Autor przychodzi wieczorem Antologia jubileuszowa na 20-lecie Wydawnictwa W.A.B. - Marta Sapała, Max Cegielski, Marek Kochan - ebook
31,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
  • Wydawca: WAB
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2012
Opis

Wydawnictwo W.A.B. w 2012 roku obchodzi 20. rocznicę istnienia. Postanowiliśmy uczcić ten jubileusz, wydając antologię tekstów napisanych za naszą inspiracją przez autorów związanych z naszą oficyną.

Motywem przewodnim antologii jest SPOTKANIE Z CZYTELNIKIEM. Chcieliśmy stworzyć książkę przybliżającą tych, dzięki którym obcujemy z literaturą i którzy dostarczają nam radości. Będącą spotkaniem z pisarzami, którzy są cenieni, budzą zainteresowanie i emocje. Z drugiej strony zależało nam na tym, by w tych tekstach mogli przejrzeć się czytelnicy.

Autorzy, którzy odpowiedzieli na zaproszenie do udziału w przedsięwzięciu, wykazali się wielką pomysłowością. Wśród nadesłanych tekstów są m.in. opowiadania kryminalne, science-fiction, proza psychologiczna, utwory satyryczne, wspomnieniowe, nowela historyczna, prelekcja, a nawet jednoaktówka. Powstał zbiór pełen niespodzianek. Z tego rogu obfitości tematycznej i gatunkowej wyłania się obraz relacji między pisarzem a czytelnikiem, o której rzadko jest okazja mówić i pisać. Naszej antologii nie należy mylić z patetyczną księgą okolicznościową - to kolekcja krótkich form zapewniająca rozrywkę i refleksję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 437

Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © Jo­an­na Ba­tor, 2012

Co­py­ri­ght © Ta­de­usz Ce­giel­ski, 2012

Co­py­ri­ght © An­drzej Czci­bor-Pio­trow­ski, 2012

Co­py­ri­ght © Ma­riusz Czu­baj, 2012

Co­py­ri­ght © Ry­szard Ćwir­lej, 2012

Co­py­ri­ght © Jo­an­na Fa­bic­ka, 2012

Co­py­ri­ght © Ma­rek Ko­chan, 2012

Co­py­ri­ght © Kry­sty­na Ko­fta, 2012

Co­py­ri­ght © Wło­dzi­mierz Ko­wa­lew­ski, 2012

Co­py­ri­ght © Ma­rek Kra­jew­ski, 2012

Co­py­ri­ght © Woj­ciech Ku­czok, 2012

Co­py­ri­ght © Ja­ro­sław Ma­śla­nek, 2012

Co­py­ri­ght © Ire­na Ma­tusz­kie­wicz, 2012

Co­py­ri­ght © Zyg­munt Mi­ło­szew­ski, 2012

Co­py­ri­ght © Mar­ta Mi­zu­ro, 2012

Co­py­ri­ght © Anna Oni­chi­mow­ska, 2012

Co­py­ri­ght © Mo­ni­ka Piąt­kow­ska, 2012

Co­py­ri­ght © Syl­wia Sie­dlec­ka, 2012

Co­py­ri­ght © Mar­ta Syr­wid, 2012

Co­py­ri­ght © Mar­cin Wroń­ski, 2012

Co­py­ri­ght for this edi­tion © Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2012

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Mo­ni­ka Ma­chlejd

Re­dak­cja: Jan Koź­biel

Ko­rek­ta: Elż­bie­ta Ja­ro­szuk, Pa­weł Ga­bryś-Ku­row­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na: Alek Ra­dom­ski

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Nina Łu­piń­ska

Skład i ła­ma­nie: ma­nu­fak­tu­ra

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

[email protected]

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-355-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Utracona powieść TADEUSZ CEGIELSKI

Re­zul­tat po­je­dyn­ku, któ­ry wła­śnie sto­czy­łem, wy­da­wał się prze­są­dzo­ny. Klę­ska – i to wy­łącz­nie z wła­snej winy! Za­wie­rzy­łem zbyt­nio mocy zdro­wo­roz­sąd­ko­wych ar­gu­men­tów; za sła­bo po­ru­szy­łem emo­cje. Za­nad­to za­ufa­łem swo­im re­to­rycz­nym ta­len­tom. Co gor­sza, zlek­ce­wa­ży­łem za­le­ce­nie au­to­rów pro­gra­mu, by spro­wa­dzić do stu­dia swo­je au­dy­to­rium – wszyst­kich, któ­rzy ze­chcie­li­by wy­słu­chać tego, co mia­łem do po­wie­dze­nia. Jo­an­na i Fry­de­ryk to siły zbyt skrom­ne, by w koń­co­wej dys­ku­sji dać od­pór du­żej i kar­nej gru­pie do­wo­dzo­nej przez dok­to­ra K. Nie mo­głem, nie­ste­ty, li­czyć na sym­pa­tycz­ne i uro­dzi­we Bia­ło­ru­sin­ki sie­dzą­ce w pierw­szym rzę­dzie po mej pra­wi­cy – moc­no onie­śmie­lo­ne sy­tu­acją. Tym bar­dziej na kil­ka­na­ście przy­pad­ko­wych osób, któ­ry­mi w ostat­niej chwi­li wy­peł­nio­no pu­ste miej­sca po „mo­jej” stro­nie wi­dow­ni.

Stu­den­ci dok­to­ra K. ko­lej­no za­bie­ra­li głos. Nie, nie żeby czy­ta­li z kart­ki. Ale czu­ło się, że kwe­stie mie­li wy­uczo­ne na pa­mięć. To, co po­wie­dzie­li, wy­raź­nie roz­mi­ja­ło się z te­ma­tem – za to zgod­ne było z po­glą­da­mi dok­to­ra K. oraz na­ucza­niem ich uczel­ni. Mój ad­wer­sarz spra­wiał wra­że­nie za­do­wo­lo­ne­go; po­dob­nie asy­stu­ją­cy mu ksiądz S. Byli pew­ni, że zwy­cię­stwo mają w kie­sze­ni.

Pro­wa­dzą­cy, re­dak­tor P., udzie­lił te­raz gło­su Jo­an­nie, po­tem Fry­de­ry­ko­wi. Pro­ściej niż ja sam przed­sta­wi­li ko­rzy­ści pły­ną­ce z to­le­ran­cji. Ak­cep­ta­cji od­mien­no­ści kul­tu­ro­wych i re­li­gij­nych, od­mien­no­ści i róż­no­rod­no­ści jako ta­kich. Lewa stro­na au­dy­to­rium nie słu­cha­ła, po­dob­nie jak pro­wa­dzą­cy. Ten pil­no­wał głów­nie, aby eks­po­no­wać wła­sną rolę w pro­gra­mie. Re­dak­tor P. wy­ko­nał efek­tow­ny pi­ru­et, wsko­czył na stop­nie am­fi­te­atru od stro­ny stu­denc­kiej i oznaj­mił:

– A te­raz gło­so­wa­nie, dro­dzy pań­stwo! Kto zwy­cię­żył w na­szej de­ba­cie, w kon­fron­ta­cji dwóch za­sad i idei? W po­je­dyn­ku wol­no­ści z po­praw­no­ścią, siły z anar­chią, woli z per­mi­sy­wi­zmem! Czy zwy­cięz­cą jest…

– Chwi­lecz­kę, pa­nie re­dak­to­rze! – prze­rwał mu star­szy męż­czy­zna sie­dzą­cy po­śród mło­dzie­ży. – Sta­now­czo do­pra­szam się gło­su!

W isto­cie, siwy pan w kurt­ce cze­kał do­tąd cier­pli­wie z wy­cią­gnię­tą ręką… Te­raz zaś pod­niósł się; nie­wy­so­ki, nie­po­zor­ny.

Pro­wa­dzą­cy wy­ko­nał ko­lej­ny pi­ru­et i skie­ro­wał mi­kro­fon ku nie­mu.

– Ba­aar­dzo pro­szę! Ma pan trzy­dzie­ści se­kund na wy­po­wiedź.

Star­szy pan wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Wy­star­czy mi dwa­dzie­ścia. Chcia­łem je­dy­nie za­uwa­żyć, że nikt spo­śród wy­po­wia­da­ją­cych się tu ad­wer­sa­rzy pro­fe­so­ra – wska­zał na mnie – nie usto­sun­ko­wał się do przed­sta­wio­nych przez nie­go ra­cji. Nie uczy­nił tego rów­nież dok­tor K. Trud­no tu mó­wić o ja­kiejś de­ba­cie.

– Do­praw­dy? – zdzi­wił się pro­wa­dzą­cy. – Za­ska­ku­ją­ca opi­nia! Kto jest tego sa­me­go zda­nia, co pan tu… w ja­snej kurt­ce? Pro­szę pod­nieść rękę!

O dzi­wo, tak­że w sze­re­gach szko­ły dok­to­ra K. unio­sło się kil­ka rąk. Za­pew­ne przez nie­uwa­gę.

Pro­wa­dzą­cy oce­nił to wi­dać po­dob­nie, gdyż za­wo­łał:

– Pro­szę pań­stwa o uwa­gę! Po­wta­rzam py­ta­nie…

Tym ra­zem co naj­mniej kil­ka­na­ście osób zgo­dzi­ło się ze star­szym pa­nem. Dok­tor K. wraz z księ­dzem S. no­to­wa­li wzro­kiem nie­sub­or­dy­no­wa­nych. Nie mie­li ła­twe­go za­da­nia – w pa­nu­ją­cym po ich stro­nie ści­sku nie było wi­dać, czy­ja ręka jest czy­ja. Zma­ga­nia woli z anar­chią da­le­kie były od roz­strzy­gnię­cia.

Ob­ró­ci­łem się ku mo­je­mu stron­nic­twu: Fry­de­ryk był po­zor­nie obo­jęt­ny, a Jo­an­na wy­raź­nie roz­ba­wio­na. Gdy pro­wa­dzą­cy za­rzą­dził gło­so­wa­nie, triumf na twa­rzy Jo­an­ny i lek­ki uśmiech na ustach Fry­de­ry­ka mó­wi­ły, że wy­nik nie jest zgod­ny z ocze­ki­wa­nia­mi.

Mniej wię­cej po­ło­wa au­dy­to­rium uzna­ła, że de­ba­tę wy­grał mój po­le­mi­sta, dok­tor K. Ten wraz z księ­dzem S. za­czął li­czyć gło­sy po swo­jej stro­nie – za­pew­ne po to, by wy­ło­wić zdraj­ców we wła­snych sze­re­gach. Czas prze­cież na­glił; go­spo­darz pro­gra­mu mu­siał za­rzą­dzić ostat­nie gło­so­wa­nie.

– Kto z pań­stwa uwa­ża, że w de­ba­cie zwy­cię­żył pro­fe­sor Jan Pa­sterz?

Pod­nio­sło się wie­le rąk, znacz­nie wię­cej niż przy po­przed­nim gło­so­wa­niu. Po­par­cia udzie­li­ły mi Bia­ło­ru­sin­ki, a na­wet kil­ka osób spo­śród „przy­pad­ko­wej” pu­blicz­no­ści. Wy­da­wa­ło się jed­nak, że star­szy pan, któ­re­go in­ter­wen­cja tak wpły­nę­ła na losy de­ba­ty, te­raz po­wstrzy­mał się od gło­su. Nie było jed­nak wąt­pli­wo­ści co do in­nej spra­wy: część stu­den­tów dok­to­ra K. za­gło­so­wa­ła dwu­krot­nie. Naj­pierw za, po­tem zaś prze­ciw swo­je­mu men­to­ro­wi. Ogól­na we­so­łość, któ­ra wy­par­ła at­mos­fe­rę na­pię­cia, sta­no­wi­ła nie­ocze­ki­wa­ny fi­nał de­ba­ty.

Re­dak­tor P. z tru­dem krył nie­za­do­wo­le­nie.

– Prze­bieg na­szej dys­ku­sji i wy­nik gło­so­wa­nia do­wo­dzą, że trud­no uznać spra­wę za za­mknię­tą. Dla­te­go do kwe­stii to­le­ran­cji i anar­chii w ży­ciu pu­blicz­nym wró­ci­my jesz­cze w przy­szło­ści – oznaj­mił. – Dzię­ku­ję pań­stwu za uwa­gę, a wszyst­kim w stu­diu za udział w pro­gra­mie „Trze­ba po­my­śleć”. Do­bra­noc i do zo­ba­cze­nia za mie­siąc!

Zga­sły czer­wo­ne lamp­ki ka­mer. Po chwi­li zga­sły też re­flek­to­ry w stu­diu na Wo­ro­ni­cza. Pod­sze­dłem do Jo­an­ny i Fry­de­ry­ka, roz­glą­da­jąc się rów­no­cze­śnie za pa­nem w ja­snej kurt­ce. Ten jed­nak szyb­ko zmie­szał się z wy­cho­dzą­cy­mi i znik­nął nam z oczu.

W holu przy wyj­ściu cze­kał ksiądz S. w asy­ście swe­go kie­row­cy.

– Chęt­nie pod­wio­zę pań­stwa do domu, je­śli nie ma­cie, oczy­wi­ście, in­ne­go trans­por­tu – po­wie­dział, wska­zu­jąc na czar­ne­go mer­ce­de­sa par­ku­ją­ce­go na­prze­ciw scho­dów.

Po­dzię­ko­wa­łem grzecz­nie w imie­niu na­szej trój­ki i wska­za­łem ja­kie­goś sta­re­go ma­lu­cha w głę­bi par­kin­gu. S. uśmiech­nął się z wy­ra­zem zro­zu­mie­nia.

Po­stą­pi­łem, jak się za chwi­lę oka­za­ło, słusz­nie. Kie­dy ksiądz znik­nął nam z oczu, przed bu­dyn­kiem po­ja­wił się star­szy pan w ja­snej kurt­ce.

– Cze­ka­łem na pana, pro­fe­so­rze – oznaj­mił. – Nie by­łem jed­nak pe­wien, czy ze­chce mi pan po­świę­cić chwi­lę… wi­dzę, że nie jest pan sam, może więc in­nym ra­zem…

Wy­glą­dał na eme­ry­to­wa­ne­go na­uczy­cie­la lub urzęd­ni­ka po­śled­niej ran­gi. Po­pe­li­no­wa kurt­ka była zno­szo­na i sła­bo chro­ni­ła przed chło­dem je­sien­ne­go wie­czo­ru. Za­pro­po­no­wa­łem nie­zna­jo­me­mu tak­sów­kę. Od­mó­wił, ale też po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać czas, jaki po­zo­stał do jej przy­jaz­du. Ru­szy­li­śmy więc w stro­nę głów­nej bra­my, a star­szy pan przed­sta­wił się:

– Na­zy­wam się Mo­ra­wiec, Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec. Wiem, że moje na­zwi­sko nie­wie­le panu po­wie. Je­śli jed­nak przy­po­mnę panu, że kie­dyś mie­li­śmy oka­zję się spo­tkać… Było to z górą czter­dzie­ści lat temu; po tak dłu­gim cza­sie nie roz­po­zna­li­by­śmy się za­pew­ne. Dla­te­go przy­sze­dłem tu dziś; przy­sze­dłem, by upew­nić się, że się nie po­my­li­łem, że pan to pan…

Tu wtrą­ci­ła się przy­słu­chu­ją­ca się nam Jo­an­na:

– Jed­nak mój mąż to swo­isty fe­no­men. Nie­wie­le się zmie­nił od tam­te­go cza­su. No, może nie­co przy­tył, ale też nig­dy nie był zbyt szczu­pły.

– Do­brych dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów – do­pre­cy­zo­wa­łem.

– Ale zo­staw­my już mój wy­gląd. Pro­szę wresz­cie przy­po­mnieć, w ja­kich to oko­licz­no­ściach się po­zna­li­śmy.

– W Wo­je­wódz­kim Urzę­dzie Kon­tro­li Pra­sy, Pu­bli­ka­cji i Wi­do­wisk – oznaj­mił Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec.

– Wiel­kie nie­ba! To pan był cen­zo­rem! Ale prze­cież nie pan uwa­lił nasz pro­gram „Szef kuch­ni po­le­ca seks”?! Spec od kul­tu­ry stu­denc­kiej, któ­ry to zro­bił, był mło­dy! Ktoś nie­mal w moim wie­ku!

– Tam­ten, po­lo­ni­sta z wy­kształ­ce­nia, na­zy­wał się Ko­na­rzew­ski.

– W rze­czy sa­mej! Pa­stwiąc się nad na­szym sce­na­riu­szem, nie­ustan­nie pod­kre­ślał, że tekst jest bar­dzo za­baw­ny, tyl­ko że… A on jako po­lo­ni­sta chęt­nie po­mo­że. Pod­po­wie, jak prze­ro­bić sce­na­riusz tak, by do­stał zgo­dę…

– Zo­stał zwol­nio­ny do roz­po­wszech­nia­nia – po­pra­wił mnie eks­cen­zor. – To nie to samo.

Nie in­te­re­so­wa­ła mnie eg­ze­ge­za for­mal­na cen­zor­skich prak­tyk. Po­wie­dzia­łem:

– Wku­rzał mnie cy­nizm tego, jak pan mówi, Ko­na­rzew­skie­go. Bar­dziej jesz­cze fał­szy­wie ko­le­żeń­ski, na­praw­dę zaś pro­tek­cjo­nal­ny ton, ja­kim się do mnie zwra­cał: „Ten nu­mer jest rze­czy­wi­ście do­bry; ob­śmia­łem się jak nor­ka, czy­ta­jąc. Tyl­ko, ko­le­go, dla­cze­go oni wy­ko­nu­ją pieśń pio­nie­rów ko­re­ań­skich? A nie mo­gli­by to być an­giel­scy skau­ci lub choć­by na­wet har­ce­rze?”. Wte­dy nie by­ło­by to śmiesz­ne, od­po­wia­da­łem. I w koń­cu za­bra­łem mu ma­szy­no­pis. Ka­ba­ret miał pró­bę ge­ne­ral­ną i na tym mu­siał za­koń­czyć się jego ży­wot. Szko­da, bo był bar­dzo na cza­sie…

– Wszyst­ko to dzia­ło się dość nie­for­mal­nie – wy­ja­śnił pan Mo­ra­wiec. – Mie­li­śmy za­sa­dę, by przyj­mo­wać tekst do cen­zu­ry do­pie­ro po na­szych uwa­gach. Wte­dy nie było w nim śla­dów in­ge­ren­cji, nie było tym sa­mym cen­zu­ry. Jed­ność mo­ral­na par­tii z na­ro­dem utrzy­ma­na. Za­cho­wa­na au­to­no­mia stu­denc­ka…

– I wszy­scy byli szczę­śli­wi – do­po­wie­dzia­łem. Wspo­mi­na­jąc ów stu­denc­ki ka­ba­ret – był po­czą­tek 1971 roku i nowy, gier­kow­ski, re­żim aż pro­sił się o sa­ty­rycz­ny ko­men­tarz – od­na­la­złem w la­mu­sie pa­mię­ci mo­je­go roz­mów­cę! Ale nie w tym prze­ło­mo­wym roku. Nie wte­dy go spo­tka­łem. Mu­sia­ło to być kil­ka lat póź­niej… Kie­dy kon­kret­nie? Oczy­wi­ście wte­dy, gdy zło­ży­łem u wy­daw­cy swo­ją po­wieść! De­biu­tanc­ki tekst… Mój Boże, co sta­ło się z tą po­wie­ścią?

Eks­cen­zor przy­glą­dał mi się uważ­nie. Do­my­ślił się, że wiem już, z kim mam do czy­nie­nia. Jed­nak nie da­łem mu sa­tys­fak­cji. Nie by­łem też cie­kaw jego opo­wie­ści. Książ­ka była kiep­ska; po czter­dzie­stu la­tach nie było cze­go wspo­mi­nać. Do­brze się sta­ło, jak się sta­ło.

Nad­je­cha­ła wresz­cie tak­sów­ka i szyb­ko się po­że­gna­li­śmy. Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec wci­snął mi do ręki kar­tecz­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu. Zgu­bi­łem ją jesz­cze w wo­zie, szu­ka­jąc drob­nych po kie­sze­niach. Jed­nak spra­wa tam­tej, „nie­zwol­nio­nej” do dru­ku, książ­ki od­ży­ła nie­spo­dzie­wa­nie w pa­mię­ci. Opu­bli­ko­wa­łem wła­śnie po­wieść – po­wód za­pro­sze­nia mnie do pro­gra­mu. Po nie­uda­nej pró­bie z sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku za­rzu­ci­łem li­te­ra­tu­rę. Tak, datę „1976” szyb­ko so­bie przy­po­mnia­łem. Tak­że z po­wo­du tego, co dzia­ło się w moim pry­wat­nym świat­ku.

Za­pra­gną­łem prze­czy­tać swój de­biu­tanc­ki tekst. Bez wzglę­du na to, co był wart jako li­te­ra­tu­ra, sta­no­wił kro­ni­kar­ski nie­mal za­pis waż­nych dla mnie wy­da­rzeń. Był po­wie­ścią z klu­czem, czy­tel­ną rów­nież dla lu­dzi ta­kich, jak ten Ko­na­rzew­ski. Dla­te­go pod­paść mu­siał cen­zu­rze. Po­my­śla­łem po­nie­wcza­sie, że Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec z urzę­du na My­siej na­le­żał – wraz z wy­daw­cą – do gro­na mych pierw­szych, naj­waż­niej­szych i chy­ba też je­dy­nych czy­tel­ni­ków! Chcąc nie chcąc, po­wie­rzy­łem cen­zo­ro­wi waż­ne dla mnie, trud­ne i in­tym­ne spra­wy. Po­dob­nej sa­tys­fak­cji nie da­łem już wię­cej ni­ko­mu…

Nie mia­ło to już dziś zna­cze­nia. Chcia­łem tyl­ko od­zy­skać z po­mo­cą za­po­mnia­nej po­wie­ści czas cał­kiem nie­mal za­tar­ty. Li­czą­cy do­brych trzy­sta stron ma­szy­no­pis za­gi­nął pod­czas jed­nej z wie­lu prze­pro­wa­dzek. Spół­dziel­nia wy­daw­ni­cza So­jusz, któ­ra za­in­te­re­so­wa­ła się zra­zu tek­stem, zban­kru­to­wa­ła na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Pa­mię­ta­łem jed­nak, że róż­ne frag­men­ty rę­ko­pi­su zde­po­no­wa­łem w domu ro­dzi­ców na Sta­rym Mie­ście. Obec­nie prze­miesz­ki­wał tam mój młod­szy brat, Fry­de­ryk, więc ko­rzy­sta­jąc z jego byt­no­ści w War­sza­wie, umó­wi­łem się na po­szu­ki­wa­nie sza­rej tek­tu­ro­wej tecz­ki opa­trzo­nej ety­kie­tą: Róż­ne li­te­rac­kie. 1976.

Fry­de­ryk cze­kał na mnie, wy­ma­chu­jąc trium­fal­nie tecz­ką, któ­rą bez tru­du od­na­lazł w swym świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym ar­chi­wum.

– Mam na­dzie­ję, że nie po­gnie­wasz się za to, iż zaj­rza­łem już do tego skar­bu…

– I co?

Skrzy­wił się.

– Nie­wie­le tego, może trzy­dzie­ści stron rę­ko­pi­su, dla mnie nie­czy­tel­ne­go. I dru­gie tyle w ma­szy­no­pi­sie, z od­ręcz­ny­mi po­praw­ka­mi. Ten frag­ment tyl­ko przej­rza­łem; nie mia­łem cza­su na do­kład­ną lek­tu­rę. Ra­zem jed­na szó­sta, może jed­na pią­ta ca­ło­ści, je­śli w isto­cie li­czy­ła tych trzy­sta stron znor­ma­li­zo­wa­ne­go tek­stu.

– Do­kład­nie trzy­sta sie­dem plus spis roz­dzia­łów.

– To, co zo­sta­ło, na pew­no ci się przy­da. Po la­tach ma wa­lor do­ku­men­tu, lecz tyl­ko do­ku­men­tu.

– Wiem: ty­po­we ju­we­ni­lia, płód nie­doj­rza­ły, nie­fo­rem­ny! – uprze­dzi­łem dal­szą kry­ty­kę. Nie spodo­ba­ło mi się to, że za­glą­dał do rę­ko­pi­su; tym bar­dziej nie ży­czy­łem so­bie jego re­cen­zji.

– Nie chcia­łem cię ura­zić – po­wie­dział po­jed­naw­czo. – A je­śli kie­dyś upo­rząd­ku­jesz to wszyst­ko, daj mi, pro­szę, do prze­czy­ta­nia. Jest tam prze­cież mowa i o mnie, to po pierw­sze. Po dru­gie, zna­la­złem na­praw­dę cie­ka­wy ustęp: opis in­try­gi, któ­rej ofia­rą stał się nar­ra­tor. jak ro­zu­miem, two­je al­ter ego.

– Więc jed­nak czy­ta­łeś, nie tyl­ko prze­glą­da­łeś!

– Na­praw­dę tyl­ko kil­ka stron. Nie mia­łem cza­su na wię­cej.

Choć cze­ka­ło na mnie mnó­stwo pra­cy, po­zwo­li­łem so­bie ulec po­ku­sie. Otwo­rzy­łem tecz­kę i prze­czy­ta­łem wszyst­ko jak leci. Po­tem za­bra­łem się do ukła­da­nia skraw­ków po­wie­ści w sen­sow­ną ca­łość. Ca­łość nową, bo plan utwo­ru za­gi­nął. Po­zo­sta­ła za to sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­na stro­na ty­tu­ło­wa: Pa­ni­ka w mie­ście. Ów ty­tuł, w peł­ni ade­kwat­ny do tre­ści, wzbu­dził za­strze­że­nia cen­zo­ra Mo­raw­ca. Zgo­dzi­łem się, by „pa­ni­kę” za­stą­pić bar­dziej neu­tral­nym „skan­da­lem”. De­biu­tanc­ka po­wieść mia­ła więc no­sić ty­tuł Skan­dal w mie­ście. Mia­sto to ro­dzin­ny Kra­ków, choć opi­sa­ne wy­pad­ki mo­gły się zda­rzyć w każ­dym in­nym miej­scu.

Na tym skoń­czy­ły się moje ustęp­stwa. Bro­ni­łem cha­rak­te­ry­sty­ki głów­nej po­sta­ci, dzien­ni­ka­rza Ste­fa­na Gro­dyń­skie­go. Ten, po­dob­nie jak ja sam, był dy­gni­tar­skim sy­nal­kiem – tro­chę zde­mo­ra­li­zo­wa­nym, tro­chę zbun­to­wa­nym. Wmie­sza­nym w ja­kieś afe­ry na wy­so­kim szcze­blu; w do­dat­ku uwi­kła­nym w zwią­zek z dwie­ma ko­bie­ta­mi, sio­stra­mi We­ro­ni­ką i Mi­cha­li­ną. Cen­zor Mo­ra­wiec uparł się, by za­ma­zać ro­dzin­ne mil­lieu bo­ha­te­ra lub – jesz­cze le­piej – za­stą­pić je „zwy­kłym in­te­li­genc­kim”. Tezę wyj­ścio­wą mo­jej hi­sto­rii o sa­mo­re­pro­du­cji no­men­kla­tu­ry – dzie­dzi­cze­niu funk­cji i po­zy­cji – uznał za nie­praw­dzi­wą i ob­raź­li­wą dla so­cja­li­stycz­ne­go spo­łe­czeń­stwa. W tym punk­cie utknę­ły moje ne­go­cja­cje w gma­chu przy uli­cy My­siej. I na tym też wy­czer­py­wa­ła się te­raz moja pa­mięć.

Dziś już ni­cze­go, li­te­ral­nie ni­cze­go nie pa­mię­ta­łem ze skom­pli­ko­wa­nej, wie­lo­wąt­ko­wej fa­bu­ły Pa­ni­ki/Skan­da­lu w mie­ście. De­ner­wo­wa­ło mnie, że in­try­ga, o któ­rej wspo­mniał Fry­de­ryk, nie znaj­do­wa­ła roz­wią­za­nia w za­cho­wa­nych no­tat­kach. Była pro­duk­tem wy­obraź­ni, nie mo­głem więc skon­fron­to­wać jej z żad­nym kon­kret­nym wy­da­rze­niem. Naj­ob­szer­niej­szy z za­cho­wa­nych frag­men­tów do­ty­czył wpraw­dzie sy­tu­acji wzię­tej z ży­cia, ale i w nim po­ja­wiał się nie­spo­dzie­wa­nie ima­gi­na­cyj­ny wą­tek. Wą­tek ro­man­tycz­ny i sen­sa­cyj­ny za­ra­zem, su­spens, któ­re­go roz­wią­za­nie chęt­nie bym te­raz po­znał.

