Opis

Ota Pavel zaczął opisywać swoją rodzinę podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Trafił tam po olimpiadzie w Innsbrucku, gdzie zobaczył Diabła – i podpalił budynek. Mówił, że dzięki pisaniu znów staje się chłopcem. Tak powstała sławna książka Śmierć pięknych saren.

Jednak zanim znalazł się w innym świecie, pisał reportaże sportowe. Były bardzo popularne, bo Pavel „ubaśniawiał” sport. Szukał w sportowcach zwyczajnych ludzi i to sprawia, że opowieści o nich – nawet jeśli nazwiska nic nam już nie mówią – są ponadczasowe. Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!

 

Mariusz Szczygieł

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sławna książka Oty Pavla Śmierć pięknych saren powstała, kiedy w szpitalu psychiatrycznym, w ramach terapii, zaczął pisać o swojej rodzinie.

Jednak zanim znalazł się w innym świecie, pisał reportaże sportowe. Były bardzo popularne, bo Pavel „ubaśniawiał” sport. Szukał w sportowcach zwyczajnych ludzi i to sprawia, że opowieści o nich – nawet jeśli nazwiska nic nam już nie mówią – są ponadczasowe. Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!

MARIUSZ SZCZYGIEŁ

Bajka o Rašce

1

W niewielkim mieście Frenštát pod Radhoštěm, pośród beskidzkich lasów, żył sobie szewc Oldřich Raška. Pojął za żonę Bedřiškę i miał z nią czworo dzieci. Dwie córeczki, Věrę i Ladislavę, oraz dwóch synków, Zdenka i Jirkę. Trzeba być nie lada sztukmistrzem, żeby zmajstrować pociechy tak pół na pół. Szewc Oldřich był złotą rączką także w innych sprawach. I w dodatku miał herb jak najwspanialsi mistrzowie i książęta. A w herbie tym pewnego dnia znalazły się złoty trzewiczek i czerwona róża.

Raškowie byli szewcami z dziada pradziada. Pradziad Rudolf był jednocześnie golibrodą i mytnikiem. A potem byli już tylko szewcy: Emil, Francek, Rajmund, Rudolf, Bedřich, Jan, Bohuš i nasz Oldřich, o którym opowiemy. W okolicy było i jest zawsze Rašków od groma. Emil Raška miał piętnaścioro rodzeństwa. Do dziś mawia się we Frenštácie, że jest czegoś „jak dzieci u Rašków”.

Powiadano, że księżna pani miała pewnego razu wielkie problemy z nagniotkiem i wybrała się koleją aż do Pragi, do najlepszego cyrulika. Ten troskliwie nagniotek wyciął, ale on odrósł. Wtedy skierowała się do słynnej podówczas firmy Bata, daremnie jednak. Firma nie zajmowała się już produkcją detaliczną, buty i pieniądze robiła na wielką skalę. Księżna pani stanęła więc ze skruchą i pokorą przed zakładem szewskim Oldřicha i poprosiła, żeby uszył jej trzewiczki ze specjalnym domkiem na nagniotek, które nie rozpadną się aż do śmierci. Oldřich odparł, że takich trzewiczków, które nie rozpadną się aż do grobu, zrobić nikt nie zdoła. Ale on sprawi jej trzy pary trzewików: jedne błękitne, jedne czerwone i jedne złote. I sprawił trzy pary bucików, a kiedy księżna pani przyszła je odebrać, włożyła na nogi te złote i odtańczyła w nich w warsztacie czeski taniec ludowy zwany obkroczakiem, ponieważ nagniotek już jej w tańcowaniu nie przeszkadzał. A potem wysypała z sakiewki pieniądze Oldřichowi, a z karocy przyniosła czerwoną różę. I powiedziała, że życzy mu, by wszystkie jego dzieci były równie zdolne jak on. I że na pewno przysporzą mu samych radości i nie dostarczą żadnych zgryzot. I w podskokach wróciła do karety.

I od tego czasu szewc Raška żywej już jej nie ujrzał. A złoty trzewik i czerwoną różę dodał do herbu. Ta róża była nieco zapłakana od rosy, jakby ktoś ją kiedyś skrzywdził.

Większość pieniędzy od księżnej pani Oldřich oddał mamie Bedřišce na jedzenie, a resztę poszedł przeputać z kolegami na přerowskie piwo w gospodzie Syberia. Nie był skąpcem, pieniążki poturlał po Syberii, która dlatego tak się nazywała, że życie jest zazwyczaj zimne i surowe jak Syberia, i tylko wtedy przestaje takie być, gdy człowiek skąpie się w złotym piwie.

2

W błękitnawe niedziele tata zabierał dzieci w góry. Błękitnawa niedziela to taka, gdy niebo jest błękitne i płyną po nim tylko obłoki jak białe baranki, i przeganiają ciężkie chmurzyska, co czasem siusiają na Matkę Ziemię. Lasy także niebieszczeją, pełne wonnych drzew, pachnących żywicą. I wszystko wokół jest tajemnicze niczym w zamku czarodzieja. A potoki są najbardziej niebieskie ze wszystkiego: w błękicie ultramaryny. Wysoko, w górze potoku, puszczasz łódeczkę z papieru, a u podnóża, gdy zaczyna lać jak z cebra, po rozpędzonej rzece gna parowiec.

