Bajka o trybach i powrotach - Jakub Ćwiek - ebook + audiobook

Bajka o trybach i powrotach ebook i audiobook

Ćwiek Jakub

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Przejmujący obraz wojny z perspektywy dziecka, metalowi ludzie i pomieszane tryby w mechanizmie zegarka.

Za to opowiadanie Jakub Ćwiek otrzymał nagrodę im. Janusza A Zajdla.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 29

Rok wydania: 2023

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 0 min

Rok wydania: 2023

Lektor: Jacek Rozenek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bajka o trybach i powrotach

Dziadkowi Wieśkowi, pierwszemu pośród bajarzy. Temu, którego dzieciństwo przerasta moją wyobraźnię.

– Wróci, zawsze wraca – mówi Wiesiek.

– Wróci – powtarzają pozostali.

Najpierw starsi, potem młodsi, szeptem, jak się odmawia modlitwę podczas mszy, tak, by Bóg usłyszał, ale żeby nie przeszkadzać księdzu. Wróci, szumią jak las, gdy mocno wieje, zawsze wraca.

Wiesiek patrzy w ogień, gapi się na czerniejącą rękę Arlekina, tlące się włosy jego Kolombiny, nieopierzony kuper Złotej Kaczki, pokryty bąblami łuszczącej się farby. Na berło i koronę starego króla.

Patrzy na płomienie, bo nie ma gdzie podziać oczu. Jeśli uniesie je tylko trochę, napotka pytające spojrzenia maluchów. Nieco wyżej zaniepokojone twarze Małgośki, Karola i Janka. A ponad nimi są już tylko gruzy pod zawalonym sklepieniem, walające się wszędzie kukły i wszechobecne kolorowe kostiumy. Te ostatnie, przywalone cegłami, wyglądają jak pogrzebane w gruzowisku ciała.

Wiesiek zna się na tym, jak zresztą wszyscy tutaj, nawet maluchy. Odkąd zaczęła się wojna, widział wiele trupów. Zbyt wiele jak na czternastolatka, zbyt wiele nawet jak na starca. Dziesiątki, jeśli nie setki, a wszystkie z oczami jak dyndające wokoło marionetki. Namalowanymi. Pustymi.

Ale on nie jest trupem, myśli Wiesiek. Na pewno nie jest. Wróci. Zawsze wraca.

W końcu unosi wzrok. Maluchy są głodne i musi je czymś nakarmić.

– Chcecie posłuchać jeszcze raz o tym, jak Franek został bohaterem? Jak to się wszystko zaczęło? – pyta.

To nie kiełbasa i nie ziemniaki, ale cóż może poradzić. Nie mają nic więcej. Do czasu, aż wróci, została tylko opowieść.

METALOWY CZŁOWIEK

Przed wojną tata Franka był zegarmistrzem. Nie dlatego, że tym zajmował się wcześniej jego ojciec czy dziadek. Po prostu pewnego dnia, jako bardzo mały chłopiec, tata Franka – pan Joachim – powiedział sobie, że chce naprawiać zegarki. Dlaczego, zapytacie? Cóż, nikt nie zna prawdziwego powodu, ale ten, który w dzieciństwie podawał ciekawskim kolegom, zawsze brzmiał tak samo:

– Jestem leniwy, więc chcę się zajmować najmniejszymi rzeczami, jakie znam, bo małe rzeczy to mało pracy. A cóż jest mniejszego od trybów zegarka? Z drugiej jednak strony mam ambicję i chcę, by to, co robię, miało znaczenie dla całego świata. A któż ma na niego większy wpływ niż rządzący czasem?

Były to bowiem dni, kiedy tata Franka wierzył głęboko, że cofając wskazówki zegara, może też cofnąć godziny, zatrzymując mechanizm, zatrzymać świat, a pchając je do przodu, przyspieszyć wydarzenia.

Lata mijały, pan Joachim dorastał, w wiele rzeczy przestał wierzyć, ale marzenie o zegarmistrzowskim fachu pozostało i po kilku latach terminowania za pieniądze pożyczone od rodziców otworzył własną pracownię.

Nie była ona jak inne pracownie zegarmistrzowskie w mieście. Oprócz zegarka, który krył się w kieszonce kamizelki pana Joachima, i tego, nad którym zegarmistrz akurat pracował, nie było tam żadnych innych. Nic nie tykało w tle, nie kołysały się żadne wahadła, żadna kukułka nie pojawiała się o pełnych godzinach. Był tylko stół, nisko zawieszona żarówka i maleńki pokrowiec z kilkoma maleńkimi śrubokrętami. Pan Joachim pracował tylko nad jednym zegarkiem naraz, nie brał innych, dopóki go nie naprawił.

Był tak dobry w swoim fachu, że wszyscy przychodzili właśnie do niego, a nawet zapisywali się z miesięcznym wyprzedzeniem, byleby tylko przyjął ich zegarek do naprawy. Inni zegarmistrzowie w mieście musieli się zadowolić wymienianiem pasków, łańcuszków czy pękniętych szkiełek chroniących cyferblaty. Żaden jednak nie miał tego panu Joachimowi za złe. Był dla nich wzorem, a poza tym wszyscy wiedzieli, że on kocha zegary prawie tak bardzo, jak swojego jedynego syna. Tego nie mógł o sobie powiedzieć żaden inny zegarmistrz w mieście.