Austerlitz. Śmiertelne zmagania Francji z Europą i Rosją - Oleg Sokołow - ebook

Austerlitz. Śmiertelne zmagania Francji z Europą i Rosją ebook

Oleg Sokołow

0,0
59,99 zł

lub
Opis

Austerlitz to nie tylko jedna z najświetniejszych batalii, symbol wojskowego geniuszu Napoleona, męstwa i poświęcenia Wielkiej Armii; nie tylko starcie, które jednym uderzeniem zakończyło wojnę Trzeciej Koalicji przeciwko Francji. Austerlitz i wojna 1805 roku to także jeden z ważniejszych epizodów w dziejach Europy. Wojna ta zapoczątkowała szereg konfliktów zbrojnych, które wstrząsały światem w początkach XIX wieku, przechodząc do historii pod nazwą wojen napoleońskich. Co więcej, walka Napoleona z Trzecią Koalicją zrodziła całą serię ostrych sprzeczności, które narastały potem niczym kula śniegowa. To właśnie wojna 1805 roku w wielu aspektach zdeterminowała europejską politykę na kolejne dziesięć lat. Nie zbadawszy genezy tego konfliktu, nie sposób wprost zrozumieć historię Europy XIX wieku. Przedstawione w niniejszej pracy wydarzenia polityczne zostały przeanalizowane na podstawie ogromnej liczby dokumentów – francuskich, rosyjskich, austriackich, a rezultaty tych bezstronnych i uczciwych badań będą zapewne dla wielu zaskakujące.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1139




© Copyright

Oleg Sokołow

© Copyright for Polish edition:

Wydawnictwo Napoleon V

Na okładce obraz Mariusza Kozika pt. Austerlitz

Oficjalna strona: www.lacedemon.info

Tłumaczenie:

Sławomir Skowronek

Redakcja techniczna:

Dariusz Marszałek

www.napoleonv.pl

Kontakt:[email protected]

Numer ISBN: 978-83-8178-344-6

PRZEDMOWA

Austerlitz to nie tylko jedna z najświetniejszych batalii, symbol wojskowego geniuszu Napoleona, męstwa i poświęcenia Wielkiej Armii; nie tylko starcie, które jednym uderzeniem zakończyło wojnę Trzeciej Koalicji przeciwko Francji. Austerlitz i wojna 1805 roku to także jeden z ważniejszych epizodów w dziejach Europy. Wojna ta zapoczątkowała szereg konfliktów zbrojnych, które wstrząsały światem w początkach XIX wieku, przechodząc do historii pod nazwą wojen napoleońskich.

Co więcej, walka Napoleona z Trzecią Koalicją zrodziła całą serię ostrych sprzeczności, które narastały potem niczym kula śniegowa. To właśnie wojna 1805 roku w wielu aspektach zdeterminowała europejską politykę na kolejne dziesięć lat. Nie zbadawszy genezy tego konfliktu, nie sposób wprost zrozumieć historię Europy XIX wieku.

Przedstawione w niniejszej pracy wydarzenia polityczne zostały przeanalizowane na podstawie ogromnej liczby dokumentów – francuskich, rosyjskich, austriackich, a rezultaty tych bezstronnych i uczciwych badań będą zapewne dla wielu zaskakujące.

Oprócz tego, podczas trwania tego konfliktu polityka tak bardzo przenikała się z kalkulacjami strategicznymi a nawet taktycznymi, że bez jasnego i dokładnego poznania jego politycznej „prehistorii” nie sposób wyrobić sobie pełnego zdania na temat samych działań bojowych. To był kolejny powód, dla którego tak wiele stron tej książki poświęcono analizie skomplikowanych splotów europejskiej polityki ostatnich lat XVIII i pierwszych lat XIX wieku.

Wojna 1805 roku to jednak przede wszystkim ciekawa epopeja pełna dramatyzmu i epickiego rozmachu. W starciu tym przejawił się z całą swą mocą geniusz dowódczy Napoleona. Bitwa pod Austerlitz i manewr na Ulm na stałe weszły do kanonów sztuki wojennej.

