Wydawca: ILLUMINATIO Łukasz Kierus Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 345 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Maggie Stiefvater w humorystyczny i zarazem bardzo nastrojowy sposób, ponownie wprowadza nas w świat magii, oraz wyjątkowych istot, które mogą znajdować się zaskakująco blisko, jednakże istnienia których nie podejrzewaliśmy.

Fabuła powieści osadzona jest w świecie ludzi, jednak losy dwójki głównych bohaterów – Jamesa i Deirdre – po raz kolejny splatają się z magicznym światem Faerii, zamieszkiwanym przez Fejów, nadprzyrodzone istoty wywodzące się z mitologii celtyckiej. Jedną z przedstawicielek Faerii jest Nuala – muza, która pomaga najbardziej utalentowanym ludziom tworzyć nieprawdopodobnie piękne utwory, ale zabiera artyście duszę, oraz żywi się jego twórczą energią. Na swą kolejną ofiarę wybiera Jamesa. Komponują wspólnie balladę, ale nieoczekiwanie pomiędzy Nualą i Jamesem rodzi się uczucie… Jednocześnie nawiedzany przez wizje James, uświadamia sobie, że Deirdre i Nuala są ścigane przez mrocznych Fejów, ze strony których grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo.

Maggie Stiefvater – młoda amerykańska pisarka, która wstrząsnęła światem literatury. Swoją przygodę pisarską rozpoczęła serią książek o wróżkach z nutą celtyckiego folkloru i muzyki irlandzkiej, z których pierwszą zatytułowała Lament. Z portrecistki przeistoczyła się w pełnoprawną pisarkę. Od kilku lat jej książki, m.in. Ballada, Drżenie czy te z cyklu o krukach, biją rekordy poczytności na całym świecie, wiele z nich zyskało status bestsellerów. Na polskim rynku zaistniała dzięki trylogii, serii wpisującej się w nurt fantastyki wilkołaczej, napisanej wraz z Mercy Falls. Stiefvater jest młodą hippiską. W wieku lat 16 swoje pierwsze imię Haidi zmieniła na Maggie. Mieszka w Wirginii z mężem, dwójką dzieci oraz dwoma neurotycznymi psami i jednym szalonym kotem. Mówi o sobie, że jest zapaloną czytelniczką, wielokrotnie nagradzaną artystką kolorowego ołówka. Chwali się umiejętnością gry na kilku instrumentach, w tym na celtyckiej harfie, fortepianie oraz dudach, oraz wykonywaniem wielkiej rozmowy koktajlowej.

Opinie o ebooku Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Fragment ebooka Ballada. Taniec mrocznych elfów - Maggie Stiefvater

Maggie Stiefvater

TANIECMROCZNYCHELFÓW

PRZEŁOŻYŁA: Karolina Socha-Duśko

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Ballad: A gathering of Faerie

Redakcja:Agnieszka Stankiewicz

Korekta:Natalia Celer

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska, Czartart

Skład: skladigrafika@gmail.com

BALLAD: THE GATHERING OF FAERIE

Copyright © 2009 Maggie Stiefvater

Published by Flux, an imprint of Llewellyn Publications Woodbury, MN 55125 USA

www.fluxnow.com

Copyright © for Polish edition by ILLUMINATIO Lukasz Kierus 2011

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

I WYDANIE ELEKTRONICZNE

Białystok 2011

ISBN: 978-83-62476-47-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku.

www.facebook.com/illuminatiopl

www.illuminatio.pl

Wydawnictwo ILLUMINATIO Łukasz Kierus

E-mail: wydawnictwo@illuminatio.pl

Dział handlowy: zamowienia@illuminatio.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Leanan Sidhe[1]

Przywykłam do roli łowczyni. Jeśli zobaczyłam coś, czego zapragnęłam, węszyłam, tropiłam to, a w końcu przywłaszczałam.

„To”, czyli „jego”, oczywiście. Lubiłam młodych, zdolnych, płci męskiej. Jak najprzystojniejszych. To dodawało smaku. Musiałam na nich patrzeć, nim umrą, więc czemu nie mieliby być ładni?

Nie byłam okrutna. Byłam szczodra. Wszyscy oni błagali o to, co im ofiarowałam: piękno, inspirację, śmierć. Zmieniałam zwyczajne życie każdego z nich w coś niezwykłego. Nie mogło ich spotkać nic lepszego – żadnego z nich.

Tak naprawdę byłam nie tyle łowczynią co dobroczyńcą.

Ale dzisiaj, w tym jesiennym lesie, nie byłam ani jednym, ani drugim. Ktoś mnie wezwał, wyrwał z mojej nieuchwytnej i niewidzialenj formy, aż znalazłam się w realnym ciele. Nie widziałam nikogo, ale ciągle wyczuwałam resztki czaru. Słyszałam własne kroki na suchych liściach i niepokoił mnie ich dźwięk. Czułam się bezbronna w tym krwawoczerwonym lasku, zbyt hałaśliwa i dobrze widoczna w postaci śmiertelnej dziewczyny – i nie byłam do tego przyzwyczajona. Dookoła czuć było palonym tymiankiem i liśćmi, czarami wezwania i jesiennymi ogniskami. Kiedy tylko zdołam zaczepić się o jakąś ludzką myśl, ucieknę stąd.

– Witaj, fejo.

Odwróciłam się i zdążyłam jedynie zobaczyć żelazny pręt zbrojeniowy walący mnie prosto w twarz.

James

Muzyka to moje życie.

Przed złożeniem dokumentów przeczytałem wszystkie broszury o szkole muzycznej Thornking-Ash. Dowiedziałem się, że szkoła będzie rozwijała nasze dobrze zapowiadające się zdolności muzyczne. Obiecywano naukowe wyzwania. Broszurki snuły wizje wszechstronnie utalentowanych supernastolatków, którzy po zakończeniu szkoły średniej władają umiejętnościami naukowymi, pozwalającymi pokonać elitarne uczelnie Ivy League jednym ciosem przedmiotów nadprogramowych.

Myślałem sobie wtedy: „No fajnie”. Poza tym Dee się tam wybierała, więc ja też musiałem.

Tak jednak było, zanim faktycznie wyjechałem. Na miejscu okazało się, że szkoła to szkoła; Margaret Thatcher powiedziałaby: „Jak zwał, tak zwał”. Owszem, byłem w Thornking-Ash dopiero siódmy dzień, więc może nie miałem pełnego obrazu, ale cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak zajęcia z teorii muzyki i spanie w internacie miało odróżniać nas w jakikolwiek sposób od uczniów zwykłej szkoły średniej.

Czułbym się chyba inaczej, gdybym grał na jakiejś cholernej wiolonczeli albo czymś takim: mógłbym wtedy dołączyć do jednego z ośmiu milionów zespołów działających w kampusie. Kiedy ludzie mówią „muzyk”, jakoś nigdy nie mają na myśli dudziarza.

Jeśli jeszcze raz usłyszę „muzyk ludowy”, to komuś przyłożę.

W każdym razie od pierwszego do szóstego dnia byliśmy (ja i reszta klasy) „wprowadzani”. Poznawaliśmy miejsca, w ktorych się odbywają zajęcia, jak nazywają się nauczyciele, kiedy w stołówce są podawane posiłki, dowiedzieliśmy się też, że drzwi na czwartym piętrze w moim internacie się zacinają. Piątego dnia wiedziałem już, o co chodzi. Szóstego weszło mi to w nawyk. Siódmego – zacząłem się nudzić.

Tego właśnie wieczora siedziałem w samochodzie mojego brata i słuchałem muzyki – chociaż serwowanej na wściekło – pobrzmiewającej nutą tęsknoty. Przeczytałem gdzieś o tym, jak naukowcy przeprowadzali badanie, w czasie którego jednej grupie szczurów puszczali rocka, a drugiej – muzykę klasyczną. Nie pamiętam szczegółów, ale po kilku tygodniach eksperymentu szczury, które słuchały muzyki klasycznej, spokojnie wspinały się po drabinie kariery i nosiły skarpetki do sandałów, a szczury, którym puszczano rocka, stały się kanibalami i rozrywały się na kawałki. Nie jestem pewien, co miał udowodnić ten eksperyment i nie orientuję się, czego słuchały „rockowe” szczury. Wiem tylko, że gdybym musiał słuchać bez przerwy Pearl Jamu przez dwa tygodnie, to też zjadłbym swojego współlokatora.

Tak czy siak był to na pewno siódmy wieczór, bo miałem siedem znaczków na wierzchu prawej dłoni. Sześć pionowych kresek i jedna pozioma, która je przekreślała. Siedząc w swoim własnym małym świecie o szarym wnętrzu, podkręciłem basy tak bardzo, że czułem je w pośladkach. W internacie obowiązywał nakaz zachowania ciszy, zwłaszcza kiedy uczniowie mieli ćwiczyć, więc trudno było znaleźć miejsce, żeby posłuchać muzyki. To właśnie nazywa się ironia.

Patrzyłem, jak zachodzące słońce zostawia czerwoną smugę za budynkiem internatu. W przeciwieństwie do innych georgiańskich gmachów z kolumnami ten nie rościł sobie jakichkolwiek pretensji do bycia ładnym. Było to zwykłe pudełko z tysiącami niemrugających oczu w postaci okien.

Muzyka w samochodzie grała tak głośno, że z początku nie usłyszałem pukania w okno. Twarz pukającego dziwnie mnie zaskoczyła: okrągła, pospolita, niepewna siebie. To był Paul, mój współlokator, który grał na oboju.

W szkole sądzono chyba, że się dogadamy, bo obydwaj gramy na instrumentach dętych, bo poza tym kompletnie nic nas nie łączyło. Otworzyłem okno.

– Chcesz do tego frytki? – zapytałem.

Paul roześmiał się o wiele głośniej, niż wymagał tego żart, i zrobił minę, jakby był z siebie dumny. Chyba się mnie bał.

– Dobre, stary.

– Do usług. Co tam?

– Szedłem właśnie do pokoju, żeby zrobić… no wiesz. – Pomachał zeszytem, jakby miało mi to coś powiedzieć. – Zadanie z różniczkowania. Nadal chcesz się tym zająć?

– Chcę? Nie. Muszę? Tak. – Ściszyłem radio. Nagle zdałem sobie sprawę, że mimo gorąca mam gęsią skórkę. Wystawiłem rękę na zewnątrz samochodu. Moja podświadomość jasnowidza szeptała w niezrozumiałym języku, zalewając mnie falą zimna, i dyskretnie ostrzegała: „Dzieje się tu coś niedobrego”. Było to uczucie, które uznałem już za przeszłość, bo nie czułem tego od początku wakacji. Zmusiłem się, by spojrzeć na Paula. – Tak, jasne.

Na twarzy chłopaka pojawił się wyraz ulgi, jakby się spodziewał, że mu odmówię. Zaczął paplać o naszym nauczycielu, o różniczkowaniu, o kolegach z klasy. Gdybym nawet nie był skupiony na tym, jak lodowata strużka potu spływa mi po skórze, nie zwróciłbym uwagi na jego gadaninę. Ludzie za dużo mówią; jeśli posłucha się tylko początku i końca, środkiem wypowiedzi nie trzeba się zajmować. Nagle jedno sformułowanie Paula zwróciło moją uwagę, jakby jeden głos oderwał się od pozostałych. Przekręciłem gałkę i wyłączyłem radio.

– Powiedziałeś: „Tak śpiewają zmarli”.

Paul zmarszczył brwi.

– Co?

– Tak śpiewają zmarli. Powiedziałeś to?

Pokręcił stanowczo głową.

– Nie. Powiedziałem: „To śpiewają z nami”. Miałem zajęcia ze śpiewu z nut. Prowadzi je…

Otworzyłem drzwiczki i pokiwałem głową, zanim skończył zdanie. Nawet bez radia słyszałem muzykę. Ciągnęło mnie do niej, była ważniejsza, niż Paul kiedykolwiek mógł się stać.

Spróbowałem dobrać słowa i odezwać się do niego pełnym zdaniem.

– Hej, spotkamy się w pokoju za parę minut, dobra? Za parę minut.

Zupełnie jakby to źle usłyszane sformułowanie: „Tak śpiewają zmarli” otworzyło drzwi, przez które zaczęła dobiegać muzyka. Niecierpliwa nachalna muzyka: wznosząca się molowa melodia z mnóstwem dziwnych archaicznych alteracji. Nucona niskim męskim głosem, który przypominał mi wszystko, co niedostępne. Paul wybąkał słowa zgody, a ja wysiadłem z samochodu, zatrzaskując drzwi.

– Muszę biec – powiedziałem.

– Nie wiedziałem, że biegasz – odrzekł Paul, ale mnie już nie było.

Popędziłem przez parking koło kwadratowych internatów, minąłem Kolegium Yanceya z kremowymi kolumnami i Kolegium Sewarda z fontanną ze śmiejącym się satyrem. Moje trampki klapały po wykładanym kostką chodniku w rytm pieśni, poddając się jej przyciąganiu.

Muzyka przybierała na sile, mieszając się z tą w mojej głowie – tkaniną jasnowidzenia, która dawała orientację, podpowiadając, gdzie jest moje miejsce na ziemi. Brukowany chodnik skończył się, ale ja biegłem dalej, potykając się w nierównej, wybujałej trawie. Czułem się tak, jakbym zeskakiwał z krawędzi świata. Popołudniowe jesienne słońce jaśniało zza pagórków, a ja zdołałem tylko pomyśleć, że jestem spóźniony.

I oto nadszedł – kimkolwiek był – oddalony, ledwie dostrzegalny na wzgórzach. Był właściwie sylwetką, ciemną postacią nieokreślonego wzrostu, zarysowaną na bezkresnym grzbiecie wzgórza oślepiającego złota. Jego ręce były wyciągnięte wzdłuż boków, opadając w dół w geście zdającym się nakazywać ziemi, by znieruchomiała. Zanim oddalił się na tyle, że przestałem go dostrzegać na tle ciemnych drzew, zatrzymał się.

Muzyka brzmiała dalej, była głośna, słyszałem ją jakby w słuchawkach, jakby mój mózg tworzył ją dla siebie samego. Ale teraz już wiem, że nie była skierowana do mnie. Była przeznaczona dla kogoś lub czegoś innego. Po prostu miałem pecha ją usłyszeć.

Czułem się zdruzgotany.

On odwrócił się w moją stronę. Przez dłuższą chwilę stał przodem do mnie. Byłem przykuty do ziemi, zakotwiczony w niej, ale nie przez jego muzykę, która zagłuszała muzykę w mojej głowie i ciagle wzywała: „Rośnij, wstawaj, chodź”, tylko przez jego niezwykłość – przez palce, rozpostarte nad ziemią, jego ramiona, kanciaste, świadczące o sile i niezwykłości, a przede wszystkim przez olbrzymie, sękate poroże wyrastające z jego głowy, rozpościerające się na tle nieba jak gałęzie.

Potem zniknął. Nie zauważyłem jego odejścia i zabrakło mi jego obecności w chwili, kiedy słońce zapadło za krawędź pagórka, pozostawiając świat zmierzchowi. Zostałem, lekko zdyszany, czułem pulsowanie w bliźnie nad lewym uchem. Wpatrywałem się w miejsce, gdzie wcześniej stał. Nie mogłem się zdecydować, czy żałuję, że zobaczyłem rogatą postać i chciałbym wrócić do codzienności, czy wolałbym dotrzeć tu wcześniej, aby się dowiedzieć, dlaczego znowu widzę takie postaci.

Trzeba było wracać do szkoły, ale zanim zdążyłem się odwrócić, coś twardego szturchnęło mnie na wysokości pasa i ledwo utrzymałem równowagę. Właścicielka ciała wydała okrzyk: „O Boże, przepraszam!”.

Głos był znajomy: to Deirdre. Moja przyjaciółka. Czy mogłem ją nadal tak nazywać?

– Nic się nie stało – wydusiłem. – Nie potrzeba mi do życia obu nerek.

Deirdre obróciła się. Miała zarumienioną twarz. Mina zmieniła jej się tak szybko, że zdążyłem zapomnieć, jaka była wcześniej. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Widziałem ją ostatnio w wyobraźni tyle razy – zwłaszcza jej szare oczy dominujące nad drobną twarzą – że dziwnie było zobaczyć ją na jawie.

– James, James! Widziałeś Ich? Musieli przejść tuż obok ciebie!

Byłem zmuszony wziąć się w garść.

– Jacy Oni?

Odsunęła się ode mnie, mrużąc oczy, by spojrzeć na wzgórze, w stronę, gdzie powoli zapadał zmrok.

– Fejowie. Nie wiem… Czterech? Pięciu?

Przerażała mnie totalnie; poruszała się tak szybko, że jej krótko obcięty ciemny kucyk zataczał kółka.

– Dobra, Dee, czekaj, stój spokojnie. Dostanę przez ciebie choroby morskiej. Jak to fejowie? Znowu?

Deirdre zamknęła na chwilę oczy. Kiedy je otworzyła, nie była już taka narwana.

– Głupota. Wariuję chyba po prostu. Mam wrażenie, że widzę Ich wszędzie.

Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W sumie boleśnie było patrzeć na nią w sposób, o jakim już zapomniałem. Czułem się jakby ktoś wyciągał spod mojej skóry powoli drzazgę. Dziewczyna pokręciła głową.

– Jak można być takim głupkiem? Naprawdę od wieków cię nie widziałam, a już kwiczę w ciągu pierwszych pięciu minut. Powinnam wyłazić ze skóry z radości. Przepraszam, nawet nie miałam okazji się jeszcze z tobą spotkać.

Pomyślałem przez moment, że po „przepraszam” będzie coś jeszcze. Coś głęboko znaczącego, co udowodni, że ona rozumie, jaką sprawiła mi przykrość.

Kiedy się tak nie stało, naprawdę miałem ochotę się naburmuszyć i sprawić, żeby jej było źle, ale nie miałem na to dość odwagi. Zamiast tego przybyłem z pomocą jak szarmancki masochistyczny idiota, którym zresztą jestem.

– Cóż, w folderach stało przecież jak byk, że kampus ma ponad piętnaście akrów. Mogliśmy się tu mijać całymi latami.

Deirdre przygryzła wargę.

– Nie miałam pojęcia, że plan zajęć będzie taki pokręcony. Ale… no… cieszę się, że cię widzę.

Nastała długa niezręczna cisza i zazwyczaj byśmy się uścisnęli. Tak było aż do ostatnich wakacji, aż do Luke’a i mojego SMS-a, o którym żadne z nas nie umiało zapomnieć.

– Ale się opaliłaś – powiedziałem. Kłamstwo, Dee się nie opalała.

Dee niby się uśmiechnęła.

– Ostrzygłeś się.

Przesunąłem ręką po głowie, zatrzymując palce nad świeżą blizną nad uchem.

– Musieli mi ją ogolić, żeby założyć szwy. Zgoliłem całą, żeby było równo. Chciałem sobie wygolić moje inicjały, ale pewnie cię to zdziwi, dopiero wówczas do mnie dotarło, że brzmią one „JAM”, zupełnie jak „dżem”. Upokarzające.

Dee się roześmiała. Absurdalnie, ale sprawiło mi to przyjemność.

– Nawet do ciebie pasuje – powiedziała. Patrzyła na moje ręce i na bazgroły pokrywające je aż do nadgarstków. Nie zostało dużo wolnego miejsca. Chciałem się dowiedzieć, co u niej, zapytać o fejów, o SMS-a, ale nie mogłem powiedzieć niczego ważnego.

– Lepiej do mnie niż do ciebie.

Roześmiała się znowu, nie był to prawdziwy śmiech, ale nie szkodzi, bo tak naprawdę nie chciałem zabrzmieć zabawnie. Chciałem po prostu coś powiedzieć.

– Co wy tu robicie?

Oboje z Dee odwróciliśmy się i stanęliśmy twarzą w twarz z nauczycielką Eve Linnet. To ta od dramaturgii. W słabym oświetleniu przypominała małego bladego ducha. Jej twarz może byłaby ładna, gdyby nie ten grymas:

– To nie jest teren szkoły.

Coś mi nie pasowało, chociaż jeszcze nie wiedziałem co. Linnet przyszła ze strony wzgórz, nie od szkoły. Wysunęła szyję, wydawało się, że dopiero teraz zauważyła Deirdre. Twarz Dee była czerwona, jakbyśmy zostali przyłapani na czymś niewłaściwym.

– Nie wiem, do jakich szkół wcześniej chodziliście, ale tu nie pozwala się na takie zachowanie – powiedziała kąśliwie.

Aż do ostatnich wakacji zażartowałbym jakoś na temat mnie i Dee – że jestem niewolnikiem jej miłości od urodzenia albo że nic się nie dzieje, bo Dee jest uczulona na pewne chemikalia wydzielane przeze mnie. Ale powiedziałem tylko: „To nie to, co pani ma na myśli”.

Wiem, że to brzmiało jak przyznanie się do winy, i ona na pewno też tak pomyślała, bo odrzekła: „Och, tak? To co wy tu robicie?”.

Bingo. Popatrzyłem w stronę wzgórz, a jej wzrok od razu podążył za moim.

– Czekaliśmy na panią.

