ptaszarnią. Ptaszarnia była pusta, tylko gdzieniegdzie walały się pióra. Zapytałam, po co im sala z piórami.

— Kiedy cały rok zalicza sekcję, zużywa się naraz czterdzieści pięć ptaków — łaskawie wyjaśniła grubaska. — Wiadomo, tak nie powinno być, ale zakład oszczędza jak może, dlatego jeden gołąb przypada na dwie osoby.

Korytarz wił się zwyczajem węży w prawo, w lewo, znowu w prawo, aż wreszcie zaprowadził nas do przeszklonej sali przypominającej olbrzymie terrarium. Czerwone lampy rzucały mdłe światło. Na stole, taboretach, nawet na podłodze stały głębokie naczynia pełne mętnej wody. Do tego kilka rachitycznych roślin, trochę kamieni i piasku. Ani śladu żab.

— Zaczynaj! — Grubaska wskazała palcem na jedno z naczyń, więc z wahaniem zanurzyłam w nim ręce.

Na próżno. Tutejsza woda przypominała Morze Martwe, które właściwie jest jeziorem. Ciecz sprawiała wrażenie mlecznej; była tak mętna, że nie mogłam w niej dostrzec niczego, nawet konturów moich dłoni. W tamtej chwili musiałam wyglądać jak Wenus z Milo, czyli „facetka bez rąk” — jak zwykła mawiać Joanna. Jakkolwiek wyglądałam, po omacku przeszukałam dno naczynia i po upływie kilku minut wyciągnęłam dwa kamyki — jeden pomarańczowy, a właściwie czerwony od tych lamp w górze, drugi czarny, w układające się symetrycznie ciemnoczerwone plamki. Poza tym znalazłam trochę mokrego piasku i zardzewiały kapsel.

Asystentka nie kryła rozczarowania:

— Trzeba zawołać kogoś do pomocy. Zdaje się, że o tej porze mają tu u nas zajęcia chłopcy z medycyny.

Odwróciła się na pięcie i już była za drzwiami. Bałam się, że nigdy nie wróci. Chodziłam nerwowo z miejsca na miejsce. Miałam wrażenie, że coś mi pełźnie po nogach, jakaś wilgotna, lepka rzecz — nic przyjemnego. Zdawało mi się, że maszeruje przede mną parada ropuch i każda ma twarz asystentki.

Wróciła. Niosła duży słoik. Za nią wszedł chłopak. Wyglądał jak anioł. Poczułam, jak uginają się pode mną nogi.

— Tego psa to pan sobie innym razem pokroi — mówiła do niego lukrowanym głosem. — Sam pan widzi, taka bidula w życiu sobie z tym nie poradzi. Aż strach pomyśleć, drogi chłopcze, kogo oni przyjmują na tę psychologię? — Trzepocząc rzęsami, kokietowała go na całego. Potem zwróciła się do mnie, cedząc sylaby, jakby mówiła do upośledzonej: — A ty, jak będziesz już miała pełen słoik, wrócisz do mnie do pokoju. Trafisz, dziecko?

Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale ten chłopiec był po prostu piękny. Gdyby miał cenę, kupiłabym go, zamknęła w klatce, znosiła mirrę, kadzidło i złoto, wszystkie dary należne bogom, a potem patrzyła, jak dzień po dniu umiera w nim uroda, jak więdnie i ginie. O tak, patrzyłabym cierpliwie. Ponieważ nienawidzę piękna. Zaprawdę, piękno jest nie do zniesienia. Słońce, którego nie dosięgnę, horyzont, którego nie dogonię, doskonale miękki deszcz, którego nie zdołam złapać, choćbym na wzór hinduskich bóstw miała wiele rąk. Dlatego na widok tego chłopca miałam ochotę roztrzaskać mu głowę, ale być może wtedy byłoby jeszcze gorzej.

Jackie Kennedy opowiadała, że kiedy usłyszała strzały, spojrzała na JFK i zobaczyła jego otwartą czaszkę, a wewnątrz mózg, ten różowy, mięsisty kwiat (JFK już nie żył), i że było w tym piękno, tak wiele piękna. Dobrze rozumiem Jackie. Piękno prześladowało mnie, odkąd pamiętam. Było dosłownie wszędzie, nawet tam, gdzie inni zdawali się go nie dostrzegać: w wybitych zębach (ach, jak one lśniły), w krzywych kręgosłupach starych garbatych kobiet, zgiętych pod własnym ciężarem niczym łodygi ciężkie od plonu, w otwartych głodem ustach żebraków (tak, nawet tam), w ścierwie mojego pękniętego kota, kiedy śmierć rosła i rosła, a nade wszystko w ziemi na wieki wieków ruchomej, zdawałoby się rozmnożonej od migoczących w słońcu nitek robactwa, amen.

Albo wczoraj, kiedy wyszłam przed dom i poruszany wiatrem ogród to oddalał się, to powracał leniwą falą, duszny od woni krzewu dzikiej róży, ciężkiego od kwiatów (czy znacie te kwiaty, delikatne i gładkie jak małe, różowe filiżanki?), a powietrze oblekło się w koralowy całun, bo oto słońce spadało. To mógł być poród, to mógł być pożar lasu (co łączy porody i pożary? jedne i drugie są czerwone, trwają godzinami). Z nadmiaru piękna czułam się oszołomiona, wprost odurzona. Przypominało to uczucie utraty równowagi, połączone niekiedy z wrażeniem wirowania otaczających mnie przedmiotów. Na domiar złego wczoraj o zmierzchu owo wrażenie było wszechogarniające i tak potężne, że przez chwilę nie mogłam zaczerpnąć oddechu. Nie wiem jak wam, ale mnie zdarza się to nader często.

Nie byłam odosobniona z tą moją obsesją. Byli tacy, na których piękno działało jeszcze gorzej. Na przykład pewien kanibal pochodzący z Japonii — miły, nieśmiały chłopiec zamieszkały w Londynie — pewnego dnia zabił i zjadł swoją dziewczynę. Zrobił to na surowo, w dodatku z miłości.

— Miko, och, moja Miko. Była pełna światła — powiedział któregoś wieczoru, uśmiechając się do mnie z ekranu telewizora. — Żyliśmy obok siebie, oddzieleni ciałami, skórami, tym wszystkim, co zawsze oddziela. Była zbyt piękna, żebym mógł to wytrzymać. W chwilach fizycznego zespolenia jej osobność sprawiała mi niewysłowiony ból. Zrozumcie, to przecież zupełnie normalne, że chciałem zatrzymać Miko na zawsze.

Mówił w języku, który rozumiałam; nie wiecie nawet jak bardzo. Ten kanibal był dla mnie przestrogą — nie należy przesadzać z tą całą miłością. Ja nie zamierzałam nikogo pożreć.

Tak więc w czerwonym pokoju, w towarzystwie tuzina Martwych Mórz uwięzionych w plastikowych naczyniach, kątem oka obserwowałam pięknego chłopca i drżałam z niepokoju, świadoma żyjącego we mnie drapieżcy, który przez lata pozostawał w uśpieniu, a teraz szykował się do morderczego skoku. Ten drapieżca mógł w jednej chwili pożreć moje serce, chłopca i cały ten pokój też.

Chłopiec niczego nie zauważył. Bez cienia obawy pokazał mi, jak łapać żaby. Zanim słoik był pełen, zdążyliśmy porozmawiać o Freudzie i Bogu.

— Obaj byli Żydami, wiedziałaś? — spytał na koniec, zakręcając wieczko.