Jednak wojna to nie tylko czyny wodzów, to także historia walki, cierpień i męstwa setek tysięcy ludzi, wciągniętych w jej tryby. W 1805 roku starli się w zażartym boju żołnierze rosyjscy, natchnieni wspomnieniem wielu zwycięstw, z żołnierzami Wielkiej Armii, którzy wyszli z tygla wojen rewolucyjnych przepełnieni dumą ze swoich sukcesów, ze swego młodego Cesarstwa i ze swego wielkiego wodza, któremu bezgranicznie ufali.

Murat, Ney, Bagration – te nazwiska mówią same za siebie i dźwięczą niczym fanfary. Wraz z nimi szli ci, którzy pozostali za burtą wielkiej historii. Major Henriod, podpułkownik Gwozdiew, porucznik Chmielew, porucznik Levavasseur… Były ich tysiące, toteż o wszystkich opowiedzieć nie sposób, lecz można postarać się, by choć kilku spośród tych nieznanych szerzej bohaterów wydobyć z mroków przeszłości…

Wojna wszakże nigdy nie była podobna do wspaniałych płócien batalistycznych, już bardziej – niczym u Szekspira – rzeczy wielkie i szlachetne przeplatały się tam z rzeczami przyziemnymi i nikczemnymi. Odwaga i wielkość szły tam w parze z cierpieniami, krwią i błotem. Dlatego też w rzeczywistości francuscy i rosyjscy żołnierze mało przypominali przesłodzony obrazek. Byli ludźmi z krwi i kości, ze wszystkimi zaletami i wadami. Pomijanie nieprzyjemnych aspektów walki zbrojnej byłoby więc również nieuczciwe.

Pragnąc to wszystko uwzględnić, starałem się oprzeć przede wszystkim na pierwotnych źródłach, powstających bezpośrednio w tamtym czasie, nie zaś ku tym, które napisali uczestnicy wydarzeń wiele lat później. Wydarzenia późniejszych lat, w szczególności wojny 1812 roku, na tyle wypaczyły wspomnienia wielu naocznych świadków, że niejednokrotnie potrafią one zmylić zarówno czytelnika – amatora, jak i zawodowego historyka. Kiedy zaś zwracamy się ku ówczesnym źródłom – listom, rozkazom, sprawozdaniom i dziennikom, sporządzanym w trakcie toczących się wydarzeń, wiele spraw ukazuje się w zupełnie odmiennym świetle, toteż jestem pewien, że Czytelnik odnajdzie w tej książce wiele zaskakujących informacji.

Unikając wszelkiej sztampy i stereotypów, nie usiłując jednak podważać tez uznanych autorytetów dla samej chęci ich obalania, pragnąłem przedstawić przyczyny rozpoczęcia wojen napoleońskich, przede wszystkim zaś wojny 1805 roku, zrelacjonować szczegółowo i dokładnie przebieg samego konfliktu – oto główne zadania, jakie sobie postawiłem. Czytelnik sam osądzi, na ile mi się to udało.

Na zakończenie pragnę stwierdzić, że przekład mojej książki na język polski stanowi dla mnie wielki zaszczyt i powód do dumy. W moich żyłach płynie nie tylko rosyjska, ale i polska krew, toteż jestem bardzo rad, że książka ta będzie czytana również w języku, którym posługiwali się moi przodkowie.

Oleg Sokołow

Sankt Petersburg, 14 czerwca 2013 r.

ROZDZIAŁ IPROLOG

Nadchodzi moment, kiedy wielki naród, z którym toczymy wojnę, narzuci nam prawa

i zmusi nas do zawarcia pokoju; nie sposób nie zachwycić się tym narodem,

wczoraj wziąłem do niewoli oficera huzarów, którego maniery były tak nienaganne,

że nie można było wyjść z podziwu, u nas nie spotyka się podobnych.

Z listu saskiego oficera Tillmanna, 1796 r.

Zacznijmy od tego, od czego zwykle się nie zaczyna, o czym często się nawet nie pisze albo wspomina jedynie mimochodem – od liczb.

