Wydawca: Bernardinum Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Babcia w pustyni i w puszczy - Basia Meder

Po krótkiej przerwie w Malawi, spowodowanej malarią, babcia Basia wyruszyła w dalszą wędrówkę po Afryce . Wciąż z dala od utartych szlaków, jedząc to, co tubylcy, podróżując tak jak oni: w zatłoczonym autobusie lub konwoju ciężarówek ze

strażnikiem trzymającym rękę na karabinie.   W Rwandzie spotkała rodzinę górskich goryli, w Etiopii obchodziła Boże Narodzenie, w Egipcie zachwycała się pustynią, w Mali padła ofiarą brutalnego napadu…

Wydawałoby się, że to zdarzenie definitywnie zakończyło jej podróż. Jednak babcia realizuje swoje marzenia z uporem i optymizmem – w 2010 roku wróciła do Afryki, do Maroka, którego nie udało jej się odwiedzić podczas wcześniejszej podróży. O tym wszystkim opowie czytelnikowi ,,Babcia w pustyni i w puszczy”.

Wojciech Cejrowski

Opinie o ebooku Babcia w pustyni i w puszczy - Basia Meder

Fragment ebooka Babcia w pustyni i w puszczy - Basia Meder

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

83-130 Pel­plin, ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11

tel. (58) 536 17 57, fax (58) 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.com.pl

Au­tor­ka tek­stu i zdjęć – Bar­ba­ra Me­der

Co­py­ri­ght © 2010 tekst i zdję­cia Bar­ba­ra Me­der

Co­py­ri­ght © 2010 opra­co­wa­nie pla­stycz­ne W. Cej­row­ski Sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © 2003 pla­stycz­ny kształt se­rii „Bi­blio­te­ka Po­znaj Świat” W. Cej­row­ski Sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © 2010 Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Pro­jekt okład­ki i ele­men­tów gra­ficz­nych: Łu­kasz Cie­płow­ski

Re­dak­cja: Do­ro­ta Ko­bie­row­ska, Edy­ta Urba­no­wicz

Ko­rek­ta: Edy­ta Urba­no­wicz

Mapy: Agniesz­ka Raj­czak

Pro­jekt gra­ficz­ny, do­bór i opra­co­wa­nie zdjęć: Woj­ciech Fra­nus

ISBN 978-83-7380-889-8

All ri­ghts re­se­rved. Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PODZIĘKOWANIA

Trud­no jest po­dzię­ko­wać wszyst­kim lu­dziom Afry­ki, spo­tka­nym pod­czas czter­na­sto­mie­sięcz­nej wę­drów­ki, któ­rzy otwo­rzy­li swo­je ser­ca i domy przed obcą, po­dró­żu­ją­cą ko­bie­tą. Lu­dziom, któ­rzy sta­li się czę­ścią tak waż­ne­go eta­pu mo­je­go ży­cia. Może kie­dyś for­mą po­dzię­ko­wa­nia dla nie­któ­rych bę­dzie po­da­ro­wa­nie im mo­ich opo­wie­ści afry­kań­skich wy­da­nych w wer­sji an­giel­skiej? Może to po­mo­że młod­szym po­ko­le­niom kra­jów afry­kań­skich po­zna­wać ję­zyk an­giel­ski otwie­ra­ją­cy im świat i da­ją­cy nowe moż­li­wo­ści na przy­szłość? Chcia­ła­bym, aby tak się sta­ło.

Trud­no jest wy­ra­zić po­dzię­ko­wa­nie wszyst­kim, któ­rzy w róż­ny spo­sób mi po­mo­gli. Ale przy­wo­łam na­zwi­ska nie­któ­rych osób, któ­re za­wsze były mi bli­skie, sta­ły się czę­ścią tej afry­kań­skiej wę­drów­ki lub po­mo­gły mi w ufor­mo­wa­niu tych ksią­żek. Wdzięcz­na je­stem:

Do­ro­cie Ko­bie­row­skiej-Dę­biec – za nie­złom­ną wia­rę w to, że moja opo­wieść o Afry­ce po­win­na do­trzeć do Czy­tel­ni­ków oraz za po­moc re­dak­cyj­ną,

a tak­że:

Ewie Ko­rec­kiej, Gra­ży­nie Swans­bo­ro­ugh, Ma­rii Le­wic­kiej, Elż­bie­cie i Ada­mo­wi Wi­sław­skim, Kry­sty­nie i Grze­go­rzo­wi Fun­ke, Ma­rze­nie i Wojt­ko­wi Gula, An­drze­jo­wi Dęb­co­wi, An­nie i Pio­tro­wi Wie­lo­pol­skim, Mał­go­si i Bol­ko­wi Kwiat­kow­skim, Ha­li­nie Ro­bin­son-Czer­mu­szyn, Te­re­sie Pe­gier, Ga­brie­li Nie­dziel­skiej, Ma­rii Fiend-Wroń­skiej, Ani i An­drze­jo­wi Sta­wow­czy­kom, Kry­sty­nie Ro­zal­skiej, Mar­ko­wi To­ma­li­ko­wi, Bar­ba­rze i Nor­ber­to­wi Żmi­jew­skim, Mag­dzie Wil­czyń­skiej, Da­nu­cie Wit­kie­wicz, Ja­dwi­dze i Wald­ko­wi Woj­tasz­kom oraz Mar­ko­wi Zür­no­wi – za przy­jaźń i wspar­cie mo­ral­ne w cza­sie po­dró­ży i pi­sa­nia książ­ki,

Anii Meysz­to­wicz – za tłu­ma­cze­nie na ję­zyk an­giel­ski li­stów z po­dró­ży,

Chri­so­wi Me­der – za po­moc in­ter­ne­to­wą w cza­sie trwa­nia afry­kań­skiej wę­drów­ki,

Gwen i Gle­no­wi McLa­re­nom – za in­spi­ra­cje ży­cio­we i go­ści­nę w Kapsz­ta­dzie, RPA,

Chri­sti­ne i Ala­sta­iro­wi, Pia i Jane oraz Chri­sti­ne Wale – za go­ści­nę w RPA,

Pig­my Po­ssum Lod­ge, Elo­uera Ski Club – za go­ści­nę w Char­lot­te Pass w Au­stra­lii,

Ani­cie Pa­ca­nin, Eli­za­beth i Ala­no­wi Ray-Jon­so­nom, Rose-Ma­rie i Joh­no­wi Be­sto­nom, Oli­ve i Gef­fo­wi Fer­gu­so­nom, Man­dy Cros­sin­gham, Gre­go­wi Do­wlin­go­wi, Cla­re Tit­tel, Ka­th­le­en Brient oraz Vir­gi­nii Wil­ton i Bru­ce’owi Han­for­do­wi, a tak­że Jen­ny Kees i Joe Bur­ges­so­wi – za wspar­cie mo­ral­ne w cza­sie po­dró­ży i pi­sa­nia książ­ki,

Bar­ba­rze Za­rzyc­kiej – za przy­jaźń i wie­lo­let­nią po­moc me­dycz­ną,

Azi­zo­wi Ab­de­la­zi­zo­wi – za go­ści­nę w Ma­ro­ko

Je­stem rów­nież wdzięcz­na Wy­daw­nic­twu Ber­nar­di­num za to, że uwie­rzy­ło w moje moż­li­wo­ści opi­sa­nia afry­kań­skich przy­gód, któ­rych uwień­cze­niem sta­ły się dwie książ­ki.

Dzię­ku­je jesz­cze raz tym wszyst­kim, któ­rzy byli lub są ze mną, wspie­ra­jąc mnie w nie­ustan­nym kształ­to­wa­niu mo­jej oso­bo­wo­ści, za trwa­ły ślad w moim ży­ciu.

Gdańsk, 27 wrze­śnia 2010 r.

1TANZANIA

– Je­steś go­to­wa? – za­py­tał Me­lvin.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łam, za­rzu­ca­jąc na grzbiet ogrom­ny ple­cak. Dru­gi za­ło­ży­łam z przo­du. Spoj­rza­łam w dal, na nie­bie­ska­wą wodę je­zio­ra Ma­la­wi. Wciąż czu­łam się osła­bio­na ma­la­rią, ale myśl o dal­szej wę­drów­ce do­da­wa­ła mi sił.

– Że­gnaj­cie – ma­cha­łam do Gre­ga, we­so­łych ku­cha­rzy i po­dróż­ni­ków. To były ostat­nie chwi­le w Nkho­ta Bay. Że­gna­łam się z Ma­la­wi.

– Tam już cze­ka nasz mi­ni­bus do Mzu­zu – po­na­glał Me­lvin.

Wkrót­ce prze­sie­dli­śmy się do na­stęp­ne­go, ja­dą­ce­go do wio­sek Ka­ron­ga i Son­gwe, po­ło­żo­nych na gra­ni­cy Ma­la­wi z Tan­za­nią. Ostat­ni, oko­ło dwu­ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek mu­sie­li­śmy przejść na pie­cho­tę, przez most nad gra­nicz­ną rze­ką Son­gwe. By­łam wdzięcz­na Me­lvi­no­wi za to­wa­rzy­stwo. Pot lał się ze mnie ciur­kiem. Na szczę­ście kon­tro­la do­ku­men­tów od­by­ła się szyb­ko.

Zbli­żał się zmierzch. Wsie­dli­śmy do dal­la-dal­la, tu­tej­sze­go mi­ni­bu­su, któ­ry ze­psuł się po krót­kiej jeź­dzie. Było już cał­kiem ciem­no, gdy do­je­cha­li­śmy do wio­ski Tu­kuyu. Na szczę­ście mie­li­śmy tan­zań­skie szy­lin­gi. Zna­leź­li­śmy noc­leg. By­łam sko­na­na. Nic więc dziw­ne­go, że rano obu­dzi­łam się z po­twor­nym bó­lem gło­wy. Otrzeź­wi­ła mnie tro­chę zim­na woda z ku­bła. Znów za­rzu­ci­łam na sie­bie ple­ca­ki i ru­szy­li­śmy z Me­lvi­nem do mia­stecz­ka Mbeya, le­żą­ce­go w za­chod­niej czę­ści Tan­za­nii. Na­szą przy­sta­nią na kil­ka dni stał się tu­tej­szy ośro­dek re­li­gij­ny – Mo­ra­vian Youth Cen­tre. To była zu­peł­nie inna Afry­ka. W ostat­nich ty­go­dniach bu­dzi­łam się wraz z gło­śnym pia­niem ko­gu­tów. Te­raz, tuż po czwar­tej rano, roz­po­czy­na­ły się śpie­wy z mi­na­re­tów po­bli­skich me­cze­tów.

Me­lvin to jed­na z cie­kaw­szych osób spo­śród gro­na na­po­tka­nych po­dróż­ni­ków. Mimo mło­de­go wie­ku ce­cho­wał się doj­rza­ło­ścią, wie­le go­dzin spę­dzi­li­śmy na fa­scy­nu­ją­cych roz­mo­wach.

Któ­re­goś dnia Me­lvin przed­sta­wił mi Jed­da­ha, swo­je­go prze­wod­ni­ka. Dwu­dzie­sto­la­tek cie­ka­wie opo­wia­dał o swo­jej ro­dzi­nie, znał mnó­stwo miej­sco­wych le­gend. Jego po­god­na twarz, uśmiech­nię­te oczy i lśnią­ce bia­ło­ścią zęby, któ­re po­ka­zy­wał w sze­ro­kim uśmie­chu, bu­dzi­ły sym­pa­tię. Za­in­try­go­wa­na słu­cha­łam jego opo­wie­ści.

– War­to by to spi­sać i wy­dać jako książ­kę – za­chę­ca­łam go.

Pa­trzył na mnie nie­pew­nie, szu­ka­jąc nie tyl­ko za­chę­ty, ale i kon­kret­nej po­mo­cy. Obie­ca­łam, że jak tyl­ko wró­cę do domu, skon­tak­tu­je­my się przez in­ter­net i wte­dy po­wiem mu, jak po­wi­nien się za to za­brać. Tak, w ta­kiej ma­łej mie­ści­nie był już do­stęp do in­ter­ne­tu, wiel­ka szan­sa na dy­na­micz­ny roz­wój Afry­ki.

Kie­dy wy­jeż­dża­łam z Mbeya, Jed­dah za­ofia­ro­wał się, że od­pro­wa­dzi mnie na dwo­rzec. Na pe­ro­nie z za­sko­cze­niem pa­trzy­łam na jego twarz. Miał smu­tek i łzy w oczach. Nie­spo­dzie­wa­nie za­czął za­da­wać py­ta­nia o mój stan cy­wil­ny i inne oso­bi­ste spra­wy. Za­cho­wy­wał się ni­czym za­ko­cha­ny mło­dzie­niec, że­gna­ją­cy uko­cha­ną. Czu­łam się dziw­nie. Nie­co zszo­ko­wa­na we­szłam do wa­go­nu. Sta­nę­łam przy oknie. Jed­dah stał na pe­ro­nie. Pa­trzył na mnie, jak­by prze­ży­wał we­wnętrz­ny dra­mat. Po­ciąg ru­szył. Po­czu­łam de­li­kat­ny, po­że­gnal­ny po­ca­łu­nek na ręce. Sta­łam oszo­ło­mio­na i zdzi­wio­na: jak to moż­li­we, że młod­szy o trzy­dzie­ści lat męż­czy­zna wy­ka­zał iskrę pa­sji i emo­cji do star­szej ko­bie­ty?

Sie­dząc w prze­dzia­le po­cią­gu do Dar es Sa­la­am dłu­go my­śla­łam o tym wy­da­rze­niu. Zro­zu­mia­łam, że wjeż­dżam w zu­peł­nie inny świat. Do tej pory, jako sa­mot­nie wę­dru­ją­ca przez afry­kań­ski kon­ty­nent ko­bie­ta, czu­łam się spo­koj­na i bez­piecz­na. Są­dzi­łam, że moje siwe wło­sy, ozna­ka wie­ku, chro­nią mnie przed ja­kim­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­niem męż­czyzn. Jak bar­dzo się my­li­łam…

Cały dzień prze­sie­dzia­łam przy oknie wa­go­nu wol­no ja­dą­ce­go po­cią­gu. Daw­no zo­sta­wi­łam za sobą bru­tal­ność su­che­go, spra­gnio­ne­go desz­czu kra­jo­bra­zu. Mi­ja­łam wy­so­kie góry, po­kry­te so­czy­stą zie­le­nią, za któ­rą bar­dzo tę­sk­ni­łam od kil­ku mie­się­cy. Ba­na­no­we plan­ta­cje cią­gnę­ły się ki­lo­me­tra­mi. Noc­ny czas dwu­dzie­sto­pię­cio­go­dzin­nej po­dró­ży prze­spa­łam wy­god­nie, wy­cią­gnię­ta na ła­wie z po­ście­lą. Ale od świ­tu znów tkwi­łam przy oknie. Po­ciąg su­nął, zo­sta­wia­jąc za sobą pa­smo gór­skie Udzun­gwa.

