Wydawca: WAB Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 559 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bajki rozebrane - Katarzyna Miller, Tatiana Cichocka

Znana psychoterapeutka mówi: chcesz lepiej żyć – czytaj baśnie!

Psychoterapeutka Katarzyna Miller wraz z dziennikarką Tatianą Cichocką „rozbierają” znane wszystkim w naszej kulturze baśnie, tak by odnaleźć w nich treści i znaczenia aktualne dzisiaj. W losach Kopciuszka, Jasia i Małgosi, niezliczonych księżniczek i królewiczów zaklęte są tęsknoty, rozterki, problemy i radości ludzi młodych i starych. Pierwowzór tych rozmów stanowi cykl To nie bajka, drukowany na łamach "Zwierciadła". Wydanie książkowe jest obszerniejszą jego wersją.

Katarzyna Miller – psychoterapeutka, publicystka, poetka. Studiowała psychologię i filozofię na UW. Ma trzydzieści parę lat praktyki terapeutycznej, indywidualnej, małżeńskiej, grupowej. Prowadzi warsztaty rozwojowe dla kobiet.
Wiele lat wykładała psychologię na gender studies UW.
Pisze i udziela wywiadów dla wielu pism, na stałe związana ze „Zwierciadłem”.
Często gości jako ekspert w wielu programach radia i telewizji.

Autorka bestsellerów, które ukazały się nakładem Wydawnictwa W.A.B.: Być kobietą i nie zwariować (2010, razem z Moniką Pawluczuk) oraz Być kobietą i wreszcie zwariować (2014)

Tatiana Cichocka – nauczycielka i praktyk hawajskiego świątynnego masażu lomi lomi. Pasjonuje się tańcem, mindfulness, szamanizmem i duchowością. Pracuje z oddechem, dźwiękiem, ciałem oraz energią - między innymi metodami Sage Emery, prowadzi warsztaty i ceremonie - kończy dwuletnie studium Center of Sacred Studies prowadzone przez 13 Rdzennych Babć. Uczestniczy w kręgach Kobiecej Starszyzny. Uważa się za położną duszy - uwielbia towarzyszyć ludziom na duchowej ścieżce. Jest trenerką Living Dance Form, od 8 lat tańczy również 5 rytmów oraz Movement Medicine. Zainicjowała i współorganizuje Freedance - wieczory tańca przy muzyce bębnów na żywo. 
Tłumaczka i dziennikarka od wielu lat współpracująca z pismami lifestyle’owymi, głównie ze „Zwierciadłem”. Jej pasją są rozmowy z ludźmi oraz mity kultury. Jest współautorką książek Bajki rozebrane oraz Porozmawiajmy o seksie.

Opinie o ebooku Bajki rozebrane - Katarzyna Miller, Tatiana Cichocka

Cytaty z ebooka Bajki rozebrane - Katarzyna Miller, Tatiana Cichocka

sposób zmuszeni do dostrzeżenia, że w  nas także są jakieś ułomności, odmienności, coś, z  czym sobie nie radzimy, nad czym nie panujemy, czego nie kontrolujemy, choć żyjemy w  iluzji, że kontrolujemy wszystko, co nas dotyczy.

Fragment ebooka Bajki rozebrane - Katarzyna Miller, Tatiana Cichocka

Katarzyna MillerTatiana Cichocka

BAJKI ROZEBRANE

Copyright © by Katarzyna Miller, Tatiana Cichocka, MMXIV

Wydanie II

Warszawa, MMXIV

KopciuszekPantofelek w rozmiarze 42

Tatiana: Nie zastanawiałyśmy się, którą bajkę wziąć na pierwszy ogień. Odpowiedź narzucała się sama: Kopciuszek! To chyba najbardziej znana bajka na świecie...

Kasia: Jest też najczęściej interpretowana, co nie ułatwia nam zadania. Ale sobie poradzimy. Piękno baśni1 polega na tym, że są tak wielowymiarowe, iż zawsze da się w nich odkryć coś jeszcze. Dlatego warto je czytać i się w nie wczytywać.

T: Jest coś w bajce o Kopciuszku, co sprawiło, że stała się ona jednym z trwałych elementów naszej kultury. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest w zachodniej kulturze jedną z bajek centralnych, osiowych.

K: Najlepszym dowodem na to jest fakt, że słowa „kopciuszek” i „kopciuch” weszły do codziennego użycia.

T: Choć dziś nie są już tak często używane.

K: Jeszcze się trafia... „Kopciuch” to określenie pejoratywne; ktoś nadający się tylko do czarnej, brudnej roboty. Tak się też czasem mówi o dziewczynie, która jest niechlujna, brudna, nie dba o siebie. „Kopciuszek” natomiast to osoba (przeważnie dziewczyna) pozornie nijaka, niezauważalna, może być biedna albo niespecjalnie piękna, taka poczwarka, która niespodziewanie rozkwita i nie wiadomo jak zdobywa najlepszy kąsek. Taki ścichapęk.

T: Tak rozumiany motyw przewodni tej bajki jest często ogrywany i, moim zdaniem, wręcz nadużywany w naszej kulturze. Powstało mnóstwo kopciuszkopodobnych książek, filmów, również dla dorosłych. Niestety, kultura obrazkowa sprawiła, według mnie, że motyw ten został dokładnie wyprany z głębszych znaczeń, przemielony na papkę, został sam zewnętrzny sztafaż, rysunek. W rezultacie Kopciuszek to dziś postać popkulturowa, nie sądzisz?

K: Masz, niestety, rację. Kultura masowa potrafi pozbawić głębi. Atrakcyjność Kopciuszka natomiast polega między innymi na tym, że jest to jedna z baśni archetypowych, czyli takich, którym udało się uchwycić głęboką prawdę o człowieku i pokazać mechanizmy jego funkcjonowania. Zarówno psychologiczne, jak i społeczne.

T: To zresztą chyba najlepszy sprawdzian dla bajki. Jeśli opiera się wpływowi czasu, pozostaje w pamięci i jest wciąż żywa, co więcej, daje się twórczo zastosować w nowych czasach, to najlepszy dowód, że udało się w niej uchwycić coś ponadczasowego, coś, co jest uniwersalne, co ma zastosowanie do człowieka w ogóle, a nie tylko do specyficznego kontekstu kulturowego i historycznego.

K: Nieprzemijalność i aktualność to niezbędne cechy takich baśni. Najbardziej znane spośród nich wybrałyśmy do naszych „rozbieranych” rozmów. Kopciuszek zajmuje wśród nich ważne miejsce również z powodów całkiem prozaicznych: wraz z kilkoma innymi bajkami został spopularyzowany przez Disneya, czyli przerobiony na film, przez co przebojem wdarł się do wyobraźni milionów widzów. Jednak ważniejszy powód tego zawłaszczenia jest inny: po prostu postać głównej bohaterki jest ważna dla dzisiejszych kobiet.

T: Myślę, że Kopciuszek jest tak ważny, bo symbolizuje spełnienie jednego z podstawowych, przynajmniej w naszej kulturze, kobiecych marzeń: o księciu z bajki, który spośród wszystkich kobiet wybierze właśnie mnie. O tym, że ktoś wreszcie mnie doceni, pozna się na mnie.

K: Powoli, powoli. Zaraz do tego dojdziemy. Bajkę o Kopciuszku można czytać na wielu poziomach. Zacznijmy od najbardziej oczywistego. Rzeczywiście jest to historia, która opisuje proces dobierania się i łączenia ludzi z sobą. Tak jak to było dawniej i tak jak większość z nas ma wciąż zakodowane – miłość od pierwszego wejrzenia i te sprawy... Bo to jest przecież historia miłosna, na dokładkę mezalians.

T: Nic dziwnego, że ma tak dużą siłę nośną. Przecież kochamy historie miłosne, szczególnie kobiety. I masz rację: gdyby nie happy end, byłby to melodramat w czystej formie. Taki, jakiego nie powstydziłaby się Rodziewiczówna.

K: Zgadza się, powieściowe wyciskacze łez eksploatują ten sam motyw co Kopciuszek.

T: Na przykład większość „harlekinów”... Tam aż się roi od biednych albo siedzących cichutko w kąciku dziewczyn, które na końcu triumfują, zdobywając mężczyznę swojego serca mimo zazdrości bogatych, nadętych albo niesympatycznych intrygantek...

K: Również tasiemcowe seriale telewizyjne nie stronią od postaci i sytuacji niemal żywcem wziętych z Kopciuszka. A gatunek filmowy, jakim jest komedia romantyczna, w zasadzie się z niego wywodzi. Bohaterką komedii romantycznej często jest dziewczyna inna niż wszyscy: biedna albo z nizin społecznych, albo samotna, albo „alternatywna”, albo na pierwszy rzut oka mało atrakcyjna, albo po prostu zwykła szara myszka, a on, który się pojawia, jest zwykle kimś bogatszym albo lepiej wykształconym, albo sławnym i pięknym – słowem, takim Księciem. Są pozornie z innych światów, ale mimo to się w sobie zakochują i on ją unosi do siebie, jak w sztandarowym filmie tego gatunku i moim ulubionym Pretty Woman.

T: W tym filmie Kopciuszek, grany z wdziękiem przez Julię Roberts, jest w dodatku prostytutką, co prawda zmuszoną do takiej pracy przez trudne warunki, ale jednak. Stwarza to jeszcze wyraźniejszy kontrast między nią a bogatym biznesmenem, który zabiera ją z ulicy.

K: I jak to w kopciuszkowych historiach, on pod zewnętrznymi pozorami odkrywa w niej inteligentną, piękną, wrażliwą dziewczynę i zakochuje się w niej. Miłość zwycięża.

T: Albo może nie być biedna, ale jedynie niestereotypowo kobieca, jak choćby bohaterka grana przez Sandrę Bullock w filmie Dwa tygodnie na miłość. Nosiła się bez wdzięku, zachowywała jak chłopczyca, w związku z czym Hugh Grant, u którego pracowała, nie zwracał na nią uwagi, traktował ją jak doradcę, mądrego kumpla. A ona się w nim skrycie podkochiwała. Aż wreszcie nadszedł bal, na którym odstawiła się jak królowa – w najlepszą bombkową i falbaniastą kieckę – i wtedy jemu spadły łuski z oczu; zobaczył, jak jest naprawdę piękna.