Wybitny niemiecki historyk Hans Delbrück trafnie zauważył: „Badania nad historią wojen [...] najlepiej zaczynać od zestawienia liczebności wojsk. Liczby odgrywają decydującą rolę, nie tylko dla oszacowania stosunku sił [...] ale i same przez się. Te same przemarsze, które są łatwo wykonywane przez 1000 ludzi, są dość kłopotliwe dla 10 000, stają się cudem sztuki wojennej dla 50 000 a niemożliwością dla 100 000”1. To samo dotyczy zagadnień politycznych. Bez wiedzy o tym, jaką siłą dysponowało dane państwo na arenie międzynarodowej, nie sposób studiować jego polityki... a to się niestety, zdarza.

Pomówmy zatem o liczbach. Na przełomie XVIII i XIX w. Europa wyglądała zupełnie inaczej, niż obecnie... Opinia ta wydaje się banałem, nie jest wszakże tak naiwna, jak można by sądzić. Rzecz nie w braku w tamtej epoce samochodów, samolotów, współczesnych środków łączności itp. To zupełnie oczywiste. Istotę rzeczy stanowi odmienny stosunek sił między europejskimi państwami, jak też odmienne znaczenie samej Europy w świecie. Nie od rzeczy byłoby nadmienić, że i mentalność ludzi, ich sposób pojmowania dobra i zła, wojny i pokoju, wolności i sprawiedliwości również były inne niż obecnie.

Odłóżmy jednak na później wartości moralne i zwróćmy się ku suchym liczbom. Wówczas Europa była dla Europejczyków ich światem, można rzec – całym światem. Sprawy i wydarzenia zachodzące na innych kontynentach miały stosunkowo niewielki wpływ na to, co działo się w najważniejszej części planety. „Nieistotne jest, że Europa to najmniejsza ze wszystkich czterech części świata2 pod względem powierzchni” – możemy przeczytać w sławnej ‘Encyklopedii’ Diderota – „lecz jest ona najważniejsza pod względem handlu, pod względem żeglugi morskiej. Jest najbardziej urodzajna, najbardziej wykształcona, najbogatsza pod względem znajomości sztuk, nauk i rzemiosł”3.

Rzeczywiście, nawet jeśli pod względem liczby ludności Europa ustępowała Azji, to była zasiedlona bardziej równomiernie, niż pozostałe części świata; natomiast pod względem energii wykorzystywanej w różnych dziedzinach ludzkiej działalności dominacja Europy była absolutna. Na jednego Europejczyka przypadało pięciokrotnie więcej źródeł pozyskiwania energii (sił końskich, energii żagli, wiatraków itp.), niż na jednego Chińczyka, zaś dziesięcio-piętnastokrotnie więcej, niż na człowieka z kręgu jakiejkolwiek innej cywilizacji.

W tej najważniejszej i gęsto zaludnionej części planety istniały państwa, które można nazwać supermocarstwami tamtej epoki. Tymi państwami były przede wszystkim Francja i Rosja.

Rzeczywiście, zaludnienie Francji osiągnęło w końcu XVIII w. liczbę 27 milionów ludzi, zaś w czasach konsulatu Napoleona Bonaparte 30 milionów, jeśli liczyć samych Francuzów, a 40 milionów wraz z ludnością obszarów przyłączonych podczas wojen rewolucyjnych (Belgii, lewego brzegu Renu, Piemontu). Rosja liczyła w 1801 r. 36 milionów mieszkańców. Żadne z pozostałych państw nie mogło się w tym względzie równać z tymi dwoma gigantami. Anglia co prawda kompensowała swoją słabość pod względem zaludnienia (10 milionów ludzi w pierwszych latach XIX w.) rozwojem ekonomicznym i potęgą swojej floty wojennej i handlowej. Wśród pozostałych krajów znaczącą rolę mogła odgrywać jeszcze monarchia Habsburgów. Na terytorium Austrii, Węgier, Czech, Moraw i innych posiadłości habsburskiej korony zamieszkiwało około 24 milionów ludzi.

Prusy z ich dziesięciomilionową ludnością uważano co prawda za mocarstwo, jednak głównie z powodu pamięci o sławie Fryderyka II. Wszakże państwo to nie było w stanie odgrywać samodzielnie znaczącej roli. Co się tyczy pozostałych państw, były one raczej przedmiotami a nie podmiotami europejskiej polityki. Na przykład 20 milionów Niemców zamieszkiwało terytorium ponad 300 państw, wiecznie ze sobą zwaśnionych. Również 18 milionów Włochów było rozdzielonych licznymi politycznymi granicami.