Od swoj­skiej sza­ro­ści kra­kow­skie­go Pod­gó­rza ka­mie­nicz­kę pod nu­me­rem dzie­wią­tym od­dzie­la­ła świe­ża, osten­ta­cyj­nie żół­ta fa­sa­da. Wraz z zie­lo­ny­mi, za­mknię­ty­mi te­raz okien­ni­ca­mi oraz drzwia­mi z ko­łat­ką spra­wia­ła wra­że­nie, iż prze­nie­sio­no ją wprost ze Śród­ziem­no­mo­rza – Włoch lub Hisz­pa­nii. Sko­ja­rze­nie cał­kiem na­tu­ral­ne, je­śli zwa­żyć, że wła­ści­ciel­ka domu więk­szą część ży­cia spę­dzi­ła na sło­necz­nym Po­łu­dniu.

Nie­zde­cy­do­wa­ną wciąż ręką szu­ka­łem dzwon­ka po pra­wej stro­nie fra­mu­gi. Stwier­dziw­szy jego brak, za­stu­ka­łem de­li­kat­nie ko­łat­ką, któ­rej me­ta­lo­we kół­ko zdo­bił mo­tyw węża po­że­ra­ją­ce­go wła­sny ogon. Po­my­śla­łem, że kra­kow­ski dom We­ro­ni­ki aż nad­to pod­kre­śla jej ob­cość w ro­dzin­nym mie­ście.We­ro­ni­ka Mi­koś,te­raz Ve­ro­ni­que Vi­tel­lo, uro­dzi­ła się w ka­mie­nicz­ce pod dzie­wią­tym nie – dłu­go po za­koń­cze­niu woj­ny. Tu spę­dzi­ła dzie­ciń­stwo – z ro­dzi­ca­mi, sio­strą oraz gro­mad­ką nie­chcia­nych lo­ka­to­rów na par­te­rze i w su­te­re­nach. Ta­kim też – peł­nym lu­dzi i ich ha­ła­śli­wej krzą­ta­ni­ny – za­pa­mię­ta­łem go z cza­sów, gdy za­glą­da­łem tu w wa­ka­cyj­ne po­po­łu­dnia.

Te­raz pa­no­wa­ła ci­sza współ­gra­ją­ca z sen­nym na­stro­jem ulicz­ki, pu­stej o przed­po­łu­dnio­wej po­rze. Zie­lo­ne drzwi otwo­rzy­ły się rap­tow­nie. Na zna­nej mi z fil­mów i fo­to­gra­fii wciąż mło­dej twa­rzy ko­bie­ty od­ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie, po­tem jed­nak ulga.

– Tut­ti San­ti! My­śla­łam już, że pan… że nie przyj­dziesz, Ste­fa­nie!

– Cóż, We­ro­ni­ko, zmie­ni­łem się odro­bi­nę.Zmie­ni­łem od cza­sów, gdy ba­wi­li­śmy się pod ta­ra­sem tego domu. Rów­nież i ty nie przy­po­mi­nasz mi tam­tej dziew­czyn­ki: drob­nej, nie­śmia­łej – a może tyl­ko po­wścią­gli­wej – z wy­ra­zem zdzi­wie­nia w wiel­kich zie­lo­nych oczach…

– Nie­bie­skich – po­pra­wi­ła mnie. – Nig­dy nie mia­łam zie­lo­nych oczu!

Ro­ze­śmia­li­śmy się. Uwa­ga We­ro­ni­ki na te­mat ko­lo­ru jej oczu po­zwo­li­ła roz­ła­do­wać nie­co na­pię­cie. To­wa­rzy­szy­ło dwoj­gu nie­zna­ją­cych się, w grun­cie rze­czy, lu­dzi. We­ro­ni­ka za­sko­czy­ła mnie pro­po­zy­cją spo­tka­nia, za­ko­mu­ni­ko­wa­ną dzień wcze­śniej przez te­le­fon. Tak­że wy­ra­żo­ną wprost na­dzie­ją, że wy­ja­wię jej pew­ne spra­wy zwią­za­ne z Mi­cha­li­ną, młod­szą o kil­ka lat sio­strą. Sze­dłem na spo­tka­nie nie­uf­ny i nie­pew­ny, choć przy­znać mu­szę, że rów­nież za­in­try­go­wa­ny tym, co zdą­ży­ła mi już po­wie­dzieć. Tego za­cie­ka­wie­nia sta­ra­łem się te­raz nie oka­zy­wać. Po­wie­dzia­łem:

– Two­je ocze­ki­wa­nie, a wła­ści­wie żą­da­nie, bym po­mógł ci roz­wi­kłać ta­jem­ni­cę Mi­cha­li­ny, za­sko­czy­ło mnie. Po­wiem wię­cej: wy­da­ło mi się odro­bi­nę nie­sto­sow­ne… zwa­żyw­szy na to, co się wy­da­rzy­ło.

– Mam tego świa­do­mość – od­par­ła. – Pro­szę jed­nak, wy­bacz moją na­tar­czy­wość. To de­ter­mi­na­cja, nie tyl­ko brak ma­nier.

– Wy­ba­czam… Tak­że twój po­śpiech w za­ła­twia­niu sta­rych spraw, jak ła­two się do­my­ślić, bo­le­snych dla mnie. Na szczę­ście też daw­no od­cho­ro­wa­nych, za­mknię­tych. Ale pa­mię­tam: za kil­ka dni wra­casz do Włoch, masz na­pię­te ter­mi­ny zwią­za­ne z no­wym fil­mem.

– Na Sy­cy­lię, nie do Włoch – po­pra­wi­ła mnie. – Naj­waż­niej­sze, że w koń­cu od­kry­łam: dzien­ni­karz pu­bli­ku­ją­cy jako Jan Pa­sterz to Ste­fan Gro­dyń­ski, to­wa­rzysz mo­je­go dzie­ciń­stwa. A więc i przy­ja­ciel Mi­cha­li­ny z cza­sów, gdy miesz­ka­łam za gra­ni­cą. Po­ję­łam, że ro­dzi się szan­sa na za­mknię­cie spra­wy mej sio­stry.

Mó­wiąc to, po­pro­wa­dzi­ła mnie drew­nia­ny­mi scho­da­mi na pię­tro, a z ob­szer­ne­go, po­grą­żo­ne­go w pół­mro­ku po­ko­ju, któ­ry był kie­dyś sy­pial­nią ro­dzi­ny Mi­ko­siów, na ta­ras. Ta­ras otwar­ty w stro­nę Wi­sły, na któ­rym ba­wi­łem – tyl­ko raz – w dniu uro­dzin We­ro­ni­ki. Je­dli­śmy owo­co­we cia­sto, a po­tem bu­dyń wi­śnio­wy przy­go­to­wa­ny przez mat­kę dziew­czy­nek. Ta dru­ga, Mi­cha­li­na, moja póź­niej­sza mi­łość, ba­wi­ła się obok w łó­żecz­ku. Wów­czas jed­nak ko­cha­łem się w We­ro­ni­ce. Roz­wa­ża­łem, czy nie jest to do­bry mo­ment, aby jej o tym po­wie­dzieć. Być może zdo­był­bym się na od­wa­gę, gdy­by nie ba­nal­ne zda­rze­nie: spo­koj­na do­tąd sio­strzycz­ka za­czę­ła gło­śno pła­kać. Po­de­rwa­ło to We­ro­ni­kę, a w do­dat­ku spro­wa­dzi­ło na ta­ras czuj­ną za­wsze mat­kę. Uspo­ka­ja­nie ma­łej za­ję­ło tro­chę cza­su – tego cza­su, któ­ry jak my­śla­łem, mógł­by od­mie­nić moje ży­cie.

Cie­ka­we, za­sta­na­wia­łem się, czy We­ro­ni­ka pa­mię­ta ten mo­ment? Swo­je dzie­sią­te uro­dzi­ny, pre­zent, któ­ry jej wów­czas ofia­ro­wa­łem: la­lecz­kę w kra­kow­skim stro­ju, ku­pio­ną w Su­kien­ni­cach. Ra­czej nie, bo to prze­cież ja, a nie ona, znaj­do­wa­łem się w tym oso­bli­wym sta­nie du­cha, któ­ry utrwa­la się w pa­mię­ci na całe ży­cie. Tym­cza­sem bo­ha­ter­ka tam­te­go wspo­mnie­nia mó­wi­ła:

– Mam tu wi­do­ki nie gor­sze niż na Sy­cy­lii. Za­mie­rzam wró­cić na Pod­gó­rze po za­koń­cze­niu fil­mu. Film, któ­ry za­czę­łam rok temu z Vi­tel­lem, bę­dzie też moim ostat­nim.

Usia­dłem w ra­ta­no­wym fo­te­li­ku ob­ró­co­nym ku rze­ce. We­ro­ni­ka krzą­ta­ła się, przy­go­to­wu­jąc kawę oraz coś do kawy. Ob­ser­wo­wa­łem ką­tem oka szczu­płą, w grun­cie rze­czy nie­po­zor­ną ko­bie­tę. My­śla­łem o ko­le­jach losu, któ­ry nie­ocze­ki­wa­nie ze­tknął mnie z tą uwiel­bia­ną kie­dyś w Pol­sce ak­tor­ką. W la­tach sześć­dzie­sią­tych sta­ła się sym­bo­lem mło­de­go, zbun­to­wa­ne­go po­ko­le­nia. A też i wy­zwo­lo­nej, spon­ta­nicz­nej ko­bie­co­ści. W 1968 – lub też może na­stęp­nym roku – wy­je­cha­ła z kra­ju, by kon­ty­nu­ować ka­rie­rę na Za­cho­dzie. Nie­wie­le jed­nak wy­szło z am­bit­nych pla­nów ak­tor­ki zza że­la­znej kur­ty­ny.

Z krót­kiej ko­re­spon­den­cji, któ­ra po­prze­dzi­ła te­le­fon We­ro­ni­ki oraz dzi­siej­sze spo­tka­nie, do­wie­dzia­łem się, że jej mąż, An­drea Vi­tel­lo, zmarł na­gle na pla­nie re­ży­se­ro­wa­ne­go we Wło­szech fil­mu. Po­my­śla­łem, że owa ka­rie­ra We­ro­ni­ki to ra­czej dru­go­pla­no­we role w pro­duk­cjach kla­sy B, w fil­mach, któ­ry­mi trud­no się było w Pol­sce po­chwa­lić. Nie tyl­ko dla­te­go, że były mar­ne – za­wie­ra­ły tre­ści nie­cen­zu­ral­ne za­rów­no pod wzglę­dem po­li­tycz­nym, jak i oby­cza­jo­wym. Z tych sa­mych po­wo­dów nie po­ka­zy­wa­no u nas ro­bią­cych fu­ro­rę w świe­cie fil­mów o Ja­me­sie Bon­dzie, a wła­śnie je­den z nich sta­no­wił kul­mi­na­cyj­ny punkt w ka­rie­rze We­ro­ni­ki. W krót­kim epi­zo­dzie wy­stą­pi­ła u boku (a ra­czej w łóż­ku) Se­ana Con­ne­ry'ego. Wte­dy też po­zna­ła przy­szłe­go męża, wło­skie­go re­ży­se­ra pra­cu­ją­ce­go w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Vi­tel­lo po dłu­gich sta­ra­niach o fun­du­sze na nową pro­duk­cję we wrze­śniu ubie­głe­go roku roz­po­czął zdję­cia na Sy­cy­lii. Głów­ną rolę w fil­mie Wa­ka­cje ze szpie­giem za­grać mia­ła pięk­na Po­lka.

– An­drea mógł od­mie­nić moje ży­cie – po­wie­dzia­ła We­ro­ni­ka. – Miał mi po­móc wznieść się na wy­ży­ny, ale tyl­ko po to, bym syta chwa­ły wy­co­fa­ła się z za­wo­du. Znał moje pla­ny i nie opo­no­wał. Prze­ciw­nie, za­wsze pod­kre­ślał, że trze­ba wie­dzieć, kie­dy zejść ze sce­ny. Za przy­kład po­da­wał Bri­git­te Bar­dot, któ­ra za­koń­czy­ła ka­rie­rę przed czter­dziest­ką i za­mknę­ła się w swej re­zy­den­cji w Sa­int-Tro­pez. Śmierć An­drei po­zo­sta­wi­ła mnie samą, bez­na­dziej­nie samą wśród ob­cych mi lu­dzi. Cie­ka­wych, sym­pa­tycz­nych, ale ży­ją­cych dla in­nych niż ja ce­lów.

Słu­cha­łem w sku­pie­niu, nie prze­ry­wa­łem i o nic nie py­ta­łem, choć w jej opo­wia­da­niu po­ja­wia­ło się co­raz wię­cej mo­men­tów nie­ja­snych, wręcz za­gad­ko­wych.

