Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

B jak bezwzględność ebook

Sue Grafton

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka B jak bezwzględność - Sue Grafton

Umiejętności Kinsey Millhone poddane zostaną ciężkiej próbie. Pani detektyw otrzymała nietypowe zlecenie – rozwikłuje tajemnicę bez morderstwa, szuka skarbów bez mapy. Bystra i pełna energii, wygadana i przemądrzała, znów wpycha nos w nie swoje sprawy. Do spółki z duetem przestępców rodem z klasycznych kryminałów wyrusza w daleką podróż, po której zostaje jej ból głowy i puste konto.

Ulubiona bohaterka Ameryki zawsze ma na podorędziu ciętą ripostę i energię do walki. I w pełni wykorzystuje te cechy w kolejnym tomie „Alfabetu zbrodni”.

Czyta się jednym tchem. Oryginalne poczucie humoru i niestandardowe poczucie sprawiedliwości.

San Francisco Chronicle

Odnosimy wrażenie, że ją dobrze znamy. Kinsey Millhone to twardy orzech z miękkim środkiem; to lubiący towarzystwo samotnik.

Newsweek

Opinie o ebooku B jak bezwzględność - Sue Grafton

Fragment ebooka B jak bezwzględność - Sue Grafton

Sue Gra­fton

b jak bez­względność

z an­giel­skie­go przełożyła Alek­san­dra Giet­ka-Ostrow­ska

Warszawa 2013

Tytuł ory­gi­nału:

”L” is for Law­less

Co­py­ri­ght © 1995 by Sue Gra­fton

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Buch­mann Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Alek­san­dra Giet­ka-Ostrow­ska

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Re­dak­cja: Ita Tu­ro­wicz

Ko­rek­ta: Bo­gusława Jędra­sik, Pau­li­na Mar­te­la

Skład: TYPO Ma­rek Ugo­row­ski

ISBN 978-83-7881-298-2

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Z wy­ra­za­mi miłości dla mo­ich dro­gich przy­ja­ciół

– Sal­ly i Gre­go­ry’ego Gi­lothów oraz Con­nie, Mar­shal­la i Lau­ry Swa­in

PO­DZIĘKO­WA­NIA

Au­tor­ka dziękuje za cenną po­moc Ste­ve­no­wi Hum­ph­rey­owi, Eri­co­wi S.H. Chin­go­wi i Lo­uiso­wi Skie­ra, re­pre­zen­tan­to­wi Sto­wa­rzy­sze­nia We­te­ranów, B.J. Se­ebold, J.D., Car­te­ro­wi Hick­so­wi, Car­lo­wi Ec­khar­to­wi, Ray­owi Con­nor­so­wi, ka­pi­ta­no­wi Edwar­do­wi A. Aaste­do­wi, po­rucz­nik Char­le­ne French oraz Jac­ko­wi Co­ga­no­wi z Wy­działu Po­li­cji San­ta Bar­ba­ra, Mer­ri­lo­wi Hof­f­ma­no­wi z Ce­chu Ślu­sa­rzy San­ta Bar­ba­ra, Vau­gha­no­wi Arm­stron­go­wi, Kim Oser, Hy­att Dal­las/Forth Worth, She­ili Burr, Sto­wa­rzy­sze­niu Au­to­mo­bi­listów Ka­li­for­nii, A. La­Mott Smith, Char­le­so­wi de L’Ar­bre, Ja­net Van Vel­sor i Ca­thy Pe­ter­son z San­ta Bar­ba­ra Tra­vel oraz Joh­no­wi Hun­to­wi z Com­pu­Vi­sion, który ura­to­wał roz­dział czter­na­sty z Atra­men­to­wej Próżni.

1

Nie chcę być wred­na, ale w przyszłości trzy razy się za­sta­no­wię, nim wyświadczę przysługę zna­jo­me­mu zna­jo­me­go. W życiu nie spo­tkało mnie tyle przy­krych zajść, choć na początku wszyst­ko wy­da­wało się nie­win­ne i pro­ste. Nig­dy bym nie pomyślała, że tak się to po­to­czy. Otarłam się o śmierć, a co gor­sza (tak przy­najm­niej twier­dzi moja przy­ja­ciółka, która pa­nicz­nie boi się den­tystów) omal nie stra­ciłam obu górnych je­dy­nek. Na głowie wyrósł mi za to guz wiel­kości pięści. A wszyst­ko to z po­wo­du ro­bo­ty, za którą nie do­stałam złama­ne­go gro­sza!

Z prośbą o po­moc zwrócił się do mnie właści­ciel mo­je­go wy­najętego miesz­ka­nia, Hen­ry Pitts, którego jak wszy­scy wiedzą, ko­cham miłością czystą od wie­lu lat. Nie zmie­nia tego na­wet fakt, że ma na kar­ku osiem­dzie­siąt pięć lat (czy­li jest ode mnie o pół wie­ku star­szy). Za­wsze od­no­sił się do mnie z atencją i nig­dy o nic nie pro­sił, nie mogłam mu więc odmówić. Zwłasz­cza że spra­wa wy­da­wała się oczy­wi­sta i nic w niej nie za­po­wia­dało kłopotów.

Był czwar­tek, dwu­dzie­sty pierw­szy li­sto­pa­da, ty­dzień przed Świętem Dziękczy­nie­nia oraz zbliżającym się wiel­ki­mi kro­ka­mi we­se­lem. Wil­liam, star­szy brat Hen­ry’ego, żenił się z moją przy­ja­ciółką Ro­sie, która pro­wa­dziła nie­wielką ta­wernę nie­opo­dal na­sze­go domu. Tra­dy­cyj­nie za­my­kała ją w Święto Dziękczy­nie­nia, li­czyła więc, że wyj­dzie za Wil­liama i będzie się cie­szyć we­sel­nym dniem bez uszczerb­ku dla in­te­resów. Co więcej, or­ga­ni­zując przyjęcie i ślub we własnym lo­ka­lu, eli­mi­no­wała po­trzebę wy­naj­mo­wa­nia sali oraz płace­nia za usługę Kościołowi. Umówiła urzędni­ka dla udzie­le­nia ślubu, zakładając przy tym, że to jego święty obo­wiązek, wo­bec cze­go wy­na­gro­dze­nie od­bie­rze so­bie w for­mie pen­sji od państwa. Hen­ry ośmie­lił się wpraw­dzie za­su­ge­ro­wać, że sługa pa­ra­grafów zasługu­je na bo­daj skrom­ne ho­no­ra­rium za swój wysiłek, ale Ro­sie ob­rzu­ciła go ciężkim spoj­rze­niem, udając, że nie zna an­giel­skie­go na tyle, by zro­zu­mieć aluzję. Była Węgierką, z cze­go skwa­pli­wie ko­rzy­stała w do­god­nych dla sie­bie mo­men­tach, udając, że nie ro­zu­mie ni w ząb, o czym mowa.

Ro­sie i Wil­liam zaręczy­li się rok temu z okładem, na­deszła więc sto­sow­na chwi­la na ko­lej­ny krok, czy­li małżeństwo. Nie wie­działam, ile lat ma na­prawdę Ro­sie, zakładałam jed­nak, że zbliża się do sie­dem­dzie­siątki. Wil­liam nie­daw­no skończył osiem­dzie­siąt osiem, więc w ich przy­pad­ku słowa „póki śmierć nas nie rozłączy” na­bie­rały istot­niej­sze­go zna­cze­nia niż w ustach większości młodych par.

Za­nim przejdę do oma­wia­nia szczegółów owej nieszczęsnej spra­wy, win­na je­stem wyjaśnie­nie co do tego, kim je­stem. Na­zy­wam się Kin­sey Mil­l­ho­ne. Mam li­cencję de­tek­ty­wa. Je­stem ko­bietą. Dwa razy się roz­wiodłam, nie mam dzie­ci ani żad­nych in­nych uciążli­wych krew­nych. Przez sześć lat pra­co­wałam dla to­wa­rzy­stwa ubez­pie­cze­nio­we­go z Ka­li­for­nii, Ca­li­for­nia Fi­de­li­ty In­su­ran­ce – na pod­sta­wie nie­for­mal­nej ugo­dy spraw­dzałam przy­pad­ki pod­pa­leń oraz nagłych zgonów, w zmian za co pod­naj­mo­wa­li mi biu­ro. Umo­wa do­biegła końca, te­raz więc, mniej więcej od roku, wy­naj­muję biu­ro od kan­ce­la­rii praw­nej King­sman i Ives w San­ta Te­re­sa. Z po­wo­du ślubu wzięłam ty­dzień urlo­pu, licząc, że w prze­rwach między po­ma­ga­niem Hen­ry’emu w przy­go­to­wa­niach do we­se­la za­znam odro­bi­ny spo­ko­ju. Hen­ry, eme­ry­to­wa­ny pie­karz, za­an­gażował się po­nad miarę: za­mie­rzał upiec tort i przy­go­to­wać bu­fet.

W przyjęciu we­sel­nym miało uczest­ni­czyć osiem osób. Jeżdżącej na wózku sio­strze Ro­sie, Klo­til­de, przy­padła za­szczyt­na funk­cja druh­ny pan­ny młodej. Hen­ry zo­stał drużbą, a jego star­szym bra­ciom, Le­wi­so­wi i Char­lie­mu, po­wie­rzo­no za­da­nie od­pro­wa­dza­nia gości na miej­sce. Czte­rej pa­no­wie – Hen­ry, Wil­liam, Le­wis i Char­lie – zwa­ni po­wszech­nie chłopca­mi, daw­no już prze­kro­czy­li wiek młodzieńczy. Naj­star­szy Char­lie miał dzie­więćdzie­siąt trzy lata, najmłod­szy Hen­ry – osiemdzie­siąt pięć. Ich je­dy­na sio­stra, Nell, pełna ener­gii dzie­więćdzie­sięcio­pięcio­lat­ka, miała to­wa­rzy­szyć pan­nie młodej jako ko­lej­na druh­na. Mnie do­stała się trze­cia stroj­na su­kien­ka druh­ny. Pan­na młoda po­sta­no­wiła na ten wyjątko­wy dzień włożyć długą luźną ha­wajską szatę w ko­lo­rze złama­nej bie­li, a ja­skra­wo­czer­wo­ne włosy przy­brać ro­dza­jem dia­de­mu z gi­piu­ry. Wcześniej po oka­zyj­nej ce­nie kupiła belę kwie­ci­stej, lek­ko połyskli­wej bawełny – przez wiel­kie fio­le­to­we i różowe kwia­ty prześwi­ty­wało na niej tło w ko­lo­rze ja­skra­wej zie­le­ni. Pie­czołowi­cie za­pa­ko­wała ma­te­riał i wysłała go do Flint w sta­nie Mi­chi­gan, gdzie Nell „uszyła” z nie­go trzy iden­tycz­ne ha­wajskie suk­nie dla dru­hen. Nie mogłam się do­cze­kać, by przy­mie­rzyć swoją. Czułam przez skórę, że usta­wio­ne gęsie­go za panną młodą będzie­my w nich przy­wo­dzić na myśl wzo­rzy­sty szpi­tal­ny pa­ra­wan. Li­czyłam, że jako do­brze za­kon­ser­wo­wa­na trzy­dzie­sto­pięcio­lat­ka załapię się też do roli dziew­czyn­ki sypiącej kwia­ty, ale Ro­sie wiel­ko­dusz­nie zwol­niła mnie z tej funk­cji. Tak czy in­a­czej, za­po­wia­dał się ślub stu­le­cia. Nie opuściłabym tej im­pre­zy za żadne pie­niądze. Te­raz jed­nak powróćmy do zda­rzeń po­prze­dzających „zajście”, jak ma­wia­my w na­szej branży.

W czwart­ko­wy po­ra­nek już o dzie­wiątej wpadłam na Hen­ry’ego. Miesz­kałam w przy­budówce będącej jego daw­nym garażem, więc spe­cjal­nie mnie jego obec­ność nie zdzi­wiła. Za­mie­rzałam po­je­chać do po­bli­skie­go su­per­mar­ke­tu i zro­bić za­pas mrożonek na kil­ka dni. Le­d­wie jed­nak otwo­rzyłam drzwi, zo­ba­czyłam go siedzącego na pro­gu, z kawałkiem pa­pie­ru i rolką taśmy klejącej. Za­miast tra­dy­cyj­nych szortów, ko­szul­ki i kla­pek miał na so­bie długie ciem­ne spodnie i nie­bieską bluzę od dre­su z pod­wi­niętymi ręka­wa­mi.

– Wyglądasz świet­nie – rzu­ciłam na po­wi­ta­nie, do­ce­niając fakt, że umył i wy­szczot­ko­wał sta­ran­nie siwe włosy. Na­wet stojąc nad nim, czułam cy­tru­so­wy za­pach jego wody po go­le­niu. Nie­bie­skie oczy lśniły w opa­lo­nej twa­rzy. Był wy­so­ki, smukły, pełen ciepła. Za­wsze in­try­go­wały mnie jego by­stry umysł i nie­na­gan­ne ma­nie­ry. Gdy­by nie był w wie­ku mo­je­go dziad­ka, uwiodłabym go bez drgnie­nia po­wie­ki.

– A więc je­steś! – zawołał Hen­ry i uśmiechnął się sze­ro­ko. – To bar­dzo do­brze. Właśnie pisałem do cie­bie kartkę. Gdy­bym wie­dział, że sie­dzisz w domu, pew­nie bym za­pu­kał. Jadę na lot­ni­sko po Nell i chłopców, ale mam do cie­bie prośbę. Mogę zająć ci chwilę?

– Ja­sne. Jadę po za­ku­py. Nie spie­szy mi się. O co cho­dzi?

– Pamiętasz pana Lee? Wszy­scy tu mówili na nie­go John­ny. Miesz­kał za ro­giem. W małym białym dom­ku z za­pusz­czo­nym ogro­dem. Właści­wie w domu miesz­kał jego wnuk Buc­ky z żoną. John­ny zaj­mo­wał miesz­kanie nad garażem.

Dom, o który mówił, mijałam co­dzien­nie pod­czas po­ran­nej prze­bieżki. Był duży, biały i za­nie­dba­ny. Wyglądał jak wiel­ki biały ka­mień ukry­ty w gęstych zaroślach. Wy­da­wał się kom­plet­nie opusz­czo­ny, cze­mu jed­nak prze­czył stojący w ogródku po­rdze­wiały sa­mochód. Sąsie­dzi od lat na­rze­ka­li na opie­szałość Buc­ky’ego, któremu nie chciało się na­wet sko­sić tra­wy.

– Dom znam, ale człowie­ka nie – przy­znałam po chwi­li.

– Na pew­no wi­działaś któreś z nich u Ro­sie. Buc­ky to w su­mie porządny chłopak, ale jego żona jest dzi­wacz­na. Ma na imię Babe. Mała, pulch­na, nig­dy nie pa­trzy w oczy. John­ny z ko­lei wyglądał jak lump, choć za­iste nieźle mu się wiodło.

Zaczęłam ko­ja­rzyć, kogo opi­su­je: sta­rusz­ka w brud­nej ma­ry­nar­ce i parę małolatów bawiących się w małżeństwo. Przyłożyłam dłoń do ucha, udając, że nie dosłyszałam.

– Mówisz w cza­sie przeszłym. Sta­ru­szek prze­niósł się na łono Abra­ha­ma?

– Nie­ste­ty. Bie­dak zszedł na atak ser­ca czte­ry–pięć mie­sięcy temu. Zda­je się, że w czerw­cu. W su­mie trud­no się dzi­wić – dodał po chwi­li z wa­ha­niem. – Miał le­d­wie sie­dem­dzie­siątkę, ale zdro­wie za­wsze mu szwan­ko­wało. Nie­daw­no zaj­rzałem do młodych i Buc­ky po­pro­sił mnie o przysługę. To nic wiel­kie­go, dro­biazg, choć iry­tujący. Mam na­dzieję, że mi nie odmówisz.

Wy­obra­ziłam so­bie, że cho­dzi o ta­jem­ni­czy klucz do skryt­ki ban­ko­wej, za­gi­nio­ne­go spad­ko­biercę lub za­gu­bio­ne ak­cje, o których wspo­mnia­no w te­sta­men­cie, słowem o coś, co nie po­zwa­la zstępnym objąć należnego im spad­ku.

– Na pew­no nie odmówię. W czym pro­blem?

– Chcesz wersję skróconą czy ze szczegółami?

– Ze szczegółami, ale mów szyb­ciej, żebym zdążyła jesz­cze zadać py­ta­nia.

Hen­ry zerknął na ze­ga­rek.

– Nie chcę się spóźnić na sa­mo­lot – wyjaśnił. – W skrócie sy­tu­acja wygląda tak. John­ny nie chciał być po­cho­wa­ny w zie­mi. Zażyczył so­bie kre­ma­cji i Buc­ky spełnił to życze­nie. Za­mie­rzał za­wieźć pro­chy dziad­ka do Co­lum­bus w Ohio, gdzie miesz­ka­li wcześniej i gdzie zo­stał jego oj­ciec Che­ster, przyszło mu jed­nak do głowy, że sta­ru­szek miał pra­wo do woj­sko­we­go po­grze­bu z flagą i ka­no­nadą. Pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej John­ny służył w lot­nic­twie pod dowództwem Cla­ire’a Chen­nault. Nie lubił o tym mówić, zda­rzało mu się jed­nak wspo­mnieć o Bir­mie albo o bi­twie o Ran­gun. Buc­ky’emu za­ma­rzył się dla dziad­ka biały mar­mu­ro­wy na­gro­bek, ryte w ka­mie­niu na­zwi­sko, rzew­ne nuty trąbki. Po­ga­dał o tym z Che­sterem. Ojcu też po­do­bał się ten po­mysł, więc Buc­ky po­szedł do Urzędu We­te­ranów i wypełnił od­po­wied­ni for­mu­larz. Nie wie­dział wszyst­kie­go, ale się chłopak po­sta­rał. Wściekł się, gdy na­deszła od­po­wiedź, że w biu­rze nikt o ak­tach sta­re­go John­ny’ego nie słyszał. W su­mie trud­no się dzi­wić, John­nych Lee mie­li pew­nie na pęczki. Skąd mie­li wie­dzieć, który jest który? Buc­ky za­dzwo­nił więc do nich z pre­ten­sja­mi. Za­pro­po­no­wa­li, by wystąpił o zgodę na udostępnie­nie akt. Przysłali mu na­wet for­mu­larz, który Buc­ky znów wypełnił. Po trzech ty­go­dniach do­stał od­po­wiedź od­mowną. Buc­ky nie jest idiotą, ale ma rap­tem dwa­dzieścia trzy lata i nie­wiel­kie doświad­cze­nie z urzędni­ka­mi. Za­dzwo­nił więc do ojca i wszyst­ko mu opowie­dział. Che­ster wpadł w szał. Le­d­wie odłożył słuchawkę, za­dzwo­nił do bazy lot­ni­czej Ran­dolph w Tek­sa­sie, w której prze­cho­wu­je się akta byłych woj­sko­wych. Nie wiem, z kim o tym roz­ma­wiał i do ilu lu­dzi się zwrócił, tak czy in­a­czej akt nie do­stał. Ponoć ich nie mają, a na­wet jeśli mają, na­bra­li wody w usta. Che­ster czuł, że go zby­wają, ale nie­wie­le mógł na to po­ra­dzić. Skończyło się na tym, iż Buc­ky cho­dzi mar­kot­ny, a jego oj­ciec wściekły. Obaj za­rze­kają się, że znajdą jesz­cze dla sta­rusz­ka spra­wie­dli­wość i dadzą mu to, na co zasłużył, czy­li po­grzeb z ka­no­nadą. Pomyślałem, że może pod­su­niesz im jakiś sen­sow­ny po­mysł.

– Są pew­ni, że John­ny służył w woj­sku?

– Na to wygląda.

Zerknęłam na Hen­ry’ego z miną, która ja­sno mówiła, że w to wątpię.

– Po­roz­ma­wiam z Buc­kym – obie­całam, wzdy­chając z re­zy­gnacją. – Ale nie­wie­le wiem o ta­kich spra­wach. Poza tym, o ile do­brze zro­zu­miałam, woj­sko nie odżegnu­je się od John­ny’ego. Urzędni­cy na­pi­sa­li je­dy­nie, że nie od­na­leźli jego akt na pod­sta­wie in­for­ma­cji, które prze­ka­zał im chłopak.

– To praw­da, ale póki nie znajdą tych akt, nie zgodzą się na woj­sko­wy po­grzeb.

Za­czy­nałam ro­zu­mieć, w czym tkwi pro­blem. W wy­obraźni już wi­działam go jako węzełek na dru­cie.

– Czy John­ny nie był przy­pad­kiem w Gru­pie Ochot­ni­czej?

– A co za różnica?

– Może akta ta­kich jak on prze­cho­wu­je się gdzie in­dziej. Może nadal ma je woj­sko.

– Za­py­tam Buc­ky’ego. Pew­nie już to spraw­dził.

– Możliwe też, że cho­dzi o jakiś drob­ny błąd. Chłopak po­my­lił ini­cjał dru­gie­go imie­nia albo podał błędną datę uro­dze­nia dziad­ka.

– Też mu to po­wie­działem, ale wiesz, jak jest. Kie­dy człowiek długo o czymś myśli, w końcu prze­sta­je do­strze­gać na­wet to, co oczy­wi­ste. To­bie zaj­mie to naj­wyżej kwa­drans, a Buc­ky wresz­cie przej­rzy na oczy. Przy­da mu się po­moc. Che­ster przy­je­chał już z Ohio, żeby uporządko­wać spra­wy spad­ko­we. Pomyślałem, że chętnie do nich zaj­rzysz.

– Po­sta­ram się. Na­wet za­raz do nich wpadnę. Buc­ky jest te­raz w domu?

– Po­wi­nien być. Wi­działem go przed go­dziną. Je­stem ci wdzięczny, Kin­sey. Nie przy­jaźniłem się z John­nym, ale od lat byliśmy sąsia­da­mi. Chciałbym, żeby go god­nie po­cho­wa­no.

– Zro­bię, co się da, ale uprze­dzam, że to nie moja działka.

– Wiem. Jeśli będziesz miała dość, rzuć to w diabły i nie przej­muj się.

Wzru­szyłam ra­mio­na­mi.

– To je­dy­na za­le­ta pra­cy za Bóg zapłać. Można ją rzu­cić w każdej chwi­li.

– Ja­sne. Ro­zu­miem.

Za­mknęłam drzwi na klucz. Hen­ry tym­cza­sem po­szedł do garażu i wy­pro­wa­dził sa­mochód. Na spe­cjal­ne oka­zje miał za­byt­ko­we auto, che­vro­le­ta coupé z tysiąc dzie­więćset trzy­dzie­ste­go dru­gie­go roku z ory­gi­nal­nym, ja­skra­wożółtym la­kie­rem. Dziś jed­nak po­sta­no­wił je­chać kom­bi, bo miał ode­brać z lot­ni­ska trzech pasażerów z mnóstwem bagażu. Chłopcy pla­no­wa­li spędzić w na­szym mieście dwa ty­go­dnie, z pew­nością więc spa­ko­wa­li się z myślą o upa­le, mro­zach, gra­do­bi­ciach i ule­wach.

Prze­jeżdżając obok mnie, Hen­ry za­trzy­mał się na chwilę i opuścił okno.

– Nie za­po­mnij, że jemy dziś ra­zem ko­lację – rzu­cił.

– Pamiętam. I wiem, że Le­wis ma uro­dzi­ny. Kupiłam mu coś.

– Ko­cha­na je­steś, choć on tego i tak nie do­ce­ni.

– Jakiś czas temu za­po­wie­dział, że nie życzy so­bie pre­zentów, a po­tem miał pre­ten­sje, że goście nic mu nie przy­nieśli. O której za­czy­na­my?

– Ro­sie przyj­dzie za kwa­drans szósta. Wpad­nij, kie­dy ci wy­god­nie. Znasz Wil­lia­ma. Jeśli się nie naje, za­pa­da w śpiączkę hi­po­gli­ke­miczną.

– Nie je­dzie z tobą na lot­ni­sko?

– Ma dziś przy­miarkę smo­kin­gu. Le­wis, Char­lie i ja zmie­rzy­my swo­je po południu.

– Spryt­nie – po­chwa­liłam. – Wo­bec tego do zo­ba­cze­nia.

Po­ma­chałam mu, patrząc, jak zni­ka za zakrętem, po czym za­mknęłam bramę wjaz­dową. Dojście do domu Buc­ky’ego Lee zajęło mi pół mi­nu­ty – mu­siałam minąć sześć in­nych domów i skręcić za róg. Za­nie­dba­ny bu­dy­nek kom­plet­nie po­zba­wio­ny sty­lu stał tuż za nim. Stra­szył obłażącym si­din­giem i spłowiałą czer­wie­nią znisz­czo­nych dachówek. Sze­ro­ki be­to­no­wy pod­jazd pro­wa­dził do wy­pa­czo­nych drzwi od podwójne­go garażu. Wśród wy­bu­jałego ziel­ska pod okna­mi krył się na wpół ro­ze­bra­ny ford fa­ir­la­ne z za­rdze­wiałą ka­ro­se­rią. Fa­sadę domu zasłaniały krza­ki i sięgająca mi do ra­mion tra­wa. Ścieżkę pro­wadzącą do domu ocie­niało coś, co wyglądało jak po­chy­lo­ne ku so­bie dwie kępy dzi­kie­go owsa. Mu­siałam zasłonić twarz ra­mionami i prze­cisnąć się między nimi bo­kiem, by do­trzeć do roz­pa­dającego się gan­ku.

Za­dzwo­niłam do drzwi. Cze­kając, aż ktoś mi otwo­rzy, po­chy­liłam się i zaczęłam zbie­rać ze skar­pet pożółkłe źdźbła. Wy­obra­ziłam so­bie chmurę pyłków wdzie­rających mi się do nosa i gardła. Czułam, że za­raz kichnę. Próbowałam o tym nie myśleć, ale oczy­ma wy­obraźni już wi­działam znaj­dujące się wewnątrz domu ciem­ne, maleńkie po­ko­je z grubą na pa­lec warstwą ku­rzu na sztu­ka­te­riach i me­blach. Wiedząc, że i tak nic to nie da, nie­cier­pli­wie na­cisnęłam przy­cisk dzwon­ka po raz dru­gi.

Po chwi­li drzwi otwo­rzył mi zna­jo­my chłopak. Buc­ky nie­daw­no skończył dwa­dzieścia trzy lata. Był nie­co wyższy ode mnie, co ozna­cza, że miał ja­kieś sto sie­dem­dzie­siąt trzy do stu sie­dem­dzie­sięciu pięciu cen­ty­metrów wzro­stu. Nie wy­da­wał się gru­by, ale ciało miał wiot­kie i cia­sto­wa­te – przy­wo­dził mi na myśl pre­cel piw­ny. Złoci­sto­ru­de włosy związał w kitkę na kar­ku. Spo­między ciem­niej­szej, rzad­kiej bródki prześwi­ty­wała ty­po­wa dla ru­dzielców ja­sna skóra z żółtymi pie­ga­mi. Oczy zda­wały się lśnić zim­nym błęki­tem. Miał na so­bie nie­bie­skie dżinsy i gra­na­tową sztruk­sową ko­szulę z po­sta­wio­nym kołnie­rzem. Patrząc na nie­go, trud­no było zgadnąć, czym się zaj­mu­je, jeśli w ogóle kalał się pracą. Równie do­brze mógł być drwa­lem, jak i gwiazdą roc­ka z pokaźnym kon­tem, w co zresztą szcze­rze wątpiłam.

– Ty je­steś Buc­ky? – spy­tałam na wszel­ki wy­pa­dek.

– Tak.

Wyciągnęłam do nie­go rękę.

– Kin­sey Mil­l­ho­ne. Zna­jo­ma Hen­ry’ego Pit­t­sa. Ponoć masz kłopo­ty z Urzędem We­te­ranów.

Potrząsnął moją dłonią. Pa­trzył na mnie przy tym tak, że miałam ochotę grzmotnąć go w łeb i spy­tać, czy w ogóle wie, co się wokół dzie­je. Brnęłam jed­nak da­lej.

– Przysłał mnie tu Hen­ry. Mogę wejść?

– Prze­pra­szam. – Buc­ky ocknął się wresz­cie z odrętwie­nia. – Jest pani de­tek­ty­wem. Z początku myślałem, że przysłał panią ktoś z Urzędu. To jak się pani na­zy­wa?

– Kin­sey Mil­l­ho­ne. Wy­naj­muję od Hen­ry’ego miesz­ka­nie. Spo­ty­ka­my się cza­sem u Ro­sie. By­wam tam trzy–czte­ry razy w ty­go­dniu.

Na jego twa­rzy po­ja­wił się wresz­cie cień zro­zu­mie­nia.

– To pani za­wsze sia­da z tyłu.

– Zga­dza się.

– Już ko­jarzę. Proszę. – Prze­sunął się na bok, wpusz­czając mnie do nie­wiel­kie­go przed­po­ko­ju z drew­nianą podłogą, której nie czysz­czo­no od lat.

Wchodząc, zerknęłam w głąb domu, do za­gra­co­nej kuch­ni.

– Ojca nie ma w domu – mówił tym­cza­sem Buc­ky. – A Babe chy­ba się kąpie. Uprzedzę ją, że pani przyszła. Babe!

Ci­sza.

Buc­ky prze­chy­lił głowę, nasłuchując.

– Hej, Bebe!

Nie zno­siłam ta­kich wrzasków.

– Idź do niej. Za­cze­kam.

– Tak? To do­brze. Za­raz wra­cam. Proszę usiąść.

Odwrócił się i po­ma­sze­ro­wał ko­ry­ta­rzem, głośno stu­kając ob­ca­sa­mi o podłogę. Otwo­rzył drzwi po pra­wej i wsunął przez nie głowę. Usłyszałam szum wody, a po­tem me­ta­licz­ny odgłos zakręca­nych kurków.

Weszłam do sa­lo­nu, którego podłogę nie­mal w całości za­kry­wał duży dy­wan. Wewnątrz od razu za­uważyłam nie­wiel­ki, po­ma­lo­wa­ny na biało ce­gla­ny ko­mi­nek z drew­nianą półką ugi­nającą się pod ciężarem tan­det­nych bi­be­lotów. Na­prze­ciw ko­min­ka, na wbu­do­wa­nych w ścianę regałach, piętrzyły się sto­sy pa­pierów i ko­lo­ro­wych ma­ga­zynów. Obróciłam się nie­pew­nie i przy­siadłam na brzeżku wy­tar­tej ka­na­py, na której leżał roz­wa­lo­ny brązo­wo­ru­dy chart afgański. W nie­ru­cho­mym po­wie­trzu uno­sił się za­pach pleśni i mo­krej psiej sierści.

Zerknęłam na sto­lik za­wa­lo­ny pu­sty­mi pusz­ka­mi po kar­mie i mi­mo­wol­nie skon­sta­to­wałam, że wszyst­kie sie­dze­nia w po­ko­ju usta­wio­no tak, by miały w per­spek­ty­wie sta­ry te­le­wi­zor usta­wio­ny na ko­mo­dzie pod oknem.

Buc­ky ra­czył się znów po­ja­wić.

– Mówi, że nie przyj­dzie. Wy­bie­ra­my się dokądś, chce się przy­go­to­wać. Oj­ciec za­raz wróci. Po­je­chał do Per­di­do obej­rzeć lam­py. Re­mon­tu­je­my do­mek dziad­ka, żeby go wy­nająć. – Przy­stanął w drzwiach i ro­zej­rzał się po po­ko­ju dokład­nie tak samo, jak ja przed chwilą. – Nie wygląda to naj­le­piej, ale u dziad­ka kru­cho było z forsą.

– Od daw­na tu miesz­ka­cie?

– Od ślubu. Niedługo miną dwa lata. Myślałem, że dzia­dek odpuści nam czynsz, ale miał fioła na punk­cie oszczędności.

Często nie star­czało mi do pierw­sze­go, byłam więc cie­ka­wa, jak ra­dził so­bie z pro­ble­mem sta­ry pan Lee. A nuż wymyślił coś, na co sama jesz­cze nie wpadłam?

– I co robił? – spy­tałam

Kąciki ust Buc­ky’ego opadły. Wyglądał jak smut­ny clown.

– Nie zno­sił płacić za wywóz śmie­ci, więc co­dzien­nie rano upy­chał swo­je w ko­szach sąsiadów. A wie pani, jak so­bie ra­dził z pro­wizją za ra­chun­ki? Ku­po­wał zna­czek za cen­ta, nie po­da­wał na ko­per­cie z pie­niędzmi ad­re­su zwrot­ne­go i wrzu­cał list do skrzyn­ki. Wie­dział, że pocz­ta i tak do­star­czy list ad­re­sa­to­wi, bo prze­cież mia­stu zależy na pie­niądzach od oby­wa­te­li.

– Do­bre – po­chwa­liłam. – Oszczędzał na tym z dzie­sięć do­larów rocz­nie. Pew­nie by­stry był z nie­go fa­cet.

– Nie znała go pani?

– Wi­dy­wałam go u Ro­sie, ale nie po­znałam oso­biście.

– To on. Po pra­wej. – Buc­ky skinął głową w stronę ko­min­ka.

Obróciłam się, pew­na, że zo­baczę na półecz­ce fo­to­gra­fię sta­re­go John­ny’ego. Tym­cza­sem chłopak miał na myśli trzy urny i śred­niej wiel­kości me­ta­lową puszkę.

– Ta zie­lo­na mar­mu­ro­wa urna to bab­cia – wyjaśnił. – Przy niej stoi urna wuj­ka Du­ane’a. Był bra­tem mo­je­go ojca, zginął jako dziec­ko. Miał chy­ba z osiem lat. Bawił się na to­rach i pociąg go prze­je­chał. W czar­nej urnie są pro­chy ciot­ki Ma­ple.

Z wrażenia ode­brało mi mowę. Choć bar­dzo się sta­rałam, do głowy nie przy­cho­dziła mi żadna uprzej­ma od­po­wiedź. Kształt i jakość urn świad­czyły o tym, że wraz z upływem lat ro­dzi­na ubożała i co­raz mniej była skłonna wy­da­wać na swo­ich zmarłych członków – ostat­ni, John­ny Lee, do­stał już tyl­ko puszkę przy­dzie­laną przez kre­ma­to­rium. Co gor­sza, na półecz­ce zro­biło się cia­sno. Ko­lej­ny „dro­gi zmarły” tra­fi pew­nie do pudełka po bu­tach i zo­sta­nie wy­rzu­co­ny przez okno sa­mo­cho­du w dro­dze do domu.

– Mniej­sza z tym. – Buc­ky machnął szyb­ko ręką. – Nie przyszła tu pani na po­ga­dusz­ki. Za­raz przy­niosę pa­pie­ry.

Po­drep­tał w stronę bi­blio­tecz­ki i zaczął po­spiesz­nie prze­rzu­cać sto­sy ma­ga­zynów, te­czek, nie­zapłaco­nych ra­chunków, ulo­tek i luźnych kar­tek.

– Cho­dzi o za­po­mogę po­grze­bową. Ja­kieś trzy­sta dolców. Zapłaci­liśmy z Babe za kre­mację. Przy­dałoby się od­zy­skać choć część for­sy. Do tego rząd do­rzu­ca jesz­cze sto pięćdzie­siąt dolców na pochówek. Niby to mało, ale nam się przy­da każdy cent. Nie wiem, co po­wie­dział Hen­ry, ale nie stać nas, żeby pani zapłacić.

– Wiem. Zresztą, nie na wie­le wam się przy­dam. Nie znam się na ta­kich spra­wach. Sami pew­nie wie­cie już więcej ode mnie.

Ze sto­su pa­pierów Buc­ky wyciągnął wresz­cie właściwe, przej­rzał je szyb­ko i podał mi cały plik. Zdjęłam spi­nacz do pa­pieru i przyj­rzałam się za­dru­ko­wa­nym kart­kom. Prze­czy­tałam akt zgo­nu Joh­na Lee, dowód kre­ma­cji, me­trykę uro­dze­nia, po­lisę i kopię dwóch podań do Urzędu We­te­ranów. Pierw­sze do­ty­czyło za­po­mo­gi, dru­gie na­to­miast za­wie­rało prośbę o wgląd w akta. Wpi­sa­no doń imię, na­zwi­sko i datę uro­dze­nia John­ny’ego, Buc­ky nie znał jed­nak jego stop­nia ani nu­me­ru iden­ty­fi­ka­cyj­ne­go. Nie po­tra­fił na­wet określić, kie­dy dokład­nie dzia­dek służył w woj­sku. Nic dziw­ne­go, że urząd nie zdołał zwe­ry­fi­ko­wać sta­re­go Lee i w kon­se­kwen­cji odmówił po­mo­cy.

– Nie podałeś wie­lu istot­nych in­for­ma­cji. Nie znasz na­wet stop­nia dziad­ka ani nu­me­ru od­działu, w którym służył?

– Nie. W tym właśnie pro­blem – mruknął Buc­ky, zer­kając mi przez ramię. – Kółko się za­my­ka. Nie do­sta­nie­my zgo­dy na wgląd do akt, bo nie po­da­liśmy ważnych in­for­ma­cji, które pew­nie byśmy po­zna­li, gdy­byśmy mo­gli do akt zaj­rzeć. Z ko­lei gdy­byśmy już je zna­li, nie mu­sie­li­byśmy pro­sić o te pie­przo­ne akta.

– Rząd wie, co robi. Pomyśl, ile dzięki temu oszczędza na za­po­mo­gach.

– Dziad­ko­wi się to należy i krop­ka. Służył oj­czyźnie i nig­dy nie pro­sił o nic w za­mian. Poza tym to rap­tem trzy­sta dolców. Nasz rząd mar­nu­je mi­liar­dy.

Przełożyłam kartkę i prze­czy­tałam no­tatkę na od­wro­cie po­da­nia. Brzmiała ona: „nie kwa­li­fi­ku­je się”, co ozna­czało, że „ww. zo­stał zwol­nio­ny ze służby woj­sko­wej i po­bie­rał z tego tytułu eme­ry­turę lub też złożył nie­roz­pa­trzo­ny jesz­cze wnio­sek o rentę albo też zo­stał wy­da­lo­ny z ar­mii z po­wodów dys­cy­pli­nar­nych”.

– Czy dzia­dek po­bie­rał woj­skową eme­ry­turę?

– Na­wet jeśli, to nam o tym nie po­wie­dział.

Spoj­rzałam na Buc­ky’ego.

– Z cze­go żył?

– Miał rentę so­cjalną. Od cza­su do cza­su oj­ciec mu coś pod­syłał. My z Babe płaci­liśmy za wy­na­jem domu sześć stów mie­sięcznie. Nie spłacał kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go, czy­li że rentę prze­zna­czał na je­dze­nie, le­kar­stwa i opłaty.

– Miesz­kał z wami?

– Nad garażem. Miał tam nie­wiel­kie, ale wy­god­ne po­ko­je. Zna­leźliśmy już lo­ka­to­ra. Wpro­wa­dzi się, gdy skończy­my re­mont. Przy­jaźnił się z dziad­kiem. Jest na­wet gotów uprzątnąć jego rze­czy, jeśli opuścimy mu z czyn­szu za pierw­szy mie­siąc. Na ra­zie nie chce­my się jed­nak po­zby­wać rze­czy dziad­ka. Trze­ba naj­pierw spraw­dzić, czy na pew­no nic nie są war­te. Na ra­zie połowę z nich spa­ko­wa­liśmy do kar­tonów, a resztę upchnęliśmy po kątach.

Jesz­cze raz prze­czy­tałam po­da­nie o zgodę na wgląd do akt.

– Nie wpi­sałeś daty zwol­nie­nia ze służby – za­uważyłam.

– Mogę? – Złapał za kartkę i prze­sunął ją tak, by zo­ba­czyć ru­brykę, którą wska­załam pal­cem. – Pew­nie za­po­mniałem, bo według taty dzia­dek wrócił z woj­ny sie­dem­na­ste­go sierp­nia czter­dzie­ste­go czwar­te­go roku. Ponoć zdążył na uro­dzi­ny mo­je­go ojca, który kończył wte­dy czte­ry lata. Nie było go dwa lata, czy­li że zaciągnął się w czter­dzie­stym dru­gim.

– A może zwol­nio­no go dys­cy­pli­nar­nie? Wte­dy też nie miałby pra­wa do za­po­mo­gi.

– Nie ma ta­kiej możliwości. – Buc­ky wy­da­wał się szcze­rze do­tknięty.

– Tak tyl­ko py­tam. – Jesz­cze raz odwróciłam po­da­nie i przyj­rzałam się ru­brycz­kom do­tyczącym okre­su służby, stop­nia, nu­merów, da­nych jed­nost­ki i tym po­dob­nych. Wszędzie pełno skrótów, de­fi­ni­cji, sym­bo­li. Ślepy zaułek. Spróbowałam in­a­czej. – Spraw­dza­liście w szpi­ta­lach? Jako we­te­ran dzia­dek miał pra­wo do bezpłat­nej opie­ki me­dycz­nej. Może w miej­sco­wej przy­chod­ni za­cho­wały się ja­kieś pa­pie­ry.

Buc­ky potrząsnął głową.

– Spraw­dzi­liśmy. Ni­cze­go nie mają. Ponoć dzia­dek nie ko­rzy­stał z przy­chod­ni.

– To co robił, gdy był cho­ry?

– Le­czył się sam.

– Nie mam więcej po­mysłów – przy­znałam i oddałam Buc­ky’emu pa­pie­ry. – Przej­rze­liście jego rze­czy? Za­cho­wał ja­kieś li­sty z czasów woj­ny albo fo­to­gra­fie z grupą ko­legów? Może ktoś go roz­po­zna?

– Na ra­zie ni­cze­go nie zna­leźliśmy. Ale o zdjęciach nie pomyślałem. Chce pani zaj­rzeć do pudeł?

Za­wa­hałam się, próbując ukryć kom­plet­ny brak za­in­te­re­so­wa­nia.

– Chętnie, choć szcze­rze mówiąc, nie wiem, czy te trzy set­ki war­te są ta­kie­go za­cho­du.

– Z pie­niędzmi na pochówek wy­cho­dzi czte­ry i pół.

– Co z tego? Zrób bi­lans zysków i strat. Sprawdź, czy na pew­no ci się to opłaca.

Buc­ky po­pa­trzył na mnie w mil­cze­niu, naj­wy­raźniej obu­rzo­ny moim bra­kiem zro­zu­mie­nia dla jego pro­blemów. Cóż, później się oka­zało, że trze­ba było posłuchać głosu rozsądku i uciec stamtąd gdzie pieprz rośnie. Za­miast tego jed­nak po­drep­tałam po­tul­nie za Buc­kym, który po­pro­wa­dził mnie w głąb domu. Głupo­ta w czy­stej po­sta­ci. I mówię tu o so­bie, nie o nim.

2

Buc­ky po­pro­wa­dził mnie do tyl­nych drzwi i schodków z we­ran­dy.

– Czy twój dzia­dek miał de­po­zyt ban­ko­wy?

– To nie w jego sty­lu. Nie zno­sił banków i nie ufał do­rad­com fi­nan­so­wym. Miał kon­to, na które wpływała ren­ta, ale nie prze­cho­wy­wał w ban­ku biżute­rii ani pa­pierów. Oszczędności – a było tego góra sto dolców – cho­wał w sta­rej pusz­ce po ka­wie, którą trzy­mał w lodówce.

– Tak tyl­ko spy­tałam.

Minęliśmy be­to­no­wy pod­jazd pro­wadzący do garażu i we­szliśmy na roz­chwia­ne scho­dy wiodące na drew­nianą an­tre­solę. Biegła ona do drzwi miesz­ka­nia John­ny’ego z wąskim pod­no­szo­nym do góry oknem wy­chodzącym na stop­nie. Kie­dy Buc­ky szu­kał klu­cza, zaj­rzałam przez szybę do ume­blo­wa­ne­go wnętrza. Miesz­kan­ko rze­czy­wiście było nie­wiel­kie. Dwa po­miesz­cze­nia ze skośnym da­chem. Ko­ry­tarz pomiędzy nimi kończył się otwo­rem drzwio­wym, w którym drzwi zastąpio­no fi­ranką. Uchy­lo­ny ma­te­riał po­zwa­lał się domyślać, że w środ­ku kryła się nie­wiel­ka gar­de­ro­ba.

Buc­ky otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka. Z wnętrza miesz­ka­nia ude­rzyła w nas fala gorąca. Na­wet te­raz, w li­sto­pa­dzie, słońce na­grze­wało słabo izo­lo­wa­ny dach i spra­wiało, że wewnątrz pa­no­wał trud­ny do znie­sie­nia za­duch. Przy­stanęłam na pro­gu, węsząc jak zwierzę. Po­wie­trze było zatęchłe, do­mi­no­wała woń su­che­go drew­na i sta­re­go kle­ju do ta­pet. Mimo że od śmier­ci John­ny’ego minęło pięć mie­sięcy, nadal wy­czu­wałam w nim swąd dymu pa­pie­rosów i przy­pa­lo­ne­go tłuszczu. Gdy­bym powęszyła jesz­cze chwilę, pew­nie wie­działabym, co sta­ry Lee zjadł na ostat­ni posiłek.

Buc­ky pod­szedł do okna i otwo­rzył je na oścież. Po­wie­trze ani drgnęło. Podłoga była znisz­czo­na i nierówna, po­kry­ta sta­rym popęka­nym li­no­leum. Ścia­ny ob­le­piała kre­mo­wa ta­pe­ta w maleńkie nie­bie­skie kwia­tusz­ki, tak sta­ra, że wystrzępiła się na sty­ku pasm. W czte­rech oknach – dwóch na ścia­nie fron­to­wej i dwóch na tyl­nej – wi­siały żółtawe zasłonki, na wpół zaciągnięte dla ochro­ny przed palącym słońcem.

W po­ko­ju stało po­ma­lo­wa­ne na biało po­je­dyn­cze żela­zne łóżko, a obok nie­go przy­tu­lo­na do ścia­ny duża drew­nia­na ko­mo­da. Sta­re wi­kli­no­we me­ble z we­ran­dy uda­wały kom­plet wy­po­czyn­ko­wy. W naj­dal­szym kącie upchnięto maleńkie drew­nia­ne biur­ko i pa­sujące do nie­go krzesło. Na podłodze pomiędzy me­bla­mi ktoś pra­co­wi­cie po­usta­wiał dzie­sięć, może dwa­naście różnej wiel­kości kar­to­no­wych pudeł. Część z nich była pełna – kar­to­no­we klap­ki skle­jo­no taśmą, by za­bez­pie­czyć za­war­tość. Dwa regały zo­stały już opróżnio­ne, na pozo­stałych książki ułożono bo­kiem, by łatwiej je było prze­no­sić.

Ba­lan­sując między pudłami, przeszłam do kuch­ni, w której mieściła się spo­rych roz­miarów ku­chen­ka i lodówka. Na bla­cie pomiędzy nimi stała mi­kro­sko­pij­na ku­chen­ka mi­kro­fa­lo­wa. Zle­wo­zmy­wak trzy­mał się na sta­rej drew­nia­nej szaf­ce z tan­det­ny­mi, odra­pa­ny­mi uchwy­ta­mi. Jej drzwicz­ki kleiły się od bru­du. Za kuch­nią kryła się maleńka łazien­ka z to­a­letą, umy­walką i krótką wanną na wygiętych nóżkach. Por­ce­lanę po­kry­wały duże, żółte pla­my. W wiszącym nad umy­walką lu­strze do­strzegłam wy­raz obrzy­dze­nia na własnej twa­rzy. Buc­ky za­chwa­lał to miesz­ka­nie, ja jed­nak wolałabym strze­lić so­bie w łeb, niż się tu wpro­wa­dzić.

Wyj­rzałam przez jed­no z okien. Babe, żona Buc­ky’ego, stała przy drzwiach na we­randę. Miała okrągłą buźkę, wiel­kie brązowe oczy i per­ka­ty no­sek. Długie ciem­ne włosy założyła za uszy. Po kąpie­li włożyła klap­ki, czar­ne ob­cisłe leg­gin­sy i czar­ny top bez rękawów, który opi­nał się na ciężkich pier­siach. Moc­no ściągała ra­mio­na, przez co jej łopat­ki wyglądały tak, jak­by ocie­rały się o sie­bie przy każdym jej kro­ku. Cała wy­da­wała się jakoś nie­przy­jem­nie wil­got­na.

– Chy­ba żona cię woła – po­wie­działam, oglądając się na Buc­ky’ego.

W tej sa­mej chwi­li do­biegł nas głos Babe:

– Buc­ky?!

Chłopak wy­szedł na an­tre­solę i wy­chy­lił się przez ba­rierkę.

– Już idę! – wrzasnął, a po­tem spy­tał znacz­nie ci­szej: – Mogę tu panią zo­sta­wić?

Nie cze­kając na od­po­wiedź, zaczął od­pi­nać klucz od miesz­ka­nia z pęku, który trzy­mał w dłoniach.

– Oczy­wiście – za­pew­niłam. – Świet­nie się spi­sa­liście.

– Też tak myślę. Oj­ciec ura­biał so­bie ręce po łokcie. Ma na imię Che­ster. To na wy­pa­dek gdy­by po­ja­wił się tu przede mną. – Podał mi klucz. – Proszę za­mknąć, a klucz wrzu­cić do domu przez otwór na li­sty w drzwiach fron­to­wych. Jeśli znaj­dzie pani coś ważnego, proszę dać nam znać. Wrócimy koło pierw­szej. Ma pani wi­zytówkę?

– Oczy­wiście. – Sięgnęłam do tor­by i wręczyłam mu biały kar­to­nik, który szyb­ko wsunął do kie­sze­ni.

– Przy­da się – rzu­cił.

Przez chwilę nasłuchi­wałam jego ciężkich kroków na scho­dach. Za­sta­na­wiałam się przy tym, ile cza­su po­win­nam za­cze­kać, nim wyjdę, za­mknę drzwi i za­pomnę o spra­wie. Żołądek ści­skał mi się z mie­sza­ni­ny nie­po­ko­ju i pod­eks­cy­to­wa­nia, jaką zwy­kle od­czu­wam, prze­my­kając się gdzieś nie­le­gal­nie. Tu oczy­wiście miałam pra­wo wejść, gnębiło mnie jed­nak nie­od­par­te wrażenie, że ktoś próbuje mnie w coś wro­bić. Z dołu do­bie­gały stłumio­ne głosy Babe i Buc­ky’ego, który za­my­kał drzwi, a po­tem otwie­rał bramę garażu pod podłogą, na której stałam. Po­deszłam do okna i pa­trzyłam, jak sa­mochód wol­no wy­nu­rza się nie­mal wprost spod mo­ich stóp. Wyglądał jak kla­sycz­ny bu­ick z tysiąc dzie­więćset pięćdzie­siątego piątego roku, zie­lo­ny z wielką chro­mo­waną ma­skow­nicą. Za kie­row­nicą sie­dział Buc­ky i spoglądał przez ramię na pod­jazd. W fo­te­lu obok usa­do­wiła się Babe – usta jej się nie za­my­kały, rękę trzy­mała na ko­la­nie męża.

Za­mie­rzałam wyjść, jak tyl­ko auto zje­dzie z pod­jaz­du, ale przy­po­mniałam so­bie pełną na­dziei minę Hen­ry’ego. Po­sta­no­wiłam zo­stać i przy­najm­niej uda­wać, że sta­ram się pomóc. Po­wiedz­my so­bie wprost: John­ny Lee nic dla mnie nie zna­czył. Dzi­wacz­nie się czułam z myślą, że za chwilę za­cznę przetrząsać jego rze­czy. Całe miesz­ka­nie było po­nu­re, dusz­ne i gorące. Na­wet ci­sza wy­da­wała się w nim pa­skud­nie lep­ka.

Kil­ka mi­nut zmar­no­wałam, wałęsając się bez­ce­lo­wo po ko­lej­nych po­miesz­cze­niach. W kuch­ni i łazien­ce nie zna­lazłam nic cie­ka­we­go. Wróciłam do po­ko­ju i zaczęłam przeglądać kąty. Od­sunęłam zasłonę, za którą kryła się gar­de­ro­ba. Kil­ka ubrań John­ny’ego wi­siało na drążku w równym rzędzie. Ma­te­riał ko­szul był miękki od wie­lo­krot­ne­go pra­nia, miały wy­tar­te kołnie­rzy­ki, w kil­ku bra­ko­wało gu­zików. Po­ma­całam wszyst­kie kie­szon­ki, zaj­rzałam do usta­wio­nych na półce pudełek po bu­tach. Nie za­sko­czyły mnie – wszyst­kie co do jed­ne­go za­wie­rały sta­re, znisz­czo­ne obu­wie.

Szu­fla­dy pełne były bie­li­zny, skar­pet, pod­ko­szulków i po­wy­pa­la­nych żelaz­kiem chu­s­te­czek do nosa. Tu też nie zna­lazłam nic war­te­go uwa­gi. Usiadłam więc przy biur­ku i zaczęłam sys­te­ma­tycz­nie otwie­rać szu­fla­dy. Nadal nic. Buc­ky już w nich po­sprzątał, usu­wając skar­by sta­rusz­ka: ra­chun­ki, no­tat­ki, unie­ważnio­ne cze­ki, ulot­ki, roz­li­cze­nia po­dat­ko­we. Wstałam i zaj­rzałam do kil­ku spa­ko­wa­nych już kar­tonów, od­gi­nając ich klap­ki. Na pa­pie­ry i śmie­ci z szu­flad na­tra­fiłam w dru­gim. Przej­rzałam je po­bieżnie, ale nie od­kryłam nic, co mogłoby mi pomóc. Ani śladu listów, pry­wat­nych no­ta­tek, żad­nych do­ku­mentów świadczących o woj­sko­wej przeszłości. W su­mie mnie to nie zdzi­wiło. Po co prze­cho­wy­wać ta­kie do­ku­menty przez czter­dzieści kil­ka lat? Gdy­by John­ny po­sta­no­wił zmie­nić zda­nie i sko­rzy­stać z do­bro­dziejstw przy­chod­ni dla we­te­ranów, pew­nie bez tru­du po­twier­dziłby swoją tożsamość, po­dając z pamięci po­trzeb­ne dane.

Trze­cie pudło wypełniały po brze­gi książki o dru­giej woj­nie świa­to­wej, dowód, że sta­ry Lee żywo in­te­re­so­wał się tym okre­sem hi­sto­rii. Co­kol­wiek zro­bił dla oj­czy­zny, lubił pew­nie po­czy­tać, co za­wdzięczała in­nym. Tytuły brzmiały mało zachęcająco, jeśli nie li­czyć tych, których wydźwięk wzmoc­nio­no tłustym wy­krzyk­ni­kiem: Myśliw­ce! Bom­by precz! Ściśle taj­ne! Ka­mi­ka­dze! Wszyst­kie inne zwie­rały słowo „stra­te­gicz­ne”. Do­wo­dze­nie stra­te­gicz­ne. Lot­nic­two stra­te­gicz­ne w Eu­ro­pie. Bom­bar­do­wa­nie stra­te­gicz­ne. Tak­ty­ka wal­ki stra­te­gicz­nej. Przy­sunęłam do pudła krzesło. Usiadłam i zaczęłam wyj­mo­wać ko­lej­ne tomy. Każdy z nich chwy­tałam za okładki, rozkładałam je i potrząsałam książką nad ko­la­na­mi. Za­wsze tak robiłam. Czy li­czyłam, że zwol­nie­nie ze służby John­ny’ego Lee ot tak upad­nie mi do stóp? Po tro­sze tak. Poza tym za­wo­do­wym na­wy­kom trud­no się oprzeć. De­tek­tywów szko­li się w tech­ni­kach prze­szu­ka­nia, przykładałam się więc, na­wet bez większej ocho­ty. Gdy­byście zo­sta­wi­li kie­dyś de­tek­ty­wa sa­me­go w wa­szym miesz­ka­niu, przez naj­bliższe dzie­sięć mi­nut prze­szu­ki­wałby wam szu­fla­dy, przeglądałby książki i wty­kał nos w nie swo­je spra­wy. Zaj­mo­wa­nie się własny­mi nie jest na­wet w połowie tak za­baw­ne. Myśląc o nie­bie, wy­obrażałam so­bie ar­chi­wum miej­skie ze swo­bod­nym dostępem do wszyst­kich akt.

Prze­czy­tałam kil­ka stron pamiętni­ka ja­kie­goś pi­lo­ta, pełnego opo­wieści o bom­bar­do­wa­niach, po­wietrz­nych bi­twach, krzyżowym ogniu, mu­stan­gach, P-40, myśliw­cach z Na­ka­ji­my i ra­kie­tach V1. Trze­ba przy­znać, że spo­ro się działo. Nic dziw­ne­go, że ta­kie książki roz­grze­wały umysły młodych na­pa­leńców. Sama miałam gęsią skórkę, bo lek­tu­ra przy­wołała wspo­mnie­nia z dwóch lat służby w po­li­cji.

Z zewnątrz do­biegł odgłos kroków. Uniosłam głowę, nasłuchując. Zerknęłam na ze­ga­rek. Dzie­siąta trzy­dzieści pięć. Co ozna­czało, że po scho­dach na pew­no nie wspi­nał się Buc­ky. Pod­niosłam się i na pla­cach po­deszłam do drzwi. Wyj­rzałam i stanęłam oko w oko z mężczyzną pod sześćdzie­siątkę.

– Pomóc w czymś? – spy­tałam.

– Jest tu Buc­ky? – Miał łysinkę oto­czoną wia­nusz­kiem si­wych włosów, łagod­ne orze­cho­we oczy, dołek w bro­dzie i twarz po­zna­czoną sia­teczką zmarsz­czek.

– Nie. Wy­szedł. Czy pan jest Che­ster?

– Nie, proszę pani – mruknął. Wyglądał tak, że pew­nie gdy­by miał czapkę, zdarłby ją szyb­ko z głowy i zaczął międlić w dłoniach. Uśmiechnął się nieśmiało, uka­zując sze­roką przerwę między górny­mi zębami. – Na­zy­wam się Ray Row­son. Przy­jaźnię się z John­nym. To zna­czy przy­jaźniłem się, nim umarł. – Otarł ręce w zie­lo­ne bojówki. Oprócz nich miał na so­bie białą ko­szulkę i skar­pe­ty, a do tego te­nisówki.

– Kin­sey Mil­l­ho­ne – przed­sta­wiłam się, wyciągając dłoń, którą po­spiesz­nie uścisnął. – Miesz­kam po sąsiedz­ku. – Machnęłam szyb­ko ręką, wska­zując z grub­sza właściwy kie­ru­nek.

Ray zaj­rzał po­nad moim ra­mie­niem do wnętrza miesz­ka­nia.

– Czy Buc­ky wspo­mniał, kie­dy wróci?

– Koło pierw­szej.

– Chce pani wy­nająć to miesz­ka­nie?

– Do­bry Boże, nie! A pan?

– Owszem. I mam na­dzieję, że się uda. – Wes­tchnął te­atral­nie. – Jeśli tyl­ko Buc­ky się zgo­dzi. Dałem mu za­da­tek, ale te­raz chłopak mnie uni­ka. Boję się, że zna­lazł in­ne­go lo­ka­to­ra, który za­ofe­ro­wał mu więcej. Szcze­rze mówić, gdy zo­ba­czyłem pudła, pomyślałem, że pani się wpro­wa­dza.

W jego głosie usłyszałam cień ak­cen­tu z Południa. Z Tek­sa­su albo z Ar­kan­sas.

– Buc­ky próbuje tu po­sprzątać. Czy to pan za­pro­po­no­wał, że wy­wie­zie rze­czy John­ny’ego w za­mian za obniżenie czyn­szu?

– Tak. Myślałem, że to pod­nie­sie moje no­to­wa­nia. Ale te­raz przy­je­chał Che­ster i zaczęły się scho­dy. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Naj­pierw Buc­ky i jego żona wymyślili, że wpro­wadzą się do miesz­ka­nia po dziad­ku, a dom wy­najmą. Po­tem Che­ster uznał, że za­trzy­ma je dla sie­bie, żeby miał gdzie no­co­wać, gdy wpad­nie z wi­zytą. Nie chcę być natrętny, ale chętnie wpro­wadziłbym się tu­taj już w tym ty­go­dniu. Na ra­zie miesz­kam w ho­te­lu i spo­ro mnie to kosz­tu­je.

– Nie­ste­ty, nie po­mogę. Trze­ba się do­ga­dać jakoś z Buc­kym.

– Nie li­czyłem na po­moc. Chciałem się tyl­ko wy­ga­dać. Wpadnę, gdy wróci Buc­ky. Nie będę prze­szka­dzał.

– Nie prze­szka­dza pan. Proszę wejść. Przeglądam za­war­tość pudeł.

Nie cze­kając na od­po­wiedź, wróciłam do po­ko­ju, usiadłam na krześle i za­brałam się do ko­lej­nej książki.

Ray Raw­son wszedł do środ­ka ostrożnie, ni­czym czający się kot. Miał ja­kieś sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­metrów wzro­stu i dzie­więćdzie­siąt ki­lo­gramów wagi, a do tego im­po­nujące w jego wie­ku mięśnie ra­mion i klat­ki pier­sio­wej. Na je­dy­nym potężnym bi­cep­sie do­strzegłam wy­ta­tu­owa­ne imię Mar­la, na dru­gim – po­kracz­ne­go smo­ka z wy­wa­lo­nym jęzo­rem.

Ray ro­zej­rzał się z za­cie­ka­wie­niem, dłużej za­trzy­mując spoj­rze­nie na me­blach.

– Miło znów je zo­ba­czyć. Choć przy­znam, że wcześniej miesz­ka­nie wy­da­wało mi się większe. Pamięć płata cza­sem fi­gle. Myślałem, że jest tu więcej miej­sca. – Oparł się o zagłówek łóżka i przyj­rzał cie­ka­wie książce, którą wer­to­wałam. – Szu­ka pani cze­goś?

– Tak jak­by. Buc­ky po­trze­bu­je in­for­ma­cji o prze­bie­gu służby dziad­ka. Obie­całam, że po­mogę. Zna­cie się z woj­ska?

– Nie. Pra­co­wa­liśmy ra­zem w stocz­ni Jef­fer­so­nvil­le na przed­mieściach Lo­uisvil­le w Ken­tuc­ky. Tuż po wy­bu­chu woj­ny bu­do­wa­liśmy stat­ki de­san­to­we. Miałem dwa­dzieścia lat, John­ny dzie­sięć lat więcej. Trak­to­wałem go trochę jak ojca. W cza­sach wiel­kie­go kry­zy­su, w la­tach trzy­dzie­stych, większość stocz­niowców nie wyciągała na­wet kawałka rocz­nie. Nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­ni ro­bot­ni­cy nie do­sta­wa­li na­wet połowy z tego, za­ra­bia­li mniej od kel­ne­rek. Kie­dy przy­szedłem do pra­cy, za­rob­ki były już wyższe. Nie­wie­le wte­dy umiałem. John­ny miał duże doświad­cze­nie. Był by­stry i wie­le mnie na­uczył. – Zamyślił się na chwilę. – Pomóc pani? – za­py­tał.

– Nie. – Pokręciłam głową. – Już pra­wie skończyłam. Chy­ba nie ma mi pan za złe, że nie za­ba­wiam roz­mową? Chcę przej­rzeć wszyst­ko, nim wyjdę. – Pod­niosłam ko­lejną książkę i moc­no nią potrząsnęłam. Jeśli John­ny nie lubił banków, być może trzy­mał forsę między stro­ni­ca­mi.

– Zna­lazła pani coś?

– Nie. Po­wiem Buc­ky’emu, że nic z tego. Miałam zna­leźć nu­mer jed­nost­ki jego dziad­ka. Je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem i pra­cuję tu za Bóg zapłać. Szko­da mo­je­go cza­su. Do­brze znał pan John­ny’ego?

– Chy­ba tak. Dzwo­ni­liśmy do sie­bie raz czy dwa razy w roku. Wie­działem, że ma ro­dzinę, ale Buc­ky’ego po­znałem do­pie­ro po jego śmier­ci.

Złapałam wresz­cie rytm. Brałam książkę za okładki, wy­wra­całam stro­na­mi w dół i potrząsałam. Chwy­cić, wywrócić, potrząsnąć. Chwy­cić, wywrócić, potrząsnąć. Wkrótce na dnie pudła zo­stał ostat­ni tom.

– Cie­ka­wi mnie pański ak­cent – za­gadnęłam znów Raya. – Po­cho­dzi pan z Ken­tuc­ky? – Wstałam, oparłam pięści na bio­drach i wy­pchnęłam mied­nicę do przo­du, by roz­pro­sto­wać bolący kręgosłup. Po­tem po­chy­liłam się i zaczęłam wkładać wyjęte książki do kar­to­nu. Ray przy­kucnął obok i sięgnął po naj­bliższy tom.

– Zga­dza się. Z Lo­uisvil­le. Nie byłem tam od lat. Miesz­kam w Ash­land. John­ny za­wsze po­wta­rzał, żebym do nie­go wpadł, gdy będę w Ka­li­for­nii. Dałem się namówić. Miałem trochę cza­su, więc wsiadłem do auta i w drogę. Znałem ad­res John­ny’ego i wie­działem, że miesz­ka nad garażem. Ni­ko­go nie za­stałem, za­pu­kałem więc do drzwi Buc­ky’ego. Od nie­go dowie­działem się, że John­ny nie żyje.

– Pew­nie był pan w szo­ku.

– Ja­sne. Po­czułem się pod­le. Żałowałem, że wcześniej nie za­dzwo­niłem. Kil­ka ty­go­dni wcześniej John­ny do mnie na­pi­sał. Chciałem mu zro­bić nie­spo­dziankę, a tym­cza­sem to mnie los za­sko­czył. Gdy­bym wie­dział, nie wy­brałbym się w taką drogę. Podróż słono mnie kosz­to­wała.

– Kie­dy pan przy­je­chał?

– Po­nad ty­dzień temu. Nie za­mie­rzałem zo­sta­wać, tyle że po­ko­nałem po­nad trzy tysiące ki­lo­metrów. Nie­do­brze mi się robiło na myśl, by znów ru­szać w drogę. Nie sądziłem, że po­lu­bię Ka­li­for­nię, ale po­do­ba mi się tu­taj.

Ray włożył do pudła ostat­nią książkę, a po­tem za­mknął je i od­sunął na bok, pod­czas gdy ja za­brałam się do otwie­ra­nia ko­lej­ne­go.

– Wie­le osób po­trze­bu­je cza­su, by się przy­zwy­czaić do tu­tej­szej po­go­dy.

– Ja nie. I liczę, że mój wygląd nie od­stra­szył Buc­ky’ego, bo na­prawdę mam ochotę tu za­miesz­kać. Zwy­kle nie ko­rzy­stam z cu­dze­go nieszczęścia, ale tym ra­zem… – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Niech coś do­bre­go wy­nik­nie ze śmier­ci Joh­na. To miła oko­li­ca i do plaży bli­sko. – Pod­niósł pudło, po­sta­wił je na in­nym, po czym oba przy­sunął do ścia­ny.

– Gdzie się pan za­trzy­mał?

– Kil­ka prze­cznic stąd. W Le­xing­ton. Mimo że to przy plaży, z okien nie widać mo­rza. A stąd między gałęzia­mi można do­strzec cien­ki pas oce­anu.

Przy­taknęłam ma­chi­nal­nie. Ro­zej­rzałam się uważnie, ale nie zna­lazłam już nic war­te­go uwa­gi. John­ny nie miał zbyt wie­le rze­czy.

– Chy­ba się pod­dam – wes­tchnęłam.

Otrze­pałam z ku­rzu dżinsy. Czułam się brud­na i lep­ka od potu. Poszłam do kuch­ni i umyłam ręce. Rury skrzy­piały prze­raźli­wie, a woda była czer­wo­na od rdzy.

– Może chce się pan ro­zej­rzeć! – zawołałam do Raya. – Spraw­dzić rury, wy­mie­rzyć zasłony… Za­cze­kam.

– Nie chciałbym za­pe­szyć. Niech naj­pierw pod­piszę umowę. Nie wiem, czy Buc­ky wy­naj­mie mi to miesz­ka­nie. Dzie­ciak wol­no myśli.

W pełni się z nim zga­dzałam, ale wolałam nie mówić tego głośno. Wróciłam do po­ko­ju, zna­lazłam to­rebkę, prze­rzu­ciłam ją so­bie przez ramię i wy­grze­bałam z kie­sze­ni klu­cze. Ray wy­szedł tuż przede mną. Za­cze­kał, stojąc na scho­dach, aż za­mknę drzwi. Ra­zem ze­szliśmy na dół, minęliśmy pod­jazd i ru­szy­liśmy w stronę uli­cy. Po dro­dze pod­biegłam do drzwi domu Buc­ky’ego i przez otwór na li­sty wrzu­ciłam do środ­ka klu­cze. Dołączyłam do Raya.

– Dzięki za po­moc. Mam na­dzieję, że uda się panu ubić z Buc­kym in­te­res.

– Ja też. Na ra­zie. – Skinął mi na pożegna­nie i po­szedł w dół uli­cy.

Idąc do sie­bie, minęłam otwar­te drzwi ku­chen­ne domu Hen­ry’ego. Do­bie­gający ze środ­ka gwar głosów świad­czył o tym, że Nell, Char­lie i Le­wis przy­je­cha­li zgod­nie z pla­nem. Za­nim pójdą spać, za­grają jesz­cze w kar­ty i w scrab­ble, a na ko­niec pokłócą się jak dzie­ci nad planszą chińczy­ka.

Nim weszłam do domu, wybiła je­de­na­sta. Już od pro­gu za­uważyłam mi­gającą lampkę au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ki. Wcisnęłam przy­cisk, by odsłuchać wia­do­mość.

Kin­sey? Mówi Ta­sha, two­ja ku­zyn­ka z Lom­poc. Za­dzwoń jak naj­szyb­ciej. Tu podała nu­mer te­le­fo­nu. Chwy­ciłam no­tat­nik i szyb­ko go za­pi­sałam. Od chwi­li na­gra­nia wia­do­mości minęło pięć mi­nut.

Nie­do­brze, pomyślałam.

Kie­dy moja mat­ka miała osiem­naście lat, zbun­to­wała się prze­ciw­ko życze­niom bab­ki i uciekła z li­sto­no­szem, za co ro­dzi­na wy­rzekła się jej raz na za­wsze. Moi ro­dzi­ce po­bra­li się przed sędzią po­ko­ju w San­ta Te­re­sa. Świad­kiem na ślu­bie była ciot­ka Gin, która jako je­dy­na z sióstr mat­ki ośmie­liła się stanąć po jej stro­nie. Obie zo­stały więc wyklęte. Ro­dzi­na nie utrzy­my­wała z nimi kon­tak­tu aż do dnia mo­ich na­ro­dzin, czy­li mniej więcej przez piętnaście lat. Kie­dy ro­dzi­ce po­rzu­ci­li już na­dzieję na po­tom­stwo, ni stąd, ni zowąd mat­ka powiła córkę, o czym po­wia­do­miła swo­je sio­stry. Wszyst­kie za­dzwo­niły z gra­tu­la­cja­mi, utrzy­mując jed­nak kon­tak­ty z matką w ta­jem­ni­cy. Kie­dy z oka­zji swo­ich któryś tam uro­dzin bab­ka po­je­chała na wy­cieczkę, ro­dzi­ce wy­bra­li się ze mną do Lom­poc. Nie pamiętam szczegółów tej podróży. Rok później znów tra­fiła się oka­zja na se­kret­ny zjazd ro­dzin­ny. Kie­dy je­cha­liśmy przez góry, ze sto­ku sto­czył się głaz, spadł na przed­nią szybę sa­mo­cho­du i zabił ojca. Auto zsunęło się w prze­paść. Mat­ka zo­stała śmier­tel­nie ran­na. Zmarła jakiś czas później, gdy ra­tow­ni­cy próbo­wa­li wyciągnąć nas z wra­ku.

Dziec­kiem, czy­li mną, zajęła się ciot­ka Gin, która nadal nie utrzy­my­wała kon­taktów z ro­dziną. Nig­dy nie wyszła za mąż. Wy­cho­wy­wała mnie zgod­nie ze swo­imi dzi­wacz­ny­mi poglądami na te­mat tego, jak po­win­na za­cho­wy­wać się dziew­czyn­ka. W re­zul­ta­cie wy­rosłam na dzi­woląga, choć pew­nie nie aż tak po­strze­lo­ne­go, jak niektórzy sądzi­li. Ciot­ka nie żyła od dzie­sięciu lat, ja zaś po­go­dziłam się z myślą, że je­stem na świe­cie sama.

Swo­ich „nie­zna­nych” krew­nych od­kryłam do­pie­ro pod­czas do­cho­dze­nia, ja­kie pro­wa­dziłam rok temu. Jak dotąd, udało mi się trzy­mać ich na dy­stans. Fakt, że chcie­li od­no­wić kon­tak­ty, do ni­cze­go mnie prze­cież nie zo­bo­wiązywał. Przy­znaję, że trochę się ich oba­wiałam, i wca­le z tym stra­chem nie wal­czyłam. Miałam trzy­dzieści czte­ry lata i od za­wsze czułam się sie­rotą. Było mi z tym do­brze. Gdy­bym te­raz dała się „ad­op­to­wać”, pew­nie w krótkim cza­sie znów by się mnie po­zby­li.

Wiedząc, że jesz­cze chwi­la, a nic już mnie do tego nie zmu­si, chwy­ciłam za te­le­fon i wy­brałam nu­mer Ta­shy. Przed­sta­wiłam się.

– Dzięki, że tak szyb­ko od­dzwa­niasz. Co u cie­bie? – za­py­tała uprzej­mie moja ku­zyn­ka.

– W porządku – od­po­wie­działam ostrożnie, de­spe­rac­ko próbując wymyślić, cze­go ode mnie chce. Nie po­znałyśmy się oso­biście, ale raz czy dwa roz­ma­wiałyśmy przez te­le­fon. Wie­działam, że jest ad­wo­ka­tem i spe­cja­li­zu­je się w pra­wie spad­ko­wym. Czyżby po­trze­bo­wała usług pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa? A może za­mie­rzała namówić mnie na ubez­pie­cze­nie na życie?

– Dzwo­nię, żeby za­pro­sić cię do Lom­poc na Święto Dziękczy­nie­nia. Przy­je­dzie cała ro­dzi­na. Wszy­scy chętnie cię po­zna­my.

Po­czułam, że ser­ce we mnie za­mie­ra. Nie zno­siłam ro­dzin­nych spo­tkań, ale chciałam być uprzej­ma, po­sta­rałam się więc, by w moim głosie za­brzmiała nut­ka żalu.

– Dzięki, Ta­sho, ale je­stem już umówio­na. Moi przy­ja­cie­le się po­bie­rają. Zo­stałam druhną.

– W Święto Dziękczy­nie­nia? Dziw­ny zwy­czaj.

– Tyl­ko wte­dy udało im się wziąć wol­ne – od­parłam, chi­chocząc w du­chu z za­do­wo­le­nia.

– Może więc przy­je­dziesz w piątek albo so­botę?

– Och… – W głowie miałam kom­pletną pustkę. – Hmm… Sprawdzę ter­mi­narz.

W spra­wach za­wo­do­wych kłamałam jak z nut, w pry­wat­nych – zupełnie mi to nie wy­cho­dziło. Sięgnęłam po ka­len­darz, choć do­sko­na­le wie­działam, że jest pu­sty. Przez chwilę kusiło mnie, by się zgo­dzić i spo­tkać z ro­dziną, ale w głębi du­szy już czułam na­ra­stający pro­test.

– Nie­ste­ty. Nie dam rady.

– Wiem, że masz do nas żal. Przy­kro mi z tego po­wo­du. Co­kol­wiek dzie­liło twoją matkę i bab­cię, cie­bie nie do­ty­czy. Spróbu­je­my wy­na­gro­dzić ci sa­mot­ne dzie­ciństwo, ale daj nam szansę.

Wywróciłam ocza­mi w bez­sil­nej złości. Wyglądało na to, że będę mu­siała po­wie­dzieć to wprost.

– Posłuchaj mnie, do­ce­niam twoją szcze­rość, Ta­sho, ale też wiem, że nic z tego nie wyj­dzie. Nie mam ocho­ty je­chać do Lom­poc, a już na pew­no nie na święta.

– Do­praw­dy? Dla­cze­go?

– Nie wiem. Przez lata oby­wałam się bez ro­dzi­ny. Przy­wykłam do sa­mot­ności. Nie chcę ko­lej­nych zmian w swo­im życiu.

– Nie kusi cię, by po­znać ku­zynów?

– Nie obraź się, ale dotąd świet­nie so­bie bez nich ra­dziłam.

– Może je­steś dokład­nie taka jak my.

– Możliwe. Wca­le mnie to nie mar­twi.

– To w czym pro­blem?

– Nie lubię ro­dzin­nych spędów i nie znoszę, kie­dy się mnie do cze­goś zmu­sza.

Za­padła chwi­la niezręcznej ci­szy.

– Czy to ma coś wspólne­go z ciotką Gin? – padło wresz­cie py­ta­nie.

– Z ciotką? Nie. A dla­cze­go py­tasz?

– Ponoć była eks­cen­trycz­na. Pew­nie na­sta­wiała cię prze­ciw­ko nam.

– Zde­cy­do­wa­nie nie. Nig­dy na­wet o was nie wspo­mniała.

– Nie wy­da­je ci się to dziw­ne?

– Owszem. I co z tego? Ciot­ka Gin była świet­na w teo­rii, ale z ludźmi ra­dziła so­bie kiep­sko. Co nie zna­czy, żebym miała powód do na­rze­kań. Wie­le się od niej na­uczyłam, jed­nak nie wpoiła mi przy­wiąza­nia do ro­dzi­ny. Lubię swoją nie­za­leżność.

– Bzdu­ra. Nie wierzę ci. Każdy chce być nie­za­leżny, ale lu­dzie to zwierzęta stad­ne. Źle znoszą sa­mot­ność. Szu­kają opar­cia w ro­dzi­nie, po­trze­bują po­czu­cia przy­na­leżności. Tak już jest, i krop­ka. Należysz do na­szej ro­dzi­ny. Je­steś jedną z nas, czy ci się to po­do­ba, czy nie.

– Daj­my temu spokój, póki jesz­cze możemy. Na­wet jeśli przy­jadę, nie ma mowy o ckli­wych po­wi­ta­niach. Nie za­mie­rzam ni­cze­go uda­wać. Nie usiądzie­my wokół pia­ni­na i nie zaśpie­wa­my ra­zem sta­rych pio­se­nek.

– To ci nie gro­zi. Nie śpie­wa­my sta­rych pio­se­nek.

– Nie cho­dzi o was, tyl­ko o mnie.

– Ni­cze­go od nas nie chcesz?

– Niby cze­go?

– Rozzłościłaś się.

– Mam mie­sza­ne uczu­cia – po­pra­wiłam zim­no. – Złość scho­wałam bar­dzo głęboko. Jesz­cze się do niej nie do­ko­pałam.

Ta­sha wresz­cie za­milkła.

– W porządku. Ro­zu­miem – rzekła po chwi­li. – Nie wiem tyl­ko, dla­cze­go cho­wasz do nas urazę. Jeśli ciot­ka Gin ci do­piekła, trze­ba było to z nią załatwić.

– Ciot­ka Gin mi nie do­piekła – wy­ce­dziłam przez zęby. – Nig­dy tego nie po­wie­działam. Nie miała pojęcia o wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci, ale sta­rała się, jak mogła.

– Na pew­no cię ko­chała. Nie za­mie­rzałam jej oskarżać.

– Po­wiem to wprost. – Czułam, że kończy mi się cier­pli­wość. – Na­wet jeśli ciot­ka popełniała błędy, zro­biła dla mnie dużo więcej niż moja bab­ka. Zakładam zresztą, że wy­cho­wując mnie, po­wie­lała sche­ma­ty wy­nie­sio­ne z domu.

– A więc to do bab­ci masz pre­ten­sje?

– Oczy­wiście! Po­wie­działam to prze­cież ja­sno już na początku. – Wes­tchnęłam ciężko. – Nie za­mie­rzam grać ofia­ry. Co się stało, to się nie od­sta­nie. Po­tra­fię z tym żyć. Dzi­wię się tyl­ko, że je­steście aż tak na­iw­ni, by myśleć, że kil­ka ro­dzin­nych spo­tkań zmie­ni przeszłość.

– Nie za­mie­rza­my zmie­niać przeszłości, tyl­ko przyszłość – wpadła mi w słowo Ta­sha. Wyraźnie zmie­niła ton. – Zresztą mniej­sza z tym. Nie za­dzwo­niłam, by się z tobą wykłócać.

– Ja też nie­po­trzeb­nie się uniosłam.

– Wiesz… Nie bro­nię bab­ci, bo po­win­na była cię od­na­leźć. Popełniła błąd. Ale to już przeszłość. Było, minęło. Nie prze­noś swo­jej niechęci na ko­lej­ne po­ko­le­nie. Ko­chałam ją. Była dla mnie do­bra, choć mie­wała hu­mo­ry i wty­kała nos w nie swo­je spra­wy. Nie­za­leżnie od tego, co o niej myślisz, nie za­cho­wy­wała się jak potwór.

– Nie ośmie­liłabym się tak o niej myśleć.

– A więc wy­bacz, za­po­mnij i żyj da­lej. Los nie ob­szedł się z tobą łaska­wie. Miałaś dzie­ciństwo trud­niej­sze niż my, ale żal ni­cze­go już nie zmie­ni.

– Ja­sne, bo to nie ty po­niosłaś kon­se­kwen­cje. Do­brze za­pa­miętałam tę lekcję, cze­go do­wo­dem są dwa nie­uda­ne małżeństwa. Po­go­dziłam się z tym, ale nie wy­ma­gaj ode mnie, żebym do was przy­jeżdżała i słodziła wam tyl­ko po to, żeby po­pra­wić bab­ce nastrój.

– Prze­rażasz mnie, Kin­sey. Tyle w to­bie ura­zy. Mu­sisz ją w końcu wy­rzu­cić.

– Nie przej­muj się. Sama się z tym upo­ram – mruknęłam. – Wiesz, cze­go się w życiu na­uczyłam? Nie muszę być ide­al­na. Mam pra­wo do własnych uczuć. A sko­ro te uczu­cia cię prze­rażają, to już twój pro­blem.

– Za nic nam nie da­ru­jesz, praw­da?

– Nie ja do cie­bie za­dzwo­niłam. To ty się ode­zwałaś. Szko­da tyl­ko, że tak późno.

– A więc jed­nak żywisz do mnie urazę?

– Po pro­stu je­stem re­alistką.

Nie­mal słyszałam myśli kotłujące się w jej głowie. Za­sta­na­wiała się, bie­dacz­ka, co te­raz ze mną począć. Pew­nie w jej na­tu­rze praw­ni­ka tkwiło prze­ko­na­nie, że po­win­na przyłapać mnie na ja­kimś kłam­stwie, tyle że chwi­lo­wo nie mogła.

– Widzę, że cię nie prze­ko­nam – wes­tchnęła w końcu.

– Fakt.

– I pew­nie nie war­to na­ma­wiać cię na wspólny lunch?

– Zga­dza się. Nie war­to.

– Cóż… – Znów ciężko wes­tchnęła. – Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała, wiesz, jak mnie zna­leźć.

– Dzięki, choć nie bar­dzo wiem, co by to mogło być.

Odłożyłam słuchawkę. Miałam wrażenie, że napięcie usztyw­niło mi kark. Wyciągnęłam więc ręce nad głowę i spróbowałam roz­luźnić wszyst­kie mięśnie. Po­mogło. Wtem po­czułam przej­mujące zim­no – bałam się, że Ta­sha za­dzwo­ni raz jesz­cze. Szyb­ko po­biegłam do skle­pu. Kupiłam mle­ko, chleb i pa­pier to­a­le­to­wy. Wpadłam też do ban­ku, gdzie zde­po­no­wałam czek na pięćdzie­siąt do­larów. Po­tem za­tan­ko­wałam do pełna i wróciłam do domu. Roz­pa­ko­wy­wałam za­ku­py, kie­dy roz­legł się dźwięk te­le­fo­nu. Niechętnie sięgnęłam po słuchawkę.

– Kin­sey? – usłyszałam głos Buc­ky’ego. – Mówi Buc­ky. Wpad­nij do nas. Ktoś włamał się do miesz­ka­nia dziad­ka. Le­piej, żebyś to obej­rzała.