Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 206 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Awantura o Basię - Kornel Makuszyński

Z pokolenia na pokolenie "Awantura o Basię" nieodmiennie bawi, śmieszy, ale też wyciska łzy z oczu. Ta ulubiona lektura dziewcząt również chłopców może porwać interesującym wątkiem sensacyjnym oraz zabawnymi scenami i wszechobecnym humorem.

Książka zalecana jako lektura dla szkół podstawowych.

Opinie o ebooku Awantura o Basię - Kornel Makuszyński

Fragment ebooka Awantura o Basię - Kornel Makuszyński

KornelMakuszyński
Awantura o Basię Fragment
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA
Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Nasza oferta lektur i książek edukacyjnych

http://www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Przeczytaj również
1 Jeden pociąg przychodzi, a drugi odchodzi

Opowieść tę, tak prawdziwą jak wiosna i tak pełną radosnych uśmiechów jak pogodny dzień, musimy – z serdecznym żalem serca – rozpocząć wspomnieniem zdarzeń bolesnych i smutnych. Jak spoza ciężkich, czarnych, burzliwych chmur słońce wreszcie jasną smugą wytryśnie i ozłoci ślady klęski i zniszczenia, tak i w tej opowieści przewalić się muszą chmury przez pierwsze stronice jak przez czyste obszary nieba. Jak w życiu, jak w życiu... Jedna szczęśliwa godzina rodzi następną, znaczoną łzami, aż smutek zelżeje i znowu jasną godzinę przywoła. Nie cenilibyśmy radości, gdyby była wiecznotrwała i snuła się nieprzerwanie. Gorycz bólu i dotkliwość cierpienia tym słodszą nam czynią radość, co się zjawi. Nie byłoby radości bez smutku. Nikt by nie wiedział, że to radość właśnie. Tym skwapliwiej witamy dzień, że przed nim snuła się mroczna, oślepła noc.

To, co się zdarzyło przed rozpoczęciem tej niezwykłej historii, było nocą, smutkiem i śmiertelną przygodą. Ponieważ serce nasze drży jeszcze na wspomnienie tego, co się stało, opowiemy krótko o wszystkim. Wystarczy niewiele słów, a każde będzie miało kształt łzy.

Nigdy nie można było odgadnąć, kim była młoda pani w żałobnej sukni, wiodąca za rękę małą, może pięcioletnią dziewczynkę. Wysiadła z pociągu na węzłowej stacji kolejowej, po której w różne strony czołgały się pociągi jak olbrzymie gąsienice. Świadkowie opowiadali, że śpieszyła się bardzo, pragnąc zdążyć do bufetu, gdzie chciała nakarmić dziewczynkę; mówili inni, że w czasie podróży była dziwnie milcząca, a w dużych jej oczach znać było niepokój; wiozła roześmiane dziecko i jakąś wielką zgryzotę. Samotne kobiety w czerni nie wędrują zazwyczaj ze szczęściem w sercu. Nikt nie umiał powiedzieć wiele więcej o tej smutnej pani, bo chociaż współtowarzysze podróży odznaczają się nadmierną ciekawością, jej nie zadawano pytań. Jej blada, piękna twarz i oczy zamglone, jakby w pustkę patrzące, onieśmielały ludzi. Przysłuchiwano się jej rozmowie z dzieckiem, która była właściwie nieustanną gadaniną dziewczynki przerywaną rzadko jej cichym słowem: „Tak, Basieńko!” albo: „Nie, moja maleńka!”. Ostatnie jej powiedzenie, które słyszano, było zapowiedzią, że na najbliższej stacji dziewczynka dostanie mleka. Zaraz potem zdarzyło się nieszczęście. W skisłym, zadeszczonym mroku wieczornym pani ta zły obrała kierunek, być też może, że zamyślona, nie zdawała sobie sprawy, że wychodzi z pociągu przez drzwi niewłaściwe. O Boże miłosierny! Jak grzmot po ziemi się toczący, jak zwierz straszliwy, dudniący straszliwością żelaznego zgiełku, wypadł z mroku pociąg. Kobieta w czerni ostatnim, okropnym wysiłkiem zdołała odrzucić dziewczynkę...

*

Odmówmy wszyscy cichutko modlitwę za bohaterską matkę, co ostatnim ruchem wyrwała swoje dziecko śmierci jak tygrysowi.

– Prędko! Ołówka i kawałka papieru! – zawołał zduszonym głosem lekarz, blady ze wzruszenia.

Marszcząc czoło, jak gdyby chciał sobie dokładnie przypomnieć zasłyszane słowa, pisał coś na kartce, którą podał urzędnikowi.

– To zdołała wyszeptać – rzekł głucho.

– Jakiś adres?

– Tak. Tam należy skierować dziecko. Biedna maleńka... Gdzie ona jest?

– W drugim pokoju.

– Co robi?

– Nie rozumie, co się stało... Wciąż pyta o matkę.

– Chodźmy tam do niej – rzekł bardzo cicho.

Dziewczynka spojrzała na wchodzących, jakby zdziwiona, że wśród nich nie było matki. Siedziała na krześle, odziana w niebieski płaszczyk. Spod miękkiej czapeczki wymykały się jasne, krótko przystrzyżone włoski. Gdyby nie sukieneczka, można by mniemać w pierwszej chwili, że to jasnooki pucołowaty chłopczyk.

Trzech panów, jakby onieśmielonych, zatrzymało się przy drzwiach, które szybko za sobą zamknęli, a lekarz zbliżył się do dziewczynki. Patrzył na nią długo i długo nie przemawiał, jak gdyby słowa nie mogły przecisnąć się przez jego gardło. Wreszcie położył rękę na jej główce i lekko ją pogładził.

– Jak ci na imię, maleńka?

Dziewczynka spojrzała na niego zalękłym spojrzeniem i nie odpowiedziała.

– Nie bój się, kochanie – mówił lekarz drżącym, miękkim głosem. – My wszyscy bardzo cię kochamy... Bardzo, bardzo... Pewnie się nazywasz Marysia?

– Nie Marysia... – odpowiedziała cichutko.

– Więc Jadzia?

– Jadzia też nie...

– Może Basia?

Dziewczynka uśmiechnęła się.

– Tak. Basia nazywa się Basia.

– A jak dalej?

– Dalej nie wiem. Mamusia wie. Niech pan zawoła mamusię!

Lekarz przymknął oczy.

– Basieńko kochana... – zaczął mówić z trudem. – Twoja mamusia... Och, jaki Basia ma śliczny płaszczyk! A jakie włoski...

– Jak chłopczyk! – oświadczyła z powagą dziewczynka. – Mamusia mi obcięła.

– Tak, tak...

Pochylił się nad nią i otoczył ramieniem.

– Posłuchaj, Basieńko... Twoja mamusia odeszła...

– Ale zaraz przyjdzie?

– Nie, maleńka. Już nie przyjdzie...

– Czemu nie przyjdzie? Ja chcę spać!

– Bo twoja mamusia poszła daleko, bardzo daleko...

– Czemu daleko? Gdzie to jest daleko?

– Poszła aż do nieba...

– Teraz przecie ciemno – mówiła dziewczynka, patrząc na niego podejrzliwie.

Lekarz stropił się i nieporadnie rozłożył ręce. W ten sposób można było wieść z dzieckiem rozmowę bez końca. Tarł ręką czoło i w ten starodawny sposób wygrzebał w stroskanej głowie myśl bardzo rozsądną.

– Zatelefonuję po żonę – rzekł do trzech panów przysłuchujących się w milczeniu.

Nie upłynęło pół godziny, a pani doktorowa znalazła się na miejscu smutnych wypadków. Objaśniona zwięzłym szeptem o nieszczęściu i niedoli dziecka, załatwiła sprawę ze wzruszającą prostotą.

– Pójdziemy spać, maleńka! – rzekła do Basi głosem sprytnie udającym głos bardzo wesoły.

Dziewczynka dała znać uśmiechem, że nie mogąc dojść do ładu z jąkającym się mężczyzną, chętnie i bez protestów gotowa jest do gorącej przyjaźni z tą panią, odzianą podobnie jak jej matka.

Serduszko wiedziało o tym, że to ktoś inny i ktoś obcy, senne spojrzenie jednak nie umiało już dać sobie rady z mglistością zarysów. Pani doktorowa, kobieta zażywna i energiczna, czerstwością zdrowia zaszczyt przynosząca lekarskiej sztuce męża, wzięła ją na ręce i ze wzruszającą tkliwością przytuliwszy do piersi, wyniosła ją z kolejowego budynku.

– Śpij, biedactwo – szepnęła, patrząc na dziecko.

Z niesłychanym zasobem miękkich słów, porównań, przenośni i przykładów, z całym arsenałem sposobów, znanych jedynie kobiecemu sercu, zdołała nazajutrz wyjaśnić dziewczynce, że jej matka nigdy już nie powróci. Basia pojęła tylko tyle, że ją okropnie skrzywdzono, o czym oznajmiła długim płaczem. Pani doktorowa usiłowała scałować łzy z jej ocząt, co musiało być pracą uciążliwą, gdyż i w jej oczach zaczęły się one gromadzić, gwałtowne i niepowstrzymane. Dwie kobiety płakały cichutko, przytulone do siebie tak, że nie można by powiedzieć dokładnie, do której z nich która łza należy.

Innych jednak rzeczy też nie można było odgadnąć. Najściślejsze poszukiwania do niczego nie doprowadziły; nie znaleziono żadnych dokumentów w torebce nieszczęśliwej kobiety, a w wagonie żadnych walizek ani zawiniątek. Najrozsądniejsze wydawało się przypuszczenie, że albo ją w drodze okradziono, albo biedna ta pani, głęboko jakąś troską przejęta, pogubiła to, co ze sobą wiozła. Wiele słuszności mogło tkwić w przypuszczeniu, że jechała tam, gdzie ją wszystko oczekiwało. Nie znaleziono ani świstka papieru, tylko niewielką ilość bezimiennych pieniędzy i bilet kolejowy do Warszawy.

– Jakieś nieszczęście gnało tę nieszczęśliwą – mówił lekarz. – Albo zapomniała o wszystkim, albo nie mogła myśleć o niczym innym. Niech ją Bóg przyjmie miłosiernie, bo bardzo musiała cierpieć. Całe szczęście, że miała jeszcze tyle sił, aby wyszeptać kilka słów.

Patrzył na kartkę, na której zanotował kilka wyrazów.

– Dość znane nazwisko – mówił jakby do siebie. – Jak myślisz? – zwrócił się do żony, na której kolanach siedziała dziewczynka. – Co teraz należy zrobić?

Pani doktorowa spojrzała na Basię zamyślona. Zdawało się jej, że dziecko pojmuje roztropnie, iż o nim jest mowa, rzekła więc szybko:

– Pomówimy o tym później.

Dość niezdarną była dyplomacja dobrej kobiety, widać bowiem było, że umyślnie odwleka chwilę rozstania się z dziewczynką. Usiłowała wmówić we wszystkich, że należy czekać jakichś wieści od krewnych nieszczęśliwej pani w żałobie, którzy po przeczytaniu w gazetach wiadomości o okropnym wypadku zgłoszą się niewątpliwie, pojąwszy z opisów, kim była ta matka podróżująca z dzieckiem. Nikt się jednak nie zgłaszał. Minęło dni kilka, a znikąd nie nadszedł ani list, ani depesza.

– Trzeba dziecko odesłać pod tym adresem – rzekł lekarz. – Rzecz dziwna, że ta osoba nie zgłosiła się sama. Przecie czyta chyba gazety.

– Jeśli jest osobą rozsądną, to nie czyta – mruknęła jego żona.

– Wszystko jedno. Dziecka przetrzymywać nie możemy.

– Czy tak bardzo ci przeszkadza? To rozkoszne dziecko?

– Bynajmniej! Wcale mi nie przeszkadza? Cóż za przypuszczenie! Ty byś je, oczywiście, zatrzymała na zawsze.

– Och! Z największą radością!

– Wiem o tym, bo od kilku dni wyprawiasz przedziwne sztuki. Nie, moja kochana... Całym sercem do niego przylgnąłem, ale czas największy, aby je odesłać. Jutro napiszę list wedle adresu, aby Basi oczekiwano na dworcu w Warszawie, a pojutrze dziewczynka pojedzie.

– Jak to „pojedzie”? Sama?

– Do Warszawy niedaleko. Wsadzi się ją do wagonu, odda pod opiekę podróżnych, a w Warszawie ją odbiorą. Adres jest wyraźny.

– Czy nie lepiej będzie wysłać ją pocztą? – zapytała pani doktorowa z irytacją.

– W Anglii zdarzył się taki wypadek...

– Ty byś nawet mnie wysłał pocztą...

– Niemożliwe. Poczta przyjmuje pakunki jedynie do dwudziestu kilogramów. Ciężary o wadze osiemdziesięciu wysyła się ciężarowym pociągiem... – odrzekł on z powagą.

Basia nie wiedząc o tym, że jest przedmiotem burzliwych konferencji, przebrnąwszy przez kilka dni, jakichś ponurych, rozpłakanych, bardzo dziwnych i strasznych, powróciła już do swego błękitnego kraju, nad którym uśmiecha się czyste niebo. Przez kilka dni szukała matki zdziwionymi oczami i czuła trwogę w serduszku. Wieczorem, zanim usnęła w ramionach pani doktorowej, zdawało się jej, że słyszy kroki mamusi, zdawało się jej raz jeden, że ją widzi. Potem, powoli, znana postać zaczęła się rozpływać w srebrzystą mgłę, zamazywać i niknąć. Zwalista postura tej pani, co ją całuje i pieści, zasłoniła swoim ogromem to wszystko, co się dotąd ukazywało tuż przed jej oczkami. Znowu się na świecie uczyniło niebiesko.

Wielkie zdarzenia nie mogły się zmieścić w jej serduszku; najmniej ją obchodziły długie narady tego pana z tą panią. Dopiero kiedy ta pani chwyciła ją nagle w objęcia i zaczęła głośno płakać, Basia, uznawszy, że przez kobiecą solidarność należy to również uczynić, beknęła też, boleśnie pochlipując. Płakanie jest taką samą dobrą zabawą jak każda inna, jeśli tylko nie trwa zbyt długo, bo to nie ma wielkiego sensu. Trochę jednak popłakać zawsze można, tym bardziej skoro to tej dobrej pani zdaje się robić przyjemność.

Łzy pani doktorowej padały jak deszcz z burzliwej chmury. Pan doktor wysłał list, dokładny, obszerny, wszystkie smutne wypadki najściślej opisujący, i prosił osobę, której Basia została powierzona, aby we środę o godzinie piątej po południu oczekiwała na dworcu, gdyż dziewczynka pojedzie sama. List był polecony, osobiście przez lekarza nadany, adres zaś podkreślony czerwonym ołówkiem, aby zwrócić uwagę poczty na jego ważność. Zachowane zostały wszystkie środki ostrożności.

– Dziecku nic się stać nie może – uspokajał żonę. – Dziecko jest nadzwyczaj roztropne i da sobie radę. A ty nie pojedziesz... Trzy razy byłaś w Warszawie. Dwa razy cię okradli, raz wpadłaś pod auto i złamałaś nogę. Teraz nie uszłabyś z życiem.

Pan doktor miał o stolicy wyobrażenie zgoła ponure.

Pani doktorowa, zamknąwszy się z Basią na tajnej naradzie gabinetowej, usiłowała jej wyjaśnić, jakie ogromne czekają ją przedsięwzięcia. Uspokajała ją wymownie, że dzieci często podróżują same, nawet na ogromnych przestrzeniach, że dziecka nikt nie skrzywdzi, a w Warszawie zajmą się nią serdecznie. Dziewczynka słuchała uważnie i nie zgłosiła żadnego sprzeciwu. Owszem, to może być zabawne.

Narada trwała dwie bite godziny; uczestnicy wyprawy do bieguna północnego mniej są przewidujący niż pani doktorowa. Omówione zostały wszystkie, nawet najmniej prawdopodobne, wypadki, jak: porwanie, uśpienie podróżnego za pomocą zatrutych papierosów i zepsucie się lokomotywy. Czarne słowa pani doktorowej przeleciały jak burza przez jasną głowinę i po chwili nie było z nich śladu. Jeden tylko kolorowy ptaszek polatał nad dziewczynką i śpiewał o nadzwyczajnej podróży.

Dobra kobieta zaprowadziła Basię na dalekie miejsce poza miastem, gdzie rosły drzewa i krzyże, i tam kazawszy jej uklęknąć, długo do niej mówiła szeptem, cudownie serdecznym. Słońce świeciło bladozłociście, a czerwone liście padały z drzew cichutkim szelestem. Basia powiedziała tak samo cichutko:

– Bądź zdrowa, mamusiu!

We środę, nakarmiwszy dziewczynkę na zapas tak obficie, jak gdyby miała przepłynąć Atlantyk, przezorna pani zawiesiła na jej szyi tabliczkę z tektury i atramentowym ołówkiem napisała na niej adres „odbiorcy”. Ofiarowała jej małą torebkę nadzianą do rozpuku cukierkami, czekoladą i wszelką słodką pociechą cielęcych lat człowieka, potem, na godzinę przed odejściem pociągu, rozpoczęła uroczystość pożegnania. Tych czułości, tych okrzyków, tych napomnień, tych łez i pocałunków, pocałunków i łez ludzkie pióro nie opisze. Małym urozmaiceniem tej ceremonii był okrzyk burzliwy, nagły, huczący i najmniej spodziewany:

– Mężu! Jeśli temu dziecku coś złego się stanie, będziesz przeklęty!

Powiedziane, raczej zakrzyknięte było to z taką mocą, że pan doktor zadrżał.

– Cóż mu się może stać, u Boga Ojca! – rzekł, ale dość niepewnie.

„Wyższych dziesięć tysięcy” miasteczka w skromnej liczbie ośmiu najważniejszych obywateli podzielało roztropne to zdanie. Wprawdzie Warszawa jest miastem żarłocznym, ale dzieci tam nie jedzą. Starano się żartobliwie uciszyć niepokoje pani doktorowej i dodać jej ducha, co było niejaką przesadą, sądząc bowiem z nadmiaru cielesnej powłoki i duch jej musiał mieć pokaźne rozmiary.

Wszyscy znali niedawne dzieje dziewczynki, więc tkliwość dla osieroconego dziecka, które – sądząc z żałobnego stroju jej matki – nie miało już zapewne i ojca, przywiodła wszystkich dobrych ludzi na dworzec kolejowy. Brak było jedynie pana starosty i fotografa, gdyby bowiem udało się te osobistości zaangażować do zespołu zebranego na dworcu, odjazd Basi nie różniłby się niczym od uroczystego wyjazdu ministra. Sprawiedliwie jednak przyznać należy, że jeszcze żadnego ministra na świecie nie żegnało tyle łez, ile ich popłynęło z oczów pani doktorowej. Ponieważ umysły zrównoważone przestrzegają dokładnych terminów wszystkich czynności, zacna kobieta zaczęła ronić łzy o godzinie drugiej piętnaście, na kwadrans przed odejściem pociągu; przedtem postanowiła bacznym suchym okiem obejrzeć wszystko, co mogło mieć związek z podróżą. Energicznym krokiem pobiegła w stronę dychawicznie sapiącej lokomotywy, na żelaznego potwora pobieżne tylko rzuciła spojrzenie, lecz długim i przenikliwym zajrzała w oczy maszynisty. Zdumiał się nieco poczciwy ten człowiek, na wskroś bystrym wzrokiem, jak ostrym promieniem, przewiercony. Potem uczynił to, co mu się wydało najrozsądniejsze: wzruszył ramionami. A pani doktorowa, dojrzawszy zapewne w jego oczach powagę, pozbawioną wszelkiej lekkomyślności i skłonności do burzliwych awantur, poczęła przebiegać wagony i zaglądać we wszystkie przedziały. Wreszcie, po długim wahaniu, wybrała jeden.

Nie chcemy narażać na nagłe pęknięcie ani własnego, bardzo czułego serca, ani tkliwych serc czytelników, dlatego nie opiszemy sceny pożegnania. Miało ono być wprawdzie uroczystością zbiorową, cały jednak ceremoniał pogruchotała pani doktorowa. Nie miała własnego dziecka, więc wszystką niezmierzoną miłość, wypełniającą jej zacne serce, chciała dać na drogę biednej dziewczynce. Wyrywała ją z każdych ramion, nikomu nie pozwoliła jej pocałować, przerywając wszystkie czułości okrzykiem: „Czy chcecie zamęczyć dziecko?” – tuliła ją i ściskała, z nadejściem zaś właściwej pory wybuchnęła płaczem. Na własnych rękach zaniosła ją do wagonu. Otarłszy wielkie łzy, aby nie kapały na słowa, rzekła do zgromadzonych w przedziale:

– Proszę państwa! Ta dziewczynka jedzie sama do Warszawy! Sama! A dlatego sama, że jest sierotą. Adres ma na piersi, na tekturowej kartce... Jedzenie w torebce. W Warszawie po nią się zgłoszą... Proszę na nią uważać, proszę się nią zaopiekować... Niech się nie zbliża do okna! Niech się nie zaziębi! Proszę pana, aby pan nie palił papierosów! Przecież przez dwie godziny może się pan powstrzymać! O, pani jakoś przyzwoicie wygląda... Niech pani na nią uważa... Proszę jej nie dawać owoców, bo pewnie nieumyte, a mój mąż mówi, że o cholerę łatwo... Czy mogę liczyć na wszystkich tu zebranych?

– Dobrze, dobrze, proszę pani – bąknął ktoś w imieniu społeczeństwa.

Pani doktorowa jednakże postanowiła zastosować na wszelki wypadek lekką groźbę:

– Bo inaczej Pan Bóg by was pokarał!

Zdumiała się zebrana gromadka, lecz pani doktorowa nie zwróciła na to uwagi.

– Maleńka – rzekła się do dziewczynki. – Ci państwo zaopiekują się tobą. Ale jedz tylko to, co ja ci dałam, i nie bierz od nikogo. Nikomu dzisiaj wierzyć nie można. Aha! Gdyby ci się chciało... (nachyliła się do ucha Basi i tłumaczyła jej coś bardzo zawile) – to powiesz o! tej pani, a ta pani cię zaprowadzi. Pan konduktor! Dobrze, że pan tu przyszedł, panie konduktorze.

Uchwyciwszy go palcami za guzik od munduru, objaśniła dokładnie o jego straszliwej odpowiedzialności i zaklęła na wszystkie moce niebiańskie i piekielne, aby co kwadrans zajrzał do przedziału.

Zirytowany gwizd lokomotywy i nawoływania wszystkich zebranych przed wagonem dały znać pani doktorowej, że rozpoczyna się akt ostatni.

Ktoś uniósł dziewczynkę na rękach, tak że mogła wyjrzeć przez okno.

Pani doktorowa chciała jeszcze krzyknąć, ale nie mogła. Coś ją dławiło w gardle, więc tylko spojrzeniem wołała tak serdecznie... tak serdecznie... Śliczna, jasna główka mignęła tak jak błysk odbity z lusterka. Zdawało się, że ktoś postawił kwiatek za szybą wagonu.

Kiedy zachłanny las połknął pociąg, pani doktorowa stała jeszcze, patrząc spojrzeniem smutnym i jakby rozżalonym.

– Chodźmy już – rzekł lekarz.

– Przedtem jednak zażyj jakiś proszek na uśpienie sumienia. Mam takie przeczucie, że posłaliśmy to dziecko na zgubę, a moim przeczuciom możesz wierzyć. Czy przed trzema laty nie powiedziałam ci, że cię spotka nieszczęście, i czy nie złamałeś wtedy nogi?

– Złamałem nogę, bo na chodniku leżała pestka śliwki. Czemu nie przeczułaś, że ktoś będzie jadł śliwki? Twoje przeczucia są mizerne. Dziewczyna zajedzie zdrowa, bo ja mam takie przeczucie.

– A czemu ci, do których wysłałeś list, wcale ci nie odpisali?

– Najpierw dlatego, że są to Polacy, a Polacy mało kiedy odpisują na listy, a następnie dlatego, że nie mieli na co odpisywać.

– I Basia jedzie do takich barbarzyńców, co nie odpisują na listy! Kto nie odpisuje na listy, może równie dobrze zagłodzić dziecko albo bić je przy każdej sposobności. No! Niechby coś podobnego doszło do mojej wiadomości! Uprzedzam cię, że za jakiś miesiąc pojadę do Warszawy, aby się przekonać, co tam wyprawiają z dziewczynką. Czego ta figura chce od ciebie?

– Jaka figura? A, ten...

Z uniżonym ukłonem zbliżył się do lekarza młodzian zapowietrzony omdlewającym zapachem zabójczych perfum.

– Właśnie szedłem do pana doktora – mówił z przejęciem. – Czy pan doktor nie byłby łaskaw odwiedzić babuni?

– Przecież byłem u niej onegdaj – odrzekł lekarz bez entuzjazmu. – Babunia zdrowa jak grenadier.

– Być może. Babunia jednak doszła do przekonania, że ma solitera, bo ją bardzo mdli.

– Chyba nie soliter, tylko te perfumy – mruknęła doktorowa.

– To siedemdziesiąta siódma przypadłość w tym roku – rzekł doktor. – Więc o co idzie?

– O jakiś środek na mdłości. Babunia od dwóch dni niczego nie bierze do ust, oprócz kapusty i kawałka wieprzowiny. Czy pan doktor będzie łaskaw?

– Będę łaskaw – rzekł doktor niecierpliwie. – Czekaj pan! Zaraz panu zapiszę.

Zaczął grzebać w kieszeniach i znalazłszy jakąś kartkę, szybko na niej pisał, używszy torebki pani doktorowej jako podkładki.

– Ma pan, do następnej choroby wystarczy...

Zapowietrzony wnuk znękanej babuni wziął tę osobliwą receptę na jakiś niewinny środek i zdziwił się, że na odwrotnej stronie karteczki wypisany był jakiś warszawski adres. Pan doktor znany był jednakże z roztargnienia. A przed chwilą wydawał się jeszcze bardziej roztargniony niż zwykle.

2 Słowa ważne należy ryć na miedzi, a nie na papierze

Basia siedziała w przedziale wagonu jak skowronek wśród puchaczów. Podróżni zawsze na początku podróży są napuszeni i dopiero po niejakim czasie układają pióra, aby je nastroszyć znowu, ile razy nowy podróżny wchodzi do przedziału. Wtedy wszyscy, jak gdyby zmówieni, milkną i starają się przybysza odstraszyć. Ponieważ o tych obyczajach wszyscy wiedzą, nikt sobie przeto wiele nie robi z groźnych min i bezwstydnie zajmuje wolne miejsce. Podróżni zazwyczaj przypatrują się sobie spode łba, wedle ceremoniału zachowanego od czasu wynalezienia kolei żelaznej. Tym razem zaniedbano lekkomyślnie tego roztropnego obyczaju, gdyż wszyscy obserwowali dziewczynkę. Zajęcie się tą okruszyną było tak żywe, że zaniedbano również wzajemnych zapytań: „Czy pan(i) daleko jedzie?”. Z podnieconego przemówienia pani doktorowej wiedziano, że ta mała jedzie do Warszawy, nie miało więc sensu pytanie jej o cel podróży. Wiele jednak w tym wszystkim było punktów niewyjaśnionych: dlaczego ten berbeć jedzie sam, kim jest ta wymowna dama, która im groziła boskim skaraniem, skąd ta gwałtowna troska o dziecko nazwane sierotą? Z tych tajemnych zagadnień wypłynie oczywiście jeszcze kilka innych.

W przedziale siedziały dwie panie i jeden pan. Basia, skulona w kąciku, była czwarta. Panie nie wyglądały na wielkie panie i różniły się zaledwie tym, że jedna miała czerwony kapelusz, a druga zielony. Poza tym nie posiadały cech wybitnych i jaskrawych, którymi mogły się odróżnić w gromadzie stu tysięcy pań. Obie miały oblicza pomazane margaryną uśmiechu i te same musiały mieć przyzwyczajenia, nie upłynęło bowiem pół godziny, a obie wydobyły z koszyczków smakowite zapasy i zaczęły jeść. Jest to sprawa godna podziwu filozofa, o ile nam jednak wiadomo, żaden dotąd filozof nie usiłował rozwikłać zagadnienia, dlaczego ludzie podróżujący zawsze jedzą. Są dane, że jedzenie, szczególnie jajek na twardo, znakomicie skraca podróż i jest wybornym lekarstwem na jej rozciągliwą nudę. Należy przyznać, że obie panie – i kapelusz zielony, i kapelusz czerwony – jadły z mniejszym entuzjazmem, niżby się tego można było spodziewać. Czyniły to raczej w celu podtrzymania dobrego zwyczaju. Tajemnicza dziewczynka pozbawiała je apetytu.

Naprzeciwko Basi, tuż przy oknie, siedział jedyny w tym damskim zgromadzeniu mężczyzna. Byłoby przesadą nazwanie go egzemplarzem okazałym. Nie ulega wątpliwości, że wielki rzeźbiarz grecki Fidiasz nie zatrzymałby się na widok tej postaci i nie złapałby się z zachwytu za głowę. Jegomość był mocno zażywny, tak że przy każdym gwałtowniejszym ruchu twarz jego oblewała się czerwienią. Na twarzy tej malowała się żywa niechęć do całego świata i niezadowolenie z jego urządzeń; wzrokiem, wyraźnie jadowitym, spojrzał na obie damy i wzruszył ramionami, z czego można było domyślić się, że wzruszenie prawego ramienia przeznaczone było dla kapelusza czerwonego, lewe zaś skrzywiło się na obraźliwą intencję kapelusza koloru szpinaku; następne spojrzenie było tępym sztyletem, który zagroził morderstwem Basi, resztę zaś spojrzeń, chmurnych i zabarwionych smołą piekielną, rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy okno, drzwi, lampę, lustro i hamulec bezpieczeństwa. Ukończywszy tę rewię, oddzielił się od życia i jego małych spraw, nieczuły na wszystko, i z pasją, godną lepszej sprawy, chwycił gazetę obok leżącą. Można było oczekiwać, że po chwili gazeta, dotknięta jego spojrzeniem, zatli się i zacznie dymić albo się zacznie roić od straszliwych morderstw i nieszczęśliwych wypadków. Ów dziwny jegomość przypominał żywo żelazny imbryk, w którym bulgoce ukrop wody. Należy dodać, że wprawdzie dość rzadko, ale za to gwałtownie zgrzytał zębami.

Kapelusz czerwony, zauważywszy bystrze te wewnętrzne niepokoje miotające jegomościem, spojrzał wymownie na kapelusz zielony, który wydał westchnienie, jak gdyby chcąc powiedzieć:

– Świat, moja pani, przepełniony jest wariatami!

Obie damy wykreśliły natychmiast owego mruka z towarzyskiego zespołu i uznawszy, że już wielki czas zająć się dziewczynką, rozpoczęły wywiady:

– Może zdejmiesz płaszczyk, kochanie – zaproponowała czerwona papryka.

– Tak, tak, tu bardzo gorąco – oznajmił zielony szpinak.

– Dobrze! – zgodziła się Basia.

Oba zabójcze kolory pochyliły się nad nią, pomagając jej w zdejmowaniu okrycia, co spowodowało nagłe zbiegowisko przed wrogiem całego świata. Rzucił on na obie damy spojrzenie nadziane siarką, dynamitem i gazem trującym, po czym z trzaskiem zmiął gazetę, czym całej ludzkości dał do poznania, że uczciwy człowiek w tych warunkach czytać nie może, więc czytać nie będzie.

– Przecie panu nie przeszkadzamy! – rzekła cierpko dama na czerwono.

– To się tylko pani tak zdaje – odrzekł człowiek ponury.

Zdawało się, że wydobył z gardła nie głos, lecz jakby nastroszonego jeża.

– Dziecko ma swoje prawa! – ogłosił szpinak.

– Dziecko nie ma żadnych praw, bo dziecko nie spełnia żadnych obowiązków! – krzyknął człowiek ponury.

Zdawało się, że nie słowa padły na obie damskie urocze głowy, lecz grad wielkości kurzych jaj.

Oba wspaniale barwne kapelusze pominęły milczeniem straszliwie głęboką uwagę niedźwiedzia, uwagę ich bowiem zajęło odkrycie owej tajemniczej kartki, zawieszonej na mocnym sznureczku na piersiach dziewczynki.

– To ten adres... – szepnęła papryka.

– Ciekawe, bardzo ciekawe! – odszepnął szpinak.

Szpinak jest to jarzyna, która nie jest zdolna do uwag godnych uwiecznienia.

Obie damy odczytały kilka słów z niecierpliwą ciekawością, zgoła zachłannie, od razu jednak okazały sobie wzajemne rozczarowanie. Nazwisko i adres nie były czymś nadzwyczajnym.

– To ty, maleńka, nie masz rodziców? – zapytała jedna dama.

Basia spojrzała na nią, jakby nie rozumiejąc pytania. Jegomość-chmura gradowa ni stąd, ni zowąd zaczął bębnić palcami o szybę, dając tym do poznania wszystkim obecnym, że zaczyna się w nim przewracać zirytowana wątroba.

– Pewnie nie ma – objaśniła druga dama. – Przecież ta pani mówiła, że to sierota. A powiedz mi, dziecko, czy ta pani, co cię tu przyprowadziła, to twoja ciocia?

– Ciocia! – zgodziła się dziewczynka.

Zielone spojrzało na czerwone.

– Jacy to dzisiaj ludzie, moja pani – rzekła dama do damy. – Najbliższa krewna, a dziecko samo puszcza w daleką podróż. Z kartką, proszę pani, wysyła jak zająca... Ale krzyczeć to umie, że nie daj Boże!

Czarny jegomość wpadł bez rozumnego powodu w jakieś nagłe delirium, gdyż przejechał ręką po włosach, zburzywszy ich przyrodzoną, leniwą spokojność, i zaczął gwałtownie poruszać szczękami, jak gdyby żuł kawałek kalosza lub twardy rzemień. Czynność ta była tak zajmująca, że Basia, spojrzawszy na niego, nie mogła już oderwać wzroku od tej maszynerii. Nagle, ku niezmiernemu zdumieniu obu pań, nastrojonych smętnie jak smutno grające basetle, zaśmiała się jasnym, rozperlonym śmiechem i pisnęła:

– Ja też tak!

Ponieważ młode osoby posiadają w wysokim stopniu małpie zdolności naśladowania, zaczęła poruszać szczękami, wcale zgrabnie marszczyć czoło, po czym zerwawszy z głowy berecik, przejechała rączką po jasnych włosach. Była to zabawa tak wspaniała, że cały świat razem z damą na czerwono i z damą na zielono nie był wart już uwagi.

Jegomość-widmo znieruchomiał na moment i rozwarł oczy w przeraźliwym zdumieniu, co przez dziewczynkę zostało przyjęte z zachwytem, bo i ona starała się wydobyć z ocząt wzrok dziki i straszliwy. Zgrzytnął zębami, a Basia uczyniła to samo, zresztą dość marnie i bez należytego efektu, ze względu na mizeracki stan uzębienia.

Jegomość-upiór stężał nagle i znieruchomiał.

– Jeszcze, jeszcze! – prosiła dziewczynka.

– Dziwne dziecko – oświadczył kapelusz czerwony.

– Pomylone dziecko! – krzyknął człowiek-cmentarz. – Cóż dziwnego? Dziewczyna!

Słowem tym, rzuconym pogardliwym ruchem, dotknął obie damy jak rozpalonym żelazem.

– Więc cóż z tego, że dziewczyna? Co się panu w tym nie podoba? Nie wolno się dziecku śmiać?

– Wolno, ale nie ze mnie.

Nie wypowiedział tych słów, lecz je ulepił z gorącej smoły.

– Korona panu z głowy nie spadnie! Dobry człowiek sam zabawiłby dziewczynkę i uśmiałby się razem z nią. Nie bój się, maleńka...

– Ja się nie boję! – oznajmiła Basia. – Zrób to jeszcze... – zaproponowała serdecznie mordercy niewinnych dzieci.

Herodes w okularach żachnął się i chciał zazgrzytać pełnym uzębieniem, ale zatrzymał się w samą porę.

– Powiedz tym paniom, aby się one też trochę pokrzywiły! – rzekł zjadliwie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3 Polowania na pana z ulicy Chmielnej

Dostępne w wersji pełnej

4 Wielki pisarz i mała dziewczynka

Dostępne w wersji pełnej

5 Łowy na grubego zwierza

Dostępne w wersji pełnej

6 Nowy sąd Salomona

Dostępne w wersji pełnej

7 Tak się musiało skończyć

Dostępne w wersji pełnej

8 Oj, Basiu, Basieńko

Dostępne w wersji pełnej

9 Uśmiech krwawego Heroda

Dostępne w wersji pełnej

10 „Intryga i miłość”

Dostępne w wersji pełnej

11 Głos zza świata

Dostępne w wersji pełnej

12 Szukanie duszy

Dostępne w wersji pełnej

13 Narodziny człowieka

Dostępne w wersji pełnej

14 Znowu zaczyna się wiosna

Dostępne w wersji pełnej

O Autorze

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1992, 1996

Projekt okładki i stron tytułowych

Marta Weronika Żurawska-Zaręba

Zdjęcie © Lana Langois/Dreamstime.com

Redaktor Małgorzata Grudnik-Zwolińska

ISBN 978-83-10-11900-1

Plik wyprodukowany na podstawie Awantura o Basię, Warszawa 2012

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Plik EPUB przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

http://eLib.pl