Bądź przy mnie - Anna Bellon - ebook
NOWOŚĆ

Bądź przy mnie ebook

Anna Bellon

4,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

 

 

 

Czwarty tom bestsellerowej serii The Last Regret, którą pokochały tysiące czytelniczek. Pełna emocji i muzyki opowieść poruszy Twoje zmysły i serce.

Charlie wiedzie życie, o jakim zawsze marzył. Muzyka, sława, ciągłe trasy i tysiące fanów. Gdy jednak zaczynają się problemy z wytwórnią, przyszłość The Last Regret zawisa na włosku. To jednak tylko początek przeszkód, które staną im na drodze.

Fay dla związku z perkusistą The Last Regret poświęciła wiele. Oprócz swojej kariery zawodowej, której broni za wszelką cenę. Nigdy jednak nie wątpiła w to, że Charlie jest jej bratnią duszą. I zawsze przy nim będzie, bez względu na wszystko.

 

Bądź przy mnie to niezapomniane zakończenie emocjonującej serii The Last Regret. I ostatnie spotkanie z zespołem, który podbił serca tysięcy fanów.

 

Bądź przy mnie to emocjonująca i pełna pasji opowieść o miłości, przyjaźni i muzyce, która wnika do serca i porusza jego najczulsze struny. Jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki Anna Bellon przedstawiła blaski i cienie muzycznego świata. Wszystko wydaje się niezwykle realne, jakby nieustannie towarzyszyła ekipie z The Last Regret i z bystrością wnikliwego obserwatora uwieczniała ich historię. Polecam serdecznie!
Martyna Senator, autorka bestsellerów

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG. THE INTRO

Charlie

Nerwowo obracałem pałeczki, obserwując technicznych uwijających się jak w ukropie. Każda minuta od zejścia ze sceny naszego supportu ciągnęła się w nieskończoność. Za nami setki koncertów, a denerwowałem się zupełnie jak za pierwszym razem. Zawsze tak było.

Zamknąłem oczy. Okrzyki były ogłuszające. Zacząłem się w nie wsłuchiwać. Chłonąć je. Wibracje przyprawiały mnie o szybsze bicie serca i suchość w gardle. To było jak błogosławieństwo i przekleństwo w jednym, gdy strach mieszał się z ekscytacją. Czułem, jak jedno nakłada się na drugie, łączy i wytrąca z głowy każdą składną myśl.

– Trzy minuty! – Remy, nasz tour manager, musiał krzyczeć, żeby przebić się przez hałas dochodzący z widowni. Spojrzałem w jego kierunku. Patrzył na mnie wyczekująco, więc skinąłem głową. Czekał na sygnał, że wszyscy jesteśmy gotowi do wyjścia.

Gdy wyszliśmy na scenę pogrążoną nadal w ciemności, okrzyki przybrały na sile. Dopiero teraz mogłem poczuć prawdziwą adrenalinę. Sięgnąłem po pałeczki tkwiące w tylnej kieszeni spodni i usiadłem za perkusją. Wetknąłem w uszy odsłuch i skróciłem kable na karku. Teraz mogłem tylko usłyszeć, jak chłopaki robią ostatnie strojenie i ustawiają pedały. Mijały sekundy. W końcu zapadła cisza i Maia stanęła przy mikrofonie. Zacząłem wybijać rytm pod click track. Wtedy rozbłysły światła.

1. ART V$ COMMERCE

Charlie

Wystukiwałem palcami rytm na udzie, przeglądając na telefonie tekst piosenki. Byliśmy w Tornillo w zachodnim Teksasie i jako że mieliśmy kilka dni przerwy między koncertami, postanowiliśmy zahaczyć o studio. To konkretne miało raczej domowy, swojski klimat. Spotkaliśmy się w nim z producentem, z którym wielokrotnie współpracowaliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Przesiadywaliśmy tu już od trzech dni i udało nam się nagrać jeden singiel. Teraz pracowaliśmy nad drugim i nie szło tak gładko, jak byśmy chcieli. Wszyscy nerwowo wyczekiwaliśmy umówionej na dzisiaj telekonferencji z naszym teamem z wytwórni. Mieli zaopiniować materiał, który od nas dostali, i jako zespół obawialiśmy się tej rozmowy. W ostatnim czasie z wytwórnią zupełnie się nie dogadywaliśmy. Ani z ludźmi, którzy się nami zajmowali, ani z samym właścicielem, Malcolmem Cassidym.