Wszystko to należy mieć na uwadze, żeby zrozumieć w jaki sposób i z jakich przyczyn powstawały napięcia na kontynencie europejskim. Bez tych liczb, które jasno wykazują znaczenie Francji i Rosji, ich wagę w polityce światowej, niemożliwe jest zrozumienie tego, o czym będzie tu mowa.

Na początek prześledzimy pierwsze z zagadnień: Francja i Rosja były „supermocarstwami” omawianej epoki.

Stosunki między tymi państwami układały się na przestrzeni XVIII wieku, delikatnie mówiąc, niejednoznacznie. Przecież fundamentem francuskiej polityki zagranicznej od czasów kardynała Richelieu, a nawet od czasów Franciszka I, była walka z niebezpieczeństwem habsburskim. W rzeczywistości stosunek sił w Europie w wiekach XVI-XVII był odmienny od tego, jaki ukształtował się pod koniec XVIII wieku. Habsburgowie panujący w Austrii i Hiszpanii, dosłownie dusili Francję w stalowym uścisku. W nieustannych wojnach z wielonarodową monarchią zrodziły się przesłanki systemu sojuszy, za pomocą których królestwo francuskie broniło się przed tym niebezpieczeństwem. Dobre było wszystko to, co złe dla Austriaków. W ten sposób w XVI wieku został po raz pierwszy zawarty sojusz Francji z Turcją, zagrażający od tyłu „Świętemu Cesarstwu Rzymskiemu Narodu Niemieckiego”. Podobnie w XVII wieku Richelieu powiązał swoje królestwo węzłem sojuszu ze Szwecją, nie bacząc na to, że był to kraj protestancki a wielki kardynał zwalczał protestantów we własnej ojczyźnie. Wynikało to z faktu, że sławny szwedzki król Gustaw II Adolf, prowadząc wojnę o szwedzkie rządy nad północnymi obszarami Rzeszy, zagrażał Austriakom od północy. Do tego Francja tradycyjnie podtrzymywała przyjazne stosunki z Polską (Rzeczpospolitą). Chociaż w XVII wieku te stosunki nie były do końca zadowalające a król Jan III Sobieski wbrew koncepcjom Wersalu zawarł nawet czasowo sojusz z Austrią, to jednak granice Polski szerokim frontem okalały posiadłości habsburskie a powodów do sporów między Polakami a Austriakami było aż nadto.

W takich okolicznościach narodziła się słynna koncepcja „Wschodniej Zapory” przeciwko Habsburgom – sojuszu ze Szwecją, Polską i Turcją, mającego na celu obronę Francji przed zakusami ze strony „Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego”.

„Uśpiona” Moskwa nie była brana pod uwagę w tych rachubach. W 1648 r. podczas zawierania pokoju westfalskiego kończącego wojnę trzydziestoletnią, podpis przedstawiciela cara rosyjskiego znalazł się na akcie traktatu niemal na ostatnim miejscu, pośród podpisów przedstawicieli drobnych księstewek niemieckich.

Jak wszystkim wiadomo, na początku XVIII wieku sytuacja na arenie międzynarodowej uległa diametralnym zmianom. W miejsce niezorganizowanej, słabej Moskwy, wśród grzmotu dział i łopotu rozdętych wiatrem żagli okrętów liniowych powstało na wschodzie Europy, kierowane wolą Piotra I Wielkiego, potężne imperium. Francuski poseł4 Campredon donosił swojemu rządowi o sile tej odnowionej monarchii, i o samym Piotrze: „Przy najmniejszej demonstracji jego floty, przy pierwszym ruchu jego wojsk, ani szwedzka, ani duńska, ani pruska, ani polska korona nie poważą się uczynić nieprzyjaznego manewru ani ruszyć z miejsca swe wojska [...] On tylko spośród wszystkich władców północy jest w stanie wymusić szacunek dla własnego sztandaru”5.