Mały Jirka stał nad ultramarynowym potokiem i obserwował nieznanego stwora. Stwór płynął pod wodą i czasem wyskakiwał. Prężył się tak, że było widać jego czerwone i czarne cętki. Tata opowiedział Jirce, że to zwierzę to ryba – pstrąg. Taka ryba, która nie siedzi tylko na zapiecku ani nie ukrywa się zawsze za kamieniem, ale żyje głównie w bystrej wodzie. Ryba, która pokonuje wodospady i zdobywa góry. Ryba skoczek: potrafi latać.

A pstrąg jakby go usłyszał, przeciął powietrze i wskoczył do wodospadu. Zniknął w białym wirze wody czy może poleciał wysoko w błękitne niebo? Czy nie bawi się w chowanego z białymi barankami?

Tata Raška wchodził na szczyty zawsze pierwszy. A za nim gęsiego szły jego dzieci. Raz, dwa, trzy – to my, chłopcy. Cztery, pięć, sześć – teraz my, dziewczyny. Wędrowali przez malinowe zarośla, przez łąki pełne granatowych goryczek, przez pola czerwonych poziomek. Mijali żmije, które podnosiły łebki i zerkały, kto taki się tu kręci. Raškowie musieli dotrzeć aż na wierzchołek. Wyżej iść już nie było można, bo wyżej było już tylko niebo. Ojciec tak to zachwalał:

– Tu oddycha mi się najlepiej. To jest dopiero, mocium panie, powietrze. Łagodniejsze niż w warsztacie i jeszcze lepsze niż w Syberii.

Potem pozbierał wszystkie dzieci wokół siebie i poważnie im oznajmił:

– Gdy przyjdziecie tu w swoim czasie same, dostrzeżecie pod sklepieniem nieba skraj świata. A jak będziecie pracowite, odnajdziecie tam swoje szczęście.

Na niebie nie było ani jednej chmurki: to był złoty dzień. Kiedy padało, a czarne owce sikały z nieba bez ustanku, dzień był srebrny. Dzień czarny to taki, kiedy tata miał mnóstwo pracy, a dzieci musiały siedzieć w domu. A w tamtym złotym dniu, o którym opowiadamy, mama wyciągnęła z zawiniątka buchty. Były to wołoskie buchty z kapustą. A w blaszance przyniosła słabą kawę zbożową. Dzieci i dorośli zapełnili brzuszki, popili kawą i powędrowali z powrotem do Frenštátu. Byli szczęśliwi, a tata Oldřich śpiewał na cały głos:

Bo myśmy Wołosi

i każdy z nas przyzna:

Morawska Wołoszczyzna

to nasza ojczyzna…

3

Innym razem wybrali się na Horečky. To szczyt kawałek od Frenštátu. Był tam wspaniały pachnący las i panowała niesamowita cisza. Stała tam drewniana chatka jak z bajki i zawsze kurzyło się z jej komina. Chatka była zbudowana z drewnianych bali, a przed deszczami i burzami chroniły ją gonty. Na okiennicach ludowy artysta wymalował czerwone serca miłości. Płynął tu szemrzący potoczek, obracał niewielkie młyńskie koło ze starych srebrnych monet i wyśpiewywał jednostajną piosnkę: plum, plum, plum. A przed chatką leżał powalony ogromny jesion, drzewo niezwykle cenne i niezwykle piękne.

Jesion służył jako ławeczka dla strudzonych wędrowców, dla księżnej pani i dla myśliwych, dla tułaczy i dla drwali. Tu odpoczywali, nabierali sił i pili z kubka wodę dobrodziejkę.

Przysiadali tu sobie również szewc Oldřich z czworgiem dzieci. Tata Oldřich zawsze czekał, aż z chatki wyjdzie pani domu Anička Pravěčková. Drzwi się otworzyły. Wyszła starsza pani o pięknych włosach zaczesanych w kok, z haftowanym w lilie szalem i w białej bluzce ze złotymi guziczkami. Powitała przyjaciela szewca, zapytała, jak mu idzie szewcowanie, pozdrowiła panią Bedřiškę, a każde z dzieci, które siedziały na jesionie jak kurki na grzędzie, pogłaskała po główce. Zatrzymała się przy Jirce o kędzierzawych włoskach i oświadczyła:

– Kiedyś będzie wielki i sławny.

Potem uśmiechnęła się tajemniczo i widać było, że nie ma jednego zęba.

Zniknęła w chatce i wróciła po chwili z wołoskimi frgalami. Były to placki wielkie jak koło u wozu, z nadzieniem z jagód tarniny. Ciasta była cienka warstewka, za to dżemu mnóstwo, i były tak słodkie i tak dobre, że wszystkim dzieciom wyskoczyły guzy za uszami.

Tata szewc tymczasem wziął siekierę i poszedł do lasu naciąć gałęzi. Przyniósł całe naręcze cetyny i położył na progu. W lesie przy pracy śpiewał głośno:

Gdzie jest szewc, tam szydło,

gdzie szydło, tam dratew.

Stoi szewc we wrotach

w czerwonych galotach

i prosi o mydło.

Dzieciom te guzy za uszami zostały, więc gdy wszyscy wrócili do domu, tata musiał je wklepywać młotkiem szewskim.

4

Kiedy przyszła wojna, zarobkowanie dla szewca Oldřicha było coraz cięższe i cięższe, aż nadszedł czas, że nie mógł znieść dłużej tej biedy. Z powodu wojny nie można było dostać kruponu ani dratwy. Ludzie znów chodzili boso jak za czasów Pana Jezusa. A na tańce szli w cieniutkich kierpcach związanych rzemykami. A ponieważ niemal nikt nie chodził na tańce, kierpce wytrzymywały długo i szewc Oldřich nie miał pracy.

Kramik „Pod złotym trzewiczkiem i czerwoną różą” ucichł, a mama czasami płakała, że nie ma co do garnka włożyć. Codziennie gotowała zupę kwaśnicę z kapusty i wszystkiego, co można wrzucić do garnka.

Oldřich rozmyślał, co ma zrobić. Czarni żołnierze chcieli, żeby szył wojskowe buty. Wtedy będzie mógł się kąpać w złocie. Potrzebują wielkich siedmiomilowych butów, w których przekroczą całą Europę. Raz! Dwa! Chcą mieć takie buty, że jednym skokiem będą od razu w Paryżu i Warszawie, drugim – w Rotterdamie i Moskwie, i przejdą w nich kanał La Manche. Buty, do których nie przedostanie się holenderska woda i których nie skruszy rosyjski mróz. Szewc Raška odparł, że takich butów uszyć nie może, bo już niedowidzi, bo już trzęsą mu się ręce, i mógłby uszyć tylko niedobre buty. Mogłyby zaczepić o jakąś kościelną dzwonnicę. Pan oberkomendant zerwał mu herb i wypędził go z kramiku. A różę podeptał i ona zrobiła się jeszcze bardziej zroszona. I w końcu zaginęła. Podobno zabrała ją jakaś wiedźma z gór, ale nikt nie wiedział o tym nic pewnego. A złoty bucik zniknął.

W domu nie było już nic nawet na kwaśnicę, mogli zrobić jedynie wywar ze starych butów. Szewc Oldřich postanowił więc, że weźmie stołek szewski i pójdzie szewcować gdzie indziej. Choćby do dalekiej Turcji albo do Ameryki Południowej, gdzie jest pampa, skóry pod dostatkiem, tylko szewców porządnych brak. Kiedy skierował się do urzędu po pozwolenie na wyjazd, przepędzili go i powiedzieli, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Szedł więc do domu i po drodze zobaczył cmentarz z napisem nad bramą:

KIM TY JESTEŚ, JA BYŁEM. CZYM JA JESTEM, TY BĘDZIESZ.

A na bramie wisiało przybite gwoździem ogłoszenie:

PRZYJMIEMY GRABARZA,

KTÓRY POTRAFI KOPAĆ KILOFEM

I RÓWNIE SZYBKO MACHAĆ ŁOPATĄ.

ALE W ŻADNYM RAZIE NIE MOŻE BYĆ SMUTNY.

Szewc Oldřich stał i się zastanawiał. To znakomita praca. I roboty pod dostatkiem. Wciąż jest więcej ludzi, którzy umierają, niż takich, którzy potrzebują butów. Taniego świerkowego drewna na trumny też jest w Beskidach dość. A on smutny nigdy nie był. Nieustannie coś podśpiewywał pod nosem:

Gryzły szewca pchły

i był na nie zły,

zrobił im pułapkę

i złapał je w klatkę,

i nie gryzą pchły.

Ściągnął kapelusz i wszedł na cmentarz.

A nie powinien był tego robić.

5

Kiedy wojna się skończyła, Oldřich nie przestał być grabarzem. I nigdy nie był smutny. Szewskie piosenki porzucił i śpiewał wołoskie:

Idą, idą Wołosi

w górę do wsi.

Jeden niesie czesnek,

drugi niesie pieprzek,

nic nie niesie trzeci.

On zaś niósł kilof i łopatę. Był to niezwykły grabarz. Brał życie na wesoło, cokolwiek ono przynosiło. Cmentarz to przecież otwarty dla każdego ogród. Kwitły bratki i hoje, ludzie przynosili wieńce ze smrekowych gałązek z lasu i róże z ogródków. Zawsze tu pachniało i zawsze śpiewały ptaki, jakby na cmentarzu zaczynało się inne, pozaziemskie życie, jakby była to stacja przesiadkowa w drodze do Pana Boga. A ludzie, którzy tu przybywali, byli cisi, nie sprzeczali się i często mieli łezkę w oku. Kiedy pochylali się nad grobem, łezka spadała i wyrastał kwiatek, przebiśnieg bądź sasanka, zależnie od tego, jaką porę roku wskazywał kalendarz.

Przychodził tu do taty mały Jirka i tym kwiatkom, które miały za mało wody, dolewał jej z konewki, na której z jednej strony było namalowane uśmiechnięte słoneczko, a z drugiej zapłakany księżyc. Jesienią Jirka zawsze pomagał zmiatać opadłe liście. Razem z tatą zmiatali i zagrabiali ogromne góry liści. Jirka w nie wskakiwał i robił fikołki, jakby to była woda albo śnieg.

Szewc Oldřich nie lubił kopać grobów. Zanurzał się z kilofem i łopatą coraz głębiej i głębiej, dokoła leciały kamienie i glina. Kiedy wykopał sto głębokich grobów, przestał być wesoły. W oczach pojawił mu się nagle smutek, smuteczek maleńki jak ziarenko piasku. W owym czasie nakazano mu przygotować miejsce w grobowcu książęcym. Otworzył grobowiec i czekał. Dwie pary czarnych koni przywiozły pozłacaną książęcą trumnę z wyrzeźbionymi aniołkami. Ksiądz proboszcz wygłosił piękne kazanie, po czym trumnę spuszczono na sznurach do grobu, a ponieważ było to zimą, żałobnicy spiesznie udali się do zajazdu na grzane morawskie wino.

Oldřichowi przyszło do głowy, czy to aby nie jego księżna pani z nagniotkiem. Zszedł do grobowca i otworzył złotą trumnę z aniołkami. To była ona! Leżała w trumnie w białej sukni ślubnej. Lekko zadarł jej brzeg i zobaczył, że na nogach ma złote trzewiki z klateczką na nagniotek. Zdarte i zmęczone życiem złoto już na nich tak nie błyszczało. Ale wytrzymały aż do grobu, jak sobie życzyła. I zanim zatrzasnął trumnę, po raz ostatni spojrzał na księżną. Zdawało mu się, że się uśmiechnęła, a nawet puściła do niego oko: „Ale z ciebie chwat, Oldřichu”.

Potem z Oldřichem było już z górki. Robił się coraz smutniejszy i smutniejszy. Raz szedł przez cmentarz i widział nad sobą ponure chmurzysko. I wydawało mu się, że to chmurzysko mówi do niego:

– Miałeś nie być smutny, a jesteś. Nie powinieneś był brać tej roboty na cmentarzu.

Przyjrzał się uważniej tej chmurze i powiedział w niebo:

– Nagle zrobiło mi się żal wrzucać ludzi w głębokie dziury.

A na to chmura odparła:

– Ty też umrzesz, Oldřichu. I to niebawem. Masz chorobę, której ludzie nie potrafią wyleczyć.

Oldřich wrócił do domu i rzeczywiście niedługo później lekarze odkryli u niego tę chorobę. Nie skończył jeszcze czterdziestu lat i musiał umrzeć. Co się stać miało, to się stało. Zanim wieko jego trumny zamknęło się na zawsze, mało kto dostrzegł, że w niebo wzleciał biały obłoczek. Wyglądał jak jarmarczny balonik, ale był piękniejszy i bardziej nierzeczywisty. Poleciał wysoko w chmury, dołączył do nich, a białe baranki ucieszyły się, że mają nowego kolegę.

6

A teraz kolej na Jiřiego Raškę. Bo to on osiągnie najwięcej, zajdzie tak wysoko jak pan król albo nawet Karel Gott. A może zajdzie jeszcze wyżej, sięgnie do chmur i nie będzie w tym żadnego cudu. A jak to osiągnie? O tym zaraz opowiemy.

Kiedy Jirka był mały, musiał dużo pracować. Jako mężczyzna musiał zadbać o dziewczyny – Věrę i Ladislavę – a jak płakały, ocierał im łezki i łamał chleb do zbożowej kawy. Bił się na pięści w ich obronie i w tych walkach odniósł niejedną ranę. Nosił węgiel i rąbał drwa. Mama Bedřiška zadawała mu codziennie siedem zadań domowych, a on ze świecą szukał wolnej chwilki. Szybko spostrzegł, że wszyscy ludzie mają mniej więcej tyle samo wolnego czasu i że to od człowieka zależy, co z nim zrobi.

Od kramarza Bartonia przytargał beczkę po solonych śledziach. Pachniała dalekimi podróżami i srebrnymi rybkami, które jak strzały mkną po morzu i wyskakują nad fale. Usiadł na kamieniu przed beczką, poślinił palec i zebrał sól ze środka. Oblizał beczkę z każdej strony, potem przyłożył jej prawym sierpowym, a ona rozsypała się na części. I nagle Jirka miał już mnóstwo nart. Wybrał dwie deski, ostrugał je kozikiem i przymocował do butów rzemieniem i sznurkiem. Posmarował je zjełczałym masłem i wybrał się na kopce.

Zjeżdżał z góry, wspinał się pod górę, śnieg leciał na wszystkie strony, a on zapomniał o troskach chłopaka, który tak wcześnie stracił ojca.

7

Pewnej niedzieli na nartach, co widziały słone morze, wybrał się do pani Anički Pravěčkovej. Długo już u niej nie był. Chatka pod Horečkami wciąż jeszcze miała wymalowane na okiennicach czerwone serca miłości. Teraz leżała pod śniegiem. Młyńskie koło nie brzdąkało swojej piosenki: plum, plum, plum, ale stało cicho, monety błyszczały w słońcu. Tylko woda płynęła powolutku, jakby bała się zatrzymać, że zmarznie i zamarznie na zawsze. Przed chatką leżał jesion, jak leżał wtedy, gdy przyszli tam z tatą po raz pierwszy. Teraz był pokryty szronem i twardy jak kamień.

Jirka zapukał do drzwi. Anička Pravěčková otworzyła mu. Poznał ją od razu. Włosy jej zbielały, ale oczy wciąż miała radosne.

I kazała sobie wstawić nowy ząb.

Przywitała go radośnie:

– Wejdź dalej, chłopcze!

Zdjął narty z zamorskiej beczki i wszedł do chatki.

Ciocia Pravěčková miała domek jak z bajki. Ława, stół, krzesła, strop i belki z jasnego drewna – pachniało w nim jak w lesie – a na ścianach obrazy na szkle malowane. Zerkali z nich wąsaci panowie, którzy wokół głów mieli okrągłe aureole. Jeden z nich siedział na białym koniu, a obok niego padał namalowany śnieg. Pod półką na wieszaczkach wisiały pękate garnuszki z żartobliwymi obrazkami. A pod nimi stał gramofon z tubą i narysowanym psem, który nasłuchiwał, jaką muzykę się tu puszcza.

Pomiędzy tymi wszystkimi obrazkami wisiała fotografia miasta. Mia­sta na nizinie, zalanego słońcem, a w rogu fotografii była świątynia z uciętymi wieżami.

– Ciociu, co to za miasto? – zapytał Jirka.

– Paryż. Kiedy byłam młoda, chciałam tam pojechać. Ale nigdy nie byłam. Miałam już nawet uszytą suknię z różowymi falbanami… – powiedziała pani Pravěčková i wskazała świątynię z uciętymi wieżami. – To jest Notre Dame.

A potem już o tym nie mówiła i mówić nie chciała. Postawiła przed Jirką herbatę w pękatym kubku z czterolistną koniczyną, a na talerzyku położyła buchty z makiem i twarogiem. Jirka napełnił brzuszek. Potem pani Anička Pravěčková machnęła nad nim – a może i nie, któż to wie? – czarodziejską narciarską różdżką i jemu zaczęły się kleić oczy. Położył się na ławie, ciocia Anička dała mu pod głowę haftowaną poduchę w łanie i jelenie. Jeden jeleń zaryczał, a Jirka od razu usnął.

Kiedy się obudził, czuł się silniejszy niż wcześniej. W domku nikogo nie było, tylko w piecu trzaskał ogień, a na ścianie tykał drewniany zegar ze zroszoną czerwoną różą. Spojrzał na nią i się przestraszył. Jakby róża z herbu taty wspięła się na ten zegar po łańcuszkach z szyszkami.

Otworzył drzwi chatki, włożył narty po solonym śledziu i poszusował do swojej wspaniałej mamy.

8

Mama karmiła Jirkę zupą ziemniaczaną z podgrzybkami i poiła wodą z potoku. Wyrósł na porządnego chłopaka. Chłopaka z nastroszonymi włosami, podobnego do kosodrzewiny, która rośnie wysoko w górach, tam gdzie nic innego rosnąć nie chce. Ale z ziemi nic jej nie wyrwie. Ani wiatr, ani letnicy z Pragi. Był nieśmiały, bo za towarzyszy miał milczący las i górskie ostępy. Przyjaźnił się z modrymi potokami i kolegował z białym śniegiem. Krzyczał do ptaków, które krążyły ponad wierzchołkami drzew, i gnał na nartach za mokrymi od rosy zającami, i pragnął, żeby na niego poczekały. Ale donikąd nie wzleciał i nikogo nie doścignął, przed sobą miał tylko cień, a czasem za sobą. Wydawał się sam sobie tak marny w porównaniu z naturą, ze wszystkimi istotami, które biegają, skaczą i latają. Ale on będzie taki jak one:

– Zające! Ja was jeszcze dogonię na tych nartach, wytargam was za te długie uszy! Gawrony! Kiedyś polecę do was wysoko i zerwę szyszki z najwyższych smreków! Baranki na niebie! Jak dorosnę, poczochram wam futerko! Słyszycie?

I czekał, co odpowiedzą. Zające dalej przebiegały na krzyż przez hale i stawały słupka, baranki wiosłowały po niebie jak po lazurowym morzu i tylko gawrony śmiały się z niego i krakały, żeby raczej zalazł za piec i tam wcinał frgale.

Zaczął pobierać nauki u mistrzów narciarskich: pani Parmovej, pana Parma i pana Pitucha. Ci szusowali po morawskich zboczach, wykonywali skręty o tak egzotycznych nazwach jak „kristiania” czy „telemark”, mknęli w dół, a na oczach mieli okulary jak piloci samolotów z otwartą kabiną albo zawodnicy w wyścigach automobilowych. Wygrywali dla Frenštátu wszystko i wszędzie. Wygrali puchary z aluminium i ze srebra. Plakietki z brązu i odznaczenia z cyny. Raz wygrali nawet lody oraz kilo fistaszków i zdobyli Bóg wie ile tytułów. Jirka się do nich przyłączył. Uczył się już wtedy w Příborze na ślusarza. Talentu narciarskiego raczej jednak nie miał.

Ruszał razem z przyjacielem Pavlem Mikeską skoro świt do lasu, by pobiegać. Frenštát jeszcze spał, a kiedy przemierzali puste ulice, słyszeli, jak chrapią w domach szacowni mieszkańcy miasta. Chrapali pan aptekarz Andělín i pan rzeźnik Čendl. Chłopcy biegli przez plac miejski z arkadami, przebiegali obok kamiennego Jana Nepomucena, co stoi w rynku. Kiedy skręcali w kierunku lasu, mijali dom skrzypka Fioła, który we dnie spał, a w nocy grał. Ten już czekał, aż będą tędy przebiegać, żeby móc na nich wylać to, co miał w nocniku, ręcznie malowanym w rumianki. Ale nigdy mu się to nie udało, chociaż jego nocnik był tak wyjątkowy. Naczynie miało cztery ucha, żeby rozespany właściciel zawsze wymacał choć jedno.

Potem szło już gładko. Tylko z ostatniego domu w mieście zawsze było słychać:

– Wy cholerni wariaci!

I już biegli po pachnącym żywicą lesie. W lesie było pięknie. Nie było tu żywego człowieka, a zwierzęta w niczym im nie przeszkadzały. Kluczyli pomiędzy drzewami i stąpali po miękkim igliwiu. Ścieżki były proste jak wędki albo tory na wyścigach. Dbały o nie tylko wiatr, słońce i deszcz. Czasem chłopcy dobiegali aż do chatki cioci Pravěčkovej, ale ona zawsze jeszcze spała. Serca miłości na okiennicach były zatrzaśnięte.

I tak pod młyńskim kołem ze starych srebrnych monet pili wodę dobrodziejkę z kubka. Woda dodawała im tyle sił, że mogli biegać po lesie jeszcze godzinę.

Zimą Jirka wybrał się na pierwsze zawody w biegu zjazdowym na górze Radhošt, której pilnuje mocny słowiański bóg Radogost, co wyszedł spod ręki rzeźbiarza Poláška. Ale powiem wam prawdę: Jirkę zjeżdżanie z górki nic a nic nie bawiło. To było dla niego za mało. Chciał skakać. Skakać jak pstrąg, chciał patrzeć z góry na ludzi, chciał rwać szyszki z najwyższych jodeł i przede wszystkim chciał skakać dalej, niż kiedykolwiek skoczył człowiek. Skąd wziął na to odwagę i zuchwałość? Skąd w chłopakach w tym wieku bierze się jej tyle?

Jirka chciał latać wreszcie – ale nie jak kaczka, co z rozcapierzonymi skrzydłami spada na wodę jak buła. Chciał latać jak albatros, piękny ptak z rodziny ptaków morskich.

Zaczynał na zaśnieżonych skoczniach. A jak się bał! Chował głowę między ramiona i drżał z obawy, żeby jej nie rozbić. Od upadków miał guzy przed uszami i za.

9

Gdy zobaczył pod sobą na małej skoczni śnieżną przepaść, zmroziło go. Kiedy na wielkiej skoczni dojrzał przepaścisko, serce przestało mu bić. Zamknął oczy. Wciąż między ramionami miał schowaną głowę i skrzyżowane narty. Spadł na ziemię i oślepł. Śnieg zalepił mu oczy, rozrzucił mu ręce i nogi. Jirka potoczył się jak oderwany guzik.

Najbardziej ze wszystkiego przypominał kaczkę.

Najmniej ze wszystkiego przypominał albatrosa.

Stał u podnóża góry i płynęły mu łzy. Pływały w nich słońce i las. A na wierzchołkach smreków krakały gawrony:

– Co dalej, pędraku? Ty babko z rodzynkami jedna! Ty ciapciaku! I to ty miałeś rwać szyszki z drzew? Kto chce latać, ma być giętki jak witka!

Obserwował je z wściekłością i uparcie wdrapywał się znowu na skocznię. Tysiąc razy samotnie z niej skoczył. Gawrony na gałęziach umierały ze śmiechu. Człowiek i chce latać! Ależ widowisko! Siedziały na trybunach i w dodatku za darmo. Kiedy Jirka leżał, bo nie miał siły wstać, gawrony z nudów wyskubywały nasiona z szyszek i pluły nimi w niego.

Kiedy skoczył po raz tysięczny, ptaszyska wytrzeszczyły swoje stuletnie oczy. Chłopak trzymał głowę prosto, narty też prowadził prosto i leciał – jak gawron właśnie. Gawrony zebrały się i odleciały. Było to dla nich poniżające fiasko.

Następnej zimy Jirka uczył się ciągle na ślusarza. A przy skakaniu doradzali mu krewni, brat cioteczny Bartoš i stryj Rudolf. Sami byli znakomitymi skoczkami, zwłaszcza stryjek Rudolf, który skakał jeszcze na skoczni na Pustevnach i był uczestnikiem Pucharu Tatr. Rodzina przygotowała dla Jirki wspaniały wosk do nart o skomplikowanej nazwie „Lecidolecisamo”.

I w końcu Jirka wyruszył na prawdziwe zawody.

Na piersi przyczepili mu numer i na plecy dali taki sam. Tych zawodów nie wygrał ani nie przegrał. Był gdzieś pośrodku. Ale zdobył nagrodę – kołacz z rodzynkami.

Tylko że zawodom przyglądał się wielki znawca do spraw skoków z Rady Skoków i Upadków, pan Blaszka. Nosił okulary ze szkłami jak denka od butelek, na nosie miał brodawkę, miał też ołówek, notesik i lornetkę.

I głośno oświadczył:

– Ten Raška jest jakiś toporny. Nic z niego nie będzie.

I wysmarkał się.

Wszyscy wokół pokiwali głowami jak gawrony na gałęzi. Kiedy mówi to taka znakomitość, to musi tak być.

10

A potem Jirka wylatał w powietrzu tyle godzin co najlepsi piloci linii lotniczych. Wziął go w obroty ostrawski trener, niegdysiejszy znakomity zawodnik, krawiec Josef Skrbek, i ten dopiero dał mu popalić. Figura musiała być na rach-ciach i na tip-top, jak suknie szyte dla eleganckich panien i smokingi dla wytwornych panów. Jirka niczego nie mógł odfajkować, a styl miał szlifować, jak szlifuje się brylanty.

Zrozumiał, że najważniejsze jest wybicie. Jak skoczek dobrze się wybije, to potem dobrze i daleko poleci. Zobaczył, że musi też toczyć boje z matką aerodynamiką i tuż po odbiciu znaleźć najlepszą pozycję nart i ciała. Następnie musi dobrze umościć się w powietrzu.

Nigdy nie wkładał czapki. Prędkość przy rozbiegu sprawdzał uszami: słyszał, jak szybko jedzie, jak świszczy. Potem się wybijał, prostował, a później już tylko cieszył się z lotu. Kątem oka zerkał na szyszki na wierzchołkach smreków, które teraz z łatwością mógł zerwać; poczochrał już parę razy futerko baranków pasących się nisko nad ziemią, a świstem nart rozpędził gadatliwe gawrony. Pod sobą widział zbocze i linię bezpieczeństwa. Często mknął setką.

I był sportowcem amatorem, jak chciał tego przewodniczący komitetu olimpijskiego, siwowłosy Amerykanin Avery Brundage. Żył skromnie. Nie przelewało mu się. Co zarobił, oddawał mamie lub wkładał do pugilaresu na drobne wydatki. Naprawiał teraz obrabiarki w Morawskich Zakładach Elektrotechnicznych i robił przeglądy generalne. Obrabiarki miały kręcące się koła, a wypadały z nich ziarno, chleb albo od razu bułeczki. Krótko mówiąc, same najpotrzebniejsze rzeczy. Jirka po pracy uprawiał sport i stawiał sobie zadania, którym ledwie by podołał koń wałach.

Wygrał pierwsze zawody. Rywale zaczęli na niego wołać Franta, bo sposobem chodzenia i sylwetką przypominał im słynnego skoczka Františka Felixa. Ale i wy, i ja będziemy go wciąż nazywać Jirką, ponieważ już się przyzwyczailiśmy i całkiem nam to odpowiada.

Jednak pyszałkowate miasto stołeczne Praga kręciło nad nim nosem. Kiedy Jirka skakał w Karkonoszach, największy i najmądrzejszy dziennikarz wszech czasów Dżdżownica powiedział do swojej koleżanki Mądra­lińskiej:

– Chodźmy na kawę, teraz skacze jakiś Raška.

A potem Dżdżownica musiał dopytywać kolegów, jak ten skok wyglądał, ponieważ był to skok nie tylko najdłuższy, lecz także najpiękniejszy. Po raz pierwszy przypominał lot ptaka z rodziny ptaków morskich.

Jirka wygrał, jak jego nauczyciele, puchary z aluminium i ze srebra. I plakietki z brązu. Tylko z cyny niczego nie dostał, bo cynę już całą zużyto do ozdabiania talerzy i kufli do piwa z pokrywką. Poza tym wygrał lody waniliowe, metr końskiego salami, wędkę na ryby i piętnaście deka prażonych migdałów.

W czasie, kiedy chrupał migdały, dostał powołanie do wojska.

Skoczył jeszcze na Horečky, by pożegnać się z ciocią Pravěčkovą. Nasypał jej na dłoń migdałów. Anička Pravěčková dziwiła się, że Jirka nie idzie do batalionu skoczków. I powiedziała wprost:

– Wielcy panowie znowu zrobili po swojemu. Zwyczajnie o tobie zapomnieli. Albo cię znienawidzili. To jakieś hultajstwo. Tyś tylko chłopak z Beskidów. Nie szkodzi, napijesz się wody i zdrzemniesz chwilkę. Potem wyminiesz wszelkie pułapki.

Jirka napił się wody dobrodziejki spod młyńskiego koła z błyszczącymi monetami i wszedł do środka. Był zmęczony po tych wszystkich zawodach. Na ławie miał już przygotowaną poduchę z łaniami i jeleniami. Wielki jeleń zaryczał, a on usnął.

Kiedy się przebudził, w izbie nikogo nie było. Tylko zegar z jakby podeptaną czerwoną różą tykał. Wciąż była zroszona, a jemu się zdawało, że ona na niego patrzy. Po wodzie i po śnie czuł się silniejszy. Wybiegł przed chatkę, pogładził jedno serce miłości na okiennicy i pobiegł do wojska. Zabrał na drogę jedynie zdjęcie mamy, narty do skoków, szczoteczkę do zębów i jasnobłękitne niczym niebo mydło.

11

Jirka dołączył do żołnierzy, którzy pilnują granicy na Szumawie. Szumawa mu się podobała, była jednym wielkim lasem i jedną wielką ciszą. Tylko że tutaj nie było skoczni. Odłożył narty ze smutkiem w kąt. Kurzyło się na nie i nawet pająk uprządł sobie tutaj pajęczynę, i łapał szumawskie muchy. Jirka już by nie potrafił porządnie wybić się na skoczni. Kiedy wieczorem po ćwiczeniach kładł się na polowym łóżku, łzy kapały mu na podłogę. Wreszcie jakiś kapitan w ministerstwie obrony wpadł na to, że wśród wojaków zagubił się zdolny skoczek narciarski. Chłopak, który w razie potrzeby przeskoczyłby wrogie granice, przeleciałby nad całym pułkiem, łącznie z kuchnią i kucharzem. Przefrunąłby może i nad oddziałem, co ma nabite i wybite armaty. I wielka to szkoda, żeby taki skoczek szwendał się gdzieś samopas. Mądry kapitan zarządził ogólnowojskowe poszukiwania skoczka. Wszyscy strażnicy i dozorcy mieli sprawdzić pod łóżkami, a gdzie będzie najwięcej napłakane, tam śpi ten narciarz. Już na drugi dzień go mieli. Pod łóżkiem Jirki stała miednica pełna łez. Kiedy plutonowy znalazł Jirkę, wrzasnął:

– Ty, Morawiak, wypad do siebie na wieś!

I w ten sposób wszystko było jasne.

Wręczyli mu rozkaz wyjazdu oraz trzy serdelki na drogę i powiedzieli, którędy do Liberca. Zdjął pajęczynę z nart, schował do pudełka po zapałkach pająka na szczęście i wsiadł do pospiesznego.

W Libercu na dworcu czekał na niego rudawy olbrzym. Rękę miał wielką niczym niedźwiedź. Przedstawił się:

– Jestem Zdeněk Remsa. I też skakałem. Teraz jestem trenerem Dukli Liberec. Muszę najpierw sprawdzić, czy rzeczywiście jesteś tym zapowiadanym Rašką z Beskidów.

Dali mu kaszę z grochem na wzmocnienie i kawałek świńskiego ryjka. Przyjechał wóz bojowy, wpakowali narty oraz ludzi i ruszyli w stronę skoczni narciarskiej. Była to skocznia wysoka aż do nieba. Jirka długo już nie skakał, więc się bał. Zanim wszedł po schodach na skocznię, Remsa przykazał mu surowo:

– Albo skaczesz, albo wyskakujesz.

Kiedy Jirka na chwiejnych nogach właził na górę, przypomniał sobie ciocię Pravěčkovą, która mu obiecała: pokonasz wszelkie trudy. Napił się przecież wody dobrodziejki i zdrzemnął na poduszce z ryczącymi jeleniami. I od razu bał się mniej. Zerknął jeszcze na szczęście do pudełka z szumawskim pająkiem, potem przypiął narty, zrobił rozbieg, wybił się porządnie i przeciął powietrze jak za starych czasów.

Kiedy wylądował po raz trzeci, widział, że wszyscy na dole się do niego uśmiechają. Remsa objął go ramieniem i jak najlepsi koledzy poszli razem do koszar. W koszarach była brama wielce pięknie pomalowana. A na tej bramie stało:

REMSOVI CHLAPCI

REMSA MALCZYKI

REMSA BOYS

CHŁOPAKI REMSA

LES GARÇONS DE REMSA

Remsa skinął mu, żeby się nie krępował i szedł dalej. Pieścić się z nim nie będą.

12

W owym czasie w Radzie Skoków i Upadków toczyło się burzliwe zebranie, że to niemożliwe, aby Czechosłowacja nie miała ani jednego złotego medalu z zimowych igrzysk olimpijskich. Letnich medali uzbierało się niemal wiaderko, a zimowych ani widu, ani słychu. To oczywiście wina zimy: jest jej za mało. Pan Dobraręka zaproponował, żeby importować śnieg z Kanady. Raz przed wojną wzięliśmy stamtąd hokejowego trenera Matěja Bucknę, to możemy przywieźć i śnieg.

Specjalista od skoków, pan Blaszka, oznajmił, że to głupota. Czesi nie mają jazdy na nartach we krwi, a przede wszystkim nie mają tradycji ani kondycji. Śnieg w niczym tu nie pomoże. Medalu nie zdobędą nigdy. Zaproponował, żebyśmy po prostu odkupili medal w sekrecie od najlepszych sportowców świata, Norwegów, i dali im za niego milion koron czeskich bądź norweskich. A jeśli nie zechcą, to dajmy im zamek Křivoklát. Będzie dla nich najatrakcyjniejszym z zamków: są tam sanie stare jak Matuzalem i robi się ostry gulasz. I jest tam urocza piwniczka na wino.

Zgromadzeni ucichli. Propozycja warta była przemyślenia.

W kącie na beczce wosku do smarowania nart siedział cicho zawezwany trener Remsa. Miał już tego dość i wybuchnął:

– Medalu za sportowe dokonania kupić się nie da. Każdy naród sam go musi wywalczyć. My nie jesteśmy aż tak głupi czy niezdolni, żebyśmy tego nie umieli. Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie stworzę skoczka czempiona światowego.

To było mocno powiedziane. Po zebranych przeszedł szum, w tym kraju skoczka na poziomie światowym nie było nigdy, chyba że w stawie, co wyszło na jaw podczas konkursu żabich skoków na łące w Chlumie pod Třeboniem.

– Czego do tego potrzebujesz, trenerze Remsa? – zapytał przewodni­czący.

– Chcę nowych skoczni z tworzywa sztucznego, nowych butów marki Botas, nowych nart, mięsa na wielkie befsztyki oraz czekolady, którą lubią zawodnicy i której potrzebują. A ja potrzebuję kartki korespondencyjnej, żeby napisać swojej żonie Vlaście, aby na mnie nie czekała, bo będę miał mnóstwo treningów.

Rada