Dee spojrzała na mnie ostro, ale nie tak jak pani Linnet. Tamta miała zły czy też zalękniony wyraz twarzy. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. W końcu odezwała się:

– Nikt z nas nie powinien teraz tutaj być. Wracajmy do internatu, a ja po prostu zapomnę o całej sprawie. To bardzo zły początek roku szkolnego.

Kiedy pani Linnet odwróciła się, by nas odprowadzić do szkoły, Dee posłała mi pełne podziwu spojrzenie, a potem przewróciła oczami w stronę nauczycielki, co znaczyło: „Wariatka!”.

Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się do Dee. Nie miałem jednak wrażenia, że Linnet ma problem z głową. Może nie tylko ja popędziłem na spotkanie z tamtą muzyką.

James

Dzień jedenasty według kresek na lewej ręce. Pierwszy tydzień: wszystkie łatwe zajęcia organizacyjne i proste zadania skończyły się; drugi tydzień pokazywał już swoje pazury. Pojawiły się gigantyczne prace domowe, zapisywanie tablic i zwyczajne przecieranie spodni od siedzenia. To śmieszne, ale wcześniej naprawdę wydawało mi się, że szkoła wypełniona muzycznymi talentami będzie się różnić od zwykłej szkoły średniej. W rzeczywistości tylko jedna rzecz była inna: dzieliliśmy się na różne grupy w szkole w zależności od miejsca zajmowanego w orkiestrze. Instrumenty dęte: chuligani; drewniane: snoby; strunowe: kujony z wiecznie podniesionymi rękami; perkusyjne: klasowi jajcarze; dudziarze: ja.

W drugim tygodniu wyróżniły się jedynie lekcje angielskiego z panem Sullivanem; w pierwszym semestrze odbywały się we wtorki, czwartki i soboty. Kofeina we własnym zakresie. Pozwalał nam pić kawę w sali. Byłaby to hipokryzja, gdyby nie pozwolił.

Sullivan zaczął rok szkolny, siedząc przy biurku i puszczając w czasie zajęć muzykę z wieży. Podczas gdy inni nauczyciele zesztywnieli i spoważnieli w drugim tygodniu, on pozostał taki sam – młody, drobiazgowy głosiciel Szekspira i całej reszty. Zadał nam mordercze lektury do przeczytania już w pierwszym tygodniu, co potem zresztą się nie zmieniło. Może bardziej przejęlibyśmy się tymi lekturami, gdyby nie pozwolono nam na spożycie kofeiny i przestawianie ławek w dowolne konfiguracje czy przeklinanie, kiedy zachodziła potrzeba.

– Będziemy omawiać „Hamleta” – oświadczył Sullivan jedenastego dnia. Miał w ręce wielgachny kubek turystyczny. Całą klasę wypełniał zapach kawy. Nigdy nie widziałem Sullivana bez kawy. Jako młodszy wykładowca mieszkał w kampusie i w dodatku był kierownikiem naszego internatu. Jak głosiła plotka, żona zostawiła go dla szefa firmy produkującej jakieś byle co, kucyki My Little Pony czy coś podobnego. Przed jego pokojem zawsze unosił się zapach kofeiny tak, jak świątynię spowija woń kadzidła. – Ile osób czytało?

Grupa była mała nawet jak na standardy Thornking-Ash: ośmioro uczniów. Nikt nie podniósł ręki.

– Barbarzyńcy – miło oświadczył Sullivan. – Cóż, to chyba lepiej, że jesteście dziewicami. Ale na pewno choć o nim słyszeliście.

Zabrzmiało potwierdzające mamrotanie. Ja nie czytałem „Hamleta”, ale byłem z Szekspirem w dobrych stosunkach. Od chwili kiedy usłyszałem: „Świat jest sceną, a kobiety i mężczyźni to aktorzy”, lubiłem Szekspira. Nie byłem fanem, potajemnym kumplem, czy kimś takim, ale gdybym mijał go na korytarzu, to pozdrawiałbym go kiwnięciem głową.

Sullivan naciskał dalej:

– Dobrze, zacznijmy od tego, co wam przychodzi do głowy, kiedy słyszycie słowo „Hamlet”? Nie, Paul. Nie podnoś ręki, po prostu powiedz.

– „Hamlet” oznacza osadę, przysiółek – powiedział Eric. Chłopak właściwie się nie uczył. Miał chyba być pomocnikiem nauczyciela, ale niech mnie diabli, jeśli widziałem, żeby chociaż raz pomógł Sullivanowi w czymkolwiek. – Prawda? Małą wioskę w Alpach szwajcarskich, coś takiego.

Była to tak głupia odpowiedź, że reszta grupy od razu się rozluźniła. Poprzeczka została ustawiona na tyle nisko, że można było palnąć cokolwiek.

– Duchy – rzekła Megan. Była wokalistką. Wokaliści irytowali mnie, bo trudno ich było przyporządkować do kategorii osobowości orkiestrowych, które ułożyłem sobie w głowie.

– Być albo nie być! – zawołał Wesley, który też miał na imię Paul, więc dla ułatwienia używał swojego nazwiska, co było miłe z jego strony, zważywszy że mój współlokator Paul nazywał się Schleiermacher. Miałem problemy z zapisaniem tego nazwiska, a co dopiero wymówieniem.

– Umiera się – dodał Paul. Nie wiem czemu, ale przypomniało mi to o postaci z porożem, którą zobaczyłem za szkołą.

– Samobójstwo – powiedziałem – i Mel Gibson.

– Mel Gibson? – zapytał Eric, który siedział za mną.

Sullivan wskazał na mnie:

– A więc, panie Morgan, zna pan „Hamleta”?

– Pytanie było nie takie – zauważyłem. – Pan zapytał, czy czytaliśmy. Zobaczyłem fragment filmu w telewizji. Miałem wrażenie, że Gibson gra lepiej, kiedy ma na sobie kilt.

– À propos… uwagi o filmie, nie o kilcie. Najpierw zobaczymy film, tyle że wersję nie z Melem, przykro mi, James, a potem przeczytamy dramat. – Sullivan wskazał na telewizor stojący za nim. – Dlatego właśnie to przyniosłem. Tylko… – rozejrzał się po sali; ławki były ustawione kręgiem, a my oczekiwaliśmy słów mądrości z jego ust. – Tylko się obawiam, że tyłki wam się rozpłaszczą od oglądania filmu na tych krzesłach. Trzeba nam czegoś lepszego. Kto ma silne ręce?

Tak więc przynieśliśmy z holu na pierwszym piętrze dwie kanapy. Jedną dźwigały cztery osoby. Idąc korytarzem, mijaliśmy zamknięte drzwi do innych klas. Gdy dotarliśmy do naszej klasy, Sullivan pomógł nam ustawić kanapy pod ścianą i zasunął zasłony, żebyśmy nie musieli wytężać wzroku, patrząc w ekran.

Chociaż był jeszcze dzień, w pomieszczeniu zrobiło się ciemno.

Usadowiliśmy się wygodnie; nauczyciel postawił swoje krzesło tak, żeby siedzieć koło nas. Obejrzeliśmy pierwszy akt „Hamleta” (Hamlet zdecydowanie nie miał dystansu do siebie). Sullivan nie protestował, kiedy żartowaliśmy z bardziej melodramatycznych fragmentów (czyli właściwie z całości). Po raz pierwszy od przyjazdu poczułem się prawie jak u siebie.

James

Kolejny nieznośnie piękny jesienny dzień w krainie szkoły o podwójnej nazwie. Drzewa w kotlinie ciągle były zielone, ale na tych, które rosły na północnych stokach wzgórz otaczających dolinę, liście zaczynały już płonąć czerwienią i pomarańczem. Ta kombinacja nadawała jej nienaturalny wygląd makiety zabawkowej kolejki.

Radio w samochodzie było nastawione na głośność „irytujące”, i pewnie przez to właśnie nie usłyszałem komórki. Dopiero światełko, które dostrzegłem kątem oka, poinformowało mnie, że ktoś dzwoni.

Może w końcu Dee.

Pochwyciłem komórkę z siedzenia pasażera i spojrzałem na numer. Mama. Ech! Włączyłem głośnik i umieściłem telefon na desce.

– Tak?

– James?

– Tak.

– Kto mówi?

– Twój drogi syn. Owoc łona twojego. Owoc lędźwi taty, który po Bóg wie ilu latach bycia jeno błyskiem w jego oku…

Mama przerwała mi:

– Brzmisz jak w rurze.

– Jadę samochodem.

– Przez rurę?

Pochyliłem się, przysuwając telefon bliżej.

– Włączyłem głośnomówiący. Teraz lepiej?

– Nie bardzo. Jak to prowadzisz? Przecież masz być w szkole, co?

Przyczepiłem telefon do osłony przeciwsłonecznej. Pewnie nadal było dość głośno, ale nie mogłem zrobić niczego lepszego.

– Skoro o tym wiesz, to czemu teraz dzwonisz?

– Czy ty się tniesz?

Przyglądałem się tabliczkom z nazwami ulic. Na jednej z nich przeczytałem: „Stare Miasto Gallon, Wirginia” („Wirginia” nie było potrzebne, bo każdy przybysz zdążył się już chyba zorientować, w jakim jest stanie); strzałka wskazywała w lewo.

– Nie, mamo. Tną się frajerzy, którzy idą do więzienia, bo nie mogą znaleźć pracy.

Mama rozpoznała swoje własne słowa, które w dodatku wymówiłem piskliwym głosem, naśladując jej lekki szkocki akcent. Zamilkła.

– To prawda – przyznała. – Co robisz?

Zerkając na malowniczą, lecz zacofaną ekonomicznie główną ulicę Gallon, odrzekłem:

– Jadę na lekcję. Zanim zapytasz: lekcję gry na dudach. Zanim zapytasz: nie, Thornking-Ash nie ma nauczyciela gry na dudach. Zanim zapytasz: nie mam pojęcia, dlaczego dali stypendium chłopakowi, który gra na dudach, w świetle kwestii poruszonej w niezadanym pytaniu numer dwa. Uczniowie Thornking-Ash, w tym ja, musieli zdobyć dwa punkty z przygotowania do występów, aby wyćwiczyć „muzyczne mięśnie” potrzebne nam do skutecznego uwodzenia uniwersytetów. Stąd lekcje gry na dudach.

– Hm, a co to za facet? Sensowny? – W głosie mamy słychać było powątpiewanie.

– Mamo, nie chcę o tym myśleć. To mnie przybija, a wiesz, że wolę pokazywać światu nieustraszoną i pogodną twarz.

– Przypomnij mi w takim razie, po co pojechałeś, jeśli nie dla dud?

Świetnie wiedziała po co, ale chciała, żebym ja to powiedział. Ha, ha. I jeszcze raz: ha, ha. Nie ma mowy.

– Użyj matczynej intuicji. O, chyba znalazłem to miejsce. Muszę kończyć.

– Zadzwoń – odpowiedziała mama. – Potem. Jak nie będziesz taki zblazowany.

Zaparkowałem przed sklepem Evans-Brown Music. Zaczynałem mieć wrażenie, że w tym mieście podwójne nazwy są tradycją.

– Jasne. Umówimy się na rozmowę, gdy skończę trzydziestkę, dobrze?

– Zamknij się. – Głos mamy był tak ciepły, że przez chwilę poczułem niesamowitą dziecięcą tęsknotę za domem. – Brakuje nam ciebie. Uważaj na siebie. I zadzwoń potem, ale wcześniej niż po trzydziestce.

Obiecałem i rozłączyłem się. Wyciągnąłem dudy z tylnego siedzenia i skierowałem się do sklepu muzycznego. Mimo wściekle zielonej elewacji wnętrze z jego ciemnobrązową wykładziną i złocisto-brązowymi ścianami ledwo widocznymi zza szeregów gitar było ciepłe i zachęcające do wejścia. Starszy facet, który wyglądał tak, jakby nie do końca pożegnał się z latami sześćdziesiątymi, siedział za ladą i czytał „Rolling Stone”. Kiedy spojrzał znad lektury, zobaczyłem, że jego srebrne włosy były z tyłu ciasno splecione w maleńki warkoczyk.

– Przyszedłem na lekcje – powiedziałem.

Popatrzył na ladę. Kiedy miał odwrócony wzrok, przyjrzałem się tatuażom na jego ramionach; największy z nich był cytatem z jednej z radykalnych piosenek Johna Lennona.

– Na którą? – zapytał.

Pokazałem rękę. Zmrużył oczy, żeby zobaczyć wypisaną notatkę.

– Na trzecią? No to jesteś na czas.

Spojrzałem na zegar, który wisiał na ścianie za moim rozmówcą, otoczony ulotkami i pocztówkami. Wskazywał za dwie trzecia. Zirytowało mnie, że moje wczesne przybycie zostało dopasowane do najbliższej pełnej godziny, ale nie odezwałem się.

– Na górę. – Podstarzały hipis pokazał w kierunku zaplecza. – Tam, gdzie jest Bill. Teraz nie ma innych instruktorów.

– Dziękuję, towarzyszu – powiedziałem, a podstarzały hipis uśmiechnął się do mnie.

Wspiąłem się po skrzypiących wyściełanych schodkach na piętro, gdzie panował żar jak w Hadesie i czuć było potem i nerwami. W ciemnym wąskim korytarzu znajdowało się troje drzwi, Bill był za drugimi z nich. Pchnąłem drzwi; gdy wszedłem do środka, zauważyłem dźwiękochłonne płytki na ścianach, stare drewniane krzesła wyglądające tak, jakby służyły za drapaki małym tygryskom, i szpakowatego człowieka siedzącego na jednym z tych krzeseł.

Był strasznie podobny do George’a Clooneya. Chciałem mu o tym powiedzieć, ale stwierdziłem, że byłoby to zbyt poufałe.

– Hej! Jestem James.

Nie wstał, ale uśmiechnął się dość przyjaźnie, uścisnął mi rękę i wskazał krzesło naprzeciwko.

– Jestem Bill. Może wypakujesz przebierkę i zagrasz mi coś, żebym wiedział, co potrafisz? Jeśli się denerwujesz, możemy najpierw pogadać, chociaż półgodzinna lekcja to za mało, żeby ją w całości przegadać.

Postawiłem futerał, uklęknąłem obok i odpiąłem zatrzaski.

– Nie, mogę zagrać. – Grzebiąc w poszukiwaniu przebierki, zerknąłem na Billa.

Głowę zwrócił nieco na bok i czytał nalepki na futerale. Kiedy dotarł do napisu: „Uwaga na smoki, albowiem jesteś chrupiący i smaczny z keczupem”, posłałem mu szybkie spojrzenie. Jego przebierka leżała obok krzesła, nowa i lśniąca. Moja był poobijana; taśma izolacyjna w wielu kolorach zakrywała częściowo niektóre otwory dla lepszego stroju. Jego barki były proste. Ja trzymałem jedno ramię trochę wyżej od częstego grania na dudach. Futerał Billa wyglądał prawie jak nowy. Mój sprawiał wrażenie, jakby kilka razy przeszedł przez piekło. Zaczynało do mnie docierać, że tracę czas, zwłaszcza kiedy oczy otworzyły mu się szerzej na widok mojej przebierki.

Włożyłem instrument z powrotem do futerału. Skromna przebierka do ćwiczeń to plastikowa wersja piszczałki melodycznej w dudach, której główną zaletą jest to, że jest tysiąc razy cichsza niż właściwy instrument, co tysiąckrotnie zmniejsza prawdopodobieństwo zostania ukamienowanym za ćwiczenia w domu. Gra na niej jest także o wiele łatwiejsza – nie trzeba pompować powietrza w worek i tak dalej. Brzmi mniej więcej jak konająca gęś. Aby zrobić wrażenie, trzeba mieć prawdziwe dudy. Po nie właśnie sięgnąłem.

– Hmm. A czy mogę zagrać melodię na moich dudach? W kampusie trudno znaleźć miejsce, gdzie mógłbym poćwiczyć; wydaje mi się, jakbym wieki nie wyjmował ich z pudła.

Bill chyba się trochę zdziwił, ale wzruszył ramionami i powiedział:

– Pewnie. Nie ma teraz innych uczniów. Jeśli tak ci wygodniej. Co zagrasz?

– Jeszcze nie wiem.

Wyjąłem dudy. Zapach skóry i drewna, z których były wykonane, przypominał mój własny. Piszczałki burdonowe ułożyły się zgrabnie na moim ramieniu, kiedy napełniałem worek powietrzem. Kiedy zabrzmiały, zdałem sobie sprawę z tego, jak głośno będzie w tym maleńkim pomieszczeniu. Potrzebne były zatyczki do uszu.

Przez jakieś dwadzieścia sekund Bill patrzył, jak stroję dudy, obserwował moją pozycję, słuchał, jak równo trzymam dźwięk w czasie strojenia. Planowałem zacząć wolno, a potem przejść do tak porywającej i mistycznej melodii, że Bill zacznie całować moje buty. Niestety, piszczałki hałasowały tak głośno w małym pokoiku, że chciałem szybko zakończyć granie. Przeszedłem do jednego z moich ulubionych szkockich tańców. Była to niemożliwie wymagająca dla palców melodia, którą mógłbym zagrać nawet przez sen. Szybka. Czysta. Idealna.

Twarz Billa była pozbawiona jakiekolwiek wyrazu. Jakbym starł mu mimikę samym poziomem hałasu, jaki wywołałem. Opuściłem dudy.

– Nie mogę cię niczego nauczyć – pokręcił głową. – Ale wiedziałeś o tym, zanim tu przyszedłeś, co? W tym hrabstwie nie ma absolutnie nikogo, kto mógłby cię czegoś nauczyć. Może nawet w tym stanie. Startujesz w konkursach?

– Przestałem w wakacje.

– Dlaczego?

Wzruszyłem ramionami. Jakoś nie miałem ochoty mówić.

– Dotarłem do szczytu, a potem zrobiło się nudno.

Bill pokręcił jeszcze raz głową. Przypatrywał się badawczo mojej twarzy, i mogłem się domyślić, co chodziło mu po głowie, bo oni zawsze tak myśleli: „Taki jesteś młody, a ja taki stary”.

– Skontaktuję się w takim razie ze szkołą. – Jego głos był bezbarwny. – Dam im znać, żeby coś wymyślili. Ale oni już musieli o tym wiedzieć, gdy cię przyjmowali.

Opuściłem nisko piszczałki.

– Tak.

– Powinieneś złożyć papiery do Carnegie Mellon. Tam mają program dla dudziarzy.

– Nigdy o tym nie pomyślałem.

– Powinieneś się nad tym zastanowić po tym, co tu pokazałeś. – Bill patrzył jak odkładam dudy. Nie zrozumiał mojego sarkazmu.

– Zmarnujesz się w zwykłym konserwatorium.

Pokiwałem głową w zamyśleniu, pozwoliłem mu zrobić jeszcze parę mniej głupich uwag, po czym uścisnąłem mu dłoń i opuściłem pokój. Czułem się rozczarowany, chociaż nie miałem żadnego powodu. Dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem.

Kiedy wyszedłem ze sklepu muzycznego, zobaczyłem na krawężniku dziewczynę. Miałem parszywy nastrój, więc pewnie nie zwróciłbym na nią uwagi, gdyby nie siedziała dosłownie kilka centymetrów od mojego auta. Mimo że była odwrócona plecami, wiało od niej znudzeniem.

Odłożyłem dudy na tylne siedzenie, hałasując i szurając. Sądziłem, że za chwilę coś do niej dotrze. W końcu, przejadę ją, jeśli się nie ruszy ze swojego miejsca.

Ale ona nawet nie drgnęła, kiedy hałasowałem, więc okrążyłem samochód i stanąłem przed nią. Ciągle siedziała bez ruchu z uniesioną brodą; oczy miała zamknięte, by nie patrzeć na popołudniowe słońce. Udawała, że mnie nie zauważa.

Może uczęszczała wraz ze mną na jakieś zajęcia, i moim zadaniem było ją rozpoznać. Jeśli nawet chodziła do szkoły, to na pewno nie była ubrana regulaminowo – miała na sobie bardzo obcisłą bluzkę z drukowanym wzorem ukośnego tekstu i dżinsowe dzwony. Spod nogawek wystawały olbrzymie buciory na platformach.

Miała bardzo charakterystyczną fryzurę: jej jakby pomięte jasne, może lekko kędzierzawe włosy z przodu były dłuższe, a z tyłu obcięte na krótko.

– Moja droga – powiedziałem czułym tonem – twoja pupa blokuje mi zderzak. Czy mogłabyś poleniuchować parę stóp na południe i pozwolić mi odjechać?

Jej oczy otworzyły się.

To było jak skok do lodowatej wody. Każdy fragment mojego ciała pokrył się gęsią skórką, a w głowie zabrzmiała niesamowita i nadprzyrodzona melodia. Wydarzenia minionego lata zawładnęły, nieproszone, moją świadomością.

Dziewczyna – jeśli w ogóle była to dziewczyna – błysnęła oczami jak niebieskie świetlówki, które wydawały się jeszcze jaśniejsze za sprawą ciemnych cieni na jej dolnych powiekach.

– Czekałam na ciebie wieki.

Kiedy przemówiła, otoczył mnie zapach jej oddechu – woń oszałamiających sennych kwiatów, niedawnego deszczu i palonego drewna. Gdzieś w okolicy pępka poczułem ukłucie strachu. Zaryzykowałem pytanie:

– Wieki w znaczeniu stuleci czy czasu trwania lekcji?