K: Ci faceci w komediach romantycznych bywają ślepi, powiem ci. Widz zwykle od początku filmu wie, że ona jest fajna, piękna, mądra, jakby dla niego stworzona. A jemu ktoś musi tę kobitkę podać w pięknym opakowaniu na tacy, żeby ją w ogóle zauważył...

T: Przygnębiające, ale mam wrażenie, że coś jest na rzeczy...

K: Jednak żeby nie było, że tylko panowie tak mają, zauważ, że motyw Kopciuszka bywa wykorzystywany również odwrotnie, czyli następuje zamiana ról. Tak jest na przykład w filmie Notting Hill, w którym to ona – dla odmiany Julia Roberts – została obsadzona w roli Księcia, czyli jest bogatą, atrakcyjną, sławną kobietą, a Hugh Grant (etatowy amant) jest Kopciuszkiem – nieśmiałym, pozornie zwykłym „nikim”, którego ona wypatrzyła. Przy niej albo w jej oczach przemienia się w „kogoś” – w wartościowego, atrakcyjnego mężczyznę. Trzeba jednak przyznać, że taka wersja fabuły występuje zdecydowanie rzadziej.

T: Z naszego dialogu widać, że kluczowym elementem tego archetypu jest przemiana. Schemat jest prosty: jakaś biedna albo poniewierana, nic nieznacząca szara mysz nagle przeobraża się w piękność albo w kogoś wartościowego. Na identycznej zasadzie funkcjonują w magazynach kobiecych rubryki tak zwanych metamorfoz – brzydka „przed”, piękna „po”. Z doświadczenia wiem, że są to rubryki bardzo popularne... Jest też program w telewizji, który pokazuje, jak taka metamorfoza się odbywa. Przychodzi nijaka, kiepsko ubrana dziewczyna, robi się jej nieuśmiechniętej zdjęcie, a potem fryzjer zmienia jej uczesanie, makijażystka dobiera make-up, stylistka nowy strój, czasem dietetyczka popracuje nieco nad „zbędnymi kilogramami”. I wychodzi totalnie przeobrażona osoba.

K: Zupełnie jak dotknięta różdżką dobrej wróżki...

T: I, niestety, efekt najczęściej bywa równie krótkotrwały jak w bajce o Kopciuszku. Po północy karoca zmienia się na powrót w dynię, makijaż zmywamy, a suknia staje się codziennym spranym ciuchem... Ale co przeżyłyśmy, to nasze. Czy dlatego tak nam się podoba ta bajka? Bo chcemy wierzyć, że też możemy być piękne? Każda z nas? Przeczytałam ostatnio, że tylko 8 procent Polek uważa się za atrakcyjne, a prawie żadna nie uważa się za piękność...

K: Poczucie braku własnej atrakcyjności, związanej zresztą nie tylko z urodą, to temat bazowy. Rzeczywiście wiele kobiet – a swoją drogą również mężczyzn – na co dzień czuje się takimi Kopciuszkami, zabieganymi, niedocenionymi, nieatrakcyjnymi, które czekają na swój wielki moment. Bywa, że czekają przez całe życie.

T: Bo taki moment czasem przychodzi, a czasem nie.

K: Jeśli tylko czekają, najczęściej nie przychodzi. Trzeba coś w tym kierunku zrobić. To, że tylko czekają, a nie wezmą spraw we własne ręce, samo w sobie jest już okropne. A dzieje się tak dlatego, że od dziecka jesteśmy uczeni, iż aprobata, wszelki podziw czy docenienie muszą pochodzić z zewnątrz. Jesteśmy uzależnieni od oceny zewnętrznej. W szczególności dotyczy to kobiet, bo nasza wartość tradycyjnie związana jest z urodą, czyli zewnętrznością. Tak wychowane dorosłe kobiety zachowują się potem często jak wiecznie spragnione pochwał, docenienia i zauważenia małe dziewczynki. Bo nigdy nie dostały wystarczająco dużo uwagi w domu, szczególnie od ojca. A że w naszej kulturze większość dziewcząt wychowuje się praktycznie bez udziału ojca, takich kobiet jest wiele. Nic dziwnego, że w dorosłym życiu wciąż próbują to sobie zrekompensować.

T: Każdy chce się czasem czuć doceniony, wyjątkowy, jedyny... Chyba to właśnie stoi za marzeniem o Księciu, który wypatrzy mnie jako tę perłę wśród innych.

K: W głębi duszy każdy czuje się wyjątkowy. Dziecko, które słucha tej bajki, tak się czuje. A opowieść ta pokazuje wyjątkowość każdego z nas. Problem polega na tym, że wcześniej czy później zaczynamy podejrzewać, że świat tego nigdy nie zauważy.

T: Nikt nas nie traktuje w specjalny sposób, nie spływają z tego powodu żadne łaski. Cały czas szuka się tego uznania.

K: Dojrzałość polega między innymi na tym, że człowiek mówi sobie: no, może i jestem wyjątkowy, ale inni też są wyjątkowi. Każdy człowiek ma własny świat, swoją absolutną, odrębną wyjątkowość. Kiedy więc to uznaję i daję innym prawo do tego, przestaję chcieć być pępkiem świata, który wszyscy mają podziwiać. Staję się jednym ze światów. Póki tego nie zobaczę, jestem w niewoli innych ludzi, próbując cały czas zaskarbić sobie ich uznanie.

T: Mam wrażenie, że bajka o Kopciuszku walnie przyczynia się do tego, by taki mechanizm utrwalić.

K: Można rzeczywiście tak tę bajkę odczytać. To też jedna z odpowiedzi, dlaczego ma u nas tak duży ciężar gatunkowy. Kopciuszek to idealna patriarchalna kobietka – nikomu nie ma za złe tego, co się dzieje, ani tego, co jej robią, nawet jeśli ją krzywdzą. Jest dobra, cicha, pogodzona z losem, głęboko moralna... Chociaż dałabym cudzysłów przy słowie „moralna”, bo tak jest tylko w najbardziej popularnej, wygładzonej wersji bajki.

T: Warto przy okazji wspomnieć, że tych wersji jest wiele. W bardziej pierwotnych Kopciuszek wcale nie przypomina świętej.

K: Niemniej powszechnie znamy, niestety, jedynie taką wersję. W niej Kopciuszek nie gada za wiele, nie dyskutuje, nie pyskuje swoim złośliwym siostrom, z pokorą i uśmiechem znosi każdą poniewierkę, nigdy się nie złości.

T: Wiadomo, złość piękności szkodzi... Nie ma co, modelowa z niej dziewczyna. W dodatku ciągle siedzi w domu i pracuje, pracuje, pracuje.

K: Czy to nie ideał kobiety? Nie lata po sklepach, nie wydaje pieniędzy, nie zajmuje się sobą, nie ma nawet jednej porządnej kiecki... Mam wrażenie, że ta wersja Kopciuszka przyjęła się tak dobrze u nas, bo żyjemy w katolickim chrześcijaństwie.

T: Biblia przecież mówi: „błogosławieni cisi, ubodzy w duchu”...

K: I „ostatni będą pierwszymi”. To oczywiście wielkie spłycenie tego, o co chodzi w Biblii, bo tam mowa jest o czystości duchowej i prostocie, a nie niewolnictwie, podporządkowaniu się i zaprzeczaniu sobie. To już patriarchalna manipulacja. Po prostu łatwiej jest rządzić kimś, kto jest cichy i posłuszny, godzi się z niesprawiedliwością. Dlatego tak się wciąż u nas wychowuje dziewczynki: bądź, dziewczynko, grzeczna i miła, a na pewno cię jakiś książę weźmie. Zauważy cię w tym kącie, gdy sobie dziergasz albo coś czyścisz. Nawet nie musisz być najładniej ubrana...

T: Oj, musisz. Bo ten książę wszak nie przy tym piecu i w łachmanach ją wypatrzył, a kiedy przyjechał z pantofelkiem, to mimo wielkiej miłości wcale jej nie poznał w jej zwykłych szmatkach...

K: Co prawda, to prawda. Przypomniał mi się film, w którym szczególnie istotny był właśnie ten motyw. Chyba nosił tytuł Miłość ma dwie twarze – Barbra Streisand w parze z Jeffem Bridgesem. Ona gra zaniedbaną kobietę, która chodzi w byle czym, nie umie się ubrać. On się kocha w innej, która go rzuca. Ona pomaga mu leczyć rany i się zaprzyjaźniają. No i się w nim zakochuje i czuje, że byliby świetną parą. Ale on jeszcze tego nie wie, jak to zwykle chłopcy...

T: I co? Ona, żeby mu to uświadomić, pięknie się ubiera?

K: Oczywiście! Jakbyś przy tym była! On na pewien czas wyjeżdża, a ona wtedy bierze się za siebie. Idzie na jakąś kurację, jakieś pasy transmisyjne, idzie do fryzjerów, kosmetyczek, do uklepania, do krawców, i kiedy on wraca, jest całkiem inna. Czyli zupełnie jak w tych metamorfozach, o których mówiłaś. Wtedy on przegląda na oczy. Ale – co jest fajne w filmie – mówi przy tym: „Coś ty z siebie zrobiła? Nie mogłaś zostać taka, jaka byłaś?”. No, pewnie mogła, ale jak inaczej on by ją zauważył?

T: Paradoks, prawda? A w tym wszystkim najbardziej pokrętne jest, że wiemy, jaki to absurd, że czasem trzeba poprawić swój wygląd, by zwrócić na siebie uwagę. Na poziomie świadomym nie godzimy się na to, a jednak gdy tylko chcemy zwrócić na siebie uwagę, natychmiast staramy się dopracować wygląd.

