Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ballada o miłości - Barbara McMahon

Życie bez chwili wytchnienia, w wiecznej podróży. Koncerty i długie godziny ćwiczeń. A nagroda za lata wyrzeczeń? Tak, Angelika jest wirtuozką skrzypiec, ale pewnego dnia mówi: dość! Rzuca wszystko i ucieka do miasteczka w Kentucky. Szuka spokoju i nauczyciela muzyki, który mógłby skierować jej karierę muzyczną na nowe tory. Jednak to ktoś inny odmieni jej życie na zawsze…

Opinie o ebooku Ballada o miłości - Barbara McMahon

Fragment ebooka Ballada o miłości - Barbara McMahon

Barbara McMahon

Ballada o miłości

Tłumaczenie: Marta Jurczyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy sfatygowany autobus dojechał na miejsce, Angelica Cannon znalazła się w zupełnie innym świecie. Z nieba lał się żar, było parno i duszno. Wysiadając, ciągnęła za sobą plecak, a drugą ręką w ochronnym geście tuliła do siebie warte fortunę skrzypce. Znów pomyślała o swojej ucieczce. Wrzuciła niezbędne rzeczy do plecaka, złapała instrument i nic nikomu nie mówiąc, po prostu zwiała. By lepiej zatrzeć ślady, z banku pobrała pokaźną kwotę i zamierzała wszędzie płacić gotówką. Z karty skorzysta dopiero wtedy, gdy dojdzie do wniosku, że już nie musi się ukrywać.

Na razie jednak schowała się przed dawnym światem, choć na wkroczenie do nowego wcale nie była gotowa. Miała nadzieję, że zostawi za sobą całą gorycz, jednak wciąż w niej tkwiła, nie zdołała jej przełknąć, unieważnić. Nadal wiązała ją z tym, od czego uciekła.

Obserwowało ją trzech mężczyzn. Dwaj z nich byli już po osiemdziesiątce. Siedzieli na bujanych krzesłach i bacznie śledzili wysiadających ludzi, jakby nic ważniejszego nie działo się w kosmosie.

Emeryci zabijający czas, pomyślała. Jednak wzrok trzeciego mężczyzny odczuła niemal jak fizyczny, paraliżujący dotyk. Czarnowłosy i śniady przystojniak opierał się o kolumnę werandy. Był podobny do jednego ze starców, po wieku sądząc – miał około trzydziestki – mógł być jego wnukiem. Pod jego mrocznym, a zarazem urzekającym wzrokiem serce Angeliki gwałtownie przyśpieszyło.

Odetchnęła głęboko i pomaszerowała w stronę ganku, który był częścią terminalu autobusowego. Mieściły się tam również stacja benzynowa i mały supermarket. Angelica idąc, zerkała na intrygującego mężczyznę. Pod T-shirtem koloru moro rysowały się szerokie ramiona i mocno umięśniony tors. Rzeczywiście był nadzwyczajnym przystojniakiem. Nie da się ukryć, że z miejsca ją zauroczył. Zaraz też pomyślała o swoim makijażu i fryzurze. Cóż, po długiej podróży nie przedstawiały się imponująco, a całość dopełniały spłowiałe dżinsy i bawełniany podkoszulek. Innymi słowy, ubrana była w stylu tajemniczego przystojniaka, praktycznie i tanio, to wszystko.

On z pewnością nosił się tak na co dzień, jednak dla niej była to ekstrawagancja. Matce Angeliki nie przyszłoby nawet na myśl, że jej córka może mieć w szafie coś tak pospolitego jak dżinsy.

Matka, ojciec, praca… Zostawiła to za sobą, ale wciąż w niej tkwiło i dołowało. A przecież powinna się skupić na tym, co ją czeka, na wciąż niewiadomej przyszłości.

Gdy podeszła do ganku, odezwał się czarnowłosy przystojniak:

– Pomyliłaś przystanek, kotku? – spytał zmysłowym barytonem, zaciągając na południowoamerykańską modłę.

– To Smoky Hollow w Kentucky?

– W samej rzeczy – odpowiedział.

– Całkiem ładniutka ta mała – skomentował jeden ze staruszków, nie przejmując się tym, że „ładniutka mała” wszystko słyszy.

– Po co przyjechała? Ma tu jakichś krewnych? – zapytał drugi.

– Też chciałbym wiedzieć.

Gdy czarnowłosy zszedł z werandy, Angelica poczuła, jak przyśpiesza w niej puls. Aż rwała się do tego, by poflirtować z tym facetem.

