Ava i Tim. Droga na północ - Agnieszka Olejnik - ebook
Opis

Czy uwierzysz, gdy ktoś powie ci, że magia może zmienić twoje życie? Albo że twoim najlepszym przyjacielem zostanie nierozgarnięty potwór, który miał zamiar cię zjeść? Nie uwierzysz? Tymek też nie wierzył…

Tymoteusz to nastolatek, któremu nic się nie udaje. Pewnego dnia spotyka tajemniczego mężczyznę, który chce mu pomóc i proponuje, aby zjadł magiczną roślinę o nazwie segulia. Chłopiec przyjmuje dar, nie wiedząc, jak wielkie niebezpieczeństwo czai się w pobliżu i jak długą drogę trzeba będzie przebyć, aby naprawić zło.

Tymczasem w zupełnie innym mieście, kraju, a nawet świecie królewna Ava odkrywa, że jej przeznaczeniem jest walka o władzę z… własnym ojcem. Nie chcąc dopuścić do spełnienia przepowiedni, dziewczyna postanawia uciec z domu.

Co wspólnego mają ze sobą królewna z odległego Toreline i nastolatek z Polski? Dlaczego droga obojga wiedzie na północ? Czy mimo dzielących ich różnic potrafią sobie zaufać? I czy każde z nich zdoła ocalić to, co dla nich najważniejsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział I Pierwsze spotkanie z magią

Tymoteusz nasłuchiwał. Chłopców już nie było, zapewne pobiegli dalej, bo przecież nie chciałoby się im czatować w krzakach i tracić okazję do gry w piłkę dla kogoś takiego jak on – nawet, jeśli w rachubę wchodziła ich ulubiona rozrywka: prześladowanie go.

Tymoteusz był zwyczajnym, nieco nieśmiałym trzynastolatkiem. Mieszkał w wielkim mieście, które troszkę przytłaczało go zgiełkiem i ruchem ulicznym, dlatego najchętniej przebywał w swojej cichej dzielnicy. Niezbyt dobrze się uczył, choć miał swoje ulubione przedmioty – a należały do nich geografia i biologia – z których zawsze dostawał najwyższe stopnie. Lubił przeglądać mapy, czasem nawet rysował własne. Z pasją zbierał minerały i posiadał już ich pokaźną kolekcję.

Chłopiec miał młodszą siostrę, czteroletnią Zuzankę, z którą niekiedy się bawił, ale znacznie częściej – kłócił. Jego tata był informatykiem, a mama pielęgniarką. Tworzyli szczęśliwą rodzinę. I niby wszystko powinno być z Tymoteuszem w porządku... Ale nie było, stanowczo nie!

Przede wszystkim był tęższy niż wielu jego rówieśników. Nie był okropnie tłusty, opasły ani nieruchawy. Po prostu był grubszy, a przy tym niestety niższy od swoich kolegów. Dla nich był to wystarczający powód, by z niego drwić. Nazywali go Kartofelkiem, Kulką, Prosiaczkiem.

Tymoteusz próbował zmienić swój sposób odżywiania. Jadł owoce i surową marchewkę. Poza tym jeździł na rowerze. Wykupił karnet na basen i zawzięcie pływał. Wyrobił sobie kondycję, jakiej mógłby mu pozazdrościć niejeden nastolatek. Wszystko na nic. Wciąż był gruby.

Po drugie – nosił okulary. Wielkie, ciężkie szkła powiększały jego oczy tak, że wiecznie wyglądał jak wystraszone zwierzątko. To dlatego rówieśnicy go unikali. W każdym razie – tak sądził.

Tego dnia wszystko szło źle. Rano chłopiec pokłócił się z mamą, która uparła się, aby zjadł na śniadanie kanapki z masłem orzechowym. Mama uważała, że Tymek nie jest tęgi, tylko ma grube kości.

– Poza tym – mówiła – na odchudzanie się przyjdzie czas za kilka lat, gdy przestaniesz rosnąć. Zresztą wtedy może się okazać, że żadne odchudzanie nie jest już potrzebne.

Zły jak osa, z poczuciem klęski (bo oczywiście zjadł te kanapki), Tymek powlókł się do szkoły. Jednak dopiero w klasie okazało się, jak nieudany może być ten dzień. Ledwie wszedł, natychmiast sobie przypomniał – dziś nie ma lekcji! Piknik klasowy! A on, jak głupek, zabrał zeszyty i książki, zapomniał o napoju i kiełbaskach do pieczenia.

Koledzy natychmiast zauważyli, że Tymoteusz rozgląda się niespokojnie. To podziałało jak hasło, jak sygnał: zaczepiajcie mnie. Jarek, chyba najbardziej złośliwy ze wszystkich, podszedł do niego od tyłu i z całej siły szarpnął za plecak. Tymoteusz upadł na plecy, przewracając przy tym krzesło. Rechot chłopców ucichł dopiero w chwili, gdy do klasy weszła wychowawczyni. Tymoteusz podniósł się z ponurym wyrazem twarzy. Dlaczego są tacy? Niektórzy z nich, wiedział o tym doskonale, byli całkiem sympatyczni. Jednak wszyscy stawali się milczący i obojętni albo okropnie złośliwi, gdy Jarek, ten klasowy łobuz, zaczynał mu dokuczać. Dlaczego?

Na pikniku siedział jak zwykle sam, z dala od reszty klasy. W szkole podstawowej miał przynajmniej dwóch dobrych przyjaciół: Jeremiasza i Rysia. Najpierw połączyła ich niechęć do własnych imion, przekonanie o tym, że są śmieszne, niedzisiejsze. Rozmawiając ze sobą, używali ich angielskich wersji: Tymoteusz był Timem, Jeremiasz – Jerrym, zaś do Rysia mówili Richard. Z czasem zauważyli, że łączy ich znacznie więcej: miłość do futbolu, pewne cechy osobowości, takie jak nieśmiałość i poczucie humoru, wrażliwość, niechęć do silnych, którzy znęcają się nad słabszymi. Ale to było dawno. Jeremiasz poszedł do innego gimnazjum, a Rysiek wyprowadził się z miasta. Pozostały tylko telefony i e-maile, ale to oczywiście nie było to samo, co pogadać, pośmiać się razem, nawet poużalać się na pieski los.

Tak więc Tymoteusz naprawdę był samotny. Przez całą pierwszą klasę gimnazjum nie zdołał znaleźć sobie przyjaciela. Podczas przerw ponuro przyglądał się, jak chłopcy odbijają piłkę na boisku szkolnym. Nie chcieliby zapewne, aby zagrał z nimi. Nie wiedzieli, że na podwórku trenował całymi godzinami. Nikt by się nie domyślił, że może być całkiem niezłym piłkarzem. Taki gruby, niski, no i te okulary.