K: A przy tym wszystkim chcemy, żeby on kochał nas takimi, jakie jesteśmy naprawdę w środku... No cóż, kobiety są skomplikowanymi istotami. Dla mnie największym paradoksem tej całej sytuacji jest przede wszystkim fakt, że to ostatecznie kobieta musi się postarać, by mężczyzna ją zobaczył, mimo że czasem go przewyższa pod tyloma względami... I na przykład mimo przewagi intelektualnej musi coś takiego z sobą zrobić, żeby on jednak rzucił na nią okiem inaczej niż po przyjacielsku czy profesjonalnie. W bajce te role są rozdane jednoznacznie. Wiemy, jakie zalety ma Kopciuszek. Nic natomiast nie wiemy o zaletach Księcia, poza tym że ma tytuł i zamek. Może jest gburowaty i mało rozgarnięty? To jednak najwyraźniej nie ma znaczenia. I tak to Kopciuszek startuje w konkurencji, a Książę wybrzydza. No, ale takie były realia.

T: Czego więc z tej historii dowiaduje się dorastająca dziewczynka? Dość przewrotny przekaz. Przede wszystkim musisz być miła, cicha, grzeczna, pracowita i posłuszna. Ale w odpowiednim momencie musisz też umieć z tej roli na chwilę wyjść, ubrać się i pokazać?

K: Tak jest. Gdy nadarzy się okazja, masz, kochana, wszystkich wyrolować, znaleźć się tam, gdzie trzeba, i być najlepsza. Oto zadanie. Ta bajka jest rzeczywiście przewrotna. Pokazuje, jak w zastanym systemie wyobrażeń i wymagań wobec kobiet dziewczyna może się jednak odnaleźć i postawić na swoim. Chce księcia? Może mieć księcia. Ta bajka pokazuje, jak to zrobić. Daje więc szansę i nadzieję każdej dziewczynie. To jej główna moc i siła przyciągania. Kopciuszek to w tym sensie kobieca wersja Głupiego Jasia, najgłupszego i najmłodszego syna, który w końcu zasłużył na królestwo i królewnę, mimo że głównie grał na fujarce. Tutaj mamy dziewczynę, która jest prosta i najmniej się liczy, a wychodzi na swoje. W dodatku jeszcze pognębiając te, które się z niej naigrawały. Duża satysfakcja.

T: Wieje optymizmem, a to lubimy. Przykład Kopciuszka uczy nas, że nawet w czasach największej poniewierki nie warto się poddawać, bo w każdej chwili sytuacja może ulec diametralnej zmianie.

K: Dlatego warto marzyć. Kopciuszek marzy, a marzenia się spełniają, właściwy moment nadchodzi.

T: W życiu Kopciuszka ten moment nadchodzi, gdy słyszy ona, że na zamku odbędzie się bal, na który zaproszone są wszystkie dziewczęta z okolicy. Wszystkie, czyli również ona. Przyszło mi do głowy, że ona w głębi duszy musiała liczyć na to, że w końcu coś pozwoli jej się wyrwać od tego wiecznego zmywania. Dlatego tak się uparła, żeby jednak się wybrać na bal. Była gotowa bardzo wiele zrobić, by pójść.

K: Kiedy usłyszała, jaki warunek postawiła jej macocha, czyli przebrać mak i popiół, nie poddała się. Wiedziała, że to nierealne, a jednak zabrała się do roboty. Właśnie w odpowiedzi na to jej pragnienie odpowiedziała dobra wróżka.

T: I wróżka dała jej suknię, karocę, umożliwiła spełnienie tego marzenia.

K: Ale wróżka też postawiła warunek. Bo wszystko, co jest cudne, musi się kiedyś skończyć i trzeba o tym wiedzieć.

T: Masz tylko kawałek szczęścia. Tylko jedną szansę.

K: I jak się okazuje, bardzo słusznie. Wróżka wie, co robi, warto ufać wróżkom. Bo przez to swoje nagłe i dramatyczne zniknięcie z balu Kopciuszek robi księciu niespodziankę i on nie może o niej zapomnieć.

T: Dzięki temu ostatecznie dobro pod wdzięczną postacią Kopciuszka triumfuje.

K: Dobro zostaje nagrodzone. I to tu, natychmiast, nie na święty nigdy, czyli na przykład w niebie. To nam się w tej bajce też podoba. Zobacz, gdyby ona nie posłuchała wróżki, została na balu do końca, to guzik by z tego wyszło.

T: Co by się stało, gdyby została na balu?

K: Czar by prysł. I dosłownie, i w przenośni. Wyszłaby proza życia, a nie bajka! To chyba nie tak trudno zgadnąć. Ona zostałaby na tym balu do białego rana, dała się zauroczyć pięknym słówkom albo zamroczyć kilkoma drinkami i byłby z tego najwyżej romans, ale niekoniecznie małżeństwo. Poszliby pewnie do łóżka, a nie do ołtarza. Bo według starych i może sensownych zasad nie należy na pierwszej randce posuwać się za daleko, prawda?

T: Nie mówiąc o tym, że może w ogóle do niczego by nie doszło, bo skoro tylko czar by prysł, jak mówisz, Książę zobaczyłby, że ma do czynienia z biedną, prostą dziewczyną. A na pierwszej randce nie jest na to gotowy.

K: Tymczasem on został oczarowany i ma taki oczarowany pozostać, tęsknić za nią i jej szukać... Mężczyzna musi gonić za zdobyczą. To znana mądrość, czy nam się to podoba, czy nie. Gdy mu zdobycz spowszednieje, czar pryska.

T: Sugerujesz, że bajka o Kopciuszku to przepis na skuteczny podryw?

K: A dlaczego nie? Bajki uczą wielu rzeczy, również tego, jak się zachować w konkretnych sytuacjach. Tutaj mamy rzeczywiście gotowy do zastosowania sposób, jak ma postępować dziewczyna, chcąc zdobyć męża. Rozpisany dokładnie od pierwszego wyjścia dziewczyny w świat na pierwszy bal aż do ołtarza. Zobacz, okazuje się, jak ważne jest, by w każdej sprawie wyczuć właściwy moment. Ważne jest zarówno to, kiedy się przychodzi, jak i wychodzi. Ważne, jak się to robi. Każdy szczegół ma znaczenie.

T: Gdy wybija dwunasta, trzeba iść, choć chciałoby się jeszcze zostać... Nie ma lekko. Nie tak łatwo zdobyć męża. Aż dziw, że ludzie jednak jakoś się dobierają w te pary... Nie dość, że musisz mieć odpowiednie walory, które tutaj symbolizuje czarodziejski strój, to jeszcze musisz odpowiednio wykorzystać dany ci czas. A dlaczego ważne jest to, kiedy ona przyszła?

K: To oczywiste. Zanim zjawiła się na balu, on zdążył już pozostałe babeczki obejrzeć. I tak naprawdę był już nimi znudzony. Aż tu pojawia się ona i jest w zasadzie poza konkurencją.

T: Tadam, tadam: wszystkie światła na nią. Niespodzianka. Bardzo filmowe.

K: Możliwe, że gdyby ona przyszła na ten bal razem z wszystkimi, byłoby jej trudniej zwrócić na siebie uwagę Księcia. Zginęłaby w tłumie. A już z pewnością zajęłoby to jej więcej czasu, jako że nikt jej przecież nie znał. Jednak gdy przyszła ostatnia, to fakt ten, który w normalnej sytuacji działałby na jej niekorzyść, stał się jej główną kartą przetargową.

T: Sprytne. Bajka ta uczy więc, że trzeba umieć zauważyć i wykorzystać swoje atuty. I nie należy się poddawać, bo nigdy nie wiadomo, co się okaże dla kogoś atrakcyjne. Wydawać by się mogło, że Książę będzie chciał kogoś skoligaconego albo bogatego, albo z dobrego rodu. Tak zwykle bywa. Ale w tym wypadku to akurat nie miało najmniejszego znaczenia, zagrało coś innego.

K: Pewien mój znajomy opowiadał mi, jak zdobył najpiękniejszą dziewczynę na studiach. Był po prostu tym jedynym, który jej nie podrywał. Był inny niż wszyscy i to właśnie się jej spodobało. „Ja nie jestem przystojny ani najbogatszy, ani najmądrzejszy. Ale byłem tym jedynym” – mówił. Trzeba być pod jakimś względem kimś wyjątkowym.

T: No i jak widać, ważnym elementem podrywania jest tajemniczość.

K: To kluczowy element sztuki uwodzenia!

T: Tajemnicze kobiety przyciągają jak magnes. „Skąd ona się wzięła? Kim ona jest?” – tak pytają na balu. Wszystkie inne, wiadomo: córka tego, ciotka tego, klotka tamtego. A ta przyszła sama, jest nowa, nieznana, interesująca...

K: Trzeba tę tajemnicę w sobie pielęgnować. Ale nie tylko przed ślubem, jak pokazuje bajka. Również po. Żeby „żyli długo i szczęśliwie” mogło się ziścić. Trzeba mieć swój świat, jakieś zainteresowania, rozwijać się, nie rozmieniać na drobne i tylko czasem wałęsać się po domu w rozciapcianych papuciach. To ważny element atrakcyjności seksualnej. Co, podkreślam to z całą mocą, dotyczy obojga partnerów, nie tylko kobiet. Ale to już inna historia...

T: Z tym uwodzeniem wiąże się w sposób jednoznaczny fakt, że dla kobiety nagrodą, prawdziwym zwycięstwem jest zdobycie mężczyzny. Nie wkurza cię taki przekaz? Na poziomie opowiadanej historii to Książę jest tą nagrodą dla Kopciuszka. Książę był jej jedynym i największym marzeniem. Zresztą nie tylko jej marzeniem. Cały kraj, wszystkie dziewczęta stawiły się przecież na balu. Każda z pewnością liczyła w duchu, że to właśnie ona dostąpi tego zaszczytu, że Książę ją zauważy. I weźmie za żonę. I ją wyniesie na wyżyny. Również społecznie.

K: Tak, małżeństwo z nim natychmiast kobietę ustawia wysoko w hierarchii.

T: To też jest wpisane w kulturę patriarchalną. Dlatego, kiedy myślę o tym, jaki jest główny temat tej bajki, nie jest mi wcale do śmiechu. Bo ta historia pokazuje prawdę: jedynym najwyższym celem i marzeniem dla kobiety jest małżeństwo z jakimś facetem, którego ona nawet nie zna.

K: Tak bezsprzecznie było jeszcze niedawno. Niezamężna kobieta nie liczyła się w społeczeństwie. Była wyśmiewaną starą panną albo dziwką. Nie cieszyła się szacunkiem ogółu, to pewne. Mężczyzna uprawniał ją do tego, żeby mogła mieć dzieci, dom. Liczyła się tylko jako jego żona. To przekonanie znajduje odbicie w tej historii. Jednak takie odczytanie Kopciuszka jest dość naiwne.

T: Ale mimo wszystko bardzo powszechne. Mam wrażenie, że również utrwala ten model.

K: Tak, ale ja bym się przy tym nie upierała. To się już powoli wyrównuje. Sam fakt, że o tym w ten sposób rozmawiamy, oznacza, że to się wyrównuje. Jeszcze niedawno nie mieściło się nikomu w głowie, że można podważać litery tego przekazu. A w tej chwili feminizm wziął w obróbkę wszystko i stawia na nogach. Bo już dałyśmy sobie do tego prawo. To jest ważne. Są do tego narzędzia i miejsce, co prawda ciągle wywalczane, ale ono już jest. Nie da się tego cofnąć. Zmiana w świadomości zachodzi szybciej niż zmiana pokoleń. Coraz częściej młode dziewczyny mają zupełnie inne poglądy niż ich matki.

T: Dobrze, nie upieram się, żeby iść za daleko w tę stronę, jednak chciałam zaznaczyć, że takie spojrzenie na tę bajkę też jest uprawnione. A co znajdziemy, gdy zajrzymy głębiej? Co ty widzisz w bajce o Kopciuszku?

K: Dla mnie jako psychoterapeutki istotne jest takie odczytanie tej bajki, zresztą każdej bajki, które wskazuje na wewnętrzny rozwój bohaterki. To znaczy na sytuację niezwiązaną z jej działaniem i funkcjonowaniem w społeczeństwie, choć niewątpliwie się o to ocierającą. Mnie interesuje to, co proponuje Carl Jung i psychologia głębi, która wartość baśni widzi w tym, że pokazuje ona drogę rozwoju człowieka. W tak rozumianej historii pod postaciami innych ludzi ukazane są cechy, właściwości czy aspekty osobowości człowieka jako całości.

T: Zatem jakie mamy tu postacie? Jest Kopciuszek, czyli główna bohaterka, macocha i złe przybrane siostry. O Kopciuszku już trochę mówiłyśmy, więc może zobaczmy, co symbolizuje macocha...

K: Macocha jest negatywnym aspektem matki. Przykro mi, drogie macochy, ale to prawda. Macochy mają do odegrania w bajkach dość niewdzięczną rolę. A mówiąc serio, ważne jest, dlaczego macocha w ogóle się w bajce pojawia i kiedy.

T: Pojawia się zwykle wtedy, gdy umiera matka.

K: Tak. Drogę wewnętrznego rozwoju człowieka otwiera śmierć matki. Symboliczna, ma się rozumieć. Czyli znika bóstwo idealne, dzięki czemu otwiera się droga do poznania rzeczywistości takiej, jaka ona naprawdę jest.

T: Jakie bóstwo idealne?

K: Matka. A czasem i ojciec. Jak sama przed chwilą zauważyłaś, bajki zwykle zaczynają się od tego momentu, gdy dziecku umiera matka albo oboje rodziców. W opowiadanej historii umierają naprawdę, więc bohater zostaje sierotą. Czuje się samotny, boi się. Nic dziwnego, przecież znika ten ciepły kokon opieki, którym otaczali go rodzice. Znika poczucie bezpieczeństwa wynikające ze świadomości, że świat chroniony przez rodziców jest znany, dobry i bezpieczny. W rzeczywistości jednak śmierć bajkowej matki (lub obojga rodziców) to symboliczna śmierć. Pokazuje moment, w którym w dziecku umiera owo poczucie pewności, stabilności, przewidywalności świata. Dla małego dziecka matka to przecież cały świat, dziecko widzi wszystko jej oczami, jest z nią zespolone. Ona decyduje o wszystkim, co dziecka dotyczy. Dlatego, by nastąpił jakikolwiek rozwój, matka jako taki ideał musi zniknąć, musi zostać strącona z tego piedestału. Dziecko musi zobaczyć, że zarówno ona, jak i wszyscy inni ludzie nie są tylko dobrzy i mili. Mają też swoją ciemną stronę. Świat nie jest tylko łąką pełną motyli.

T: Czyli macocha, która pojawia się na miejsce matki, reprezentuje wszystkie złe i nieakceptowane przez dziecko cechy tej matki?

K: Tak. W terapii jest to niesłychanie ważne. Małe dziecko widzi wyłącznie dobrą stronę matki, wszystko, co ona robi, tłumaczy na jej korzyść. Jeśli coś jest nie tak, wini za to siebie, a nie ją. A przecież każda matka ma cechy dobre i złe. Uświadomienie sobie tego i zaakceptowanie tego faktu ma kluczowe znaczenie. Wiele osób boryka się z tym do późnej starości. I nie chodzi o to, że matka jest jakaś „niedobra” w ogóle, że jest „złą” matką, tylko jest w niej ten normalny, ludzki aspekt, jakby zwykła druga strona medalu. Macocha to ten dopełniający aspekt. Każdy z nas go ma. Żeby dorosnąć, dojrzeć, trzeba poznać i zaakceptować te różne strony siebie i innych.

T: Przyszło mi na myśl, że w Polsce mamy to widzenie wyjątkowo utrudnione. Za wzór mamy przecież matkę Polkę i Matkę Boską. Obie święte i świetlane. One jakoś wcale się nie łączą w jedno z czarownicami i dziwkami. To postacie jednowymiarowe, idealne.

K: Dlatego wielu ludzi ma z tym kłopot. Nie chcą uświadomić sobie faktu, że ani oni sami, ani nawet najbliższe im osoby nie są takie znowu idealne, co nie znaczy, że są złe. Po prostu mają i takie, i takie cechy. Kiedy się to zrozumie, łatwiej jest żyć. Jeśli nie musimy za wszelką cenę dążyć do ideału, możemy sobie nieco odpuścić, przestać się karać za to, że nie jesteśmy doskonali. Bo nikt nie jest idealny.

T: Jednak w tej bajce te dwa aspekty świata i ludzi, pozytywny i negatywny, są na stałe rozdzielone. Ciemną stronę reprezentuje nie tylko macocha. Są też jej córki, czyli złe siostry Kopciuszka. Będąc córkami ciemnej strony, również one do ciemnej strony należą.

K: Zgadza się. Siostry reprezentują ciemną stronę samego Kopciuszka. A pojawiają się w tej bajce, bo naturalną koleją rzeczy jest, iż dziewczyna w miarę dorastania również w sobie zaczyna przeczuwać istnienie różnych ciągot ku nieposłuszeństwu. Są one aspektami niej samej. Czyli reprezentują wszystko to, co wyparte i nieakceptowane społecznie u dziewczynki.

T: Siostry są wredne, buńczuczne, leniwe, krzykliwe, agresywne...

K: Dziwisz się? Jeszcze nie tak dawno dziewczyna nie mogła być taka.

T: Ja też nie mogłam. W wielu domach wciąż dziewczynka nie może się tak zachowywać, nie wolno jej okazywać emocji, mieć takich cech.

K: Dlatego w bajce trzeba było pokazać postacie, które mają te wszystkie nieakceptowane cechy, żeby i ta strona życia była pokazana, jakoś reprezentowana. Bo te emocje, złe myśli, zachowania nie znikają ot tak, na zawsze. Tylko je chowamy, staramy się udawać, że ich nie mamy, nie czujemy, nie ulegamy im. Co jest oczywistą nieprawdą.

T: W bajkowym wzorze jest jeszcze tatuś. Co o nim powiesz?

K: Że właściwie go nie ma. Tatuś jest tutaj tatusiem nieobecnym. Tak jest najczęściej w baśniach. I w życiu. Ojciec scedował na kobietę wszystkie zadania i też nie zauważa, że jego żona ma aspekt negatywny. Niby kocha swoją córkę, ale niespecjalnie do niego dociera, co się z nią dzieje, zarówno w dobrym, jak i w niedobrym sensie. Ani Kopciuszka, ani dwóch pozostałych dziewczyn nie otacza opieką, nie obdarza uwagą. Można powiedzieć, że istnieje wyłącznie w tym sensie, iż bez niego nie byłoby całej tej historii. Spłodził dzieci, ale nie interesuje go, co się dalej z nimi dzieje. I to jest też wciąż szalenie typowe dla współczesnych układów rodzinno-domowych. „Twoje dziecko, żono, jest niegrzeczne. Zrób coś z tym dzieckiem! Niech ono nie hałasuje, niech nie skacze, jestem zmęczony”. Mam nadzieję, że ten smutny stereotyp dzięki nowym ojcom będzie odchodził w niepamięć.

T: Czy znaczy to, że te wszystkie żeńskie postacie (matka, macocha, Kopciuszek, dwie złe córki) są aspektami kobiecości jednej osoby?

K: W zasadzie tak. Można widzieć obie matki jako odrębną część. Ale można też je traktować jako te części nas, które nam „matkują” od środka, mówią, co i jak mamy robić, co wolno, czego nie wolno. Mamy w sobie zarówno taką dobrą matkę, jak i macochę, które uaktywniają się w różnych sytuacjach. Chciałabym trochę więcej powiedzieć o tych ciemnych stronach, bo na pewno będziemy do tego wracać przy okazji kolejnych bajek. Niedobre siostry są cieniem Kopciuszka. Cień, według Junga, to właśnie te wszystkie zachowania, cechy, postawy, które nie są w dziecku aprobowane przez otoczenie i społeczność, w której żyje, więc ono chowa je w sobie. Spycha coraz bardziej do podświadomości. Dorosły wlecze więc z sobą ten cień i dalej upycha tam wszystko, co nie pasuje, co nie jest przez niego lub innych akceptowane, co nie przechodzi przez sito rzeczy niedozwolonych. Ale potem ta podświadomość go dręczy. Zobacz, jak wredne siostry się nad tą biedną dziewczyną znęcają. A ona im na to wszystko pozwala. Nie konfrontuje się ze swym cieniem, bo musiałaby się z nim zespolić, a wtedy cień przestałby być cieniem. Te wszystkie wyparte cechy stałyby się integralną częścią jej osobowości. W bajce to nie następuje, bo ona powstała w czasach, gdy kobieta takich cech okazywać nie mogła. Teraz możemy więcej, o tośmy się biły. I dobrze. Bo człowiek jest pełny dopiero wtedy, gdy ma w sobie i cichość, i głośność, i uległość, i agresję, i spokój, i napięcie. Po prostu cały szeroki wachlarz. Jeśli się dzieli świat na pół, to potem wychodzą czarno-białe wzory.

T: Dobrze, a jaką alternatywę ma Kopciuszek? Nie bardzo może zespolić się ze swoim cieniem, bo to nie te czasy. Ale czy to oznacza, że musi czekać, aż coś się wydarzy? Mówisz, że ta bajka pokazuje, co dziewczyna może zrobić, by zdobyć to, czego pragnie. Tymczasem ja odnoszę wrażenie, że Kopciuszek nic nie robi, że ta bajka zachęca kobietę do bierności, a zniechęca do działania czy walki o swoje. Raczej promuje wiarę w cud. A cuda to raczej mizerna inwestycja...

K: Walka to ulubiony motyw męski. Czy musimy we wszystkim naśladować mężczyzn? Kobiety nie muszą iść tą samą drogą co oni, choć oczywiście mogłyby. Mam wrażenie, że w pogoni za tak zwanym równouprawnieniem próbujemy zaprzeczyć temu, że jednak się od mężczyzn różnimy. To jest wylewanie dziecka z kąpielą. Kobieca droga rozwoju może być inna. Kopciuszek pokazuje jedną z nich. Ta dziewczyna rzeczywiście czeka na odpowiedni moment, by coś się w jej życiu zmieniło, jednak nie można powiedzieć, że czeka bezczynnie, że jest bierna.

T: Są różne typy baśni, pokazujące nam różne drogi, którymi może podążać człowiek, by stawać się dojrzałym, pełnym, być panem lub panią swego losu, czyli owym bajkowym królem lub królową. Rozumiem z tego, co mówisz, że Kopciuszek to nie jest baśń drogi, gdzie bohaterka wyrusza, by coś zdobyć, aktywnie o coś zabiega, chce zmienić swój los, tylko wybiera jakiś inny sposób?

K: Właśnie tak. Kopciuszek podąża do przodu i rozwija się, pracując. Ma głęboki kontakt z naturą, czyli ma dostęp do instynktownej cząstki siebie, intuicji. Jej ufa i w zgodzie z nią działa. Tę część jej osobowości symbolizują ptaszki, które pomagają jej oddzielić ziarna od popiołu. To są jej instynktowne moce, które aktywizują się w trudnych sytuacjach. Ona szanuje siebie, swoje moce, to, co w niej żywe. Jest w zgodzie z sobą. Jest przejrzysta. Dlatego siedzi przy piecu i oczyszcza. To jej droga. W czasie trwania baśni Kopciuszek jest w procesie stawania się.

T: Clarissa Pinkola Estes w swojej kultowej dziś dla nowych pokoleń kobiet książce Biegnąca z wilkami wspomina o tym etapie w rozwoju kobiety. Siedzenie przy ogniu, w popiele, to jest w życiu kobiety czas medytacji, śpiewania nad kośćmi, czyli kontaktu z przodkami, naturą. Wtedy kobieta odkrywa, kim jest, na czym polega jej moc, czego pragnie, co jest dla niej ważne.

K: Kopciuszek przed balem dostaje do przebrania mak albo groch. W ten symboliczny sposób oddziela to, co ważne dla niej samej, od tego, co stanowi tylko niepotrzebny dodatek w jej życiu. Tworzy swoją wewnętrzną hierarchię wartości. Taki rodzaj rozrachunku z dotychczasowym życiem musi odbywać się w samotności, w ciszy, bo odbywa się przecież w duszy. To istotny etap dla dojrzewającej dziewczyny, bez tego czasu czuwania, oddzielania popiołu od maku, nie będzie wiedziała nic o sobie.

T: Dlatego może iść na ten bal, dopiero gdy się upora z robotą! Teraz rozumiem. W tym sensie macocha oddała jej przysługę. A wydawałoby się, że to bezsensowne rzucanie kłód pod nogi... Ale przecież gdyby dziewczyna ominęła ten etap medytowania i rozdzielania, byłaby nieprzygotowana na spotkanie z Księciem. A tak nauczyła się, co jest dla niej ważne, a co nie, i mogła ruszyć na spotkanie z życiem.

K: Z tego popiołu powstała już w pełni gotowa na bal. Ona się rodzi przy tym ogniu. To jest właśnie droga, którą my, kobiety, i w ogóle – my, ludzie, odbywamy, pozornie siedząc w miejscu. Odbywamy ją w środku, w sobie. W życiu codziennym to może być etap pozornie niezauważalny. Może się nic nie dziać specjalnego. Kopciuszek w tym czasie pracuje, śpiewa, robi zwyczajne, codzienne rzeczy. To ważny etap. Szukając siebie, nie możemy zaprzepaścić tej swojej cudownej siły, która płynie z wykonywania podstawowych życiowych zadań. Coś uprzątamy, coś tworzymy, łączymy, dzielimy. Kobieta tworzy codzienność. Tworzy bazę życia. Cóż w tym złego? Dlaczego mamy nie czerpać z tego siły?

T: No właśnie. Dlaczego wolimy spychać to na margines jako coś gorszego? Dlaczego tego nie szanujemy?

K: Każdy człowiek powinien sobie te pytania zadać. Bo odpowiedź nie jest oczywista. Na pewno wynika to z tego, że od tak dawna światem rządzą jednak mężczyźni. W związku z tym wartościowe i godne szacunku są te działania, które oni preferują... Tymczasem z codziennych zadań można czerpać olbrzymią siłę. Ja uwielbiam to, że się na tym wszystkim znam: na gotowaniu, sprzątaniu, czyszczeniu, układaniu, zdobieniu przestrzeni wokół siebie, urządzaniu, żeby było funkcjonalnie, wygodnie, ładnie, ciepło, domowo, kolorowo. Nie znaczy to, że każda kobieta ma się tym zajmować, ale jest to kobiece.

T: Mnóstwo nowoczesnych kobiet wpada w pułapkę, chcąc za wszelką cenę od tego uciec. To przegięcie w drugą stronę. Po tym, co powiedziałaś, lepiej to rozumiem. Może nie przeżyły tego etapu medytacji przy popiele i dlatego nie umieją oddzielić tego, co dla nich samych jest ważne, od tego, co jest ważne dla tak zwanej opinii innych.

K: Albo są opętane jakąś ideologią. Tak działa szaleństwo ideologii. Dowolnej. Przejawem tego szaleństwa jest również to, że jako kobiety pozwalamy sobie wmówić, że nasz kobiecy świat nie jest wartościowy; że myślimy jak męska część świata; że swoją własną siłę, umiejętności i potencjalną frajdę życiową jesteśmy w stanie odciąć sobie jak zbędny kikut. Naprawdę nie warto!

T: Została nam jeszcze do omówienia postać Dobrej Wróżki. Moja ulubiona...

K: Wróżka jest duchowym aspektem Kopciuszka. To niezwykle kojące dla dziecka, że w bajkach pojawiają się takie postacie jak wróżka. One dają nadzieję na to, że jest w tobie, nad tobą, koło ciebie coś czy ktoś, kto ci pomoże w naprawdę trudnej sytuacji. Można tego kogoś nazwać aniołem stróżem albo wróżką, bo dziecko nie pojmuje pojęcia nadświadomości. Takie bajkowe upostaciowienie bardziej przemawia do wyobraźni. Można też we wróżce zobaczyć postać kochającej dorosłej osoby, która wszystko widzi, wie, rozumie. Uosabia owo dziecięce marzenie o dobrym rodzicu (dlatego wróżka jest zwykle chrzestną matką), który rozumie potrzeby człowieka i jego emocje. I daje to, co jest potrzebne, wtedy, kiedy to jest naprawdę niezbędne.

T: Czyli Dobra Wróżka to nasza część sprawcza, intuicyjna? To dlatego pojawia się w życiu Kopciuszka, dopiero gdy jej popiołowa medytacja dobiegła końca. Bo dziewczyna zyskała już świadomość siebie, stąd więc płynie jej wiedza o tym, jak ma dalej postępować.

K: Jej duchowość prowadzi ją więc we właściwą stronę, czyli dalej w kierunku dojrzałości, zespolenia, spojenia się jej osobowości.

T: Patrz, a ja myślałam, że prowadzi ją prosto w objęcia Księcia...

K: Tak, tyle że Książę też nie jest kimś z zewnątrz. Według terminologii Junga to postać animusa, czyli męski aspekt kobiecej osobowości, wszystkie te jej cechy, które stereotypowo uznajemy za męskie. Sugestia jest taka, że dojrzewająca dziewczyna, by stać się pełną osobą, dojrzałą kobietą, musi również zintegrować swoją męską część. Musi ją obłaskawić, poznać, musi się z nią zbratać, spleść, zaprzyjaźnić. Musi ją pokochać. Wtedy dopiero jest pełna.

T: Wtedy może zostać królową.

K: Czyli panią swojego życia. Znajdzie w sobie siłę, znaczenie, osiągnie dojrzałość, będzie zdolna do aktywności, która nie jest tylko posłuszeństwem, ale również, a może przede wszystkim, samodzielnością, samostanowieniem. Będzie umiała dokonać wyboru zgodnego z sobą. Wtedy może zrobić ze swoim życiem to, co chce. Mieć dzieci i męża, zajmować się domem, spełniać się zawodowo albo żyć w pojedynkę. Dowolny wybór, jakiego w ten sposób dokona, będzie najlepszy z możliwych.

T: Czy to właśnie oznacza legendarne „żyli długo i szczęśliwie”?

K: Tak. Czy będzie to związek dojrzałej kobiety z wybranym przez nią mężczyzną, czy będzie to świadome i pełne życie w pojedynkę, będzie szczęśliwe. I będą z tego „dzieci”, czyli owoce. Oczywiście w planie społecznym rozwój i dojrzewanie kobiety najczęściej owocuje właśnie w tym, że wybiera partnera i rodzi dzieci. Ale to nie jest konieczne. I wbrew pozorom bajka tego nie narzuca. Chyba że będziemy ją czytać dosłownie i powierzchownie.

T: Wszystko pięknie, ładnie. Kiedy o tym rozmawiamy, to jest dla mnie oczywiste. Ale skąd zwykły czytelnik ma to wszystko wiedzieć? Czy my w ogóle jesteśmy w stanie odczytać głębsze znaczenia bajek?

K: Dobre pytanie. Okazuje się – i udowodniła to psychologia – że baśnie odczytujemy podświadomie. Nawet gdy świadomie nie wiemy, co znaczą, nie rozumiemy ich, nie jesteśmy w stanie ich zinterpretować, to ich głębsze znaczenia trafiają bezpośrednio do naszej podświadomości. Dzieci przecież nie potrafią interpretować, ale intuicyjnie odbierają przekazy zawarte w baśniach. Dla mnie było to odkrycie, że jeśli jest jakaś baśń, którą w dzieciństwie czytałaś wielokrotnie (niektóre dzieci obsesyjnie domagają się w kółko tych samych bajek), to znaczy, że właśnie w niej został uchwycony twój proces rozwojowy. Warto spojrzeć teraz na te bajki. Przyjrzeć im się bliżej. Czego nas uczyły wtedy? Co nam mówią o nas samych?

T: Czyli to niedobrze, że niektórzy rodzice nie pozwalają dzieciom czytać okrutnych bajek?

K: Zdecydowanie. Baśnie, w których jest pokazane okrucieństwo, jakaś przemoc czy wielki strach, są zdecydowanie przeznaczone dla dzieci. Właśnie dla nich! Bo dzieci mają dzięki nim przekroczyć kolejny próg rozwojowy, oswoić emocje. Również te złe. W Kopciuszkupokazana jest typowa dziecięca poniewierka. Mimo to bohaterka wychodzi na swoje. Mamy więc przekaz, który dzieci przyjmują podświadomie: „Nie martw się, dziecko! Możesz czuć, że mama jest niedobra, możesz mieć tatusia, który się tobą nie zajmuje, opuszcza cię. Mogą ci dokuczać rówieśnicy. Możesz sobie nie radzić z sobą, ale w końcu wyjdziesz na swoje”.

T: No dobrze, to dzieci. Reagują, bo bajki są dla nich. A co w takim razie sprawia, że całe zastępy dorosłych kobiet z wypiekami na twarzy oglądają na ekranach kolejne wersje kopciuszkowej historii?

K: To przecież jasne. W każdym z nas tkwi dziecko. Do końca życia. W psychologii tę część nas nazywa się wewnętrznym dzieckiem. I to właśnie te dzieci oglądają takie historie. To są bajki dla nich. Niektórzy chodzą wręcz na filmy dziecięce i płaczą na nich. Albo chodzą je oglądać pod pretekstem, że zabierają na nie dzieci, czasem cudze. Jednak część dorosłych nudzą zwykłe filmy dla dzieci, bo domagają się oni „dorosłych” historii. Oni właśnie chętnie oglądają dorosłe „kopciuszkowe” wersje. Nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Wręcz przeciwnie. Jeśli dorosły człowiek ma jeszcze na tyle otwartą duszę, że go to wzrusza, to cudownie! To się na tych historiach jeszcze kawałek podwiezie. A jeśli jeszcze do tego pozwoli sobie na żywiołowe reakcje?

T: Często zdarza mi się popłakać w kinie, szczególnie wzruszają mnie niektóre kreskówki. Ale wstydzę się tego. Pamiętam, że podobnie reagowała moja mama...

K: Ja też się wzruszam, śmieję w głos albo gadam podczas oglądania filmów. I co z tego? Popatrz na dzieci. One przeżywają wszystko całym ciałem i duszą. One naprawdę przechodzą te etapy. Boją się, martwią, wierzą, że już wszystko przepadło, ale... och, jest, jest!!! Jednak się udało. Przecież to jest niespodzianka, za każdym razem to, że się bohaterowi udało, jest dla dziecka taką samą niespodzianką. Tylko racjonalny dorosły wie, że musi się udać, skoro to bajka. A w życiu bywa różnie.

T: W Pretty Woman bohaterce się udało. Wiedziałyśmy, że się uda, a i tak drżałyśmy, bo a nuż się jednak tym razem nie uda? Gdy się chwilę nad tym zastanawiam, mam wrażenie, że identyfikuję się z bohaterką i kibicuję jej za każdym razem, kiedy oglądam ten film. Mimo że doskonale znam całą fabułę. Jak to się dzieje?

K: Drżymy z podniecenia, oglądając takie historie, bo nasze wewnętrzne dziecko identyfikuje się tylko z tym, co rozgrywa się w danej chwili, a nie z tym, co było albo co się będzie działo za godzinę czy choćby za chwilę... Dla dziecka „za godzinę” nie ma. Istnieje tylko teraźniejszość, czyli tak zwana chwila obecna. Często dorosłemu trudno to zrozumieć. Dziecko histeryzuje, bo nie dostaje zabawki, bo czuje, że jeśli teraz tego nie dostanie, to koniec. Do pewnego wieku sytuacja, w której mama czy tata na chwilę wychodzą, oznacza dla dziecka, że znikają na zawsze. Każda taka chwila jest stratą ostateczną.

T: Pamiętam, że był taki czas, w którym mój syn nie chciał mnie puścić nawet do łazienki. Stał pod drzwiami i płakał, że mamy nie ma. To było wzruszające, ale też wkurzające. Całe szczęście ten etap jego rozwoju trwał dość krótko.

K: Nieważne, że tatuś wraca jutro albo za tydzień, dla dziecka to jest to samo! Ważne, że go nie ma. Świat się dzieje w tej chwili. Większość filmów, które działają na emocje, właśnie do tego mechanizmu się odwołuje.

T: Wracając do naszej bajki, kiedy umawiałyśmy się na rozmowę o Kopciuszku, zamierzałyśmy mówić o przekazywanych w tej bajce wzorcach kobiecości. Zastanawiam się więc, jak uważasz, czy te wzorce, a w zasadzie jeden główny wzorzec, którego ucieleśnieniem jest główna bohaterka, nadal obowiązują, czy też sytuacja kobiet uległa jakościowej zmianie? Bo mnie się zdaje, że taka wizja kobiety, cichej, grzecznej, pracowitej, oddanej innym, wciąż króluje...

K: Ja myślę, że to się jednak zmienia, i to szybko. Spójrz choćby, ile się zmieniło przez ostatnie dziesięć lat. Szczególnie w dużych miastach. Nie przypadkiem pojawiają się książki typu Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą. Są też opowieści dla dzieci, których bohaterkami są inne dziewczynki. Choćby Pippi Langstrump.

T: AlboWitches, czyli dziewczyny obdarzone mocami, czy inne współczesne kreskówki.

K: Pojawiają się, ponieważ już iluś rodziców wie, że dziecko jest samoistnym bytem, a nie ma spełniać czyichś założeń. I pozwalają dzieciom, również dziewczynkom, na większą swobodę wyboru, ekspresję własnej osobowości.

T: Czy to oznacza, że te stare, dobre, wysłużone wzorce się zdewaluowały?

K: Słowo „zdewaluowały” tak naprawdę oznacza tu, że jest taka liczba wzorców, iż nie można już powiedzieć: ten jest najlepszy albo te cztery są najlepsze. Ja jestem jednak optymistką. Nie nazywałabym tego dewaluacją, tylko możliwością wyboru. Choć pojawia się tu trudność. W sytuacji, gdy jest wybór, ludzie nie stają na wysokości zadania, ponieważ trzeba mieć pewną dozę samodzielności, żeby wybrać sobie swoje wzorce. Człowiek niedojrzały, który jest pozostawiony sobie i niewyuczony sztuki wyboru, nie umie go dokonywać. Rozpaczliwie szuka autorytetów, które zrobiłyby to za niego.

T: Z tego punktu widzenia przywiązanie do takiej bajki to wyraz tęsknoty za takimi autorytetami i jasno określonymi wzorcami.

K: Oczywiście. To tęsknota za tym, by ktoś jednoznacznie pokazał mi, co jest dobre, a co złe, i jaką drogą mam iść.

T: Co jest akceptowane, a co nie, za co czeka nagroda, za co kara. I co w ogóle jest nagrodą, co ma wartość. Kto wie, może to największa zaleta bajek?

K: Dla mnie w większości baśni, a już na pewno w Kopciuszku, najcenniejszym przekazem jest rzecz najprostsza na świecie: obietnica szczęścia pomimo początkowej niedoli. I recepta, jak to osiągnąć. Najpiękniejsze jest w niej to, że nie musisz tak naprawdę zbyt wiele robić. Przesłanie jest proste: Bądź sobą, zaakceptuj siebie. A szczęście przyjdzie. Poznaj siebie. Daj się zobaczyć. Zaufaj sobie. Nie słuchaj tych, którzy cię gnębią, również swoich własnych głosów, które cię gnębią. Ludzie dają się strasznie dołować różnym swoim wizjom, wyobrażeniom, tym, co pomyślą sobie inni. Mają nieustanny problem z poczuciem własnej wartości. A kobiety to już po prostu masami...

T: To bardzo ciekawe, co mówisz. Czy ta bajka nie sugeruje czegoś zupełnie przeciwnego? Ja w tym znajduję nakaz: dostosuj się do wzoru, a zostaniesz zaakceptowana. Jest przecież w Kopciuszkunawet wzorzec dosłowny – bucik, z którym jeździ Książę.

K: Nie wiem, jak ty się czułaś, kiedy czytałaś to jako dziewczynka, ale mnie strasznie denerwowało, że on ją tak z tym butem szuka, a jej samej nie pamięta...

T: Oczywiście, to koszmar. Feministyczna interpretacja tej bajki bardzo podkreśla fakt, że dziewczynka musi dostosowywać się do jakiegoś wzorca, żeby zasłużyć sobie na to, by jakiś facet ją poślubił. Jeśli się chwilę nad tym zastanowić, trudno się z tym spojrzeniem nie zgodzić. Jak to, Książę nie jest w stanie rozpoznać ukochanej kobiety? Dopiero gdy włoży bucik? To co to za miłość? Trudno w to uwierzyć.

K: Pamiętaj, że na balu ona była w sukni, której na co dzień nie nosi. I w dodatku to była suknia zaczarowana, więc już z założenia piękniejsza niż inne. Księciu trudno jest pewnie w umorusanej dziewczynie w łachmanach zobaczyć tego rajskiego ptaka z poprzedniej nocy. Poza tym jest inne oświetlenie, proza życia, znika romantyczna otoczka... Oczywiście, we mnie też jest taki kawałek, który domagałby się, by on ją wypatrzył w tym popielniku i rozpoznał sercem – to romantyczna iluzja, w której wyrastamy. Prawda jest jednak często bardziej prozaiczna.

T: A mnie szczególnie drażni fakt, że złe siostry próbują się podszyć pod Kopciuszka, zawłaszczyć to, co jej się należy. Próbują wcisnąć bucik na siłę, a ponieważ jest za mały, jedna z nich obcina sobie palec, a druga piętę. Rozumują tak: lepiej być królową niż nią nie być, nawet kosztem tego, że to będzie bolało... Jeśli założymy, że bucik to rodzaj wzorca idealnej panny, to owe siostry próbują się dostosować do tego wzorca na siłę, byle zdobyć owego mitycznego księcia za męża...

K: A on nawet nie zauważa różnicy, dopóki but nie zaczyna krwawić. Jest w stanie wziąć uzurpatorkę za prawdziwą. Tak, to okropne. To pasuje idealnie do tego, co się dzieje dziś na masową skalę. Kobiety próbują na siłę dostosować się do obowiązującego modelu urody, by przypodobać się facetom, by odnieść sukces. I robią to często kosztem siebie, kosztem swojego zdrowia, a nawet życia. Wystarczy wspomnieć wychudzone do granic niemożności dziewczyny, próbujące zmieścić się w rozmiarze trzydzieści sześć, by dorównać anorektycznym modelkom.

T: A operacje plastyczne? Ingerencja chirurga w ciało to niemal dosłownie to, co robią sobie siostry Kopciuszka: obcinanie kawałków ciała, które nie pasują do wzorca piękna... Zresztą do pewnego stopnia wszystkie to robimy. Mam wrażenie, że w naszej kulturze nie ma wielu kobiet, które naprawdę nie poddają się obowiązującemu dyktatowi mody i urody. Wcale nie dziwię się radykalnym feministkom, które niejako w kontrze do obowiązujących kanonów próbują żyć inaczej. Choćby nie chyboczą się na niebotycznych szpilkach, które rujnują kręgosłup, albo się nie depilują...

K: I dostają za to łatkę, że są nieatrakcyjne i niekobiece. To najlepiej świadczy o skali problemu. To rzeczywiście boli, że kobiety same sobie to robią, pozwalają bez mrugnięcia okiem narzucić sobie tak wiele ograniczeń, narzekają, ale spełniają tak wiele wymogów. Są w stanie dobrowolnie torturować swoje ciało, by dogodzić innym... Dostosowanie się do wzorca piękna może być tylko powierzchowne, ale może być upośledzające i radykalne, choćby dawny barbarzyński zwyczaj krępowania stóp Chinkom. Maleńkie zdeformowane stópki były najbardziej pożądane i „kobiece”. Kobieta, która za daleko nie pójdzie na tych swoich biednych obolałych stópkach, jest przecież bezsilna. I dalej będzie sobie siedziała w kąciku i sprzątała. Można mieć nad nią pełną kontrolę.

T: Nic dziwnego, że feministki się burzą. Zwracają w tej historii szczególną uwagę na chęć i gotowość kobiet do dostosowywania się do narzuconych przez społeczeństwo wzorców. Pokazują, że męska dominacja sprawia, iż kobiety próbują na siłę być kimś innym, robiąc sobie przez to krzywdę. I ta bajka również jest o tym.

K: Jestem feministką i również oburzam się na wszelkie przejawy takiej dominacji. A jednak uważam, że taka interpretacja wypacza sens tej bajki. Zauważ, że przecież tylko Kopciuszek pasuje do tego bucika. To nie jest uniwersalny wzorzec idealnej kobiety, tylko symboliczny wzór Kopciuszka. To jest trochę tak, jakby ten bucik był kodem do odczytania jej indywidualności, kluczem do niej.

T: Że też wcześniej na to nie wpadłam... Cały czas myślałam o tym, gdzie jest granica dostosowywania się do innych, i o tym, jak daleko te dziewczyny są gotowe się posunąć, by się dopasować. Zupełnie nie zwróciłam uwagi na oczywisty fakt, że w końcu żadna z tych samookaleczających się sióstr nie zostaje królową. Czyli ta bajka w rzeczywistości ma wymiar pozytywny, pokazuje, że przycinanie się do wzorca na siłę nic nie daje.

K: I kółko się zamyka. Ponieważ by zostać królową, czyli silną, dojrzałą, mądrą kobietą, musisz przede wszystkim być sobą, a nie kimś innym, choćby nawet najpiękniejszym – bo to fałsz, sztuczność i w końcu się wyda. To absurdalne i bezcelowe.

T: Uświadomiło mi to coś jeszcze: ciągle skupiamy się na wyglądzie i poprawianiu urody. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu to najbardziej oczywisty element zmian, najbardziej widoczna sfera owych manipulacji, jakich się na sobie dopuszczamy. Tymczasem dostosowywanie się do wzorca dotyczy wszystkich sfer życia. Samookaleczanie to również zmuszanie się na siłę do spełniania cudzych oczekiwań. Choćby zapominanie o sobie i swoich potrzebach. Co z tego, że tego tak nie widać, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.

K: Skutki takiego przycinania osobowości mogą być dużo bardziej dotkliwe i długotrwałe. W skrajnych przypadkach są w stanie unieszczęśliwić człowieka na całe życie. W praktyce psychoterapeutycznej spotykam osoby, które mówią o tym, że mają wrażenie, iż nie żyją naprawdę, tylko ciągle spełniają czyjeś oczekiwania, boją się powiedzieć i wyrazić to, czego chcą naprawdę, a zamiast tego dostosowują się do innych. Dopasowują się, rezygnują z siebie. I jakoś żyją. Tylko, nie wiedząc czemu, nie czują się szczęśliwe. Tak nie wolno robić. To najlepszy sposób, by unieszczęśliwić nie tylko siebie, ale też tych wszystkich, którzy są z nami związani.

T: Ale jak to zmienić?

K: Trzeba nad tym pracować. Pierwszy krok z reguły polega na tym, żeby sobie w ogóle uświadomić, że tak postępujemy. Wtedy można z tym pracować, choćby na drodze terapii. Ludzie zwykle się chronią przed tą wiedzą, zasłaniają „dobrem najbliższych” – co zresztą daje im niekiedy rodzaj zastępczej satysfakcji, gdyż są tak wspaniali i rezygnują z siebie dla nich. Wszystko jest w porządku, jeśli rzeczywiście tak jest, robią to bezinteresownie, czyli jeśli czują się w tym spełnieni. Najczęściej jednak tak nie jest, co ujawnia się przy każdej okazji. Najczęściej, kiedy zaczynamy się domagać za to jakichś gratyfikacji, specjalnego docenienia, gdy jesteśmy wciąż niezadowoleni. „Mama się dla ciebie tak poświęca, a ty jak się jej odpłacasz? Wykorzystujesz mnie”. Owa mama jest niespełniona, jedynie narzuciła sobie taki model życia. To właśnie samookaleczanie się, ukryte cierpiętnictwo. Bardzo trudno z tym żyć i samej osobie, która czuje, że nikt nie docenia jej poświęcenia, i tym, dla których ona się poświęca. Przykłady takie można mnożyć. Siostry Kopciuszka pokazują przecież, że kobiety są w stanie znieść wielkie cierpienie, byle osiągnąć swój cel.

T: Przyszło mi na myśl, że udając, próbując stać się kimś innym albo sięgając po cudze pragnienia, czyli wciskając się na siłę w czyjeś buty, tak jak to robią siostry Kopciuszka, nie jesteśmy w stanie niczego osiągnąć poza bólem, frustracją i poczuciem odrzucenia. To oczywiste i logiczne. Warto chyba więc zadać sobie pytanie, po co to robię, jeśli to robię...

K: Po co na przykład ostra panienka, która być może miałaby ochotę komuś przylutować, raptem udaje, że jest milusia i cichutka, i siedzi w kąciku, bo tak należy? Może w ten sposób załapać się na Księcia, jeśli jej na Księciu aktualnie zależy, który szuka właśnie nieśmiałej dziewczyny siedzącej z boku. Ale to przecież nie będzie Książę odpowiedni dla niej.

T: Ani ona nie będzie dla niego. Więc po co się męczyć?

K: Pomyśl, na jak długo starczy jej sił i chęci, by dla niego kogoś takiego udawać? Nie warto, bo na pewno znajdzie się inny Książę, który będzie biegał po świecie, szukając panny, której pasuje pantofelek wybity ćwiekami w rozmiarze 42. Do tego kodu, własnego, a nie do cudzego, musi dorosnąć, a wtedy na pewno zostanie królową.

T: Bajka o Kopciuszku pokazuje też, że to jest proces. Że nie da się ominąć poszczególnych jego etapów. Trzeba tylko świadomie przeżywać swoje życie. Czego i sobie, i wszystkim kobietom życzymy.

Śpiąca KrólewnaDar trzynastej wróżki

K: Moja pierwsza myśl jest taka, że Śpiąca Królewna myli mi się z Królewną Śnieżką. Uświadomiłam sobie, że gdy słyszę „Śpiąca Królewna”, widzę szklaną górę i trumnę. A to przecież zupełnie nie tak.

T: Pewnie dlatego, że obie w pewnym momencie zapadają w rodzaj snu, z którego budzi je książę. Ja mam wrażenie, że mnie mylą się tytuły, ale nie same bajki. Ze Śpiącej Królewny bardzo dobrze pamiętam motyw ukłucia się wrzecionem i kłującego żywopłotu, otaczającego zamek, w którym wszyscy spali.