– W nie­sły­cha­nym szu­mie, jaki po­wstał po śmier­ci An­drei, sły­chać było gło­sy, co praw­da tyl­ko bul­wa­ro­wej pra­sy, że śmierć ta nie była na­tu­ral­na, że krót­ko mó­wiąc, zo­stał za­mor­do­wa­ny! Otru­ty, po­ra­żo­ny prą­dem lub la­se­rem… We­dług jed­nych sta­ło się tak na roz­kaz ma­fii, z któ­rą miał za­drzeć, gdy krę­cił Syn­dy­kat, film o ciem­nych in­te­re­sach ame­ry­kań­skich Wło­chów. Inni z ko­lei twier­dzi­li, że za jego śmier­cią stał wy­wiad ro­syj­ski, dla któ­re­go ja­ko­by pra­co­wał w Hol­ly­wo­od, kie­dy asy­sto­wał Guy Ha­mil­to­no­wi w dwóch Bon­dach. Nic nie wska­zy­wa­ło na to, aby któ­raś z tych sen­sa­cyj­nych plo­tek mia­ła być praw­dzi­wa. Ja jed­nak, zna­jąc Vi­tel­la le­piej niż kto­kol­wiek inny, wie­dzia­łam, że jego nie­spo­koj­na na­tu­ra i ła­twość w wy­da­wa­niu pie­nię­dzy mo­gły przy­spo­rzyć mu pro­ble­mów. Ale czy od razu ta­kich, by ktoś chciał po­zba­wić go ży­cia? Po­dej­mu­jąc przy tym skom­pli­ko­wa­ną grę ro­dem z po­wie­ści Aga­thy Chri­stie – nie z Sy­cy­lii! Tu roz­pra­wia­no się z ludź­mi bru­tal­nie, w bia­ły dzień, na oczach świad­ków, po to, by za­stra­szyć, by po­ka­zać siłę i bez­kar­ność ma­fii. Wer­sję z ra­dziec­ki­mi agen­ta­mi w tle z góry od­rzu­ci­łam jako nie­po­waż­ną, zbyt bon­dow­ską. To, że w Dia­monds Are Fo­re­ver za­gra­łam jed­ną z dziew­czyn Bon­da, nie zna­czy­ło prze­cież, że An­drea szpie­gu­je na rzecz Krem­la – lub od­wrot­nie: pra­cu­je dla CIA. Mło­dy i zdro­wy męż­czy­zna zmarł na atak ser­ca. Tak, to było rze­czy­wi­ście nie­po­ko­ją­ce. Bra­ko­wa­ło ja­kie­goś śla­du, choć­by i cie­nia mo­ty­wu, dla któ­re­go ktoś chciał­by za­mor­do­wać An­dreę Vi­tel­la.

Prze­rwa­ła, się­ga­jąc po pa­pie­ro­sy i za­pal­nicz­kę le­żą­ce na pa­ra­pe­cie okna.

– At­mos­fe­rę nie­pew­no­ści pod­sy­ca­ła rów­nież sy­cy­lij­ska po­li­cja – pod­ję­ła, roz­glą­da­jąc się za po­piel­nicz­ką. Po­my­śla­łem, że dziw­ny jest spo­kój, z ja­kim re­la­cjo­nu­je mi te dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia. A może jed­nak spo­kój po­zor­ny? Zo­ba­czy­łem jej pal­ce za­ci­ska­ją­ce się na pu­deł­ku pa­pie­ro­sów. Je­śli gra, to czy­ni to per­fek­cyj­nie. W koń­cu jest ak­tor­ką. W do­dat­ku do­brą ak­tor­ką! O tym wie­dział każ­dy, kto oglą­dał jej daw­ne fil­my. – Po­li­cja wy­raź­nie nie da­wa­ła wia­ry ofi­cjal­nej wer­sji śmier­ci An­drei. Ko­mi­sarz Le­opar­di, a po­tem sę­dzia śled­czy z Pa­ler­mo, Gian­car­lo Buz­zi, ba­da­li ame­ry­kań­ski okres jego ży­cia. Oczy­wi­ście, py­ta­li tak­że o moje losy; in­te­re­so­wa­ło ich, kie­dy i w ja­kich oko­licz­no­ściach wy­je­cha­łam z Pol­ski. Wy­ja­śnie­nia, że po­pro­si­łam o pasz­port z za­mia­rem po­zo­sta­nia na Za­cho­dzie, by tu kon­ty­nu­ować ka­rie­rę ak­tor­ską, uzna­li za nie­wia­ry­god­ne. Do­sta­łam za­kaz opusz­cza­nia mia­sta do cza­su za­koń­cze­nia śledz­twa. Moje ży­cie, tak jak pro­duk­cja Wa­ka­cji ze szpie­giem, le­gło w gru­zach.

Pa­no­wie Le­opar­di i Buz­zi za­mknę­li w koń­cu śledz­two. Nie wspo­mi­na­ła­bym jed­nak o tym dziś, nie­mal rok od śmier­ci An­drei, gdy­by nie moja ostat­nia roz­mo­wa z sę­dzią Buz­zim. A tak­że gdy­by nie de­cy­zja pro­du­cen­ta Wa­ka­cji, aby wzno­wić pra­ce nad fil­mem pod no­wym kie­row­nic­twem. Już w naj­bliż­szy po­nie­dzia­łek za­czy­na­my zdję­cia w Sy­ra­ku­zach; po­tem prze­no­si­my się do Ne­apo­lu, na sto­ki We­zu­wiu­sza. – Prze­rwa­ła re­la­cję, by na­lać kawy, a po­tem za­pa­lić ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

Za­pach świe­żo pa­lo­nej kawy zmie­szał się z de­li­kat­ną wo­nią pa­pie­ro­sa. Od stro­ny Wi­sły do­bie­ga­ły da­le­kie od­gło­sy ży­cia. Na­gły po­dmuch pod­niósł ob­rus na sto­li­ku, a po­tem roz­sy­pał wło­sy ak­tor­ki. Na­strój chwi­li zmą­ci­ła na­gła wąt­pli­wość co do ko­lo­ru oczu We­ro­ni­ki. Nie by­łem dal­to­ni­stą: to, że sie­dzą­ca przede mną Ve­ro­ni­que Vi­tel­lo ma nie­bie­skie oczy, nie ule­ga­ło naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Po­dob­nie jak to, że sza­ro­zie­lo­ne oczy w ciem­nej opra­wie brwi tam­tej We­ro­ni­ki sta­no­wi­ły naj­pięk­niej­szą parę oczu, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Tam­te­go wi­do­ku nie dało się ani za­po­mnieć, ani tym bar­dziej pod­ro­bić. To, co po­wie­dzia­ła te­raz We­ro­ni­ka, skie­ro­wa­ło moją uwa­gę w inną stro­nę:

– Wy­obraź so­bie sce­nę mo­je­go roz­sta­nia z sę­dzią, si­gno­rem Gian­car­lem Buz­zim, sześć­dzie­się­cio­let­nim Sy­cy­lij­czy­kiem z ary­sto­kra­tycz­ny­mi, wbrew po­spo­li­te­mu na­zwi­sku, pre­ten­sja­mi. Prze­siąk­nię­tym za­pa­chem cy­gar, ko­nia­ku i cięż­kich, pod­par­tych piż­mem per­fum. Mó­wią­cym za­zwy­czaj li­te­rac­ką włosz­czy­zną, lecz w chwi­lach unie­sie­nia lub zde­ner­wo­wa­nia – na­der czę­stych – prze­cho­dzą­cym na dia­lekt sy­cy­lij­ski. Sko­rym do wy­kwint­nych, lecz po­wierz­chow­nych kom­ple­men­tów na rów­ni z gru­by­mi im­per­ty­nen­cja­mi. Czło­wie­kiem nie­bez­piecz­nym i pod­stęp­nym, krót­ko mó­wiąc, hra­bią Fo­sco z Ko­bie­ty w bie­li.

Buz­zi, ak­tu­al­nie pan mo­je­go ży­cia, był uj­mu­ją­co uprzej­my. Za­pro­po­no­wał ko­niak, a po­tem, nie cze­ka­jąc na zgo­dę, roz­lał tru­nek, mru­ga­jąc do mnie wiel­kim ame­ty­stem na pal­cu bia­łej, wy­pie­lę­gno­wa­nej dło­ni. Wy­cią­gnął z szu­fla­dy gru­bą tecz­kę, po­ło­żył na bla­cie biur­ka i za­stu­kał wska­zu­ją­cym pal­cem w okład­kę. „Mam tu­taj, dro­ga pani Vi­tel­lo, całe pani ży­cie, po­cząw­szy od na­ro­dzin w Pol­sce, po dzień wczo­raj­szy, kie­dy to po­sta­no­wi­łem za­mknąć spra­wę pani męża, świę­tej pa­mię­ci An­drei Vi­tel­la, na­sze­go zna­ko­mi­te­go ro­da­ka, a tak­że, o czym pani wie­dzieć nie mo­gła, człon­ka mo­jej ro­dzi­ny”.

Przy­zna­łam, że ko­li­ga­cje mo­je­go męża są mi mało zna­ne. Uro­dził się tu­taj, na Sy­cy­lii, więc siłą fak­tu mu­siał mieć licz­nych krew­nych! Hra­bia Fo­sco, czy­li sę­dzia Gian­car­lo Buz­zi, uśmiech­nął się wy­ro­zu­mia­le. „Po­mów­my te­raz o pani – oznaj­mił. – Jest w pani ży­ciu ja­kiś ta­jem­ni­czy, za­ra­zem tra­gicz­ny cień, coś, co ka­za­ło mi za­in­te­re­so­wać się pani oso­bą w stop­niu więk­szym, niż­by to wy­ni­ka­ło z oko­licz­no­ści”. I jak­by uprze­dza­jąc moje py­ta­nie, po­wie­dział: „Nie, nig­dy nie po­dej­rze­wa­łem, że mia­ła pani udział w na­głej śmier­ci An­drei Vi­tel­la. Rzecz w czymś zu­peł­nie in­nym. Otóż, po­wie­dzia­ła mi pani, że jej młod­sza sio­stra, Mi­cha­li­na Mi­koś, za­gi­nę­ła w na­der za­gad­ko­wych oko­licz­no­ściach oraz że mimo sta­rań pol­skiej po­li­cji, a tak­że krew­nych i przy­ja­ciół, los dziew­czy­ny po­zo­sta­je do dziś nie­zna­ny. Nie­praw­daż?”

Przy­tak­nę­łam. Pod­czas jed­ne­go z pierw­szych prze­słu­chań nie­opatrz­nie wy­ja­wi­łam Buz­zie­mu spra­wę Mi­cha­li­ny. Nie są­dzi­łam, że za­in­te­re­su­je go aż tak bar­dzo. „Tak, dro­ga pani Vi­tel­lo – cią­gnął sę­dzia. – Choć spra­wa za­gi­nię­cia pani sio­stry nie mo­gła mieć żad­ne­go związ­ku z tym, co wy­da­rzy­ło się tu­taj, pod­ją­łem ów wą­tek. Taki zwy­czaj czy me­to­da śled­cza, by nie po­mi­nąć ni­cze­go, choć­by nie wia­do­mo jak od­le­głe­go od pro­wa­dzo­nej spra­wy. Po­sta­no­wi­łem skon­tak­to­wać się z po­li­cją w pani kra­ju. Za­miar nie­mal sza­lo­ny, je­śli zwa­żyć wszyst­kie po­li­tycz­ne i biu­ro­kra­tycz­ne prze­szko­dy! Zwy­cię­ży­ła prze­cież moja cier­pli­wość oraz – stwierdź – my z sa­tys­fak­cją – so­li­dar­ność po­li­cji ca­łe­go świa­ta, taka nie­for­mal­na mię­dzy­na­ro­dów­ka psów śled­czych. Otrzy­ma­łem więc cał­kiem ob­szer­ny ra­port pol­skiej po­li­cji – mó­wiąc to, otwo­rzył tecz­kę i chwi­lę wer­to­wał jej za­war­tość – ra­port spi­sa­ny co praw­da w wa­szym ję­zy­ku, ale od cze­góż tłu­ma­cze? Do­wie­dzia­łem się z tego ra­por­tu spo­ro o pani, o wiel­kim uzna­niu, ja­kim cie­szy­ła się pani w swo­jej oj­czyź­nie. Po­my­śla­łem, że może szko­da, że wy­je­cha­ła pani z Pol­ski, by szu­kać szczę­ścia wła­śnie tu­taj. Ale to spra­wa po­bocz­na. Ra­port rzu­ca nie­co świa­tła na oko­licz­no­ści za­gi­nię­cia pani sio­stry. Cha­rak­te­ry­zu­je jej sy­tu­ację pry­wat­ną, oso­by, z któ­ry­mi była zwią­za­na. Na plan pierw­szy wy­su­wa się po­stać dzien­ni­ka­rza z War­sza­wy, nie­ja­kie­go Ste­fa­na Gro­dyń­skie­go, uro­dzo­ne­go, tak jak pani i sio­stra, w Kra­ko­wie. Te­goż to Gro­dyń­skie­go po­dej­rze­wa­ła zra­zu pol­ska po­li­cja. Jed­nak z bra­ku do­wo­dów dała mu w koń­cu spo­kój. Na tę de­cy­zję, być może przed­wcze­sną, wpły­nę­ła in­ter­wen­cja wy­so­ko po­sta­wio­nych osób. Tego, co praw­da, nie na­pi­sa­no w ra­por­cie, ale – mój Boże – nie tak trud­no było to wy­czy­tać mię­dzy wier­sza­mi. Pan Gro­dyń­ski jest bo­wiem – jak za­zna­czo­no – sy­nem waż­nej w wa­szym kra­ju oso­bi­sto­ści”.

We­ro­ni­ka prze­rwa­ła re­la­cję. Spo­strze­gł­szy moje po­ru­sze­nie, za­py­ta­ła, czy może mi – wzo­rem hra­bie­go Fo­sco – za­pro­po­no­wać kie­li­szek ko­nia­ku.

– Z przy­jem­no­ścią – zgo­dzi­łem się. Cze­ka­łem nie­cier­pli­wie na dal­szy ciąg opo­wie­ści.

Przed wy­jaz­dem mo­je­go bra­ta z War­sza­wy zdo­ła­łem upo­rząd­ko­wać, a gdzie tyl­ko było to moż­li­we, po­pra­wić frag­men­ty Pa­ni­ki w mie­ście. Prze­pi­sa­łem ca­łość i wy­sła­łem Fry­de­ry­ko­wi mej­lem w na­dziei, że po­mo­że mi w uzu­peł­nie­niu nie­któ­rych wąt­ków. Je­śli fik­cyj­ność sy­tu­acji ta­kich, jak roz­mo­wa We­ro­ni­ki z hra­bią Fo­sco, była oczy­wi­sta, to w in­nych miej­scach uda­ło mi się cał­kiem sku­tecz­nie – jak się oka­za­ło po trzy­dzie­stu kil­ku la­tach – prze­mie­szać fik­cję z rze­czy­wi­sto­ścią. W tej dru­giej, re­al­nej sfe­rze We­ro­ni­ka ma na imię Zu­zan­na i nie jest ak­tor­ką, lecz do­brze za­po­wia­da­ją­cą się po­et­ką. Sio­stry mają ży­dow­skie po­cho­dze­nie – oko­licz­ność, któ­rą sta­ra­łem się nie­udol­nie prze­my­cić w po­wie­ści. Pa­mię­ta­łem wy­sił­ki, aby na­głą zmia­nę na­sta­wie­nia sy­cy­lij­skie­go śled­cze­go do We­ro­ni­ki wy­tłu­ma­czyć od­kry­ciem jej ży­dow­skich ko­rze­ni i tym sa­mym praw­dzi­wej przy­czy­ny wy­jaz­du z Pol­ski. Ten frag­ment tek­stu nie za­cho­wał się. Te­mat mar­ca sześć­dzie­sią­te­go ósme­go roku oraz emi­gra­cji po­mar­co­wej sta­no­wił ab­so­lut­ne tabu; jego za­szy­fro­wa­nie to je­dy­ny ukłon w stro­nę cen­zu­ry, wy­ko­na­ny pod­czas pi­sa­nia Pa­ni­ki w mie­ście.