Pisanie piosenek bardzo często wiązało się z gapieniem w ścianę albo sufit. Zerkaniem na tekst, czytaniem go na głos, poprawianiem w nieskończoność. Potem jeszcze powtórka z rozrywki przy szlifowaniu brzmienia. Studio, które wynajmowaliśmy, stanowiło część kompleksu i też tu nocowaliśmy, więc od przyjazdu spaliśmy niewiele, pracując jak najdłużej. Wczoraj udało nam się nagrać surowe demo singla, ale cały czas coś nam w nim nie pasowało. Byłem gotowy odpuścić sobie ten kawałek, jeśli dzisiaj nie udałoby się nam uzyskać zadowalającego efektu. Nie mogliśmy tracić więcej czasu.

Telekonferencję z wytwórnią mieliśmy zaplanowaną na jedenastą. Rozsiedliśmy się na kanapach i telefon Kylera trafił na stolik.

– Zanim zaczniesz dzwonić… – zaczął Ollie, ale zaraz machnął ręką. – W sumie to wszystko jedno.

Początek rozmowy przebiegł jak zwykle. Potem odnieśli się do materiału, który od nas dostali, i zgodnie z tym, czego się spodziewaliśmy, nie pasował do ich wizji artystycznej i sądzili, że się nie sprzeda.

– Okej, spoko, tylko powtarzacie nam to już któryś raz z kolei. – Nie wytrzymałem i odezwałem się, choć zwykle byłem tym, który podczas rozmów z wytwórnią siedzi cicho. – Potrzebujemy ludzi, którzy będą nas wspierać w naszych pomysłach, nawet jeśli mogą być nieco ryzykowne. Jeśli nie zamierzacie znaleźć z nami jakiejś płaszczyzny porozumienia, to dalsza współpraca nie ma najmniejszego sensu.

Reszta zespołu patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami. Nie byłem pewien, czy to dlatego, że w końcu zostało powiedziane to, co powinno paść już kilka miesięcy temu, czy może dlatego, że w ogóle się odezwałem. Możliwe, że oba powody były prawdziwe. Muzyk od drugiego muzyka różnił się głównie tym, jakie podejmował decyzje. Teraz nikt nie mógł podjąć jakiejś za nas.

Rain Cassidy niestety była członkiem naszego teamu i jak zwykle puściła gadkę, że jak najbardziej zależy im na dalszej współpracy, ale chcą też, żebyśmy się rozwijali. To też już słyszeliśmy nie pierwszy raz, a wszystko i tak zmierzało donikąd.

– Wyprzedaliśmy trasę w osiemdziesięciu procentach, trzy single z ostatniej płyty zdobywały topki i trafiły na listę „Billboardu”, a wy nie chcecie dać nam wolnej ręki? – włączył się do dyskusji Ollie. – To jest jakiś bullshit. Siedzimy teraz w studiu i jasne, nie wejdziecie nam w tym momencie do głów, nie usłyszycie tego, co mamy w planach. Jeśli jednak wcześniej to się sprawdzało, to co się zmieniło, że nagle każdy materiał, jaki wam damy, uważacie za niesprzedajny i zbyt mało komercyjny?

Dyskusja z wytwórnią toczyła się przez następne pół godziny. Oczywiście na koniec zapewnili nas o tym, że bardzo czekają na nowy materiał, ale puszczałem już takie uwagi mimo uszu. Byłem zmęczony ciągłym stresem związanym z wytwórnią. Nawet ta trasa mnie nie cieszyła i myślałem tylko o powrocie do domu.

– Pieprzony Cassidy – zakląłem i poderwałem się z kanapy, żeby wyjść ze studia. Trzęsły mi się ręce, gdy wyjmowałem paczkę fajek z kieszeni bluzy. Nie paliłem przez ostatnich kilka lat, ale ostatnio wróciłem do nałogu. Gdy trzasnęły za mną drzwi, spojrzałem przez ramię. Maia. Mogłem się domyślić.

– W porządku, Charlie? – zapytała, ściskając moje rękę.

Już miałem odruchowo potwierdzić, ale cholera, nie było w porządku i nie czułem się okej. Pokręciłem głową.

– Jak to jest, że osiągnęliśmy sukces, a wytwórnia, która zarabia na nas więcej niż my wszyscy jako zespół, wypina się na nas w ten sposób? – zacząłem, strzepując popiół. – Gdybyśmy zjebali z ostatnią płytą, tobym to zrozumiał, ale nie w momencie, gdy to był nasz najlepiej sprzedający się album. To zwyczajnie nie ma żadnego sensu. Wychodzi na to, że dopóki nie nagramy czegoś pod ich dyktando, to będą nas blokować. Chcą kawałki do radia, a my takich nie mamy.