– Nie pochlebiaj sobie – odrzekła i wstała, otrząsając kurz z dłoni i pupy. Koturny sprawiały, że była niesamowicie wysoka. Spojrzała mi prosto w oczy. Była tak blisko, że prawie zapadłem się w jej zapach.

– Tylko pół godziny, ale miałam wrażenie, że trwa to wieki. Chodź.

– Halo, co?

– Odwieź mnie do szkoły.

Dobra. Może i znałem ją skądś tam. Próbowałem przypomnieć ją sobie ze szkolnych zajęć i poniosłem klęskę. Wyobraziłem, jak harcuje po leśnej polanie wokół jakiegoś faceta, którego właśnie złożyła w ofierze barbarzyńskiemu bóstwu. I to mi się udało.

– Hmm… do Thornking-Ash?

Spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka.

Popatrzyłem na nogawki jej dzwonów.

– Nie pamiętam po prostu, żebym widział tak fascynujące stworzenie jak ty pośród uczniowskiego grona.

Dziewczyna uśmiechnęła się na dźwięk słowa „stworzenie” i pociągnęła za klamkę po stronie pasażera.

– No co ty. Chodź.

Wpatrywałem się w samochód, gdy zamykała za sobą drzwi. Byłem przyzwyczajony, że to ja jestem tym bezczelnym, który zbija ludzi z pantałyku. Dziewczyna wykonała zniecierpliwiony gest w moją stronę.

Zastanawiałem się, czy to zły pomysł, aby wsiąść z nią do samochodu. Po lecie pod znakiem intryg, wypadków samochodowych i fejów prawdopodobnie był.

Wsiadłem.

Radio zabuczało, kiedy włączyłem zapłon. Dziewczyna skrzywiła się.

– Ale bzdur słuchasz.

Wcisnęła jeden z przycisków, i zabrzmiał jakiś szkocki taniec. Na wyświetlaczu widniała częstotliwość 113,7. Nie jestem Einsteinem (tylko dlatego, że fizyka mnie nie interesuje!), ale miałem wrażenie, że radia samochodowe nie łapią takiej w Stanach.

– Dobra – stwierdziłem w końcu, zjeżdżając z krawężnika. – A więc chodzisz do Thornking-Ash. Jak się nazywasz?

– Nie powiedziałam, że chodzę – zauważyła. Oparła bose stopy o deskę rozdzielczą. Buciory zostały na podłodze. – Poprosiłam cię tylko, żebyś mnie tam zawiózł.

– Głupek ze mnie. Oczywiście. Jak się nazywasz?

Dziewczyna spojrzała na moje ręce na kierownicy, jakby w moich zapiskach mogła znaleźć odpowiedź na pytanie.

Przekrzywiła w zamyśleniu twarz.

– Nuala. Nie, Elenora. Nie. Polly. Nie, czekaj. Nuala najbardziej mi się podobało. Tak, niech będzie Nuala.

Wymówiła to z mnóstwem „u”: „Nuuuula”. Uśmiechała się lekko tak, jak ja lubiłem się uśmiechać.

– Na pewno wolisz takie?

Przyjrzała się swoim paznokciom i przygryzła jeden z nich.

– Zmienianie opinii to jeden z kobiecych przywilejów.

– A jesteś kobietą? – zapytałem.

Nuala posłała mi mroczne spojrzenie.

– Nie wiedziałeś, że niegrzecznie jest zadawać takie pytania?

– Jasne. Nie pomyślałem. A więc spotkaliśmy się wcześniej?

Machnęła ręką.

– Zamknij się, dobrze? Próbuję słuchać. – Odchyliła siedzenie do tyłu, przez sekundę patrzyła w sufit, a potem zamknęła oczy.

Miałem okropne uczucie, że ona słucha muzyki nie z radia, tylko jakiejś innej, odległej, słyszalnej tylko dla niej. Jechałem w milczeniu i obserwowałem ją. Popołudniowe słońce padało z boku i podkreślało piegowatą galaktykę na jej policzkach. Piegi wydawały się tu nie na miejscu: były takie niewinne. Bardzo ludzkie. Potem otworzyła oczy i powiedziała:

– A więc grasz na dudach.

Spostrzeżenie to nie musiało mieć nadprzyrodzonej natury. Każdy przechodzień mógł słyszeć, jak grałem dla Billa. Mimo to nie byłem w stanie powstrzymać się i nie wyobrazić sobie ukrytej aluzji w tym stwierdzeniu.

– Tak. I to niesamowicie. – Zerknąłem na nią. Uśmiechała się przenikliwie. – Próbujesz mnie zdenerwować.

– Chcę tylko powiedzieć, że słyszałam lepszych. – Nuala odwróciła do mnie twarz, i jej uśmiech znikł. – Słyszałam twoją rozmowę, dudziarzu. Nie mają tu nic dla ciebie. Chciałbyś być lepszy w tym, co robisz?

Strach zaczął teraz kłuć niczym cios noża.

– Co za głupie pytanie? Znasz odpowiedź. Inaczej nie pytałabyś.

– Mogłabym ci pomóc.

Przymrużyłem oczy, starając się dobrać słowa.

– A niby jak?

Kątem oka spostrzegłem, że prostuje się, i nagle poczułem jej oddech na swoim uchu:

– Szepcząc ci do ucha sekrety, które odmienią twoje życie.

Odchyliłem głowę, zanim pochwycił mnie zapach jej oddechu. Nawet moja gęsia skóra dostała gęsiej skóry.

– Oczywiście, zrobisz to bezinteresownie.

– Wiesz, w porównaniu z tobą prawie nic z tego nie mam. Nawet nie zauważysz. Będziesz największym dudziarzem wszech czasów.

– Jasne.

W moim umyśle galopowały wszelkie historie ostrzegające przed zawieraniem paktów z diabłem i tak dalej. Ogarnęły mnie wątpliwości, czy wpuszczenie jej do samochodu było dobrym pomysłem.

– Cóż, miło mi. Ale nie.

Zbliżaliśmy się do szkoły. Zastanawiałem się, co zrobi, kiedy tam dotrzemy.

– Jestem zadowolony z mojego poziomu niesamowitości. Przynajmniej na tyle, żeby pracować nad nią sam. Chyba że oferujesz jakąś próbną bezpłatną subskrypcję, z której mogę zrezygnować po trzydziestu dniach bez zobowiązań i podawania numeru karty kredytowej.

Pokazała zęby w grymasie.

– Bardzo niegrzecznie jest odrzucać pomoc kogoś takiego jak ja. Skupione na sobie palanty takie jak ty nieczęsto otrzymują podobne oferty.

Zaprotestowałem.

– Odmówiłem ci w miły sposób. Musisz to przyznać.

– Nawet się nie zastanowiłeś.

– Zastanowiłem. O, słyszałaś tę pauzę? Sekundę temu. To było ponowne zastanawianie się. Odpowiedź nadal brzmi: „Nie”.

Warknęła i wsunęła stopy w swoje wielkie buciory.

– Zatrzymaj samochód. Wysiadam.

– A szkoła?

Palce Nuali na klamce zamieniły się w szpony.

– Nie drażnij mnie, Jamesie Morganie. Wypuść mnie, a nie urwę ci głowy.

W głosie dziewczyny była taka zażartość, że niemal jej uwierzyłem. Zatrzymałem auto na poboczu między drzewami. Nuala pociągnęła za klamkę, po czym syknęła:

– Zamek, idioto!

Drzwi były zablokowane. Wcisnąłem przycisk zamka centralnego. Otworzyła drzwi. Odwracając się do mnie, zatrzymała spojrzenie swych niebieskich oczu. W jej głosie brzmiała pogarda.

– Myślę, że brak ci zdolności, by się nauczyć tego, czego ja mogłabym cię nauczyć. Przemądrzały gnojek.

Trzasnęła drzwiami. Wcisnąłem gaz, nie czekając, aż się rozmyśli. Zerknąłem w lusterko wsteczne, ale zobaczyłem jedynie wir suchych liści unoszących się przy drodze.

Nuala

Osłupia jaskrawość tego koca żółci,

Co świeci szaleńczo morzem jesieni

Kwiatów, dajcie kwiatów konającemu światu

Coroczna dlań stypa nadchodzi

Letnie ciepło za dnia lada dzień się zmieni,

W kąsające wzrastanie północnego chłodu

Długa noc z obietnicą ponurego plonu.

STEVEN SLAUGHTER, ZŁOTA MOWA[2]

Wspomnienie tego popołudnia, kiedy pierwszy raz ktoś powiedział mi „nie”, utkwiło w mojej głowie zadziwiająco głęboko. Do końca życia będę pamiętać każdy szczegół. Przegrzane wnętrze samochodu Jamesa i miękki dotyk podniszczonej tapicerki. Na zewnątrz liście w krzykliwych kolorach. Czerwonawy brąz dębów miał ten sam odcień co jego rudo-brązowe włosy. Ciężkie uczucie w gardle: gniew. Prawdziwy gniew. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz czułam gniew.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio nie dostałam czegoś, co chciałam mieć.

Dąsałam się, aż słońce zalśniło na czerwono tuż ponad linią drzew, a uczniowie wracali do internatów w dwu-, trzy- i czteroosobowych grupach. Niektórzy szli sami, z rękami wetkniętymi do kieszeni albo zaczepionymi o szelki plecaka, ze wzrokiem wbitym w ziemię.

To byłyby łatwe cele: z daleka od rodzin i przyjaciół tym samotnym duszyczkom było ciężko jedynie w towarzystwie muzyki. Dostrzegałam ich słabe światło: błękit, akwamarynę i morską zieleń, kolory moich oczu.

Być może gdyby upłynęło więcej czasu od ostatniego razu, dałabym się skusić. Ale wciąż czułam się silna, żywa, niezwyciężona.

A oto i James z trójką innych dzieciaków, co nie było wskazane. Moje cele nigdy nie miały znajomych – ich życiem była muzyka.

Ktoś taki jak on nie powinien tworzyć tak dobrych relacji z ludźmi. Nawet nie powinien tego chcieć. Mogłabym mieć wątpliwości, czy to naprawdę on, mimo króciutkich kasztanowych włosów i cwaniaczkowatego chodu, ale dzika plama żółci – tak na marginesie, mojego ulubionego koloru – świeciła w jego wnętrzu i krzyczała: „Muzyka, muzyka, muzyka!”.

Mogłam jedynie powstrzymywać chęć popędzenia tam, aby zmusić go do przyjęcia mojej oferty albo żeby go skrzywdzić. Bardzo. Miałam kilka pomysłów do zrealizowania na dłuższą metę.

Cierpliwości. Weź się w garść!