Ewa – pier­wo­wzór po­wie­ścio­wej Mi­cha­li­ny – szczę­śli­wie od­naj­du­je się po bli­sko trzech mie­sią­cach za­gad­ko­wej nie­obec­no­ści. Po pro­stu wra­ca do domu, do ro­dzi­ców, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło! Ewa zby­wa upar­tym i kon­se­kwent­nym mil­cze­niem wszyst­kie proś­by i żą­da­nia, by wy­ja­wi­ła przy­czy­nę swo­je­go znik­nię­cia, a tak­że miej­sce po­by­tu. Na­praw­dę też sta­je się bo­ha­ter­ką mi­li­cyj­ne­go ra­por­tu, ale głów­nie dla­te­go, że cu­dow­nie od­na­le­zio­na, od­ma­wia wy­ja­śnień po­szu­ku­ją­cym jej wcze­śniej bez­sku­tecz­nie służ­bom.

Wszyst­ko to wy­da­rzy­ło się dwa lata przed moim spo­tka­niem z do­ro­słą już Mi­cha­li­ną-Ewą, to­też nie mo­głem być po­dej­rza­nym w spra­wie jej za­gi­nię­cia. Tak­że ze mną Ewa nie roz­ma­wia­ła na te­mat owych trzy­mie­sięcz­nych wa­ka­cji, a ja po­sta­no­wi­łem nie py­tać, co przy­ję­ła z wdzięcz­no­ścią. Hi­sto­ria mo­jej przy­ja­ciół­ki skry­ła ta­jem­ni­cę, któ­rej nig­dy nie mia­łem po­znać.

Ta praw­dzi­wa hi­sto­ria przy­nio­sła nie­spo­dzie­wa­ne, ab­sur­dal­nie tra­gicz­ne za­koń­cze­nie. Ewa zgi­nę­ła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym w dro­dze z Kra­ko­wa do War­sza­wy.

Śmierć za­bra­ła więc moją Ewę, a nie po­wie­ścio­we­go męża We­ro­ni­ki!

Ty­dzień po prze­sła­niu Fry­de­ry­ko­wi wszyst­kie­go,co po­zo­sta­ło z po­wie­ści, otrzy­ma­łem pocz­to­wą prze­sył­kę – bez zwrot­ne­go ad­re­su – a w niej od­ręcz­ny list oraz po­żół­kłą ze sta­ro­ści kse­ro­ko­pię ma­szy­no­pi­su: do­kład­nie czter­dzie­ści dwie stro­ny po­cząt­ko­wych roz­dzia­łów mo­je­go utwo­ru. Osłu­pia­łem. List, pod­pi­sa­ny „Pań­ski od­da­ny czy­tel­nik, Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec, były cen­zor”, rzu­cał nie­co świa­tła na spra­wę, ale też ro­dził nowe py­ta­nia, na któ­re nie mia­łem od­po­wie­dzi:

Sza­now­ny Pa­nie Pro­fe­so­rze!

Po pew­nym wa­ha­niu zde­cy­do­wa­łem się ujaw­nić fakt, iż je­stem w po­sia­da­niu ca­ło­ści Pań­skiej po­wie­ści, któ­rej tekst zło­żo­ny zo­stał w Okrę­go­wym Urzę­dzie Kon­tro­li Pra­sy, Pu­bli­ka­cji i Wi­do­wisk w dniu 23 wrze­śnia 1976 r. (vide pie­częć i ad­no­ta­cja na stro­nie ty­tu­ło­wej). Do pod­ję­cia ta­kie­go kro­ku skło­ni­ły mnie dwa przy­najm­niej po­wo­dy: uka­za­nie się no­wej po­wie­ści Pań­skie­go au­tor­stwa, w zaj­mu­ją­cy spo­sób na­świe­tla­ją­cej ku­li­sy wy­da­rzeń lat sie­dem­dzie­sią­tych, a tak­że to, że Pań­ski mło­dzień­czy utwór, Pa­ni­ka w mie­ście (w uzgod­nio­nej przez nas wer­sji: Skan­dal w mie­ście), choć nie­po­zba­wio­ny li­te­rac­kich uste­rek, po­sia­da po­waż­ny wa­lor do­ku­men­tal­ny. Za­wie­ra lek­ko za­wo­alo­wa­ną (za­tar­te per­so­na­lia) re­la­cję o au­ten­tycz­nych zda­rze­niach, któ­re przy­pad­kiem zna­ne były – choć z in­nej stro­ny – tak­że i mnie. Wła­śnie to spra­wi­ło, że po­sta­no­wi­łem wy­ko­nać ko­pię tek­stu po­wie­ści i za­cho­wać ją dla sie­bie. Pań­ski ory­gi­nal­ny ma­szy­no­pis, zar­chi­wi­zo­wa­ny – zgod­nie z usta­wą – na lat dwa­dzie­ścia, znisz­czo­ny jed­nak zo­stał w chwi­li li­kwi­da­cji Urzę­du w 1991 lub na­stęp­nym roku.

O tym wszyst­kim za­mie­rza­łem po­in­for­mo­wać Pana pod­czas na­sze­go – nie­przy­pad­ko­we­go prze­cież – spo­tka­nia w te­le­wi­zji, lecz – jak za­pew­ne Pan pa­mię­ta – oko­licz­no­ści nie sprzy­ja­ły ta­kiej roz­mo­wie. Są­dzę, że i Pan za­in­te­re­so­wa­ny jest, aby za­cho­wać w spra­wie po­wie­ści da­le­ko idą­cą dys­kre­cję. Ujaw­nie­nie dziś jej tek­stu mo­gło­by wy­wo­łać bo­le­sne re­per­ku­sje w gro­nie osób, któ­rych do­ty­czy, a zwłasz­cza ro­dzi­ny tra­gicz­nie zmar­łej Ewy P., w chwi­li śmier­ci Pań­skiej ży­cio­wej part­ner­ki.

Jak do­wo­dzi hi­sto­ria utra­co­nej przez Pana po­wie­ści, zba­wien­ne dzia­ła­nie cen­zu­ry wi­docz­ne jest na­wet dziś, dwie de­ka­dy po jej, nie­wąt­pli­wie przed­wcze­snej, li­kwi­da­cji.

Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku…

Pierw­sze py­ta­nie, ja­kie na­su­wa­ło się po prze­czy­ta­niu li­stu Mo­raw­ca, to skąd mógł, u li­cha, wie­dzieć, że po­szu­ku­ję tek­stu Pa­ni­ki w mie­ście? Czyż­by miał do­stęp do mo­jej lub bra­ta pocz­ty elek­tro­nicz­nej? Lub ja­kieś inne źró­dła in­for­ma­cji? List „od­da­ne­go czy­tel­ni­ka” za­wie­rał też, prócz sen­sa­cyj­nych fak­tów, wy­raź­ną groź­bę. Groź­bę tym po­waż­niej­szą, że nie mia­łem po­ję­cia, ja­kie kon­kret­nie in­for­ma­cje za­war­te w po­wie­ści mo­gły­by „wy­wo­łać bo­le­sne re­per­ku­sje” wśród bli­skich mi kie­dyś lu­dzi? Z ro­dzi­ca­mi Ewy nie mia­łem kon­tak­tu od wie­lu lat. Nie wie­dzia­łem na­wet, czy jesz­cze żyją. Jej sio­stra, Zu­zan­na, znik­nę­ła mi z oczu wkrót­ce po po­grze­bie Ewy. Ze wzmia­nek pra­so­wych mo­głem się je­dy­nie do­wie­dzieć, że wy­da­ła w Rzy­mie dwa lub trzy to­mi­ki po­ezji, z któ­rych ob­szer­ny wy­bór prze­ło­żo­ny zo­stał na wło­ski i na­gro­dzo­ny pre­sti­żo­wym po­etyc­kim waw­rzy­nem. Było to w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych. I to wszyst­ko… Żad­na z ksią­żek Zu­zan­ny nie wpa­dła mi w ręce. Zresz­tą, nie sta­ra­łem się o to.

Czy jed­nak tyl­ko sio­stry Zu­zan­nę i Ewę miał na my­śli au­tor li­stu, wska­zu­jąc na krąg osób, któ­re do­tknąć mo­gła­by pu­bli­ka­cja Pa­ni­ki w mie­ście? A je­śli Mo­ra­wiec pod­su­wa mi fał­szy­wy trop, je­śli na­praw­dę cho­dzi o ro­dzi­ny dy­gni­ta­rzy w nie naj­lep­szym świe­tle uka­za­nych w po­wie­ści? Co da­lej? Czy i jak za­re­ago­wać na list Mo­raw­ca? Cze­kać bez­czyn­nie, od­da­jąc ini­cja­ty­wę eks­cen­zo­ro­wi? Za­sta­na­wia­łem się, czy list sta­no­wi za­po­wiedź szan­ta­żu, i co zro­bić, je­że­li oka­że się to praw­dą. Mej­lo­wa­łem do Fry­de­ry­ka, py­ta­jąc, co on uczy­nił­by na moim miej­scu. Na wszel­ki też wy­pa­dek po­wia­do­mi­łem o wszyst­kim Jo­an­nę. Moja żona, jak ła­two mo­głem prze­wi­dzieć, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­wie­dzia­ła: „Pij piwo, któ­re­go so­bie kie­dyś na­wa­rzy­łeś”. Nie, nie była już za­zdro­sna o Ewę i tam­tą hi­sto­rię, ale też nie za­mie­rza­ła an­ga­żo­wać się w moją wal­kę z cie­nia­mi prze­szło­ści.

„Od­da­ny czy­tel­nik” spra­wił, że jak po pierw­szym z nim spo­tka­niu za­pra­gną­łem od­zy­skać Pa­ni­kę w mie­ście, tak te­raz naj­chęt­niej za­po­mniał­bym o utra­co­nej po­wie­ści. Tyl­ko We­ro­ni­ka, spo­glą­da­ją­ca na mnie raz zie­lo­ny­mi, in­nym zaś ra­zem nie­bie­ski­mi oczy­ma, nie da­wa­ła mi od­tąd spo­ko­ju.

*

Ten po­kój wy­glą­dał jak kaf­kow­ska sce­no­gra­fia: cia­sne i dusz­ne po­miesz­cze­nie po­zba­wio­ne okien, wy­peł­nio­ne po po­chy­ły su­fit re­ga­ła­mi ksią­żek i sza­rych te­czek. Brud­ne świa­tło są­czą­ce się z su­fi­tu. Czło­wie­czek za biur­kiem przy­glą­da­ją­cy mi się z nie­skry­wa­nym roz­ba­wie­niem.

– Na­praw­dę są­dził pan, że będę szan­ta­żo­wał pana tymi oto mło­dzień­czy­mi eja­ku­la­cja­mi? – po­ma­chał jed­nym z pli­ków pa­pie­rów wa­la­ją­cych się po sto­le. – Co za non­sens! Jak mógł pan, pro­fe­so­rze, od­czy­tać tak mój za­miar, zde­za­wu­ować moją mi­sję!

– Pań­ską mi­sję, pa­nie Mo­ra­wiec? Nie ro­zu­miem…

– Szla­chet­ną mi­sję by­łe­go cen­zo­ra, pań­skie­go naj­star­sze­go i naj­wier­niej­sze­go czy­tel­ni­ka!

– Do­ce­niam tę pań­ską rolę! Do­ce­niam też fakt, że dzię­ki panu od­zy­ska­łem tekst po­wie­ści, któ­rą uzna­łem za bez­pow­rot­nie za­gi­nio­ną. Nie ro­zu­miem jed­nak mo­ty­wu pań­skie­go dzia­ła­nia. Po co ten cały trud, wi­zy­ta w te­le­wi­zji i dwu­znacz­ne w tre­ści li­sty? Po co wresz­cie we­zwał mnie pan do sie­bie?

– To wszyst­ko wła­śnie mie­ści się w mi­sji, o któ­rej wspo­mnia­łem przed chwi­lą.

Od po­cząt­ku wi­zy­ty w domu Jana Krzysz­to­fa Mo­raw­ca, do któ­rej zmu­si­ły mnie jego ko­lej­ne li­sty, mia­łem wra­że­nie, że jest sza­leń­cem. Jak bar­dzo nie­bez­piecz­nym dla mnie – i dla in­nych w po­dob­nej do mnie sy­tu­acji – to mia­ło się do­pie­ro oka­zać.

Mo­ra­wiec wstał z krze­sła, sta­nął ty­łem do biur­ka, na któ­rym le­żał ma­szy­no­pis mo­jej Pa­ni­ki w mie­ście. Ra­czej resz­ta ma­szy­no­pi­su, bo zdą­żył już prze­słać mi w ra­tach do­bre dwie trze­cie tek­stu. Jed­nak naj­waż­niej­sza część, za­wie­ra­ją­ca wy­ja­śnie­nie ta­jem­ni­cy obu sióstr, po­zo­sta­wa­ła wciąż w rę­kach eks­cen­zo­ra. Po­chy­lił się nade mną, zy­sku­jąc tym sa­mym do­dat­ko­wą prze­wa­gę:

– Dro­gi pa­nie pro­fe­so­rze, a czyż nie jest praw­dzi­wą mi­sją to, co ro­bi­łem jako cen­zor, ale tak­że to, czym zaj­mu­ję się dziś?

– Cóż, je­śli za mi­sję uwa­ża pan spra­wo­wa­nie wła­dzy nad twór­ca­mi, a po­śred­nio nad spo­łe­czeń­stwem, to oczy­wi­ście ro­zu­miem…

Prze­rwał mi gniew­nie, pierw­szy raz od po­cząt­ku roz­mo­wy:

– „Spra­wo­wa­nie wła­dzy”, „wszech­wład­na cen­zu­ra”? To fra­ze­sy, su­ro­ga­ty my­śli! Wstyd mi za pana, pa­nie pro­fe­so­rze!

Chcia­łem re­pli­ko­wać, ale nie do­pusz­czał mnie do gło­su.

– Nie po­jął pan w ogó­le isto­ty cen­zu­ry, jej za­sad­ni­cze­go za­da­nia. Nie do­strzegł pan, że bez to­ni­zu­ją­ce­go dzia­ła­nia cen­zu­ry świat był­by jesz­cze gor­szy, niż jest w isto­cie.

Uda­ło mi się w koń­cu po­wie­dzieć, że sły­sza­łem już to wszyst­ko i by da­ro­wał so­bie dal­szą agi­ta­cję. Jed­nak on nie­zra­żo­ny cią­gnął:

– To nie cen­zu­ra po­sia­da­ła i spra­wo­wa­ła wła­dzę, pa­nie pro­fe­so­rze! Jej rola była wy­bit­nie słu­żeb­na za­rów­no wo­bec wła­dzy po­li­tycz­nej, jak i sa­mych twór­ców, a po­przez oba te pod­mio­ty wo­bec spo­łe­czeń­stwa. Cen­zu­ra mia­ła nie wła­dzę, lecz wła­śnie mi­sję! Nie ona po­dej­mo­wa­ła de­cy­zje o tre­ści ga­zet, ksią­żek, fil­mów i spek­ta­kli te­atral­nych! Weź­my za przy­kład pań­ską książ­kę. Stra­te­gicz­ną, a więc po­li­tycz­ną, de­cy­zję o jej dru­ku pod­jął re­dak­tor na­czel­ny spół­dziel­ni wy­daw­ni­czej So­jusz. Po­sta­no­wił dru­ko­wać tę całą Pa­ni­kę w mie­ście, mimo wszyst­kie jej wady, błęd­ne tre­ści, nie­spra­wie­dli­we oskar­że­nia, nie­dy­skre­cje wresz­cie. Do pra­cy nad tym ułom­nym tek­stem usiadł te­raz re­dak­tor. Pro­szę przy­znać – zro­bił, co mógł, by nie tyl­ko usu­nąć błę­dy, udo­sko­na­lić ję­zyk, lecz tak­że zmie­nić to i owo. Czyż nie tak?

Przy­tak­ną­łem, pro­sząc jed­nak, by nie ro­bił mi wy­kła­du na te­mat pro­duk­cji książ­ki.

– A więc to ów skrom­ny re­dak­tor był de fac­to pierw­szym pana cen­zo­rem! Co więc ro­bił sto­ją­cy tu przed pa­nem Jan Krzysz­tof Mo­ra­wiec? Mnie w tym przed­się­wzię­ciu przy­pa­dła rola ty­leż skrom­na, co ko­niecz­na. Ko­niecz­na – ro­zu­mie pan? Mia­łem, wraz z pa­nem, za­de­cy­do­wać o osta­tecz­nym kształ­cie książ­ki, spra­wić, by wyj­ścio­wy pro­dukt – pań­ski ma­szy­no­pis – zy­skał peł­ną do­sko­na­łość, by mógł tra­fić do rąk naj­bar­dziej na­wet wy­ma­ga­ją­ce­go czy­tel­ni­ka. A pan co zro­bił, pa­nie Pa­sterz? – za­py­tał z wy­raź­nym bó­lem. – Swo­im nie­wcze­snym bun­tem, nie­zgo­dą na mą­dre, spraw­dzo­ne re­gu­ły gry znisz­czył to wszyst­ko!

Od­par­łem, że nie ża­ło­wa­łem tego, co się sta­ło, i nadal nie za­mie­rzam ża­ło­wać.

– Bzdu­ra! W głę­bi du­szy ża­łu­je pan, lecz nie chce tego oka­zać. A był już pan na do­brej dro­dze. Przy­kła­dem owe pas­su­sy, któ­re pod­dał pan zba­wien­nej au­to­cen­zu­rze, do­ty­czą­ce ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia dziew­cząt z Pod­gó­rza. Unik­nął pan do­słow­no­ści w eks­po­zy­cji te­ma­tu. Mo­że­my tyl­ko się do­my­ślać, że We­ro­ni­ka, wdo­wa po An­drei Vi­tel­lu, jest Ży­dów­ką: wy­je­cha­ła wszak z Pol­ski w sześć­dzie­sią­tym ósmym. Dzię­ki temu „za­wie­sze­niu” po­ja­wić się mo­gła sub­tel­na, iro­nicz­na sce­na z hra­bią Fo­sco, jed­na z naj­lep­szych w pań­skiej po­wie­ści! Sę­dzia śled­czy, fał­szy­wy ary­sto­kra­ta z Sy­cy­lii, jest Ży­dem – tak jak jego pier­wo­wzór z Ko­bie­ty w bie­li. Jak w po­wie­ści Col­lin­sa, tak i u pana nig­dzie nie zo­sta­ło to wprost po­wie­dzia­ne. Po­wstał cie­ka­wy su­spens; zro­dzi­ła się ta­jem­ni­ca, któ­rej roz­wi­kła­nie mógł pan po­zo­sta­wić czy­tel­ni­ko­wi. W ta­kich mo­men­tach – i tyl­ko ta­kich – ro­dzi się praw­dzi­wa li­te­ra­tu­ra. Resz­ta to pu­bli­cy­sty­ka, li­te­ra­tu­ra użyt­ko­wa, Zwec­kli­te­ra­tur, jak mó­wią Niem­cy!

Nie za­sko­czył mnie tym wy­wo­dem, ale do­wiódł, że ro­zu­mie pi­sar­skie rze­mio­sło. No, w koń­cu był cen­zo­rem dzieł li­te­rac­kich, a nie wia­do­mo­ści agen­cyj­nych. Mo­ra­wiec, pra­wi­dło­wo od­czy­taw­szy moją re­ak­cję, ata­ko­wał da­lej:

– Za­prze­pa­ścił pan swo­ją pi­sar­ską ka­rie­rę, spra­wił, że ko­lej­na po­wieść po­wsta­ła nie dwa, trzy lata póź­niej, lecz cze­kać mu­sia­ła ca­łych trzy­dzie­ści pięć lat! Tyle zmar­no­wa­ne­go cza­su! A w jak nie­ko­rzyst­nych wa­run­kach ro­dzi­ła się ta nowa po­wieść…

– O tak! Bez au­to­cen­zu­ry, re­dak­to­ra-cen­zo­ra, bez cen­zo­ra Mo­raw­ca z My­siej – iro­ni­zo­wa­łem. Nie­po­trzeb­nie, bo pora była za­koń­czyć dys­ku­sję z fa­na­tycz­nym obroń­cą prze­brzmia­łych ra­cji. Po­sta­no­wi­łem cier­pli­wie wy­słu­chać go do koń­ca, o nic nie py­tać, i po­pro­sić o ostat­ni frag­ment Pa­ni­ki w mie­ście.

Mo­ra­wiec, ku memu za­sko­cze­niu, nie po­wie­dział już nic wię­cej. W mil­cze­niu wrę­czył mi ma­szy­no­pis.

– A jed­nak – po­wie­dzia­łem, wa­żąc w ręku stro­ny za­wie­ra­ją­ce roz­wią­za­nie wszyst­kich in­try­gu­ją­cych mnie za­ga­dek – ocze­ku­je pan cze­goś jesz­cze poza uzna­niem dla swo­jej cen­zor­skiej mi­sji. A więc, cze­go?

– Och – spu­ścił skrom­nie oczy – w tym za­wie­ra się już wszyst­ko!

– Kon­kret­nie zaś, co jesz­cze?

– Kon­ty­nu­acja współ­pra­cy, pa­nie pro­fe­so­rze. Kon­ty­nu­acja…

Do widzenia, przyjacieluMARCIN WROŃSKI

1925 r., 29 grud­nia, w kost­ni­cy Szpi­ta­la Obu­chow­skie­go prze­pro­wa­dzo­no otwar­cie zwłok oby­wa­te­la Ser­giu­sza Alek­san­dro­wi­cza Je­sie­ni­na i usta­lo­no: De­nat, 30 l., zwło­ki pra­wi­dło­wo roz­wi­nię­te, do­brze od­ży­wio­ne, po­wło­ka skór­na bla­da; oczy za­mknię­te, źre­ni­ce rów­no­mier­nie roz­sze­rzo­ne; otwo­ry no­so­we droż­ne; usta za­ci­śnię­te, ko­niu­szek ję­zy­ka przy­ci­śnię­ty zę­ba­mi; brzuch gład­ki; or­ga­ny płcio­we – w nor­mie; otwór stol­co­wy czy­sty […]. Na pod­sta­wie da­nych z otwar­cia zwłok na­le­ży stwier­dzić, że śmierć Je­sie­ni­na na­stą­pi­ła w wy­ni­ku as­fik­sji, wy­wo­ła­nej uci­skiem na dro­gi od­de­cho­we przez po­wie­sze­nie.

bie­gły me­dy­cy­ny są­do­wej Gi­la­rew­ski1

Mon­gol­ska Re­pu­bli­ka Lu­do­wa, 30 km od Ba­jan­chon­gor, 1927

Ja­kow Blum­kin, głów­ny in­struk­tor bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­ne­go, wy­chy­lił sta­ka­na i z bra­ku chle­ba, któ­ry mógł­by przy­tknąć do nosa, za­sło­nił twarz dło­nią. Ostro wo­nia­ła po­tem i słod­ko krwią ze świe­żej rany na pra­wym kciu­ku.

– Nie­do­brze wam? – za­py­tał Tho­mas Cohn, po­dob­no ko­re­spon­dent „New York Ti­me­sa”.

Pili rów­no, ale chuj ro­zu­miał! Tak samo jak nie­przy­tom­na od wód­ki Mon­goł­ka, któ­rą li­te­rek wcze­śniej Blum­kin wy­obra­cał na oczach Ame­ry­kań­ca. Użar­ła w pa­lec, bladź, może nie trze­ba było pchać go jej w usta… Jed­nak głów­ny in­struk­tor do spraw bez­pie­czeń­stwa nie lu­bił słu­chać bab­skich ję­ków, lu­bił za to Mon­goł­ki. Bo chuj ro­zu­mia­ły.

– Pij­że ze mną suko par­szy­wa – tak mó­wił jej po­tem i na­le­wał. Ame­ry­ka­niec śmiał się z przy­mu­sem, bo znał ro­syj­ski, a Mon­goł­ka śmia­ła się szcze­rze, bo ani sło­wa. – Pij­że ze mną./ Wy­ko­cha­li cię, wy­ta­rza­li / Do nie­moż­li­wo­ści. / Co tak pa­trzysz si­wy­mi śle­pia­mi? / Chcesz w pysk, nie dość ci? / Na stra­szy­dło by cię do sadu, / Wy­stra­szać wro­ny. / Aż do trze­wi żeś mi do­ja­dła, / Na wszyst­kie stro­ny – de­kla­mo­wał, aż kur­wa po­szła spać, a jemu wód­ka po­szła nie w tę dziur­kę.

– Źle się po­czu­li­ście? – po­wtó­rzył Cohn.

– Po­wiedz ty mi, John, Phil czy jak ty się tam na­praw­dę na­zy­wasz… – Były cze­ki­sta od­chrząk­nął i na­peł­nił szklan­ki. – Po­wiedz, kto cię tam u im­pe­ria­li­stów na­uczył na­szej po­etyc­kiej mowy. Albo nie, to póź­niej! Te­raz mi po­wiedz, cze­go ty na­praw­dę chcesz.

– Mó­wi­łem, zbie­ram ma­te­ria­ły do bio­gra­fii Isa­do­ry Dun­can – zdzi­wił się dzien­ni­karz.

– A mnie co do tego? – prych­nął in­struk­tor bez­pie­czeń­stwa.

– Mó­wi­łem, zna­li­ście jej męża, Je­sie­ni­na.

Ależ upar­ty, jak dziec­ko! Blum­kin wło­żył cien­ką szczap­kę w żar ogni­ska i za­pa­lił dłu­gą faj­kę.

– Zna­łem? Ja wciąż znam Je­sie­ni­na.

Ame­ry­ka­niec za­stygł zdzi­wio­ny z pa­pie­ro­sem do­pie­ro co we­tknię­tym do ust.

– Ach… jaka noc! Aż oczy rwie! / Nie za­snę. Blask i tu się wci­ska./ Czy tle­je wciąż na ser­ca dnie / Mło­do­ści utra­co­nej iskra? – za­de­kla­mo­wał Blum­kin, znów z pa­mię­ci. – Czło­wiek zdy­cha, ale po­ezja za­wsze żywa. Nie uczą was tego w szko­łach w tej Ame­ry­ce? Wy­pij, Hen­ry, Bil­ly czy jak ty się tam na­praw­dę na­zy­wasz. Też mógł­bym na­pi­sać książ­kę, gdy­by mi się chcia­ło. Ale o Je­sie­ni­nie. Tyl­ko nie wiem, co to ma do tej two­jej Isa­do­ry.

Cohn po­pił wód­kę zim­ną her­ba­tą, po któ­rej pły­wa­ły oka tłusz­czu, jak to w Mon­go­lii. Błąd, po­rzy­ga się, daw­ny cze­ki­sta był tego pe­wien. A jed­nak Ame­ry­ka­nin otarł usta i za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Mó­wi­łem już, wy mi opo­wie­cie o Je­sie­ni­nie, a ja już so­bie wy­bio­rę, cze­go będę po­trze­bo­wał w kon­tek­ście bio­gra­fii Dun­can.

– W kon­tek­ście? A nie po li­nii? – Blum­kin wy­pił i kiw­nię­ciem gło­wy po­na­glił dzien­ni­ka­rza. – No, sko­ro po trzy­kroć mó­wi­cie, że­ście mó­wi­li, to­ście od­waż­ni. – Za­re­cho­tał, na­praw­dę uba­wio­ny. Chciał­by zo­ba­czyć swo­je­go kom­pa­na w OGPU, chciał­by usły­szeć, w co tam zmie­nia się jego „mó­wi­łem już”. Wła­ści­wie wy­star­czy­ło­by wyjść z jur­ty i wy­dać ko­men­dę, a sam mógł­by to spraw­dzić, jed­nak mu się nie chcia­ło. Ame­ry­ka­niec był po­ciesz­ny. „Mó­wi­łem już”! To w ję­zy­ku ro­syj­skim ist­nie­je ta­kie wy­ra­że­nie? Blum­kin daw­no go nie sły­szał. – Niech wam bę­dzie. I po­to­ście przy­je­cha­li do Mon­go­lii?

– Nie, no prze­cież wie­cie, że je­stem ko­re­spon­den­tem pra­so­wym. Mó­wi­łem, że…

– Czwar­ty raz? Wy już le­piej nic nie mów­cie. Ja wam po­wiem.

Za­kau­ka­ska Fe­de­ra­cyj­na So­cja­li­stycz­na Re­pu­bli­ka So­wiec­ka, Baku, 1924

„Uwa­żaj­cie na Je­sie­ni­na”, ra­dzo­no życz­li­wie Blum­ki­no­wi, a on – w za­leż­no­ści od tego, kto ra­dził – albo dzię­ko­wał z głu­pim uśmie­chem, albo ka­zał pil­no­wać swo­jej ro­bo­ty.

Jako peł­no­moc­nik po­li­tycz­ny OGPU na Za­kau­ka­ziu sam naj­le­piej wie­dział, na co i na kogo uwa­żać.

Po­etę po­znał kil­ka lat wcze­śniej w Mo­skwie przez swo­ją dru­gą żonę, Ta­tia­nę. Sły­sząc na­zwi­sko Blum­kin, ja­sno­wło­sy chło­pak prze­cze­sał pal­ca­mi swo­je gę­ste loki, jak­by usi­ło­wał so­bie coś przy­po­mnieć. Kie­dy jed­nak oczy cze­ki­sty, ukry­te głę­bo­ko, ocie­nio­ne czar­ny­mi brwia­mi ni­czym zsu­nię­tym ni­sko dasz­kiem czap­ki, spo­tka­ły się z ocza­mi po­ety, w tych ostat­nich nie było już tej za­du­my.

– Blum­kin? – za­py­tał z te­atral­nym zdzi­wie­niem. – Sam Blum­kin?

– Czło­wiek, któ­ry w ludz­kim tłu­mie / Za­strze­lił ce­sar­skie­go po­sła, / Pod­szedł, by mi uści­snąć rękę / I za me wier­sze po­dzię­ko­wać – wy­re­cy­to­wał z pa­mię­ci Gu­mi­lo­wa.2

– To wy­ście na­pi­sa­li, Sier­gie­ju Alek­san­dro­wi­czu? – wy­rwał się z za­chwy­tem ja­kiś idio­ta, je­den z tych wi­ją­cych się przy po­ecie mło­dych pa­dal­ców.

Je­sie­nin nie od­po­wie­dział. Od­wró­cił się tyl­ko i wła­ści­wie na­wet bez za­ma­chu wy­rżnął go pię­ścią w pysk. Nie­far­tow­ny przy­po­chleb­ca upadł na sto­lik, zrzu­ca­jąc za­sta­wę i kie­lisz­ki. Pierw­sza za­czę­ła się śmiać Ta­tia­na, więc i Blum­ki­no­wi było nie­zręcz­nie od­wró­cić się na pię­cie i wyjść, by na­pi­sać sto­sow­ny mel­du­nek do OGPU. Niby przy­jem­nie być bo­ha­te­rem wier­szy nie naj­gor­sze­go w koń­cu po­ety, ale po­ety roz­strze­la­ne­go za kontr­re­wo­lu­cję? To cał­kiem inna spra­wa.

Złość nie prze­szła Blum­ki­no­wi na­wet po trzech wód­kach, kie­dy jed­nak Sie­rio­ża za­czął czy­tać przy sto­li­ku frag­men­ty pi­sa­ne­go wła­śnie Pu­ga­czo­wa…

„Po­wie­si­my go i chuj!”, peł­no­moc­nik po­li­tycz­ny przy­po­mniał so­bie wers, któ­ry nie zna­lazł się w dru­ku, ale wte­dy w ka­wiar­ni wy­brzmiał moc­no.

Kil­ka dni po tym wie­czo­rze Je­sie­nin prze­pra­szał za swo­ją głu­pią pro­wo­ka­cję: że niby wy­pił za dużo, a wśród swo­ich, sa­mych wy­pró­bo­wa­nych przy­ja­ciół, to „sami wie­cie, Ja­ko­wie Gri­go­rie­wi­czu”… Po­ży­czył sto ru­bli, ale gdy na­stęp­ne­go dnia miał od­dać, Blum­kin za­stał go znów kom­plet­nie za­la­ne­go. Na wi­dok wie­rzy­cie­la pod­niósł się zza sto­li­ka, ale ani na chwi­lę nie prze­stał ob­ma­cy­wać cyc­ków wpa­trzo­nej w nie­go czar­no­bre­wej Gru­zin­ki.

– A chcesz, cud­na ty moja, po­pa­trzeć, jak roz­strze­li­wu­ją w Cze­ka?! – wy­darł się. Szko­da, że nie na całą knaj­pę! – Ja ci to przez Blum­ki­na za­ła­twię w jed­ną mi­nut­kę.

Wy­ba­czył po­ecie, bo praw­dę mó­wiąc, wca­le nie przy­szedł po te głu­pie sto ru­bli. By­wa­ło, prze­słu­chi­wał, a ja­kieś skom­lą­ce zda­nie po­dej­rza­ne­go na­su­wa­ło mu na myśl Je­sie­ni­now­ską fra­zę; by­wa­ło, szu­kał cze­goś w kar­to­te­ce i na­gle mi­gał mu przed ocza­mi, w po­wi­do­ku, opa­da­ją­cy na czo­ło ja­sny lok Sie­rio­ży.

A te­raz ra­zem ba­wi­li w Baku: szpic­le, dziw­ki, do­brze, że cho­ciaż je­den uda­ny po­eta! Tak, my­ślał Blum­kin, wcho­dząc po ho­te­lo­wych scho­dach i dzwo­niąc klu­czem jak straż­nik wię­zien­ny, w każ­dej Ro­sji, tym bar­dziej w so­wiec­kiej, cho­ciaż je­den po­eta jest po­trzeb­ny…

Zdzi­wił się, bo po­kój za­stał otwar­ty. Ta­tia­ny nie było, ale na łóż­ku le­ża­ła jej przy­go­to­wa­na na wie­czór su­kien­ka, na sto­le to­reb­ka. Zaj­rzał do niej, oczy­wi­ście zo­sta­wi­ła port­mo­net­kę. W Baku nie krad­ną jak w Mo­skwie, mimo wszyst­ko… Nie zdą­żył się jesz­cze za­sta­no­wić, co po­wie żo­nie, gdy usły­szał jej krzyk z są­sied­nie­go po­ko­ju, zaj­mo­wa­ne­go przez Je­sie­ni­na. Wy­szarp­nął re­wol­wer i wy­biegł na ko­ry­tarz. Do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że drzwi Sie­rio­ży są uchy­lo­ne. Pchnął je z roz­ma­chem.

Ta­tia­na, ubra­na w let­nią pli­so­wa­ną su­kien­kę, trzy­ma­ła w dło­ni brzy­twę męża. Je­sie­nin, w roz­cheł­sta­nej ko­szu­li i roz­pię­tych spodniach, któ­re krę­po­wa­ły mu kost­ki, ści­skał ją za nad­garst­ki i pró­bo­wał wy­trą­cić ostrze.

– Ty dra­niu, ty skur­wy­sy­nu, ty pe­da­le! – wyła Ta­tia­na.

Blum­kin bez sło­wa chwy­cił wpół roz­hi­ste­ry­zo­wa­ną żonę. Od­cią­ga­jąc ją, zo­ba­czył po­wierz­chow­ną ranę na pier­si Sie­rio­ży.

– Co tu się dzie­je, do cho­le­ry? – za­py­tał.

– A ja cię tak ko­cha­łam! – krzyk­nę­ła Ta­tia­na, lecz ani spoj­rza­ła na Ja­ko­wa.

Do­pie­ro po chwi­li były cze­ki­sta zro­zu­miał, dla­cze­go te sło­wa nie były skie­ro­wa­ne do nie­go. Resz­ty do­my­ślił się, za­uwa­ża­jąc ką­tem oka wy­peł­za­ją­ce­go spod sto­li­ka Wol­fa Er­li­cha, tego mło­de­go przy­stoj­nia­ka, któ­ry włó­czył się za po­etą jak cień, od­kąd ten po­rzu­cił Isa­do­rę Dun­can i wró­cił do Ro­sji.

Trzep­nię­ta na od­lew lewą dło­nią żona upa­dła na sofę. Blum­kin schy­lił się i pod­niósł upusz­czo­ną brzy­twę.

– Sie­rio­ża – od­wo­dzo­ny ku­rek na­ga­na szczęk­nął mu nie­przy­jem­nie pod pal­cem – wy­myśl ja­kiś do­bry po­wód, że­bym cię roz­wa­lił. I le­piej się z tym po­spiesz.

Ta­tia­na szlo­cha­ła, ką­tem oka Blum­kin wi­dział ją sku­lo­ną na pod­ło­dze. Je­sie­nin stał przed nim, pa­trzył pro­sto w lufę re­wol­we­ru i mil­czał, nie pod­cią­gnąw­szy na­wet spodni.

– Ja­kow, to moja wina – wy­skam­lał Er­lich. Na ko­la­nach zbli­żył się do daw­ne­go cze­ki­sty. – Pro­szę cię, nie strze­laj do nie­go.

– Won! – zde­cy­do­wał Blum­kin, cho­wa­jąc broń do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Zła­pał Er­li­cha za koł­nierz i wy­ko­pał na ko­ry­tarz. – A ty, bla­dzio pa­ry­ska, o co mnie po­pro­sisz? – Chwy­cił Ta­tia­nę za wło­sy i zmu­sił, by na nie­go spoj­rza­ła. – Może że­bym ci po­zwo­lił skoń­czyć to, co Wolf tak miło roz­po­czął? Do po­ko­ju! – Ją tak­że wy­rzu­cił za drzwi.

A Je­sie­nin tyl­ko stał i pa­trzył, lek­ko się uśmie­cha­jąc. Zu­peł­nie jak­by Blum­kin nie od­gry­wał so­wiec­kie­go Otel­la, ale był na­der uprzej­mą cy­ca­tą kel­ner­ką z re­stau­ra­cji na par­te­rze.

– Co mam ci po­wie­dzieć, Ja­kow? – ode­zwał się wresz­cie. – Wiesz, że jak mnie cza­sem naj­dzie…

– Ty le­piej nic nie mów – prze­rwał mu daw­ny cze­ki­sta – tyl­ko pisz.

– Prze­pra­szam – do­bie­gło go, za­nim trza­snął drzwia­mi.

Na chwi­lę za­trzy­mał się zdzi­wio­ny na pu­stym już ko­ry­ta­rzu. „Prze­pra­szam”? To Je­sie­nin znał ta­kie sło­wa?

Chwi­lę póź­niej zdzi­wił się rów­nież Er­lich, ale znacz­nie mniej przy­jem­nie, gdy Blum­kin wpadł do jego po­ko­ju i znów wy­cią­gnął na­ga­na.

– Nie bój się, nie za­bi­ję. – Po­ło­żył re­wol­wer na sto­le. – Weź to i daj Sie­rio­ży.

– Re­wol­wer? – wy­ce­dził nie­szczę­sny ad­o­ra­tor.

– Nie, pacz­kę kon­do­mów! Niech ma do obro­ny na wy­pa­dek, gdy­by ja­kaś inna dziw­ka… Za go­dzi­nę jest po­ciąg do Ty­fli­su. Ma­cie obaj do nie­go wsiąść i znik­nąć mi z oczu, po­niał?

– Bar­dzo ci dzię­ku­ję, Ja­kow.

Blum­kin miał wiel­ką chęć rzu­cić go na pod­ło­gę i te­raz do­pie­ro na se­rio wziąć pod ob­ca­sy. Tak sko­pać, jak na­wet na Łu­bian­ce nie po­tra­fią!

– Tyl­ko się nie roz­płacz! – wark­nął. – Dasz mu broń do­pie­ro w Ty­fli­sie. I nie po­wiesz, że to ode mnie. Je­śli się do­wiem, że chlap­ną­łeś ozo­rem…

– Zro­bię, co so­bie ży­czysz – obie­cał Er­lich.

Do­pie­ro kie­dy po kil­ku wód­kach wy­pi­tych w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji Blum­kin wró­cił do swo­je­go po­ko­ju, zro­bił to, cze­go na­praw­dę so­bie ży­czył. I co wca­le nie zdzi­wi­ło cze­ka­ją­cej tam po­słusz­nie Ta­tia­ny. Były en­ka­wu­dzi­sta wy­szarp­nął pa­sek ze szlu­fek spodni i za­czął bić.

– Liżą wszyst­kie psy po ko­lei / Sukę ocie­ka­ją­cą so­kiem. / Więc dla­cze­go ta za­zdrość mnie zżar­ła? / Więc dla­cze­go ja tak się gnę­bię? – de­kla­mo­wał przy tym. I z jed­nej stro­ny był rad, że Je­sie­nin i za­ko­cha­ny w nim Er­lich od­jeż­dża­ją, z dru­giej jak­że pra­gnął, aby Sie­rio­ża go te­raz wi­dział!

Ro­syj­ska Fe­de­ra­cyj­na So­cja­li­stycz­na Re­pu­bli­ka So­wiec­ka, Le­nin­grad, 1925

– Wy naj­le­piej ro­zu­mie­cie, Ja­ko­wie Gri­go­rie­wi­czu, ja­kie to od­po­wie­dzial­ne za­da­nie…

O, Ja­kow Gri­go­rie­wicz Blum­kin bar­dzo lu­bił, gdy tak za­czy­na­no z nim roz­mo­wę! Mógł wte­dy zro­bić minę ży­wej le­gen­dy czer­wo­ne­go ter­ro­ru i wal­ki z kontr­re­wo­lu­cją; tyl­ko brać od­lew i sta­wiać po­mnik. Mógł też bar­dzo na­tu­ral­nie i kon­se­kwent­nie uda­wać idio­tę.

– Wy czy­ta­li­ście o mnie i wy do­brze wie­cie, że wszyst­ko bym zro­bił dla to­wa­rzy­sza Dzier­żyń­skie­go. – Na­dął się przed ogie­pe­usz­ni­kiem, wy­ce­lo­wał zim­ne spoj­rze­nie w jego po­więk­szo­ne przez oku­la­ry śle­pia. – Py­ta­nie, czy je­stem naj­lep­szym czło­wie­kiem do tego za­da­nia.

– Jak to nie je­ste­ście naj­lep­szym? – Męż­czy­zna, któ­ry mógł­by być jego oj­cem, ale gdy Blum­kin wal­czył, prze­rzu­cał pew­nie pa­pier­ki, spoj­rzał na nie­go jak wsio­wa baba na iko­nę Zba­wi­cie­la. Nie było mu to w smak, ale ani nie mru­gnął, do­brze wy­uczy­li su­kin­sy­na!

– A tak, Sie­mio­nie Iwa­no­wi­czu, czło­wiek to tyl­ko na­rzę­dzie. – Blum­kin po­kor­nie po­ki­wał gło­wą. – Do­brze się za­sta­no­wić, któ­re na­rzę­dzie naj­lep­sze, to nasz bol­sze­wic­ki obo­wią­zek. Bo spra­wa wy­glą­da tak: trze­ba po­je­chać do Mo­skwy i po­rwać Je­sie­ni­na z domu wa­ria­tów.

– Nie, w żad­nym ra­zie po­rwać! – wy­stra­szył się ogie­pe­usz­nik. – Skło­nić do opusz­cze­nia kli­ni­ki i wy­jaz­du do Le­nin­gra­du.

– Tak, wy­bacz­cie, za­brać go do Le­nin­gra­du i dys­kret­nie prze­słu­chać. Skło­nić, jak to wy mó­wi­cie, by od­dał do­ku­men­ty, któ­re rze­ko­mo ma i któ­re rze­ko­mo ob­cią­ża­ją to­wa­rzy­sza Sta­li­na. Co praw­da trud­no mi so­bie wy­obra­zić, aby co­kol­wiek mo­gło na­praw­dę kom­pro­mi­to­wać to­wa­rzy­sza Sta­li­na, ale swo­je że­śmy prze­ży­li, to wie­my, do cze­go są zdol­ni od­chy­leń­cy od li­nii par­tyj­nej. A my­śli­cie, że on ma ta­kie do­ku­men­ty?

– Tak stoi w na­szych ak­tach.

– Po­waż­na spra­wa… – Za­fra­so­wa­ny Blum­kin prze­je­chał dło­nią po le­d­wie od­ra­sta­ją­cych, przed ty­go­dniem wy­go­lo­nych wło­sach na gło­wie. – A nie le­piej by­ło­by to prze­pro­wa­dzić w Mo­skwie? Prze­cież ma­cie go u wa­ria­tów!

O, miło było Blum­ki­no­wi pa­trzeć, jak męż­czy­zna wije się za biur­kiem, jak po­trą­co­ny jego ko­la­nem ka­bel te­le­fo­nu ude­rza w tecz­ki z ak­ta­mi ni­czym czar­ny ogon roz­draż­nio­ne­go kota… I miło było przy tym wciąż rżnąć głu­pie­go.

– Ro­zu­mie­cie, Ja­ko­wie Gri­go­rie­wi­czu… – Ogie­pe­usz­nik przy­su­nął się bli­żej z krze­słem. – W Mo­skwie ktoś mógł­by po­my­śleć, że miał z tym coś wspól­ne­go to­wa­rzysz Sta­lin, a tu, w mie­ście po­pie­ra­ją­cym Troc­kie­go…

Blum­kin po­waż­nie ki­wał gło­wą, ma­jąc na­dzie­ję, że tam­ten nie skoń­czy wy­wo­du za szyb­ko. Za­bić słod­kie­go Sie­rio­żę, pro­szę bar­dzo, chęt­nie zro­bił­by to wła­sny­mi rę­ka­mi. Ale wy­koń­czyć po­etę Je­sie­ni­na, i to te­raz, gdy eks­plo­du­je bo­daj naj­lep­szy­mi wier­sza­mi? Roz­wal­cie Ach­ma­to­wą, złe­go sło­wa nie po­wiem, po­wie­ście Szer­sze­wi­cza, po­ślij­cie na So­łow­ki Ma­rien­ho­fa, ubij­cie so­bie na­wet Ma­ja­kow­skie­go, to­wa­rzy­szu Sta­lin, ale są ja­kieś gra­ni­ce na­wet wa­sze­go skur­wy­syń­stwa!

– Ro­zu­miem was. – Blum­kin rów­nież przy­su­nął bli­żej krze­sło, aż nie­mal po­ło­żył się na biur­ku. – I chy­ba wiem, jak mógł­bym wam po­móc. Oczy­wi­ście prze­dys­ku­tu­je­cie to z peł­no­moc­ni­kiem, prze­my­śli­cie i par­tia zde­cy­du­je…

– Mów­cie, bar­dzo was pro­szę, Ja­ko­wie Gri­go­rie­wi­czu.

Do wi­dze­nia, Wol/, do wi­dze­nia, za­czął pi­sać Blum­kin, ale po chwi­li za­ma­zał pierw­szy wers. W uszach, w gło­wie dźwię­cza­ły mu peł­ne pa­sji fra­zy Je­sie­ni­na i ta też pa­so­wa­ła, jed­nak brzmia­ła jak List do mat­ki w wy­ko­na­niu pod gi­ta­rę urki – za do­słow­ne to, Sie­rio­ża by tak nie na­pi­sał, nie tak to za­śpie­wał.

Z dru­giej stro­ny rów­nież Blum­kin by nie uwie­rzył, gdy­by jesz­cze nie­daw­no ja­kiś kontr­re­wo­lu­cyj­ny ja­sno­widz przy­szedł i po­wie­dział: „Ja­ko­wie Gri­go­rie­wi­czu, gwiaz­dy mó­wią, że nie mi­nie mie­siąc, jak za­kpi­cie so­bie z OGPU i to­wa­rzy­sza Sta­li­na. I na do­kład­kę na­pi­sze­cie wiersz pod cu­dzym na­zwi­skiem”. Za­te­le­fo­no­wał­by za­raz gdzie trze­ba. Tym­cza­sem re­ali­zo­wał plan jesz­cze spryt­niej­szy niż ten w 1918 roku, gdy po za­ma­chu na Mir­ba­cha po­zbył się swo­je­go wspól­ni­ka Ni­ko­ła­ja An­drie­je­wa. Hi­sto­ria re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej nie po­win­na wie­dzieć, że Blum­kin nie tyl­ko nie po­tra­fił wte­dy po­rząd­nie rzu­cić bom­by, ale w do­dat­ku prze­ra­żo­ny wy­sko­czył przez okno i za­wisł na me­ta­lo­wym ogro­dze­niu ni­czym skór­ka sło­ni­ny dla si­kor­ki. An­drie­jew sam był so­bie jed­nak wi­nien: mógł znisz­czyć to­wa­rzy­sza, ale jak ostat­ni idio­ta ścią­gnął go z par­ka­nu, wy­koń­czyw­szy wcze­śniej Mir­ba­cha. Po­dob­nie te­raz Er­lich, w żopu je­ba­nyj, na­wet się nie do­my­śla, że za kil­ka go­dzin zmie­ni hi­sto­rię li­te­ra­tu­ry so­wiec­kiej, gdy do­sta­nie ten wiersz i po­bie­gnie ostrzec uko­cha­ne­go przy­ja­cie­la.

Ogie­pe­usz­nik nie był aż taki głu­pi, lecz i on nie za­uwa­żył, kie­dy Blum­kin owi­nął go do­oko­ła pal­ca.

– Po­ślij­cie ko­goś do Mo­skwy, do wa­ria­tów – ra­dził jak ro­dzo­ne­mu. – Niech się za­przy­jaź­ni z Je­sie­ni­nem, niech mu wmó­wi, że chcą go tam otruć, wy­czy­ścić mózg prą­dem czy co tam uwa­ża­cie. „Mam przy­ja­ciół – niech mu po­wie – po­mo­że­my wam dać stąd nogę, a po­tem bę­dzie­cie pi­sać, za­cznie­cie na nowo. No bo kto w Ro­sji od­wa­ży się ru­szyć Je­sie­ni­na?! Sam Sta­lin by się nie od­wa­żył. Toż z tego może być ko­lej­na re­wo­lu­cja”. Je­sie­nin uwie­rzy, jesz­cze się ucie­szy, za­ufaj­cie! Tyle że mnie mógł­by po­dej­rze­wać, tu trze­ba ob­ce­go, ro­zu­mie­cie. Za­nim go jed­nak po­śle­cie, we­zwij­cie na prze­słu­cha­nie, hm… – Blum­kin urwał i za­czął się na­my­ślać. Gdy­by to on był na miej­scu ogie­pe­usz­ni­ka, we­zwał­by Wol­fa Er­li­cha. Ni­ko­mu Je­sie­nin nie ufał tak jak temu wy­mocz­ko­wi. Ale nie był na miej­scu ogie­pe­usz­ni­ka, był na zu­peł­nie in­nym miej­scu. – O, wiem, we­zwij­cie Grisz­kę Usti­no­wa! Przy­ja­ciel ser­decz­ny Je­sie­ni­na, a przy tym men­da i kun­del, cho­ciaż nasz czło­wiek. Po­wie­cie mu na przy­kład, że w któ­rymś z ostat­nich ar­ty­ku­łów wy­ka­zał od­chy­le­nie od li­nii par­tyj­nej albo że po­dej­rze­wa­cie go o udział w ja­kimś spi­sku. Nie? Nie wy­ka­zał od­chy­le­nia? Nie spi­sko­wał? No to niech udo­wod­ni, niech je­dzie do Mo­skwy i się wy­tłu­ma­czy, wy da­je­cie mu szan­sę! Całą dro­gę bę­dzie my­ślał o tej swo­jej szan­sie, a gdy wy­sią­dzie w Mo­skwie, bę­dzie już go­tów sprze­dać i żonę, i wła­sną mat­kę, ja go znam. No to gdy mu na Łu­bian­ce po­wie­dzą: „A na chuj nam wa­sza szpet­na żona i sta­ra mat­ka, to­wa­rzy­szu Usti­now? My chce­my tyl­ko, że­by­ście nam wy­sta­wi­li Je­sie­ni­na”, po rę­kach bę­dzie li­zał, pies fał­szy­wy. Na­mó­wi Je­sie­ni­na do wy­jaz­du, choć­by miał się ze­srać. A jak już bę­dzie w Le­nin­gra­dzie, umie­ści­cie go w ja­kimś ho­te­lu. Tak bez­piecz­niej, w koń­cu każ­dy ad­mi­ni­stra­tor ho­te­lo­wy to ogie­pe­usz­nik. Tak zro­bi­cie i ryb­ka bę­dzie w sie­ci.

Ale każ­dą sieć moż­na ro­ze­rwać. Nie po­ra­dzi so­bie z tym na­wet szczu­pak, jed­nak inny czło­wiek, gdy ry­bak się od­wró­ci… O czym to my­ślał?… A, że po­czą­tek za do­słow­ny!

Że­gnaj, przy­ja­cie­lu, do wi­dze­nia, po­pra­wił za­tem, dro­gi mój… Tu Blum­kin za­wie­sił pió­ro nad kart­ką, a dru­gą ręką się­gnął po sta­ka­na. Gdy pił, kro­pla atra­men­tu spa­dła na pa­pier i w na­bie­głych łza­mi oczach wy­da­ła się przez chwi­lę czer­wo­na. Krew!…Dro­gi mój, od krwi ser­decz­nej bliż­szy… Do­bre! Do wi­dze­nia?… – enia, – enia… – eniach?… Ta roz­łą­ka w ciem­nych prze­zna­cze­niach / Obiet­ni­cą po­łą­cze­nia błysz­czy, za­no­to­wał, po­spiesz­nie na­le­wa­jąc so­bie wód­ki.

Za­szu­mia­ła. Sa­mo­go­nu roz­la­ła się rze­ka – śpie­wa o Woł­dze i o Cze­ka, przy­po­mniał so­bie jed­ną z ulu­bio­nych – może dla­te­go, że bio­gra­ficz­nych – mę­skich fraz, jak­by ktoś dał w mor­dę. Jego wła­sne na­śla­do­wa­nie Sie­rio­ży wy­da­ło się Blum­ki­no­wi tak ża­ło­sne, że aż nim za­trzę­sło. Cho­ler­ny Je­sie­nin! Z dru­giej stro­ny, tak dia­lek­tycz­nie, nie brzmia­ło to źle. Er­lich głu­pi, uwie­rzy. Po­zo­sta­ła ho­ło­ta jesz­cze głup­sza…

Że­gnaj bez uści­sku dło­ni i bez sło­wa. / Nie martw się, cień smut­ku z czo­ła prze­goń, za­pi­sał Blum­kin, tu­pa­niem w pod­ło­gę po­ma­ga­jąc so­bie w za­cho­wa­niu ryt­mu. Je­sie­nin nig­dy nie tu­pał, przy­najm­niej on go tu­pią­ce­go nie wi­dział. No, ale kie­dy tam­ten ca­ło­wał za­pi­te mor­dy i ści­skał dziw­ki, Ja­kow rzu­cał bom­by, ocie­rał się o śmierć… Śmierć! To trze­ba roz­sąd­nie wy­wa­żyć, idzie prze­cież o śmierć…

– Je­śli Sie­rioż­ka ma wyjść z tego cało, do Er­li­cha musi do­trzeć, że idzie o śmierć – po­wie­dział na głos Blum­kin chwi­lę póź­niej. Stał nad umy­wal­ką, zim­na woda chło­dzi­ła jego czer­wo­ną, na­la­ną twarz, po ogo­lo­nej pra­wie na łyso gło­wie spły­wa­ły lo­do­wa­te struż­ki. Pa­skud­na, pi­jac­ka mor­da pa­trzy­ła z lu­stra i ni chu­ja nie poj­mo­wa­ła. – Że o śmierć, po­niat­no? – Były cze­ki­sta spró­bo­wał zła­pać nić po­ro­zu­mie­nia ze swo­im od­bi­ciem. – Nie o skam­la­nie wa­ria­ta, nie o swę­dzą­ce­go try­pra, pe­dal­skie ja­kieś wy­nu­rze­nia… Wiem, wiem. On też wie. W ży­ciu ludz­kim śmierć to rzecz nie bła­ha?… Nie! W ży­ciu ludz­kim – śmierć to rzecz nie nowa, / A i ży­cie samo – nic no­we­go.