Nawet śmierć wielkiego reformatora i rządy jego żałosnych, bezbarwnych następców nie wpłynęły na osłabienie pozycji Rosji: „Pozostawił nas samych, ale nie jak ubogich żebraków”, – wielkim głosem oznajmił arcybiskup Teofan Prokopowicz podczas ceremonii pogrzebowej cara. – „Uczynił Rosję wspaniałomyślną dla przyjaciół, i wspaniałomyślną będzie, uczynił ją groźną dla wrogów, i groźną będzie, uczynił ją sławną w całym świecie, i sławną być nie przestanie”6.

Nowo narodzona potęga była całkowicie nie w smak interesom dworu wersalskiego. Rosja wszak wdawała się w konflikty ze wszystkimi państwami „wschodniej zapory”. Zarówno przed czasami Piotra, jak i po jego panowaniu wojowała ze Szwedami i Turkami, a wojny z Polską, jak wiadomo, przywiodły Moskwę w XVII wieku wręcz na granicę katastrofy. Obecnie Rosja brała rewanż w stosunkach z Polską i zaczęła sama okrutnie naciskać na swego zachodniego sąsiada. Do tego 6 sierpnia 1726 r. Rosja podpisała traktat sojuszniczy z Austrią, kierując się wspólnym interesem: zwalczaniem Szwecji, Polski i Turcji.

Naturalną koleją rzeczy ta sytuacja wpłynęła na decyzje Wersalu, gdzie wrogość do Habsburgów dosłownie wrosła w podświadomość francuskich mężów stanu. Spoglądali oni na Rosję nieprzyjaźnie, z nieskrywanym niepokojem. Nawet aktywne wsparcie przez francuskiego posła tragikomicznego przewrotu, który w listopadową noc 1741 r. przywiódł do tronu wielką księżnę Elżbietę, da się wyjaśnić tymi samymi motywami – nieprzychylnością wobec nowego rosyjskiego imperium. Ponadto nadziejami na to, że nowa caryca „zwolenniczka starej, przedpiotrowej Rosji” (jak sądzili Francuzi), ponownie zawróci swój kraj w minione czasy nierządnej, zbierającej od wszystkich szturchańce Moskwy. Owe nadzieje nie miały się jednak spełnić.

Według celnej uwagi P. Czerkasowa „Elżbieta stała się uosobieniem nie starego, ‘moskiewskiego’, tylko nowego, ‘petersburskiego’, można powiedzieć: zeuropeizowanego nacjonalizmu, którego źródłem były rządy jej ojca [Piotra Wielkiego]”7.

Jednakże od połowy XVIII w. stosunki między Rosją i Francją ulegały stopniowej przemianie. Główną tego przyczyną był fakt, że zagrożenie habsburskie które tak bardzo niepokoiło francuskich polityków, powoli odchodziło w przeszłość. Co więcej, w 1756 r. doszło do prawdziwej rewolucji w stosunkach dyplomatycznych nazwanej „odwróceniem sojuszy” (le renversement des alliances). Wzrost potęgi Prus i ich zbliżenie z Anglią, osłabienie państwa austriackiego i umiejętne zabiegi jego dyplomatów doprowadziły do tego, że powstał sojusz francusko-austriacko-rosyjski wymierzony przeciwko wybujałym ambicjom króla pruskiego Fryderyka II.

Niezależnie od wspólnych działań przeciwko wspólnemu wrogowi podczas wojny siedmioletniej, ocieplenie stosunków rosyjsko-francuskich nie zostało zaniechane po śmierci króla Ludwika XV w 1774 r.

Wymiana głównych figur we francuskich kręgach władzy zaowocowała dalszymi znaczącymi zmianami układu sił w Europie. Niebezpieczeństwo austriackie stawało się coraz słabsze; z drugiej strony Szwecja – kiedyś wierna sojuszniczka królestwa francuskiego-ulegała wciąż rosnącym wpływom angielskim. Polska ostatecznie spadła do szeregu państw drugorzędnych. W 1772 r. trzy państwa: Rosja, Austria i Prusy odebrały Rzeczypospolitej po solidnym kawałku terytorium, dokonując tak zwanego pierwszego rozbioru Polski i czyniąc z tego państwa bezwolny obiekt własnej gry politycznej. Ponadto imperium osmańskie pogrążało się we wciąż rosnącym kryzysie wewnętrznym. Po raz pierwszy pojawiły się wypowiedzi, że Turcja jest „chorym człowiekiem Europy”, który wcześniej lub później umrze, toteż trzeba pomyśleć o podziale spadku po nim. Dochodziło do tego stałe potęgowanie się przeciwności między Francją i Anglią.