– Zo­bacz, tam stoi sta­do sło­ni! – pod­eks­cy­to­wa­ny pa­sa­żer, Tan­zań­czyk, wska­zy­wał ręką na mi­ja­ny za­gaj­nik.

Uświa­do­mi­łam so­bie szyb­ko, że wła­śnie prze­jeż­dża­my przez re­zer­wat Se­lo­us. Tra­sa po­cią­gu prze­ci­na bo­wiem jego te­ry­to­rium. Wkrót­ce mia­łam wra­że­nie, jak­bym sie­dzia­ła w ki­nie. Na sa­wan­nach pa­sły się sta­da zebr, guź­ców i an­ty­lop. Za­baw­ne łby dłu­go­szy­ich ży­raf wy­sta­wa­ły po­nad ko­ro­ny drzew. Ol­brzy­mie hi­po­po­ta­my, za­nu­rzo­ne w wo­dzie rzek i je­zio­rek, ły­pa­ły wiel­ki­mi gał­ka­mi oczu. Kro­ko­dy­le wy­le­gi­wa­ły się na błot­ni­stych brze­gach. Lwy od­po­czy­wa­ły w cie­niu, bę­dąc już pew­nie po po­ran­nym spa­ła­szo­wa­niu an­ty­lo­py. Czar­no-bia­łe mał­py, ge­re­zy, śmi­ga­ły wśród ko­na­rów drzew. Sło­nie zwy­kle po­ka­zy­wa­ły się sta­da­mi, ro­dzin­nie.

To nie był ogród zoo­lo­gicz­ny, ale praw­dzi­wa na­tu­ra, tyle że na ogrom­nym i za­mknię­tym ob­sza­rze – dla ochro­ny przed miej­sco­wą lud­no­ścią. Przez wie­ki na więk­szo­ści te­re­nów Afry­ki zwie­rzy­na zo­sta­ła bo­wiem pra­wie zu­peł­nie wy­trze­bio­na. Dla­te­go pod­eks­cy­to­wa­nie Tan­zań­czy­ków było nie mniej­sze od mo­je­go. Dla nich wstęp do tych par­ków jest bar­dzo dro­gi, do tego zwy­kle za bi­let pła­ci się w do­la­rach, co dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści jest nie­osią­gal­ne.

W cza­sie każ­de­go po­sto­ju w stro­nę okien po­cią­gu wy­cią­ga­ło się kil­ka­dzie­siąt, głów­nie ko­bie­cych, rąk. Do mat­czy­nych ple­ców były moc­no przy­tro­czo­ne, jak­by przy­kle­jo­ne, dzie­ci. Wie­śniacz­ki sprze­da­wa­ły, co się dało: coś do zje­dze­nia lub roz­ma­ite lo­kal­ne pro­duk­ty. Z po­dzi­wem pa­trzy­łam na dwu­dzie­sto­ki­lo­gra­mo­we wia­dra ziem­nia­ków, wor­ki z ce­bu­lą, pęcz­ki mar­chwi czy ba­na­nów, ła­do­wa­ne przez okna w bły­ska­wicz­nym tem­pie przez wie­śnia­ków, nie­ustan­nie się przy tym tar­gu­ją­cych z pa­sa­że­ra­mi. Za­pła­ta za to­war czę­sto była rzu­ca­na na pe­ron, gdy po­ciąg był już w bie­gu.

Kra­jo­braz zmie­nił się na ni­zin­ny, do­mi­no­wa­ły w nim ogrom­ne plan­ta­cje ba­na­nów i palm ko­ko­so­wych. Czu­łam, że zbli­ża­my się do wy­brze­ża Tan­za­nii. Wkrót­ce mo­głam prze­czy­tać wiel­ki na­pis DAR ES SA­LA­AM na dwor­cu w sto­li­cy kra­ju.

– Dar es Sa­la­am zna­czy „Miej­sce Po­ko­ju”; czy tak jest, wkrót­ce się prze­ko­nam – po­my­śla­łam.

Było go­rą­co, aż par­no. Ko­bie­ty w wie­lo­barw­nych ba­weł­nia­nych sa­ron­gach, nie­raz z nie­praw­do­po­dob­nie ol­brzy­mi­mi to­boł­ka­mi na gło­wie, szyb­ko zni­ka­ły z te­re­nu dwor­ca. Spryt­ni tak­sów­ka­rze sta­ra­li się wy­ło­wić mnie, bia­łą, z tłu­mu.

– Taxi, taxi! – usły­sza­łam chy­ba ze sto razy.

Spo­koj­nie ode­szłam tro­chę da­lej, aż zna­la­złam tań­szy trans­port do cen­trum. Po chwi­li, za­sko­czo­na, pa­trzy­łam na ulicz­ny tłum tego du­że­go, por­to­we­go mia­sta. Byli tam Afry­kań­czy­cy, Ara­bo­wie, Hin­du­si i Eu­ro­pej­czy­cy. Ta­kiej ludz­kiej mie­szan­ki jesz­cze nie spo­tka­łam. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym cho­dzi­ła jed­no­cze­śnie po wie­lu róż­nych kra­jach świa­ta. W jed­nej czę­ści mia­sta, wśród wy­so­kich i sza­rych ka­mie­nic wy­róż­nia­ły się strze­li­ste mi­na­re­ty me­cze­tów. Na wą­skich ulicz­kach do­mi­no­wa­li męż­czyź­ni-mu­zuł­ma­nie w tra­dy­cyj­nych cza­pecz­kach na gło­wach oraz w dłu­gich, zwy­kle bia­łych, ga­la­bi­jach. Nie­któ­rzy, dum­nie kro­cząc, ro­bi­li wra­że­nie szej­ków czy suł­ta­nów. Cza­sem prze­my­ka­ły ko­bie­ty – skrom­ne, cał­ko­wi­cie okry­te dłu­gą, czar­ną pe­le­ry­ną z kap­tu­rem na gło­wie.

Tuż obok za­uł­ków mu­zuł­mań­skich cią­gnę­ły się uli­ce z ko­pu­la­sty­mi, barw­ny­mi i ukwie­co­ny­mi świą­ty­nia­mi hin­du­istycz­ny­mi. Z otwar­tych do­mostw, ja­dło­daj­ni lub ulicz­nych stra­ga­nów do­cho­dzi­ły in­ten­syw­ne za­pa­chy kuch­ni azja­tyc­kiej. Mię­dzy tymi kil­ku­pię­tro­wy­mi do­ma­mi, zwy­kle o znacz­nie ja­śniej­szych ele­wa­cjach, krą­ży­li Hin­du­si – męż­czyź­ni po­staw­ni ni­czym ma­ha­ra­dżo­wie oraz ko­bie­ty odzia­ne w ko­lo­ro­we sari. Mło­de, ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny, idą­ce z gra­cją i wdzię­kiem, przy­po­mi­na­ły księż­nicz­ki z „Ba­śni ty­sią­ca i jed­nej nocy”.

Skrę­ca­jąc w inną stro­nę, do­szłam do ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go z wiel­kim krzy­żem na szczy­cie. Dźwięk dzwo­nów mie­szał się tu z na­wo­ły­wa­niem mo­dli­tew­nym z po­bli­skich me­cze­tów. Wzdłuż głów­nej, sze­ro­kiej i gło­śnej uli­cy peł­nej sa­mo­cho­dów, dal­la-dal­la, ro­we­rów i przy­droż­nych stra­ga­nów krą­ży­li czar­no­skó­rzy miesz­kań­cy, ty­po­wi Afry­ka­nie. Ubra­ni byli zwy­kle po eu­ro­pej­sku. Ich ogrom­ne oczy, przy cał­ko­wi­cie ogo­lo­nych gło­wach, wy­da­wa­ły się jesz­cze więk­sze i bar­dziej błysz­czą­ce.

Ko­bie­ty afry­kań­skie naj­bar­dziej mnie fa­scy­no­wa­ły z po­wo­du fry­zur. Set­ki mi­ster­nie sple­cio­nych war­ko­czy­ków, cza­sem z wple­cio­ny­mi ko­ra­li­ka­mi, two­rzy­ły nie­skoń­czo­ną licz­bę uroz­ma­ico­nych sty­lów, cza­sem bar­dzo no­wo­cze­snych.

– Fa­scy­nu­ją­ca mie­szan­ka kul­tu­ro­wa i spo­łecz­na – my­śla­łam wie­lo­krot­nie. – Wy­glą­da to tak, jak­by wszy­scy żyli tu w wiel­kiej zgo­dzie, to­le­ran­cji i po­ko­ju, jak­by zo­bo­wią­zy­wa­ła ich do tego na­zwa mia­sta.

Czu­łam jed­nak, że wje­cha­łam w od­mien­ny świat Afry­ki, gdzie nie bra­ku­je pro­ble­mów.

Przez ko­lej­ne dni spo­ro od­po­czy­wa­łam w ho­te­lu YWCA. Wciąż gnę­bi­ły mnie na­wro­ty ma­la­rii. Go­rą­ce i par­ne po­wie­trze spra­wia­ło, że czu­łam się osła­bio­na. Ale gdy któ­re­goś wie­czo­ru usły­sza­łam wo­kół dziw­ny ha­łas na uli­cy i huk strze­la­ją­cych sztucz­nych ogni, na­tych­miast zna­la­złam się przed wej­ściem do ho­te­lu.

– To jest hin­du­skie po­wi­ta­nie No­we­go Roku – usły­sza­łam wy­ja­śnie­nia.

Zie­mia dud­ni­ła. Po­wie­trze wi­bro­wa­ło. Fa­jer­wer­ki wy­strze­li­wa­no wprost z ulic. Fe­eria świa­teł wy­wo­ły­wa­ła okrzy­ki ra­do­ści. Pe­tar­dy strze­la­ły nie­mal­że spod nóg idą­cych i za­sko­czo­nych lu­dzi.

– To nie­bez­piecz­ne. Czy oni zwa­rio­wa­li? – dzi­wi­łam się, wy­stra­szo­na.

Pu­blicz­no­ści nic nie prze­ra­ża­ło. To było wiel­kie świę­to. Wie­le osób tań­czy­ło na chod­ni­kach i jezd­niach. Pod­da­łam się temu we­so­łe­mu na­stro­jo­wi. Na­gle wy­strze­li­ła dłu­ga se­ria sztucz­nych ogni, ba­jecz­nie ko­lo­ro­wych.

– Wi­wat Nowy Rok!!!

Wła­śnie mi­nę­ła pół­noc. Wo­kół za­czę­to skła­dać ży­cze­nia.

– Hap­py New Year!!! – wy­po­wie­dzia­łam chy­ba kil­ka­dzie­siąt razy. Była to noc czwar­te­go li­sto­pa­da 2002 roku.

– A gdzie przy­wi­tam mój Nowy Rok? Może w Etio­pii? – po­my­śla­łam o tym, co mnie cze­ka w naj­bliż­szych mie­sią­cach.

Tuż po szó­stej rano uli­ce Dar es Sa­la­am za­czy­na­ły tęt­nić ży­ciem. Do­szłam do por­tu. Tu­taj ruch był już wiel­ki. Spraw­nie do­sta­łam się na po­kład stat­ku pły­ną­ce­go na le­gen­dar­ną wy­spę Zan­zi­bar.

Od­le­głość oko­ło 70 ki­lo­me­trów sta­tek po­ko­nał w dwie go­dzi­ny.

– Pro­szę do kon­tro­li gra­nicz­nej – urzęd­nik wska­zał dro­gę do ma­łe­go bu­dyn­ku.

– Prze­cież wciąż je­stem w Tan­za­nii – zdzi­wi­łam się.

– Zan­zi­bar ma od­dziel­ne prze­pi­sy – od­po­wie­dział uprzej­mie, wbi­ja­jąc pie­cząt­kę do pasz­por­tu.

„Prin­cess Inn” – in­for­mo­wał ko­lo­ro­wy na­pis na nie­du­żym, kil­ku­pię­tro­wym bu­dyn­ku w bocz­nej ulicz­ce Ka­mien­ne­go Mia­sta (Sto­ne Town). Wej­ście ude­ko­ro­wa­ne było ma­lo­wi­dła­mi na ścia­nie i gir­lan­da­mi zie­lo­nych pną­czy i kwia­tów. Ba­jecz­na at­mos­fe­ra tego ho­te­li­ku była urze­ka­ją­ca. Ale to, co zo­ba­czy­łam za mo­ment, prze­kro­czy­ło moją wy­obraź­nię. Mój ma­lut­ki po­ko­ik przy­wo­dził na myśl oce­an. Jed­no­oso­bo­we łóż­ko mia­ło kształt ło­dzi ża­glo­wej. Wy­so­ko nad gło­wą fa­lo­wał de­li­kat­nie ża­giel, sta­no­wią­cy mo­ski­tie­rę. Ścia­ny i su­fit po­ma­lo­wa­ne były tak, jak­by łódź, czy­li moje łóż­ko, znaj­do­wa­ła się na oce­anie. Na fa­lach chy­bo­ta­ły się inne ło­dzie. Nie­bie­ska­wo-zie­lon­ka­wy ko­lor mie­szał się ze świa­tłem słoń­ca, wni­ka­ją­ce­go do wnę­trza.

– Chcesz zo­ba­czyć inne, więk­sze po­ko­je? – za­py­tał bro­da­ty Ah­med, wła­ści­ciel.

Za­czę­li­śmy wę­dro­wać po ko­ry­ta­rzach wy­ło­żo­nych barw­ny­mi dy­wa­na­mi, z wiel­ki­mi po­du­cha­mi do sie­dze­nia. Ah­med otwie­rał ko­lej­ne, wol­ne po­ko­je, za­zna­cza­jąc:

– To moje dzie­ło.

Je­den z po­koi był „pu­sty­nią”: w od­da­li wi­dać było ka­ra­wa­nę wiel­błą­dów. W in­nym mia­łam wra­że­nie, że je­stem w ja­ski­ni. Ze ścian zwi­sa­ły nie­to­pe­rze. Tyl­ko na jed­nej ścia­nie na­ma­lo­wa­ne zo­sta­ło świe­tli­ste wyj­ście z tej uro­kli­wej pie­cza­ry. W dali błysz­cza­ła zło­ci­sta pla­ża w peł­ni słoń­ca. Na pia­sku le­ża­ły róż­nej wiel­ko­ści mu­szel­ki – praw­dzi­we, przy­kle­jo­ne do ścia­ny. Przy­mknę­łam oczy. Nie­mal­że sły­sza­łam szum fal i skrzy­pią­cy pia­sek.

– Je­steś praw­dzi­wym ar­ty­stą – z po­dzi­wem pa­trzy­łam na Ah­me­da.

– Na­stęp­ny po­kój chcę za­mie­nić w po­kój księż­nicz­ki. Z my­ślą o mo­jej uko­cha­nej cór­ce – do­dał.

Wy­pi­ja­jąc ko­lej­ne szklan­ki her­ba­ty, przy­pra­wio­nej cy­na­mo­nem i pie­przem, słu­cha­łam ro­dzin­nych opo­wie­ści Ah­me­da – czter­dzie­sto­let­nie­go Ara­ba uro­dzo­ne­go w Oma­nie. Dom, w któ­rym mie­ścił się ho­te­lik „Prin­cess Inn”, na­le­żał kie­dyś do jego dziad­ków. Po­zna­jąc losy tej ro­dzi­ny, chło­nę­łam hi­sto­rię Zan­zi­ba­ru.

Pierw­szy­mi miesz­kań­ca­mi wy­spy byli Afry­ka­nie. Przez wie­ki do­cie­ra­li tu arab­scy i per­scy kup­cy, po­śred­ni­cząc w han­dlu mię­dzy Azją, In­dia­mi i Afry­ką. Stop­nio­wo opa­no­wa­li wy­spę i wznie­śli pięk­ne bu­dow­le Ka­mien­ne­go Mia­sta, sły­ną­ce­go z bo­gac­twa i prze­py­chu. Ra­zem z nimi do­tarł tu is­lam. W XVI wie­ku wy­spę zdo­mi­no­wa­li Por­tu­gal­czy­cy, póź­niej Bry­tyj­czy­cy, a wresz­cie Ara­bo­wie z Oma­nu. To wła­śnie oni stwo­rzy­li tu­taj cen­trum han­dlo­we Afry­ki Wschod­niej, opar­te głów­nie na han­dlu ko­ścią sło­nio­wą i nie­wol­ni­ka­mi. Zan­zi­bar stał się w koń­cu głów­ną sie­dzi­bą dwo­ru suł­ta­na z Oma­nu. Po­wsta­ły tu też ol­brzy­mie plan­ta­cje goź­dzi­ków i in­nych tro­pi­kal­nych przy­praw.

W XVIII wie­ku wy­spę po­now­nie zdo­mi­no­wa­li Bry­tyj­czy­cy. Wstrzy­ma­li han­del nie­wol­ni­ka­mi. Ale wła­dza Oma­nu zo­sta­ła osta­tecz­nie i dra­ma­tycz­nie oba­lo­na do­pie­ro w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku. Wów­czas Zan­zi­bar zo­stał po­łą­czo­ny z roz­wi­ja­ją­cą się Tan­za­nią.

Wśród wą­skich i krę­tych uli­czek Ka­mien­ne­go Mia­sta od­no­si się wra­że­nie, jak­by nic nie zmie­ni­ło się od wie­ków. Drew­nia­ne, ni­skie za­da­sze­nia wzdłuż do­mów two­rzą at­mos­fe­rę pół­mro­ku i ta­jem­ni­cy. Po­dob­nie jak w mu­zuł­mań­skiej czę­ści Dar es Sa­la­am, tak i tu­taj głów­ny­mi prze­chod­nia­mi i sprze­daw­ca­mi w nie­wiel­kich skle­pi­kach są męż­czyź­ni w ga­la­bi­jach oraz cza­pecz­kach na gło­wie. Cza­sem chył­kiem, szyb­kim kro­kiem, prze­my­ka­ją ko­bie­ty. Je­dy­nie śmie­ją­ce się dzie­cia­ki, dziew­czyn­ki i chłop­cy w eu­ro­pej­skich ciu­chach przy­po­mi­na­ją, że je­ste­śmy już w XXI wie­ku.

– Bar­ba­ra, po­znaj Ani­tę, też Au­stra­lij­kę – Ah­med przed­sta­wił mnie ślicz­nej, mło­dej dziew­czy­nie.

Wła­śnie do­tar­ła do ho­te­lu. Ah­med dał jej po­kój „ja­ski­nię”. Pa­trzy­łam na nią uba­wio­na. Jej pierw­sza re­ak­cja po­dob­na była do mo­jej.

– To jest moja wła­sna pie­cza­ra! – Ani­ta ra­do­śnie wsko­czy­ła na łóż­ko.

Ra­zem włó­czy­ły­śmy się po Ka­mien­nym Mie­ście. W cia­snych za­uł­kach na­po­tka­ły­śmy kil­ka­dzie­siąt me­cze­tów i szkół Ko­ra­nu. Mi­nę­ły­śmy też kil­ka ko­ścio­łów i set­ki skle­pi­ków. Pięk­nie rzeź­bio­ne bra­my i drzwi wio­dły do pię­tro­wych ka­mie­nic, któ­rych do­dat­ko­wą ozdo­bą były ko­ron­ko­wo ude­ko­ro­wa­ne we­ran­dy. Ar­chi­tek­tu­ra ka­mie­nic i re­zy­den­cji Ka­mien­ne­go Mia­sta jest nie­zwy­kłą mie­szan­ką kul­tur miesz­kań­ców Ara­bii, In­dii, Afry­ki i Eu­ro­py.

Nad brze­giem oce­anu znaj­do­wał się daw­ny pa­łac suł­ta­na. Z wie­lo­ma ozdob­ny­mi okna­mi, bal­ko­ni­ka­mi, ta­ra­sa­mi, da­cha­mi, z mi­ster­nie uło­żo­ny­mi czer­wo­ny­mi da­chów­ka­mi i ogro­da­mi, w któ­rych pal­my po­wie­wa­ły ni­czym wa­chla­rze, przy­po­mi­nał o zło­tym wie­ku Zan­zi­ba­ru. Jed­nym z naj­więk­szych po­miesz­czeń pa­ła­cu była sy­pial­nia z ogrom­nym, kil­ku­me­tro­wej sze­ro­ko­ści ło­żem suł­tań­skim, nad któ­rym pysz­nił się wy­so­ki bal­da­chim. Po­kój księż­nicz­ki Sal­my, z wie­lo­ma de­li­kat­ny­mi de­ko­ra­cja­mi, prze­no­sił go­ści w świat ba­śni.

– Nie dzi­wi mnie te­raz fan­ta­zja Ah­me­da – po­my­śla­łam, opusz­cza­jąc suł­tań­ską sie­dzi­bę.

Wie­czo­rem Ah­med za­pro­sił mnie i Ani­tę na ba­zar na na­brze­żu. W cią­gu dnia uli­ce były opu­sto­sza­łe, bo wła­śnie roz­po­czął się Ra­ma­dan, świę­ty mie­siąc, pod­czas któ­re­go mu­zuł­ma­nów obo­wią­zu­je ści­sły post od świ­tu do zmierz­chu. Wie­czo­rem zaś ba­zar sta­wał się świet­ną oka­zją do za­ba­wy i wiel­kie­go świą­tecz­ne­go po­sił­ku. Dłu­gie sto­ły, oświe­tlo­ne lam­pa­mi naf­to­wy­mi, ugi­na­ły się od pach­ną­cych sma­ko­ły­ków. W dali, przy nik­ną­cym, zło­ta­wym świe­tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, su­nę­ły ło­dzie ża­glo­we. Dzie­cia­ki ra­do­śnie ką­pa­ły się przy brze­gu.

– Ale je­stem głod­na! – wo­ła­ła Ani­ta.