Co się ze mną dzieje?! – skarciła się w duchu. Co się jednak dziwić, skoro nigdy nie flirtowała. Owszem, umawiała się na randki ze starannie wybranymi dżentelmenami, potrafiła być urocza, a nawet zalotna… ale tu chodziło o… o uliczny flirt! Z facetem, którego spotkała na zapyziałym dworcu autobusowym! Więc skąd ten pomysł?!

– Mogę ci w czymś pomóc? – spytał czarnowłosy. – Nazywam się Kirk Devon. Znam wszystkich w okolicy. Do kogo przyjechałaś?

– Szukam Webba Francisa Muldoona.

– Niestety nie ma go tu – odparł, wpatrując się w jej twarz.

Wspaniale! – pomyślała ze złością. Uciekła z domu, przemierzyła cały szmat drogi, a człowiek, do którego przyjechała, po prostu gdzieś zniknął!

– Kiedy wróci? – spytała.

– Nie wiadomo. Czego od niego potrzebujesz? – Podszedł bliżej, zatrzymał się tuż przy niej.

Poczuła się nieswojo, gdy nagle wyrósł przed nią potężny mężczyzna liczący sporo ponad metr dziewięćdziesiąt. Chciała się cofnąć, a zarazem poczuła dziwną fascynację.

– To mogę wyjawić tylko panu Muldoonowi. – Usłyszała, że drzwi autobusu zatrzasnęły się i sfatygowany pojazd z trudem ruszył w dalszą drogę. Bezradnie odprowadziła go wzrokiem, po czym znów spojrzała na Kirka. – Wiesz może, gdzie on jest?

– Dostał zapalenia płuc, leży w szpitalu w Bryceville.

– W szpitalu?! – Profesor Simmons zapewnił ją, że Webb Francis przyjmie ją z otwartymi rękoma, nie wiedział więc o jego chorobie.

– To twój znajomy?

– Znajomy znajomego. – Mówiła tylko to, co konieczne. Nie wolno jej ufać obcym. Nie powinna opowiadać ani o sobie, ani o tym, co ją tu sprowadziło. Najpierw musi spotkać się z Webbem Francisem. Dopiero wtedy się okaże, czy trafiła do właściwego miejsca.

– Masz się gdzie zatrzymać? – spytał Kirk.

Tym miał się zająć Webb Francis. W plecaku miała adresowany do niego list, w którym profesor Simmons wyjaśnił, w jakiej sytuacji się znalazła i dlaczego potrzebuje jego pomocy. Owszem, czuła pewną obawę przed przyjazdem właśnie tutaj, uznała jednak, że jako mieszkanka Manhattanu, która zjeździła pół świata, potrafi się zaadaptować wszędzie, nawet w małym miasteczku w Kentucky.

– Są tu hotele?

– Jest motel, który prowadzi Sally Ann. Możesz się tam zatrzymać. Musisz jednak wiedzieć, że Webb Francis najpewniej nie wyjdzie ze szpitala wcześniej niż za tydzień. Zamierzasz długo zostać? – By jej pomóc, sięgnął po futerał ze skrzypcami.

Kirk był tak blisko, że niemal ocierali się o siebie. To było bardzo niebezpieczne! Cofnęła się gwałtownie, nie pozwalając, by dotknął futerału… a także jej.

– Poradzę sobie – powiedziała chłodno. – Pokaż mi tylko drogę.

Kirk uśmiechnął się rozbrajająco, zmniejszając tym samym napięcie między nimi. Teraz wyglądał swojsko i absolutnie niegroźnie, jak ktoś, kto po prostu chce pomóc.

Jednak Angelica wiedziała swoje. Tak czy inaczej, był to postawny, wyjątkowo przystojny i piekielnie seksowny mężczyzna, po którym kobieta nie powinna oczekiwać tylko samarytańskich odruchów. W żadnym razie! Poza tym przyjechała tu w określonym celu, a gdyby uległa pierwszemu czarującemu mężczyźnie, którego spotkała, mogłoby to pokrzyżować jej plany. W obronnym geście przytuliła do siebie skrzypce, surowym spojrzeniem wzmacniając przekaz, że od drogocennego instrumentu wszystkim wara. Wszystkim, a pewnemu facetowi w szczególności.

– W takim razie poniosę plecak – oznajmił Kirk, błyskawicznie podnosząc go z ziemi. – Nie mogę przecież pozwolić, by dama dźwigała bagaż.

Ruszyli ulicą, która po chwili przemieniła się w ocienioną drzewami aleję, co dawało pewną ulgę od palącego słońca. Niestety tylko nieznaczną. Angelica dotąd nie wiedziała, że aż takie upały panują w Kentucky o tej porze roku. No cóż, musi z tym sobie poradzić. Jednak dla Kirka nie był to żaden problem. Jak bardzo mu tego zazdrościła! Gdyby wiedziała, jak straszny żar leje się tu z nieba, na pewno by nie… Zaraz, zaraz! Przecież nie miała innego wyjścia, musiała tutaj przyjechać.

– Nie powiedziałaś mi, jak się nazywasz – odezwał się w końcu.

– Angelica Cannon. – Była pewna, że nikt w tych okolicach nic o niej nie wie, co było dla niej bardzo wygodne. Zachowa anonimowość, a w razie czego sama zdecyduje, co danej osobie zdradzi o sobie. – To przyzwoity motel?

– Sally Ann robi najlepsze naleśniki po tej stronie Missisipi. Radzę ci, zamów je na śniadanie. Gdy się patrzy na ciebie, człowiek dochodzi do wniosku, że potrzebujesz dobrej domowej kuchni.

Angelica zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, czy właśnie usłyszała komplement dotyczący jej figury, czy też była to obraźliwa uwaga. Może Kirk uważał, że kobieta powinna mieć tak zwane kształty? Tylko jakie to miało znaczenie? W końcu chodziło może i o bardzo wartościowego faceta, ale jednak prowincjusza, który nie miał nic wspólnego z jej prawdziwym światem, do którego tak czy inaczej kiedyś wróci. Na randki umawiała się z innymi mężczyznami, takimi, którzy mają wpływy i pieniądze, a także czy to zawodowo, czy z zamiłowania obracają się w świecie sztuki. Tylko takich miała szansę poznać, i tak znów będzie, gdy wróci… z tych wakacji.

Dlatego nie ulegnie urokowi Kirka, bo to byłoby kompletnie bez sensu, mogłoby przy tym bardzo skomplikować jej życie z uwagi na różne światy, z których się wywodzą. Innymi słowy, musi zachowywać się jak zawsze, czyli racjonalnie.

Jak zawsze? Przecież uciekła w środku nocy, jakby była więźniem, który nagle zwietrzył okazję na odzyskanie wolności. A przecież mogła wyjaśnić innym swoje pobudki. I wtedy zachowałaby się racjonalnie. Tyle że musiałaby porozmawiać również z rodzicami. Owszem, kochali ją bezgranicznie i z radością przychyliliby jej nieba, a jednak wiedziała, że kolejna dyskusja tak samo jak poprzednie skończy się fiaskiem.

A prawda była taka, że Angelica miała poważny problem. Owszem, nad życie kochała muzykę, ale przeżywała artystyczny, a tak naprawdę psychiczny kryzys. Za dużo występowała, zbyt intensywnie pracowała nad nowym repertuarem, za ostro pięła się w górę, uczestniczyła w zbyt wielu spotkaniach i imprezach towarzyszących. Jej chorobą było wyczerpanie. Musiała się wyciszyć, na moment zniknąć z tamtego świata. A przede wszystkim musiała się zastanowić nad samą muzyką, a nie jedynie powiększać swój wirtuozerski repertuar o kolejne klasyczne pozycje, bazując na wspaniałej technice. Przecież w prawdziwej sztuce najważniejsza jest dusza!

Jednak rodzice nie byli w stanie tego zrozumieć, mówiła jakby do ściany. Nalegali, by kontynuowała raz obraną drogę, która dawała jej splendory i pieniądze. W ogóle nie pojmowali istoty problemu, uważali, że wiedzą lepiej, co jest dobre dla ich młodziutkiej i wciąż jeszcze niedojrzałej córki. A przecież miała już prawie dwadzieścia cztery lata i sama powinna decydować o sobie. Tylko ona wiedziała, co jest dla niej najlepsze!

No, może poza drobnymi szczegółami, kąśliwie dodała w duchu. Przecież jak głupia wybrała się w daleką drogę, nawet się nie upewniwszy, czy osoba, do której się wybiera, jest w domu. To jednak tylko chwilowy impas, a jeśli nawet nie zdoła dotrzeć do Muldoona, to tak czy inaczej wykorzysta ten czas na relaks i nabranie oddechu.

Wreszcie minęli zakręt i doszli do motelu. Budynek był bardzo duży, ganek odpowiednio obszerny, a zielone okiennice ładnie wyglądały na jasnych ścianach. Czyżby w Smoky Hollow każdy dom musiał mieć ganek? – pomyślała, wciąż rozglądając się ciekawie. Z zewnątrz motel prezentował się schludnie, choć przydałby mu się remont. Trawnik był dobrze utrzymany, krzewy pięknie kwitły, a ogromny stary dąb wyglądał wspaniale, natomiast rozstawione tu i tam ławki oraz bujane fotele zapraszały, by zastygnąć w tej oazie spokoju.

Angelica w naturalny sposób przesiąknęła stereotypową opinią o ludziach z Południa: żyją na luzie, są leniwi… A teraz już wiedziała, co upał robi z człowieka. Najchętniej padłaby na trawie w cieniu cudownego dębu i poczekała, aż temperatura spadnie do dwudziestu stopni. Tak naprawdę wydawało się jej to jedynym racjonalnym pomysłem!

Kirk wszedł na ganek i zapukał do drzwi. Po chwili w progu pojawiła się kobieta w domowym fartuszku, w który wycierała ręce.

– Kirk, złotko, jak miło cię widzieć – powiedziała przyjaźnie. – Co cię sprowadza?

– Witaj, Sally Ann. Przyszedłem z gościem.

– Nie rezerwowałaś pokoju, prawda? – Bacznie zlustrowała Angelicę.

– Nie, bo miałam inne plany. Zamierzałam spotkać się z Webbem Francisem Muldoonem, lecz okazało się to niemożliwe. Szczęśliwie pan Devon powiedział, że prowadzi pani motel.

– Biedny Webb Francis jest w Bryceville. Mae pojechała do niego w odwiedziny. Evelyn i Paul jadą jutro. A kiedy ty wracasz, Kirk?

– Być może pojadę odwiedzić Webba Francisa z tą młodą damą, jeśli wyrazi takie życzenie. – Mrugnął znacząco do Angeliki.

Zdrowy rozum podpowiadał, że powinna się trzymać z daleka od tego faceta, z drugiej jednak strony, choć zdradziła swoje nazwisko, faktycznie przebywała tu incognito, a nie jako uznana artystka szanowana w najwyższych sferach towarzyskich po obu stronach Atlantyku. Mogła więc pozwolić sobie na spory luz, a skoro tak, to zdecydowanie wybiera towarzystwo Kirka Devona i jazdę jego samochodem, a nie przypadkowych współpasażerów w rzężącym autobusie.

– Zapłacę ci za podwiezienie do Bryceville – odparła, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie ma takiej potrzeby – zmarszczył czoło – skoro i tak wybieram się w tamtą stronę. Wyruszam o dziesiątej. Spotkajmy się w sklepie przy przystanku autobusowym. – Z uśmiechem spojrzał na Sally Ann. – Zaopiekuj się panną Cannon. Rozumiesz, ona nie jest stąd. – Skłonił się i odszedł.

Owszem, absolutnie nie jestem stąd, pomyślała Angelica. I na pewno od razu to widać, nawet gdy mam na sobie złachane dżinsy i bawełnianą koszulkę. Było to zrozumiałe. Mówiła z innym akcentem, wychowała się w świecie ze szkła i betonu, przywykła też do srogich zim i wiatrów znad rzeki Hudson.

– Wejdź, proszę – powiedziała Sally Ann. – Mam dla ciebie ładny pokój na górze. Nocą czasami dochodzi tam wiaterek.

Angelica z ulgą stwierdziła, że w środku jest trochę chłodniej niż na zewnątrz. Drewniane schody, którymi ruszyły na górę, skrzypiały przeraźliwie, a spłowiałe tapety ledwie zachowały pierwotny wzór. Dom musiał być bardzo wiekowy i pewnie nigdy nieremontowany, jednak Sally Ann bardzo dbała o wszystko i utrzymywała nieskazitelną czystość. Do tego wszędzie roznosił się kuszący zapach jabłecznika.

– Co o tym sądzisz? – zapytała Sally Ann, wchodząc do przestronnego pokoju z szerokimi oknami.

Dąb stojący przed frontem domu rzucał tu swój cień. Miało to kolosalne znaczenie, ponieważ Angelica wreszcie mogła stwierdzić, że w takiej temperaturze da się jakoś przeżyć, choć oczywiście nadal tęskniła za klimatyzacją. Popatrzyła na podwójne łóżko zasłane pledem, na krzesła, szafę, duży sekretarzyk i na całe mnóstwo bibelotów, w tym ceramiczne figurki.

– Miło tu – odparła szczerze, choć nic w tym pomieszczeniu nie przypominało jej mieszkania na Manhattanie, które można by opisać takimi słowami: skóra, chrom, współczesna sztuka.

– Kolacja jest o szóstej. Oczywiście możesz stołować się w miasteczku, ale bez samochodu to duża strata czasu.

– Wolę jadać tutaj. – Ostrożnie położyła na łóżku skrzypce. Udała się w daleką drogę, wszystko zostawiła za sobą, lecz one są z nią. Tak bliskie jej sercu, tak kochane.

Gdy Sally Ann podała cenę za wyżywienie, Angelica uśmiechnęła się do siebie. Kwota była śmiesznie niska. Jeśli wszystko w Kentucky tak kosztuje, to będzie mogła zatrzymać się tu na dłużej. Oczywiście tylko wtedy, gdy Webb Francis zgodzi się jej pomóc. No i gdy uda jej się skoncentrować na pracy, a nie na wszędobylskiej obecności Kirka Devona!

Głęboko zadumany Kirk szedł w stronę miasteczka. Gdy wczoraj był u Webba Francisa, ten nawet nie wspomniał, że oczekuje gościa, i nie poprosił, by się nim zająć, skoro leży w szpitalu. Kirk uznał, że zadzwoni do niego i spyta, czy zna niejaką Angelicę Cannon. Co mogła mieć z nim wspólnego kobieta, o której nikt w tych okolicach nie słyszał? Chyba że chodziło o muzykę. Webb Francis był utalentowanym skrzypkiem, cieszył się sławą w całym stanie, a Angelica przywiozła ze sobą skrzypce, których tak bardzo pilnowała. Jeśli chciała pobierać nauki u Webba Francisa, zagadka byłaby rozwiązana.

Melvin i Paul wciąż pełnili wartę na ganku przy stacji benzynowej. Dołączyli do nich inni mieszkańcy Smoky Hollow. Plotkowano zawzięcie i niecierpliwie oczekiwano powrotu Kirka, by przekazał im jakieś wieści o pięknej damie, która przyjechała do Webba Francisa.

– Wiem tyle co wy – odparł, gdy minęła nawałnica pytań – ale zawiozę ją jutro do Webba Francisa, więc może dowiem się czegoś nowego.

Porozmawiał jeszcze chwilę, po czym udał się do domu. Z nieba lał się żar. Zawsze pod koniec lipca w Kentucky był potworny upał, jednak Kirk poznał jeszcze bardziej gorące miejsca. Ale to działo się wiele lat temu, w czasach, o których nie chciał pamiętać. Lecz i tak, choć spacer nie był zbyt długi, skwar wydał się Kirkowi nieznośny, dlatego postanowił, że następnym razem przyjedzie do miasteczka na motorze.

Gdy dotarł do swojego domu, który stał na skraju lasu, zupełnie jakby wyrastał z zielonej ściany, od razu zadzwonił do szpitalnej sali, w której leżał Webb Francis. Najpierw dowiedział się o stan jego zdrowia, a potem spytał prosto z mostu:

– Czekasz na wizytę Angeliki Cannon?

– Kogo? – zdumiał się Webb Francis.

– Młodej kobiety w dżinsach ze skrzypcami w futerale i z plecakiem, która nic nie mówi o sobie. Nie wiem nawet, czy przedstawiła mi się prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

– Brzmi intrygująco, ale nikogo takiego nie znam, a już na pewno nie oczekuję wizyty tej małomównej skrzypaczki.

– Twierdzi, że przyjechała do Smoky Hollow po to, by zobaczyć się z tobą. Pomyślałem, że chce zostać twoją uczennicą. Tylko takie wytłumaczenie wydaje mi się sensowne.

Webb Francis miał atak kaszlu, dopiero po chwili mógł odpowiedzieć:

– Nic z tego. Odeślij ją do domu.

– Niby jak? Ona zrobi, co zechce, a wiem, że jutro wybiera się do ciebie. Albo dotrze do Bryceville autobusem, albo ją tam przywiozę, co jej zresztą obiecałem.

– Tyle że nie zamierzam nikomu dawać lekcji. Lekarze sami nie wiedzą, kiedy będę mógł wrócić do siebie.

– Okej, odpoczywaj. Decyzję podejmiesz jutro, bo Angelica Cannon tak czy inaczej zjawi się w szpitalu. Chyba że kategorycznie jej zakażesz. Wtedy przyjadę do ciebie sam, a jej powiem, że musi poczekać, aż wyzdrowiejesz. Zatrzymała się w motelu Sally Ann. Przywieźć ci coś?

– Nie, mam wszystko. – Znów miał atak kaszlu. – Z tobą chętnie się zobaczę, ale z kimś obcym… Sam nie wiem.

– Okej, nie przejmuj się. Zajmę się wszystkim.

– Jak zwykle. To wspaniałe wiedzieć, że zawsze można na ciebie liczyć. Tak samo twój dziadek. Odkąd wróciłeś do nas, dajesz mu ogromne wsparcie.

– Takie jest życie. To do jutra. – Zadumany odłożył słuchawkę. Jego powrót do Smoky Hollow był ważny z wielu powodów. Po pierwsze Kirk już zobaczył te miejsca, które chciał zobaczyć, więc czas powrotu jakby sam nastał. Poza tym gdyby w nieskończoność przedłużał pobyt w obcych stronach, Alice miałaby prawo uznać, że ją zwolnił ze słowa. Wrócił jednak w odpowiednim czasie, by się przekonać, czy naprawdę na niego czekała, czy tylko szukała okazji, by czmychnąć ze Smoky Hollow i rozpocząć nowe życie. A trzeci powód był taki, że bardzo potrzebował go dziadek.

Otrząsnął się ze wspomnień i ruszył do pracowni, która znajdowała się za domem. Zamierzał pracować przez całe popołudnie. I nagle znów zaczął myśleć o tajemniczej i chorobliwie wręcz skrytej Angelice Cannon. Powód jej przyjazdu do Smoky Hollow, miasteczka, które w żadnym razie nie mogło uchodzić za atrakcję turystyczną, być może wyjaśni się jutro, ale kim tak naprawdę była ta zagadkowa kobieta? Sprawiała wrażanie smutnej i zagubionej, a nawet wystraszonej, ubierała się przy tym w sposób neutralny. W upalny dzień sprane dżinsy i zwykłą koszulkę mogła włożyć zarówno pomoc domowa, jak i bogata młoda dama. Jednak porcelanowa cera coś wreszcie zdradzała, bo niewiele kobiet może się poszczycić tak nienaganną kremową karnacją. Lecz ten trop też w sumie niewiele mówił. Cóż, panna Cannon była jedną wielką tajemnicą. Oczywiste było tylko to, że jest piękną kobietą. Wspomniał jej ogromne niebieskie oczy i lśniące blond włosy spięte w kucyk na karku. I zaraz wyobraził je sobie rozpuszczone, miękkimi falami okalające twarz.

Otrząsnął się z tych marzeń. Nie zamierza się angażować choćby w przelotny romans, chciał tylko poznać powód, dla którego panna Angelica Cannon zjawiła się w Smoky Hollow. A kiedy stąd wyjedzie, szybko o niej zapomni. Wystarczająco wiele już przeżył z kobietami, zebrał zbyt wiele złych doświadczeń. Polubił samotne życie bez kobiet, bez komplikacji, bez płaczów.

Wszedł do pracowni, która mieściła się w osobnej chacie stojącej tuż za głównym domem. Sam zbudował oba budynki, bazując na wieloletnim doświadczeniu. Zaprojektował je tak, by z zewnątrz wyglądały na proste konstrukcje z bali, za to wnętrze budynku mieszkalnego urządził nie tylko wygodnie, lecz także stylowo, wykorzystując zdolności artystyczne i stolarskie.

Natomiast pracownia przede wszystkim miała zapewnić komfort w pracy. Gruba izolacja ścian latem zatrzymywała chłód, a zima ciepło, natomiast wysoko osadzone duże okna zapewniały swobodny dostęp dziennego światła.

Na samym środku pracowni znajdowała się rzeźba, nad którą Kirk obecnie pracował. Przedstawiała matkę z niemowlęciem na rękach, a drugie dziecko uczepiło się jej kolan. Była to alegoria macierzyństwa.

Rzeźba była naturalnych rozmiarów. Kirka czekało jeszcze wyszlifowanie powierzchni, by stała się gładka jak szkło, i nałożenie bejcy, która wydobędzie z drewna naturalny kolor.