Mimo iż dyplomatom francuskim i rosyjskim zdarzało się kierować chwilowymi interesami oraz dokonywać niewyobrażalnych politycznych piruetów, obiektywnie stosunki między obu wielkimi państwami były coraz lepsze.

Nie można również zapominać o tym, że cała Europa żyła wówczas pod silnymi wpływami kultury francuskiej. Sama caryca Katarzyna II czytała, pisała i, można powiedzieć, myślała po francusku. Prowadziła ożywioną korespondencję z koryfeuszami Oświecenia: Diderotem, Wolterem, Grimmem. Rosyjska władczyni jako jedna z pierwszych doceniła rosnącą rolę opinii publicznej w polityce i umiejętnie dobrała sobie francuskich współpracowników, którzy wpływali na tę opinię. Przebiegłą chytrością i szczodrymi darami pozyskiwała tych, którzy wobec własnego rządu wysławiali prawdziwe lub domniemane zalety rosyjskiego imperium i oczywiście jego władczyni.

Już podczas wojny rosyjsko-tureckiej w l. 1768-1774 Wolter całkowicie poparł Rosję, pojmując wojnę z Turkami jako walkę z barbarzyńskim zagrożeniem: „Madame, Wasza Cesarska Mość, zaprawdę zwraca mi Pani życie, zabijając Turków (!)” – pisał w swoim liście do Katarzyny na wieść o sukcesach wojsk rosyjskich – „List Pani z 22 września sprawił, że wyskoczyłem z pościeli z okrzykiem: Ałła! Katarzyna!... Naprawdę znajduję się, Madame, u szczytu szczęścia, jestem zachwycony, składam Pani dziękczynienie”8.

W ślad za Wolterem i ogólnymi przemianami europejskiej koniunktury uległ zmianie również stosunek Francuzów do Rosji: „Opinia publiczna we Francji, pozostająca dotąd wroga wobec Rosji, z nagła stała się skrajnie jej przychylną. Do wszystkiego co rosyjskie zaczęto odnosić się z jakimś naiwnym zachwytem. W teatrze wystawiano sztuki, których tematykę stanowiły wątki z rosyjskich dziejów: ‘Scytowie’ Woltera, ‘Piotr Wielki’ Daure’a, ‘Mienszykow’ Laharpe’a... Wszędzie w Paryżu powstawały ‘Rosyjskie’ hotele, ‘Północne’ kawiarnie. Handlarz modnymi artykułami otworzył sklep pod szyldem ‘U rosyjskiego modysty’”.

Obustronne zbliżenie stało się szczególnie widoczne podczas amerykańskiej wojny o niepodległość, kiedy Francuzi weszli w otwarty konflikt z Anglią. Odtąd tradycyjne powiązania dworu wersalskiego ze Stambułem jawnie zostały zepchnięte na drugi, jeśli nie na trzeci plan. Tematem dnia stała się wojna morska. Na próżno Anglicy starali się przeciągnąć na swoją stronę rosyjską imperatorową. Nie tylko nie przyjęła ona ich propozycji, lecz także – zmuszona do tego gwałtami Anglików, którzy pod pozorem wojny zagarniali statki pływające pod rosyjską banderą – podpisała 9 lipca 1780 r. z Danią układ o zbrojnej neutralności. Do tej deklaracji przyłączyły się później Szwecja, Holandia, Austria, Prusy, Portugalia i Królestwo Neapolu. Był to potężny cios wymierzony w brytyjskie dążenia do hegemoni na morzach. Skorzystali na tym kupcy rosyjscy, przewożący odtąd towary na statkach krajów neutralnych (najczęściej holenderskich pod flagą Prus lub Niderlandów Austriackich). Polepszyło to również stosunki rosyjsko-francuskie, coraz bardziej bliskie i przyjazne.

