Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 196 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka B. Opowieści z planety prowincja - Marcin Kołodziejczyk

Książka ta zaświadcza, że świat aż tak bardzo się nie zmienia. Mały realizm w XXI wieku trzyma się tak świetnie jak w XX. Marcin Kołodziejczyk jest nie tylko dziennikarzem. Dziennikarz najczęściej zna z góry wszystkie odpowiedzi, reporter czeka, żeby je usłyszeć. Podoba mi się to, jak Kołodziejczyk pyta o Polskę.

Mariusz Szczygieł

Z planety prowincja trudno uciec. Z Małkini, Szmulek czy  miasteczka Z. jedyna droga ucieczki prowadzi czasem na tory kolejowe. Obraz polskiej prowincji jest tu bardzo prawdziwy, chociaż to nie są klasyczne reportaże, raczej opowiadania oparte na faktach. Czytamy o utraconych szansach i o tych, którzy nigdy szans nie mieli. Te portrety są przejmujące i świetne napisane. Tak, że czytelnik zupełnie nie chce uciekać z tej planety.

Justyna Sobolewska

Lokalne piękności lansujące się w Warszawie; wiejski Wajdelota uznawany przez miejscowych za uzdrowiciela; chłopcy rzucający się pod niemieckie samochody, aby wyłudzić odszkodowanie; pracownicy fabryk snujący opowieści o swym pustym życiu na trasie Warszawa–małe miasteczko.

Niepokojące, przenikliwe, zawsze autentyczne obrazki z polskiej prowincji. Z pozoru niewiele znaczące opowieści o codziennym życiu przeciętnych mieszkańców małych miasteczej i wsi – Polski B. W rzeczywistości książka Kołodziejczyka to atlas ludzkich emocji.

Opinie o ebooku B. Opowieści z planety prowincja - Marcin Kołodziejczyk

Fragment ebooka B. Opowieści z planety prowincja - Marcin Kołodziejczyk

MarcinKołodziejczyk

B. Opowieści z planety prowincja

Fragment

1 Dziewczyna z fabryki

Była raz w Małkini taka dziewczyna, która nie miała zęba jedynki, a drugiej nie miała pół. Nazwisko nic wam nie powie. Pracowała w fabryce słodyczy imienia 22 Lipca w Warszawie i czasem przywoziła do domu takie wielkie bezkształtne bloki czekolady owinięte w gazetę. Głowa – mówili u niej w domu na taką czekoladę. Ale ona mówiła: odrzut z eksportu, nie kradzione. Rąbali to tasakiem do mięsa.

– Która to była? – pyta Wąchol. – Bo znałem jedną bez zęba.

Wąchol wsiada w Tłuszczu, trzymają mu miejsce w wagonie. Siada, żre kanapkę i przeszkadza. Niby technik w zakładach optycznych, pracownik umysłowy, ale każdy wie, że zdegradowany za wódkę w godzinach pracy. Ponadliczbowej co prawda, ale nikt go nie zmuszał wtenczas zostawać po godzinach. Szły święta, chciał dorobić na pod choinkę, no to się dorobił. Od tamtej pory Wąchol trochę przygaszony, rachunki mi się nie bilansują, ożeż kur wagon przywieźli, narzeka. Pomimo to – jak każdy umysłowy – multum ma do powiedzenia na dowolny temat, prawie zawsze jadowicie.

– To było dawno – mówi mu teraz Stary.

– Weź daj posłuchać – mówi dudniąco Cichy, o którym myśleli, że zasnął.

Ta dziewczyna jeździła do Warszawy o szóstej zero trzy, dzień w dzień szósta trzy.

– Nie ma takiego pociągu szósta trzy – mówi Cichy.

O Cichym niewiele wiadomo. Kiedyś trochę opowiadał, ale nie mogli zrozumieć, a wstydzili się poprosić, żeby powtórzył. Zwłaszcza że płakał w trakcie opowieści, bo był po piwie wypitym na proszki psychiczne, przy których nic w ogóle nie powinno się pić. W kącikach ust zbierała mu się piana – słowem widać było, że to, co mówi, ma dla niego wagę. Coś tam było o jednostkach desantowych, że wypadł z transportera na ćwiczeniach poligonowych w Drawsku. Albo że wpadł pod niego. Albo może to było w Łańsku? Zresztą mógł to być helikopter. No, a potem trepanacja, hospitalizacja, te rzeczy. I teraz Cichy jest, jaki jest. Czytać nie czyta, nic nie rozumie z telewizora, jak patrzy. Usta mu się pourazowo nie domykają i dlatego gdy przymknie oczy, sprawia wrażenie nieobecnego świadka. Tymczasem słucha – lubi historie.

– Wtedy był – tłumaczy spokojnie Stary.

Ubrać się lubiła podług ówczesnej mody, lakierowany kozak, kożuszek jej się udało dostać importowany, albański. Wtenczas szał był na albańskie. Włosy robiła sobie na rudo i wysoko upinała w kok, w taki kokon. Słowem bardzo piękna dziewczyna. Ja to wszystko mówię po to, żebyście wiedzieli, jaka była piękna jak na tamte czasy.

– Jak piękna, jak bez zęba? – wątpi Wąchol.

– Mimo to. – Stary kiwa głową z takim jakimś ścichapęk uśmiechem, skierowanym do wewnątrz jego osoby. – Mimo to, proszę ciebie.

Przychodzi Konduktor, wita się z nimi.

Stary przytrzymuje dłużej rękę Konduktora, ciągnie go na wolne miejsce obok siebie. Wolne miejsce w porannym pociągu trzyma się jak pusty talerz w Urodziny Pańskie – na okaziciela. Konduktor siada i ziewa. Zaczyna o tym, że jest niewyspany, ponieważ miał w sobotę świniobicie w rodzinie i od jutra będzie sprzedawał kaszankę na linii warszawskiej. Rękami określa wielkość miednicy, do której z zabitego knura ściekała krew na kaszankę – wielka to była miednica, balia raczej, a i tak musieli z tatusiem drugą podstawiać.

– Potwór był, nie świnia – mówi z uznaniem Konduktor.

– A ja im tu właśnie o Jadzi opowiadam – mówi Stary ze wzrokiem do wewnątrz.

Wąchol zamawia trzy kilo kaszanki. Konduktor notuje ołówkiem na kartce wyjętej ze służbowej czapki. Wąchol zdziwony, że opłaca się komuś w dzisiejszych czasach bić świnie w Polsce.

– Biło się, bije i będzie się bić – mówi Konduktor. – Naród jak może, to sobie radzi.

– To pan napisze cztery kilo – koryguje się Wąchol.

– O Jadzi? – pyta Konduktor i kiwa głową. – No, będę leciał.

I leci dalej na wagon sprawdzać legalność przejazdu – ale kto udaje, że śpi, tego ten Konduktor nie ruszy, nie żąda się biletu od śpiących. Jeszcze na chwilę wraca, bo zapomniał spytać, czy Stary też chce kaszanki na jutro do pociągu. Ale Stary kręci głową, że kaszanka mu zbędna, już bardziej zainteresowany byłby móżdżkiem.

– Rarytas – cmoka Konduktor. – Zjedliśmy od razu.

Podobno ta świnia Konduktora, jakkolwiek wielka, głowę miała małą jak człowiek.

Dziewczyna zakochała się w technologu z tej fabryki imienia 22 Lipca. – Stary spogląda wymownie na Wąchola. – On był, proszę ja was, lepszy miglanc, jeździł polonezem w wersji eksportowej, nosił bransoletkę – na bransoletce miał wygrawerowane imię. Waldemar, ale nie przez zwykłe W, tylko przez V.

Stanął sobie kiedyś w sobotę wieczór przy głównej portierni zakładu, dziewczyny akurat wychodziły ze zmiany. Nic, tylko stał i się gapił, dłubał w zębach wykałaczką wielorazową, może i ze srebra, i tak jakoś ohydnie jeździł językiem po zębach. Gębę krzywił, gapił się jak kot.

– Wysunięta szpica – mówi Cichy ze zrozumieniem.

One też się gapiły. Z takim jakby proszeniem w oczach, że ja, ja, panie inżynierze, mnie pan wybierze. Ciemno się robiło, bo to jesień, słota. Nieciekawie. Spod fabryki miało się tramwaj na Dworzec Wileński. Perony były wtenczas jeszcze niekryte, nie tak jak teraz, teraz jest luksus w porównaniu. Słowem ciemno, zimno, aż się ludzie zastanawiali, ile jeszcze zniosą takiego życia. A tutaj ten Waldemar przez V czeka, a obok czeka jego polonez na włączonym motorze – w środku pewnie ciepło miał jak w uchu. Futrzaki z cielaka na siedzeniach, kominiarczyk gumowy buja się na lusterku wstecznym.

– Zapraszająco – mówi Wąchol z przekąsem. – Ale pan ściemniasz, panie kolega.

Stary odchował dwie córki, obie szczęśliwie zamężne. Został z żoną w domu po jej rodzicach – dachówkę trzeba by zreperować, eternit na blachę zamienić, ale to koszt. Jedna córka została nauczycielką, druga wychowuje dzieci. Wnuki – mawia czasem Stary – to sól ziemi czarnej.

Stary jest człowiekiem uczuciowym; da się zauważyć bez zbędnych słów, po samych oczach się rozpozna. Często łzawią. Dobre, brązowe, wątrobianie podkrążone. Kiedy jeżdżą we trzech tym rannym pociągiem do Warszawy, Stary zawsze coś opowiada. Aż się czasem przygodni przysłuchują. Skąd się u niego taki koncept bierze? Skąd taka opisowość? Stary ma siwą brodę i ktoś z pasażerów, młody jeszcze, rzucił kiedyś na cały wagon, że rabin. Rabin pierdoli, powiedział i parę osób się zaśmiało, a parę się obudziło. Ale nie przyjął się ten rabin – nikt tak na Starego nie mówi. Poza tym jaki z niego rabin, jak on wszystko, co w Polsce złe, zrzuca na żydokomunę?

Opowiadał Wąchol, jak kiedyś zimą Stary perorował o lotniczej katastrofie smoleńskiej – że spisek nieokreślonych sił przeciwko polskim elitom. I wagon do Warszawy jakby się od tych słów zapalił, ludzie krzyczeli do siebie, wyzywali się od liberałów i kruchty, aż przyszła zaspana ochrona pociągu wyłączyć światło w wagonie. Pod wpływem ciemności krzyki przerodziły się natychmiast w szepty, aż wygasły pod Sulejówkiem.

– Jak ściemniam? – pyta Stary poruszony.

– Wydłużasz pan – mówi technik Wąchol ze złą twarzą.

– Weź – dudni Cichy z przyganą.

Wąchol mówi, że sam dokończy, bo już wie jak: w opowieści Starego czekoladowy technolog w polonezie lux oczywiście wybierze sobie inną dupę na wzmiankowany wieczór, a Jadzia zostanie samotna, zdruzgotana pójdzie na przystanek tramwajowy, gdzie ją będą pocieszać koleżanki, szczęśliwe, że tak bardzo się Jadzi w życiu nie powiodło, jak wszystkim.

– Niezłe – przyznaje Stary z nikłym, ale szacunkiem. – Masz dar.

Ale wtenczas technik z zakładu 22 Lipca jednak zaczekał na Jadzię. Gdy ją zobaczył, z daleka się uśmiechnął, obtarł wykałaczkę w krawat, ręce o klapy marynarki i już był fertig. Ona się zdenerwowała, dostała wypieków na twarzy, chciała się błyskawicznie pożegnać z koleżankami z działu czekolady, ale one już stały do niej plecami, ostentacyjnie odbijały karty pracownicze. Mijały technika w grupkach po kilka naraz, nachylały się głowami do siebie i chichotały. Sepleniły dla draki. Ale on stał i czekał na tę akurat jedną. Szarmancki. Ruchem ręki z bransoletką wskazał na rozgrzanego poloneza i pojechali.

Potem zeznawał na milicji, że odwiózł ją do domu w Małkini przed północą, bo musiał jeszcze u siebie wypełnić blankiety zamówieniowe na detale do maszyn formujących. Natomiast ją, proszę ja was – Stary wstał z ławki i wpatrzył się w okno – gdzieś tak tutaj znaleźli nieżywą na następny dzień. Kożucha nie miała, ukradziono jej. Nie wiadomo, kto ją przyprawił o śmierć. Sprawcy nieznani.

– Wiem to, bo wtenczas robiłem w słodyczach na portierni – kończy Stary.

I patrzy na Wąchola z satysfakcją.

Żegnają się na peronie w Warszawie. Umawiają się na wieczorny pociąg z powrotem, do Małkini. Teraz Wąchol pojedzie do optycznych przepraszać za wódkę, Cichy do ochrony budynku, a Stary połazi ulicami i będzie się przyglądał obcym ludziom, bo z żoną w domu nie wytrzymuje, a nigdy w życiu nie uderzył kobiety.

– Dlaczego ona zębów nie miała? – dopytuje Cichy.

– Nie wiem – mówi Stary. – Ale i tak była ładna.

– Karty mam w robocie – mówi Wąchol. – To z powrotem pogramy w tysiąca.

2 Realizacja

– Nazwisko świadka?

– Wawelski.

– Imię?

– Smok.

– Zdaje się, że świadek ma dużo pieniędzy i chce je stracić na karę porządkową?

– Wieczorek Andrzej, syn Andrzeja.

(W dalszym przebiegu świadek wyjaśnia przed sądem okręgowym w P., iż urodził się w Warszawie, jak też iż był w młodości karany za kradzieże mienia z ogródków działkowych oraz pobicia, skazany łącznie na 2 lata pozbawienia wolności, wyrok odbyty).

– Jaka była rola świadka w ekipie filmowej?

– Ja jestem taki człowiek od wszystkiego. Taki, co to usuwa ciąże, krawaty wiąże.

– Pytam o wpis w umowie o pracę.

– A, no to kierowca.

– Świadek opowie, co wie o zajściu. Proszę.

– Proszę. Więc w poniedziałek rano przychodzi do nas ten młody chłopak, Reżyser, do automatu z kawą, jak tam rano staliśmy, i mówi jakoś tak: nie będę się tu chwalił, ale są pieniądze z instytutu na mój projekt i szukam ekipy, tylko że nie znam jeszcze ludzi w redakcji na tyle. To żeś pan dobrze trafił, mówię mu z miejsca, bo mi amory w volvie stukają, że trzeba by je wymienić, tylko nie ma za co, aż nie mogę spokojnie spać. Poza tym i tak aktualnie nic nie mieliśmy do roboty, tylko żeśmy tak stali przy wzmiankowanym automacie, jak te wuje.

– Czy to ma związek ze sprawą?

– A czy sąd się orientuje, ile kosztują takie amortyzatory do volvego?

– Sąd akurat wie. Chińskie można kupić taniej.

– Ta. Można też z patyka wystrugać, kozikiem, w długie zimowe wieczory.

(Powyższą wymianę zdań usunąć z protokołu jako niemającą związku ze sprawą).

– Proszę kontynuować w temacie.

– No to tak: Pan Piotruś, nasz Operator kamery, starszy, porządny i doświadczony człowiek, którego szanuję, pokazuje mi wówczas, żebym się zamknął i nie był taki wyrywny do tego młodego; to znaczy Pan Piotruś zwraca się do mnie ze spokojną twarzą i wypycha kilkakrotnie swój policzek językiem od środka, imitując, jak mi się zdaje, oralność, celem przywrócenia mnie do porządku. Potem tonuje tego Reżysera, mówiąc mu słowa: zaraz, zaraz, młody człowieku, wpierw się mówi, o czym to ma być materiał i ile dni zdjęciowych. I ten młody Reżyser wyjaśnia: o tych pojebach z rubryk matrymonialno-towarzyskich, wie pan, takich jednych, co cholernie chcą kogoś urzec sobą jeszcze przynajmniej raz w życiu; Reżyser cały jest w zapale do tematu, silnie macha rękami. Nawet ładnie się wypowiadał, trzeba mu, mendzie, przyznać. Jednak wielowarstwowo, kontynuuje nadal, czyli: pojedzie się do nich, wyciągnie na plenery, pokaże się ich na łonie rodziny; już posadziłem nad tym reserczerkę, mówi Reżyser, i znalazła mi chętnych pojebów. Na takie jego słowa Operator stosuje przemyślaną...

– Świadek już dwukrotnie użył wulgaryzmów dla określenia bohaterów materiału medialnego oraz jeden raz dla określenia osoby Reżysera. Proszę stosować ogólnie przyjęte w społeczeństwie słownictwo.

– Jak rany boskie, ale co ja znowu zrobiłem?

– Świadek użył określenia, cytuję, pojeby. Proszę zastąpić je innym określeniem.

– Nieszczęśliwi ludzie?

– Proszę. Świadek skończył na: stosuje przemyślaną.

– Wiem. Przemyślaną pauzę, on te pauzy stosuje ustawicznie często, bo to działa na ludzi: mówisz coś, mówisz, a potem znienacka nic nie mówisz, tylko się patrzysz, i to działa na ludzi, ludzie myślą: oho, grubszy macher. Więc nasz Pan Piotrek patrzy się w okno, cmoka, kręci głową, emocji nie okazuje najmniejszej; za to go podziwiam. W końcu mówi jakoś tak: trzy razy to skręcałem, głębi w tym tyle, co w klozecie; bo Pan Piotruś kręcił kiedyś z Kieślowskim, to jest znana rzecz. Ale ten młody Reżyser, już jakby wczuty w kierownictwo ekipy, on się ciska dalej: proszę pana, mówi, panie Operatorze – i brnie chłopina w tą metaforę z kiblem – klozet, mówi, jak pan na pewno się orientuje, ma połączenie rurami z Wisłą, a Wisła wpada do Bałtyku. Z kolei są oceany...

(Pauza w zeznaniach, świadek prosi o wodę, woźny dostarcza).

– Jeśli świadek gotów, słuchamy dalej.

– Więc, muszę przyznać, że widzę, jak Operatora niebywale zatyka gula – cisza jest, Pan Piotruś wytrzeszcza się, rękę z kubkiem kawy tak zawiesił przy ustach, ale nie pije. My się tylko patrzymy na siebie, to znaczy ja i Jacuś Dźwiękowiec, czekamy, co będzie, bo nam się zdaje, że Reżyser się wpierdolił w zbytnią filozofię. Prostuję: w błędne rozumowanie. Ale jest bingo, gdy okazuje się, że nawet nie; Pan Piotruś się rozśmiewa, pokiwuje głową z aprobatą i mówi: wyobraziłem to sobie, ten wodny ciąg. Reżyser też się śmieje ze zrozumieniem, to my z Jacusiem też, dobra jest. No dobra, przerywa rozbawienie Pan Piotruś, ale ile na ten film dni zdjęciowych? Trzy, mówi ten nowy Reżyser, do pięciu. Coś tam ściemnia o nowej koncepcji w dokumencie, coś tam, że osoba Reżysera jest aktywnie widoczna na planie, jako jak gdyby człowiek poszukujący, spragniony wiedzy o istocie przedmiotu. W te słowa, serio. Weźmy na przykład takiego Michaela Moore’a, mówi, i jego film o miłości Amerykanów do broni palnej. Wtedy Pan Piotruś odstawia kubek na stół i pyta się tego Reżysera tak: trzy dni zdjęciowe? To pan, młody koleżko, jesteś dla mnie zwykły Realizator, nie żaden Reżyser.

– Świadek wyjaśni różnicę.

– Uprzejmie proszę: trzy dni zdjęciowe to jest śmiech na sali. To jest realizacja.

– Pierwszy dzień jak przebiegał?

– To było od razu jutro, czyli wtorek.

– Mhm. Proszę mówić, po to tu jesteśmy.

(Okrzyki z sali: powiedz jej, Andrzejku! Świadek uspokaja zebranych gestem dłoni).

– No więc przebiegał on tak: Reżyser przychodzi do redakcji we wtorek nieogolony i mówi do Operatora: pan mnie posłucha, zaczniemy od tego, że ja sobie tu usiądę i zadzwonię do pierwszego bohatera, a pan mnie skręci, jak dzwonię. Siada przy biurku w redakcji, Jacuś go podłącza do swojej walizki dźwiękowej, ja natomiast udaję się po kawę. Przynoszę, a Reżyser się podnieca i krzyczy pod moim adresem: o, bardzo dobrze, kawusia, pan mi tu da kawę na biurko, że atmosfera pracy, no znakomicie pan to wymyślił, sam pan na to wpadł?, pyta się mnie, ściskając rękę, jak pan właściwie ma na imię? Andy, podaję zgodnie z faktami, zawsze rano kawę robię. Reżyser w tej sekundzie traci mną zainteresowanie, leci organizować plan.

– To znaczy? Proszę jaśniej i na temat.

– Więc wpierw zwraca się do Jacusia Dźwiękowca: pan musi kawę pić, panie Jurku? Muszę, panie młody, mówi Jacuś, zły, że tamten przeinaczył mu imię, i wyjaśnia tak: dobrze mi robi na perestaltykę jelit. Aha, mówi Reżyser, aha, rozumiem, ale patrzy się na Jacusia z podejrzeniem. A pan musi?, pyta się mnie. Akurat dzisiaj muszę, odpowiadam, łeb mi pęka, jak koniu; i idę przyklejać skoczem kable do podłogi, żeby się nie majtały pod nogami. Ja nie muszę, mówi Pan Piotruś, proszę bardzo; i oddaje swoją kawę, chociaż osobiście uważam, że robi błąd, bo w owy dzień niekorzystnie wygląda ten nasz Pan Piotruś; dość biedniutki. No, Reżyser wypija pół jego kawy duszkiem, a w pozostałej zamacza palce i skrapia nią biurko jak leci: po papierach, po wszystkim. O, mówi Operator zjadliwie, to ja widzę Realizatora mamy ze szkoły hiperrealistów; co za dbałość o detal koncepcji, dodaje, pan sobie jeszcze weźmie koszulę zachlapie. Reżyser traktuje te uwagi szeroką strugą. To znaczy ignoruje słowa, jakie usłyszał. Natomiast targa sobie włosy, żeby był bajzel, nieład, który razem z zarostem stworzy widzowi wrażenie przemęczenia Reżysera z niedospania. Siada przy biurku i pyta się nas: gotowi?

– Sąd musi jednak przerwać. Proszę świadka, jaki to, co nam świadek opowiada, ma związek z zajściem w pociągu?

– Ale o co chodzi? Miałem przybliżyć fakty, tak?

(Świadek wyraźnie poirytowany, poruszenie na sali w gronie znajomych świadka).

– Grzeczniej proszę.

– Dobra jest, uwaga – przechodzę do puenty: ten Profesor czy Doktor dostał po twarzy, gdy się wywiązała nerwowa sytuacja, ale moim zdaniem niezbyt mocno. Ja uważam, że powinien on być mężczyzną i nie robić ludziom sądów. Skończyłem.

(Świadek wciąż poirytowany, sala wydaje odgłosy buczenia oraz tupotu).

– Sąd zasądza sto złotych kary porządkowej dla świadka.

– Ta? To ja dokładam drugie sto, ale będę apelował.

– Skarga na sąd oczywiście świadkowi przysługuje.

– Wiem te rzeczy.

(Sędzia naradza się ze składem sędziowskim w aspekcie kontynuowania rozprawy; w tym czasie z publiczności padają nieprzystojne uwagi w rodzaju: Andrzejku, zapnij sobie suwak. Jak również w rodzaju: kończ, bo ci wystygnie. Sąd ignoruje ww. uwagi. Świadkowi nakazuje się kontynuować zeznania).

– Zakończył pan na: pyta się nas, gotowi?

– Wiem. Wówczas ja mówię z fotela w kącie tak: o, ja pierdolę, no czegoś takiego to nie widziałem, jak żyję, i pokazuję im gazetę „Kontakt”, którą przyniósł młody Reżyser w teczce z dokumentacją. Z góry przepraszam za użycie języka, ale w tej gazetce obecne były wszystkie plagi świata; czytam ekipie na głos: para z wioski małopolskiej poszukuje pana, może być bezdomny; przyjmę na mieszkanie dziewczynę lubiącą tylko seks francuski; uległy depilowany dla pary bez ograniczeń wiekowych, prace domowe wykonam na golasa; bez stosunku członkiem, mam uszkodzonego. Niezłe? Panie Andy, mówi Reżyser z dezaprobatą, my tu jakby pracujemy, pożyczę panu tą gazetkę na noc do domu. Ożeż ty gnoju, myślę, nie polubimy się, będziesz miał ze mną nieustający milicyjny kipisz na Bazarze Różyckiego. A mówię: w domu to ja się z dziećmi bawię, ci się lepiej nada, lapeto ty.

– Drugi dzień?

– Nie, jeszcze pierwszy. Powiem, jak będzie drugi. No więc kamera poszła, a ten gnój dzwoni do jakiegoś gościa, który się lubi przebierać za kobietę, ale zgłasza się facet z grubym głosem i mówi jakoś tak: hydraulika siłowa, słucham. Gnój się przedstawia, skąd taki młody gnój ma dwa nazwiska, to ja nie wiem, możliwe, że jedno po mężu, bo prawdę mówiąc, niestety, on mi wygląda na miękką rąsię. Pyta się tak: zastałem może Beatę? Zaraz się dowiem, mówi facet basem, pan zadzwoni za pięć minut. Za pięć minut ten sam facet od hydrauliki odzywa się cieniutko: tu Beata, w czym mogę pomóc? No i ten Beata zaprasza nas serdecznie jutro do siebie, do miasteczka S. na południu Polski, na kolację i oglądanie slajdów z wakacji. To jest w ch..., niebywale daleko, a mnie w volvie napieprzają amorki, o czym już nadmieniałem, no niewesoło. Mamy?, pyta się Reżyser Pana Piotrusia. Ta, mówi Pan Piotruś, mocny kawał życia.

– Drugi dzień.

– Z tym drugim dniem to się jeszcze okaże, proszę wysokiej instancji, w każdym razie środa rano. Przed samym wyjazdem na delegację do S. Reżyser mówi nam, że to jest właściwie pierwszy dzień zdjęciowy, bo wczoraj się nie liczy. Więc tak: on teraz będzie mówił do nas grubym głosem i stanowczo, bo jedzie z nami ta reserczerka od tematu z pojebami, z nieszczęśliwymi ludźmi, Jolka. Zdaje się jest to narzeczona Reżysera, czyli chyba nos mnie zawiódł w sprawie jego światopoglądu.

– Proszę bez osobistych wycieczek.

– Racja, teraz nigdy nic nie wiadomo.

– Proszę.

– Dziękuję. Więc jest to ładna blondynka w japonkach, bo gorąco, każdy paznokieć jej nóg pomalowany jest w innym kolorze. Jolka jestem, mówi otwarcie, co nam się podoba. Pan Piotruś uśmiechnięty do niej, ja cmokam ją w gałązkę; każdemu z ekipy przyniosła z domu po kanapce, sama zrobiła – czyli chce się wkupić w nasze łaski. Mówi tak: zawsze marzyłam robić filmy; lat dwadzieścia dwa, studiuje filozofię, stanowi miły widok. Jednak ja widzę kątem, że Jacuś Dźwiękowiec odyma się. Jak to pierwszy dzień zdjęciowy?, denerwuje się do Reżysera Jacuś Dźwiękowiec, a wczoraj to ja byłem w promocji, realizując pańskie kawowe dadaizmy? Tego Jacusia żona odeszła z reżyserem serialu telewizyjnego o barwach miłości, oczywiście później chciała się wrócić – jak to baba, gdy dojdzie do rozumu, z tym że Jacek ma zasady i już jej nie przyjął. To jest jednorazowa sprawa, mówił, trzeba mieć zasady. Nie zaczął nagle pić ani ogólnie staczać się w degrengo. Zaczął przedawkowywać nabożeństwa; gdybyśmy my nie pracowali w telewizji, to ja bym uznał, że zwariował. Mówiło mu się tyle razy: Jacuś, żadna dupa nie jest jednorazowa – służy latami, ale on kręcił tylko głową: jak wy nic nie rozumiecie.

– To niech sobie świadek Wieczorek zostawi do książki.

– O, nieładnie. Proszę o zanotowanie, że teraz ja wymierzam sądowi stówę kary.

– Powyższe proszę wykreślić, świadek kontynuuje w temacie pobicia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3 Gumowy chodzi na tory

Dostępne w wersji pełnej

4 Rowerzystka

Dostępne w wersji pełnej

5 Aktorki czekają na role

Dostępne w wersji pełnej

6 Erotyk

Dostępne w wersji pełnej

7 Proste

Dostępne w wersji pełnej

8 Royal

Dostępne w wersji pełnej

9 Galant

Dostępne w wersji pełnej

10 Koty

Dostępne w wersji pełnej

11 Szczurek

Dostępne w wersji pełnej

12 Kazik dusi się w łóżku

Dostępne w wersji pełnej

13 Chemia

Dostępne w wersji pełnej

14 Tadeusz opuszcza dom

Dostępne w wersji pełnej

15 Dziewczyna z pociągu

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Jadwiga Piller

Korekta

Beata Kołodziejska

Justyna Żebrowska

Projekt graficzny serii

Przemek Dębowski

Zdjęcie na okładce

Stanisław Ciok

Copyright © Marcin Kołodziejczyk, 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa

ISBN 978-83-63387-79-2

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl