Aż nadejdzie prawo - Charles Alden Seltzer - ebook

Aż nadejdzie prawo ebook

Charles Alden Seltzer

0,0

Opis

Aż nadejdzie prawo to powieść Charlesa Aldena Seltzera, amerykańskiego pisarza żyjącego i tworzącego na przełomie XIX i XX wieku, specjalizującego się w historiach westernowych. Jego opowiadania były chętnie publikowane w czasopismach, takich jak „Argosy”, „Western Story Magazine” czy „Short Stories”. Opowieść o młodym człowieku przybywającym ze wschodu kraju na zachód ukazała się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych w 1912 roku. Od tego czasu była wydawana już wielokrotnie – nie tylko po angielsku. Chętnie sięgają po nią tłumacze z całego świata. Nic dziwnego, porusza ona istotne tematy, takie jak praworządność, sprawiedliwość czy zaangażowanie w powierzone zadanie. USA, Dziki Zachód, XIX wiek. Do miasteczka Dry Bottom przybywa nikomu nieznany młodzieniec. Już chwilę po swoim przyjeździe ratuje on z opresji młodą kobietę i śmiało rozprawia się z jej gnębicielem. Co ważne, robi to bez użycia rewolweru. Tak też czyni niejednokrotnie i później, kiedy decyduje się walczyć o sprawiedliwość w okolicy, w której postanowił osiedlić się po śmierci swojego ojca. Ten zostawił mu w spadku ranczo i – ku uciesze młodego mężczyzny – redakcję gazety. Bohater stawia sobie za cel, by wykorzystać ją jako narzędzie walki z miejscowym gangiem złodziei bydła. Czy mu się to uda? Aż nadejdzie prawo to niewątpliwie klasyka gatunku. Szlachetna walka ze złem, kult pracy, a do tego historia miłosna w tle – to wszystko sprawia, że opowieść o młodzieńcu ze Wschodu rozpoczynającym nowe życie na Zachodzie wciąga już od pierwszej strony… i to nie tylko miłośników westernów. Warto sprawdzić i przekonać się samemu!

 

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Charles Alden Seltzer

 

 

Aż nadejdzie prawo

 

 

Przełożyła i przypisami opatrzyła Joanna Hacking

Osiemdziesiąta pierwsza publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Trzydziesty pierwszy tom serii: „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuł oryginału angielskiego: The Coming of the Law

 

© Copyright for the Polish translation by Joanna Hacking, 2021

 

20 kolorowych kart tablicowych: Dariusz Kocurek

© Copyright for the cover and inside illustrations by Dariusz Kocurek, 2021

 

Redaktor serii: Andrzej Zydorczak

 

Redakcja: Kinga Ochojska

Korekta: Andrzej Zydorczak

Projekt okładki: Barbara Linda

 

Konwersja do formatów cyfrowych: Mateusz Nizianty

 

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2021

 

Ruda Śląska 2021

 

ISSN 2449-9137

ISBN 978-83-66268-61-6

 

 

 

 

Charles Alden Seltzer (15 sierpnia 1875 – 9 lutego 1942) – amerykański pisarz, płodny twórca westernów. Stworzył kilkanaście scenariuszy filmowych i napisał wiele opowiadań, głównie publikowanych w „Argosy”(a także m.in. w „Adventure”, „Western Story Magazine”i amerykańskiej edycji „Pearson’s Magazine”).

Urodził się w Janesville w Wisconsin. Zanim stał się odnoszącym sukcesy pisarzem, był ulicznym sprzedawcą gazet, telegrafistą, malarzem, stolarzem, inspektorem budowalnym, redaktorem małej gazety i rzeczoznawczą. Ponieważ wytrwale dążył do tego, by osiągnąć pisarski sukces, wraz z rodziną żył w biedzie – napisał około dwustu tekstów, zanim któryś z nich został przyjęty, a w tym czasie żona przynosiła mu od rzeźnika papier pakowy, żeby na nim pisał.

Westerny opierał na doświadczeniu wyniesionym ze swojego pięcioletniego pobytu w Nowym Meksyku. Pod koniec życia (w latach 1930-35) został wybrany burmistrzem North Olmsted w Ohio. Jest tam wspominany z dużym szacunkiem i respektem – założył m.in. pierwszą straż pożarną, stworzył plany pierwszej linii autobusów miejskich i walczył z potężnymi firmami (m.in. energetycznymi) dla dobra mieszkańców.

Po zyskaniu uznania jako pisarz, jego historie dość szybko trafiły do Hollywood, gdzie stały się kanwami wielu filmów wczesnego okresu kina: najpierw niemych, a później udźwiękowionych.

Zadebiutował w 1900 roku powieścią The Council of Three, a jego ostatni wydany tekst, już pośmiertnie, to So long, sucker z 1943 roku. Napisał w sumie trzydzieści dziewięć książek, z których dwadzieścia trzy były publikowane w odcinkach w „Argosy”. Do jego najsłynniejszych i zekranizowanych powieści należą The Range Boss (1916, ekranizacja 1917), The Boss of the Lazy Y (1915, 1917) orazThe Trail to Yesterday (obie w 1918). Poza tym dużą popularnością cieszyła się trylogia Opowieści z Dry Bottom (Tales of Dry Bottom), składająca się z następujących powieści: The Two-Gun Man, The Coming of the Law oraz„Firebrand” Trevison. Tłumaczenie pierwszej z nich będzie pierwszym polskim pełnym przekładem twórczości Ch. Seltzera.

Rozdział I

Przybycie mężczyzny

 

Jeśli pasażerowie pociągu jadącego na zachód, który wjechał na małą czerwoną, drewnianą stację w Dry Bottom1 pod koniec czerwcowego dnia 18… roku, zwrócili w ogóle uwagę na młodego mężczyznę dźwigającego dwie walizki, to zupełnie tego nie okazali. To prawda, zauważyli, kiedy wysiadł – przyglądali mu się ukradkiem, gdy schodził na peron – ale natychmiast zapomnieli jego atletyczną sylwetkę i poważną twarz o regularnych rysach, a ich myśli ponownie skupiły się na upale, kurzu i monotonii podróży.

Panował normalny ruch i gwar, który zwykle poprzedza nadejście pociągu. Jedna torba pocztowa została wyrzucona z wagonu pocztowego, a następna do niego wrzucona. Przesyłki ekspresowe były bezceremonialnie deponowane przy drzwiach dworca przez naczelnika stacji. Konduktor pobiegł do okienka telegrafisty, aby odebrać zamówienie. Wrócił biegiem, sygnalizując przy tym przez cały czas odjazd pociągu. Dzwon lokomotywy zabrzęczał, maszyniści zmienili bieg, aż zachrzęściło, koła zaskrzypiały, pasażerowie westchnęli i maszyna potoczyła się w dalszą drogę.

Młody człowiek, który wysiadł z pociągu, stał przez chwilę nieruchomo, wsłuchując się w stukot kół po szynach i obserwując, jak dym z komina parowozu kala jasne błękitne niebo. Nagle uśmiechnął się, zamyślony, rzucił szybkie spojrzenie w kierunku grupki wałkoni stojącej w kącie stacji i podszedł do miejsca, gdzie stał naczelnik stacji sprawdzający nowo otrzymane paczki.

– Czy może mi pan wskazać drogę do budynku sądu? – odezwał się młody człowiek.

Naczelnik spojrzał w górę, obrócił się i zmierzył wzrokiem przybysza. Dostrzegł jego wschodni krój ubrania i jasną zdrową cerę pod podróżnym kurzem.

– Nietutejszy? – zauważył, mrużąc nieznacznie i żartobliwie oczy.

– Tak.

– Tak, mógłbym – podjął na nowo naczelnik stacji, udzielając odpowiedzi na pytanie młodego mężczyzny. – Łatwo go znajdziesz. W tym miasteczku jest tylko jedna ulica, a budynek sądu stoi na drugim jej końcu, więc trudno go nie zauważyć.

Uśmiechnął się z pewnym rozbawieniem za plecami młodego człowieka, gdy ten z serdecznym „dziękuję” powrócił do swych walizek, chwycił je mocno za rączki i pomaszerował w dół drewnianego peronu, w stronę miasta, ignorując grupę obiboków na rogu stacji.

– Jeszcze jeden nowicjusz – skomentował jeden z nich, gdy młody człowiek znajdował się już zbyt daleko, by to usłyszeć. – Doprowadzają ten kraj do ruiny!