– Wiem, mnie też to strasznie wkurwia. – Skrzywiła się. – Kilka lat temu myślałam, że nic lepszego nie mogło nam się trafić. Wytwórnia należąca do Sony. Co mogło pójść nie tak?

– Wszystko, jak widać. – Wzruszyłem ramionami. – Wydawało mi się, że pobyt w tym miejscu coś zmieni. Pamiętasz nasze pierwsze nagrania tutaj?

Maia parsknęła śmiechem.

– Pamiętam aż za dobrze – odpowiedziała, odgarniając z twarzy włosy, które uwolniły się z kucyka związanego nad karkiem. – To były dobre czasy. – W jej głosie zabrzmiała nostalgia, którą sam też czułem.

Lubiłem wracać do Tornillo. Nagrywanie tutaj wyglądało zupełnie inaczej. Na tydzień lub dwa odcinaliśmy się od wszystkiego i nie ruszaliśmy się z rancza. Na obiad jedliśmy mrożone pizze lub makaron z serem, popijając przy tym piwo. Tutaj przyjeżdżaliśmy, gdy brakowało nam inspiracji. Było w tym miejscu coś wyjątkowego. A może z dala od domu po prostu myślało się lepiej.

– Jak myślisz, jak to się zakończy? – zapytałem, dopalając fajkę.

– Masz na myśli wytwórnię? – upewniła się, a ja przytaknąłem. – Myślę, że to koniec. Przeczuwałam to od jakiegoś czasu, ponieważ Cassidy oczekuje od nas czegoś, czego nie możemy mu dać. Odkąd The Viper Strike uciekło gdzie indziej, coś się zmieniło.

Nie mogłem się nie zgodzić. Gdy TVS zwiało do innej wytwórni, wzrosła presja, jaką wywierała na nas nasza. Chcieli hitów, topek, nagród, ale chyba w tych wszystkich oczekiwaniach zapomnieli, że współpracują z ludźmi, a nie z plasteliną. Z perspektywy czasu wiedzieliśmy już, że nasz kontrakt jest niekorzystny, a przynajmniej boleśnie się o tym przekonaliśmy w ciągu ostatnich miesięcy. Było okej, póki żyliśmy dobrze z wytwórnią. Teraz byliśmy w kolejnej trasie, mimo że nie zdążyliśmy odpocząć po poprzedniej, a problemy tylko się nawarstwiały i mieliśmy związane ręce.

– Chyba nie jestem w stanie funkcjonować w ten sposób – odezwałem się. – Ten ciągły stres mnie wykańcza, Maia. Tęsknię za domem.

– Nie zamierzam szukać nowego perkusisty, Mad. – Jej stanowcze spojrzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że mówi szczerze. – Wrócimy z trasy i podejmiemy jakąś decyzję. Jakoś to ogarniemy.

– Brzmisz na zbyt pewną – zauważyłem.

– Mam w zespole geniusza muzycznego, nie mam powodów do obaw. – Trąciła mnie łokciem w bok. – Z Cassidym czy bez niego damy sobie radę, a teraz musisz mi zagrać ten sample, nad którym wczoraj pracowałeś.

Posłałem jej mordercze spojrzenie, bo nie planowałem go włączać do któregokolwiek z kawałków. Zwyczajnie wyżywałem się na konsoli jak na worku treningowym.

– O nie, nie wykręcisz się, Mad. – Dźgnęła mnie palcem w tors i bezceremonialnie pociągnęła za nadgarstek. Jak na takie chuchro miała całkiem sporo siły i po tym, jak się zachwiałem, w końcu poddałem się i dałem zaciągnąć z powrotem do studia. Gdy już byliśmy w środku, Maia wcisnęła mi pałeczki do ręki.

Usiadłem na stołku, założyłem słuchawki i najpierw zacząłem wybijać powolny, leniwy bit, próbując złożyć w całość muzykę, którą słyszałem w głowie, żeby zaraz potem rozebrać ją na części i wyłuskać z niej tylko swoją partię. Wtedy coś zaskoczyło. Cała frustracja, którą czułem, wylądowała na bębnach. Prawa pałeczka pękła z trzaskiem, ale od razu wyjąłem kolejną, nie przerywając grania. Grałem tak jeszcze przez kilka minut, aż poczułem ulgę, a ucisk w gardle zniknął chociaż na chwilę. Dopiero gdy skończyłem, spojrzałem na resztę zespołu oraz naszego producenta. Przyglądali mi się w milczeniu i zaczynało mnie to lekko krępować.

– To w zasadzie nic takiego. – Wzruszyłem nonszalancko ramionami, ale byłem gotów zapaść się pod ziemię.

– Nie wiem, w co to wpleciemy, ale ja chcę mieć to na albumie – odezwał się Kyler, sięgając po gitarę elektryczną. – Dawaj jeszcze raz, spróbuję się z tobą zgrać.

Przytaknąłem i zacząłem grać od nowa. Początkowo Kyler nieśmiało próbował podążać za wybijanym przeze mnie rytmem, starając się go wyczuć. Potem powtórzyliśmy wszystko kilka razy i najpierw dołączył do nas Ollie, a następnie także Miles. Powietrze w studiu zdawało się wibrować, a atmosfera zgęstniała. Ucisk w gardle zniknął.

Fay

Umówiłam się na dzisiaj na drinka z przyjaciółką z pracy, Talią. Weekendowe wieczory zwykle były dla mnie najtrudniejsze, gdy Charlie przebywał w trasie. Ta dłużyła mi się jeszcze bardziej niż zazwyczaj, bo między jedną a drugą wpadł do domu na miesiąc i znów wyjechał. Nie zdążyłam się nim nacieszyć. Nie mogłam też pojechać razem z nim. Znosiłam rozłąkę gorzej, niż byłam gotowa to przyznać. Na pewno nie przed Charliem.

Gdy weszłam do Faded, dostrzegłam Talię siedzącą przy naszym zwyczajowym stoliku na antresoli. Ciężki, zmysłowy bit i damski wokal, choć nie ogłuszający, zagęszczał powietrze. Uwielbiałam klimat tego miejsca.

Wspięłam się po szklanych schodach, a Talia poderwała się z miejsca, żeby mnie uściskać. W jej oddechu wyczułam wódkę z kolorowego drinka, który sączyła, czekając, aż przyjdę. Po mojej stronie stolika czekał na mnie identyczny koktajl. Swój Talia zdążyła opróżnić do połowy.

– Sorka, że zaczęłam bez ciebie, przyszłam nieco za wcześnie. – Uśmiechnęła się krzywo i objęła słomkę ustami pokrytymi błyszczykiem.

Talia miała egzotyczne rysy twarzy i oliwkową karnację, które odziedziczyła po matce Latynosce, a gdy ją poznałam, miała jeszcze swoje naturalne ciemne włosy, które teraz od jakiegoś czasu rozjaśniała. Było jej zaskakująco dobrze w obu wersjach. Decyzję o drastycznej zmianie koloru podjęła po burzliwym rozstaniu z chłopakiem. I nie tylko to się w Talii zmieniło od tamtego czasu.

– Uznam to za wkupienie się w moje łaski. – Uniosłam drinka i upiłam łyk. Smakował słodko i owocowo. Alkoholu nie czułam prawie w ogóle. – Co to?

– Podobno specjalność barmana. – Kiwnęła lekko głową w stronę baru. Nie pierwszy raz natknęłyśmy się akurat na tego mężczyznę za kontuarem. Był niczego sobie i próbował flirtować z Talią, która spławiała go za każdym razem. Głównie dlatego, że interesował ją inny barman…

– À propos barmanów… Co u Leviego? – zapytałam, a dziewczyna zarumieniła się intensywnie.

– Nic. – Wzruszyła ramionami. – Głównie po prostu rozmawiamy albo patrzę, jak pracuje.

Skrzywiłam się zawiedziona. Liczyłam na jakieś rewelacje po tym, jak Talia za moją namową dała mu swój numer przy którejś z kolei wizycie w Keller’s, gdzie Levi stał za barem.

– Poważnie?

– Poważnie – potwierdziła. – Zaprzyjaźniliśmy się, ale chyba przez to jeszcze bardziej się boję proponować coś więcej. Za bardzo go lubię – przyznała niechętnie, obracając palcem słomkę w niemal pustej szklance. – Czasem ci zazdroszczę.

– Czego dokładnie? – Zmarszczyłam brwi.

– Jesteś z Charliem od sześciu lat i dajecie sobie radę mimo tego, że niemal ciągle nie ma go w domu. Na dodatek masz do niego pełne zaufanie.

– Wiesz, że to nie takie łatwe. – To na Talii zazwyczaj polegałam, gdy łapałam doła podczas tras. Wtedy albo przychodziłyśmy do Faded, albo siedziałyśmy u którejś z nas i opróżniałyśmy zapasy wina. – Gdybyś nie miała dzisiaj czasu się ze mną spotkać, prawdopodobnie właśnie zaczynałabym drugą butelkę wina, oglądając Pamiętnik, i przeryczałabym pół nocy. – Nie pierwszy i nie ostatni raz.

– Może jednak powinnaś wziąć kilka wolnych dni i polecieć na któryś z następnych koncertów? – zaproponowała.

– Nie chcę rozpraszać Charliego… – odpowiedziałam. – Nagrywają właśnie nowy materiał w Tornillo, potem mają koncerty dzień po dniu. Nawet nie miałby dla mnie czasu.

– Kiepsko – podsumowała, na co pokiwałam głową i upiłam trochę drinka. – Myślałaś kiedyś, że to będzie wyglądać w ten sposób?

– Nie – przyznałam, nawet nie próbując kryć smutku. To nie tak, że życzyłam Charliemu i reszcie źle. Zwyczajnie nie spodziewałam się, że wszystko potoczy się w takim tempie, a mój związek stanie się w większości związkiem na odległość. Nie o tym marzyłam, ale kochałam Charliego i to musiało wystarczyć.

2. MONOMANIA

Fay

Następnego dnia ocknęłam się z okropnym kacem. Głowa pulsowała mi z bólu, a gardło miałam wysuszone na wiór. Obudził mnie Clark, który domagał się wyjścia na dwór. Z oporem zwlokłam się z łóżka, wzięłam dwie aspiryny, przebrałam w dresy i zabrałam psa na zewnątrz. Zimne powietrze mnie orzeźwiło i trochę pomogło na niespokojny żołądek. Krótki spacer zmienił się w godzinną wycieczkę po okolicy. Gdy wróciłam, dopiero dochodziła siódma. Zdziwiło mnie więc to, że ledwo dałam Clarkowi jeść, a już zaczął dzwonić mój telefon. Charlie. Natychmiast odebrałam.

– Hej, mam nadzieję, że cię nie obudziłem – zaczął cichym głosem.

– Hej, nie, nie obudziłeś. Właśnie wróciłam ze spaceru z Clarkiem. Coś się stało, że dzwonisz tak wcześnie? – zapytałam, czując ukłucie stresu gnieżdżące się między żebrami.

– Nie… W sumie nie. Kiepsko dzisiaj spałem i od godziny wahałem się, czy do ciebie zadzwonić.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Wiesz, że możesz dzwonić o każdej porze – przypomniałam mu. – Jak idą nagrania?

– Same nagrania nie najgorzej… – W jego głosie usłyszałam niepewność.

– Ale?

Westchnął ciężko.

– Rozmawialiśmy wczoraj z Ridge’em. Sprawa z wytwórnią wygląda kiepsko.

– Och… – wyrwało mi się. – Coś postanowiliście?

Charlie streścił mi przebieg rozmowy i rzeczywiście nie brzmiało to zbyt dobrze. Szybko zmienił temat i zapytał mnie o wczorajszy wieczór z Talią. Nawet gdy był w trasie, zawsze mówiłam mu, że gdzieś się wybieram. Starałam się też chodzić tylko do miejsc, które odpowiadały również jemu. W Faded pracował jego znajomy. Między innymi dlatego zawsze wybierałam górny bar na antresoli, a nie dolny, gdzie stał Isaac. Wystarczyło, że mnie widział, gdy wchodziłam i wychodziłam.

– Chyba nigdy się nie nauczysz, że te kolorowe drinki są podstępne – zaśmiał się cicho, kiedy przyznałam, że mam kaca.

– Prawdopodobnie nie – przyznałam, uśmiechając się mimowolnie na dźwięk jego śmiechu. – Charlie?

– Tak? – zapytał miękko, a jego głos pieścił moje uszy.

– Tęsknię za tobą.

– Ja za tobą też, Fay. Nie mogę się doczekać Monterey.

Po skończonej trasie mieliśmy się spotkać w Monterey i spędzić tam dwa tygodnie. Odpocząć i nacieszyć się sobą po długiej rozłące. Dogadałam się już nawet z siostrą, że zajmie się Clarkiem w tym czasie. Od tak dawna nie byliśmy z Charliem na żadnych wakacjach, że nawet wybrzeże jesienią brzmiało zachęcająco. Cokolwiek, jeśli tylko mogliśmy spędzić ten czas razem. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia.

Z Charliem rozmawiałam potem jeszcze przez dobre pół godziny. Opowiadał mi o pobycie w Tornillo, ja mówiłam o moich aktualnych projektach w pracy. Padł też temat świąt. W zeszłym roku nie było go w domu na Święto Dziękczynienia. Teraz planowaliśmy to sobie odbić, spędzić czas z rodziną, obejrzeć mecz futbolu i pójść na zakupy w Czarny Piątek – chodziliśmy na nie wspólnie jeszcze w liceum, gdy tylko zaczęliśmy się przyjaźnić dzięki korepetycjom, których udzielałam mu z chemii. Niekiedy tęskniłam za tamtymi czasami. Wszystko było wtedy dużo prostsze, a Charlie zawsze był na wyciągnięcie ręki. Wystarczył jeden telefon, a podjeżdżał po mnie swoim dodge’em i jechaliśmy do Taco Bell. Ewentualnie do Chick-fil-A. Nasza dieta składała się wtedy głównie z fastfoodów i kawy z Grace. Do tej pory, gdy tam zaglądamy, właścicielka kawiarni pamięta nasze stałe zamówienia. Flat white z pompką sosu karmelowego dla mnie i kawa przelewowa dla Charliego.

– Gdy wrócisz, musimy zajść do Grace – wtrąciłam.

Charlie westchnął z rozmarzeniem.

– Nawet nie wiesz, jak mi brakuje dobrej kawy i minibezy z Grace. Nie wspomnę już o szarlotce twojej babci. Możesz ją poprosić, żeby upiekła całą blachę na mój powrót?

Wybuchłam śmiechem, ale pokiwałam głową, choć nie mógł tego zobaczyć.

– Nie będzie trzeba jej prosić dwa razy – zapewniłam. – Byłam u niej w weekend, nie może się już doczekać, kiedy wrócisz. Ma ci bardzo dużo do opowiedzenia. Odkurza zapasy nalewki.

– Porzeczkowej? – upewnił się, a gdy potwierdziłam, jęknął. – Kocham twoją babcię.

Moja rodzina w większości uwielbiała Charliego, ale babcia w szczególności. Miała do niego słabość, odkąd pierwszy raz go do niej zabrałam. Kiedyś zapytałam ją o tatuaże i piercing u mojego chłopaka. Tylko machnęła ręką i stwierdziła, że nadają mu charakteru. Zareagowała na nie dużo lepiej niż moja siostra. Nie wiedziałam jednak, czy Alanę bardziej drażni wygląd Charliego, czy może jego tryb życia. Od kiedy tylko pojechał w pierwszą trasę, powtarzała mi, że prędzej czy później Charlie mnie zdradzi, bo „rockmani tak robią”. Nie wierzyłam w ani jedno jej słowo, co nie zmieniało faktu, że mnie one bolały. Nie było jej przy mnie, gdy najbardziej potrzebowałam wsparcia.

– Wszystko w porządku? – Głos Charliego wyrwał mnie z odrętwienia. Wstyd było się przyznać, ale w pewnym momencie się wyłączyłam, gdy opowiadał o zbliżającym się koncercie w Austin.

– Tak, przepraszam, zamyśliłam się… – odpowiedziałam ze skruchą. – Mówiłeś, że chłopaki z From Above są już w Austin?

Charlie

Tydzień w Tornillo minął w mgnieniu oka i nim się obejrzałem, graliśmy w Austin. Nasz support w postaci zespołu From Above pochodził właśnie stąd i to tu chłopaki z zespołu spędziły czas, gdy my byliśmy w studiu. Na razie mieli na swoim koncie tylko jedną epkę, jednak wyjątkowo dobrą i cieszyłem się, że Remy ich znalazł. Pobyt w domu zdawał się im dobrze zrobić. Silas Knight, ich wokalista, odżył i tego wieczoru rozgrzał publikę do czerwoności. A na pewno jej damską część, której wysokie piski na tym etapie zaczęły już ranić uszy. Byliśmy razem w trasie od kilku tygodni, ale nigdy jeszcze nie widziałem, żeby Silas uśmiechał się tak szeroko, schodząc ze sceny.

– Dobra robota. – Kiwnąłem głową z uznaniem i podałem mu butelkę piwa.

– Dzięki, stary.

Był cały czerwony na twarzy z wysiłku i gorąca, a długie do łopatek włosy opadały mu na twarz w mokrych strąkach. Odstawił na chwilę piwo na bok i związał je nad karkiem.

– Chyba musimy częściej zaglądać do Austin – stwierdził Kyler, kiwając w stronę sceny. Z widowni wciąż dochodził szum.

– Szkoda, że nie mogliście tu z nami posiedzieć przez ten tydzień, ale chyba nieźle wam poszło w Tornillo?

Do Austin przyjechaliśmy zaledwie godzinę przed soundcheckiem. Nie mieliśmy za wiele czasu na gadanie, nastroju zresztą też. Po rozmowie z wytwórnią w zespole panowała napięta atmosfera i nawet między sobą za wiele nie dyskutowaliśmy, chyba że podczas nagrań, wymieniając uwagi. Wszyscy byliśmy boleśnie świadomi decyzji, którą musieliśmy podjąć w najbliższym czasie, a management tylko nas w tym utwierdził. Oczywiście na naszą prośbę Ridge miał renegocjować kontrakt z BRMC, w końcu od tego był manager, ale już teraz wydawało mi się, że nic to nie da.

– Nie najgorzej – odpowiedziałem, wymuszając uśmiech. Silas i reszta nie musieli wiedzieć o całej tej sytuacji. Dopiero zaczynali, choć byliśmy w podobnym wieku. Na ich miejscu nie chciałbym na starcie być świadomy, że to może tak wyglądać. Straciłbym wtedy cały zapał, a ci kolesie zasługiwali na sukces i rozpoznawalność.

Knight przytaknął, ale bez przekonania. Toczyliśmy luźną rozmowę przez kolejne dwadzieścia minut, gdy techniczni przepinali sprzęt. Nie tęskniłem za bardzo za czasami, gdy robiliśmy to wszystko sami. Wiecznie coś się chrzaniło po drodze.

Normalnie koncerty ładowały mi baterie jak nic innego. Publika w Austin rzeczywiście była świetna, ale brakowało mi zapału. Odwaliłem swoją część roboty i myślałem, że schodząc ze sceny, będę czuł się lepiej niż wcześniej, jednak nic z tego. Choć tęskniłem za domem, zacząłem się zastanawiać, jak szybko uda nam się pojechać w kolejną trasę. Wiele wskazywało na to, że na jakiś dłuższy czas może to być nasza ostatnia. Ta myśl nie opuszczała mnie przez resztę wieczoru – ani gdy popijaliśmy piwo w busie, ani gdy potem przewracałem się z boku na bok w swojej koi.

Następnego dnia, gdy tylko zameldowaliśmy się w hotelu w Dallas, poszedłem na siłownię. Musiałem wyglądać, jakbym potrzebował towarzystwa, bo Silas bez dłuższego namysłu postanowił wybrać się razem ze mną. Wolałbym spędzić trochę czasu w samotności, ale głupio było mi go spławiać. Na dodatek zwyczajnie go lubiłem. Jak na frontmana nie był zanadto upierdliwy. Na scenie był megacharyzmatyczny, jednak poza nią raczej nie za wiele mówił i byle co go peszyło. Na mój parszywy humor wydawał się więc idealnym towarzyszem. W zasadzie zgodziłbym się dzisiaj na wszystko, byle tylko trzymać się z dala od Roba, gitarzysty From Above, któremu od rana gęba się nie zamykała na wspomnienie wczorajszego koncertu.

Po nieprzespanej nocy już po dwudziestu minutach interwału na bieżni miałem dość, jednak nie odmówiłem, gdy Silas poprosił, żebym asekurował go przy wyciskaniu.

– W Tornillo chyba jednak nie poszło tak dobrze, co? – zapytał po dłuższej chwili i miałem wrażenie, że wybrał ten moment umyślnie. Zostawienie kumpla przy wyciskaniu byłoby wyjątkowo wredne.

– Aż tak to widać? – mruknąłem niechętnie.

– Dzisiaj przy śniadaniu było raczej… dziwnie – stwierdził, nie przerywając ćwiczeń. – Prawie się do siebie nie odzywacie.

Trasy nieszczególnie sprzyjały prywatności. Nawet z supportem spędzaliśmy tyle czasu, że każda zmiana rzucała się w oczy.

– Mamy trochę spraw do przemyślenia – odpowiedziałem wymijająco. – Co z tym kawałkiem, nad którym pracowałeś w Saint Paul?

Silas zamrugał, wyraźnie zaskoczony zmianą tematu. Odpowiedział jednak na moje pytanie, nie drążąc.

– Cały czas przy tym dłubię, ale coś mi nie gra – przyznał.

– Mógłbym na to zerknąć – zaproponowałem. – Mamy dzisiaj sporo wolnego czasu.

– Poważnie? – zdziwił się.

Wzruszyłem ramionami.

– Czemu nie.

W Dallas mieliśmy dwa koncerty, bo pierwszy szybko się wyprzedał, i większość wolnego czasu spędziłem z Silasem. Miałem się czym zająć, a właśnie tego teraz najbardziej potrzebowałem. Szczególnie przed kolejną rozmową z naszym managementem, o czym zostaliśmy poinformowani, ledwo dotarliśmy do Saint Louis.

– Obawiam się, że nie mam zbyt dobrych wieści – oznajmił Ridge na wstępie. Chociaż właśnie tego się spodziewałem, poczułem zawód. Ollie, nachylający się dotychczas do telefonu, opadł ciężko na fotel i cicho zaklął. – Rozmawiałem z Rain o waszych obiekcjach względem braku zgody na polu artystycznym, potem też z Malcolmem i resztą zarządu. Przykro mi to mówić, ale stwierdzili, że dostajecie za to grubą kasę, więc powinniście spełniać ich oczekiwania. Jeśli chcecie, możecie próbować, jednak BRMC na ten moment najchętniej dałoby wam gotowy materiał do nagrania. Zrobili tak z tym ich nowym zespołem i chyba nieco się zachłysnęli sukcesem. Twierdzą, że wasza świeża formuła już się wyczerpała i nie widzą zbyt dużego rozwoju.

– Nieco się zachłysnęli? – prychnął Kyler. – Może jeszcze zaczną nam wybierać ciuchy?

– Nie spieszyłbym się z tego typu uwagami, bo teraz już chyba nic by mnie nie zdziwiło – odpowiedział Ridge i niestety, ale brzmiało to szczerze.

– Jakieś rady? – zapytała Maia. Na twarzy miała wypisaną zupełną rezygnację.

– Skończcie trasę i zastanowimy się wtedy, co dalej, ale jak dla mnie BRMC to już stracona sprawa. Będę z nimi negocjować, jednak nie spodziewam się efektów. Analizowaliśmy to z resztą zespołu i jesteśmy zgodni, że zmiana wytwórni wyszłaby wam w tej chwili na dobre. Rozmawiałem wstępnie z Cole’em i byłby chętny wejść z wami do studia, jednak przy Cassidym nie ma to sensu.

Ahren Cole jako producent miał swoją renomę. Był dobrym znajomym Ridge’a i tylko dzięki temu mieliśmy już okazję z nim współpracować. Od jakiegoś czasu miał jednak na pieńku z Malcolmem i materiał, do którego Cole przyłożył rękę, był z góry stracony. W gruncie rzeczy wolałbym jednak nagrać płytę z Ahrenem i szukać innej wytwórni, niż próbować się przypodobać Cassidy’emu. Na tym pierwszym chociaż moglibyśmy dobrze wyjść.

– Czyli co? Na ten moment stoimy w miejscu? – odezwał się Miles. Ja po swoim wybuchu podczas rozmowy z wytwórnią tym razem postanowiłem siedzieć cicho, jeśli nikt nie zapyta mnie o zdanie.

– Można to tak określić. Pokazywałem Damienowi materiał, który nagraliście w Tornillo, i jest zachwycony. Na razie skupcie się na trasie. Przyda wam się też trochę odpoczynku. Miesiąc przerwy między jedną a drugą trasą to mordercze tempo.

Miał rację. O tę trasę pokłóciliśmy się z wytwórnią jeszcze w trakcie jej planowania i w zasadzie ta sytuacja przypieczętowała brak porozumienia w sprawie materiału, który im oddaliśmy mniej więcej w tym samym czasie. Potem było już tylko gorzej. Krótko po zakończeniu trasy kończył nam się kontrakt i wyglądało na to, że BRMC chciało nas tylko przetrzymać do tego czasu, żeby nie ponosić kosztów wypowiedzenia nam umowy przed terminem, a w międzyczasie jak najwięcej na nas zarobić. Pierwsze dwa tygodnie w drodze nie były jeszcze takie złe, potem zaczęło się odzywać zmęczenie. Od prawie roku nie mieliśmy tak naprawdę czasu na normalny odpoczynek.

– Niby się tego spodziewałem, ale chyba miałem nadzieję na inne rozwiązanie – przyznał Ollie po zakończonej rozmowie.

– Nie ty jeden – skomentował Kyler. – Idę po browara. Chce ktoś? – Nikt się nie odezwał, a on tylko pokręcił głową. – Uznam to za tak.

 

 

 

Grupa Wydawnicza Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.szostyzmysl.com.pl