Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

B jak Blackout. Powieść obyczajowo-telewizyjna ebook

Łukasz Fretczak  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka B jak Blackout. Powieść obyczajowo-telewizyjna - Łukasz Fretczak

Kilka godzin przed ważnym koncertem, gdy na sali znajdują się już muzycy, dziennikarze, sponsorzy i realizatorzy, następuje silna eksplozja. Występ muzyczny nie dochodzi do skutku. W wyniku wybuchu sala i scena zostają doszczętnie zniszczone. Podejrzaną eksplozją interesuje się cały kraj, a w szczególności dociekliwe media.

W powieści „B jak blackout” autor zaprasza czytelnika do zabawy w chowanego, gdzie areną poszukiwań jest współczesność: ulice wielkiego miasta, kluby, bary, galerie handlowe, internet i obie strony obiektywu kamery telewizyjnej. A gdzieś ponad tym wszystkim, w tle unosi się muzyka...

Opinie o ebooku B jak Blackout. Powieść obyczajowo-telewizyjna - Łukasz Fretczak

Fragment ebooka B jak Blackout. Powieść obyczajowo-telewizyjna - Łukasz Fretczak

 

 

 

patos

Do eksplozji doszło kilka minut po piątej, niecałe trzy godziny przed rozpoczęciem koncertu. Na sali przebywało wówczas dwadzieścia osób, w tym pięć na scenie, która wskutek wybuchu zawaliła się prawie w całości. Każdy z obecnych był w jakiś sposób powiązany z branżą muzyczną lub środowiskami artystycznymi: realizator i inżynier dźwięku, technicy, dziennikarze, przedstawiciele sponsorów, znany pianista (gwiazda wieczoru) oraz pozostali muzycy, zarówno biorący czynny udział w widowisku, jak i występujący jedynie w roli gości.

Na krótką chwilę wszystko zamarło, tylko w powietrzu unosiły się jeszcze wibrujące strzępy niedokończonych rozmów: „Pan zapewne nie miał okazji słyszeć, ale na wiosnę…”, „Świat jest mały…”, „Chciałabym państwa serdecznie zapro…”, „Aha, ehe, yhm…”, „Proszę trochę bardziej w le…”, „Widzi pan, jak to wyg…”; do tego szum klimatyzacji, który urwał się na: „ssss” i – w trochę innym rejestrze – wentylatory kilku znajdujących się na sali laptopów. Telefon komórkowy w ręku ochroniarza zamarł na jakimś „biiip” klawiatury wyświetlanej na dotykowym ekranie; siedzenie jednego z krzeseł zaczęło akurat opadać, ale nie zdążyło już trzasnąć przed wybuchem. Pianista naciskał właśnie na „f” w drugiej grupie wiolinowej, wygaszając jednocześnie „g” pierwszej basowej; w tle rozbrzmiewał szelest kartek z przemówieniem, do wygłoszenia którego nigdy nie doszło, i wszystkie te otarcia dłoni o dłonie, dłoni o marynarki, dłoni o wewnętrzne strony kieszeni dżinsów, zalążki śmiechu i odchrząknięcia, wreszcie „chrrr” czyjegoś głośnego chrapania, „tadaaa, laalaa” zupełnie już niepotrzebnej próby głosu i może jakieś „och”, tak na sam koniec.

 

…owalna sala, a w niej dwadzieścia osób przypadkowo uchwyconych w kadrze. Przyjrzyj się bacznie ich twarzom, zastygłym w dziwacznych grymasach ni to uśmiechu, ni przerażenia, w ogóle jakichś połowicznych i niedookreślonych; spójrz na te pozy katatoników albo starożytnych, których zaskoczyła erupcja wulkanu, bo nie wynaleźli w porę sejsmografu. Komiczny widok, prawda? Rozejrzyj się po sali. Jesteś tutaj, żeby szukać; wśród tych ludzi, którzy przyszli nie wiadomo skąd i nie wiadomo, dokąd pójdą, kiedy się to wszystko skończy i dopełni…

Klik! Ktoś właśnie pociągnął za spust migawki, a…

 

O framugę uchylonych drzwi wejściowych sali opierał się ochroniarz klubu; to on miał mieć najlepszy ogląd całego zdarzenia. Zgodnie z obowiązującymi personel zasadami ubioru nosił lakierki, spodnie w kant, koszulę i marynarkę, i tylko przypięta do niej żółta plakietka z napisem „OCHRONA” zdradzała funkcję, jaką pełnił w lokalu. Przyzwyczajony do długich, monotonnych godzin wpatrywał się w ekran nowo nabytego telefonu, nie okazując żadnych oznak zainteresowania tym, co działo się na sali. W trakcie jednego dyżuru wysyłał średnio czterdzieści wiadomości tekstowych, drugie tyle odbierał; przechodził też kilkanaście etapów którejś z ulubionych gier. Tym razem myślał jeszcze o papierosie.

Urodził się na północnym wschodzie kraju. Według ksiąg w różnych urzędach i archiwach rodzinna miejscowość ochroniarza uzyskała prawa miejskie po raz pierwszy w czternastym wieku, potem traciła je kilkakrotnie, by dopiero po drugiej wojnie światowej odzyskać je ostatecznie. W chwili jego narodzin nic już w niej nie wskazywało na miejskość, może poza rynkiem, który z biegiem czasu przestał nawet być jej centralnym punktem. Barokowy kościół, wpisany na listę zabytków UNESCO, bar bistro z ledwie widocznym szyldem „Pod Złotą Flądrą”, wymalowanym tanią farbą na zewnętrznej stronie szyb sali jadalnej, oraz remiza ochotniczej straży pożarnej: stary, prostokątny budynek, niegdyś w całości biały, teraz podziurawiony szarymi plamami oderwanego tynku – to trzy miejsca, w których od lat regularnie spotykali się mieszkańcy miasta. Życie młodego ochroniarza obracało się na różnych etapach wokół każdego z nich.

Przy samym rynku znajdował się również budynek szkoły podstawowej, jednej z dwóch w całym mieście, a także odbudowany po wojnie ratusz: pozbawiona wyrazu bryła z wieżą i zegarem, która stanowiła tylko rodzaj przechowalni dokumentów, jako że – zgodnie z niepisaną zasadą miejscowości takich jak ta – prawdziwą władzę sprawował proboszcz. Nie zachowały się żadne wzmianki o tym, by oba ośrodki, oficjalny i faktyczny, znalazły się ze sobą kiedykolwiek w konflikcie. Organizowane od dwunastu lat wybory samorządowe przynosiły zawsze ten sam, z góry znany rezultat, jak gdyby rzeczywiście wynikał on z rozporządzenia niebios.

Początki życia ochroniarza przypadły na czas transformacji, która przyniosła miastu chwilowy rozkwit. Pojawił się kiosk, w którym można było kupić zachodnie papierosy, kolorowe pisma – także te spod lady, podróbki kosmetyków różnych marek – Adidas, Calvin Klein, Chanel nr 5 – i proszek do prania marki Persil. Lokalny spożywczak zamienił się w market z prawdziwego zdarzenia, gdzie na klientów z drucianymi koszykami czekały podrobione lewisy, płatki kukurydziane i kawa rozpuszczalna nescafé, dotychczas sprowadzana z peweksu w stolicy województwa na specjalne życzenie proboszcza, jej wielkiego amatora. Na organizowanej w remizie giełdzie zaczęły pojawiać się pierwsze komputery, kasety i dyskietki z grami; w piwnicy urządzono wypożyczalnię. Bliskość wschodniej granicy sprawiła, że miasto znalazło się na popularnym szlaku handlowym, poprzez który zachodnie towary wędrowały do wschodnich sąsiadów, a tanie papierosy i wódka z powrotem, nie zawsze trzymając się przy tym litery obowiązującego akurat prawa celnego.

Ochroniarz ukończył szkołę przy rynku z przeciętnymi wynikami. Z całego procesu edukacji zapamiętał przede wszystkim te lekcje, które nie mieściły się w podstawowym programie nauczania. Pewnego dnia, odsiadując zwolnienie lekarskie na ławce rezerwowych, obserwował odbywające się na boisku obok zajęcia WF-u dziewcząt, co zainspirowało go do pierwszego w życiu samogwałtu w szkolnej toalecie. Ta sama toaleta stała się później miejscem, w którym po raz pierwszy zapalił papierosa, wypił piwo i winopodobny napój zwany potocznie „granatem”; jego słownik wzbogacił się o pojęcia: świerszczyk, przedział, gorzała i szlug.

Poza zdobywaniem wiedzy praktycznej młody ochroniarz przodował na boisku do piłki nożnej i koszykówki, za to zupełnie przeciętnie grał w ping-ponga i w konkursach o nagrodę burmistrza nie zajął nigdy miejsca powyżej trzeciej dziesiątki, a niejednokrotnie zamykał listę. W towarzystwie nie miał na ogół zbyt wiele do powiedzenia; braki w ogładzie nadrabiał jednak wysokim wzrostem i potężną budową ciała, które zapewniały mu szacunek pośród rówieśników.

W domu często się piło, ale nikt nie uważał tego za rzecz naganną. We wszystkich domach się piło, może poza tymi paroma naprawdę ładnymi, z których dzieci dowożono samochodem do szkoły w innym mieście. Początkowo był to polonez, następnie mercedes-benz m 120, aż wreszcie toyota corolla w kolorze srebrny metalik, którą pociechy zajeżdżały tryumfalnie pod samą bramę gimnazjum. Ochroniarz mieszkał niedaleko i w przerwach między szkołą, pomocami w gospodarstwie domowym, dorywczą pracą w markecie i posługą kościelną (ministrant od siódmego roku życia) marzył o polonezach, mercedesach i toyotach – wiedział, że któregoś dnia też będzie jeździł takimi autami; w pewnym wieku wie się takie rzeczy.

Ładne domy były owocem pierwszych lokalnych zapędów emigracyjnych. Ojcowie rodzin wracali z wysp lub saksów wyładowani funtami i dojczmarkami; odnawiali elewacje, budowali garaże, stawiali w ogródkach minibaseny i kiczowate fontanny. Jednocześnie młodsze pokolenie nieśmiało przymierzało się do własnych wyjazdów zarobkowych. Ochroniarz dzięki dorywczym pracom i pozycji ministranta był jedną z lepiej ustawionych osób w gronie swoich rówieśników. Zyskał ksywę „szef” i przywilej rozdziewiczenia najładniejszej dziewczyny w gimnazjum, które rozegrało się na polanie nad jeziorem, za parawanem z trzcin i krzewów dzikiej róży, i które tylko jedno z nich wspominało później jako przyjemne. Romantyczny epizod z miejsca stał się głównym tematem rozmów w chłopięcej szatni, skąd korytarzami szkolnymi trafił do szatni dziewcząt i wywołał pierwszy w jego życiu skandal obyczajowy, zresztą pierwszy z wielu, bo ochroniarz szybko stał się czymś w rodzaju legendy, jeżeli chodzi o sprawy damsko-męskie, i gdy kończył gimnazjum ze świadectwem od góry do dołu wypełnionym trójami, rówieśnicy tytułowali go już „prezesem”. Obok opowieści z szatni, wpłynęło na to również jego pokrewieństwo z właścicielem wypożyczalni, dzięki któremu wśród uczniów krążyły kasety z pornolami; niepotwierdzona nigdy plotka głosiła, że zagrał w jednym z nich drugoplanową rolę.

Sam ochroniarz zaczął odkładać coś, co na miejscową miarę można już było nazwać kapitałem. Po ukończeniu gimnazjum dojeżdżał codziennie pekaesem do stolicy województwa, gdzie otrzymał stypendium sportowe i pozycję lewego skrzydłowego w drużynie ligi okręgowej. Podjął również naukę w najgorszym liceum w mieście, wypełniając w ten sposób przykry warunek dodatkowy stypendium. Widok toyoty srebrny metalik na sąsiednim podwórku co dzień przed wyjazdem obsesyjnie jednak gnał go coraz dalej od zapuszczonego domu rodzinnego, od pola z ziemniakami, kur i wszędobylskich, zaniedbanych kotów. Nad morze trafił dzięki znajomemu piłkarzowi, który załatwił mu posadę kierowcy w wypożyczalni aut przy lotnisku – zajęcie z jednej strony wymarzone, z drugiej wywołujące łatwą do zrozumienia frustrację. Zamieszkał w jakiejś dziurze na stancji z dwoma studentami. Wieczorami dorabiał jako ochroniarz, odliczając jednocześnie dni i godziny do wyjazdu na wyspy; zabukowany już bilet tanich linii lotniczych oglądał codziennie od trzech do dwunastu minut.

W dniu koncertu wstał z ciężką głową. Zastanawiał się przez chwilę, czy czeka go dyżur w wypożyczalni, co oznaczałoby końską dawkę paracetamolu, mocną kawę i szklankę wody z zestawem witaminowym dla osób starszych w ramach czegoś, co nazywał „porannym OIOM-em”. Określenie wywoływało salwy śmiechu, gdy używał go przy kolegach z pracy, przypisując sobie autorstwo, w rzeczywistości jednak ochroniarz naśladował swoich współlokatorów, z których jeden studiował medycynę; domowa apteczka zawierała zresztą ciekawsze specyfiki niż geriavit.

Ochroniarz sprawdził kalendarz dyżurów i z ulgą sięgnął do lodówki marki Polar po dobrze schłodzonego specjala. Włączył telewizor i momentalnie zasnął przy jakimś serialu komediowym. Obudził się koło południa, wypił jeszcze dwa piwa, sprawdził SMS-y i Facebooka. „Mala zobaczysz jak sie zabawimy jak wrocoe”, „stary ale byl balet”, „u ciebie tez taka masakra” – napisał w odpowiedzi na nieodebrane wiadomości i wziął prysznic. Za kwadrans trzecia wsiadł do tramwaju numer dwa i pojechał do klubu. Po drodze spotkał się jeszcze z kolegą na dymka i szybkie piwko kolejarzem w parku; uzupełnili braki we wspomnieniach z minionego wieczoru, snując przy tym wizje świetlanej przyszłości w jakiejś firmie budowlanej na południu Szkocji.

W klubie przebrał się w lakierki, spodnie w kant, koszulę i marynarkę z przypiętą do niej żółtą plakietką z napisem „OCHRONA”. W pełnym umundurowaniu i doskonałym humorze, od utrzymującego się wciąż jeszcze łagodnego rauszu, oparł się o drzwi wejściowe sali koncertowej i wyciągnął z kieszeni nowo nabyty telefon z dotykowym ekranem, po czym zanurzył się całkowicie w świat jednej ze swoich ulubionych gier. Kilka minut po godzinie piątej doszedł do etapu, którego nigdy jeszcze nie udało mu się pokonać. W lewym górnym rogu, na samym skraju ekranu wyświetlały się tylko dwie liczby: jeden i siedemnaście. Pierwsza oznaczała liczbę żyć; zabawne, że mogło tam być więcej niż jedno, ale tym razem zostało właśnie jedno. Siedemnaście to był numer etapu.

 

We wnęce obok drzwi wejściowych sali dłonie realizatora dźwięku błądziły po panelu pełnym suwaków, pokręteł i świecących diod. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat nagłośnił setki koncertów, a precyzyjne ruchy, którymi poruszał się po elektronicznej planszy, były niemalże całkowicie intuicyjne albo wręcz instynktowne. Schowane w ciemnym kącie stanowisko realizatora pozostawało w tle, podobnie jak i jego praca, którą mimo to uwielbiał. Z każdego koncertu zdawał relację na blogu, zamieszczał zdjęcia i dzielił się anegdotami, dzięki czemu dorobił się pokaźnego grona sympatyków i blisko pięciu tysięcy polubień na Facebooku.

Firma realizatora powstała parę lat po przełomie roku osiemdziesiątego ósmego, gdy ówczesna władza ustawą Wilczka dała nowe życie pojęciu pracy na swoim. Realizator, dzięki karierze kierowniczej w sieci peweksów, dysponował już w owym czasie pokaźnym majątkiem i bogatą siatką znajomości wśród oficjeli w różnych urzędach. Pomysł na firmę nagłaśniającą zrodził się w jego głowie podczas inauguracji roku szkolnego, gdy z głośników unitry, zamiast melodii hymnu, popłynęły jakieś trzaski, szumy i pierdnięcia, które wywołały falę chichotu wśród pierwszoklasistów. Należała do nich także starsza córka realizatora, jedna z niewielu w tłumie, której nie było do śmiechu, jako że od wczesnych lat pobierała lekcje muzyki i cały incydent wydał jej się raczej żałosny niż zabawny. Dyrektor z miną pokerzysty śpiewał: „jeszcze Polska nie zginęła”, fałszując przy tym niemiłosiernie, podczas gdy reszta grona pedagogicznego próbowała uspokoić setkę rozbawionych maluchów, która i bez tego była żywiołem niemalże nie do opanowania. Dorośli na trybunach z trudem zachowywali powagę.

Krótko potem realizator zaczął działać. Wciągnął do nieformalnej spółki dwóch byłych podwładnych z peweksu, którzy dali się poznać jako znawcy muzyki rockowej i specjaliści od zachodnich kaseciaków i wieży stereo. Za pieniądze realizatora regularnie podróżowali do Niemiec i uginającymi się od hurtowych zakupów autokarami przywozili kolejne elementy skromnego początkowo systemu nagłaśniającego. Przez kilka miesięcy cała trójka zgłębiała tajniki realizacji dźwięku poprzez lekturę anglojęzycznych magazynów i nieśmiałe próby na nowo zakupionej aparaturze. Korzystając ze swoich znajomości i zapasu dewiz, realizator nabył jakąś budę na bazarze w małej miejscowości, parędziesiąt kilometrów dalej, gdzie otworzył pierwsze biuro i urządził salkę do testowania sprzętu.

Na wiosnę kolejnego roku w gazetach zaczęły pojawiać się ogłoszenia z ofertą organizacji niewielkich imprez muzycznych. Do szkół i kościołów trafiły ulotki reklamowe drukowane na igłowej drukarce, oficjalnie kupionej za grosze podczas wyprzedaży sprzętu biurowego likwidowanej placówki peweksu, w rzeczywistości zaś bezczelnie usuniętej z i tak już dziurawej ewidencji i wyniesionej w biały dzień bez wydawania symbolicznej złotówki. Treść ogłoszenia i ulotki brzmiała: „POLISZ AUDIO sp. z o.o. – profesjonalne prace nagłaśniające imprezy muzyczne. Nie pozwól, by muzykę na Twoim ślubie zakłóciły trzaski z instalacji elektrycznej”.

Autorką nazwy spółki i hasła reklamowego była żona realizatora, która odgrywała w przedsięwzięciu rolę księgowej i sekretarki. Obydwoje podkreślali zresztą na każdym kroku, że prowadzą rodzinny biznes, co w ich mniemaniu korzystnie wpływało na wizerunek firmy.

Pierwsze zlecenie zrealizowano dla okolicznego liceum. Nagłośniona przez POLISZ AUDIO studniówka okazała się wielkim sukcesem, co pocztą pantoflową zapewniło spółce szereg kolejnych propozycji. Nawiasem mówiąc, początkowo była to spółka tylko z nazwy. Zgodnie z artykułem dziewiątym ustawy Wilczka działalność firmy nie została zgłoszona do ewidencji, jako że realizator obejmował w tym samym czasie całkowicie fikcyjne stanowisko doradcy biznesowego w zakładzie produkcyjnym swojego wieloletniego przyjaciela. Ulokowanie siedziby poza miastem, w miejscowości, z której się zresztą wywodził, również nie było przypadkowe. Spółka podlegała urzędowi gminnemu, którego kierownictwo stanowili niemalże wyłącznie dobrzy znajomi realizatora, co ułatwiało pewne kwestie formalne i podatkowe. Prowadzone skrupulatnie przez żonę księgi nie zawsze przedstawiały faktyczną kondycję finansową firmy, jednak nikt nigdy nie zakwestionował ich uczciwości.

Biznes kręcił się z roku na rok coraz lepiej i w połowie lat dziewięćdziesiątych realizator z dumą zaczął zaliczać siebie i swoją rodzinę do odradzającej się klasy średniej, podkreślając na ogół, że jest to klasa średnia wyższa. Przeprowadził się z niewielkiego mieszkania w blokowisku na przedmieściach do dzielnicy domków szeregowych, a miejsce wysłużonego dużego fiata zajął mercedes. Jednocześnie wraz z rozrostem firmy dokonała się jej restrukturyzacja, zmiana nazwy na EASTERN AUDIO i przeniesienie siedziby do domu realizatora. Stara buda na prowincjonalnym bazarze została zrównana z ziemią pod budowę centrum handlowego, na czym firma zarobiła wielokrotność początkowego wkładu.

Biuro znajdowało się teraz na piętrze domu, w garażu testowano sprzęt, a mercedes stał na podjeździe jako symbol wysokiego statusu majątkowego rodziny. Do prowadzenia finansów zatrudniono profesjonalną księgową, spółka otrzymała numer REGON i odtąd działalność odbywała się już z pełnym poszanowaniem prawa.

Paradoksalnie całkowite wyjście z szarej strefy o mało nie doprowadziło do jej bankructwa. Z przyczyn, których nikt nigdy nie zdołał realizatorowi do końca wyjaśnić, firma padła ofiarą trwającej sześć tygodni kontroli podatkowej, która całkowicie sparaliżowała jej pracę. Po sprawdzeniu wszystkich ksiąg rachunkowych, archiwów, rejestrów, wyciągów z kont bankowych i kontraktów z wszelkiego rodzaju podwykonawcami i podmiotami finansowymi kontrola wykazała nieprawidłowości, wskutek których na przestrzeni poprzedzających ją pięciu lat państwo zarobiło na EASTERN AUDIO dodatkowe sto czterdzieści dwa złote i piętnaście groszy. Pieniędzy nigdy firmie nie zwrócono. Traumatyczne wydarzenia tych kilku tygodni skłoniły realizatora do wzięcia urlopu i wybrania się z całą rodziną na wakacje do Tunezji, po których – zgodnie z maksymą: co cię nie zabije… – wrócił do pracy ze zdwojoną energią, zwiększył zatrudnienie, nawiązał nowe kontakty biznesowe i przeniósł siedzibę firmy do nowo powstałego centrum handlowego w śródmieściu, gdzie miała się mieścić po wsze czasy.

Około godziny piątej po południu realizator usiadł na obrotowym krześle i odciął się od otoczenia. Jego dłonie błądziły po cyfrowym blacie w precyzyjnych ruchach, które z biegiem lat stały się niemalże całkowicie intuicyjne albo wręcz instynktowne.

 

…ale to przecież nie tylko te dwadzieścia osób. Każda z nich jest jak pień drzewa, z którego wyrastają niezliczone odnogi i w pierwszej iteracji jest ich zwykle sto pięćdziesiąt plus minus czterdzieści. A od każdej z nich odchodzi kolejne sto pięćdziesiąt, i kolejne od tychże, a potem jeszcze raz, znowu, i tak aż do niezliczoności. Czy masz szukać także pośród tych ludzi? Patrzysz na nich od tak dawna, jak zakładają rodziny, jak kupują mieszkania, jak robią kariery i prowadzą życia mniej lub bardziej udane, zwykle chyba jednak mniej. Patrzysz.

Na przykład ta młoda dziewczyna w szeregu na peryferiach, przed którym na podjeździe stał mercedes srebrny metalik, model… zaraz, ile to było? Dziewczyna nie potrafiła zapamiętać numerków, literek czy cokolwiek składało się na oznaczenie modelu.

Zatrzymaj, powiększ. Klik. Zeskrobała właśnie otoczkę z tabletki, nabrała wody na łyżkę, wyciągnęła zapalniczkę. Po tabletce w jej snach nie pojawiał się mężczyzna bez twarzy, który obgryzał paznokcie i toczył pianę z pyska niczym jakiś antropomorficzny bulterier.

– Nieźle pojechałam z tą cizią.

Mówiła o pani doktor, u której za wizytę zapłaciła forsą wyciągniętą bezwstydnie z portfela ojca na jego oczach. Potem wrzuciła do świeżo zagotowanego roztworu filtr od papierosa marlboro. Come to where the flavour is, come to Marlboro Country. Idę. Papierosy też kupiła za tę forsę.

– Samozadowolona pizda i jeszcze ten uśmiech. Akurat masz ochotę to wszystko oglądać, pamiątki, makijaż, bluzkę za trzy stówy z, o ja pierdolę, butiku, skórzane kozaki. A jaką miał minę, kiedy otworzyłam portfel. Niech się cieszy, że nie, bo mogłam przecież te jego bezcenne karty z sześciocyfrowym limitem. To by dopiero była impre…

A potem nagle koniec, bo w strzykawce rozkwitła czerwień jakiejś zabłąkanej róży, a dociśnięty tłok wypłukał z głowy wszelkie nieproszone myśli. Klik. Gdy osunęła się na sofę, patrzył na nią labrador o modnym, złotym umaszczeniu, który odlał się kiedyś na trawnik przed willą znanego polityka, który zasłynął niesławną ustawą o legalizacji przemocy wobec nieletnich, a może chodziło o delegalizację, a gdzieś w procesie legislacyjnym wkradł się chochlik, wprowadzony najpewniej przez jego asystentkę, która chodziła przez czas jakiś z przyszłym mężem przyrodniej siostry swojej kuzynki, a ta z kolei wracała akurat z nową parą butów do tenisa, kiedy przed galerią handlową zatrzymała się czarna furgonetka, z której wyłonił się mężczyzna z siatką i porwał bezpańskiego kota; mężczyzną był agent T., który łapał zwierzęta, wszczepiał im mikrokamery, a potem wypuszczał z powrotem na miasto, by jego mocodawca, inspektor X, mógł patrzeć na świat ich oczami ze swojej siedziby pod gmachem telewizji, która miała transmitować na żywo koncert, i w ten sposób powróciłeś na salę, gdzie…

 

W jednym ze środkowych rzędów dwoje gości: saksofonista, przyjaciel występujących tego wieczoru muzyków, oraz znana dziennikarka muzyczna wybuchnęli jednocześnie śmiechem. Rozmawiali ze sobą po raz pierwszy, tocząc luźną dyskusję o melodyjności w jazzie i współczesnej muzyce awangardowej. Saksofonista stanął po stronie swobody harmonicznej i totalnego scenicznego fermentu, z których słynął zresztą na własnych występach.

W klubie pojawił się po sąsiedzku. Mieszkał zaledwie kilka przecznic dalej i nigdy nie opuszczał okazji, by posłuchać przyjaciół na żywo albo wręcz dołączyć do nich na scenie w chwili jakiejś dzikiej, zupełnie spontanicznej improwizacji. Nie należało również do rzadkości, że gdy popijał piwo w którymś z miejscowych pubów, wstawał nagle od stolika, wyjmował z futerału instrument i grał solo, wędrując po sali pośród zaskoczonych gości.

Saksofonista był samoukiem, nie musiało jednak minąć wiele czasu, zanim jego twórczość i ognisty temperament zapewniły sobie stałe miejsce na mapie muzycznej kraju. Do historii przeszły zwłaszcza te koncerty, na których publiczność nie okazywała zainteresowania wysiłkami muzyka, a tony wyszarpywane z furią z instrumentu musiały przedzierać się przez szum rozmów, śmiech, brzęk szkła i ogólny rozgardiasz. Saksofonista potrafił wówczas przerwać grę i w niewybrednych słowach wyrażać się o gościach lokalu albo nawet przewrócić jakieś krzesło i strącić ze stołu szklankę lub kieliszek – w zależności od tego, na co akurat pozwalały mu geometria sali i dystans od widowni. W kilku najgłośniejszych przypadkach zakończyło się to oskarżeniem o napaść i założeniem sprawy w sądzie.

Rozwojowi temperamentu saksofonisty już od dzieciństwa sprzyjała postawa jego rodziców. Pochłonięci bez reszty własnymi karierami – ojciec: urzędnika w strukturach partyjnych, matka: wykładowcy na wydziale filologii rosyjskiej uniwersytetu – pozostawili jedynemu potomkowi maksimum swobody, co ten wykorzystywał do biegania po cudzych ogródkach, szabrowania działek, wybijania okien na placach budowy nowych osiedli czy podpalania śmietników za supersamami Społem. Nawet gdy zdarzyło mu się zostać przyłapanym na gorącym uczynku, w domu nikt nie robił z tego afery.

– Proszę mi nie mówić, jak mam wychowywać… Dziecko powinno mieć nieograniczone pole do… To i tamto… – mawiała matka, wymierzając w najgorszym razie symboliczną karę. – Nie będzie w tym tygodniu Teleranka…

– Przecież nic się nikomu nie stało… – dodawał ojciec, podnosząc na chwilę wzrok znad gazety albo stosu dokumentów i wzruszając ramionami.

Choleryczne usposobienie saksofonisty dawało się we znaki zarówno uczniom, jak i nauczycielom w kolejnych szkołach, które mimo to kończył z ponadprzeciętnymi wynikami. Nie miał wielu przyjaciół, ale też nigdy nie zabiegał o popularność. Pod koniec lat osiemdziesiątych studiował przez jeden semestr polonistykę i wziął udział w strajku środowisk akademickich. Odkrył w sobie pasję do malowania, gdy wraz z koleżankami i kolegami z wydziału tworzył transparenty, ulotki i afisze z hasłami opozycyjnymi. Szybko stał się naczelnym grafikiem ruchu opozycyjnego na uniwersytecie, malując między innymi obraźliwe dla władzy graffiti; jedno z nich przedstawiało orła bez korony, ale za to z wielkim, napęczniałym penisem stylizowanym na pałkę ZOMO i podobizną Jaruzelskiego zamiast głowy ptaka. Do aresztu trafił jednak dopiero, gdy podjął się organizacji lokalnego happeningu Pomarańczowej Alternatywy; sam saksofonista w momencie zatrzymania przebrany był za stracha na wróble z Czarnoksiężnika z Krainy Oz i próbował wytłumaczyć milicjantom, że brak mózgu uniemożliwia postawienie mu jakichkolwiek zarzutów. Na dołku spędził niecałą dobę, po której – wbrew jego woli – został wyciągnięty przez ojca.

Ich wzajemne relacje uległy w tym czasie gwałtownemu pogorszeniu. Przy stole toczyły się burzliwe dyskusje, w których po raz pierwszy pojawiły się między nimi prawdziwe emocje.

– Głupi gówniarzu… Nie masz pojęcia…

– Jebana kariera… Zafajdane stołki…

– Mogłem cię tam zostawić… Mogłeś gnić w… Inaczej byś śpiewał…

– Nie było nawet porządnego wpierdol… Zaraz się posram z wdzięczności…

Żaden z nich nie używał wcześniej takiego słownictwa. Matka starała się odgrywać rolę cichego mediatora; wnosiła kolację, dyskretnie rozkładała talerze i łagodnym głosem przerywała potok wyzwisk:

– Może byście teraz coś zjedli…

Saksofonista miał wówczas dwadzieścia lat. Do momentu aresztowania ukrywał swoje pochodzenie przed członkami ruchu – przemilczał wszystko, co dotyczyło ojca, i wspomniał tylko, że matka jest nauczycielką, pominął jednak zarówno przedmiot nauczania, jak i jej stanowisko na uniwersytecie: bał się oskarżeń o plecy, które byłyby zresztą zupełnie bezpodstawne, bo wszystko, co osiągnął, saksofonista zawdzięczał tylko i wyłącznie sobie.

Gdy dzień czy dwa po aresztowaniu pokazał się na spotkaniu opozycyjnym, gryps o jego rodzinnych układach krążył już wśród przyjaciół z ruchu. Kiedy stanął w drzwiach małej salki w piwnicy akademika, energiczne głosy wypełniające pomieszczenie nagle zamarły. Saksofonista wzruszył ramionami, zapalił papierosa i usiadł na podłodze w kącie.

– Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej.

– Nie wiem… Głupio mi było.

Po chwili odżyła przerwana dyskusja o organizacji kolejnego strajku studenckiego, w której saksofonista nie wziął aktywnego udziału. Siedział w kącie z papierosem w ustach i zaciągał się głęboko, raz po raz wypuszczając ponad głowy uczestników spotkania chmurę dymu. Spoglądał w stronę kobiety stojącej na drugim krańcu sali, ta jednak odwracała wzrok i ich spojrzenia nie spotkały się ani razu. Związał się z nią kilka miesięcy wcześniej i było to jego pierwsze poważne uczucie.

W cztery oczy porozmawiali dopiero następnego dnia wieczorem.

– Nie mam już do ciebie zaufania. – Usłyszał wtedy i z całej afery to jedno zdanie zabolało go chyba najbardziej.

Saksofonista wrócił do projektowania ulotek i afiszów, malował graffiti, ale nie podjął się już żadnych działań organizacyjnych, a na spotkaniach w piwnicy akademika siedział tylko w kącie i palił. Zdarzało się, że całymi tygodniami nie odzywał się ani słowem; niekiedy podnosił tylko dłoń, gdy wymagała tego sprawa poddana akurat pod głosowanie. Większość z zawartych przez niego w podziemiu przyjaźni nie przetrwała próby czasu.

W wolnej Polsce saksofonista podjął studia na akademii sztuk pięknych. Wyniósł się od rodziców i zamieszkał na stancji, którą opłacał z malowanych na starówce portretów i różnych prac dorywczych: kelnera, stróża nocnego, tragarza w firmie przeprowadzkowej. Na podkradzionym z rodzinnego domu gramofonie wsłuchiwał się godzinami w płyty Johna Coltrane’a i Ornette’a Colemana; za odłożone pieniądze kupił swój pierwszy saksofon – wysłużony instrument ze sklepu ze starzyzną, który po oczyszczeniu, wymianie sprężynek i nasmarowaniu nadawał się do grania na poziomie amatorskim, a o żadnym innym nie mogło być w jego przypadku mowy.

Dziwnym zbiegiem okoliczności w dwupiętrowym domu, który służył za stancję siódemce studentów różnych uczelni i kierunków, poza saksofonistą znalazła się aż trójka muzyków; tylko jeden z nich posiadał wykształcenie muzyczne, reszta uczyła się swoich instrumentów od podstaw samodzielnie. Po kilku miesiącach wzajemnego podsłuchiwania się przez ściany pokojów i kuchennych dyskusji przy tanim winie podjęto decyzję o założeniu zespołu. Saksofon, kontrabas (w rękach absolwenta dwóch stopni szkoły muzycznej ze specjalnością wiolonczela), gitara elektryczna oraz perkusja – tak przedstawiało się instrumentarium tego projektu, który miał stanowić fuzję różnych gatunków, stylów i wizji, które wnosili do projektu poszczególni muzycy. Dlatego podczas prób w ograniczonej przestrzeni blaszanego garażu ścierały się ze sobą freejazzowe eksperymenty tonalne, klasyczne melodie przeniesione ze smyczka na pizzicato i rockandrollowa fantazja spod znaku Keitha Richardsa, a wszystkiemu towarzyszył metaliczny pogłos wprawionych w gwałtowne wibracje ścian.

Saksofonista pierwszy raz od bardzo dawna miał poczucie podążania we właściwym kierunku i nie potrzebował niczego więcej. Sukces komercyjny, artystyczny czy w ogóle jakikolwiek uznał za nonsens i publicznie – to znaczy w trakcie jednej z kuchennych dyskusji przy tanim winie – nazwał go „formą freudowskiej wymówki dla marzeń o cycatych groupies, gotowych zrobić ci po koncercie laskę albo dać się przerżnąć w kiblu na zapleczu klubu”; fraza niewątpliwie miała związek z jego ówczesną fascynacją psychoanalizą.

Niezależnie od ukrytych motywów ambicje reszty zespołu sięgały dużo dalej. Po niespełna pół roku wspólnej gry i kilkunastu koncertach różnica w poglądach przerodziła się w otwarty konflikt. Gdy saksofonista zjawił się któregoś dnia na próbie, zespół grał już bez niego, za to z nowym muzykiem w składzie.

– O, hej! Fajnie, że jesteś. Poznaj naszego saksofonistę.

– To cześć, chłopaki…

Po drodze na stancję kupił butelkę wódki, a potem cały wieczór pił i słuchał w kółko ulubionych utworów Coltrane’a, Colemana, Parkera i Rollinsa na tanim walkmanie, którego z pewnością nie wyprodukowała firma Sony. Około godziny drugiej w nocy, w stanie głębokiego odurzenia alkoholem i pod wpływem nagłego impulsu próbował wziąć do ręki saksofon i zagrać Lonely Woman, potknął się jednak o sztalugę z niedokończonym malowidłem kameralnej orkiestry, w której wszystkie instrumenty budziły skojarzenia z męskimi lub żeńskimi genitaliami, zatoczył się najpierw na ścianę, potem biurko pełne papieru w kratkę i pięciolinię, od biurka zaś na stolik nocny z chusteczkami, które wykorzystywał zarówno do czyszczenia nosa, jak i ocierania penisa z nasienia, jeżeli przed zaśnięciem odczuł potrzebę masturbacji. Kluczowym elementem sekwencji okazał się jednak stół, na którym stały zapalone świece, bo akurat tego wieczoru i nocy w dzielnicy nastąpiła awaria prądu. Najpierw ogień zajął papiery i książki na biurku; saksofonista oglądał to z łóżka, na które odbił się od stolika nocnego. Zrozumienie powagi sytuacji zajęło mu dłuższą chwilę, w czasie której ogień przeszedł na przewróconą sztalugę, odcinając mu drogę do drzwi wyjściowych. Saksofonista próbował zdusić płomienie kocem, było już jednak na to za późno. Jego wspomnienia z całego zajścia urywały się w tym momencie.

Obudził się w szpitalu z koszmarnym bólem głowy, owiniętej w bandaże. Od pielęgniarek dowiedział się, że zanim wyskoczył przez okno z płonącego pokoju, zabrał ze sobą zawieszony na szyi instrument i płytę Charliego Parkera Ornithology, prawdopodobnie nie dlatego, że był jej aż tak oddanym fanem, ale że leżała akurat na wierzchu, a nie miał zbyt wiele czasu do namysłu. Zaalarmowani krzykami i dymem mieszkańcy stancji zadzwonili po straż pożarną i sami wybiegli w panice z domu, łapiąc po drodze wszystko, co wydało im się w owym momencie wartościowe. W bezpiecznej odległości od płonącego budynku utworzył się stos gitar, elementów zestawu perkusyjnego, płyt winylowych, książek, zeszytów, pamiątek z zagranicznych podróży, plakatów z autografami znanych artystów, figurek Matki Boskiej poświęconych przez samego papieża, teczek z dokumentami etc., etc.

Saksofonista był w zasadzie jedynym poszkodowanym: oprócz zatrucia czadem doznał szeregu niegroźnych oparzeń, a upadek z drugiego piętra – być może dzięki znanej skłonności osób pijanych do unikania poważnych urazów – obok kilku drobnych potłuczeń nie pozostawił po sobie żadnego śladu.

– Mogło być gorzej – powiedział do siebie, oglądając swoją twarz w lustrze szpitalnej łazienki tuż po zdjęciu bandaży.

Jego głównym zmartwieniem po opuszczeniu szpitala stała się sprawa kosztów remontu. Dom był ubezpieczony, ale umowa wykluczała wypłatę odszkodowania w przypadku, gdy do incydentu doszło na skutek spożycia alkoholu lub innych środków odurzających. Ku ogromnemu zdziwieniu saksofonisty badanie krwi wykazało jednak, że nie zawierała ona prawie alkoholu, całe zdarzenie można było wobec tego uznać za niefortunny wypadek, wynikający przede wszystkim z awarii zasilania; podobny pożar wybuchł zresztą dokładnie w tym samym czasie w innej części miasta. Saksofonista zastanawiał się później, czy nie zadziałała tutaj niewidzialna ręka ojca, który wraz z upadkiem systemu przeszedł na drugą stronę barykady i był wówczas wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej w rządzie Pawlaka. Nie rozmawiali ze sobą od pierwszych wolnych wyborów, a z matką spotykał się tylko i wyłącznie wtedy, gdy miał gwarancję, że ojca nie będzie w pobliżu.

Po wyjściu ze szpitala saksofonista pozostał całkowicie sam. Porzucił w międzyczasie studia malarskie, by skoncentrować się wyłącznie na muzyce; nie było dla niego powrotu na stancję, nie był mile widziany w swoim dziewiczym zespole, domu rodzinnego nie brał w ogóle pod uwagę. Wynajął niewielką kawalerkę na ostatnim piętrze falowca; za dnia malował portrety i pejzaże miejskie dla turystów, wieczorami grywał solo w lokalnych klubach za jakieś grosze i napiwki.

A pił coraz więcej. Nie musiał wliczać alkoholu do kosztów utrzymania, bo wystarczyło, że usiadł za barem po koncercie, a drinki, piwa i kolejki pojawiały się wokół niego jakby znikąd. Saksofonista nie miał w zwyczaju odmawiać i pił zawsze do końca, zwykle własnego, gdy słaniając się na nogach, obrażał zupełnie obcych ludzi, zasypiał w toaletach lokali, wracał do domu środkiem ruchliwej ulicy albo nocował w jakichś krzakach, na ławkach w parkach, w prywatnych ogródkach, do których w ostatnim przebłysku pijackiej fantazji dostawał się, skacząc przez mur lub wspinając po ogrodzeniu. Kilka razy trafił przy okazji na dołek.

Niekiedy mieszał alkohol z lekami na receptę: dwa razy relanium piątka i trzy kieliszki wódki zapewniały odpowiedni punkt wyjścia dla reszty wieczoru. Robił się łagodny i towarzyski jak nigdy, sypał ze sceny żartami, zapraszał przypadkowe osoby z publiczności do zaśpiewania jakiegoś szlagieru z jego saksofonem tylko w roli akompaniamentu. Furorę zrobiło My Funny Valentine w wykonaniu trzech licealistek, spośród których z jedną wylądował później w łóżku. Nie pamiętał zresztą dokładnie, jak do tego doszło – czasami nie pamiętał nawet, że grał w ogóle jakiś koncert.

Któregoś dnia, poproszony o pełnienie obowiązków świadka na ślubie swoich bliskich przyjaciół, saksofonista stawił się przed obliczem proboszcza i zapytany o wiek odpowiedział bez wahania: „dwadzieścia trzy”, co duchowny odnotował w księdze metrykalnej. Nowożeńcy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

– Dwadzieścia pięć. Masz dwadzieścia pięć lat.

Tak, tyle rzeczywiście miał. Sam zaskoczony pomyłką spróbował podsumować wydarzenia ostatniego roku, ale w jego głowie pojawiły się tylko jakieś strzępy wspomnień, dziury, białe plamy; układanka pamięci rozsypała się na niespójne chronologicznie fragmenty, których nie potrafił już do siebie dopasować.

Parę dni później dalej nie mógł uwolnić się od myśli o tej niewinnej z pozoru pomyłce. Dwadzieścia trzy lata… A mówił to przecież z pełnym przekonaniem. Uświadomił sobie, że takie błędy zdarzają mu się ostatnio coraz częściej i zupełnie nagle zaczął się bać. Przeszukał nerwowo apteczkę, otworzył pierwsze piwo, potem drugie, trzecie, czwarte… Do całodobowego miał na szczęście tylko kilka minut spacerem, które umilił sobie, wspominając życiorysy legendarnych jazzmanów: Milesa Davisa, Charliego Parkera, Sonny’ego Rollinsa, Cheta Bakera.

– Może to i lepiej, że nie mam ich talentu.

W drodze powrotnej otworzył butelkę żołądkowej; wódka uspokoiła go na tyle, że gdy dotarł najpierw do mieszkania w falowcu, a następnie do dna butelki, zdołał paść na łóżko i pogrążyć się w twardym, pijackim śnie bez marzeń.

Kolejną niespodziankę stanowiło ponaglenie do zapłaty czynszu, odnalezione przez saksofonistę któregoś dnia w skrzynce na listy. Oglądał je przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem. Nie miał w zwyczaju zmieniać kartek w kalendarzu i rzadko kojarzył, jaki jest akurat dzień albo nawet miesiąc, więc zdarzało mu się zalegać z opłatami tylko dlatego, że zapomniał o terminie; poślizg sięgał niekiedy dwóch albo trzech tygodni, ale nigdy nie był na tyle duży, by spółdzielnia przysłała mu ponaglenie. Obawy pogłębił szczegółowy przegląd zawartości portfela: okazał się niemalże całkowicie pusty. Saksofonista nie potrafił dokładnie powiedzieć, ile na co wydaje – nigdy nawet nie próbował tego liczyć ani kontrolować.

– Czyżby chodziło o alkohol? – zastanawiał się, popijając piwo i paląc papierosa nad ponagleniem złożonym w samolocik z papieru.

Początkowo ograniczał się do drinków, które w magiczny sposób wyrastały na jego stoliku w klubie, jednak z czasem częstotliwość porannych i nocnych wypraw do sklepu monopolowego się nasilała. Wzruszył ramionami.

– Zawsze mogę przecież znaleźć jakąś pracę.

Dziesięć minut później poprosił w kiosku o paczkę cameli i „Anonse”. Wrócił do domu, otworzył piwo, usiadł z gazetą na łóżku i czytał na głos:

– Zbrojarz potrzebny od zaraz… Kelner w nocnym klubie… Taksówkarz z doświadczeniem… Przeprowadzki… Remonty… Budowa… Budowa… Restauracja… Jezu…

Pociągnął głęboki łyk z butelki. Zapalił papierosa i położył się na łóżku, pozwalając nogom wisieć bezwładnie w powietrzu. Leżał tak dłuższą chwilę prawie bez ruchu i wydmuchiwał chmury dymu z petem cały czas w ustach. Pusta butelka po piwie wyślizgnęła się z jego dłoni i przeturlała po podłodze na drugi kraniec pokoju.

– Nie mam siły. Dwadzieścia trzy lata i już nie mam siły… Kurwa.

Nie zmienił nic w swoim sposobie życia, poza ograniczeniem zakupów w monopolowym, kiedy zmuszał go do tego stan portfela, i zaprzestaniem płacenia rachunków. Na stoliku w kuchni stworzył całą armię małych ludzi i samolotów z ponagleń i wezwań do zapłaty; trwało to kilka miesięcy, aż w końcu z pomocą przyszedł mu przypadek.

– Podoba mi się twoja gra.

Tyle saksofonista zapamiętał z okoliczności, w jakich się poznali. To, czego mógł być absolutnie pewien, to że obudził się następnego dnia rano z kobiecą stopą na twarzy. Jak się okazało, należała ona do menedżerki kilku zespołów muzycznych ze stolicy, w tym jednego kwartetu jazzowego, z którym obiecała go skontaktować. Jeszcze zanim spełniła obietnicę, podpisał z nią w łóżku kontrakt na wyłączne przedstawicielstwo, uczczony toastem z chilijskiego merlota, którego butelkę jakimś cudem znaleźli w szafce pod kuchennym zlewem. Przez resztę dnia wychodzili z łóżka tylko po kolejne butelki, puszki, czasem jakąś kanapkę albo kabanosa…

Dwadzieścia lat później saksofonista miał za sobą szereg własnych projektów muzycznych, ścieżki dźwiękowe do filmów i parędziesiąt płyt, w tym siedem sygnowanych jego nazwiskiem; trzy zostały wydane dla zachodnich wytwórni i ocenione wysoko w zagranicznej prasie.

Saksofonista mieszkał niedaleko klubu i postanowił wybrać się na koncert tramwajem. W domu nie było akurat nikogo, z kim mógłby się pożegnać. Wrócił w nocy z podróży i przespał moment, gdy opuszczali go kolejni lokatorzy: dzieci, w drodze do szkoły albo dokądkolwiek, bo nie miał całkowitej pewności, czy tego dnia powinny były się wybrać do szkoły; żona, udając się do biura agencji, gdzie zajmowała się między innymi organizacją tournée saksofonisty po Czechach. To zwykle ona, wracając z pracy, odbierała najmłodsze pociechy z gimnazjum i podstawówki.

Saksofonista zadzwonił jeszcze do nich wszystkich przed wyjściem.

– Cześć, kochanie.

– Cześć, tato.

– Cześć, misiu, młody, mała.

Połowę całego czasu z szesnastu lat swojego ojcostwa spędził w podróżach, na koncertach, w studiach nagraniowych. Był jedną z tych osób, dla których wynalazek telefonii komórkowej okazał się wybawieniem. Jeszcze zanim to nastąpiło, potrafił godzinami wisieć na słuchawkach automatów przy barach, próbując przekrzyczeć zgiełk sali, moneta za monetą, impuls za impulsem, albo na tyłach klubów muzycznych, w ulicznych budkach, gdzie słowa musiały walczyć z szumem wiatru i szelestem deszczu.

Było za dziesięć piąta, gdy saksofonista wysiadł przed klubem z tramwaju. Uciął sobie pogawędkę z kasjerem kina, podał dłoń ochroniarzowi. Na sali wymienił szereg serdecznych uścisków z muzykami i realizatorem, który nagłaśniał także kilka jego koncertów. Przywitał się uprzejmie z resztą, poznał parę nowych osób, w tym dziennikarkę muzyczną, z którą wdał się w dyskusję na temat melodyjności w jazzie i muzyce improwizowanej w ogóle. Rozmowa zboczyła na pozamuzyczne tory, gdy zupełnie przypadkiem okazało się, że obydwoje spędzili dzieciństwo przy tej samej ulicy, kupowali ptysie w tej samej, ulubionej przez wszystkie okoliczne dzieci cukierni i tylko kilkuletnia różnica wieku sprawiła, że nigdy się nie spotkali, chociaż łączyła ich również ta sama szkoła i nieliczne w tej części miasta miejsca zabaw.

– Mały jest ten świat – skwitowali niemalże równocześnie, zanim wybuchnęli śmiechem.

Z wykształcenia dziennikarka była doktorem wydziału dyrygentury, kompozycji i teorii muzyki miejscowej akademii muzycznej i na co dzień specjalizowała się raczej w klasyce. W jej życiorysie, który z pieczołowitością skryby dokumentowała w liczącym trzy tomy dzienniku, przewijało się kilka słów kluczowych: Żydówka, los, ucieczka, samolot, fortepian, tożsamość, ziemia, nienawiść. Każde było na swój sposób ważne, z każdym wiązała się historia.

Żydówka. Jesteś Żydówką. Masz korzenie żydowskie. Czasem wyobrażała sobie, że pierwszym słowem, które usłyszała w życiu było właśnie „Żydówka” albo „Żyd”, i że było też pierwszym wypowiedzianym zamiast „mamo”. Rodzice dziennikarki należeli do grupy zaledwie dwudziestu Żydów z lokalnej społeczności semickiej, którym udało się przetrwać Holokaust. Poznali się w jednym z gett; wskutek wyparcia lub zniekształcenia wspomnień żadne z nich nie potrafiło z całkowitą pewnością powiedzieć, czy było to getto w dawnym budynku żeńskiego gimnazjum, czy też to przy ulicy Stągiewnej. Okoliczności sprawiły, że nie stanowili oni jednego z tych małżeństw, które nawet u schyłku życia wspominają jeszcze z łezką w oku swoje pierwsze spotkanie: jakieś muśnięcie dłoni na szkolnym korytarzu albo skrzyżowanie spojrzeń w autobusie komunikacji miejskiej, któremu towarzyszyła niewidzialna dla całej reszty świata iskra. O wszystkim, co działo się w tamtych latach, mówili niechętnie, często przeinaczając albo pomijając fakty, tak że historia za każdym razem brzmiała odrobinę inaczej. Gdy mała dziennikarka nie zadawała jeszcze niewygodnych pytań, z podsłuchanych mimochodem rozmów zrodził się jej pierwszy wpis w dzienniku: 3 XI 1967. Jestem Żydówką. Moi rodzice poznali się w piekle.

Wpis powstał kilka tygodni po tym, jak z niezrozumiałych dla dziecka przyczyn rodzice jednocześnie stracili pracę. Atmosfera w domu zrobiła się nerwowa. W komfortowym mieszkaniu na ostatnim piętrze bloku gdzieś na obrzeżach śródmieścia małej dziennikarce coraz trudniej było znaleźć dla siebie miejsce. Miała własny pokój, ale cienkie ściany działowe nie chroniły jej już przed podniesionymi głosami z salonu. Coraz częściej zmuszona była słuchać, jak z upiornym skrzypieniem otwierały się drzwi balkonowe, gdy któreś z rodziców wychodziło zapalić kolejnego papierosa. Do niedawna palił tylko ojciec, teraz zmieniali się, jakby istniała jakaś niepisana zasada wyłączności tego skrawka przestrzeni, dla niej po części zakazanego, bo nie wolno jej było wychodzić na balkon samej. Odkąd w domu wybuchło coś, co wiele lat później nazwała w swoim dzienniku zimną wojną, na balkon nie była już zapraszana wcale. Czując się opuszczona i pominięta, przez większość czasu tuliła w swoim pokoju żółtego pluszowego misia, któremu nadała najpierw imię Misio, potem Edzio, aż wreszcie przechrzciła go na Feliks, nie mając jeszcze pojęcia, że w łacińskim znaczeniu tego słowa kryje się jakaś złowroga ironia.

Parę miesięcy później spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i wypożyczonym od znajomych żukiem przeprowadzili się do rodziny na wieś. Dziennikarka znowu niczego nie rozumiała. Cztery wygodne pokoje z panoramą miasta, rozciągającą się z okien, zamienili na dwa w jakiejś przedwojennej ruderze, z czego jeden przypadł na wyłączność rodzicom, a drugi ona musiała współdzielić z innymi dziećmi. W domu nie było telewizora i toalety, której funkcję pełniła postawiona na brudnym podwórku sławojka. Smród, który się z niej wydzielał, był dla małej tak intensywny, że przenikał przez okna do wnętrza budynku i nie pozwalał zasnąć; odtąd widok i smród sławojki stały się w jej głowie symbolem biedy, synonimem upadku i degradacji. Co było nie tak z tamtym mieszkaniem? Co było nie tak z miastem? Czy to jej wina, czy zrobiła coś złego? Rodzice bądź to milczeli jak zaklęci, bądź obiecywali wytłumaczyć jej to któregoś dnia, albo mówili, że kiedyś sama wszystko zrozumie.

Mała często płakała i nie chciała bawić się z kuzynami, którzy zdawali się rozumieć jeszcze mniej, bo biegali, śmiali się i robili sobie nawzajem głupie żarty, podczas gdy najwyraźniej działo się coś tragicznego. Tuliła misia, o którym pisała w swoim dzienniku jako o „jedynym i najlepszym przyjacielu, odkąd straciła dom i rodziców”. Z dawnego życia pozostało jej poza tym parę książek dla dzieci, ubrania, które wywoływały we wsi śmiech i szybko się zabrudziły, zniszczyły na pozbawionych chodników polnych drogach. Po każdym deszczu bała się wyjść z domu na myśl o brodzeniu po kolana w błocie, o gubionych pantoflach i plamach na sukience, która zrobiła się zresztą całkowicie bezbarwna, straciła swój wzór i osobowość. Mała przestała się do kogokolwiek odzywać i odmówiła podjęcia nauki w miejscowej szkole podstawowej, do czego zmusił ją wreszcie ojciec, nosząc na ramionach aż pod same drzwi budynku. W naturalny sposób stała się obiektem drwin, szyderstw i niewybrednych żartów; jeden z nauczycieli tytułował ją z przekąsem „małą miss”.

Koszmar zakończył się po ponad pół roku, kiedy dziennikarka niemalże już zaczynała się godzić z losem i przyzwyczajać do nieludzkich, jej zdaniem, warunków. Wracała ze szkoły sama, odziana w ogrodniczki i – jeżeli akurat tego dnia padało – długie, gumowe kalosze, za duże na jej małą stopę co najmniej o rozmiar. Zdarzało się nawet, że wymachiwała radośnie workiem z zeszytami i obuwiem na zmianę, ciesząc się ze słońca i wiatru, urządzającego harce w jej płowych włosach przyciętych z przodu w grzywkę, a z tyłu filigranowej głowy uwiązanych w warkoczyk. Początkowo zabierała ze sobą do szkoły misia, ale z czasem uznała, że Feliks nudzi się, bo jak i ona jest zbyt inteligentny i oczytany, by wynieść cokolwiek z zajęć na głębokiej prowincji. Zostawiała go więc zazwyczaj w domu, na szczycie jakiegoś regału, w bezpiecznej odległości od kotów, z którymi – w odróżnieniu do niej – nie zdołał się zaprzyjaźnić. Poza tym Feliks również nie przepadał za błotem.

Na pierwszy rzut oka mała dziennikarka nie różniła się już niczym od swoich rówieśniczek ze wsi. Traciła powoli nadzieję na odzyskanie rodziców, którzy często znikali na całe dnie i prawie nie rozmawiali z córką; coraz rzadziej zdarzało jej się też słyszeć, by rozmawiali między sobą. W nowej rzeczywistości nie było żadnych zasad wyznaczających kolejność albo miejsce palenia, dlatego zwykle, gdy ich widziała, siedzieli przy stole w kuchni z papierosami w dłoniach i poza tym jednym, powtarzanym z zegarmistrzowską precyzją trzy razy na minutę ruchem ramienia, to zbliżającym do ust papierosa, to oddalającym go, byli pogrążeni w niemalże całkowitej apatii, a ich twarze nie wyrażały żadnych emocji.

Gdy