Młody człowiek szedł wolno wzdłuż szerokiego chodnika, który biegł równolegle do budynków po jednej stronie ulicy, i przyglądał się rozmiarom miasta. Nie był to zachęcający widok. Liczne i najprzeróżniejsze domy tuliły się do siebie na rozległej, wolnej przestrzeni, którą naczelnik stacji nazywał „ulicą”. Większość budynków była niepomalowana i w surowym stanie. Zbudowane z nieheblowanych desek biegnących prostopadle, z wąskimi listwami nad spoinami. Kilka ceglanych dwupiętrowych domów, wyglądających na niedawno wzniesione, górowało z nienaturalnie lekceważącą wyższością nad przysadzistymi, jednopiętrowymi konstrukcjami. Znajdowało się tam wiele prywatnych mieszkań, kilka sklepów, ale na pierwszy rzut oka młody człowiek dostrzegł ogromną liczbę saloonów2.

Ujrzał kilku ludzi. Ci, którzy pojawili się w zasięgu jego wzroku, byli najwyraźniej kowbojami, bo mieli na sobie malownicze stroje, które to wiele razy studiował na ilustracjach wschodnich czasopism. Podziwiał ich z daleka. Otaczało ich coś szczególnego. Było coś takiego w tym wolnym, dzikim życiu, jakie wiedli, co go pociągało. Coś, co dotykało prymitywnej sfery jego serca. Słyszał opowieści o nich – podróżnicy powracający z tych rejonów opowiadali rozmaite historie o dzikich ludziach równin, historie o ich odwadze, brawurze i wielkim męstwie – przyoblekały ich w splendor i romantyczność, które wywierały głębokie wrażenie na młodym człowieku. Jego własne życie było raczej prozaiczne.

Zobaczył kilkacowponies3 uwiązanych do balustrad przed saloonami. Przed jednym ze sklepów zaobserwował pokryty płótnem wóz, który rozpoznał (z widzianych wcześniej rysunków) jako „preriowy wóz pionierów”4. Przed innym stał wóz na resorach, odmiana buckboard5. To było wszystko. Aromat szałwii6 wypełnił jego nozdrza, a drobny, krzemienny, sproszkowany pył alkaliczny zalegał wszędzie grubą warstwą. Wyglądało to ponuro i szpetnie.

Miasteczko leżące przed nim zaczynało się na pustkowiu i na pustkowiu się kończyło. Nic szczególnie ważnego nie odróżniało go od wielu innych miast zaśmiecających oblicze tego świata, które to młody człowiek minął w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, poza tym, że było od nich odrobinę większe. Był to zwyczajny punkcik pośrodku równinnej, trawiastej krainy zajmującej swym zasięgiem rozległy obszar. Trwało tak, spokojne w swym odosobnieniu, oddalone od cywilizacji tak daleko, jak oddalona jest Księga Rodzaju7 od Apokalipsy8. W duchocie leniwego czerwcowego popołudnia miasto drzemało, pozornie opuszczone, nie licząc koni i dwóch wozów oraz kilku niezainteresowanych kowbojów, którzy zaszczycili młodego człowieka jedynie spojrzeniami. Najwyraźniej, jeśli byli tu jacyś mieszkańcy, to przebywali w saloonach. Gdy tylko myśl ta przemknęła młodemu człowiekowi przez głowę, zacisnął posępnie usta. Szedł jednak wolno dalej, przyglądając się z uwagą wszystkiemu, co znalazło się w zasięgu jego wzroku. Im więcej widział, tym mniej mu się to podobało.

Walizki ciążyły; zatrzymał się przed budynkiem i postawił je na ziemi, a tymczasem chusteczką otarł kurz i pot z czoła. Spojrzał na jaskrawy znak na dachu budynku, przed którym się znajdował, i przeczytał napis z drwiącym uśmiechem: „Saloon Mody”9. Przed budynkiem stały przywiązane do barierki konie. Uzda jednego z nich była wesoło przystrojona kokardą.

– Jedynie kobieta mogła zrobić coś takiego – uśmiechając się, stwierdził młody człowiek – ale jaka kobieta zostawiłaby swego konia przed saloonem?

Zaczął rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu odpowiedzi i zobaczył pustą przestrzeń przy sobie, a obok tego – sklep. Przed sklepem nie było barierki, ale znajdowało się tam wyjaśnienie całej sprawy. Usłyszał za sobą jakiś dźwięk i odwróciwszy się, ujrzał dwie postacie, mężczyznę i kobietę, w wolnej przestrzeni pomiędzy dwoma budynkami.

Kobieta wyglądała na trochę starszą od dziewczyny w młodzieńczym wieku, bo kiedy młodzieniec spojrzał na nią, a ona odwróciła się nieznacznie w jego stronę – nie dostrzegając go – ujrzał wymalowaną na jej twarzy młodość i niewinność, choć sprawiała wrażenie osoby silnie niezależnej, co natychmiast wzbudziło w nim podziw.

Była ubrana w malowniczy strój, który składał się z krótkiej spódnicy do jazdy konnej, dłuższych butów, filcowego kapelusza, wełnianej bluzki, zwiewnej chustki na szyi, rękawiczek i ostróg. Nie był to widok, który młody człowiek zwykł często oglądać, ale był na tyle atrakcyjny, że chłonął chciwie każdy szczegół wyglądu kobiety.

Minęła dobra chwila, zanim dostrzegł mężczyznę. Stał przodem do dziewczyny i trudno było dojrzeć jego twarz. Był bardzo potężnie zbudowany, miał ogromne ramiona, górował nad kobietą, czyniąc ją niepozorną. Młody człowiek stał nieruchomo, przyglądając się tym dwojgu, bo było coś takiego w postawie ogromnego mężczyzny, co powstrzymywało go przed działaniem. Nagle mężczyzna się odwrócił i młody człowiek ujrzał jego twarz. Miała ona twarde rysy, prostackie i ordynarne, zdradzała niewątpliwą brutalność. Młody człowiek się skrzywił. Nie lubił takich typów, a teraz, gdy zobaczył już mężczyznę, to wyraz twarzy dziewczyny go powstrzymał.

Oparł się lekko o front budynku, niecałe piętnaście stóp10 od tej dwójki, próbując wyglądać obojętnie, choć nie ukrywał swego zainteresowania. Wierzył, że dziewczyna go nie dostrzegła, bo chociaż spoglądała w jego stronę, to był pewien, że jej wzrok powędrował w stronę konia przywiązanego do balustrady. Choć było to jedynie przelotne spojrzenie, utwierdziło go w przekonaniu, aby pozostać tam, gdzie stał, do czasu, aż dziewczyna dosiądzie swego konia, niezależnie od tego, ile czasu by to nie potrwało. Odprężył się więc, oparł o budynek i przysłuchiwał z uwagą ich rozmowie, choć pozornie wyglądał na zupełnie nią niezainteresowanego.

Dziewczyna za to wydawała się głęboko poruszona czymś, co powiedział wielki mężczyzna, bo zamarła i stała tak, wpatrując się w niego gniewnym, zaciekłym spojrzeniem. Mężczyzna szydził z niej i szczerzył zęby w drwiącym uśmiechu, krążąc wokół niej; najwyraźniej miał nad nią władzę. Wyglądało to na zabawę kota z myszą. Wtem młody człowiek usłyszał głos wielkiego mężczyzny:

– Czyli nie przyjmujesz łaskawie moich zalotów? Nie chcesz mieć nic ze mną do czynienia? – Jego wymuszony śmiech był grubiański i opryskliwy, sparaliżował wręcz młodego człowieka. Rzucił szelmowskie spojrzenie na dziewczynę i zobaczył, jak uniosła brodę z pogardą.

– Mam ci jeszcze raz powtórzyć? – zapytała.

Młody człowiek odczuł dziwną satysfakcję. Współczucie dla dziewczyny rozciągnęło mu usta w osobliwym uśmiechu, ale nie miał czasu na lubowanie się tą satysfakcją, bo wielki mężczyzna przemówił, lecz tym razem już się nie śmiał.

– No! – rzekł krótko. – Jednak będziesz mieć ze mną do czynienia. Będziesz ze mną albo pozbawię tego twojego brata, wariata, interesu!

Dziewczyna nagle zesztywniała i oblała się głębokim rumieńcem. Młody człowiek zbladł, usłyszawszy tę groźbę, zacisnął zęby i pochylił się do przodu, licząc na to, że usłyszy coś więcej z tej niezwykłej rozmowy. Więcej nadeszło szybko. Dziewczyna się odezwała, a jej głos był równy i opanowany, choć przesiąknięty kąśliwym sarkazmem.

– Cóż z ciebie za okropny człowiek, żeby grozić bezbronnej dziewczynie i jej cierpiącemu bratu. Ale ja się ciebie nie boję!

Zrobiła krok w jego stronę, stanęła blisko niego i spojrzała mu prosto w oczy. Bardzo starała się pozostawać opanowaną, ale młody człowiek dostrzegł, że jej usta drżały żałośnie podczas tej krótkiej mowy. Poczuł względem niej współczucie. Nie mógł zrozumieć tej dziwnej rozmowy, ale rozpoznał, w jakim kierunku zmierzała, i co zwiastował dwuznaczny podtekst w słowach wielkiego mężczyzny. Najwyraźniej nie pomylił się w swej ocenie młodej kobiety – była w stanie sama się o siebie zatroszczyć.

Przybliżył się trochę, choć dobrze wiedział, że rozmowa ta nie była jego sprawą. Kierowała nim jedynie najzwyklejsza troska o to, czy młoda kobieta zostanie odpowiednio potraktowana. Na razie pozostawało tylko czekać, gdyż wielki mężczyzna nie powiedział na razie niczego, co dałoby obcemu podstawę do ingerencji. Rzuciwszy jeszcze jedno spojrzenie, dostrzegł ciężki rewolwer na biodrze tego człowieka i nie miał najmniejszej wątpliwości, na podstawie tego, co do tej pory zobaczył, że mężczyzna użyłby tej broni, gdyby odwrócił się i zobaczył kogoś podsłuchującego ich rozmowę. Takie zachowanie idealnie pasowałoby do opowieści, które młody człowiek słyszał o tej części kraju. Mimo to przysunął się bliżej.

Twarz wielkiego mężczyzny nabrzmiała. Opór dziewczyny najwyraźniej go rozwścieczył.

– Do ciężkiego diabła! – odezwał się jadowicie. – Cholernie odważna się zrobiłaś!

Pochylił się nad nią.

– Myślisz sobie, że to hańba być ze mną w komitywie? Co ludzie na to powiedzą? – Chrapliwie się zaśmiał. – Większości ludzi pochlebia znajomość ze mną, ale powiem ci jedno: jeśli nie jestem twoim przyjacielem, to jestem wrogiem, a ty zrobisz, co mówię, bo inaczej się postaram, aby sprawy stały się bardzo nieprzyjemne dla ciebie i twojego biednego, cierpiącego brata!

Młody człowiek zobaczył, jak dłonie dziewczyny się zacisnęły, jak jej twarz wolno pobladła. Już drugi raz mężczyzna zadrwił z jej brata i najwyraźniej jego słowa sprawiły jej ból. Słowa drżały na jej wargach, ale głos ostatecznie się nie wydobył. Na chwilę zmusiła się, aby spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy, a wtem jej własne napełniły się łzami. Zrobiła krok w tył, jej ramiona obwisły. Wielki mężczyzna podążył za nią, napawając się tym widokiem. Młodemu człowiekowi znów przyszedł na myśl kot bawiący się myszą.

– Zabolało, co? – spytał bezlitośnie wielki mężczyzna. – Sama sobie jesteś winna, będąc taką cholerną świętoszką!

Wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Cofnęła się, a szamocząc się z nim, próbowała złapać za rękojeść rewolweru, wykonaną z kości słoniowej, który zwisał u jej prawego boku. Jej wysiłek był daremny, wielki mężczyzna przytrzymał ją za ramiona.

Nagle odwet – jak lawina – spadł na mężczyznę. Dostrzegł ruch, wyczuł niebezpieczeństwo i sięgnął prawą ręką do rękojeści pistoletu, jednak walka była bezgłośna. Padł strzał, młody człowiek machnął ramieniem jak cepem, zaciśnięta dłoń opadła z hukiem. Wielki mężczyzna zwalił się na ziemię jak ścięte drzewo, a jego rewolwer poleciał na odległość dziesięciu stóp. Nikły, błękitno­-biały dym unosił się leniwie z lufy. Wielki mężczyzna został ponownie uniesiony do góry w rękach i rzucony jeszcze raz o ziemię. Leżał na wznak, wystawiony na jasne światło słoneczne – góra posiniaczonego i krwawiącego ciała.

 

Gniew młodego człowieka zniknął tak szybko, jak się pojawił. Stanął nad wielkim mężczyzną, spoglądając na niego z góry. Jego białe zęby jaśniały spoza lekko rozchylonych warg.

– Myślę, że to wystarczy – powiedział równym, beznamiętnym głosem.

Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza. Młody człowiek obrócił się i spojrzał na dziewczynę, która przyglądała mu się, zaskoczona i oszołomiona.

Młody człowiek uśmiechnął się beztrosko.

– Myślę, że czekałem trochę za długo. On nie będzie cię już niepokoił, przynajmniej przez następne kilka minut.

Zauważył, że wzrok dziewczyny skupił się na czymś za jego plecami, i odwrócił się, aby zobaczyć, jak przez boczne drzwi Saloonu Mody wysypali się mężczyźni. Wybiegli na zewnątrz, wypełniając przestrzeń pomiędzy dwoma budynkami. Byli to głównie kowboje i kilku innych ludzi, których wygląd i ubiór świadczyły o tym, że byli zwykłymi mieszkańcami miasteczka. Młody człowiek stał, milcząc, podczas gdy jedni nowo przybyli okrążyli go, drudzy skupili swą uwagę na wielkim mężczyźnie, który wciąż leżał na ziemi. Dziewczyna się nie poruszyła; stała obok młodego człowieka, blada, drobna, niewzruszona, jej oczy były szeroko otwarte i płonęły. Młody człowiek wodził wzrokiem od niej do mężczyzn, którzy stłoczyli się wokół niego, i zdał sobie sprawę z tego, że jeden z nich – smukły kowboj o oliwkowej cerze – najwidoczniej mieszaniec, coś do niego mówił. Stał więc, spoglądając na niego. W jego oczach dostrzegł groźbę, słyszał jego głos, ziejący bluźnierczym oskarżeniem:

– A więc zastrzeliłeś Big Billa11, żółtodziobie12! – zawołał. Jego ręka zatknięta była za pas z nabojami, niedaleko rękojeści jego sześciostrzałowego rewolweru.

Młody człowiek chłodno lustrował twarz mieszańca. Widział drwiącą bezczelność wypełzającą wąskie, szczerzące zęby wargi, i od razu wiedział, że był to przyjaciel jego pokonanego przeciwnika. Uśmiechnął się ponuro. Gdy mężczyzna zaczął mówić, był skłonny argumentować słuszność swego czynu, ale kiedy usłyszał ohydną zniewagę, jego białe zęby znów zalśniły, wykonał zamach prawym ramieniem – jak cepem – jego pięść zderzyła się ze szczęką mieszańca. Tak jak wielki mężczyzna, i ten padł bezwładnie na ziemię. Tłum nagle się poruszył, pistolety błysnęły w słońcu. Młody mężczyzna zrobił krok w tył, zatrzymał się, przygotował i z zaciśniętymi ustami stanął twarzą w twarz z tłumem.

– Oczywiście teraz zaczniecie strzelać – stwierdził z goryczą.

Usłyszał poruszenie obok siebie i odwróciwszy się, ujrzał dziewczynę stojącą w odległości stopy od niego, z pistoletem z rękojeścią z kości słoniowej w dłoni i z lodowatym spojrzeniem.

– A mnie się wydaje, że żaden z nich nie strzeli – oświadczyła opanowanym głosem, rozbrzmiewającym w nagłej ciszy, która zapadła. – Wielki Bill dostał to, na co sobie zasłużył, a ten dżentelmen nie będzie niepokojony. Jest nieuzbrojony – powiedziała, śmiejąc się oschle. – Zastrzelenie go byłoby morderstwem, a jeśli zostanie zastrzelony, obiecuję, że natychmiast zostanie pomszczony.

Obróciła się lekko, mówiąc coś do młodego człowieka, mając jednocześnie na oku mężczyzn stojących dookoła. W czasie ciszy, która zapadła po jej słowach, kilku mężczyzn ukradkiem schowało swą broń i wycofało się.

– Myślę, że Wielki Bill sam jest w stanie zadbać o swoje sprawy – kontynuowała dziewczyna, wykorzystując jawną niechęć obecnych do sprawiania jakichkolwiek problemów.

Jej twarz pobladła nieznacznie, gdy zauważyła, jak wielki mężczyzna siada i rozgląda się dookoła. Podniósł się na nogi i kiwał się przez chwilę, oszołomiony, po czym jego wzrok odszukał młodego człowieka i wbił się w niego z niezapowiadającą niczego dobrego zawziętością. Jego prawa ręka opadła na kaburę pistoletu, a nie znajdując tam broni, odwrócił się i zaczął jej szukać. Znalazłszy, powrócił z bronią w ręku do miejsca, gdzie stał młody człowiek. Gdy się tam zatrzymał, nastąpiło nowe poruszenie i mieszaniec stał już na nogach, wyciągając swój pistolet. Młody człowiek przykucnął, gotowy do skoku, a wielki mężczyzna ostro odezwał się do mieszańca.

– Rzuć to! – warknął. – Pilnuj swoich spraw!

Nagle zrozumiał, że mieszaniec również został pokonany, bo patrząc na niego, dostrzegł kurz na jego ubraniu i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Tobie też dołożył, co, Yuma? – Jego toporne rysy zwieńczył szyderczy uśmiech, gdy stanął twarzą w twarz z młodym człowiekiem.

– Znokautował mnie! – powiedział jedwabistym, opanowanym głosem. – Znokautował mnie z zimną krwią. Yumę Eda też!

Zrobił kolejny krok w kierunku młodego człowieka i badał go krytycznym wzrokiem. W jego oczach lśniło coś na kształt rozbawienia. Wtem wycofał się i zaśmiał krótko.

– Nie zastrzelę cię – rzekł. – Mam taki pomysł, żebyśmy ty i ja znów się spotkali – kontynuował, a w jego głosie brzmiała złowroga groźba.

– Zastrzelenie cię nie byłoby nawet w połowie odpłatą. Zapamiętaj to sobie, młody człowieku, nawet nie w połowie.

Pozostawiwszy młodego człowieka, oddalił się. Wskazał zebranym drzwi saloonu, przez które wysypali się na zewnątrz. Przedefilowali przez nie wolno, jeden po drugim, bez protestu. Wielki mężczyzna zatrzymał się jeszcze na tyle długo, aby znów popatrzeć na młodego człowieka.

– Znokautował mnie! – rzekł, jakby ledwie był w stanie pojąć tę prawdę. – Znokautował mnie uderzeniem, z zimną krwią! – Zaśmiał się, a jego prostackie, ordynarne rysy wykrzywiły się w dziwacznym grymasie. – Niech mnie cholera!

Odwrócił się raz jeszcze i zniknął w drzwiach za pozostałymi.

Młody człowiek stał przez chwilę, patrząc w ślad za nim, po czym odwrócił się i ujrzał młodą kobietę stojącą obok swego konia, wpatrującą się w niego poważnym spojrzeniem.

– Dziękuję – powiedziała.

Uchwycił jej jasny uśmiech i już siedziała w siodle, kłusując w dół ulicy, w kierunku stacji. Przez moment młody mężczyzna patrzył za nią, po czym z uśmiechem powrócił do swoich walizek i pomaszerował w stronę widocznego z daleka budynku sądu.

 

 

 

 

1 Dry Bottom (ang.) – Sucha Dziura, Suche Dno (w znaczeniu pipidówka).

2 Saloon(ang.) – bar z wyszynkiem na Dzikim Zachodzie.

3 Cowponies(ang.) – małe, zręczne konie pasterskie; typ konia, który nadaje się do pracy ze zwierzętami pasterskimi, a szczególnie z bydłem na ranczach i rodeo.

4 Preriowy wóz pionierów (ang. prairie schooner) – kryty wóz używany w XIX wieku przez pionierów podczas podróży przez prerie Ameryki Północnej.

5 Buckboard(ang.) – czterokołowy pojazd o prostej konstrukcji, do którego zaprzęgano najczęściej konie lub inne większe zwierzęta; wóz posiadał z przodu deskę, która służyła za podnóżek dla woźnicy lub chroniła przed tylnymi kopytami zwierzęcia na wypadek wierzgnięcia.

6 Szałwia (Salvia) – rodzaj rośliny z rodziny jasnotowatych (Lamiaceae), liście szare, kwiaty niebiesko-fioletowe.

7 Księga Rodzaju – gr. Genesis, początkowa księga Pięcioksięgu.

8 Apokalipsa Świętego Jana – Objawienie Świętego Jana, ostatniaksięga w kanonie Nowego Testamentu.

9 Saloon Mody – w oryginale: The Fashion Saloon.

10 Stopa(ang. foot) –jednostka długości stosowana w krajach anglosaskich, licząca 30,48 cm.

11 Big Bill (ang.) – Wielki Bill.

12 Żółtodziób – pot.: dorastający, niedoświadczony chłopak.