Opis

Słowianie to najliczniejsza etnicznie i językowo indoeuropejska grupa ludności w Europie, zamieszkująca głównie środkową, wschodnią i południowo-wschodnią część tego kontynentu. Zwyczajowo Słowianie dzielą się na: wschodnich (Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini), zachodnich (Polacy, Czesi, Słowacy, dawniej Słowianie połabscy) i południowych (Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy, Macedończycy, Bułgarzy). Jak każda społeczność Słowianie mieli swoje legendy i bajki. W roku 1932 ukazała się książka zawierająca bajki ludów słowiańskich. Zebrał je, przetłumaczył i wydał w formie książki Bolesław Londyński. Pisał także pod pseudonimami: M. Rościszewski i Bruno Las. Londyński (ur. 5 stycznia 1855 w Radzyniu Podlaskim a zm. 30 września 1928 w Poznaniu) – to polski tłumacz i pisarz, autor wielu podręczników dobrego wychowania i bajek dla dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 149

lub

M. Rościszewski

Co­py­ri­ght ©  Wy­daw­nic­two Witanet; 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

Do opracowania wykorzystano książkę:

- "Bajki słowiańskie"  Wyd.: J. Przeworski [1932] - Domena publiczna;

Skład tekstu, redakcja, opracowanie graficzne, pro­jekt okład­ki:  Ryszard Maksym

ISBN: 978-83-64343-12-4

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET

ul. Brzoskwiniowa 11/1

62-571 Stare Miasto

tel.: #48 601 35 66 75

www.ebooki.c0.pl

[email protected]

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książ­ka ani żad­na jej część nie mogą być pu­bli­ko­wa­ne ani w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób po­wie­la­ne w for­mie elek­tro­nicz­nej oraz me­cha­nicz­nej bez zgo­dy wy­daw­cy.

Skład wersji elektronicznej:

1. BAJKI BOŚNIACKIE.

BRACIA BOHATEROWIE

W bardzo dawnych czasach, kiedy po wielkich miastach nie było jeszcze takich porządków, jak dzisiaj, często szerzyły się różne zarazy i ludziom strasznie dawały we znaki. Zarazy te nazywano powietrzem i jak po dziś dzień, tak i dawniej modlono się: "Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas Panie!" Otóż przyszedł raz taki mór, taka bladolica choroba i do szczętu spustoszyła Mostar, stolicę Bośni i Hercegowiny, dwóch krajów słowiańskich, na półwyspie Bałkańskim.

Ze wszystkich mieszkańców Mostaru ocalała tylko jedna wdowa z dwoma synkami. Jeden miał na imię Chrysto, a drugi Dżuro. Wdowa nie mogła wyżywić chłopców. Pracy nie było, a chleb drogi. Co tu począć? Myśli i myśli biedaczka, aż postanowiła nareszcie oddać Chrysta w służbę Cesarzowi, a Dżura sułtanowi1.

Minęło lat dziewięć. Chłopcy wyrośli na silnych i urodziwych młodzieńców. Przez cały ten czas nie widzieli się ani razu ze sobą. Sułtan wydał wojnę cesarzowi. Na obszernej równinie zebrały się dwie armie nieprzyjacielskie i stoją naprzeciw siebie. Z armii cesarskiej wysuwa się dzielny, rosły jeździec, pędzi ku szeregom wroga i wyzywa rycerzy na pojedynek. Wyzwanie przyjmuje dziewięciu, ale jeden po drugim padają, zbryzgani krwią. Sułtana ogarnęła zgroza. Zginął sam kwiat jego wojska. Na dany rozkaz, heroldowie2 zaczynają objeżdżać szeregi i wołają:

— Czy nie masz między wami rycerza, którego wykarmiła matka - bohaterka? Jeśli jest silny z najsilniejszych, zuch nad zuchy, niech wyjdzie na bój za padyszacha3, a padyszach tj. sułtan, nagrodzi go złotem i mianuje go bejem.4

Słyszy Dżuro wezwanie i staje w namiocie sułtana. Sułtan kochał Dżura jak syna.

— Czy to prawda, mój ojcze, że uczynisz bejem tego, kto pokona wroga? — zapytał Dżuro.

— Prawda, synu, odparł padyszach.

Dżuro dosiadł swego czarnego jak węgiel konia, podjeżdża do wojska nieprzyjaciół i wyzywa rycerza na pojedynek. Rycerz wyjeżdża; krzyżują się oszczepy i — pęknięte, spadają na ziemię. Rycerze chwytają dzidy i dzidy starłszy się ze sobą, rozlatują się w drzazgi. Łapią za szable — i szable pękają na połowę. Rycerze zeskakują z koni i biorą się za bary. Tarcze trzeszczą i łamią się, pióra hełmów fruwają w powietrzu... Bój trwa dzień cały. Żaden ani raniony, ani pokonany.

Wyczerpani z sił, rycerze siadają do wypoczynku.

— Powiedz mi szlachetny rycerzu — rzecze Dżuro — z jakiegoś ty kraju? Kto jest twoją matką? Jaki naród wydał takiego bohatera?

— Słyszałeś może, iż kilka lat temu mór bladolicy o wężowych ślepiach spustoszył Mostar, mój gród rodzinny. Ocalała jedynie moja matka z dwoma synkami. Nie miała nas czym wyżywić i oddała mnie...

— Chrysto, bracie mój! — zawołał rozradowany Dżuro i porwał brata w objęcia.

Wojsko z obu stron patrzy i dziwi się. Wrogowie, którzy walczyli tak zawzięcie, ściskają się nagle. Oto usiedli na zielonej murawie, otwierają flaszki, piją wino, trącają się.

— Cóż teraz poczniemy? — zapytuje Dżuro

— Idź ty, bracie, do padyszacha, a ja pójdę do cesarza i poprosimy ich o zawarcie pokoju. Przecież dwaj bracia nie mogą podnosić ręki wzajem na siebie, choćby nawet na polu bitwy.

Idzie Dżuro do sułtana, Chrysto do cesarza, a zabiegi ich zostają uwieńczone sukcesem. Monarchowie zawarli pokój.

— Czymże wynagrodzimy braci — bohaterów? — pyta sułtan, wyciągając dłoń zgody do byłego wroga.

— Ty nagródź swego, jak uważasz, a ja — mianuję swego generałem — odparł cesarz.

— Nie, nie należy rozłączać braci. Ja dam im ziemię, a ty daj pieniędze.

I tak się stało. Chrysto i Dżuro otrzymali cały powiat na własność dziedziczną, udali się po matkę i zaczęli żyć, jak u Pana Boga za piecem.

Od nich to bierze początek ród, który po dziś dzień jest szanowany w całej Bośni.

IWO I ANICA

Turcy zajęli stolicę bośniacką; zakłuli wartowników i uprowadzili królewskie dieci. Cudnego chłopca lwa, odzianego w purpurę, odprowadzili do sułtana, złotowłosą Anicę — do sułtanki.

Oto już dziewięć lat, jak Iwo dręczy się w niewoli; Anica także tęskni, nie chce ani pić, ani jeść.

— Córko moja — powiada sułtanka — dlaczegoś taka smutna? Może masz mało pereł i złota, a może brak ci jedwabiu do haftu?

— Nie brak mi ani pereł, ani złota, ani jedwabiu do haftu. Brak mi brata, mego cudnego lwa — odpowiada Anica.

— Wstań o świcie, okryj się welonem i idź na łąkę, tam znajdziesz lwa.

Anica wstała o świcie, okryła się welonem i poszła na łąkę. Iwo spał na zielonej murawie. Blady, jak kora brzozowa. Anica pochyliła się nad nim i uroniła łzy na jego blade czoło.

— Dzięki Ci, Boże, za rosę, którą mi zsyłasz dla odświeżenia — szepcze chłopiec.

— To nie rosa, słodki mój Iwo; to łzy twej biednej Anicy.

Iwo ocknął się i padł w objęcia siostry.

— Iwo, mój drogi, czemuś taki smutny?

— Za rodziną tęsknię. Sił mi już brakuje.

— Czy to nie twój koń stoi tam przy drzewie? Jak mleko biały? Uciekajmy drogi braciszku!

Mkną jak strzała brat z siostrą. Trzy dni jadą, a trzy noce śpią w lesie na miękkim mchu.

O świcie dnia czwartego ujrzeli nareszcie pola rodzinne. Trzystu żniwiarzy sprząta zboże. Nie słychać pieśni... Żniwiarze wszyscy w żałobie... Brat i siostra stają przerażeni.

— Czemu jesteście tacy smutni? Dlaczego w żałobie? Jakie nieszczęście dotknęło was, drodzy ziomkowie? — pytają żniwiarzy.

— Nie ma dla nas radości od chwili, gdy Turcy zajęli naszą stolicę i porwali śliczne dziatki króla — czarnookiego Iwa i złotowłosą Anicę,

— Jesteśmy głodni — mówią młodzi podróżni — nakarmcie nas, zacni żniwiarze, a wkrótce radość do was zawita.

— Oto pałac naszego króla. Zastukajcie do bramy, a spotka was gościnne przyjęcie.

Iwo podnosi srebrny młotek i stuka do bramy. Bramę otwiera niewolnica w żałobie i wpuszcza jeźdźców. Dziedziniec dworski zarósł trawą i chwastem. Na gołym kamieniu, przed drzwiami, siedzi królowa i gorzko płacze. Na wieży, przy oknie, król stoi. Włosy ma bielsze od śniegu z gór bośniackich; policzki mu wyschły i oczy zapadły... Królowa patrzy na pięknych przybyszów i płacze jeszcze głośniej. Tak przypomnieli jej dzieci... Niewolnica w żałobie prowadzi gości na górę, do wielkiej sali... Na ścianie wisi bandura5, ozdobiona perłami. To bandura Iwa. Iwo ją poznał.

Król schodzi z wieży na spotkanie gości.

— Tato! Mamo! — wołają królewicz i królewna, rzucają się w objęcia rodziców.

Rodzice poznają nareszcie dzieci swoje. Już królowa nie płacze i król nie wzdycha. Wszyscy weseli dokoła. Żniwiarze jak dawniej śpiewają pieśni.

ŚMIERĆ GŁODOWA

Wieść okropna o zbliżaniu się Turków zgrozą przejęła wieś całą. Porzuciwszy domy, mieszkańcy uciekli w góry i gdzie kto mógł. Przez trzy dni i trzy noce Marko Klucz i jego rodzina nic nie jedli. W gardle im zaschło i język zdrętwiał. Ponury i milczący siedzi Marko na skale. U stóp jego Milica, jego żona. Biedaczka — dogorywa. Z rozpaczą wpatrują się w nią dwaj synowie.

Cisza dokoła. Nie słychać strzałów. Kule oszczędziły nieszczęśników, lecz nie oszczędził ich głód. Ciche tchnienie, istny powiew wiatru dobiega uszu Marka. Marko drgnął. To ostatnie tchnienie Milicy, jego żony.

W posępnej rozpaczy siedzi Marko z głową, wspartą na dłoni. Syn jego Jowo odszedł na ubocze, żeby łzy ukryć, Ale cóż, Łazo drugi syn jego? Co się z nim stało?... Twarz mu zbladła, upadł na kolana... Chwieje się, jak trzcina, poruszana wiatrem... Konwulsyjną ręką szarpie odzież na piersiach.

Szybko podbiega doń Jowo. Wyrywa sztylet, przecina sobie rękę i zbliża krwawiącą ranę do spieczonych ust brata... Życie, co już uciec miało, znowu wstępuje w młodzieńca. Wstaje też i Marko.

— Krzepcie się, chłopcy — powiada — Idziemy na wroga. Lepiej jest umrzeć na polu bitwy, niż za darmo paść tutaj.

Zwlókłszy się ostatnim wysiłkiem, wszyscy trzej wpadli na wroga i drogo sprzedali swe życie.

ŻEBRACZKA

Stara Bojana mieszkała w odległej chacie bośniackiej i żyła z jałmużny6. Otrzymawszy datek miała zazwyczaj mawiać:

— Efendi7, to, coś uczynił dla ubogiego, toś uczynił dla siebie.

W sąsiedztwie mieszka bardzo bogaty Turek. Ma on żoną i dwóch synów. Codziennie żebraczka chodzi do domu tureckiego beja i po otrzymaniu datku, mruczy bez zmiany:

— Efendi, to, coś uczynił dla ubogiego, to uczyniłeś dla siebie.

Sprzykrzyło się żonie beja słuchać ciągle jednego i tego samego.

— Kłamie stara — myśli Turczynka — wkrótce sama przekona się o tym.

Wzięła mąkę, ugniotła bułkę i wsypała do niej trucizny. Przyszła żebraczka, dostała bułkę i na odchodne, powtórzyła, jak zwykle:

— Efendi, to, coś uczynił dla ubogiego, to uczyniłeś dla siebie.

Tego samego dnia bej z synami udał się na polowanie. Skwar był wielki, chłopcy się zmęczyli, a spostrzegłszy Bojanę przed drzwiami chaty, postanowili u niej wypocząć.

Biedna staruszka, nie spodziewając się takiego zaszczytu, rozpłakała się z radości.

— O, złote moje dziatki, o, śliczne królewicze — mówiła — wypocznijcie sobie w chacie starej Bojany, a chata jej w pałac się zamieni.

Wpuściwszy chłopców, staruszka przyniosła świeżej wody źródlanej i z szafy wyjęła bułkę otrzymaną z rana.

— To upiekła wasza mamusia — rzekła z dumą — jedzcie, jasne gwiazdeczki moje!

Dzieci chciwie zabrały się do bułki i nasycone wróciły do domu. Tegoż dnia chwyciły ich straszne kurcze i obaj chłopcy umarli. Zrozpaczony ojciec posłał po żebraczkę.

— Czym nakarmiłaś moich synów? — zapytał gniewnie.

Bojana popatrzyła na niego zdziwionymi oczyma. Wszak dzieci spożyły chleb, upieczony przez ich matkę, czy więc mogły zachorować od tego?

I gorzko jęła opłakiwać zmarłych chłopców.

Ale matka zrozumiała wszystko... Ze zgrozą przypomniała sobie słowa żebraczki:

— Coś uczynił dla ubogiego, to uczyniłeś dla siebie!

ZŁE OKO

Milicz skończył lat dwadzieścia. Jest piękny i mężny. Matka zowie go "światłem swoich oczu". Milicz postanowił się ożenić. Jeździ tu i ówdzie, widzi mnóstwo ładnych dziewcząt, ale na swoją trafić nie może. Milicz umie cenić siebie i jest bardzo wymagający.

Milicz ma przyjaciela, młodego Wuka. Zamienili się krzyżykami i są braćmi na całe życie. Takie związki często zawierane bywają u Słowian Południowych pomiędzy młodymi ludźmi. Nawet chłopiec i dziewczyna wiążą się w ten sposób. On wtedy staje się pobratymem, ona — posiostrzymą. Toż samo, co brat i siostra; ale się pobrać nigdy nie mogą. Wszak Wuka wie, że Milicz chce się ożenić; wie także, że dotąd nie trafił na swoją. I mówi do Milicza:

— Zobacz moją posiostrzymę Leposawę. Jeżeli i ona nie przypadnie ci do gustu, to znaczy, że nigdy się już nie ożenisz. Łagodna, pracowita, wesoła jak jaskółka i w dodatku — córka bogatego ojca. Taka jest Leposawa. Jedź, bracie, do Bożydara Nowaka i staraj się o rękę jego córki.

Milicz rad ujrzeć Leposawę, ale to nie jest takie łatwe. Dziewczęta bośniackie pracują w polu na równi z mężczyznami, ale nie śmieją rozmawiać z nimi. Tylko na Boże Narodzenie, na Wielkanoc i w święto "Sławy" na cześć patrona wioski, młodzież może zamienić ze sobą słów kilka. Wtedy to właśnie zawiązują się znajomości i urządzają wesela.

Raniutko, ledwie że świt spłonął, Milicz siada na konia i jedzie za góry do Kołaszyrna, gdzie świętują "Sławę". W jaskrawych świątecznych strojach dziewczęta schodzą z okolicznych gór. Po nabożeństwie, zbierają się na placu przed kościołem i tańczą swoje wdzięczne "koło". Jedna drugiej kładzie prawą rękę na ramieniu, a ująwszy się lewą pod boki, wiją się jak długa, różnobarwna wstęga, po czym zamykają koło.

— Oto Leposawa — mówi Wuk do Milicza wskazując na dziewczynę, ładniejszą od innych.

Milicz już ją spostrzegł, ale w czasie tańca nie może zbliżyć się do niej. Otóż i taniec się skończył.

Wstydliwe dziewczę chowa się za węgłem8, Milicz podnosi ręce nad głową, szerokie rękawy koszuli spadają mu i zasłaniają Leposawę jak firanką. Milicz wraca do domu i mówi do ojca i matki;

— Matko, znalazłem ci pomocnicę, a tobie, ojcze, sługę. Dla was, bracia i siostry, dobrą siostrę. Jest to córka Bożydara Nowaka, Leposawa.

Milicz zbiera swatów i druhny, ubiera się jak najładniej i jedzie w konkury9. Wuk, pobratym, prowadzi orszak ze sztandarem na czele. Jest chorążym10. Wszyscy ubrani odświętnie; konie i siodła ubrane są w kwiaty i wstęgi. Cały deszcz wstążek spada z szyjki butelki z wódką, którą starszy swat trzyma w ręku.

Przy spotkaniu weselnego orszaku, przechodnie witają przejeżdżających.

— Sława zwiastunom wesela!

— Szczęśliwej drogi!

— Niech nasze wrogi poginą!

Swat nalewa każdemu po kieliszku wódki i orszak jedzie dalej. Jadą dzień, jadą dwa, aż dojeżdżają nareszcie do mieszkania Nowaka. Starzec siedzi na ławeczce pod drzewem orzechowym i wita gości.

— Dokąd leci błękitno-skrzydły orzeł, gdzie szuka gołąbki?

— Gołąbka, której szukamy, jest tu, pod twoim dachem; to twoja córka, Leposawa. Przywieźliśmy za nią bogaty okup, Milicza.

— Oby cię Bóg błogosławił, mój synu — mówi starzec — Słońce, które mnie świeciło dotąd, niech tobie świeci teraz. Otwierajcie wrota, przepuszczajcie kochanych gości — zwrócił się Nowak do swej czeladzi11 — Nakrywajcie stoły, podawajcie gościom co jest najlepszego, a koniom starego jęczmienia.

Trzy dni trwała uczta w domu Nowaka; czwartego dnia przyprowadzili Leposawę do narzeczonego. Matka Leposawy stała w kącie i płakała.

— Czemu płaczesz, droga mateczko — pyta ją Milicz — Mało dobra u ojca mego, a ja ci nie miły?

— Dość dobra u ojca twego i sam jesteś mnie miły. Ale niedobrze czuje serce moje. Oczarowany jest dom nasz nieszczęsny; złe oko rzuciło nań urok. Dziewięć takich białośnieżnych gołąbek miałam ja przecie; osiem wydałam za mąż, ale żadna nie dojechała żywa do domu.

— Bądź spokojna, mateczko. Będę strzegł twojej białej gołąbki, jak źrenicy w oku.

Matka przestała płakać, a Leposawa zaczęła rozdawać gościom podarunki: narzeczonemu — koszulę, wyszywaną złotem i jedwabiem; jego ojcu — płaszcz; swatom i druhnom — chusteczki.

Leposawa siada na konia jak śnieg białego; Milicz — na konia, jak węgiel czarnego. Pod siodłami czapraki12 z czerwonego aksamitu, zdobione złotymi obrazkami i chwastami13. Czarne kędziory Milicza pokrywa czapeczka z kilku brylantów, na których igra promień słoneczny. Z główki Leposawy spływa jedwabna zasłonka, obszyta zlotem. Piękniejszej pary nie widziano w całej Bośni.

Z muzyką i śpiewem pochód wyrusza do domu pana młodego. Milicz jedzie na czele. Zdaje mu się, że kroczy do raju. Za nim podąża Leposawa pod opieką swego pobratyma Wuka. Nagle wydaje okrzyk i blednie.

— O, Wuko, mój pobratymie. Oczy mi mgłą zaszły, członki sztywnieją, nie mogę dłużej utrzymać się w siodle. Zdejmij mnie z konia i złóż na miękkiej trawie pod sosnami. Słońce mnie już nie lubi, ziemia woła mnie do siebie.

— Stójcie, bracia! — zawołał Wuk — przerwijcie muzykę i śpiewy. Mojej posiostrzymie źle się zrobiło. Słońce już jej nie lubi, ziemia woła ją do siebie!

Podbiega Milicz, zdejmuje z konia swą piękną narzeczoną i składa ją na miękkiej trawie. Leposawa westchnęła i dusza jej odbiegła.

Drużbowie zeskoczyli z koni, sztyletami, krzywymi nożami, wykopali grób i złożyli w nim Leposawę, twarzą do wschodu. W głowach zasadzili krzak róży, w nogach odkopali źródło, mogiłę zarzucili dukatami "Niech ubogi zabierze złoto, młodzież niechaj się w kwiaty ustroi, a kto zmęczony podróżą, niech się ze źródła napije, niechaj wypocznie na murawie pod sosną".

Pożegnał się Milicz z towarzyszami i zadawszy koniowi ostrogi pocwałował do domu. Już z daleka ujrzała go matka i wyszła na jego spotkanie.

— Złoty mój synu, światło oczu moich, gdzież twoja pani, dla mnie pomocnica, sługa dla ojca, a miła siostra dla braci i sióstr twoich? Któż wody przyniesie, kto stół nakryje, ażeby zmęczone ręce starej matki wypocząć mogły?

— Nie mam narzeczonej ni żony, nie masz i ty pomocnicy, droga matko. Leży moja Leposawa w ziemi wilgotnej, w lesie pod sosną. Pościel i mnie łoże rodzicielko, iżbym także mógł spocząć i zamknąć znużone powieki.

Milicz położył się i zasnął na zawsze. Co rano, gdy wstaje słoneczko rumiane, matka Milicza wychodzi na drogę, i mówi z radosnym uśmiechem:

— Oto synowa moja, Leposawa, idzie do źródła po wodę.

Gdy księżyc wschodzi, stara patrzy nań i mówi:

— Oto Milicz, światło oczu moich, wybiera się na polowanie. Toż to się zwierzem obłowi.

Ale nie ma Milicza ani Leposawy; jest tylko ich obłąkana matka!

2. BAJKI BUŁGARSKIE.

TCHÓRZLIWY DIABEŁ

Pewien chłop miał bardzo złą żonę. Czego tylko zapragnął, kobieta musiała mu się zawsze sprzeciwić. Ale chłop umiał się zdobyć na podstęp. Wychodząc w pole mówił do żony:

— Nie trudź się kochana, z przynoszeniem mi obiadu — jakoś mi się jeść nie chce.

I żona punkt o dwunastej zjawiała się z obiadem.

Jednego razu chłop kopał studnię, a na czas obiadu przykrył dół chrustem, żeby żona w nią nie wpadła. Na nieszczęście, zapomniał, że do niej trzeba mówić zawsze na opak.

— Nie zbliżaj się do studni — uprzedził żonę — bo studnia bardzo głęboka.

Wystarczyło to, ażeby żona wpadła na chrust. Oczywiście znalazła się zaraz na dnie dołu. Żal się chłopu zrobiło baby i rozpłakał się. Ale zważywszy, że łzami żonie nie pomoże, wziął długi sznur i spuścił go do studni. W tej chwili poczuł, że ktoś za sznur pochwycił i zaczął też ciągnąć do góry. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast żony, ukazała się ze studni rogata głowa biesa14.

— Czekaj, wysłuchaj mnie, a zlitujesz się z pewnością — zaczął błagać bies, spostrzegłszy, że chłop chce sznur wypuścić — Było nas w tej jamie siedmioro diabłów; żyliśmy sobie spokojnie; nagle zwaliła się do nas kobieta, taka zła, że moi koledzy pouciekali. Ale ja, na nieszczęście, jestem kulawy i uciec nie mogę. Za to, spójrz, przez jedną godzinę osiwiałem jak gołąb. Nie bój się potrafię ci się odwdzięczyć za tę przysługę — ciągnął diabeł — mam tu laseczkę czarnoksięską. Ja się osiedlę w córce sułtana, a ty uderz ją tą laseczką i ja z niej wyjdę. Sułtan cię ozłoci i będziesz mnie pamiętał na wieki.

Chłop tak się ucieszył z laski czarnoksięskiej, że i o żonie zapomniał. Niebawem wieść się rozeszła, że córka sułtana ma w sobie diabła i że nikt nie może jej pomóc.

Zjawił się chłop, dotknął księżniczkę laseczką czarnoksięską i diabeł z niej wyszedł. Uradowany sułtan hojnie wynagrodził zbawcę. Po jakimś czasie zaczęto mówić, że córkę jakiegoś króla diabeł opętał. Chłop zgłosił się na dwór króla, ale tym razem laseczka nie przyniosła mu szczęścia. Przekonawszy się, że laseczka nie ma już mocy, chłop się zamyślił. Potem, mrugnąwszy przebiegle, rzekł do króla:

— Niech Wasza Królewska Mość każe strzelać z armat.

— A co to ci przyszło do głowy — drwiąco zapytał go diabeł — Może sądzisz, że się armaty zlęknę?

— E, cóż znowu. Nie, widzisz, tylko dziś moja żona tu będzie, więc chcę ją powitać z honorami.

Ledwo diabeł usłyszał nowinę, w tej chwili jednym susem wyskoczył z królewny i uciekł, gdzie pieprz rośnie.

WIELKI WEZYR

Stojan miał dużo pieniędzy, ale wcale się nimi nie cieszył. Jedyny jego syn był chłopcem złym i występnym.

— Biada mi, biada, nigdy nie wyrośniesz na człowieka porządnego — mawiał Stojan do syna.

Młody Tomasz był piękny, dowcipny i przebiegły. Dostał się na dwór sułtana i tak się umiał postawić, że sułtan mianował go swoim wezyrem (ministrem). Tomasz urósł w pychę i posłał niewolników do ojca z rozkazem, ażeby Stojan natychmiast przybył na dwór wielkiego wezyra.

Stojan mieszkał daleko, o dziewięć dni drogi od Konstantynopola.

— Czego on może chcieć ode mnie? — zapytał starzec.

— Czego chce to chce, a słuchać trzeba — odpowiedziano mu.

Przyjechał Stojan do Konstantynopola, udał się do wezyra i teraz dopiero dowiedział się, że wezyr to jego syn.

— Dlaczegoż zakłóciłeś mi spokój! Jestem stary i słaby — rzekł Stojan.

— Jestem wielkim wezyrem — odparł syn.

— Niech ci Bóg da szczęście!

— No i cóż ojcze, pamiętasz, mówiłeś, że nigdy nie będę porządnym człowiekiem; a przecież jestem wezyrem.

— Jesteś wezyrem, to prawda, ale ja nigdy nie mówiłem, że nim nie będziesz. A co do reszty, to jak widzisz, miałem słuszność. Porządny człowiek nie fatygowałby starego ojca, lecz sam pojechałby do niego.

KOŁO MŁYŃSKIE

Urosz jest zręcznym strzelcem. Ani zwierz, ani ptak, nic nie ukryje się przed nim. Pewnego razu wziął strzelbę, zatknął handżar15 za pas z pistoletami i udał się w góry. Niebawem przyszedł na brzeg wielkiego jeziora i zobaczył na falach dziwne zwierzę. Zaledwie zwierzę podpłynęło do brzegu — paf! Zabite.

Pfuj, zielony