Zamiast pognać, poszłam niezauważona w ślad za grupką jego znajomych. Mogliby mnie chyba zobaczyć, gdyby się dobrze przyjrzeli, ale nikt tego nie zrobił. W dzisiejszych czasach nikt tego nie robił, choć słyszałam od innych fejów, że nie zawsze tak było. Nieliczne dzieciaki, które mnie wyczuwały i podnosiły wzrok, widziały jedynie wir liści, pędzący skrajem chodnika, wspinający się w powietrze, aby opaść spiralą w dół. To byłam ja, niewidzialny dreszcz o zmierzchu, nieokreślona gula w gardle, nieproszona łza z powodu dawno zapomnianych myśli.

Dwie dziewczyny zniknęły w swoim budynku, grupka zmniejszyła się do dwóch osób.

Mogłam podejść na tyle blisko, aby jego lśnienie odbiło się na mojej pogrążonej w mroku skórze i sprawiło, bym pragnęła go dotykać i szarpać dźwięczne struny muzyki w jego głowie. Gdyby tylko powiedział „tak”.

James rozmawiał z drugim chłopakiem o automatach z napojami. Chłopak, którego wyróżniała niewinna uśmiechnięta twarz, cytował statystyki mówiące o tym, ilu ludzi ginie przygniecionych przez automaty.

– Chyba nie przewrócili ich sami na siebie – powiedział James.

– Widziałem filmik – odparł okrągły chłopiec.

– Nie, pewnie jest jakiś anioł mściciel, co popycha automaty na chciwych gnojów, którzy nie umieją się pogodzić ze stratą kasy. – James pokazał, jak popycha automat, potem zrobił spanikowaną minę i wreszcie udał dźwięk rozgniatania. – Masz nauczkę, kolego, następnym razem pogódź się, jak ci zeżre pięćdziesiąt centów.

– Tylko że już nie będzie następnego razu.

– Święta racja. Śmierć wyklucza wyciągnięcie wniosków z lekcji. No to inaczej. Z nagrania zatem wynika, że tragedie z automatami to nie tyle powieść moralizująca, ile forma doboru naturalnego.

Okrągły roześmiał się, a następnie spojrzał na coś za plecami Jamesa.

– Ej, ty! Jakaś laska się na ciebie patrzy.

– A czy jest jakaś, która na mnie nie patrzy? – zapytał James, ale odwrócił się i spojrzał przeze mnie na kogoś innego. Żółć w jego wnętrzu rozbłysła, zawirowała i strzeliła w moją stronę, jakby błagając, bym zamieniła ją w coś innego. Ale jego oczy nie natrafiły na mnie. Zatrzymały się na bladej dziewczynie. Czarne włosy, twarz bezbarwna w sztucznym świetle latarni, palce nerwowo ciągnące za pasek plecaka. Kiedy James powiedział do Okrągłego: „Zaraz wrócę, dobrze? Ona jest z mojej poprzedniej szkoły”, w jego głosie czegoś brakowało.

Okrągły posłusznie się oddalił, a James skierował się przez kręgi światła latarń ku dziewczynie. Miała we włosach wątłe niteczki pomarańczowej poświaty, jak neonowe toffi, a ja pomyślałam, że byłaby dla mnie dobrym uczniem, gdybym nie lubiła młodych przystojnych chłopaków.

– Hej, co tam słychać, świrusko?

Głos Jamesa brzmiał bardzo dzielnie, zabawnie, mocno, chociaż jego myśli, które udawało mi się wychwycić, były pogmatwane. Dziewczyna odwzajemniła jego uśmiech w irytująco ładny sposób – nie interesowały mnie zupełnie atrakcyjne przedstawicielki mojej własnej płci – a potem zrobiła dziwną, ponurą minę. Równie irytująco uroczą.

– Szłam właśnie do mojego pokoju. Szłam tędy, bo ja zawsze, to znaczy nigdy nie widziałam, jak ta fontanna jest oświetlona. A chciałam zobaczyć.

Tak, jasne. Przyszłaś, żeby go zobaczyć, i się nie przyznasz. Pewnie. Przestań być taka bojaźliwa. Zmierzyłam ją gniewnie wzrokiem. James przechylił głowę w moim kierunku, jakby słuchając, więc odskoczyłam od nich o kilka metrów. Ten gwałtowny ruch sprawił. że dziewczyna nagle podniosła oczy, a jej wzrok podążył za mną. Zmarszczyła brwi… Czyżby mnie dostrzegła? Cholera. Pochyliłam się, jakbym chciała zawiązać sznurówkę, jakbym była uczennicą i mogłabym faktycznie być dla wszystkich widzialna. Jej spojrzenie nie skupiło się na mnie, kiedy byłam pochylona, właściwie nie widziała mnie. Musi mieć jakiś dar widzenia. To mnie też irytowało.

– Dee – odezwał się James. – Ziemia do Dee. Wzywamy planetę Dee. Houston, chyba zawiodły nasze linie komunikacyjne. Dee, Dee, czy mnie słyszysz?

Dee oderwała wzrok ode mnie i spojrzała na Jamesa. Gwałtownie zamrugała oczami.

– Uch, tak. Przepraszam. Nie wyspałam się dzisiaj. – Miała bardzo piękny głos. Pomyślałam, że musi dobrze śpiewać. Skończyłam udawać, że wiążę sznurówkę, i zaczęłam powolutku zbliżać się do fontanny, aby ukryć się w wodzie. Z tyłu usłyszałam, jak James coś mówi, a Dee śmieje się z ulgą, jakby od dawna nie słyszała niczego śmiesznego i ucieszyła się, że humor jeszcze jej nie opuścił.

Położyłam się w fontannie. Kiedy byłam niewidzialna, nie odczuwałam wilgoci. Poprzez spływającą wodę spojrzałam na ciemniejące niebo. Całkowicie niewidoczna, czułam się w wodzie bezpiecznie, nic mi nie groziło.

Dee i James podeszli do krawędzi fontanny z satyrem i stanęli tuż nade mną, blisko siebie, ale nie dotykając się, odgrodzeni niewidzialną barierą, którą sobie stworzyli, zanim pojawiłam się na scenie. James żartował przez cały czas, rzucając bezsensowne dowcipne odzywki, a ona śmiała się i śmiała, dzięki czemu nie musieli rozmawiać. Jego męki posłużyłyby za temat pięknej piosenki. Musiałam znaleźć sposób, aby go przekonać.

Dee i James patrzyli na śmiejącego się do nich satyra, zastygłego w tańcu na maleńkim dębowym listku pośrodku wody.

– Słyszałam, jak ćwiczysz – powiedziała Dee.

– I co, oszołomiła cię moja wspaniała gra?

– Właściwie naprawdę uważam, że zrobiłeś postępy, odkąd cię ostatnio słyszałam. Czy to możliwe?

– I to bardzo. Świat to dziwne i wspaniałe miejsce. – Zawahał się. Leżąc w wodzie, z większą łatwością czytałam jego myśli. W jego mózgu rodziło się pytanie: „Jak dajesz tu sobie radę?”. Ale zamiast tego powiedział: „Noce robią się zimne”.

– Czasami mamy lodówkę w pokoju! – Głos Dee był zbyt entuzjastyczny, dziewczyna cieszyła się trywialną rozmową. – Kiedy w końcu włączą ogrzewanie?

– Dobrze, że jeszcze nie włączyli, inaczej w dzień można by piec w pokojach pianki na patyku.

– To fakt. Po południu ciągle jest bardzo ciepło. To chyba przez te góry.

– Góry są przepiękne, prawda? Kiedy na nie patrzę, robi mi się jakoś dziwnie smutno..

Widziałam, jak James zmaga się ze słowami, zanim się odezwie. To było pierwsze naprawdę szczere stwierdzenie od momentu spotkania w świetle latarni.

Dee nie odpowiedziała ani nie zareagowała. Jakby nie słyszała go wcale, kiedy przestawał żartować. Odsunęła się od niego i przeszła na drugą stronę fontanny. Nie poszedł za nią. Zanurzając rękę w wodzie obok moich stóp, powiedziała:

– Naprawdę dziwna jest ta fontanna. Czemu on się tak śmieje?

James wyciągnął rękę i poklepał satyra po pupie.

– Bo jest goły.

– Cieszę się tylko, że umieszczono go przed waszym internatem, a nie przed żeńskim. Mam wrażenie, że z niego niezły aparat.

– Zniszczę go dla ciebie, jeśli chcesz – zaoferował James.

Roześmiała się. Wyobraziłam sobie, żeśpiewa, kiedy się tak śmiała.

– Nie trzeba. Ale lepiej już sobie pójdę. Nie chcę, żeby po zamknięciu internatu znowu złapała mnie ta nauczycielka wariatka.

Wyciągnął do niej dłoń, jakby chciał ująć jej rękę albo wziąć od niej plecak, albo dotknąć ramienia.

– Odprowadzę cię – powiedział.

– Nie trzeba. Muszę już lecieć – odparła Dee. – Zobaczymy się jutro?

James przybrał zgarbioną postać, jakby był znużony i wsunął ręce do kieszeni.

– Niewątpliwie.

Dee błysnęła zębami i popędziła z powrotem do żeńskiego internatu. Kiedy biegła, plecak obijał jej się o plecy.

James został przy fontannie jeszcze długo po odejściu dziewczyny, nieruchomy jak satyr; jego krótko ścięte rude włosy czerwieniały coraz bardziej w świetle zachodzącego słońca, oczy były przymknięte. Leżałam w wodzie i czekałam.

Mijały długie minuty, słońce powoli zniżało się nad drzewami. Patrzyłam na złoty blask, który rozświetlał Jamesa – obietnicę twórczej wielkości. Czemu się nie zgodził? Czy tylko dlatego, że mi odmówił, teraz tak bardzo go pragnęłam? Mogłam osiągnąć z nim coś niesamowitego.

Dzięki niemu mogłam się ogrzać, poczuć się żywą, obudzić.

Ześlę mu sen. Tak zrobię. Pokażę mu ułamek tego, co potrafię, a kiedy znowu mnie zobaczy, nie będzie w stanie odmówić.

Nad powierzchnią wody James podskoczył. Miał przechyloną głowę, dokładnie tak, jak wcześniej, kiedy mnie wyczuł. Teraz jednak usłyszał coś innego.

Król cierni. Usłyszałam melodię, która zabrzmiała wśród wzgórz, kiedy rozpoczął swój pochód. Moje uszy z trudem wychwyciły dźwięk, a James ulotnił się w okamgnieniu. W pośpiechu wyskoczyłam z wody. Jej powierzchnia pokryła się powoli kręgami fal. Zobaczyłam, jak ciemna sylwetka Jamesa w mroku pędzi niemal na złamanie karku. Pędzi w stronę rogatego króla i jego powolnej pieśni dla umarłych. Pędzi na spotkanie śmierci?