Na tym pikniku, od którego wszystko się zaczęło, jedna z dziewczyn źle się poczuła. Najpierw zrobiło się jej słabo, potem u czubka nosa zawisła duża kropla krwi. Tymek nie mógł na to patrzeć. Podczas gdy wychowawczyni próbowała pomóc chorej, on oddalił się od reszty klasy, choć dobrze wiedział, że było to zabronione. Zamierzał tylko trochę połazić po pobliskim sosnowym lasku. Niestety, Jarek i inni koledzy zauważyli jego odejście. Tymek usłyszał ich pogardliwe okrzyki: „Grubas, a dokąd to?!”, „Prosiaczek nam ucieka!” oraz inne, wulgarne, najbardziej przykre. Nie chciał, żeby go dopadli. Wiedział, że nie zrobią mu krzywdy, że tylko otoczą go kołem i będą dokuczać. Ale tego dokuczania, tego upokorzenia bał się chyba nawet bardziej niż bólu.

Zaczął uciekać, skacząc ciężko przez suche gałęzie. Nagle skręcił, bo przestraszył się, że zapędzi się za daleko, nie wróci na czas, a kto wie, może zabłądzi. Wychowawczyni będzie się złościć, obniży ocenę z zachowania. Postanowił zatoczyć łuk i wrócić w bezpieczne miejsce, do reszty klasy. Nagle potknął się o wielki korzeń. Upadł. Na twarzy poczuł coś suchego i sypkiego. Spadły mu okulary. Za sobą wciąż słyszał okrzyki goniących go chłopaków. Skulił się i siedział cicho. Po chwili głosy ucichły.

Tymoteusz otarł twarz. Potem podniósł się i po omacku, szeroko rozstawiając ręce, zaczął badać otoczenie. Przekonał się, że wpadł do ogromnego, głębokiego dołu. Przeczesywał piach rozcapierzonymi palcami w poszukiwaniu okularów. Widział tylko żółty kolor piasku i granatowy nieba. Dostrzegał też duże kształty drzew dokoła. Nie mógł jednak zobaczyć okularów, które miały jasne oprawki. „Jak ja je znajdę?!” – pomyślał zrozpaczony. Półgłosem, wściekły i bliski płaczu, powiedział:

– To przez tego głupiego Jarka. Gdybym tylko mógł…

Urwał nagle. Wydawało mu się, że gdzieś z boku, z drugiego końca piaszczystego zagłębienia, usłyszał chichot. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł jakiś owalny, jasny kształt, który po chwili poruszył się nieznacznie.

– Kto tu jest? – zapytał Tymek głosem piskliwym ze strachu.

Nie było odpowiedzi.

– Kto to?! – już prawie krzyknął chłopiec.

Dziwny kształt jakby się powiększył. Tymek ze strachu przywarł plecami do krawędzi dołu. Piasek posypał mu się we włosy.

– Nie bój się – usłyszał męski głos.

Chłopiec milczał przez chwilę. Przyszło mu do głowy, że ten głos brzmi jakoś… skrzecząco. Tak mówiłyby ptaki, gdyby oczywiście umiały mówić.

– Wcale się nie boję – odpowiedział wreszcie, zawstydzony. – Tylko zgubiłem okulary i prawie nic nie widzę.

– Uciekałeś. Przed kim?

– Przed kolegami – odparł Tymek, starając się, by zabrzmiało to beztrosko. – To… tylko taka zabawa.

Tajemniczy kształt zbliżył się do chłopca. Tymoteusz poczuł w swojej dłoni okulary. Szybko założył je na nos.

Obok niego siedział mężczyzna. Miał szare włosy i był ubrany w jasny, srebrnopopielaty strój. Na ramionach miał płaszcz lub coś w rodzaju peleryny. Siedział w kucki, skulony, a może po prostu był bardzo niski i szczupły. Uśmiechał się, ale to był dziwny uśmiech, samymi wargami. Czarne oczy nieznajomego były poważne i jakby przestraszone, czujne jak u ptaka.

– Zabawa, mówisz… Kiedy tu wpadłeś, nie wyglądałeś na rozbawionego. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że się boisz.

Tymek zawstydził się okropnie. Przez długą chwilę panowała cisza.

– Kiedy byłem mały, nie miałem kolegów – powiedział wreszcie nieznajomy.

Tymoteusz spojrzał na niego badawczo, sprawdzając, czy tamten sobie z niego nie żartuje. Ale nie, mężczyzna był poważny.

– Czasami nawet płakałem w ukryciu. Nic nie powiedziałem rodzicom, oni byli przekonani, że jestem wesołym chłopcem, a tymczasem… byłem straszliwie samotny.

– Ze mną jest tak samo – ożywił się Tymoteusz. – Nie mówię rodzicom, bo martwiliby się niepotrzebnie. Zaraz by poszli porozmawiać z wychowawczynią, a kto wie, co jeszcze by wymyślili…

– Właśnie – przytaknął mężczyzna. – A potem długo by tłumaczyli, co jest w życiu ważniejsze niż koledzy: że rodzina, nauka i takie tam rzeczy. Już lepiej nic nie mówić.

Tymoteusz przyglądał się ciekawie nieznajomemu. Jak to możliwe, że tak dobrze go rozumie – jakiś obcy człowiek, spotkany przypadkiem… „Zupełnie jakbym rozmawiał z Jeremiaszem albo z Rysiem” – pomyślał. Gdzieś na dnie duszy poczuł jednak pewien niepokój, bo wiele razy w domu i w szkole ostrzegano go przed rozmowami z nieznajomymi ludźmi. „Będą się chcieli zaprzyjaźnić, aby potem móc zrobić ci krzywdę” – pamiętał takie zdanie z jakiejś lekcji wychowawczej.

Mężczyzna w srebrnym stroju jakby wyczuwał jego myśli.

– Trochę się mnie boisz, prawda? – zapytał, a potem, nie czekając na odpowiedź, dodał: – No tak, przecież mnie nie znasz. Nazywam się Slanden. I możesz mi wierzyć, że nie zamierzam ci zrobić nic złego. Wręcz przeciwnie. Mógłbym ci pomóc.

Tymek pomyślał, że nie ma takiego imienia: Slanden. Ale zaraz potem przyszło mu do głowy, że sam też ma dość nietypowe imię. Kto wie, czy przez całe swoje życie spotka kiedykolwiek drugiego Tymoteusza. Więc może nie należy się dziwić, że ktoś nosi imię, którego się jeszcze nie słyszało.

– Tymoteusz – przedstawił się. – I wcale się pana nie boję. Poza tym nie rozumiem, jak mógłby mi pan pomóc – to powiedziawszy chłopiec zwiesił smutno głowę.

Przez chwilę trwało milczenie, a potem Tymek niespodziewanie zaczął opowiadać:

– Już w poprzedniej szkole mi dokuczali. Trochę mniej się tym przejmowałem, bo miałem dwóch dobrych kolegów, ale… zawsze było mi wstyd, że nie umiem sobie poradzić. Tata często powtarza, że trzeba siebie szanować. Nie pozwolić sobie w kaszę dmuchać. On nie wie, że ja jestem taki do niczego…

– Nie jesteś do niczego – przerwał mu Slanden głosem słodkim jak miód. – Uwierz mi. I uwierz, że naprawdę znam sposób na twoje kłopoty.

To mówiąc, wyciągnął w stronę chłopca dłoń, w której trzymał coś niewielkiego i zielonego, co wyglądało jak koniczynka. Tymek pochylił się nieco w jego stronę. Rzeczywiście, była to jakaś roślina, ale nie koniczyna – miała zupełnie inne listki, podłużne, ząbkowane na brzegach, wyrastające parami z obu stron łodyżki. Tymek nigdy wcześniej nie widział takiej rośliny. Nie zastanawiał się jednak nad jej nazwą, lecz raczej nad powodem, dla którego Slanden mu ją pokazuje. Co ma wspólnego jakiś botaniczny okaz z jego, Tymoteusza, problemami?

– To segulia– powiedział mężczyzna. – Niezwykła roślina, znana tylko wtajemniczonym. Roślina magiczna.

– Magiczna?! – prychnął Tymek.

W magię to on akurat zupełnie nie wierzył. Owszem, lubił czasem poczytać różne fantastyczne opowieści, oglądał filmy o potworach i kosmitach, czarnoksiężnikach i zaklęciach… Ale to, co działo się w filmach i książkach nie mogło przecież zdarzyć się w jego życiu. Slanden zaniepokoił się nieco, zwęził oczy w szparki.

– Możesz ją nazwać rośliną leczniczą, jeśli bardziej ci to odpowiada – powiedział po chwili ostrożnie.

– Leczniczą? – teraz z kolei zaniepokoił się Tymoteusz.

Wiedział, że niektóre rośliny mają działanie lecznicze pod warunkiem, że przyjmuje się je w małych dawkach – w większych ilościach stają się narkotykami. Wiele razy przestrzegano go, w szkole i w domu, przed dealerami, którzy będą chcieli zachęcić go, aby spróbował. „Będą obiecywać lepsze samopoczucie i rozwiązanie wszystkich problemów” – przypomniał sobie chłopiec. Toteż odsunął się nieco od mężczyzny i stanowczo pokręcił głową.

– Nie, dziękuję – powiedział. – Ja jednak spróbuję poradzić sobie bez tego…

– Ależ wcale nie wiesz, co to jest.

– Nie chcę brać narkotyków – Tymek naprawdę się teraz bał. – Nie chcę i już.

– To nie jest żaden narkotyk – Slanden wyglądał na zniecierpliwionego, ale próbował zachować spokój. – Segulia jest rośliną, która poprawia w nas to, z czego jesteśmy niezadowoleni. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie spełnia życzenia. Nie trzeba używać jej często, wystarczy raz, ale w całości. Nie uzależnia jak narkotyk. Jeśli ją zastosujesz, już nigdy nie będziesz ani chciał, ani potrzebował zażywać jej ponownie, bo po prostu twoje problemy znikną.

Tymoteusz patrzył na Slandena z niedowierzaniem, ale i nadzieją. Jak to by było wspaniale, tak po prostu wyleczyć się z nieśmiałości, ze strachu przed silniejszymi chłopcami, poradzić sobie z samotnością, mieć wielu przyjaciół…

– Ale na to nie ma lekarstwa – dokończył głośno swoje myśli.

Slanden odchylił głowę do tyłu i roześmiał się.

– Niedowiarku – powiedział, a wydał się teraz Tymoteuszowi większy, niemal groźny. – Co ty wiesz o potędze magii? Na wszystko są sposoby! Na wszystko, rozumiesz?

Mężczyzna zauważył strach w oczach chłopca, znów się jakoś zgarbił, ściszył głos.

– Po prostu spróbuj. Weź jeden listek. To tylko mała cząstka tego, co wziąć powinieneś. Jeśli zechcesz, wrócisz tu jutro. Dam ci wtedy resztę. Jeśli nie będziesz zadowolony z działania segulii, nie przychodź tu, a nigdy więcej nie usłyszysz ani o mnie, ani o mojej roślinie.

I znów wyciągnął w stronę Tymka dłoń. W dwóch palcach trzymał maleńki listek o postrzępionych brzegach. „Jeden listek? Przecież mi nie zaszkodzi. Nawet gdyby to była trucizna, taka jej ilość nie byłaby w stanie nic mi zrobić” – myślał chłopiec.

– Co mam z tym zrobić? Zjeść? – zapytał, biorąc ostrożnie listek.

– Nie, nie – zirytował się Slanden. – Nie wolno jej jeść. Po prostu zaciśnij ją mocno we wnętrzu dłoni. Zamknij oczy, zaciśnij dłoń i uwierz, z całej siły uwierz, że zadziała. I pamiętaj, jeśli będziesz zadowolony i zdecydujesz się na więcej, wróć tu jutro.

Tymoteusz przetarł ze zdumieniem oczy. Przez chwilę miał zamknięte powieki, a gdy je otworzył, w piaszczystym dole nikogo poza nim nie było. Otworzył zaciśniętą dłoń. Nie trzymał w niej żadnego listka, była tylko nieco przybrudzona. „Zdrzemnąłem się chyba” – pomyślał z niedowierzaniem. Podniósł się i otrzepał ubranie z piasku.

Czy naprawdę to wszystko tylko mu się śniło? W takim razie – jak długo spał? Czy klasa jeszcze jest na pikniku? Czy wychowawczyni zauważyła jego odejście? Jeśli tak, to czy jest wściekła? Bał się wrócić, ale jednocześnie – chyba po raz pierwszy w życiu – poczuł, że cokolwiek się stanie, on da sobie radę. „W końcu, co z tego, że pani będzie zła?” – tłumaczył samemu sobie. „Wyjaśnię, że źle się poczułem na widok krwi, odszedłem kawałek w las, na wypadek, gdybym miał zwymiotować. Powiem prawdę, nic więcej. Że zasłabłem albo zasnąłem. Bo przecież tak było. Tylko tego dziwnego snu nie muszę opowiadać, nic nikomu do tego, co mi się przyśniło”.

Ruszył szybko przed siebie. Nie zapamiętał, którędy przedtem biegł, zresztą przecież kluczył między drzewami, aby zgubić prześladowców… A jednak teraz miał dziwną pewność, że idzie we właściwym kierunku. Rzeczywiście, po kilku minutach ujrzał między drzewami kolorowe ubrania dzieciaków z klasy. Wyszedł z zarośli, niepewnie podszedł do swojego plecaka. Czyżby wychowawczyni nie zauważyła, że go nie było? Zerknął w jej stronę. Przywołała go ruchem głowy. Miała nieprzyjemny wyraz twarzy. Podszedł, unikając jej wzroku, czekał na wymówki. Nauczycielka spojrzała na niego zagniewana.

– Nic mi nie powiesz?! Jakoś należałoby wyjaśnić złamanie zakazu. Zabroniłam wam oddalać się od grupy!

– Tak… – zaczął Tymoteusz i nagle poczuł, że właściwie wcale się nie boi. Nie zrobił przecież nic złego. – Pamiętam, że pani zabroniła – jego głos stał się teraz pewny i silniejszy. – Ale zrobiło mi się niedobrze i po prostu musiałem być przez chwilę sam.

– Niedobrze? – teraz zmienił się głos nauczycielki, brzmiała w nim troska. – Ale już jest lepiej?

– Tak, już w porządku.

Skinęła głową, uśmiechnęła się nawet. „No proszę” – pomyślał Tymek. „Nie złościła się, zrozumiała. To nie było takie trudne”.

Wrócił do swojego plecaka. Usiadł i znów przyglądał się, jak chłopcy grają w piłkę. Rozmyślał o swoim dziwnym śnie. Jak to było? „Uwierz, z całej siły uwierz, że zadziała”. Nagle, niespodziewanie nawet dla samego siebie, wstał i podszedł do gracza stojącego najbliżej. Odczekał chwilę, a gdy piłka potoczyła się w ich stronę, po prostu włączył się do gry, bez skrępowania, zgrabnie i zwinnie. Tak, jak zawsze wtedy, gdy grał z tatą albo z Ryśkiem i Jeremiaszem.

Kiwali się przez chwilę zawzięcie. Pojedynek wygrał Tymoteusz i już po chwili prowadził piłkę w stronę bramkarza. Jeden silny strzał i piłka znalazła się dokładnie między słupkami wykonanymi z wbitych w ziemię grubych kijów. Chłopcy zatrzymali się, zdziwieni. Stojący na bramce Jarek pobiegł po piłkę, a gdy wrócił, podszedł do Tymka.

– Grubas, kto cię zapraszał do gry? – zapytał przez zęby.

Kilku chłopców zarechotało. Jarek znów zrobił krok w stronę Tymka.

– Zjeżdżaj! – jego twarz wykrzywiła się paskudnie.

Tymoteusz znów ze zdziwieniem odkrył, że się nie boi. Przeciwnie, był zupełnie spokojny, a cała ta sytuacja nawet nieco go bawiła. Jarek wydał mu się nagle śmieszny i słaby.

– Odczep się – powiedział po prostu. – Jak coś ci nie pasuje, to zejdź z boiska. Ja gram dalej.

I po prostu wyjął z rąk tamtego piłkę. Jarek był zbyt zaskoczony, aby zareagować. Patrzył tylko, jak Tymek z uśmiechem podaje piłkę któremuś z chłopaków. Speszony i zły, odszedł na bok i usiadł na trawie. W głowie mu się nie mieściło, że grubas strzelił gola.

Tymek wracał z pikniku wraz z kolegami z klasy. Rozmawiali o meczu, który właśnie rozegrali, o innych meczach, tych z ostatnich mistrzostw świata i tych, które dopiero miały się odbyć. Typowali zwycięzców, wymieniali ulubionych piłkarzy. Tymek był spocony i czerwony na twarzy, ale też szczęśliwy jak nigdy. Grał dobrze, zupełnie nie przeszkadzała mu tusza. Okazał się nie najgorszym strzelcem: strzelił dwa gole, w tym tego najważniejszego na świecie, bo strzelonego Jarkowi. Chłopcy uznali to za zwycięstwo i jakby zapomnieli o tych wszystkich minionych miesiącach, kiedy dokuczali Tymkowi, nie potrafiąc przeciwstawić się pomysłom Jarka. Teraz to tamten szedł z tyłu, wlokąc się noga za nogą za resztą klasy, smutny i zły. Tymoteusz początkowo czuł z tego powodu satysfakcję. Potem jednak gdzieś na dnie duszy zaczęły go uwierać wyrzuty sumienia. Czy nie wiedział, jakie to okropne uczucie: być odrzucanym przez rówieśników? Tak, doskonale znał ten rodzaj samotności i upokorzenia. Dlatego w pewnym momencie przykucnął pod pretekstem zawiązania buta, a gdy został nieco w tyle za grupą chłopców, odwrócił się w stronę nadchodzącego samotnie Jarka.

– Nieprzyjemne, co? – zapytał, ale w jego głosie nie było drwiny.

Jarek nie odpowiedział. Nie przyszło mu nawet do głowy, że Tymek mógłby mu naprawdę współczuć.

Kilku chłopaków zatrzymało się, coś szeptali, zerkali na nich z niepokojem. Spodziewali się bójki.

– Teraz wiesz, jak się czułem, kiedy wlokłem się za wami, a wy rozmawialiście o czymś i śmialiście się jak wariaci. Zawsze wtedy myślałem, że śmiejecie się ze mnie.

Jarek poderwał głowę. Dokładnie tak samo czuł się przed chwilą, idąc za klasą.

– Po co się do mnie odzywasz? – burknął w końcu, bo zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.

– Daj na zgodę – odparł Tymek po prostu i wyciągnął dłoń.

Sam nie wiedział, dlaczego to robi. Czuł się jakiś mądrzejszy, bardziej dojrzały niż jego przeciwnik. Nie czuł już żalu do niego, nie obawiał się drwin ani wyzwisk. Czuł natomiast, że ma przewagę. I było mu przyjemnie, że potrafi zachować się po koleżeńsku, a nawet więcej: odpłacić dobrem za zło.

Jarek po chwili wahania uścisnął rękę wyciągniętą w jego kierunku. A potem, jak gdyby nigdy nic, jakby nie było całej tej pierwszej klasy gimnazjum, poszli razem w stronę szkoły.

Wieczorem Tymoteusz długo kręcił się po mieszkaniu. Chciał opowiedzieć o wszystkim rodzicom, zamierzał pochwalić się dobrą grą w piłkę, opisać zdumienie kolegów, gdy pokonał Jarka. Chciał opowiedzieć, jak przyjemnie było wracać z pikniku z kolegami i nawet wyciągnąć rękę do dawnego wroga. Zwłaszcza z tego ostatniego był naprawdę dumny, czuł bowiem, że to dopiero było ostateczne zwycięstwo, że w ten sposób pozbył się prześladowcy, zyskując w jego miejsce kumpla.

Plątał się zatem po domu, nie było jednak nikogo, komu mógłby się zwierzyć. Mama miała dyżur w szpitalu, a tata… tata, jak nigdy, źle się poczuł. Tymek nawet zastanawiał się, czy nie zadzwonić po pogotowie, bo naprawdę nigdy dotąd nie widział ojca chorego. Ale tata zabronił, powiedział, że to na pewno zmęczenie. Leżał zgięty wpół, jedną ręką trzymając się za brzuch, ale tak jakoś wysoko, blisko klatki piersiowej. Drugą dłonią próbował masować sobie skronie. Tymoteusz zrobił mu herbaty ziołowej i podał krople żołądkowe. Potem zajął się Zuzanką, ułożył ją do snu (wspaniałomyślnie darował siostrze mycie) i nawet poczytał jej na dobranoc. Gdy zasnęła, znów nie miał co robić. Wakacje były już tak blisko, że nauczyciele nie zadawali nic do domu. Zamierzał poczytać jakąś książkę, ale każda, którą brał do ręki, wydawała mu się nudna. Jego myśli wciąż krążyły wokół wydarzeń mijającego dnia. Przypomniał sobie, z jakim nastawieniem wchodził rano do klasy. Kto by przypuszczał, że po takim poranku może nastąpić coś tak fantastycznego?!

Włączył telewizor, oglądał przez chwilę wiadomości. Spiker mówił właśnie o trzęsieniu ziemi w Azji. Tymek zwykle przejmował się takimi informacjami, ale dziś obojętnie patrzył na zdjęcia ruin i ekip ratowniczych. Tysiące cierpiących ludzi, ich nieszczęście i ból gdzieś tam, na innym kontynencie – wszystko to wydało mu się nawet nie w połowie tak istotne, jak to, co przytrafiło się jemu, Tymoteuszowi z Polski.

Poszedł do łazienki. Umył się, spłukał z siebie mydło i szampon mocnym strumieniem wody z prysznica – na przemian gorącym i zimnym, bo pamiętał, że to hartuje. Dopiero stojąc na mokrej łazienkowej macie i wycierając się kudłatym ręcznikiem, zobaczył TO.

Na wewnętrznej stronie jego prawej dłoni, jakby naszkicowany ołówkiem lub czarną kredką, widniał kształt rośliny. A właściwie jednego jej listka, niewielkiego, z ząbkowanymi brzegami. Listka segulii.

„Więc to nie był sen” – pomyślał Tymek z niedowierzaniem. „Ten dziwny człowiek, Slanden, był tam naprawdę i jego obietnica się spełniła… Ale przecież to niemożliwe! Nie ma żadnej magii, to tylko w baśniach istnieją czarodziejskie rośliny, spotyka się czarnoksiężników, spełniają się życzenia… Nie, to jakaś bzdura!”

Zdenerwowany do granic możliwości próbował zmyć rysunek z dłoni, choć wiedział, że to bez sensu skoro nie rozmazał się podczas kąpieli… Zresztą to nie mogło być narysowane, kto i kiedy miałby naszkicować mu na dłoni jakiś listek? Bo przecież sam tego nie zrobił!

Namydlił rękę jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Gdy ją spłukał i wytarł, listek wciąż był na swoim miejscu, nawet jakby wyraźniejszy. Tymek wpatrywał się w niego długą chwilę, nie wiedząc zupełnie, co o tym wszystkim myśleć. Potem wyszedł z łazienki. W pierwszym odruchu zamierzał pokazać dziwne zjawisko tacie, ale ten już spał, blady i wyczerpany złym samopoczuciem. Tymoteusz westchnął. Było za późno, aby dzwonić do któregoś z przyjaciół. Usiadł więc przy komputerze, otworzył skrzynkę pocztową i napisał:

 

CZEŚĆ JERRY.

MUSZĘ SIĘ Z TOBĄ SPOTKAĆ. STAŁO SIĘ COŚ DZIWNEGO I CHYBA NAWET NIE UMIEM O TYM NAPISAĆ. JAKOŚ MI SIĘ TO WSZYSTKO W GŁOWIE NIE MIEŚCI.

BĘDĘ W NIEDZIELĘ O 15 POD POMNIKIEM.

TIM

 

Wysłał tę wiadomość do Jeremiasza. Potem poszedł spać, ale długo jeszcze kręcił się z boku na bok, wsłuchując się w równy oddech Zuzanki. Co jakiś czas dotykał w ciemności dłoni z tajemniczym tatuażem i wspominał dziwne spotkanie w piaszczystym dole.

Następnego dnia, w piątek, Tymek wstał odrobinę za późno. Zabrakło mu więc czasu, by porozmawiać z rodzicami – nawet na zjedzenie śniadania miał zaledwie pięć minut. Mama siedziała w fotelu, blada i jakby wymięta, jak zwykle po nocnym dyżurze. Tata czuł się znacznie lepiej, ale także zaspał, więc teraz w pośpiechu wpychał w siebie kawałek bułki, jednym okiem zerkając na telewizor. W porannych wiadomościach znowu podawano informacje o trzęsieniu ziemi.

Tymek pędem pognał do szkoły, bo nie lubił się spóźniać. Zdążył tuż przed dzwonkiem. Klasa już ustawiała się przed salą biologiczną. Zamierzał podejść od razu do chłopaków, pogadać z nimi. Jeszcze tylko rzut oka na wnętrze dłoni w nadziei, że sam widok listka doda mu odwagi… Ale nic z tego. Listka nie było. Wewnętrzna strona jego dłoni była czysta i żaden ślad nie świadczył o tym, że poprzedniego wieczoru znajdował się tam jakikolwiek tatuaż. Nagle poczuł, że boi się Jarka tak samo jak dawniej. Cała wczorajsza pewność siebie znikła równie niespodziewanie, jak się przedtem pojawiła.

Na szczęście w piątek było tylko pięć lekcji. Tymek czuł, że więcej by nie wytrzymał. Przez cały dzień bojaźliwie przyglądał się kolegom z klasy, pałętając się pomiędzy nimi. Nie miał odwagi, aby po prostu podejść i zacząć rozmowę. Nie odważył się także przyłączyć do gry w piłkę na długiej przerwie. Chłopcy, wśród nich także Jarek, początkowo patrzyli ze zdziwieniem, jak bohater poprzedniego dnia teraz przemyka tchórzliwie pod ścianami. Potem jednak zaczęli go po prostu ignorować. Nikt mu nie dokuczał, ba, nikt w ogóle nie zwracał na niego uwagi. A jednak Tymoteusz czuł się okropnie. Policzki go paliły. Wstydził się i był na siebie wściekły. Ale nic nie mógł zrobić. Nieśmiałość, jakiej dotąd nie znał, niemal przygwoździła go do ziemi.

Chyba każdy na jego miejscu postąpiłby podobnie. Zaraz po lekcjach pobiegł tam, gdzie odniósł swoje pierwsze – i jak dotąd jedyne – zwycięstwo nad samym sobą, nad swoją nieśmiałością. Zatrzymał się w miejscu, gdzie znajdowało się prowizoryczne boisko. Długo rozmyślał, wspominając każdy szczegół poprzedniego dnia. W końcu ruszył w stronę lasu. Niecierpliwie szukał piaszczystego dołu, klucząc wśród zarośli. Wreszcie znalazł. Wielkie, piaszczyste zagłębienie. Na jego dnie, zgarbiony, jakby przyczajony, siedział mężczyzna ubrany na srebrno. Slanden.

– A więc jesteś.

– Przyszedłem… bo to przestało działać! – wybuchnął Tymek z wyrzutem.

– A czego się spodziewałeś? Mówiłem, że daję ci tylko na próbę. Nawet nie połowę tego, co powinieneś wziąć. Niedowiarku, chciałeś się przecież przekonać, czy segulia działa.

– Przekonałem się. Miał pan rację. Ale…

Dopiero teraz o tym pomyślał. Przecież to niemożliwe, aby Slanden chciał mu pomóc bezinteresownie. Na pewno chce za to pieniędzy. A on nie zabrał z domu ani grosza. Zresztą w skarbonce Zuzi, gdzie wspólnie odkładali pieniądze, było niewiele oszczędności.

– Nie ma żadnego ale – zimny głos przerwał mu rozmyślania. – Segulia jest magiczną rośliną. Ma wielką moc. Może zmienić w tobie wszystko to, co słabe, wydobyć ukryte dotąd siły, uruchomić drzemiący w tobie potencjał. Wszystko, co musisz zrobić, to wziąć ją w dłoń, tak jak zrobiłeś to wczoraj, i z całej siły uwierzyć, że twoje problemy znikną. Ona wrośnie w ciebie, zapuści korzenie w twoim sercu. Zmieni ciebie i twoje życie.

Slanden mówił coraz głośniej, z dziwną mocą. „Jakby samo mówienie o tej roślinie dodawało mu sił” – pomyślał Tymek. Przypomniał sobie, że poprzedniego dnia odniósł podobne wrażenie, gdy tamten wspomniał o potędze magii.

– A to na pewno nie ma skutków ubocznych? – zapytał jeszcze chłopiec, tak na wszelki wypadek, chociaż już wiedział, że chce, że najbardziej na świecie pragnie teraz tej rośliny.

– Skutków…? Nie, skądże! – prychnął mężczyzna.

– No to… – Tymoteusz zupełnie nie wiedział, jak przejść do tego, co teraz wydawało mu się najważniejsze. – W takim razie… Niech pan poda cenę. Bo nie wiem, czy tyle mam.

Slanden przekrzywił głowę. Wyglądał teraz jak ptak. „Już wczoraj kojarzył mi się z ptakiem” – przypomniał sobie Tymek.

– A kto tu mówi o pieniądzach? – na twarzy mężczyzny pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu. – Ja mam segulię za darmo, znam po prostu miejsce, w którym rośnie. Dlaczego miałbym na tobie zarabiać? Już ci mówiłem, sam także w dzieciństwie miałem problemy. Chcę ci pomóc.

– Ale… tak zupełnie za darmo…? To nawet nie wypada. Jakoś powinienem się odwdzięczyć – wyjąkał Tymek.

– O, nie mówmy o wdzięczności. Ja jej naprawdę nie potrzebuję – teraz Slanden naprawdę się uśmiechał, ale chłopcu jakoś się ten uśmiech nie spodobał. – A co do tego za darmo, to nie obawiaj się. Segulia sama weźmie sobie to, co najcenniejsze. Już ci mówiłem, to roślina magiczna.

„Najcenniejsze…” – myślał gorączkowo Tymoteusz. „Co ja mam cennego? Trochę grosza w skarbonce, ten fiński nóż od dziadka, ale on jest cenny tylko dla mnie, bo to pamiątka. Chyba moja kolekcja… Tak, na pewno kolekcja minerałów ma największą wartość. Trochę szkoda… Ale mogę przecież stworzyć nowy zbiór. Byle tylko nie być tchórzem. Byle już się nie wstydzić. Być takim jak wczoraj, jak przez to jedno popołudnie! Jednak z drugiej strony… jak to możliwe, że roślina sama sobie weźmie? Jakieś bzdury ten Slanden opowiada. Chociaż, muszę przyznać, że jego wczorajsze zapewnienia także początkowo brałem za bzdury. A przecież wszystko okazało się prawdą, choć ciągle jeszcze nie do końca w to wierzę”.

– Zgadzam się – powiedział, odwracając się w stronę Slandena.

 

Wszystko odbyło się tak, jak poprzedniego dnia, z tą różnicą, że teraz na dłoni Tymka spoczął nie jeden listek, lecz cała roślinka wielkości stokrotki. Miała twarde łodyżki i niewielki korzonek. Chłopiec zacisnął mocno palce i odruchowo zamknął oczy. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej, trochę z lewej strony. Potem stracił przytomność.

Gdy się ocknął, Slandena nie było już w piaszczystym dole. Chłopiec pomyślał, że nie zdążył się pożegnać, ale jakoś nie było mu z tego powodu szczególnie przykro. Czuł, że powinien być wdzięczny nowemu znajomemu, ale nie był, co więcej – wcale go nie lubił.

Było mu trochę niedobrze, mdliło go i kręciło mu się w głowie, usiadł więc na skraju dołu i przez chwilę oddychał głęboko. Przyglądał się drzewom, próbując uspokoić rozkołatane serce. Zauważył, że na gałęzi siedzi jakiś ptak i gapi się na niego. Chłopiec pokazał mu język. Potem, gdy poczuł się lepiej, wstał, otrzepał ubranie i ruszył do domu. Był spokojny.

Nie wiedział, nie mógł wiedzieć, że ten spokój nie potrwa długo. Że odtąd nic już nigdy nie będzie takie, jak przedtem…

Rozdział II Przepowiednia

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Tymoteusz wchodził do domu, zerkając co chwila na czarny tatuaż w kształcie rośliny, który pojawił się na wewnętrznej stronie jego prawej dłoni, w innym świecie i w innym kraju, ba – nawet o innej porze dnia, dziewczyna imieniem Ava podeszła zaniepokojona do okna swej komnaty.

Był wczesny poranek. Ava patrzyła przez chwilę na kalendarz wiszący nad łożem. Jeszcze tylko dwadzieścia dni Pory Deszczowej. Za dwadzieścia dni, wraz z nastaniem Pory Mglistej, zaczną się wakacje! Tymczasem jednak za oknem znów dały się słyszeć jakieś niepokojące hałasy, takie same jak te, które ją obudziły. Czyżby znowu jakieś wieści o trzęsieniu ziemi? Ava odsunęła ciężką kotarę i wyjrzała przez okno. W strugach deszczu zdołała dojrzeć kilkunastu dworzan stojących na dziedzińcu, u stóp Posągu Syreny. Jeden z nich krzyczał coś do strażników. Dziewczyna nie mogła rozróżnić słów, ale w tych okrzykach, w całym tym poruszeniu na podwórcu pałacowym wyczuła coś złego. Trwogę. Rozpacz.

Ava nie była zwyczajną dziewczyną, choć wiele by dała, żeby taką być. Jedyne, o czym marzyła, to pojeździć konno po łące, postrzelać z łuku, a potem odpocząć przy ognisku, opędzając się od komarów i wdychając z rozkoszą woń pieczonego na patyku mięsa. Kiedyś, we wczesnym dzieciństwie, widziała takie ognisko z okien karety. Czuła zapach dymu i pieczeni. Szalenie chciała wtedy podejść, usiąść na gołej ziemi i po prostu pogapić się w ogień. Tak, bardzo pragnęła być zwyczajną dziewczyną.

Ale Ava była królewną, i to królewną nie byle jaką. Była córką syreny i człowieka – władcy Toreline, potężnego królestwa ludzi, rusałek i skrzatów. Z jednej strony otaczały je wody morza Marete i szczyty Gór Westu, z drugiej –groźne szczyty Gór Endu, z trzeciej zaś – piaski Pustyni Drysandu. Co znajdowało się z czwartej strony, na północy, tego dokładnie Ava nie wiedziała. Ze strzępków podsłuchanych tu i ówdzie rozmów oraz z pojedynczych słów, które czasem wyrywały się dworzanom lub komuś ze służby pałacowej domyślała się, że rozciąga się tam tajemnicza kraina, której nie obejmuje surowa, ale sprawiedliwa władza jej ojca. Słyszała ponure opowieści o znajdującej się gdzieś tam, na północy, Szarej Kniei, strasznym miejscu zamieszkanym przez okrutne plemię ghornów. Ale nie wiedziała nic więcej.

Ava miała już czternaście lat, uważała się więc za zupełnie dorosłą. Innego zdania był jej ojciec, który liczył sobie lat trzysta dwanaście. W jego oczach córka wciąż była maleństwem, które trzeba prowadzić za rączkę.

Jak na córkę niezwykłej matki o czarodziejskich korzeniach oraz długowiecznego ojca, Ava była dość przeciętna. Nie umiała nawet czarować. Może nie miała do tego zdolności, a może w dzieciństwie zaniedbano jej edukację w tym względzie – po prostu nie umiała i już. Umiała za to polować, jeździć konno i trafiać z łuku do szyszek na sosnach.

Oczywiście, jak każda królewna, była wychowywana na wielką damę. Wymagano od niej, aby chodziła w sukniach, jadła sztućcami, dygała uprzejmie w odpowiedzi na ukłon, wyrażała się elegancko… Musiała znać dziesiątki tańców dworskich i wykonywać ich figury z uprzejmym uśmiechem, ilekroć na balu jakiś młodzieniec odważył się z nią zatańczyć. Musiała też huśtać się na ukwieconej huśtawce stojącej w ogrodzie pełnym idealnie przyciętych żywopłotów (chociaż w rzeczywistości miała ochotę wleźć na drzewo i wybrudzić się jak nieboskie stworzenie). Miała obowiązek być zawsze opanowana, nigdy nie mówić brzydko, zawsze osądzać sprawiedliwie…

Królewna buntowała się jednak przeciw tym zasadom, wpajanym jej uparcie przez rodziców i nauczycieli. Czuła, że całe to wychowanie pasuje do niej jak… pięść do nosa. Zupełnie jakby nie była dzieckiem króla i królowej. Jakby tkwił w niej jakiś błąd, skaza – jak u psa, który nie jest wystarczająco rasowy, bo ma na przykład ucho klapnięte jak kundelek.

Tego poranka, usłyszawszy dziwne okrzyki dworzan, pomyślała z niechęcią, że jak zwykle o niczym się nie dowie. Ilekroć w królestwie działo się coś niezwykłego, niepokojącego lub po prostu złego, ojciec mówił jej, że to nie jej sprawa. Jakby chciał ją odsunąć od prawdziwego życia. Pragnął, aby na zawsze pozostała w świecie balów, sukienek i dziecięcych zabaw.

Ava stała jeszcze przez chwilę przy oknie, przyglądając się z ciekawością niespokojnej bieganinie dworzan. Później zadzwoniła srebrnym dzwoneczkiem. Może Ki coś jej wyjaśni…

Stara, pomarszczona jak rodzynek Ki układała właśnie Avie włosy, gdy na korytarzu dał się słyszeć okropny brzęk. Dziewczyna zerwała się na równe nogi. Przekonana, że ktoś może potrzebować pomocy, otworzyła drzwi komnaty i wybiegła. Na posadzce leżała taca, obok – porozrzucane wiktuały. Zapewne miało to być śniadanie dla królewny. Rozlane mleko płynęło cienką strużką w stronę dywanu i wsiąkało w jego skraj.

Ava schyliła się, by pomóc zbierać naczynia. Służący, młody chłopak, zerwał się nagle i rzuciwszy na nią jedno przerażone spojrzenie… uciekł. Została sama. „To dziwne” – pomyślała. „Zawsze odczuwali przede mną lęk… jak to służba przed królewną. Normalne. Ale teraz… Strach w głosach tych dworzan na dole. I przerażenie tego chłopca… To mnie zdecydowanie niepokoi. To mi się nie podoba”.

– Ki – zaczęła, wróciwszy do komnaty. – Czy stało się coś złego?

– O, tak – odparła piastunka z powagą. – Będziesz musiała poczekać dłużej na posiłek. Zdaje się, że służbę miał dziś wyjątkowy niezdara.

– Wiesz przecież, że nie o to mi chodzi – prychnęła Ava. – Pytam o sprawy poważniejsze niż moje śniadanie. Co znaczyło to poruszenie na dziedzińcu?

– Poruszenie? Nie wiem, o czym mówisz – niania wzruszyła ramionami i odwróciła twarz.

Ava westchnęła. Znów to samo. Nawet kochana, stara Ki nie mówi jej prawdy. Nikt nigdy nie mówi jej całej prawdy. Podeszła do łoża i, nie zważając na misternie ułożoną fryzurę, rzuciła się na poduszki.

– Mam dość – zakomunikowała. – Nie jestem już dzieckiem. Muszę, chcę i mam prawo wiedzieć o niektórych sprawach.

– Ależ kochanie, wiesz wszystko to, co wiedzieć powinnaś. Zdajesz sobie przecież sprawę z tego, że król ma swoje tajemnice.

Ava wtuliła twarz w jedwab pościeli. Wbrew temu, co powiedziała przed chwilą, poczuła się teraz jak mała dziewczynka.

– Opowiedz mi jeszcze raz – poprosiła. – Opowiedz o moich rodzicach. Jak się poznali. Uwielbiam tę opowieść.

– Zaśniesz, królewno.

– Nie zasnę. A nawet gdyby, to co? I tak wstałam za wcześnie, przez te głupie hałasy na dziedzińcu. Opowiedz. Zacznij od początku.

Ki westchnęła. Usiadła na skraju łoża i zaczerpnęła powietrza.

– Twój ojciec był wówczas młodym, nieco zbuntowanym królewiczem, synem władcy potężnego królestwa leżącego na południu, hen za Krainą Samotników, tak daleko, że nasze mapy tam nie sięgają… Nie podobało mu się, że ma zostać następcą tronu, marzył o podróżach. Opuścił więc rodzinną ziemię i wyruszył na poszukiwanie przygód. Zwiedził wiele krain, odkrył kilka wysp i wielkich jezior, którym nadał nazwy. Po kilkunastu miesiącach wędrówki przebył Góry Endu i dotarł na białe plaże Marete. Tu zatrzymał się na odpoczynek…

Ki urwała, przekonana, że królewna śpi. Zamierzała wstać i wyjść, gdy usłyszała:

– Nie oszukuj, opowiadaj. Na plaży…

– Na plaży usłyszał w szumie fal coś dziwnego – podjęła Ki, znowu wzdychając. – Jakby szept. Prośbę… może śpiew… Nie był pewien. W każdym razie głos. Wydawało mu się, że w tym głosie słyszy smutek.

Ki umilkła, jakby coś sobie przypominała, choć oczywiście nie mogła pamiętać tamtych zamierzchłych czasów.

– No mów, mów o mamie! – niecierpliwiła się Ava.

– Gdy król, to znaczy wówczas jeszcze królewicz, siedział tak nad brzegiem Marete, rozmarzony i zasłuchany, z wody wynurzyły się na chwilę trzy syreny i zaśpiewały pieśń, która brzmiała jak powitanie. Twój ojciec nigdy przedtem nie widział syren, nie słyszał też ich śpiewu. Tak go zachwyciły te morskie istoty – a zwłaszcza jedna z nich, o srebrnym ogonie i popielatych włosach – że zupełnie stracił głowę. Od tej chwili nie myślał już o niczym ani nikim innym. Nie wyruszył w dalszą podróż. Wiele dni i nocy spędził u brzegu morza, zmarznięty i głodny, jedząc jedynie to, co znalazł w pobliskim lesie. Potem zbudował domostwo nad brzegiem morza, u ujścia Jasnej Rzeki. Wreszcie jego cierpliwość została nagrodzona. Srebrna syrena pojawiła się znowu. Okazało się, że i ona nie może przestać myśleć o pięknym, zagadkowym mężczyźnie, którego wówczas widziała na białej plaży. Zaprzyjaźnili się, potem pokochali. Spotykali się jeszcze przez jakiś czas w tajemnicy, niekiedy sami, czasem w towarzystwie sióstr srebrnej syreny, aż pewnego dnia wszystko się wydało i…

– Jak się wydało? – zapytała Ava, dziwiąc się, że nigdy wcześniej, choć słyszała tę opowieść setki razy, nie zwróciła uwagi na ten szczegół. – Właściwie w jaki sposób dziadek się dowiedział?

– Nie mam pojęcia – odparła niania szybko.

„Zbyt szybko” – pomyślała Ava. „Ki znów nie mówi mi całej prawdy. Ale nie umie kłamać, odwraca wzrok, by ukryć zmieszanie”.

– Ktoś mu powiedział?

– Może sami się przyznali? Naprawdę nie wiem. W każdym razie twoja mama musiała dokonać wyboru: czy zostać wśród syren, jako potężna czarodziejka i córka władcy Marete, czy… stać się zwyczajną kobietą, długowieczną wprawdzie, ale śmiertelną, w dodatku obdarzoną nogami zamiast ogona… Nogami, których każde stąpnięcie miało jej przynosić ból.

Ava zamyśliła się. Wiedziała doskonale, że jej matka cierpi przy każdym kroku, jakby stąpała po tłuczonym szkle. Wiedziała o tym, ale nie do końca mogła w to uwierzyć. Nigdy nie widziała na pięknej twarzy królowej najsłabszego choćby grymasu bólu. Nigdy, nawet tańcząc czy zeskakując z konia, jej matka nie okazała, że cierpi. A przecież cierpiała okropnie.

– Myślisz, że mama żałuje? Że czasem, gdy tak ją boli… chciałaby cofnąć czas, znów mieć piękny, srebrny ogon i potężną, czarodziejską moc?

– Nie! – brzmiała odpowiedź. – Skąd ci to mogło przyjść do głowy?! Tego akurat jestem całkowicie pewna: królowa Jareena nigdy nie żałowała, że wyszła za twego ojca.

– W takim razie, dlaczego jest taka smutna? Dlaczego nosi czarne suknie, zupełnie jakby była w żałobie?

Ava zadawała to pytanie już wiele razy. Zawsze otrzymywała tę samą odpowiedź. Tę samą, co teraz:

– Królowa nie jest smutna, lecz poważna. Taka powinna być władczyni. A czarne stroje… pasują do jej urody, do szarych oczu i popielatych włosów.

„Tak, to prawda” – pomyślała królewna. „Mama pięknie wygląda w czerni. I kogoś innego można by oszukać, mówiąc, że ubiera się na czarno, bo taki ma gust… ale nie mnie. Ja wiem, wyczuwam. Gdy mnie przytula, gdy na mnie patrzy… Coś się w niej trzepocze jak ptak. Jakiś smutek, jakaś tęsknota. Czy tęskni za rodzicami i siostrami? Za podwodnym światem? Za nieśmiertelnością?”

– Ach, Ki… Kochana Ki, dlaczego traktujesz mnie jak dziecko? – westchnęła głęboko. – Ja przecież wiem…

Urwała. W oczach piastunki mignął niepokój, widziała to wyraźnie. A zatem Ki bała się, że Ava naprawdę coś wie.

– Ja wiem, że mama jest smutna – dokończyła, uważnie obserwując twarz niani – bo tęskni za życiem pod wodą.

Tak, nie myliła się. Ki odetchnęła z ulgą. A więc jest jakaś tajemnica w smutku mamy. W tej czerni jej sukien. Kto wie, w czym jeszcze tkwią tajemnice?

Gdy Ki wyszła, żeby sprawdzić, co ze śniadaniem, Ava natychmiast rzuciła się do okna. Deszcz ustał, więc widziała wszystko dokładniej. Na dziedzińcu wokół Posągu Syreny wciąż roiło się od dworzan. Niektórzy stali w szeregu, jakby ćwiczyli musztrę, inni chodzili niespokojnie, jeszcze inni pełnili chyba rolę gońców, bo ciągle wbiegali do pałacu, by za chwilę z niego wybiec.

– To mi się naprawdę nie podoba – szepnęła Ava do siebie i postanowiła przyjrzeć się poczynaniom dworzan nieco dokładniej.