Ku­si­ły pach­ną­ce szasz­ły­ki. Obok przy­cią­ga­ły wzrok dary mo­rza: ol­brzy­mie kre­wet­ki, lan­gu­sty czy inne stwo­ry mor­skie – sma­żo­ne, go­to­wa­ne i pra­żo­ne – de­ko­ra­cyj­nie uło­żo­ne na dłu­gich sto­łach.

– Spró­bu­je­my wszyst­kie­go po tro­chu – zgod­nie stwier­dzi­ły­śmy, na­kła­da­jąc so­bie na ta­le­rze sto­sy je­dze­nia.

– A te­raz coś lo­kal­ne­go do pi­cia – Ah­med wska­zał na dużą ma­szy­nę, przy­po­mi­na­ją­cą ma­giel, słu­żą­cą do wy­ci­ska­nia soku z trzci­ny cu­kro­wej.

Nor­mal­nie mia­ła­bym oba­wy przed pi­ciem ta­kie­go soku na uli­cy, ale Ah­med prze­ko­nał nas, że jest to bez­piecz­ne. Pa­trzył uważ­nie, jak mło­dy chlo­pak krę­ci kor­bą, wy­ci­ska­jąc sok. Gdy na ko­niec do­dał do ku­becz­ków kost­ki lodu, Ah­med z obu­rze­niem chwy­cił kub­ki i wy­lał ich za­war­tość.

– To w lo­dzie są za­raz­ki, nie w soku! – wy­krzyk­nął.

Sprze­daw­ca na­lał dru­gą por­cję.

– Py­cha – nie­mal­że ob­li­zy­wa­ły­śmy się ze sma­kiem.

– Te­raz za­wio­zę was na tań­ce – oznaj­mił Ah­med.

Przed spo­rym bu­dyn­kiem klu­bu noc­ne­go nie­pew­nie spoj­rza­ły­śmy na sie­bie. Po wej­ściu sta­nę­ły­śmy na se­kun­dę jak wry­te. Pół­mrok. Gło­śna mu­zy­ka. Mi­go­tli­we świa­tło lu­strza­nej, krę­cą­cej się kuli. Pod ścia­na­mi kil­ka sto­łów i fo­te­li. Na środ­ku gru­pa tan­ce­rzy – nie­mal­że sami mło­dzi męż­czyź­ni, mu­zuł­ma­nie w ga­la­bi­jach. Usia­dły­śmy z boku i za­ję­ły­śmy się ob­ser­wa­cją lo­ka­lu, a kie­dy na­de­szła pół­noc, po­sta­no­wi­li­śmy całą trój­ką wró­cić do ho­te­lu.

– Co za dzień! – że­gna­ły­śmy się przy wej­ściu do swo­ich ba­śnio­wych po­koi.

– Bar­ba­ra, śnia­da­nie go­to­we – oznaj­mi­ła z uśmie­chem ko­bie­ta z ob­słu­gi.

Ani­ta sie­dzia­ła już na barw­nym, per­skim dy­wa­nie, wśród sto­su ko­lo­ro­wych po­du­szek. Po­da­no nam pysz­ny omlet, pach­ną­cą przy­pra­wa­mi her­ba­tę oraz świe­że, po­kro­jo­ne owo­ce. Czu­ły­śmy się jak księż­nicz­ki. We­so­ły na­strój z po­przed­nie­go dnia wciąż trwał.

Wkrót­ce ra­zem z kil­ku­na­sto­ma tu­ry­sta­mi je­cha­ły­śmy mi­ni­bu­sem na ca­ło­dzien­ną wy­ciecz­kę po wy­spie, oglą­da­jąc po­zo­sta­ło­ści daw­nej świet­no­ści wład­ców: ru­iny let­nich pa­ła­ców suł­tań­skich, ki­ku­ty ko­lumn wiel­kich sa­lo­nów, ba­se­ny – te­raz po­ro­śnię­te li­lia­mi, pal­mo­we ogro­dy… Wnę­trze wy­spy po­kry­wa­ją plan­ta­cje tro­pi­kal­nych przy­praw i owo­ców. Kie­dyś Zan­zi­bar miał sła­wę naj­więk­szej na świe­cie plan­ta­cji goź­dzi­ków. Pa­trzy­łam na krze­wy, któ­rych kwia­ty były źró­dłem tej słyn­nej przy­pra­wy. Gdzie in­dziej wiły się pną­cza pie­przu i wi­dać było strze­li­ste li­ście im­bi­ru, Da­lej rósł kar­da­mon, kur­ku­ma, wa­ni­lia i inne ro­śli­ny, wzbo­ga­ca­ją­ce za­pa­chy i sma­ki kuch­ni ca­łe­go świa­ta. Mię­dzy plan­ta­cja­mi przy­praw ro­sły gaje po­ma­rań­czy i cy­tryn. Ki­lo­me­tra­mi cią­gnę­ły się plan­ta­cje palm ko­ko­so­wych.

– Tu­taj moż­na żyć po kró­lew­sku – śmia­łam się.

Na­stęp­ne­go dnia Ani­ta wra­ca­ła do Au­stra­lii. Przed wy­jaz­dem, w pół­mrocz­nym za­uł­ku, wy­pa­trzy­ła ma­lut­ki sa­lon fry­zjer­ski.

– Czy mo­żesz zro­bić mi war­ko­czy­ki? – za­py­ta­ła mło­dą ko­bie­tę.

Pa­trząc na cier­pli­wą pra­cę fry­zjer­ki, jed­no­cze­śnie przy­glą­da­łam się ko­bie­cie, któ­rej dło­nie i sto­py po­kry­wa­ły pre­cy­zyj­ne ma­lo­wi­dła wy­ko­na­ne hen­ną.

– To jest na­sza tra­dy­cja. Ju­tro wy­cho­dzę za mąż – wy­ja­śni­ła mi z uśmie­chem.

– Całe szczę­ście, że Ani­ta nie za­mó­wi­ła ma­lo­wa­nia. Wów­czas mu­sia­ły­by­śmy sie­dzieć w tym za­ka­mar­ku chy­ba do rana – po­my­śla­łam.

Gdy za­padł zmierzch, do ho­te­lu we­szła ślicz­na, smu­kła i mło­da dziew­czy­na. Zrzu­ci­ła czar­ną pe­le­ry­nę, uka­zu­jąc dłu­gą czer­wo­ną suk­nię. Była go­ściem Ah­me­da.

– Na imię mam Ze­li­ta – przed­sta­wi­ła się z uro­czym uśmie­chem.

Ra­zem, we czwór­kę, po­szli­śmy po­now­nie na ba­zar, aby coś zjeść. Na­stęp­nie usie­dli­śmy w wy­god­nych fo­te­lach, w ka­wiar­ni, w nad­brzeż­nym ho­te­lu „Afri­ca Ho­use”.

– Trzy ko­bie­ty i je­den męż­czy­zna – żar­to­wa­ły­śmy.

Wie­dzia­ły­śmy, że Ah­med ma żonę i dzie­ci w Oma­nie. Nie­fra­so­bli­wie, jak wi­dać, pod­cho­dził do spraw ro­dzin­nych, ser­decz­nie, ale bez spo­ufa­la­nia spę­dza­jąc czas z nami.

Kil­ka dni wę­drów­ki w to­wa­rzy­stwie try­ska­ją­cej ra­do­ścią Ani­ty wnio­sło wie­le war­to­ści w moją po­dróż. Od­pro­wa­dzi­łam ją na od­pły­wa­ją­cy o świ­cie prom, że­gna­jąc się z na­dzie­ją na po­now­ne spo­tka­nie kie­dyś tam, w Au­stra­lii.

Po­ran­ne, cie­płe świa­tło wscho­dzą­ce­go słoń­ca de­li­kat­nie oświe­tla­ło po­bli­ski, tęt­nią­cy już peł­nią ży­cia port ry­bac­ki. Ry­ba­cy wła­śnie wró­ci­li z noc­nych po­ło­wów. Roz­ła­do­wy­wa­no to­war z kil­ku­dzie­się­ciu ło­dzi. Przy­glą­da­łam się mu­sku­lar­nym, bo­so­no­gim tra­ga­rzom, dźwi­ga­ją­cym ogrom­ne sto­sy to­wa­rów. Mu­sie­li się wdra­py­wać na ka­mie­ni­ste, spa­dzi­ste na­brze­że. Po twa­rzach pot spły­wał im ciur­kiem. Na­pię­te mię­śnie były twar­de jak ska­ły. Po­my­śla­łam, że zu­peł­nie tak samo mu­sie­li wy­glą­dać nie­wol­ni­cy za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt lat temu.

– Może tu­taj czas się za­trzy­mał? – za­sta­na­wia­łam się. Ale wi­dok ło­dzi, na któ­rej po­wie­wa­ła fla­ga z du­żym zdję­ciem Osa­my Bin La­de­na, przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Po od­jeź­dzie Ani­ty Ah­med za­brał mnie na ob­jazd po in­nych, now­szych dziel­ni­cach mia­sta Zan­zi­bar. Tu­taj szyb­ko od­na­la­złam się w te­raź­niej­szo­ści, oglą­da­jąc licz­ne ba­za­ry, bo­ga­te re­zy­den­cje i zwy­kłe cha­ty oraz domy miesz­kal­ne. Przy daw­nym ro­dzin­nym domu let­ni­sko­wym Ah­med roz­czu­lił się:

– Tu ba­wi­łem się z dziad­kiem – wspo­mi­nał z roz­rzew­nie­niem.

Nie­wąt­pli­wie była to bar­dzo bo­ga­ta ro­dzi­na.

Roz­mo­wy z Ah­me­dem były dla mnie fa­scy­nu­ją­ce. Jego twór­cza wy­obraź­nia, duża wie­dza, jak rów­nież chęć po­dzie­le­nia się opo­wie­ścia­mi ro­dzin­ny­mi dały mi po­czu­cie sym­pa­tycz­nej za­ży­ło­ści. Jed­no­cze­śnie czu­łam się bez­piecz­nie. Wła­ści­ciel ho­te­lu cały czas był uprzej­my, ani tro­chę za­czep­ny czy za­lot­ny. Ostat­nie­go wie­czo­ru po­sta­no­wił po­ka­zać mi naj­wyż­sze, trze­cie pię­tro domu, bę­dą­ce jego re­mon­to­wa­ną pry­wat­ną re­zy­den­cją. Sta­łam oszo­ło­mio­na. Ogrom­ną prze­strzeń sa­lo­nu wy­peł­niał ol­brzy­mi, tra­dy­cyj­ny per­ski dy­wan. Z boku usta­wio­no pięk­ne sto­ły i fo­te­le – drew­nia­ne i bo­ga­to rzeź­bio­ne. W sy­pial­ni sta­ło ol­brzy­mie łoże z wy­so­kim bal­da­chi­mem. Ah­med jesz­cze tu nie miesz­kał. Zaj­mo­wał po­kój w dol­nej czę­ści ka­mie­ni­cy.

Ze­szli­śmy ni­żej na te­ren ho­te­lu. Usie­dli­śmy na dy­wa­nie, wśród sto­su ko­lo­ro­wych po­du­szek. Ah­med przy­niósł kil­ka sta­rych al­bu­mów ro­dzin­nych. Ob­słu­ga po­da­ła pach­ną­cą her­ba­tę. Opo­wie­ści o hi­sto­rii wy­spy i mia­sta Zan­zi­bar oraz o ro­dzi­nie Ah­me­da cią­gnę­ły się przez kil­ka go­dzin. Opo­wia­dał z pa­sją i błysz­czą­cy­mi ocza­mi. W koń­cu po­czu­łam się zmę­czo­na i za­mie­rza­łam pójść spać, gdy go­spo­darz zu­peł­nie zmie­nił te­mat roz­mo­wy. Ła­god­nym gło­sem za­py­tał:

– Czy mo­gła­byś zo­stać moją ko­chan­ką? Moja żona w Oma­nie też cię po­lu­bi. Mo­gła­byś tu­taj ze mną miesz­kać. Może za­ję­ła­byś się moim kom­pu­te­rem?

Za­nie­mó­wi­łam, kom­plet­nie zszo­ko­wa­na.

– Co się tu­taj dzie­je? – po­my­śla­łam. – Czym wzbu­dzam za­in­te­re­so­wa­nie męż­czyzn, do tego młod­szych? Czyż­by nie wi­dzie­li mo­ich si­wych wło­sów?

Pa­trzy­łam przez chwi­lę na Ah­me­da w mil­cze­niu. W koń­cu, uśmie­cha­jąc się przy­ja­ciel­sko, od­po­wie­dzia­łam:

– Je­stem wzru­szo­na ofer­tą przy­ję­cia mnie do two­je­go ha­re­mu, ale ja wolę swo­je wol­ne i skrom­ne ży­cie.

Po­że­gna­li­śmy się i szyb­ko umknę­łam do po­ko­ju.

Na­stęp­ne­go dnia, pod wie­czór, spa­ko­wa­łam ple­cak. Cze­ka­ła mnie ca­ło­noc­na po­dróż stat­kiem na ląd. Opusz­cza­łam wy­spę, za­fa­scy­no­wa­na miej­scem i ludź­mi. Z chę­cią wró­ci­ła­bym tu jesz­cze.

Kil­ka ko­lej­nych dni mu­sia­łam spę­dzić w go­rą­cym, par­nym i dusz­nym Dar es Sa­la­am. Ode­bra­łam wy­wo­ła­ne fil­my z ostat­nich mie­się­cy. Go­dzi­na­mi, sie­dząc pod mo­ski­tie­rą, ka­ta­lo­go­wa­łam je i wy­bie­ra­łam zdję­cia, aby je wy­słać oso­bom, któ­re spo­tka­łam w po­przed­nich kra­jach. Do tego do­szło pi­sa­nie li­stów.

W ocze­ki­wa­niu na wy­wo­ła­nie ko­lej­nych fil­mów po­sta­no­wi­łam po­je­chać na kil­ka dni na po­łu­dnio­we wy­brze­że Tan­za­nii. Tam bez koń­ca spa­ce­ro­wa­łam po prze­ślicz­nych, lśnią­cych bia­ło­ścią pla­żach. W pew­nym mo­men­cie nie mo­głam oprzeć się po­ku­sie za­ku­pie­nia na pla­ży świe­żo zło­wio­nych ryb i tak po­zna­łam ry­ba­ka Sha­be i jego żonę, Sal­mę, któ­ra zgo­dzi­ła się przy­rzą­dzić rybę, mimo trwa­ją­ce­go Ra­ma­da­nu. Ich dwie pię­cio­let­nie có­recz­ki-bliź­niacz­ki, Na­sra i Na­sma, zbli­ża­ły się do mnie naj­pierw nie­śmia­ło, ale po chwi­li by­ły­śmy za pan brat. Po­czu­łam się jak w domu. Dziew­czyn­ki za­czę­ły mó­wić na mnie bibi, co zna­czy­ło „bab­cia”.

– Przyjdź do nas na wie­czor­ny po­si­łek – za­pra­sza­ją­co po­wie­dział Sha­be.

Oczy­wi­ście po­ja­wi­łam się wie­czo­rem.

– Bibi, bibi! – wo­ła­ły z da­le­ka Na­sma i Na­sra, gdy mnie zo­ba­czy­ły. By­łam wzru­szo­na, my­śląc o swo­ich wnu­kach w Au­stra­lii.

Po­byt na pla­ży zre­lak­so­wał mnie i do tego od­mło­dził! W po­bli­żu było tro­chę eu­ro­pej­skich tu­ry­stów, a więc czu­łam się śmie­lej, gdy cza­sem szłam po­pły­wać. Pew­ne­go po­ran­ka za­sko­czył mnie nie­ocze­ki­wa­nym spo­tka­niem dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni mło­dzie­niec, któ­re­go wcze­śniej gdzieś wi­dzia­łam. Za­czął się do mnie za­le­cać. Bez koń­ca śmiał się, try­skał nie­po­ha­mo­wa­ną ra­do­ścią, jak dziec­ko. Pa­trzy­łam na nie­go z nie­do­wie­rza­niem. Śmie­szy­ła mnie ta sy­tu­acja.

– Co się dzie­je z tymi męż­czy­zna­mi? Oj, mu­szę się mieć na bacz­no­ści, aby nie dać się zwieść – pod­su­mo­wy­wa­łam wy­da­rze­nie ze spo­ko­jem.

Jed­no­cze­śnie uświa­da­mia­łam so­bie, jak wie­le eu­ro­pej­skich ko­biet ule­ga tym cza­ru­ją­cym za­lo­tom i przy­sta­je na cza­so­wy zwią­zek. Dla mnie było to ostrze­że­nie przed dal­szą wę­drów­ką. Wzmoc­ni­łam czuj­ność. Roz­mo­wy z sa­mot­ny­mi męż­czy­zna­mi sta­ra­łam się ogra­ni­czyć do mi­ni­mum. Gdy po kil­ku dniach zna­la­złam się w gór­skim mia­stecz­ku Mo­shi, u pod­nó­ża naj­wyż­sze­go szczy­tu Afry­ki – Ki­li­man­dża­ro, moja ostroż­ność w sto­sun­ku do mło­dzień­ców wzro­sła. Ko­lej­nych prze­wod­ni­ków po oko­li­cy za­bie­ra­łam do­pie­ro po spraw­dze­niu ich re­fe­ren­cji w miej­sco­wych ho­te­lach lub biu­rach po­dró­ży.

– Stąd wy­ru­sza­ją wy­pra­wy na szczyt Ki­li­man­dża­ro, 5896 me­trów nad po­zio­mem mo­rza – po­wie­dział Si­mon, mło­dy Tan­zań­czyk, mój prze­wod­nik.

Sta­li­śmy na wy­so­ko­ści 1970 me­trów, przy wej­ściu na tra­sę Ma­ran­gu, pro­wa­dzą­cą na ty­go­dnio­wą wę­drów­kę. Za­wsze czu­łam się cu­dow­nie w gó­rach i ma­rzy­łam o wej­ściu na Ki­li­man­dża­ro. Jed­nak sto­jąc u pod­nó­ża tej góry, bez wiel­kie­go bólu zre­zy­gno­wa­łam z tej wy­ciecz­ki, opa­no­wa­nej przez ko­mer­cję. Sko­rzy­sta­łam za to z pro­po­zy­cji Si­mo­na, któ­ry za­pro­sił mnie do ro­dzin­nej wio­ski.

Go­dzi­na­mi szli­śmy przez tro­pi­kal­ne, in­ten­syw­nie zie­lo­ne lasy u pod­nó­ża Ki­li­man­dża­ro. Mi­ja­li­śmy ka­mie­ni­ste wą­wo­zy, na któ­rych dnie pły­nę­ły wart­kie po­to­ki, wio­ski z tra­dy­cyj­ny­mi, gli­nia­ny­mi cha­ta­mi kry­ty­mi strze­chą i oto­czo­ny­mi buj­ny­mi ogro­da­mi. Na gór­skich zbo­czach, wśród ol­brzy­mich ko­na­rów drzew wi­sia­ły ogrom­ne pnie. To były ule dla dzi­kich psz­czół, z któ­rych co pe­wien czas miesz­kań­cy wy­bie­ra­li zło­ci­sty miód.

Gdy do­tar­li­śmy do dość du­że­go ro­dzin­ne­go domu Si­mo­na, wy­raź­nie bo­gat­sze­go od in­nych, na spo­tka­nie wy­le­gła cała ro­dzi­na.

– Moja mat­ka Bal­bi­na, sio­stra Flo­tea, brat An­tho­ny – przed­sta­wiał Si­mon.

Ro­dzi­na Si­mo­na na­le­ża­ła do wiel­kiej gru­py et­nicz­nej Chag­ga, ży­ją­cej głów­nie na sto­kach Ki­li­man­dża­ro. Gru­pa ta zna­na jest z szyb­ko ro­sną­ce­go do­bro­by­tu, jak rów­nież z wyż­sze­go po­zio­mu edu­ka­cji.

Dzie­cia­ki ba­rasz­ko­wa­ły ra­do­śnie w po­bli­żu, za­in­try­go­wa­ne nie­co­dzien­nym go­ściem. Przy­glą­da­łam się, jak na ma­lut­kim pal­ni­ku na wę­giel drzew­ny Flo­tea przy­go­to­wy­wa­ła dla nas po­si­łek – ja­jecz­ni­cę, szpi­nak i ku­ku­ry­dzę. Mia­łam wra­że­nie, jak­bym od­wie­dza­ła przy­ja­ciół. Czu­łam spon­ta­nicz­ną ser­decz­ność. Nie tyl­ko ja by­łam cie­ka­wa ich. Oni tak­że za­rzu­ci­li mnie py­ta­nia­mi o Au­stra­lię, o ro­dzi­nę i moje ży­cie.

Po­szli­śmy da­lej, ścież­ką wio­dą­cą mię­dzy ko­lej­ny­mi wio­ska­mi, aż za­trzy­ma­li­śmy się przy nie­du­żej, drew­nia­nej szop­ce z wy­zy­wa­ją­cą na­zwą „Bar Mia­mi”.

– Na­pi­jesz się lo­kal­ne­go, ba­na­no­we­go piwa mbe­ge? – za­py­tał mnie Si­mon.

– Dla­cze­go nie?

Zza chat­ki wyj­rzał mło­dy męż­czy­zna.

– Na­lej­cie so­bie sami – za­wo­łał.

Si­mon bez wa­ha­nia na­le­wał kre­mo­wo-brą­zo­wa­wy płyn do li­tro­wych, pla­sti­ko­wych, ko­lo­ro­wych wia­de­rek.

– Oj, wy­star­czy! – wo­ła­łam. Nie by­łam pew­na, jak moc­ny jest ten na­pój, ale po kil­ku ły­kach oka­za­ło się, że mój nie­po­kój był nie­po­trzeb­ny. Lo­kal­ne piwo ba­na­no­we przy­po­mi­na­ło ra­czej oran­ża­dę o ciem­nym za­bar­wie­niu. Mnie sma­ko­wa­ło.