Aż do śmierci - Amos Oz - ebook

Aż do śmierci ebook

Amos Oz

0,0
37,90 zł

lub
Opis

Niezwykła wiwisekcja motywów ludzkich poczynań autorstwa najwybitniejszego pisarza izraelskiego.

Krucjata oraz Późna miłość, dwie nowele składające się na tę książkę, łączy paranoiczna wręcz obsesja ich bohaterów. Strach i nienawiść powodujące dowódcą wyprawy krzyżowej sprawiają, że morduje wszystkich napotkanych w drodze Żydów. Choroby, ustawiczne potyczki, śmierć zamieniają triumfalny pochód w klęskę. Drogę do świętych miejsc otwiera wyzbytym wszystkiego krzyżowcom dopiero pokora.

Późna miłość to z kolei portret podstarzałego lektora partyjnego, który jeżdżąc po kibucach, ostrzega przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, jakie dla Izraela stanowi Rosja. Zagrożenie to wprawdzie już minęło, ale lektor wciąż ma poczucie misji - musi ostrzegać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 138




Pamięci mojego Ojca

Yehudy Arieha Klau­snera

KRU­CJATA

1

Wszystko zaczęło się od oznak nie­za­do­wo­le­nia w wio­skach.

Dzień po dniu w bied­niej­szych oko­li­cach uka­zy­wały się zło­wróżbne znaki. Pewien stary gospo­darz z Gal­land zoba­czył na nie­bie syl­wetkę ogni­stego rydwanu. W Sare­aux nie­uczona sta­ruszka kle­pała wyrocz­nie w naj­czyst­szej łaci­nie. Krą­żyły pogło­ski, że w odle­głym kościele krzyż palił się zie­lo­nym pło­mie­niem przez trzy dni, a jed­nak nie spło­nął. Któ­rejś nocy przy źró­dle uka­zała się śle­pemu wie­śnia­kowi Panna Święta, a kiedy księża napo­ili go winem, opi­sał owo obja­wie­nie biblij­nym języ­kiem.

Wierni wyczu­wali, że w domo­stwach prze­klę­tych Żydów nara­stała przez zimę zło­śliwa jakby radość?

Działy się rze­czy dziwne. Bandy podej­rza­nych włó­czę­gów, wiel­kich i czar­nych jak niedź­wie­dzie, poja­wiały się rów­no­cze­śnie w kilku miej­scach. Nawet wykształ­ceni ludzie czuli cza­sami wewnętrzny nie­po­kój. Nie można było ocze­ki­wać spo­koju.

W Cler­mont w roku 1095 od naro­dze­nia Pana Naszego Jezusa Chry­stusa papież Urban II wezwał owieczki boże do wyprawy, aby uwol­nić Zie­mię Świętą z rąk nie­wier­nych i aby odpo­ku­to­wać grze­chy poprzez znoje podróży – albo­wiem radość duchową osiąga się przez cier­pie­nie.

Wcze­sną jesie­nią następ­nego roku, cztery dni po zakoń­cze­niu wino­bra­nia, szla­chetny hra­bia Guil­laume z Touronu wyru­szył na czele nie­wiel­kiego zastępu chło­pów, pod­da­nych oraz bani­tów ze swo­jej posia­dło­ści pod Awi­nio­nem i podą­żył ku Ziemi Świę­tej, by wziąć udział w jej oswo­bo­dze­niu, a tym samym odna­leźć spo­kój ducha.

Poza schnię­ciem gron i rdzą, która zaata­ko­wała wino­ro­śle, oraz potęż­nymi dłu­gami były rów­nież inne, bar­dziej naglące powody, które skło­niły szla­chet­nego hra­biego do podróży. Dowia­du­jemy się o nich z kro­niki nie­zwy­kłego mło­dzieńca, który brał udział w wypra­wie. Nosił imię Claude, a prze­zwi­sko „Gar­bus”. Był dale­kim krew­nym hra­biego i wycho­wał się w jego posia­dło­ści.

Ów Claude był praw­do­po­dob­nie adop­to­wa­nym dzie­dzi­cem bez­dziet­nego hra­biego albo po pro­stu zwy­kłym pie­cze­nia­rzem. Umiał pisać i był dość dobrze wycho­wany, cho­ciaż miał skłon­no­ści do gwał­tow­nie nastę­pu­ją­cych po sobie wybu­chów depre­sji i eufo­rii. Gorącz­kowo i bez praw­dzi­wej przy­jem­no­ści odda­wał się na prze­mian asce­tycz­nym prak­ty­kom i cie­le­snym roz­ko­szom. Wie­rzył świę­cie w siły nad­przy­ro­dzone: ota­czał się głup­ta­kami, wyobra­ża­jąc sobie, że zna­lazł w nich iskierkę świę­to­ści, a wiej­skie kobiety czy pod­nisz­czone księgi budziły w nim rów­nie dzi­kie żądze. Nad­miar reli­gij­nego zapału oraz ponu­rej melan­cho­lii wywo­ły­wał u ludzi uczu­cie pogardy i nie­na­wi­ści, a także nisz­czył jego ciało do kości, roz­pa­la­jąc zły ogień w oczach.

Hra­bia zaś trak­to­wał Claude’a Gar­busa z posępną tole­ran­cją i led­wie tłu­mioną szorst­ko­ścią. W rze­czy­wi­sto­ści nikt na dwo­rze nie był pewien sta­tusu i przy­wi­le­jów tego mło­dego, cho­ciaż już siwo­wło­sego męż­czy­zny, który żywił, poza wszyst­kim innym, gwał­towną i śmieszną wręcz miłość do kotów oraz z zapa­mię­ta­niem kolek­cjo­no­wał kobiecą biżu­te­rię.

Wśród przy­czyn, dla któ­rych hra­bia wyru­szył na wyprawę, Claude wspo­mina w swo­jej kro­nice pewne zda­rze­nia, które szybko nastę­po­wały po sobie w ciągu minio­nego roku. „Wcze­sną wio­sną – pisze Claude – w roku 1096 od naro­dze­nia Pana Naszego grzech buty pod­niósł wśród chłop­stwa głowę. W naszym majątku miało miej­sce kilka przy­pad­ków zuchwal­stwa i nie­po­słu­szeń­stwa, nisz­czono na przy­kład część nędz­nych zbio­rów w zło­ści na ich mier­ność, kra­dziono szty­lety; rzeka wylała, pod­pa­lano sto­doły, widziano spa­da­jące gwiazdy, odpra­wiano czary i pła­tano zło­śliwe figle. Wszystko to w gra­ni­cach naszych ziem, nie licząc wielu prze­stępstw na sąsia­du­ją­cych tere­nach, a nawet za rzeką. Zaiste więc uznano za konieczne jesz­cze raz naoli­wić koło tor­tur i wysta­wić na próbę kilku zbun­to­wa­nych pod­da­nych, aby stłu­mić nara­sta­jącą żądzę gwałtu, albo­wiem cier­pie­nie rodzi miłość. W naszym majątku ska­zano na śmierć sied­miu chło­pów i cztery cza­row­nice. Pod­czas tor­tur ich prze­stępstwa ujrzały świa­tło dzienne, a prze­cież świa­tło oczysz­cza z wszel­kiego grze­chu.

Ponadto na wio­snę nasza młoda pani Louise z Beau­mont zdra­dzała pierw­sze objawy drą­żą­cej ją cho­roby, tej samej, która zabrała jej poprzed­niczkę dwa lata wcze­śniej.

W Wiel­ka­noc hra­bia upił się ponad wszel­kie gra­nice roz­sądku, ale tym razem nie udało mu się wznieść ze stanu pod­chmie­lo­nej eufo­rii na wyżyny pijac­kiej rado­ści. Różne zda­rze­nia miały miej­sce – opo­wiada dalej kro­ni­karz w spo­sób raczej zawo­alo­wany – na przy­kład któ­rejś nocy hra­bia roz­trza­skał sześć dro­go­cen­nych pucha­rów, rodzin­nych pamią­tek; cisnął tymi wspa­nia­łymi przed­mio­tami w słu­żą­cych, karząc ich za jakiś błąd, któ­rego istota nie była jasna. Były obra­że­nia, polała się krew. Hra­bia odpo­ku­to­wał swój błąd nie­usta­ją­cymi cichymi modli­twami i postem, ale odłam­ków strza­ska­nych kie­li­chów nie dało się już połą­czyć – wciąż mam je w swoim posia­da­niu. Co się stało, to się nie odsta­nie i nie ma od tego odwrotu”.

Claude pisze rów­nież co nastę­puje:

„Wcze­snym latem, pod­czas zbio­rów jęcz­mie­nia, padło podej­rze­nie na jed­nego z Żydów. Ska­zano go na śmierć w wyniku jego gor­li­wych zapew­nień o wła­snej nie­win­no­ści. Akt spa­le­nia tego Żyda mógł posłu­żyć do roz­wia­nia obaw i nastroju przy­gnę­bie­nia, które opa­no­wały nas na wio­snę, ale stało się tak, że Żyd, kiedy już pło­nął, zdo­łał zepsuć wszystko, rzu­ca­jąc ze stosu na hra­biego Guil­laume’a strasz­liwą żydow­ską klą­twę. Do tego okrop­nego incy­dentu doszło w obec­no­ści wszyst­kich domow­ni­ków, począw­szy od cho­rej pani, a skoń­czyw­szy na naj­ciem­niej­szych dziew­kach słu­żeb­nych. Oczy­wi­ście nie dało się uka­rać nie­szczę­śnika za jego klą­twy: już taka Żydów natura, że można ich spa­lić tylko raz.

W ciągu lata zdro­wie naszej pani pogor­szyło się, toteż stała już nad gro­bem. Nawet miłość nie na wiele się zda bez łaski. Był to żało­sny widok. Tak wiel­kie były jej cier­pie­nia, tak gło­śne jej krzyki po nocach, że w końcu hra­bia musiał zamknąć w wieży ów naj­wdzięcz­niej­szy kwiat ze swo­jego ogrodu. Syn Boży był tak potulny i pokorny, kiedy przyj­mo­wał na sie­bie nasze cier­pie­nia, aby­śmy wie­dzieli i pamię­tali, że naj­wspa­nial­sze zbiory są wtedy, gdy bez­li­to­sna kosa ścina naj­de­li­kat­niej­szy na całym Bożym świe­cie plon, i to był dla nas znak. Hra­bia roz­ka­zał, by dniem i nocą odpra­wiano modli­tewne czu­wa­nie przed celą naszej cho­rej pani.

Nasza pani była mło­dziutka, a jej blada twarz zawsze wyra­żała jakby zdzi­wie­nie. Miała deli­katne członki, a jej ciało wyglą­dało jak prze­zro­czy­ste, jakby skła­dała się z ducha, a nie ze sta­łej mate­rii. Z dnia na dzień nikła w naszych oczach. Cza­sem sły­sze­li­śmy jej śpiew, cza­sem pod­no­si­li­śmy ukrad­kiem jej prze­siąk­niętą łzami chu­s­teczkę, a we wcze­snych godzi­nach ran­nych sły­sze­li­śmy, jak wzywa Pannę Prze­naj­święt­szą. Potem jej mil­cze­nie prze­szy­wało powie­trze. W tych dniach sytu­acja w majątku stała się jesz­cze poważ­niej­sza. Wie­rzy­ciele się­gali po broń i nawet chłop­stwo mam­ro­tało pod nosem o bun­cie.

W naszych kom­na­tach uci­chły wszel­kie roz­mowy. Nasza pani była tak deli­katna i blada, że klę­cząc u stóp krzyża, wydała nam się samą Panną Świętą. Migo­tała i gasła. Tym­cza­sem hra­bia pogrą­żył się w mil­cze­niu i kupo­wał jedy­nie coraz wię­cej raso­wych koni – sta­now­czo zbyt dużo jak na potrzeby pól i win­nic. Pła­cił za nie poła­ciami lasów i sadów, ponie­waż pie­nią­dze, które poży­czy­li­śmy, zostały stop­niowo prze­je­dzone.

Pew­nego wcze­snego ranka nasza pani usły­szała nagle deli­katny dźwięk dzwo­nów w wiej­skim kościele. Wysu­nęła swą złotą głowę przez kraty, a kiedy słońce wstało, zna­le­ziono ją już mar­twą na łonie Zba­wi­ciela. Wciąż trzy­mam w swoim pokoju w skrzyni jej san­dały razem z dwiema malut­kimi bran­so­let­kami i zie­lo­nym krzy­żem z pereł, ist­nym cac­kiem, które nosiła na szyi”.

Ta kro­nika, pisana przez członka rodziny hra­biego, zawiera rów­nież pewne mętne prze­my­śle­nia, pogma­twane, pisane lichą i cha­otyczną łaciną. Warto w tym miej­scu zacy­to­wać nie­które z nich:

„Jeste­śmy zwią­zani z przed­mio­tami nie­oży­wio­nymi. Mię­dzy rze­czami przę­dzie nić pewien sekretny język zna­ków. Żaden liść nie spad­nie na zie­mię, jeżeli nie służy to jakie­muś celowi. Gdy czło­wiek o medy­tu­ją­cym cha­rak­te­rze, taki jak mój szla­chetny hra­bia Guil­laume de Touron, ode­rwie się choć na chwilę od sfery dzia­ła­nia, natych­miast ulega wpły­wowi sił nad­przy­ro­dzo­nych. A jeśli nie okaże się godny łaski, siły te opa­no­wują jego narządy jak nisz­cząca tru­ci­zna, nie­wi­dzialna, bez­bo­le­sna, lecz zabój­cza. Cier­pie­nie sze­ro­kich rów­nin palo­nych przez połu­dniowe słońce i ani śladu czło­wieka, który by rzu­cił cień. Zapa­chy przy­no­szone przez wiatr. Lasy, kojące a groźne. Może powab oce­anu. Albo deli­katna, gorzka cisza odle­głych gór. Przeto kiedy wiatr cich­nie pod wie­czór, męż­czy­zna w kwie­cie wieku, lep­szego uro­dze­nia, cza­sem nagle przy­sta­nie i skuli się, skuli się w sobie, nasłu­chu­jąc z całej mocy, a kiedy tak słu­cha, bez­u­stan­nie drę­czy swoją duszę.

Tak więc z tych przy­czyn i z innych, któ­rych nie da się wyra­zić sło­wami, Guil­laume de Touron wyru­szył do Ziemi Świę­tej, zde­cy­do­wany wziąć udział w jej wyzwo­le­niu i w ten spo­sób osią­gnąć spo­kój ducha”.

2

Pochy­lony w sio­dle jak zmę­czony myśliwy, z twa­rzą wykutą z gra­nitu, czaszką sze­roką i wielką, hra­bia pro­wa­dził swych ludzi przez zie­mie nad Roda­nem do mia­sta St. Etienne. Tam, w St. Etienne, zamie­rzał prze­rwać swoją podróż i zatrzy­mać się na dzień lub dwa. Claude Gar­bus przy­pusz­cza, że chciał spę­dzić jakiś czas w kate­drze na samot­nej modli­twie, pro­sić biskupa o bło­go­sła­wień­stwo dla wyprawy oraz kupić paszę i broń. Moż­liwe, że pla­no­wał rów­nież dobrać kilku ryce­rzy jako najem­ni­ków. Drogi poza murami mia­sta naje­żone są nie­bez­pie­czeń­stwami; miecz musi toro­wać przej­ście dla sił łaski.

Hra­bia jechał na kla­czy Mistral. Tempo miał wciąż spa­ce­rowe. Nie było ono wyni­kiem waha­nia ani spo­koju, który ogar­nia czło­wieka po pod­ję­ciu decy­zji, lecz po pro­stu lek­kiego wznie­sie­nia drogi. Klacz Mistral była, tak jak jej pan, masyw­nym, sze­roko zbu­do­wa­nym stwo­rze­niem. Na pierw­szy rzut oka wyda­wała się koniem robo­czym: niczym nie można było jej roz­draż­nić, a to dzięki pew­nej uda­wa­nej, cechu­ją­cej wszyst­kie jej ruchy skrom­no­ści, podob­nej do wewnętrz­nego namy­słu – spo­koj­nej, roz­waż­nej, pra­wie świę­tosz­ko­wa­tej. Ale na drugi, dokład­niej­szy rzut oka, kiedy na przy­kład zauwa­żyło się jej kapry­śne maniery przy sio­dła­niu i roz­kul­ba­cza­niu, widać było wyraź­nie, że tak jak nie­moż­liwe było roz­bu­dze­nie jej, tak zupeł­nie i cał­ko­wi­cie nie­moż­liwe było zmu­sze­nie kla­czy Mistral do abso­lut­nego posłu­szeń­stwa.

Wszę­dzie zaś wyczu­wał, na rów­ni­nach i na wzgó­rzach, skra­da­jące się, łaszące się, wzmo­żone siły jesieni. Wzdłuż całej drogi towa­rzy­szyły wypra­wie zapa­chy win­nic. Przy­po­mi­nały nie­usta­jącą melo­dię, miękką, a jed­no­cze­śnie prze­ni­kliwą i upo­rczywą.

Wszę­dzie łatwo można było dostrzec oznaki suszy i rdzy na wino­ro­ślach. Na twa­rzach chło­pów malo­wała się niema, źle ukry­wana nie­chęć.

Nawet w cza­sach dobro­bytu te oko­lice rzadko spo­glą­dają mil­cząco w szare niebo: opry­skani bło­tem chłopi, gni­jące strze­chy, krzyże tak nie­zdarne jak wiara w tych rejo­nach, tępa i silna, rzędy czar­nych sto­gów, a o świ­cie i zmierz­chu dobiega z daleka dźwięk wiej­skich dzwo­nów, woła­ją­cych ze swych wnętrz do Zba­wi­ciela.

O zmierz­chu można było też dostrzec na nie­bie wyprę­żone w locie klu­cze potęż­nych pta­ków. I ich nagłe wrza­ski. Wszę­dzie nara­stały wyraźne oznaki cięż­kiej, gęstej rze­czy­wi­sto­ści – lub też, na drugi rzut oka, nie­znaczny ruch z jakichś nie­ja­snych przy­czyn.

Wszystko, nawet mil­czącą, zakło­po­taną ule­głość pulch­nych, wiej­skich dziew­cząt, które przy­sta­nęły, żeby zer­k­nąć z bez­piecz­nej odle­gło­ści na grupę jeźdź­ców, można było w pewien spo­sób dowol­nie inter­pre­to­wać.

Czy Guil­laume de Touron roz­wa­żał te moż­liwe inter­pre­ta­cje? Jeśli tak, to nie było tego po nim widać. Kilka zwię­złych słów jego komend świad­czyło o wewnętrz­nym dystan­sie. Wyglą­dał, jakby był pogrą­żony w pro­ble­mach logiki lub zajęty spraw­dza­niem ksiąg, które się nie zga­dzały. Claude, nasz kro­ni­karz, który czę­sto zauwa­żał mil­cze­nie swo­jego pana, skłonny był przy­pi­sy­wać mu abs­trak­cyjne roz­my­śla­nia lub ćwi­cze­nia duchowe. Krótko mówiąc, czuło się, że hra­bia pomi­jał cza­sem pyta­nia albo odpo­wia­dał nie­py­tany. „Chodź tu – mówił. – Postaw to tam. Teraz. Łap. Naprzód”.

Ci, któ­rzy sły­szeli te roz­kazy, wyobra­żali sobie łatwo, że wypo­wiada je czło­wiek, który bądź wła­śnie zasy­pia, bądź wal­czy, by otrzą­snąć się z głę­bo­kiego snu.

Nie­mniej czło­wiek ten oto­czył się chłod­nym nim­bem dosto­jeń­stwa, które nie wyma­gało ani wysiłku, ani pod­kre­śle­nia: silna, wro­dzona cecha, naka­zu­jąca strach i mil­cze­nie, nawet kiedy spał, sku­lony wilk.

Wro­dzona cecha. W kro­nice Claude’a można prze­czy­tać krótki opis wyglądu i zacho­wa­nia hra­biego na początku wyprawy, a także porów­na­nie, które – jak wszystko w jego kro­nice – jest raczej zbyt pochlebne:

„Mówiąc prawdę, hra­bia Guil­laume de Touron był nie tylko nad­zwy­czaj natu­ralny i spo­kojny w obej­ściu, lecz także wolny od wąt­pli­wo­ści i pod­nie­ce­nia. Był jak łagodny potok, wędru­jący cicho pośród łąk na rów­ni­nie. Pły­nie pogod­nie i leni­wie, ni­gdy nie pod­my­wa­jąc swo­ich brze­gów ani nie two­rząc fal lub piany, wszystko jed­nak, co znaj­dzie się w jego prą­dzie, uno­szone jest przez siłę, która nie jest ani przy­ja­zna, ani też bojaź­liwa: spo­kojny, nie­ustę­pliwy stru­mień”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Unto Death

Copy­ri­ght © 1971, Amos Oz

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Mag­da­lena Ciszew­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Zbi­gniew Miel­nik

Foto­gra­fia na okładce: Mar­cus Löfvenberg/Unsplash

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Aż do śmierci, wyd. II, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-820-2

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer