Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 401 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Australijczyk w Italii - Marc Llewellyn

Sama wiara to zbyt mało, by zacząć nowe życie w cieniu wulkanu…

Niemniej jednak obawa, że za dwadzieścia lat bardziej się będzie żałowało tego, czego się nie zrobiło, niż rzeczy, których się dokonało, sprawia, że człowiek wierzy, iż może wszystko.

Oto opowieść Australijczyka sfrustrowanego wyścigiem szczurów, który porzuca pracę i wraz z żoną i dzieckiem przeprowadza się na Lipami, jedną z przepięknych Wysp Wichrów, położoną niedaleko Sycylii.

Zostawienie za sobą wszystkiego co znane i rozpoczęcie nowego życia na drugim końcu świata jest oczywiście niełatwe, ale okazuje się znacznie trudniejsze, niż można by sądzić.

Rok spędzony na uprawie oliwek i pomidorów, wśród lokalnej społeczności, blisko  natury i z dala od zgiełku sprawia, że po powrocie do Australii Nino postanawia na stałe odmienić swoje życie.

Australijczyk w Italii jest opowieścią o spełnianiu marzeń i uczeniu się o tym, co w życiu naprawdę się liczy, od kogoś, kto zna jego sekrety.

Opinie o ebooku Australijczyk w Italii - Marc Llewellyn

Fragment ebooka Australijczyk w Italii - Marc Llewellyn

Tytuł oryginału FINDING NINO

WydawcaDaria Kielan

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

Redakcja technicznaLidia Lamparska

KorektaJadwiga Przeczek Maciej Korbasiński

Copyright © by Marc Llewellyn, 2008 Copyright © for the Polish translation by Świat Książki Sp. z o.o., Warszawa 2013

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 022 721 30 00www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-339-1

Potem do wyspy Eolii zapłyniem – mieszkał tam Eol, Syn Hippotasa, przyjaciel bogów – zaś wyspa ta pływa Po morzu, obwarowana zewsząd murami ze spiżu, Tudzież stromymi skałami. (...) Kronion go bowiem mianował Włodarzem nad tymi wichrami, aby nad nimi panował. Uciszał je lub rozjuszał stosownie do swojej ochoty.

Prolog

Nie mam zegarka, ale mam mnóstwo czasu, żeby czuć rozkoszny chłód winogron pod stopami. Miąższ i skórka prześlizgują się między palcami.

Obok mnie tańczy rybak, rozkładając ramiona na boki niczym skrzydła i podciągając kolana pod brodę. Kobiety i dzieci klaszczą w dłonie, a Nino stoi tuż obok, wysłużoną szczotką podsuwając nam owoce. Sok tryska z otworu w boku kadzi służącej do rozdrabniania winogron i spływa dalej korytkiem ku trzcinowemu situ. Zatrzymuje się dopiero w zagłębieniu w podłodze. Wygląda jak czerwona, spieniona plama, gotowa, by nabrać ją do wiadra i przelać do gąsiora.

Udeptywanie przyciągnęło dwie pary ciekawskich oczu, które szpiegują nas przez szparę w odrapanych zielonych drzwiach. Jeden z podglądaczy pyta łamanym włoskim, czy może zrobić zdjęcie.

– Oczywiście – ryczy Nino, machając na turystę, by podszedł bliżej. – Chcesz się przyłączyć?

Ale turyści należą do nieśmiałych, trzymają się blisko drzwi, gmerają przy swoich aparatach. Ich niechęć do uczestniczenia w zabawie pozwala mi uświadomić sobie, jak długą przebyłem drogę. Mam skórę brązową od słońca, a łydki purpurowe od soku z winogron. Intruzi nie mogą wiedzieć, że tak samo jak oni jestem cudzoziemcem. Uchwycili mnie na zdjęciach. Jeden z miejscowych rozgniata winogrona. Stopami. Cóż za autentyzm!

Zabawne, jak bardzo człowiek potrafi sprawiać wrażenie, że stanowi część jakiegoś miejsca, chociaż wcale nią nie jest.

Rozdział pierwszy

Bywa, że ludzie najbardziej pragną wiatru1.

Pindar

Nie umiałbym żyć tak jak ty – powiedział Orlando, rybak. – W mieście jest za dużo... zamieszania.

Był przed trzydziestką. Widział Sycylię, raz wybrał się aż do samego Rzymu.

– Samochody, ludzie, zapachy, budynki. I wszyscy gdzieś gonią. Czemu tak pędzą? Jakby przed czymś uciekali.

– Wiem, co masz na myśli – odparłem w roztargnieniu, miażdżąc zębami kruchą krewetkę, jedną z tych, które złapał tego ranka. Usmażył wszystkie na oliwie z oliwek i posypał solą morską. Były zdumiewająco słodkie. Jasnoniebieskie jajeczka na spodzie miały dziwny mleczny smak.

– To czemu nie zamieszkasz na Lipari? – spytał, mówiąc o wyspie, na której niedawno wylądowaliśmy, leżącej na północ od brzegów Sycylii, największej z Wysp Liparyjskich, zwanych przez Anglików Wyspami Wichrów2.

Nasze żony wymieniły spojrzenia. Orlando obserwował mnie bacznie, a ja milczałem. Zaskoczył mnie tym pytaniem. Mieliśmy wakacje i jego sugestia była z gatunku tych szalonych wyzwań, lekką ręką rzucanych rzeczywistości po kilku głębszych. Tyle że Orlando był trzeźwiuteńki.

– Nie przeżylibyśmy tutaj – wydusiłem w końcu, prawie wypluwając na stół na wpół przeżutą krewetkę. – To znaczy, wiesz, niby gdzie byśmy mieszkali? Co byśmy jedli? Musielibyśmy znaleźć sobie pracę...

– Gamberetti – powiedział, pokazując palcem na stos połyskujących skorupiaków przed nami – plus ryby i ośmiornice. Możecie jeść pastę jak my. Możesz pracować jak my. Będziesz rybakiem. Moglibyśmy wam płacić owocami morza. Moglibyście tu zamieszkać. Nie wiem, może znaleźlibyśmy dla was dom.

– A co ze mną? – wtrąciła moja żona Rohan. – Niby co miałabym robić?

– Mogłabyś zostać włoską mamma i rodzić dzieci – odparła Justine z przekąsem.

Rohan roześmiała się – to bodaj ostatnia rzecz, na jaką miałaby ochotę.

Justine była córką naszego znajomego. Miała zaledwie dwadzieścia dwa lata. Jeszcze trzy lata wcześniej mieszkała w Australii w prowincjonalnym miasteczku o nieciekawej reputacji – miejscu, w którym dziewczęta zachodzą w ciążę jako nastolatki i generalnie perspektywy nie są wesołe. Chłopak jej matki podróżował po świecie i za jego namową para zabrała Justine na wakacje do Włoch, podejmując ostatnią próbę pokazania dziewczynie, że życie to coś więcej niż tylko ciąża w młodym wieku i niewdzięczna praca. Pewnego wieczoru w barze w Rzymie Justine poznała Orlanda. Wyłączywszy kilka krótkich wycieczek na Sycylię, Orlando akurat wtedy po raz pierwszy i jedyny opuścił swoją wyspę i wybrał się na krótkie wakacje. Podróżował z jednym z braci.

Orlando miał ciemną skórę i był przystojny. Spojrzał na Justine tak, jak tylko Włosi potrafią patrzeć, oczami dojrzałymi i ciemnymi jak oliwki. Kiedy już wiedział, że przyciągnął jej uwagę, puścił do niej oczko tak powoli, że pod Justine ugięły się kolana.

Choć jedno nie mówiło językiem drugiego, obydwoje wiedzieli, że to miłość od pierwszego wejrzenia. Justine poczuła się w obowiązku, by pojechać za swoim rybakiem na Lipari – i bardzo dobrze, bo w przeciwnym razie nie jedlibyśmy tak wybornych krewetek.

Tej nocy mieliśmy spać na sofie w ich kuchni. Byłem jednak zbyt niespokojny i nie mogłem zasnąć. Obudziłem więc Rohan i zadałem jej pytanie, które usiłowałem wyartykułować od dobrych kilku godzin.

– Czy ty też chciałabyś tu zamieszkać? – spytałem.

– Że co?

Wyjęła zatyczkę z ucha.

– Moglibyśmy to zrobić, prawda? Wiesz, to doskonała okazja, trochę już znamy tych ludzi, i w ogóle...

– Śpij już, dobrze?

– Nie mogę spać.

– A ja owszem!

Nie umiem jednak spokojnie zasnąć, kiedy jakiś pomysł kołacze mi się po głowie.

Uliczki w rybackiej dzielnicy tchnęły tej nocy spokojem i gorącem. Pościel kleiła się do ciała niczym rozgrzany plastik. Przejechał skuter, a jego warkot odbił się echem w wąskim korytarzu domów, które, klucząc, spływały po stoku aż po łodzie rybackie zacumowane w porcie. Jakaś kobieta krzyknęła. Ktoś trzasnął drzwiami. Śmignęły kolejne skutery. Zamiauczał kot. Pies ujadał jak wariat...

Tak mijała noc. W pewnym momencie poczułem, że czyjaś dłoń potrząsa moim ramieniem. To był Orlando – wybiła czwarta nad ranem, więc wybierał się na łódź.

– I co myślisz? – szepnął i podmuchał kawę. – Wcześniej mówiłem poważnie. Pomogę ci.

– Dzięki. Zastanowię się – odparłem na odczepnego, mocno półprzytomny.

Obok mnie Rohan poruszyła się pod kołdrą.

– Czego chciał? – zapytała sennie, ponownie zmagając się z zatyczką.

Powiedziałem jej.

– Posłuchaj, to miło tak pomarzyć – stwierdziła. – Orlando musi wiedzieć, że ludzie tacy jak my nie mogą po prostu zostawić wszystkiego i zamieszkać w takim miejscu.

Na Lipari była połowa lata. Uliczki miasteczka zdobiły rozpięte między budynkami sznury, na których suszyły się pościel i bielizna. Czerwone pelargonie wspinały się po ścianach. Gdzieś z oddali dobiegał dźwięk dzwonów. Wyspę ogarniał bezwład. Pachniało oliwą z oliwek i anchois.

Próbując uciec przed skwarem, pożyczyliśmy od Orlanda skuter i pojechaliśmy na wzgórza drogą, która wiła się wzdłuż odnogi Morza Śródziemnego zwanej Morzem Tyrreńskim.

Dziesięć minut później dotarliśmy do wioski i znaleźliśmy zjazd – usianą wybojami ścieżkę prowadzącą wzdłuż skupisk prostych, wzniesionych z kamienia chat, upiększonych różowymi bugenwillami.

Jechaliśmy dalej przez połyskujące w słońcu gaje oliwne i równe rzędy winorośli, aż wreszcie zatrzymaliśmy się przy starym kamiennym murze. Mieliśmy ze sobą prowiant: czarne oliwki, wypłukane anchois, ser owczy i miejscowe wino, złotą, lepką małmazję.

Siedzieliśmy tam przez dłuższy czas, pogrążeni w senności i osobliwym poczuciu zadowolenia – jak wtedy, gdy jest ciepły, słoneczny dzień, a ty masz pełny żołądek i jesteś w lekkim stanie nieważkości. Żyliśmy chwilą i chcieliśmy, by trwała wiecznie.

Lecz w naturze mamy ciągły ruch, nieważne, jak doskonale zestroimy się z konkretnym punktem w czasie. Ruszyliśmy więc dalej, teraz już powoli, przez surowy, oślepiający krajobraz pól pszenicznych przeciętych sierpem morza. Mój wzrok spoczywał przelotnie na zielonych jaszczurkach sycylijskich, wygrzewających się w słońcu na kamiennych murkach rozdzielających zaniedbane pola, i na gwiazdach kaparów, wystających ze spękanej, wysuszonej ziemi. Powietrze wypełniał przełamany wonią startych liści stokrotki cierpki zapach piołunu. Cykady hałasowały pośród eukaliptusów. Nie spotkaliśmy zbyt wielu ludzi, widziałem tylko kobietę idącą w kierunku jakiegoś nieznanego sklepu, daleko w dole maleńkiego jak kropka mężczyznę wypływającego w morze mikroskopijną łodzią rybacką i dziewczynkę wracającą do domu, którego wnętrza nigdy nie zobaczę. Zastanawiałem się, jak wygląda życie tych ludzi, jak postrzegają świat i jak by to było stać się nimi, zamieszkać tutaj, mieć blisko swój dom.

Wakacje prędko dobiegły końca, jak zawsze, i zanim się obejrzeliśmy, znów wciągnął nas wir dawnego życia w Sydney, pojawił się dobrze znany stres, problemy z pieniędzmi i związkiem, słabnącym wskutek naszego zaangażowania w sprawy zawodowe.

Ja pracowałem jako dziennikarz, sprzedawczyk słów, czułem się uwięziony pomiędzy młotem biurowej harówki w korporacji a kowadłem pisania jako wolny strzelec na pół etatu. Wszystko po to, bym mógł zaśmiecać życie rzeczami dającymi poczucie, że wszystko to jest łatwiejsze do zniesienia.

Rohan pracowała jako analityk prasowy w biurze. Miała stresujące zajęcie, a dodatkowo przerażała ją ilość czasu, jaką każdego roku spędzała na dojazdach pociągami i autobusami. Raz nawet to podliczyła i wyszło jej, że to całe trzy tygodnie.

I po co to wszystko? Nieważne, z jakim zapałem pracowaliśmy, zawsze mieliśmy wrażenie, że jedynie unosimy się na powierzchni, zarówno finansowo, jak i emocjonalnie. Rok za rokiem mijał nam w pośpiechu, prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, rzadko nawet jedliśmy wspólnie posiłki. Wiedzieliśmy, że czegoś w tym wszystkim brakuje, że coś nie gra, ale jakoś nie potrafiliśmy temu zaradzić. Czas płynął, zegar tykał, życie przepływało nam przez palce.

Pewnego ranka obudził mnie dźwięk budzika. Była środa, połowa tygodnia. Leżałem w łóżku, wciąż jeszcze zmęczony po harówce poprzedniego dnia, i wcale nie miałem ochoty wstawać. Włączyłem przycisk drzemki, zawsze to dodatkowe dziesięć minut, aby spróbować uchwycić i zachować ten cudowny półsen, kiedy wybudzasz się powoli. Ale chwilę później znów zabrzęczał budzik, a wraz z dźwiękiem pojawiło się olśnienie: nie chcę już takiego życia.

Od kiedy pamiętam, zawsze coś wyrywało mnie ze snu. Wstawałem o takiej i takiej godzinie, łapałem pociąg, który przyjeżdżał o takiej i takiej godzinie, pracowałem przeważnie dla kogoś i na kogoś, a potem wlokłem się do domu ponurym wagonem wespół z towarzyszami niedoli. Wieczorami przeważnie prasowałem ubrania, jadłem coś przed telewizorem i zasypiałem na kanapie. W weekend walczyłem z korkami, spotykałem się ze znajomymi, którym nie byłem w stanie poświęcić więcej czasu, by ich lepiej poznać, i pchałem przed sobą wózek w supermarkecie. A potem znów powrót do pracy.

Tego dnia zadzwoniłem do biura i powiedziałem, że źle się czuję, ale właściwie nie wiedziałem, co z sobą począć. Włączyłem telewizor, ale nie umiał mi pomóc. Chciałem zadzwonić do kolegi, uświadomiłem sobie jednak, że przecież jest w pracy i wróci do domu dopiero za kilka godzin. Pochodziłem po domu, zjadłem śniadanie, wykąpałem się i przetrząsnąłem biblioteczkę. Zaliczyłem falstart z paroma książkami wychwalającymi życie za granicą, zniszczonym numerem magazynu „Tropical Fish Hobbyist”, dziełem wychwalającym zdrowotne zalety picia własnego moczu (coś, co niestety miałem w swoim czasie przetestować na własnej skórze), przewodnikiem po drzewach Europy, podręcznikiem do nauki niemieckiego w miesiąc, rosyjskiego w trzy miesiące i walijskiego w pięć lat.

Kolejny przegląd półek ujawnił obecność w moich zbiorach tomu rzymskiego filozofa Seneki. To była jedna z książek, które kupiłem, lata temu, gdzieś na straganie z używanymi książkami, podejmując chybioną próbę zaimponowania dziewczynie powalającą wiedzą. O ile dobrze pamiętam, zarówno ja, jak i Seneka zostaliśmy wkrótce potem porzuceni.

Odkurzyłem stary wolumin, który zdawał się mnie wołać. Otworzyłem go na przypadkowej stronie i przeczytałem:

A zatem nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysnuwał stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, ale trwał długo. Powiesz może, że wiele podróżował ktoś, kogo zaraz po opuszczeniu portu porwała gwałtowna burza i rzucała nim w tym i tamtym kierunku, a wichry szalejące na przemian z różnych stron gnały go tym samym morskim szlakiem dokoła? Nie podróżował wiele, ale nim wiele miotała burza!3.

Aż usiadłem prosto. To było to! Wcale nie żyłem. Ledwie przemykałem przez życie. Zmierzałem donikąd.

Musiałem się napić. Zaaplikowałem więc sobie kieliszek wina, zabrałem butelkę, usiadłem na leżaku i pogrążyłem się w marzeniach.

Szybko ujrzałem samego siebie, jak każdego ranka budzę się naturalnie, bez pomocy budzika, i zastanawiam się: „Cóż by tu dziś robić?”.

Smakowita myśl, która skierowała moje rozważania na wonne przestrzenie pełne ziół i cyprysów, gajów oliwnych, soli morskiej i pyłu lata. Miałem wizję długich, niespiesznych posiłków pod gwiazdami z ludźmi, którzy za niczym nie gonią. Wyobraziłem sobie, że mam czas, by rozmawiać, czytać, kochać się... wreszcie być sobą, żyć własnym, a nie czyimś tempem.

Wtedy przypomniałem sobie propozycję Orlanda, akurat kiedy wydawało mi się, że zakopałem ją głęboko w głowie razem z innymi mało praktycznymi pomysłami, które mają zwyczaj od czasu do czasu pojawiać się w życiu. Wiedziałem, że gdybym został poławiaczem krewetek, w grę wchodziłaby ciężka praca. I wczesne wstawanie... O nie, nie należę do tych, którzy pozwalają, by rzeczywistość przyćmiła romantyczną ideę.

– Co by było, gdybyśmy faktycznie zrezygnowali z dotychczasowego życia? – zastanawiałem się na głos.

Jasne, że istniało mnóstwo istotnych powodów, dla których to był zdecydowanie zły pomysł. Prócz mnie i mojej pracy, mojego domu i psa, była jeszcze moja żona i jej praca. Oto przeszkody, których nie da się pokonać mocą zachcianki i butelki sauvignon blanc.

A jednak wiele lat wcześniej usunąłem ze swej drogi podobnego rodzaju przeszkody, również kierując się kaprysem. W latach osiemdziesiątych, uciekając przed recesją, opuściłem Wielką Brytanię i wyjechałem do Australii. Znalazłem pracę w kraju, który, jak mi się wydawało, pokochałem bardziej niż ten, w którym się urodziłem. Z czasem coraz bardziej doskwierała mi jednak nieokreślona tęsknota przesiedleńca. Ciągnęło mnie do starego kraju, a kiedy go odwiedzałem, dość szybko znów zaczynało mi brakować Australii. Czułem się rozdarty między dwoma miejscami, z których żadne w pojedynkę nie potrafiło dać mi satysfakcji. Może więc we Włoszech znalazłbym to, czego pragnę? Włochy mają słońce, które tak kocham, i głębię europejskiej kultury, za którą tak tęsknię.

Nie byłem jednak do końca przekonany, więc ponownie sięgnąłem po książkę:

Wprawdzie położenie wszystkich ludzi zajętych działaniem jest opłakane, ale najbardziej opłakana jest dola tych, którzy się uginają pod nawałem nawet nie własnych zajęć. Sen swój dostosowują do innych, chód swój równają z innymi, a nawet nienawiść i miłość, dwa najbardziej wyzwolone uczucia, rozbudzają się w nich – na rozkaz innych. Oni, jeśli chcą wiedzieć, jak krótkie ich życie, niech pomyślą, jak znikoma część tego życia do nich samych należy4.

Te słowa sprzed niemal dwóch tysięcy lat nadal były prawdziwe. Seneka przekonywał mnie, że powinienem żyć wolniej i nadać swemu istnieniu więcej znaczenia. Bez dwóch zdań, z ogromną przyjemnością pożegnałbym się z szefami, rachunkami i ponagleniami. Jakże pragnąłem opróżnić portfel z kart programów lojalnościowych, bezużytecznych paragonów, kuponów zniżkowych i wszystkiego innego, co przez lata niepotrzebnie nagromadziłem.

Mimo to telefon, który odebrałem tego samego popołudnia, okazał się dla mnie szokiem. Dzwoniła Justine. Z Wysp Wichrów. Powiedziała, że znalazła dla nas idealny dom, na wzgórzu, z widokiem na morze. Mogliśmy zamieszkać w nim na tak długo, jak zechcemy... o ile bylibyśmy zainteresowani. Justine była życzliwą, dobrą kobietą, ale, jak sama przyznała, miała też swój ukryty powód. Powiedziała, że miło by było mieć w pobliżu znajomych, ludzi takich jak ona, z którymi mogłaby porozmawiać po angielsku. Pomogłoby jej to przezwyciężyć poczucie izolacji, często bowiem miała wrażenie, że jest nieprzystającym elementem w zwartej wyspiarskiej społeczności. Poza tym jej matka w każdej chwili mogła przyjechać z Australii i zatrzymać się na parę tygodni, więc ona również skorzystałaby z domu. Matka co prawda spędzałaby z nią całe dnie w mieście, wyjaśniła Justine, ale ponieważ chatka rybacka jest ciasna, a domek na wzgórzu dysponuje dwiema sypialniami, to byłoby lepiej, gdyby matka właśnie tam nocowała.

Plan brzmiał doskonale. Niebywały zbieg okoliczności, że Justine zadzwoniła akurat teraz, kiedy byłem otwarty na tego rodzaju propozycje. Powiedziałem jej o tym.

– Może to przeznaczenie – odparła.

– Może tak.

Odpowiedziałem jej, że poważnie się zastanowimy. I w ten sposób coś, co równie dobrze mogło na zawsze pozostać leniwym, nasączonym winem snem na jawie, zmieniło się w realną szansę, by dać się porwać biegowi życia.

Rohan zaczęła oswajać się z myślą o wyjeździe, zanim jeszcze odebrałem telefon od Justine. Ponieważ wielkimi krokami zbliżały się jej trzydzieste urodziny, z czasem zaczęła się obawiać, że jej od dawna pielęgnowane marzenie, by pewnego dnia pomieszkać choć trochę za granicą, nigdy się nie ziści. Prywatna opieka zdrowotna, ubezpieczenie na życie i emerytura kusiły jak syreni śpiew. Nie dała im się zwieść, przynajmniej na razie, zwłaszcza kiedy usłyszała zew przygody.

Z finansowego punktu widzenia wszystko wskazywało na to, że może nam się udać. Kilka lat wcześniej kupiliśmy nieduże jednopokojowe mieszkanie. Wynajęliśmy je, żeby spłacić kredyt, a sami nadal mieszkaliśmy w popadającym w ruinę wynajętym domku z ogołoconym z roślin ogrodem. Mieliśmy psa, więc w sumie było to nawet lepsze miejsce. Postanowiliśmy sprzedać mieszkanie i chociaż nie mieliśmy się wzbogacić na tej operacji, to przynajmniej na jakiś czas uwalnialiśmy się od zmartwień o hipotekę.

Taki to właśnie splot wydarzeń doprowadził w końcu do tego, że wykręciliśmy numer Lipari i zapowiedzieliśmy nasz przyjazd.

Tyle że nie przewidzieliśmy ciąży Rohan. Z pewnością nie staraliśmy się o dziecko. Prawdę mówiąc, w ciągu ośmiu wspólnie spędzonych lat przeżyliśmy tak wiele fałszywych ciążowych alarmów, że w końcu w ogóle przestaliśmy zawracać sobie głowę antykoncepcją. Założyliśmy po prostu, że jedno z nas jest bezpłodne. Trochę żałowaliśmy, fakt, ale byliśmy zbyt zabiegani, by ten żal pogłębić. A teraz Rohan trzymała przed sobą plastikowy przedmiot podobny do patyczka od lodów, przyozdobiony dwiema szkarłatnymi kreskami.

– Co to znaczy? – spytałem.

Pokazała mi rysunek w broszurce dołączonej do testu, który kupiła na wszelki wypadek, w razie gdyby akurat ten alarm okazał się prawdziwy.

– Chyba to, że będziemy mieli dziecko.

Pocałowałem ją i przytuliłem, ale ona tylko pokręciła głową i popatrzyła zdumionym wzrokiem.

Ja nie potrafiłem odkleić uśmiechu z twarzy. Wkrótce Rohan też zaczęła się śmiać.

Póki nie przypomniała o sobie rzeczywistość.

Mijały dni, a my coraz intensywniej torturowaliśmy się wizją przyszłości. Wmawialiśmy sobie, że nie jesteśmy materiałem na dobrych rodziców. Jesteśmy egoistami. Za bardzo lubimy wolność i swobodę. To przecież zmieni całe nasze życie. Stracimy przyjaciół. Zaniedbamy psa. I nie pojedziemy do Włoch.

Słońce wyjrzało zza chmur dopiero wtedy, kiedy zobaczyliśmy zdjęcia z USG. Ujrzeliśmy na nich płód wielkości ziarnka bobu, z bijącym sercem, paluszkami u rąk i nóg. Wyglądał, jakby siedział, z rączką uniesioną w górę, jakby zamawiał drinka – zupełnie jak tatuś podczas długiego lotu. Bób kopał i kiwał główką, widzieliśmy jego oczy, jak na nas patrzy, może próbuje pocieszyć.

– Co się dzieje? – zapytałem Rohan pewnego wieczoru, wycierając palcem łzę, która potoczyła się po jej policzku.

– Strasznie się boję.

– Czego? Porodu?

– Nie, właściwie nie.

– O ciążę?

– Trochę chyba tak. To znaczy, wiesz, boję się, że zrobię coś, co wywoła poronienie. Martwię się, że się martwię i że to może mieć wpływ na dziecko. Ale chodzi o coś jeszcze...

– O co?

– Posłuchaj, wiem, że nasze życie już nigdy nie będzie takie samo, i wcale nie to mnie najbardziej martwi. Nawet nie mogę się doczekać tego nowego etapu. Ale mam takie myśli... i one mnie przerażają.

– Jakie myśli? – nie ustępowałem.

– No na przykład o tych wszystkich matkach z klasy średniej, które ubierają swoje dzieci w ciuszki z markowych sklepów i noszą torby na pieluchy we wzorek pasujący do wózka i ubranek.

Roześmiałem się.

– Nie, ja mówię poważnie. Boję się, że jeśli tu zostanę, będę taka jak one, będę matką z przedmieścia, chwalącą się wózkiem jak spod igły i konsultującą się ze specjalistkami od laktacji. Nie jestem na to gotowa.

Zrobiła przerwę, a potem ściszyła głos, jakby w obawie, że zostanie przyłapana na mówieniu czegoś, czego później mogłaby pożałować.

– Może lepiej wyjedźmy do tych Włoch, kiedy dziecko już się urodzi. Dostanę rok urlopu macierzyńskiego, który równie dobrze mogłabym spędzić na wyspie. Przecież i tak cały czas będę się opiekowała małym, a żadne z nas nie ma tutaj tak naprawdę rodziny, która mogłaby pomóc. Wyobraź sobie na przykład mojego ojca niańczącego noworodka. A na Lipari jest przynajmniej Justine.

Miała rację. Moi rodzice mieszkali w Anglii, w dodatku po rozwodzie każde w innym mieście. Rodzice Rohan też się rozeszli: matka osiadła w Niemczech z nowym mężem, a ojciec, który wprawdzie mieszkał kilka domów dalej przy tej samej ulicy co my, raczej nie był typem dziadka chętnie biorącego wnuka na ręce.

– No a poza tym – dodała Rohan – mógłbyś spędzać z dzieckiem dużo czasu. Byłoby miło. Niewielu ojców ma taką możliwość.

Uczciliśmy ten wieczór spaghetti. Tetley, nasz hałaśliwy krótkowłosy wyżeł niemiecki, z niecierpliwością przełykał ślinkę. Oczywiście jego też mieliśmy zapakować do transportera i zabrać ze sobą.

Dziecko urodziło się w listopadzie, o piątej po południu, po wyczerpującym, czterodniowym porodzie. Skurcze zaczęły się we wtorek i nie ustępowały – spazmy bólu przychodziły i odchodziły w nieregularnych odstępach, czasem nawet co sześć minut. W czwartek wieczorem położna była już poważnie zaniepokojona i kazała nam przyjechać do szpitala. Podczas badania okazało się, że dziecko źle się ułożyło, plecami do kręgosłupa Rohan. Ostatecznie po kolejnych kilku długich godzinach lekarz zdecydował się na cesarskie cięcie. Ale w ostatniej chwili dziecko obróciło się i energicznie wydostało na zewnątrz. Najpierw ukazała się rączka, zwiastując kłopoty.

– Ma pan syna – ogłosiła położna, podnosząc go do góry, nadal uczepionego pępowiną.

To była najdonioślejsza rzecz, jakiej Rohan kiedykolwiek dokonała, i najbardziej imponująca, jaką widziałem. Poród wypompował z niej całe zasoby energii i emocji – ze mnie też – i okazał się najgłębszym, a zarazem najbardziej obnażającym doświadczeniem naszego życia.

Kilka chwil później synek leżał w ramionach matki, spoczywał na jej piersi, posapując, spoglądając jej w oczy, tworząc więź. Ja stałem obok, głaskałem Rohan po głowie, patrzyłem z podziwem i przez łzy. Lekarz odciął pępowinę, gdy przestała pulsować.

Louis okazał się cięższy, niż się spodziewaliśmy, masywniejszy, był ciepły i śliski. Miał moje oczy. Rozpoznałem swój nos i swoje brwi. Kiedy wziąłem go na ręce, rozbeczałem się jak dziecko, jak ta mała istotka, którą tuliłem. Raptem wszystko nabrało sensu. Pustka, którą od lat w sobie odczuwałem, została wypełniona. Wszystko, co wydarzyło się aż do tej pory – moje sukcesy, porażki, wstydliwe momenty, związki, poza tym z żoną i dzieckiem – przestało mieć znaczenie. Poczułem się, jakbym zaczynał od początku. Tak samo Rohan. Wiedzieliśmy, że musimy się dużo nauczyć, nie tylko o ochraniaczach na brodawki. Przytłaczająca perspektywa, choć zarazem ekscytująca. Włochy wydawały się doskonałym miejscem, by zacząć nasze nowe wspólne życie.

1 Pindar, Ody zwycięskie: olimpijskie, pytyjskie, nemejskie, istmijskie, przeł. Mieczysław Brożek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1987, s. 73 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Zwyczajowa angielska nazwa archipelagu, a także jego dawna oficjalna nazwa – Wyspy Eolskie – pochodzi od imienia władcy wiatrów Eola, który według mitologii greckiej miał w tym miejscu swoją siedzibę.

3 Seneka, O krótkości życia, w: Pisma filozoficzne, tom I, przeł. Leon Joachimowicz, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1965, s. 156.

4 Tamże, s. 184.

Rozdział drugi

Wiem dobrze, przed czym uciekam, ale nie, czego szukam5.

Michel de Montaigne

To zabawne, jak bardzo nasze wyobrażenia potrafią rozmijać się z rzeczywistością. Okazuje się, że w lutym śródziemnomorska wyspa mało ma wspólnego z lśniącą fotografią, którą oglądasz w folderze biura podróży. Po prostu zima zgodnie z nazwą bywa przeraźliwie zimna, a Wyspy Liparyjskie nie bez kozery zyskały przydomek Wysp Wichrów.

Ale cóż, oto jesteśmy. Jest ciemna, późna noc, a my zjeżdżamy z rampy promu z Sycylii samochodem kupionym w Niemczech przy okazji odwiedzin u matki Rohan.

Trzymiesięczny Louis siedzi w foteliku i ochoczo wydala z różnych otworów w ciele. Po przybyciu do Europy okazało się, że naszego psa nie czeka długa kwarantanna, więc teraz jedzie z nami, z tyłu w transporterze, i cicho zawodzi. Widzę mewy krążące nad drogą na grobli, cieniste budynki jakby przyprószone solą i ich filigranowe balkony, a także samochody, którym dymi się z rur wydechowych.

Opuszczam szybę, by móc zaczerpnąć atmosferę tego miejsca. Do kabiny wpada powiew zimnego powietrza. Słyszę bezbarwny ton gigantycznych metalowych boi, jak przy każdym ruchu fal tłuką o molo. Wiatr niesie czyjś głos. Rozpoznano nas. Potem reaguję na pełne niedowierzania spojrzenie Rohan. Przypominam sobie o dziecku – dla niego jest zdecydowanie za zimno – i w ekspresowym tempie podnoszę szybę.

– Tam jest! O tam...

Rohan właśnie dostrzegła Justine, stojącą pod latarnią w grubym palcie i trzymającą za rękę swojego czteroletniego synka. Wiatr jak opętany targa jej fryzurą.

Zatrzymuję samochód na jednym z wytyczonych wzdłuż nabrzeża miejsc parkingowych i gramolę się z auta. Wołam ją po imieniu. Justine biegnie w naszym kierunku. Ściska nas oboje, a kiedy uwalniamy małego Louisa z fotelika, zostajemy zasypani gradem pytań.

Kiedy mieszka się na wyspie, pojawienie się przybyszów jest wręcz upajającym doświadczeniem. Wyspiarzom reszta świata zdaje się tak odległa, że odwiedziny to coś więcej niż tylko przyjazd – człowiek staje się łącznikiem z dalekim lądem, dzięki niemu możesz przerzucić linę przez morze i przyciągnąć coś egzotycznego. Dziś tą egzotyką jest wózek naszego dziecka, ponieważ ma trzy kółka zamiast zwyczajowych czterech, a także pneumatyczne opony.

– Ale łatwo skręca – piszczy z zachwytu Justine. – Tu na wyspie nie mamy takich. Moim steruje się jak czołgiem.

Patrzy na nas, a ja niemal widzę, jak jej myśli mkną przez fale ku mitycznej krainie zmyślnej technologii, ku odległemu miejscu, kulturze, której nie umie objąć rozumem, ponieważ zbyt długo nie miała z nią styczności. Ale to tylko przelotne spojrzenie, jej uwaga szybko skupia się ponownie na teraźniejszości, kiedy Justine czuje szczypanie zimnego wiatru. Pokazuje palcem kafejkę, której okna rzucają światło na wychłodzony placyk wyłożony płytami chodnikowymi. Wkrótce placyk przemieni się w letnie podwórze.

– Orlando czeka w środku – rzuca, a potem pędzi jak ćma do światła, wlokąc za sobą synka.

Idziemy w jej ślady, schodząc kilka stopni w dół, mijając po drodze stos starych drewnianych skrzynek na owoce, i wkraczamy do świata syczących ekspresów do kawy i cukru pudru.

Znajdujemy Orlanda przy barze. Jest przy nim ich najmłodsze dziecko. Rybak podaje nam dłoń, obdarza nas niespiesznym, chłopięcym uśmiechem i bez pytania zamawia nam coś do picia. Za chwilę na barze pojawia się rząd maleńkich filiżanek ciemnobrązowej kawy, gęstej jak miód, na której powierzchni błyszczy oleista warstwa.

– Espresso ristretto – oznajmia Orlando, podnosząc filiżankę do ust.

Aromat napoju wypełnia mi nozdrza. Biorę przykład z Orlanda i wychylam całą zawartość filiżanki jednym haustem. Przełknąwszy gorzką porcję kawy, już wiem, że wróciłem do Włoch.

– Musimy iść – mówi Orlando, kiedy już zrelacjonowaliśmy ze szczegółami przebieg podróży z Niemiec na południe Europy.

– Robi się późno – potwierdza Justine. – A wy wyglądacie na zmęczonych.

Wychodzimy z kawiarni. Justine rusza z dziećmi brukowaną uliczką, Orlando zaś wskakuje na skuter i prowadzi nas w kierunku wzgórz. Wkrótce światła reflektorów naszego auta wyławiają czerwone pelargonie rosnące na wysokich skalnych ścianach, a potem snop światła omiata klif i zahacza o ciemny rogal morza. Wspinamy się z mozołem wijącą się jak wąż drogą, aż w końcu skręcamy w wąską dróżkę. Teraz jedziemy w otoczeniu większej ilości skał, a dodatkowo nawierzchnia jest usiana mnóstwem wybojów. Po chwili dróżka zwęża się jeszcze bardziej, tak że musimy się zatrzymać i złożyć boczne lusterka.

Z ciemności wyłania się szereg bielonych wapnem domków, a nieco dalej widzimy zrujnowaną farmę. Za rogiem dostrzegam malutki biały domek z jedną wyróżniającą się ścianą, oświetloną gołą żarówką. Jest kwadratowy, ma płaski dach i miniaturowe okna, w typowo wyspiarskim stylu.

Orlando zwalnia i zatrzymuje się. Otwiera drzwi wejściowe, sięga ręką do środka, szukając włącznika. Jarzeniówka miga i zapala się. Orlando puszcza mnie przodem.

– Musisz wejść jako pierwszy – oświadcza. – Jesteś głową rodziny.

Louis śpi w foteliku. Pies skamle, więc Rohan postanawia założyć mu smycz i wyprowadzić, żeby rozprostował nogi.

Podchodzę do drzwi wejściowych i zaglądam do środka. Widzę marmurowe schodki prowadzące prosto w dół do umywalki. Na samym dole po prawej znajdują się kolejne drzwi. Stawiam stopę na pierwszym stopniu i schodzę, nie spiesząc się, upajając się odkrywaniem nieznanego, wiedząc, że to uczucie już się nie powtórzy. Znalazłszy się na dole, pchnięciem otwieram drzwi, po trosze spodziewając się typowo wiejskiego wnętrza, trochę naruszonego zębem czasu. Ale zamiast tego ukazuje mi się obszerny, nieskazitelnie czysty, skąpo umeblowany pokój. Pośrodku stoi stół ze starannie do niego dosuniętymi krzesłami. Dostrzegam prostą wyściełaną ławę po lewej, po prawej zaś kuchenkę. Podłogę i ściany pokrywają lśniące białe płytki.

Jest dla mnie nie do pomyślenia, żebym butami, w których właśnie pokonałem błotnistą ścieżkę, miał zbrukać tak nieskazitelną powierzchnię, więc nachylam się, żeby rozwiązać sznurowadła. Jestem w połowie zdejmowania pierwszego buta, kiedy nagle, pędząc z dużą prędkością, uderza we mnie coś ciężkiego. Tetley jakimś cudem uwolnił się z obroży i teraz wpada jak burza do kuchni. Okazuje się jednak, że w pośpiechu, napędzany chęcią poznania nowego miejsca, błędnie oblicza przyczepność łap na świeżo wymytej terakocie. Dziko wymachując łapami, śmiga po podłodze jak łyżwiarz. Łączę się z nim w bólu, kiedy ląduje pyskiem na przeciwległej ścianie.

Nie wiem, czy to efekt długiej podróży, czy raczej strach przed niekontrolowanym ślizgiem, ale skutkiem jego jazdy jest ciągnąca się przez całą długość pokoju smuga płynnej kupy.

Kiedy już ten niezwykły widok zapada nam w pamięć, a powietrze przenika intensywny zapach, Orlando odwraca się na pięcie i rozpaczliwie zaczyna szukać papierosów.

Rohan przepycha się obok niego, trzymając na rękach Louisa.

– O nie – mówi ponurym głosem, odkrywając przyczynę, dla której nasz kumpel rybak w pośpiechu odpala skuter. – Mamy jakieś wiadro i mop?

Justine od samego początku wiedziała, że znalezienie dla nas domu na dłuższy pobyt nie będzie łatwe, ale dopiero kiedy przybyliśmy na wyspę, przyznała, że okazało się to znacznie trudniejsze, niż przypuszczała. Nie chodziło o to, że wybór domków do wynajęcia był niewielki – wręcz przeciwnie. Rzecz w tym, że wyspiarze mieli w zwyczaju ustalać cenę wynajmu tak, by jak najwięcej skorzystać na sezonie turystycznym. Długi weekend w Niemczech oznaczał masowe wyjazdy i ceny szybujące w górę. Również święta wiązały się na wyspie ze zwyżką cen za wynajem, które w okolicach Wielkanocy potrafiły się potroić. W sierpniu, kiedy miliony Włochów uciekały z miast i emigrowały na wybrzeże, domki wynajmowano nawet za dziesięciokrotność stawki obowiązującej poza sezonem.

Teoretycznie kilku właścicieli było skłonnych pozwolić nam pomieszkać dłużej niż standardowy tydzień lub dwa, pod warunkiem jednak, że zgodzimy się co tydzień – w weekend – renegocjować stawkę oraz że wyrazimy zgodę na natychmiastowe opuszczenie domku, jeśli ktoś zaproponuje wyższą kwotę. Przy tym wszystkim Justine nawet nie wspominała o psie.

Rzecz jasna, nie trzeba dodawać, że kiedy w końcu o nim informowała, zapadała niezręczna cisza. Mądrość ludowa twierdzi, iż są trzy rodzaje psów: łatwo wpadający w złość kanapowiec, który widząc choćby cień okazji, obraca meble w perzynę, przebiegły, oportunistyczny łowca, który oswabadza się z łańcucha i rzuca się kurczakom do gardeł, i najgorszy ze wszystkich, wściekły uliczny brytan, gotów pozbawić głów całą rodzinę. O którymkolwiek z obłąkanych stworzeń by mówiła, w oczywisty sposób nie było ono mile widziane.

Gdy Justine już miała się poddać, zgłosił się do niej Arturo, najstarszy brat Orlanda. Rodzina jego żony mieszkała w domu na wzgórzach i miała niewielki budynek, naprzeciwko głównego, który czasem wynajmowała. Rzeczony dom stał w małej rolniczej osadzie, miał dwie sypialnie i rozciągał się z niego niesamowity widok na morze. Jedyny szkopuł to pies.

Chociaż rodzina żony Artura składała się z rolników, to jednak nie mieli oni ochoty na kontakt ze zwierzęciem, o którym nic nie wiedzieli. Już i tak musieli znosić psy sąsiadów, które ujadały całymi nocami. Obecność kolejnego czworonoga mogłaby zupełnie wytrącić ich z równowagi.

Justine przystąpiła do urabiania ich z właściwym sobie wdziękiem. Tetley to maluszek, kłamała gładko, pokazując dłonią gdzieś na wysokości kostki. Nosi imię na cześć firmy produkującej herbatę. Nie warto się nim przejmować. Zresztą, o ile jej wiadomo, to i tak przesypia całe dnie. Nigdy nie szczeka. Nawet nie zauważycie, że ten słodki szczeniaczek się tu kręci...

W końcu, po solennych obietnicach, że będziemy trzymali psiaka zamkniętego w stodole, postanowili dać nam szansę.

Tak więc oto jesteśmy, w ten pierwszy wieczór wspólnej przygody, szorujemy podłogę w kuchni przy świetle jarzeniówek, dzieląc się wiadrem ze środkiem dezynfekcyjnym.

Wynurzam się ze snu, witany zdumiewającą ciemnością, niepewny godziny i jak przez mgłę świadomy półprzejrzystych obwódek dwóch ukrytych okienek, umieszczonych wysoko w ścianie naszej sypialni w suterenie. Gramolę się z łóżka, zziębnięty i półprzytomny, po nocy rzucania się pod kocem i kwilenia naszego głodnego dziecka.

– Zapal światło – mamrocze Rohan. – Pewnie już rano.

– Chyba tak. Jak spałaś?

Ignoruje mnie. Głupie pytanie. Przecież mamy małe dziecko.

Podnoszę się, zapalam światło, staję na stołku i podciągam rolety przysłaniające okienko nad łóżeczkiem Louisa. Do środka wpada światło dnia. Przyglądam się betonowej powierzchni drogi, po której wspięliśmy się zeszłego wieczoru. Z drugiego okienka rozciąga się widok na miejsce do parkowania.

Powoli uświadamiam sobie, że jedyną ścianą w naszej sypialni, w której nie wykuto żadnego otworu, jest akurat ta, która dawałaby najrozleglejszy widok na morze. Ale przecież szkło jest droższe niż beton, a w letnie miesiące wpuszcza do budynku znacznie więcej gorąca. Jeśli nie możesz sobie pozwolić na widok na morze, wówczas przyda ci się coś równie podnoszącego na duchu, jak na przykład kapliczka ustawiona we wnęce w ścianie od strony morza. A w niej wysoka na stopę figurka Jezusa owiniętego w obłupaną częściowo z farby gipsową togę. Ktoś urwał mu rękę, a potem przykleił tak, że postać wyciąga ją zdecydowanie do przodu, pozdrawiając otwartą dłonią. Na nadgarstku Jezusa wisi breloczek z koalą.

Obok tego prześmiewczego wizerunku stoi popękany Józef, ubrany w łuszczące się, purpurowe szaty. U jego stóp kuca dziecko o ostrych rysach – to maleńki Zbawiciel, który zdaje się unosić nad niewidzialnym nocnikiem. Gdzieś przepadła jego prawa ręka. Lewą zaś dłonią ściska bukiet białych jedwabnych kwiatów, z których każdy jest większy niż jego twarz.

Za tą dziwaczną trójcą znajduje się kolejny Mesjasz, tym razem wymizerowany i o zbolałej twarzy, obficie broczący plastikową krwią. Jest przybity do krzyża czy może raczej do drewnianej klamerki do bielizny, rozłamanej na pół i umocowanej pinezką.

Równie intrygująca okazuje się zawartość oszklonej szafki stojącej pod przeciwległą ścianą. Wypełniają ją sympatyczne plastikowe aniołki, szklane koty, baleriny w różowych tiulowych spódniczkach, rodzinka wiewiórek i ich muchomorkowy domek, a także włochate miniaturowe zwierzątka. Przypuszczamy, że to mogą być bombonieri, którymi Włosi obdarowują ludzi jako wyraz wdzięczności na przykład za to, że ci przyszli na wesele albo na chrzciny dziecka, albo uczestniczyli w innej ważnej uroczystości. Mówi się, że wprawna włoska matka potrafi z dwudziestu kroków trafić czymś takim niesforne dziecko w głowę.

Na szczęście od ostatniego wieczoru powietrze w kuchni zdążyło się oczyścić, nie mamy więc skrupułów przed przetrząśnięciem zawartości szafek. Znajdujemy w zasadzie wszystkie przybory i garnki, jakich potrzebujemy. Drzwi z kuchni prowadzą do toalety i prysznica.

Na górze odkrywamy jeszcze jeden pokój, w którym stoi powygniatane łóżko i pusta szafa. Zgodnie z umową nie wolno nam zająć tego pomieszczenia, przygotowanego z myślą o matce Justine, która może się zjawić w każdej chwili. Drzwi balkonowe w drugim końcu pokoju otwierają się na sporej wielkości taras, będący, jak się domyślamy, dachem naszej kuchni. Kiedy stoimy plecami do drogi, widzimy dach pobliskiego domu, nieco cofnięty względem naszego i ulokowany niżej na zboczu. Mamy stąd doskonały widok na stromy podjazd i podwórze, zakończone konstrukcją wyglądającą jak duży garaż albo szopa. Pomiędzy domem a tym budynkiem rozciąga się sznur na pranie. Wiatr wydyma wiszące na nim prześcieradła, piżamy i obszerną bieliznę. Jest słoneczny zimowy dzień, doskonały do suszenia prania.

Zaraz po naszej lewej stronie rośnie morwa, wokół której łażą i dziobią kury, niektóre z nich to mizerne, ledwo opierzone kurczaki. Kury spacerują też bez entuzjazmu po tarasach, porośniętych śliwami i drzewami moreli, opadających w dół ku wiejskiej szosie wijącej się w oddali. Leżące odłogiem spłachetki pól, pagórki upstrzone żarnowcem, grupki drzewek oliwnych i trawa, blada jak słoma. Wiejski krajobraz wieńczy zawijas cypla, z którego rozciąga się widok na ogromną przestrzeń połyskującego morza.

Na horyzoncie widać jasnoszare pagórki i góry znaczące sycylijskie wybrzeże. Dostrzegamy stożek Etny, plujący dymem z pokrytego śniegiem szczytu. Ale to szczegół, ponieważ po lewej, za szpalerem drzew oliwnych i domków, znajduje się inny wulkan. Jest znacznie bliżej. Wpatrujemy się w jego kalderę, te spękane usta, oddychające strużkami dymu wspinającego się po zboczu ku grzebieniowi drzew. To wybuchowy punkt centralny wyspy Vulcano, naszej najbliższej sąsiadki. W miejscowym dialekcie mówi się na niego po prostu idu – on. To legendarny komin podziemnej kuźni, miejsca pracy Wulkana, rzymskiego boga ognia, syna Jowisza i Junony, męża Wenus, który na zamówienie bogów i herosów wykuwa pioruny, broń i zbroje.

Wokół nas leży więcej wysp, rozrzuconych na morzu jak kamyki. Jedną z nich jest Salina, z naszej perspektywy wyglądająca jak przedłużenie wyspy, na której się znajdujemy. Jest maleńka Filicudi, gdzie miejscowi jadają na lunch spaghetti z jajami jeżowców i kaparami. Jest Alicudi, ojczyzna stromych górskich ścieżek i uległych mułów. Wysepki sterczą jak błękitne piersi pod muślinową bluzką, rozdzielone morskim przedziałkiem.

Widok robi na nas powalające wrażenie. Stoimy wpatrzeni całe wieki, szczypiąc się w myślach, bo nie możemy uwierzyć. Nie wyjeżdża się po to, by na miejscu znaleźć coś, co już się zna, lecz po to, by odkryć coś nowego – ale z pewnością nie spodziewaliśmy się czegoś takiego. Widok na Morze Liparyjskie robi dużo większe wrażenie, niż śmieliśmy przypuszczać. A to wszystko za jedną trzecią czynszu, jaki płaciliśmy w kraju, wliczając w to prąd.

Ściskam dłoń Rohan i kręcę głową, nie wierząc w nasze szczęście. Już widzę to lenistwo na tarasie z widokiem na morze i te uczty pod gwiazdami...

Ktoś mnie woła. Podchodzę do krawędzi tarasu, wychylam się i widzę promienną twarz klocowatego faceta. Ma szeroko rozstawione nogi, idealne do dosiadania osła, błyszczące oczy i gęste siwe brwi. Białe jak mleko włosy wylewają mu się spod wełnianego stożka na głowie. Kilkudniowy zarost pokrywa twarz, której bruzdy pomieściłyby całodzienny opad deszczu.

Nazywa się Nino. Oznajmia mi to z dumą po włosku, ściskając dłoń.

– To skrót od Antonia, ale nikt mnie tak nie nazywa.

Ma na sobie połatane spodnie z rozporkiem wiązanym na sznurek. Spod flanelowej koszuli wystają mu wystrzępione kołnierzyki dwóch podkoszulków.

– La signora? – pyta, mając na myśli Rohan.

Nie wiem, jak jest po włosku „karmić piersią”, więc wskazuję na mój sutek i poruszam ustami jak ryba.

Najpierw wygląda na zdezorientowanego, a potem na zaniepokojonego. Ale wyraźnie zależy mu na nawiązaniu kontaktu, bo po chwili milczenia proponuje uczczenie naszego przyjazdu winem.

Pokazuje na stodołę stojącą za głównym budynkiem po drugiej stronie dróżki. Zachęca mnie, bym za nim poszedł, i rusza przed siebie sprężystym krokiem.

Znajduję Rohan na dole. Właśnie kończy karmienie. Chętnie pozna naszego gospodarza. Umieszcza Louisa w nosidełku na piersi i obydwoje wychodzimy Ninowi na spotkanie.

Nino zaczekał na nas z otwarciem drzwi stodoły. Kłania się niczym dworzanin i robi zamaszysty ruch ręką, pragnąc zwrócić naszą uwagę na ponure wnętrze. Oczy przyzwyczajają mi się do światła i widzę sierpy stare jak świat, worki z ziemniakami i zwieszające się ze ścian ręcznie wiązane sieci na ryby, przypominające wielkie pajęczyny. Na marnie wykończonych półkach stoją zakurzone słoje, a na betonowej posadzce spoczywają w koszach z wikliny tuziny dziesięciolitrowych gąsiorów.

– Z takim zapasem wina człowiek nie obawia się niczego – mówi Nino, grubym paluchem łaskocząc Louisa pod brodą.

Bardzo oficjalnie ściska dłoń Rohan, posyłając jej zawadiacki uśmiech, a potem odwraca się i podnosi szklany pojemnik pełen żółtawego płynu. Zębami wyciąga ceramiczny korek, wypluwa go na dłoń i chrząka, podsuwając szyjkę butelki do nosa.

– Fak mi! – wykrzykuje i zerka, czekając na naszą reakcję.

Zaskakuje mnie jego łamana angielszczyzna i wybucham śmiechem, chociaż bardziej zastanawia mnie jakość tego wina.

Nino, jakby po to, aby mnie uspokoić, oblizuje usta, nalewa trochę alkoholu do szklaneczki i podsuwa mi pod nos. Płyn wygląda jak przefiltrowany przez nerki. Przyglądam mu się chwilę, podczas gdy Nino nawija, pocierając dłonią o flanelową koszulę. Dopiero kiedy Rohan szturcha mnie w żebra, uświadamiam sobie, że stoję jak pajac, nie rozumiejąc ni w ząb jego paplaniny.

Żaden ze mnie poliglota, ale łapię z grubsza włoski i znam parę słów po hiszpańsku, żeby w razie czego pomóc sobie w konwersacji, tyle że to, co wychodzi z ust Nina, brzmi raczej jak zniekształcony rosyjski.

Raptem przerywa potok słów i wyciąga szyję, wpatrując się błyszczącymi brązowymi oczami w nasze twarze.

– Dialetto – wyjaśnia wreszcie, porzucając swój dialekt i zwracając się do nas okrągłymi włoskimi głoskami. – To wino z mojego pola – mówi. – Ba! Diabelska mieszanka. Zeszły rok był kiepski dla winogron. Wylej, jeśli ci nie smakuje.

Jego twarz marszczy się jeszcze bardziej. Wyciąga rękę i kręci nadgarstkiem, jakby wylewał całą zawartość między kaktusy.

Sam zapach wina wystarczy, żebym zaczął się dusić, ale nie ma ucieczki przed tym, co komu pisane. Poza tym z natury jestem ryzykantem. Podnoszę szklaneczkę do ust i ostrożnie wypijam łyczek. Błyskawicznie ogarnia mnie paraliż.

– I jak? – pyta Nino, składając dłonie jak do modlitwy.

W sam raz do usuwania rdzy. Gdybym miał choć trochę oleju w głowie, popędziłbym do łazienki, przystawił usta do kranu i odkręcił kurek albo zemdlałbym, byle tylko nie musieć znów pić tego okropieństwa. Lecz zamiast tego postanawiam okazać odrobinę uprzejmości i mówię:

– Niezłe.

– Na pewno?

– No ba. Dobre.

– Nie za mocne?

– Nie-e. Jest... e... bardzo... – Rozpaczliwie szukam właściwego słowa, czegoś, co umiałbym wymówić i co taktownie podsumowałoby moje doznania, nie obrażając jednocześnie gospodarza przy pierwszym spotkaniu. W końcu pewnie samodzielnie zmiażdżył owoce własnymi stopami i ręcznie zabutelkował nektar.

– Nie używam drożdży ze sklepu – kontynuuje z werwą Nino. – Pozwalam działać dzikim drożdżom, takim rosnącym na skórkach. Dają nieoczekiwane rezultaty... Nigdy nie wiadomo, jaki będzie ostateczny smak. Nie krępuj się. Napij się jeszcze.

Wydymam policzki i zmuszam się do otwarcia ust. Drugi łyk nie jest już taki zły. Język wciąż mi wykręca, ale tym razem przynajmniej czuję jakiś smak. Czyżby ślad cytryny? Albo raczej cierpki posmak mojego przyżeganego podniebienia.

– Całkiem, hm, przyjemne – mówię bez przesadnego optymizmu, wiedząc, że chwalę to okropne wino, bo nic lepszego nie dostanę.

– Przyjemne?

– Tak. Przyjemne... i... e... – Już mi uderza do głowy. – Bardzo skuteczne.

Nino pieje z zachwytu i bije brawo.

– Masz, bierz – mówi, wciskając mi cały gąsior. – Czuję, że ty i ja będziemy dobrymi przyjaciółmi. Nikt nie znosi tego wina.

Rohan wybucha śmiechem. Nino macha małym palcem na wysokości rozporka.

– Mówią, że smakuje, jakby ktoś naszczał do butelki.

Ale cóż, sam wyhodował winogrona, z których powstało wino dla niego i dla rodziny, a nawet dla przyjaciół i sąsiadów – o ile będą w stanie je strawić.

– To nie jest najlepsze wino na świecie, ale przyzwyczaisz się do niego – mówi Nino. – Możesz pić, póki nie zakręci ci się w głowie, a rano obudzisz się bez kaca. Pij, ile wlezie. Częstuj się, kiedy tylko chcesz. Nie musisz prosić o pozwolenie.

Dziękuję mu za tę hojność, a on obejmuje mnie ramieniem.

– Możemy zjeść lunch – mówi. – Teraz, zaraz, chodźmy. Chyba że gdzieś się spieszycie.

– Nie – odpowiadam. – Czasu mamy pod dostatkiem.

W kuchni spotykamy jego żonę. Immacolata jest szczupłą kobietą, grubo po sześćdziesiątce. Ma na sobie fartuch w kwiaty narzucony na sukienkę w kwiecisty wzór. Jej chusta zsunęła się odrobinę i teraz widać spod niej włosy czarne i błyszczące jak szklisty wulkaniczny obsydian, którym ozdabia się tutaj ogrodzenia. Moją uwagę przyciągają jej oczy w kolorze pieczonych kasztanów i olśniewające zęby. Prawdopodobnie sztuczne. Szlachetne rysy twarzy zdradzają, że w swoim czasie musiała być piękną kobietą.

Immacolata jest zdecydowanie bardziej powściągliwa niż Nino, poza tym sprawia wrażenie lekko podenerwowanej, jakby nie była przyzwyczajona do odwiedzin, zwłaszcza w wykonaniu dwójki obcokrajowców z dzieckiem, z którego ust wypływa strużka częściowo strawionego mleka z piersi.

Nasza gospodyni uwija się, szukając filiżanek do kawy i jakiejś ścierki, którą mogłaby zetrzeć paskudztwo ze śliniaka najmłodszego gościa.

Tymczasem Nino otwiera butelkę starego Grand Marniera, a ja siadam przy stole w kuchni. Przygotowuję się na wyspiarski odpowiednik prowansalskiego pasztetu z dzika i drozda albo jakąś kiełbasę z ziarenkami pieprzu. Potem może kaczka z grzybami albo zapiekanka z królika, żeby było po wiejsku. Wyobrażam sobie kozi ser, a na deser ciasto migdałowe z kapką alkoholu na zakończenie posiłku – zupełnie jak w tych wszystkich słynnych książkach opisujących sielski żywot za granicą.

Ale potem dociera do mnie, że poza dzbankiem do kawy nic więcej nie stoi na kuchence, całkiem, jak zdążyłem zauważyć, nowoczesnej. Owszem, kuchnia jest wyposażona w szafki, kuchenkę gazową, lodówkę i zlew, ale chociaż Immacolata przygotowuje tutaj kawę dla gości, gotuje gdzie indziej – na kuchni węglowej na tyłach domu. Zadaniem tego pomieszczenia jest odgrywanie roli salonu, służy ono podniesieniu statusu mieszkańców domu, chodzi o pokazanie gościom, że gospodarze nie są byle wieśniakami z epoki kamienia łupanego – można tak pomyśleć, kiedy widzi się ich na polu.

Immacolata wraca, niosąc ciężką patelnię. To pierwsze i, jak się okazuje, ostatnie danie: góra spaghetti, zwieńczona kawałkami wczorajszych ugotowanych ziemniaków i kilkoma żylastymi liśćmi karczochów. To utopione w oliwie z oliwek i obficie posypane posiekanym czosnkiem danie stanowi przykład autentycznego, oszczędnego posiłku złożonego z lokalnych produktów sezonowych.

Patrzę na Rohan. Posługuje się włoskim lepiej ode mnie i czuje się zupełnie swobodnie w towarzystwie naszych gospodarzy. Louis bulgocze zadowolony. Wzdycham. Bardzo się cieszę, że to nie Prowansja ani Toskania, a gospodarze to nie bogaci właściciele ziemscy, mający mieszkanie w mieście i wiejską bazę na weekendowe wypady.

Zaraz, a co z tą butelką Grand Marniera?

– Przyniosłem coś specjalnego – zagaja Nino. – Chcesz spróbować? Autentyczne...

Nalewa mi kieliszek, zanim uda mi się odpowiedzieć.

– Pij powoli – mówi z zachęcającym uśmiechem. – Nie ma pośpiechu.

Pociągam więc łyk z namaszczeniem. Okazuje się, że to znowu jego wino, tyle że przelane do ładnej butelki.

Widząc moją zaskoczoną minę, Nino wybucha śmiechem.

Włącza telewizor i podkręca dźwięk tak, by zagłuszyć brzęk widelców. Okazuje się, że nasi gospodarze nie są przesadnie rozmowni, zwłaszcza kiedy na ekranie pojawiają się wiadomości.

Przeżuwamy w ciszy, słuchając o bombardowaniu Palestyny, amerykańskich planach wojennych, zamordowaniu dziecka w mieście na dalekiej północy i o pogodzie. Gdy w telewizorze jedna przygnębiająca scena przechodzi w kolejną, dziwię się w myślach, jak bardzo to, co oglądamy, nie przystaje ani do życia naszych gospodarzy, ani do naszego. Nie zawsze tak mi się wydawało.

Przez lata kładłem się spać z radiem przy uchu, starając się nie przegapić najświeższych wiadomości, i budziłem się, mechanicznie przekręcając gałkę. Teraz wszystko to wydaje się tak banalne, wręcz szkodliwe. Już wiem, że nie będę za tym tęsknił. Pragnę jedynie pobyć na tej wyspie, odciąć się od wiadomości ze świata poza nią, wyrzec się telewizora i radia, a nawet telefonu. Od dziś będziemy polegali wyłącznie na starych sposobach pozyskiwania informacji, to znaczy listach ze znaczkami z egzotycznych krajów. Zanim włoska poczta przepuści list przez swój system, wieści ulegną przedawnieniu i nabierzemy do nich odpowiedniego dystansu – i tak powinno być.

Po skończonym lunchu wszyscy wychodzimy na zewnątrz. Nino chciałby zobaczyć tego psa, o którym tak dużo słyszał.

Wypuszczam Tetleya z samochodu, w którym siedział zamknięty przez większość czasu od wczorajszego wypadku.

Tetley przypada Ninowi do gustu, chociaż jest większy, niż próbowała mu wmówić Justine. Nino mówi, że kiedyś miał angielskiego setera, którego trzymał na łańcuchu obok klatek z królikami. Prawie uznawał go za zwierzątko domowe. Stwierdza, że nasz psiak jest rozpuszczony, bo kiedy podnieść na niego rękę, nie kuli się ze strachu. To bez wątpienia pies mieszkający w domu, wnioskując po jego przerzedzonej sierści. Zmarznie, jeśli będziemy go trzymali na dworze. Nino zabiera się do mieszania cementu, nie zapominając o żelaznej obręczy, do której przymocuje łańcuch.

Niech już będzie, mówi, że kiedy cement będzie wysychał, pies może spędzić cały dzień na tarasie. Noc może przespać w domu, u stóp schodków, pod warunkiem że będzie przywiązany do umywalki i jego łapa nie postanie w kuchni. Immacolata jest szczególnie dumna z terakoty.

Chociaż Tetley wyraźnie poruszył serce Nina, nasz gospodarz zdecydowanie innym uczuciem darzy okoliczne bezpańskie kundle. Naprzeciwko drzwi naszego domu, po drugiej stronie drogi, znajduje się potężny mur oporowy wzniesiony z wielkich odłamków skał wulkanicznych, zlepionych mieszaniną cementu i klinkieru. Mur podtrzymuje porośnięty krzakami stok pnący się ku niebu. Wysokością przewyższa przeciętnego człowieka. Chodziło o uzyskanie na stoku miejsca pod betonową drogę oraz rząd domków wraz z przybudówkami. Domki wzniesiono z bloków tufu, wytrzymałej skały wulkanicznej. Nasz dom został pomalowany na biało, ale pozostałe nie. Mamy więc szarą betonową drogę, wysoki szary mur i skupisko szarych domów, stodół i szop. Ta kolorystyczna monotonia mogłaby się wydawać brzydka, ale kwitnące na żółto zimowe dzikie kwiaty albo może światło odbite od morza łagodzą surowy krajobraz. Cokolwiek by to było, w moich oczach osada wygląda jak zrobiona z marcepanu.

Znów stoję na tarasie, znowu podziwiając widok. Rohan po raz szósty tego dnia kładzie Louisa spać. Nagle zauważam trzy szczeniaki biegnące w dół zbocza i kierujące się ku naszemu domowi. Powoli zbliżają się do muru oporowego. Doskonale widzą Tetleya, który stoi niczym wartownik na skraju tarasu i wypatruje kotów.

Dostrzegłszy obcego, jeden ze szczeniaków zaczyna ujadać. Dołączają do niego pozostałe.

Momentalnie na drodze materializuje się Nino. Podchodzi do muru i z dołu łypie na bestie. Psiaki milkną, jeszcze zanim z podwiniętymi ogonami pobiegną z powrotem w górę zbocza.

Jestem pod wrażeniem reakcji, jaką wywołała obecność Nina, i pewnie machnąłbym ręką na ten błahy incydent i od razu o nim zapomniał, gdyby nie jego wyraz twarzy, kiedy po kilku chwilach wraca w to samo miejsce.

Kontrast między jego jowialną aparycją, którą przywitał nas wcześniej tego dnia, a tą mocno przyklejoną do twarzy miną jest tak porażający, że przez chwilę zastanawiam się, czy aby na pewno dobrze go oceniłem. To, że niesie ze sobą śrutówkę i opiera ją o ramię, celując, tylko potwierdza moje przypuszczenia.

Szczeniakom udaje się dotrzeć niemal na sam szczyt wzniesienia, kiedy rozlega się nieziemski trzask i pierwsze śruciny lecą w stronę ich umykających tyłków. Wystrzał niesie się echem z dół drogi, a mój puls gwałtownie przyspiesza. Psiaki skowyczą. Kiedy pada drugi strzał, podbiegam do brzegu tarasu. Widzę, jak Nino dmucha w lufę.

Gdy nabiera pewności, że przeciwnik został rozgromiony, odwraca się i rusza z powrotem do domu. Zauważa mnie.

Początkowo serwuje mi pełną zaskoczenia ciszę, jak gdyby zapomniał, że tu mieszkamy.

– Trafił je pan? – bełkoczę.

– Przeleciało im nad łbami – mówi spokojnie po chwili niewygodnej ciszy. Kaszle, a potem się uśmiecha. – Już nie wolno zabijać tych bastardi.

Strzały obudziły Louisa, który zaczyna płakać. Rohan próbuje uspokoić go najlepiej, jak umie. Przez chwilę buja go na rękach, ale tym denerwuje go jeszcze bardziej. Usiłuje go karmić, ale mały wyje jak obdzierany ze skóry. W końcu kładzie go do wózka i zaczyna wozić dokoła kuchennego stołu, mając nadzieję, że ruch go uśpi. Zupełnie bez sensu akurat wtedy próbuję porozmawiać z nią o wydarzeniach dnia, szybko jednak staje się jasne, że Rohan jest zbyt zajęta, żeby się skupić. Czekam więc na swoją kolej, w międzyczasie karmiąc psa i zmywając naczynia. Rohan idzie do sypialni, licząc, że uda jej się przełożyć Louisa do łóżeczka. Zostaję sam na sam z zapadającym zmierzchem i pełzającym chłodem. W końcu zapada cisza.

Kiedy wydaje mi się, że odczekałem wystarczająco długo, uchylam drzwi do sypialni i widzę, że obydwoje śpią. A przecież nie ma jeszcze szóstej.

5 Michel de Montaigne, Próby, ks. 3, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), PIW, Warszawa 1985, s. 200.

Rozdział trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.