K: Czyli to była dla ciebie ważna bajka. Musiała cię skutecznie ukłuć...

T: To pewnie też, ale myślę, że jest to po prostu jedna z bardziej znanych baśni, jedna z najważniejszych w naszej kulturze.

K: Z pewnością należy do tych bajek, których bohaterki weszły na stałe w obieg kultury. Zauważ, że określenie „śpiąca królewna” to gotowa etykietka. Ma wymiar raczej negatywny i lekceważący. To dziewczyna, której jakby nie było, która nie bierze udziału w tym, co się wokół niej dzieje. Na pierwszy rzut oka jest to zresztą ocena uprawniona – w bajce w końcu nie ma jej przez sto lat...

T: Bardzo jestem ciekawa, dokąd zaprowadzi nas ta rozmowa, bo obok Kopciuszka jest to jedna z najczęściej interpretowanych bajek. Muszę ci powiedzieć, że niezależnie od różnych interpretacji jakoś zwyczajnie irytuje mnie model prezentowanej w niej kobiecości: bierna, czekająca sto lat na wybawienie dziewczyna, która ożywa, dopiero kiedy pojawia się książę...

K: Zobaczmy, co za tym stoi. Tak na gorąco powiem, że czytając teraz tekst, zwróciłam uwagę, że wraz z zaśnięciem głównej bohaterki zasypia też cały świat wokół niej. Nie pamiętałam tego. Przychodzi mi więc do głowy, że jej świat musiał stanąć w miejscu razem z nią, bo inaczej miałybyśmy przypadek kosmonauty, który po wielu latach wraca na Ziemię i nikogo już nie znajduje przy życiu ze swoich krewnych, choć sam postarzał się zaledwie o kilka lat.

T: Gdyby nasza królewna spała sto lat, a oni nie, to wszyscy naokoło by pomarli. Zbudziłaby się i co?

K: Oczywiście to wszystko ma znaczenie symboliczne. Ważne jest przesłanie wyrażone w ten sposób, że gdy ty nie żyjesz, również twój świat nie żyje. Bo cały świat jest w człowieku, wszystko się toczy w człowieku. Gdy z jakiegokolwiek powodu człowiek wycofuje się z życia, czy to fizycznie, czy psychicznie, czy emocjonalnie, to jego świat na ten czas jakby zamiera, wszystko przestaje istnieć. Dla niego, ale nie tylko. W tej bajce świetnie to widać.

T: Myślę, że każdy na jakimś etapie życia tego doświadcza. Jest wiele sytuacji, które w ten sposób „wycinają” nas z rzeczywistości. To może być choćby strata kogoś bliskiego albo nieszczęśliwa miłość...

K: Albo zbyt „szczęśliwa” miłość. Zakochani na zabój też nie żyją dla nikogo więcej, widzą tylko siebie nawzajem, tylko sobą nawzajem się interesują. Chemia miłości, szczególnie w początkowym okresie zakochania, sprawia, że świat wokół do nich nie dociera, i w tym sensie cały ich świat „zamiera”. Tak się zresztą mówi: zakochani świata poza sobą nie widzą, prawda? Kiedy ten stan mija, człowiek może mieć czasem poczucie, jakby się obudził z głębokiego snu.

T: Zgoda, powodów takiego „zaśnięcia” może być wiele. Ale dlaczego zasypia nasza Królewna?

K: To oczywiście sedno tej bajki. Jednak poczekajmy. Żeby sobie na to odpowiedzieć, musimy przyjrzeć się po kolei, jak w ogóle doszło do tego zaśnięcia. Muszę przyznać, że mnie już na samym wstępie bajki uderzył fakt, że mamy tu i króla, i królową. Najczęściej bohater (albo bohaterka) bajki nie ma matki albo ojca. Sytuacja, w której oboje rodzice żyją i w dodatku kochają swoje dziecko, w bajkach prawie się nie zdarza, w każdym razie bardzo rzadko.

T: Może w życiu też również rzadko się to zdarza? Bajki są przecież odzwierciedleniem rzeczywistości... A może dlatego królewska para tak kocha swoją córeczkę, że długo nie mogli mieć dziecka, choć się bardzo o nie starali?

K: Słusznie prawisz o życiu. Starali się i nic, aż pewnego dnia, kiedy Królowa kąpała się w stawie, z wody wyskoczyła żaba i powiedziała jej: za rok będziesz miała dziecko.

T: Podoba mi się ten motyw, ponieważ niedawno dowiedziałam się, że żaba była w wielu dawnych kulturach opiekunką położnych. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Okazuje się, że różne kultury rdzenne łączy więcej, niż nam się na pierwszy rzut oka zdaje.

K: Nic dziwnego, że gdy wreszcie pojawia się w ich rodzinie córeczka, Król i Królowa szaleją na jej punkcie, chcą jej przychylić nieba. Jakże to inny start w życie w porównaniu z dolą sierot, kopciuszków, brzydkich kaczątek. Zapraszają nawet do zamku wszystkie wróżki, by przyniosły Królewnie dary.

T: Pozornie układ pełen szczęśliwości. Gdyby nie drobny zgrzyt. W pałacu było tylko dwanaście złotych talerzy, więc zaproszono dwanaście wróżek. Czyli nie wszystkie. Trzynasta nie dostąpiła tego zaszczytu.

K: Pozornie trywialny motyw, ale niezwykle znaczący.

T: Jak to, nie mieli tylu talerzy, ile potrzeba? Przecież Król może mieć wszystko. W każdej chwili mógł kazać, by dorobiono czy sprowadzono trzynasty złoty talerz. Mógł go mieć skądkolwiek, prawda? Dlaczego więc tego nie zrobił?

K: Otóż to. Dlatego od razu widać, że liczby te nie są przypadkowe, niosą ukryte znaczenie. Dwanaście i trzynaście są w naszej kulturze symbolicznymi liczbami. Dwanaście jest miesięcy w kalendarzu słonecznym, trzynaście w księżycowym. Kulturowo trzynastka jest liczbą związaną z kobietą. Kobieta jest kojarzona z księżycem, ponieważ nasz cykl miesiączkowy jest z nim nieodłącznie związany. Dlatego kobieta to noc, tajemnica, związana ze srebrnym światłem księżyca. Mężczyzna to król-słońce. Kobieta to instynkt, mężczyzna – rozum.

T: Przeczytałam gdzieś à propos tego, że taka jest właśnie geneza „pechowej trzynastki”. Trzynastka, jako liczba kojarzona z księżycem, kobiecością i kobiecą mocą, w czasach gdy „wiedzące” kobiety palono na stosach jako czarownice, zaczęła się kojarzyć z lękiem, rzucaniem czarów, uroków, z pechem. W sposób oczywisty w tej bajce przywołany tu zostaje ten motyw. W jakim celu?

K: Król i Królowa zaprosili dwanaście wróżek, a trzynastej nie. Czyż to nie czytelny przekaz? Symboliczne wybranie dwunastki przez rodziców jest nałożeniem na dziewczynkę męskich wyobrażeń i wymagań, wybraniem dla niej „męskich”, patriarchalnych wartości, a odrzuceniem kobiecości.

T: Co to dla niej oznacza?

K: Trzynasta wróżka przynosi w darze kobiecą moc. Skoro rodzice nie zapraszają jej do zamku, widać z tego, że w ich systemie wartości kobiecość jest lekceważona, nieuznana za ważną tam, gdzie króluje dwanaście złotych talerzy. Fakt ten ma olbrzymie konsekwencje.

T: W tej bajce nie będzie chyba nadużyciem pójście tropem wypartej, niechcianej kobiecości i kobiecej mocy, prawda?

K: Nie mam najmniejszych wątpliwości, że przywołany przez ostatnią wróżkę piętnasty rok życia oraz ukłucie się wrzecionem, czyli symboliczna rana, to dla Królewny czas inicjacji. Przyjście miesiączki to w życiu dziewczynki moment stawania się z dziecka kobietą. Ten moment oczywiście pojawia się w różnym czasie; niektóre dziewczynki mają wtedy dwanaście lat, inne czternaście, inne więcej. Nie ma to znaczenia. Piętnastka też jest tu więc symboliczna.

T: Z dzieciństwa pamiętam taką wersję Śpiącej Królewny, w której trzynasta wróżka jest zła, brzydka i czarna. Król i Królowa nie zaprosili jej do zamku, bo wiedzieli, że przyniesie dziewczynce w darze coś okropnego, złośliwego. W wersji spisanej przez braci Grimm trzynasta wróżka nie jest wcale straszna, a jednak gdy wkracza do sali balowej, wszyscy się jej boją. Chcesz powiedzieć, że tym strasznym darem, którego rodzice się tak obawiali dla swojej córki, jest po prostu dojrzewanie? To przecież biologia. Dlaczego Król i Królowa nie chcą przyjąć tej prawdy? Dlaczego nie chcą, by ich córka stała się kobietą?

K: To nie „tylko” biologia. To „aż” biologia i wiele poza nią. Bajkowi (a może nie tylko) rodzice nie chcą, by ich córka stała się kobietą ani żeby miała świadomość, co znaczy być kobietą. Jednocześnie chcą, by została obdarowana urodą, talentami, grzecznością, bogactwem – wszystkim, o czym można marzyć. Paradoks, prawda? Takie jest i dziś podejście wielu dorosłych. Dziewczynka ma być ładna, mądra, szybko się uczyć, odnosić sukcesy – kobiece, oczywiście. Chcemy, żeby ją wszyscy kochali, żeby jej się układało. Tylko nie pozwólmy jej dowiedzieć się, że z tego powodu, iż jest dziewczynką, ma pewien specjalny dar. Biologiczny, realny, mocny. Że jest kimś szczególnym. Wychowajmy ją przede wszystkim na grzeczną, miłą i uległą; na taką, która służy mężczyźnie, a także swoim dzieciom i jest z tego zadowolona, ale jednocześnie ma przekonanie, że jest słaba, że jej moc jest ograniczona, w jakimś punkcie się kończy. Przecież jesteśmy słabą płcią, prawda?

T: