Bajka Mezozoiku - Damian Rancow - ebook

Bajka Mezozoiku ebook

Damian Rancow

0,0
12,12 zł

lub
Opis

Leonard. Mały Pteranodon, którego latanie nie jest mocną stroną, poznaje świat i przyjaźń z zewnątrz leśnego gniazda. A co najważniejsze. Piękno.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 13




Damian Rancow

Bajka Mezozoiku

© Damian Rancow, 2021

Leonard. Mały Pteranodon, którego latanie nie jest mocną stroną, poznaje świat i przyjaźń z zewnątrz leśnego gniazda. A co najważniejsze. Piękno.

ISBN 978-83-8245-272-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Za dolomitami subkontynentu Pangei, w głębi prehistorycznego lasu na mniej zadbanej części puchowca pięciopręcikowego, wykluł się mały bursztynowy Pteranodon imieniem Leonard. Z pierwszej perspektywy nie wyróżniał się niczym: ni to wyglądem, ni to tuszą. Niby nic nadzwyczajnego, ale, kamuflowały się tym odciągające pozory tego, że od czasu opuszczenia skorupy, nie mógł się utrzymać w powietrzu bez przewodnictwa doświadczonego pterozaura w swojej okolicy. Taka sytuacja powtarzała się niejednokrotnie, nie dając mu skupić uwagi na bodźce odpowiadające za zmysł latania.

Lata mijały a sytuacja się powtarzała. Leonard suwał się po przemykającym wietrze niczym latawiec. Nigdy sam z siebie, bo zasłaniając się zawsze skórzanym skrzydłem swoich rodziców pod nosem.

Choć złote miał łuski, to złotego talentu podniebnego było brak.

Pewnej nocy rozpaczała okropnie matka Pteradonka:

— Olaboga! Olaboga! Co z tego fajtłapy wyrośnie? Jak sobie poradzi bez latania? Bez pięknych pejzaży i widoków z powietrza? Co ja biedna poradzę?

Ojciec Pteranodon równie przygnębiony, przecierał jej łzy i uspokajał na każdym kroku.

— Nic, Słonko, nic nie poradzisz. On taki już jest — załamał ręce. — Jest i pozostanie nielotem.

Choć tata małego pterozaura zdecydowanie nie miał niczego złego na myśli i powiedział pierwsze co przyszło mu na język, Leonard to usłyszał. Nie spał. Zapłakany i wpatrzony w księżyc, niezauważenie wlókł się po gałęzi wiszącej wyżej czubków głów swoich rodziców.

Nie raz ich podsłuchiwał w toku zapominając o swojej drzemce. Mając na karku takich rodziców, nie było łatwo małej mającej do siebie wielki dystans gadzinie tak po prostu zmrużyć oka.

— W czym ja zawiniłem? — płakał cicho mały Pteranodon. — To nie moja wina, że nie wyklułem się takim jakim oni chcieli bym się wykluł.

Przetarł swój nos z morza własnych oczu i zasnął.

W bezchmurny dzień Leonard