Długo potem jak James wrócił ze wzgórza za Thornking-Ash do swojego pokoju w internacie, sama tam się skierowałam. Nie interesowała mnie jednak muzyka rogatego króla. To muzyka fejów mnie przyciągnęła – brzmiała jak rytm tańca – co było bardzo zaskakujące, bowiem nigdy nie lubiłam tańców. Jeśli w całej historii świata wynaleziono coś tylko po to, żebym się czuła jak kompletny odludek, to były to tańce fejów w ich kręgach. A te tańce, na największym wzgórzu za szkołą Thornking-Ash, niczym od innych się nie różniły poza tym, że kręgi fejów były dziesięć razy większe niż te, które kiedykolwiek wcześniej widziałam. Wszyscy fejowie, nie wyłączając mnie oczywiście, nie mogą dotykać żelaza. Sama jego bliskość odstrasza większość fejów głęboko pod wzgórza i w inne oddalone zakątki. Nieważne więc, jak kuszącą dla mego ludu była muzyka obecna w szkole Thornking-Ash: niewidzialna żelazna konstrukcja budynków i lśniące samochody na parkingach powinny uczynić z niej strefę zamkniętą dla fejów.

Mimo to fejów były setki. We wszelkich kształtach i rozmiarach, od wysokich pięknych dworzan, których się tam spodziewałam, po niskich paskudnych hobgoblinów, co mnie zaskoczyło – rzadko wypuszczali się ze swoich nor i odrywali od roboty, aby przyjść na tańce. Tańczyli parami i trójkami, dotykając swoich włosów, poruszając ciałami jak jeden organizm, wszyscy piękni w swoim tańcu.

Stojąc w odległości parudziesięciu metrów od nich, schowana do pasa w wyschniętej polnej trawie, gładziłam dłońmi końcówki źdźbeł i wzdychałam. Patrzenie na nich nie sprawiało mi wielkiej radości. Miałam nadzieję zagarnąć Thornking-Ash dla siebie.

Ale ich muzyka mnie wzywała, szarpała moje ciało i nie znosiła sprzeciwu.

Im dłużej stałam, wsłuchując się w pulsujący rytm, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że muszę tam iść i sama go poczuć.

Tancerze mnie nie interesowali. Te ich nieprawdopodobne wygibasy i zmysłowe dotyki nie przemawiały do mnie w ogóle. To do muzyków zmierzałam. Piękny wiotki mały fej praktycznie owinął się wokół bębna trzymanego na kolanach – to on nadawał tańcowi jego hipnotyczny pierwotny rytm. Był też niepokojący grajek, którego skrzypce pobrzękiwały i zawodziły, inny fej potrząsał tamburynem, uwydatniając idealny kontrapunkt z dudniącym bębnem. I fletnista wzywający nas do tańca w sposób przerażający i szalenie naglący. Ale bębniarz, ten, który umiał upodobnić dźwięk bębna do brzmienia wody kapiącej do wiadra, kroków olbrzyma w deszczu albo deszczu padającego na dach – to był widok! Przez niego można było zapomnieć o sobie samym.

– Zatańczysz, ślicznotko? – Wielkostopy trow[3] o twarzy jak łopata złapał mnie za rękę, ale w okamgnieniu ją puścił.

– Co, wiedziałam, że to ci się nie spodoba – stwierdziłam szyderczo. Trow pochylił się do drugiego, stojącego obok.

– Ona jest leanan sidhe – powiedział w powolny, typowy dla trowów sposób.

Tak właśnie zostałam przedstawiona towarzystwu. Zdradziecka wieść, jak ów szybki prymitywny rytm, krążyła od tancerza do tancerza. Idąc przez tłum, czułam na sobie ich spojrzenia. Nie byłam zwykłym samotnym fejem, należałam do leanan sidhe. Pariasów. Prawie ludzi.

– Nie wiedziałam, że taniec to jeden z waszych talentów – zawołała jakaś feja, wirując koło mnie.

Ona i jej przyjaciele nie sięgali mi nawet do biodra, a ich śmiech kłuł jak użądlenia pszczół. Patrzyłam przez chwilę, jak się kręcą, uderzając stopami bezbłędnie w rytm bębna, aż dostrzegłam jej ogon, wystający spod półprzejrzystej zielonej sukni.

– A ja nie zdawałam sobie sprawę, że mówienie to jeden z twoich. Nie wiedziałam, że małpy potrafią mówić.

Obciągnęła spódnicę, krzywiąc się na mnie, i odciągnęła towarzyszy na stronę. Ja także się skrzywiłam i poszłam dalej przez tłum. Nie wiedziałam, czego właściwie szukam, może jakiegoś miejsca, gdzie czar muzyki w końcu weźmie mnie we władanie i pozwoli o tym wszystkim zapomnieć.

Ktoś złapał mnie za pupę. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam tylko szereg wpatrujących się we mnie twarzy, wyszczerzonych w uśmiechu. Nie chodzi o to, że nie mogłam wypatrzeć, który z nich wygląda na winnego. Raczej nie było tam żadnego wyglądającego niewinnie.

– Pieprzcie się – powiedziałam. Wszyscy się roześmiali.

– Z ochotą – odparł jeden i zrobił wulgarny gest. – Pomożesz?

Nie było sensu wdawać się w bójkę. Splunęłam w ich stronę i odeszłam, wirując, oddalając się od obmacywaczy jak najdalej.

Bęben błagał moje nogi o taniec, ale nie tańczyłam. Muzyka była przepiękna, i kiedykolwiek indziej poddałabym się. Ale tej nocy mogłam myśleć tylko o tym, jak James i jego dudy zabrzmieliby wraz z melodią graną teraz przez muzykantów. Nie byłam pewna, po co przyszłam. Byłam jak dryfująca wyspa pośrodku wirującego morza tancerzy. Nie próbowali nawet ukryć swoich spojrzeń, falując, kręcąc się i wyginając w zgodzie z muzyką. Otaczał mnie śmiech.

– Zgubiłaś się, cailín?

Przyznam, że zarówno łagodność jego głosu, jak i niewinne określenie – po prostu „dziewczyna” po irlandzku – wprawiły mnie w osłupienie. Odwróciłam się, aby zobaczyć uśmiechającego się do mnie z góry mężczyznę, ubranego w dworskie szaty. Jego tunika była zapięta na guziki w kształcie muszli aż po samą szyję.

Śmiertelnik. Świecił słabo na złoty kolor, wystarczająco, by wzbudzić mój głód, ale nie na tyle, by mnie skusić. Poza tym, chociaż był przystojny ze swoimi zmarszczkami wokół oczu i orlim nosem, nie był na tyle piękny czy jasny, by być podmieńcem, porwanym przez fejów jako dziecko. Sądząc po tym i po jego dworskim odzieniu, dałabym sobie loki obciąć, że był to nowy ludzki małżonek królowej. Nawet ja, choć żyłam na uboczu, słyszałam plotki na jego temat.

Ostrożnie zmierzyłam go wzrokiem.

– Czy wyglądam na zagubioną, śmiertelniku?

Jego wzrok padł na moją dżinsową spódnicę z postrzępionym dołem, obciachową bluzkę z dekoltem i strasznie wysokie korkowe platformy. Jego wargi utworzyły taki kształt, jakby ich właściciel spróbował właśnie cytryny, która mu nawet zasmakowała.

– Trudno wyobrazić sobie ciebie gdzieś, gdzie nie chciałabyś się znaleźć.

Moje usta zaśmiały się.

– Masz bardzo szelmowski uśmiech.

– Jestem wielką szelmą. Słyszałeś chyba o tym.

Oczy królewskiego małżonka spoczęły na mojej twarzy, i choć już wcześniej zmrużone od uśmiechu, zwęziły się jeszcze bardziej. Ton jego głosu brzmiał lekko, żartobliwie.

– A powinienem, śmiertelniczko?

Roześmiałam się, usłyszawszy tę pomyłkę. Przynajmniej już wiedziałam, czemu do mnie podszedł. Wziął mnie za jedną ze swoich. Tak źle wyglądałam?

– Nie chcę cię rozczarować – odpowiedziałam. – Ale wkrótce sam się zorientujesz. Szczerze mówiąc, na razie miło mi się bawić twą niewiedzą.

– Prawdą jest to, co każdy z nas tu powie – odrzekł.

Uśmiechnęłam się.

– Jak widzę, rozmowa z tobą przypomina chodzenie w kółko – powiedział i wyciągnął do mnie rękę. – Może zamiast tego zatańczymy? Tylko jeden taniec.

Nie lubiłam tańczyć z fejami, ale on nie był fejem. Uśmiechnęłam się szeroko..

– W kręgu nie można zatańczyć jednego tańca.

– Zaiste. Zatem będziemy tańczyć do chwili, kiedy powiesz: „Koniec”, i wówczas skończymy.

Zastanowiłam się. Taniec z małżonkiem Eleanor – bez starania się wcześniej o ten przywilej – nie wydawał się dobrym pomysłem, co czyniło go nieco bardziej atrakcyjnym.

– Gdzie moja umiłowana królowa?

– Ma teraz coś na głowie.

Przez okamgnienie wydało mi się, że dostrzegłam coś (może ulgę?) na jego twarzy, ale to coś zaraz znikło. Jego dłoń wciąż wyciągała się do mnie, więc położyłam na niej swoją.

Muzyka nas porwała. Moje stopy poddały się rytmowi, jego nawet jeszcze z niego nie wypadły. Zawirowaliśmy w tłumie. Gdzieś tam była noc, ale zdawało się, że bardzo daleko od tego wzgórza, jasnego od świetlików i gwiezdnego pyłu w powietrzu.

Wszyscy patrzyli, jak trzyma mnie mocno za ręce, jakby unosząc nad ziemią, słyszałam głosy, urywki rozmów.

– … leanan sidhe…

– … gdyby królowa wiedziała…

– Czemu ona tańczy z…

– On będzie królem, zanim…

Moje palce zacisnęły się na jego dłoni.

– A więc będziesz królem. Dlatego tu jesteś.

Oczy mężczyzny jaśniały. Jak u wszystkich ludzi, muzyka upajała go, gdy tylko zaczynał tańczyć.

– To nie tajemnica.

Przemknęła mi przez głowę myśl, by powiedzieć, że to dzięki mnie, ale nie chciałam wydać się idiotką.

– Jesteś tylko człowiekiem.

– Ale potrafię tańczyć – zaprotestował. I rzeczywiście potrafił. Całkiem nieźle jak na człowieka. Rytm bębna prowadził jego ciało, jego stopy tworzyły wymyślne wzory na zdeptanej trawie. – I będę władać magią, gdy zostanę królem.

Obrócił mnie w tańcu.

– A jak, śmiertelniku?

– Królowa mi to obiecała, i wierzę jej. Ona nie potrafi kłamać. – Zaśmiał się dziko; dostrzegłam, jak oszołomiony był muzyką, zachwycony tańcem, tak bezbronny wobec nas. – Jest taka piękna. To mnie boli. Boli mnie, cailín, to jej piękno.

Nie zdziwiło mnie, że boli go piękno królowej. Raniło wszystkich, którzy na nią patrzyli.

– Magia nie rośnie na drzewach, śmiertelniku.

Roześmiał się znów, jakbym powiedziała coś zabawnego.

– Oczywiście, że nie! Ale przemieszcza się z ciała do ciała, prawda? Więc jak sądzę, przejdzie do mnie z czyjegoś ciała.

Uważałam się za złowrogą istotę, ale nawet dla mnie jego stwierdzenie zabrzmiało groźnie.

– Z ciała innej osoby, obdarzonej magią? Zastanawia mnie, jak znajdą kogoś takiego, i co się z tym kimś wówczas stanie.

– Królowa jest przebiegła.

Przypomniało mi się, jak jej wysokość knuła cicho za plecami swej poprzedniczki, jak upewniła się, że gdy korona spadnie z głowy tej drugiej, od razu znajdzie się w jej, Eleanor, rękach.

– Och tak, jest niezwykle przebiegła. Ale wydaje mi się, że ten drugi ktoś bardzo mocno ucierpi.

Mina królewskiego małżonka wyrażała niedowierzanie.

– Moja królowa nie jest okrutna.

Spojrzałam na niego. Z pewnością w to nie wierzył. Chyba że jako dziecko upadł na głowę albo coś w tym stylu. Nie cofnął jednak tych słów.

– Nie każdy potrafi władać magią, nawet jeśli ją odnajdzie – powiedziałam.

– Halloween, cailín. Święto Zmarłych. Magia wówczas jest niestabilna. A ona nie dałaby mi czegoś, czego bym nie uniósł. Zna moje słabości. Nie boję się. Jestem przekonany, że wkrótce będę jednym z was.

– Koniec – warknęłam i zatrzymałam się tak nagle, że wykręcił mi boleśnie ramię i bark. – Mam wrażenie, że nie wiesz, o czym mówisz.

Puścił moją dłoń i stanął z opuszczonymi ramionami. Tancerze wokół wirowali, wpatrując się w nas. Szepty i pomruki się wzmogły.

– Nie śpieszyłabym się tak z porzuceniem człowieczeństwa – powiedziałam mu, cofając się. – Zobacz najpierw, co naprawdę oznacza bycie fejem.

Moje słowa padły w próżnię. Królewski małżonek wpatrywał się tylko we mnie.

Zostawiłam go tam, w kręgu fejów.

Zanim stałam się w połowie niewidzialna, wysoka rudowłosa feja wzięła go za rękę, a nim całkowicie porzuciłam fizyczną formę, unosząc się stopniowo na ludzkich myślach i snach, królewski małżonek został znów wciągnięty w taniec. Z lotu ptaka nie umiałam odróżnić go od fejów, nie potrafiłam także określić uczucia, od którego piekło moje serce. Porzuciłam ich tam jednak, ciesząc się, że odchodzę. Musiałam zesłać sen.

James

Śniłem o muzyce.

Pieśń była oszałamiająca i zaraźliwa, odległa, piękna i nieosiągalna. Pragnąłem jej, tej szarej pieśni pożądania. Była realna jak żaden inny sen.

Wiedziałem, że to sprawka Nuali, ta wręcz boleśnie piękna pieśń. Obudziłem się.

Kiedy się zbudziłem, miałem w ustach pełno złotej muzyki.

To było tak, jakby utknęła mi w głowie piosenka, która miała kolor i smak. Czułem zapach palonego drewna i kropli deszczu na liściach dębu, błyszczących, duszących mnie złotych nici. Przypominała mi pragnienie Dee, pragnienie bycia lepszym dudziarzem, pragnienie… pragnienie.

– Hej, James. Obudź się. – Głos Paula zepchnął ciężar pieśni z mojej piersi. Mogłem znowu oddychać. – Za dwadzieścia ósma.

Wciągnąłem haust powietrza pocieszającego swoją normalnością: zapach brudnych szmat, zjełczałych chipsów, starej drewnianej podłogi – taki ludzki. Przywarłem do tego znajomego zapachu dookoła jak do łodzi ratunkowej na morzu pieśni. Słowa Paula zdawały się ogromnie nieważne.

– Za dziewiętnaście ósma – rzekł chłopak. Jego głosowi towarzyszył dźwięk zapinanego suwaka. Może od plecaka. Wyrwał mnie jeszcze bardziej ze snu. Próbowałem nie mieć do niego żalu. – Obudziłeś się?

Obudziłem. Za długo wydobywałem się ze snu. Spróbowałem użyć strun głosowych i, lekko zaskoczony, odkryłem, że działały.

– Boży świat nie widział jeszcze czegoś takiego jak siódma czterdzieści. Co się stało z budzikiem?

– Dzwonił piętnaście minut temu. Później jeszcze raz, ale nawet nie drgnąłeś.

– Bo nie żyłem – odpowiedziałem i usiadłem. Moja pościel była mokra od potu. – Trupy nie drgają. Na pewno dzwonił budzik?

Zauważyłem, że Paul już się ubrał. Miał nawet czas na przygładzenie wodą swych czarnych włosów, przez co wyglądał jak mafioso.

– Mnie obudził. – Spojrzał na mnie zza swoich okrągłych okularów. – Jesteś chory?

– Chory na głowę, przyjacielu.

Wstałem. Czułem się tak, jakbym się wyszarpywał z przejrzystej pajęczyny snów.

Gdy się obudziłem, pomyślałem, że zapach mojego łóżka jest niepokojąco podobny do zapachu oddechu Nuali, jakim go zapamiętałem w czasie naszego spotkania – pachniał jesienią, deszczem i pragnieniem. A może jest to mój zapach, może tak pachnie moja skóra? Ta myśl była dość nieprzyjemna. Na siłę skupiłem się znowu na Paulu.

– Obawiam się, że w tradycyjnym rozumieniu jestem zdrowy. Myślisz, że mogę w takim stanie iść na lekcje? – Wskazałem na koszulkę i bokserki.

– Człowieku, nawet ja nie mogę na ciebie patrzeć. Idziesz na śniadanie? Pośpiesz się.

Pogrzebałem dookoła na podłodze, szukając w miarę czystych spodni, podczas gdy Paul sterczał przy drzwiach, bo nie chciał wyjść beze mnie. Wskoczyłem w jakieś ciuchy i poczochrałem włosy, nadając im zwyczajny nieład.

– Już! Idę! Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, drogi Paulu. Nie odmówiłbym go sobie za żadne skarby. Myślisz, że ktoś zauważy, że chodziłem w tym samym wczoraj?

Paul słusznie uznał to pytanie za retoryczne i nic nie odpowiedział.

– Jestem gotów, chodźmy. Albo nie, czekaj. – Przyklęknąłem i wyciągnąłem spod łóżka mój marynarski worek.

Przeszukując zawartość na jego dnie, czułem, jakbym odpowiadał na pytanie egzaminacyjne.

Wybierz poprawną odpowiedź: Który przedmiot z worka Jamesa pomoże mu odegnać zmorę o niezwykle atrakcyjnym biuście?

a) zegarek, który nigdy nie pokazuje właściwej godziny;

b) książka, jakieś obciachowe powieścidło o kosmosie, którą przysłała mama, nie zdając sobie sprawy, że spragniony wiedzy James ciągle czyta książki wciśnięte mu przez nauczycieli;

c) garść batonów zbożowych na wypadek zagłady atomowej i braku świeżej żywności;

d) żelazna bransoleta, która latem nie zdała się na nic, ale innym ludziom chyba pomagała.

Moje palce zacisnęły się na bransolecie – cienkiej i nierównej, zakończonej kulkami. Wyjąłem ją z worka. Paul w milczeniu obserwował, jak zakładam obręcz na nadgarstek. Już kilka tygodni temu zniknęła mi z nadgarstka plama po niej. Dotyk żelaza poprawił mi samopoczucie. Poczułem, że jestem chroniony, niezwyciężony.

Zawsze umiałem świetnie okłamywać innych i siebie.

Zacisnąłem końce obręczy z kulkami na ręku, aż poczułem uszczypnięcie.

– Teraz mogę iść.

Śniadanie było takie jak zawsze. Grupka muzykalnej młodzieży zebrała się w stołówce zbyt wcześnie rano. Ktoś, kto zaprojektował naszą stołówkę, był jednak niegłupi. Wysokie okna sięgały od podłogi do sufitu po wschodniej stronie. Poranne słońce zalewało pomieszczenie, oświetlając podrapane blaty drewnianych stołów i wyblakłe malunki na ścianach. O innych porach dnia stołówka wyglądała banalnie i była niedoświetlona. Jednak z rana, kiedy światło przebijało się przez wielkie okna, wnętrze przypominało katedrę.

Odgłosy łyżek stukających o talerze z płatkami i widelców grzebiących w gumiastej jajecznicy tłumiły rozmowy. Przeżuwałem swoje płatki, aż zmieniły się w pastę, czując wciąż w ustach smak muzyki z mojego snu.

– James, możemy chwilę porozmawiać? Jak już zjesz?

Głos należał do pana Sullivana. Większość nauczycieli mieszkających w kampusie jadła później w osobnej salce dla pracowników, z daleka od nas, cyrkowych małpek, ale Sullivan często spożywał śniadanie razem z uczniami. Ponieważ jego zajęcia były w bloku porannym, nie dziwiło, że tu był. Poza tym z kim mógł wówczas zjeść śniadanie, jeśli nie z nami?

– Rozmawiam z dworem – powiedziałem.

Sullivan spojrzał na moich towarzyszy przy stoliku: Megan, Eric, Wesley, Paul. Ci wszyscy co zwykle. Wszyscy oprócz osoby, którą chciałem tu widzieć. Nie mogła już nawet zjeść ze mną śniadania?

– Czy możecie, bestie, wypuścić na chwilę Jamesa? – zapytał Sullivan.

– Narozrabiał? – Megan paplała o brytyjskich przekleństwach, ale przestała, żeby się nam przyjrzeć.

– Nie ponad normę. – Pan Sullivan nie czekał na odpowiedź. Zabrał moje płatki ze stołu i wrócił do swego, pustego. Jakby był pewien, że pójdę za zabranym mi śniadaniem.

– Mam wrażenie, że moja obecność jest pożądana przez przedstawiciela władzy. – Wzruszyłem ramionami. Nie sądziłem, że zatęsknią za mną, i tak byłem mało przyjemnym towarzyszem. – To do zobaczenia na lekcji.