Oczywiście naiwnością byłoby ukazywanie zbliżenia francusko-rosyjskiego z tamtych lat w samych różowych barwach, jednak było oczywiste, że zwłaszcza zmiana francuskiego stosunku wobec Turcji pozwoliła Katarzynie dokonać aneksji Krymu w 1783 r.; już wcześniej współdziałanie Rosji i Francji pozwoliło załagodzić podczas kongresu w Cieszynie (Teschen) konflikt prusko-austriacki. Zbliżenie dwóch wielkich państw kontynentu stworzyło Rosji możliwość nie tylko znacznego umocnienia jej pozycji na południu, ale i uzyskania drogą pokojową decydującego wpływu na sprawy rozgrywające się w samym sercu Europy. Natomiast Francja, dzięki życzliwemu nastawieniu Rosji i jej zbrojnej neutralności, mogła po raz pierwszy od wielu lat powetować sobie dawne porażki poniesione w walce z brytyjską hegemonią na morzach.

Ogólnie rzecz ujmując, bez względu na istnienie drobnych sprzeczności, zbliżenie między Francją i Rosją okazało się korzystne dla obu stron. Mało tego, pod koniec lat 80-ych XVIII wieku dyplomacja francuska postawiła sobie za zadanie jeszcze większe zacieśnienie stosunków z Rosją poprzez zawarcie oficjalnego sojuszu. Minister spraw zagranicznych Montmorain pisał w swym memorandum skierowanym do króla Ludwika XVI na początku 1789 r.: „Szwecja nie zasługuje już na nasze zaufanie, zresztą może ona odgrywać na kontynencie jedynie drugoplanową rolę. Prusy wiążąc się z Anglią stały się naszym wrogiem. Rzesza Niemiecka to tylko konglomerat państewek bez jakiegokolwiek związku, do tego znaczna część z nich pozostaje pod wpływem Prus. Pozostaje tylko Imperium Rosyjskie i to jest ten sojusz, o który powinniśmy zabiegać”9.

Po długich wahaniach, w marcu 1789 r. posłowi francuskiemu w Sankt Petersburgu – hrabiemu de Ségurowi dostarczono instrukcje zalecające mu doprowadzenie do podpisania francusko-rosyjskiego sojuszu obronno-zaczepnego...

Jednakże w ciągu zaledwie kilku miesięcy wszelkie rachuby polityków i dyplomatów Europy zostały zakłócone wielkimi wydarzeniami, które miały odmienić bieg historii świata – we Francji rozpoczęła się rewolucja.

Ramy niniejszej książki nie pozwalają na szczegółowe opisywanie przyczyn i przebiegu burzliwych wydarzeń wielkiej rewolucji. Stała się ona bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem na kontynencie europejskim w końcu XVIII wieku, oraz na długo zdecydowała o kierunku rozwoju nie tylko Francji, ale i całej Europy. W sferze polityki zagranicznej państw europejskich rewolucyjny zryw stanie się główną przyczyną konfliktów rozgrywających się na lądzie i morzach przez niemal ćwierć stulecia.

Tak potężny wstrząs jakim była totalna rewolucja zachodząca w najsilniejszym państwie zachodniej Europy, którego językiem posługiwali się wszyscy wykształceni ludzie na kontynencie, rzeczywiście musiał spowodować rezonans w pozostałych państwach.

Początkowo reakcja starych monarchii była na ogół dość umiarkowana, zwłaszcza w sferze czynów a nie słownych deklaracji. Większość europejskich rządów rozpatrywała zachodzące we Francji wydarzenia jako rodzaj zamętu wewnętrznego osłabiającego królestwo Burbonów, a w konsekwencji pozwalającego usunąć konkurenta na arenie polityki międzynarodowej. To nastawienie zaczęło się jednak szybko zmieniać.

Ogromna siła oddziaływania propagandy rewolucyjnej na serio zaniepokoiła monarchów. Pierwszymi wydarzeniami, które już nie na żarty poruszyły rządy państw Europy, były dekrety Zgromadzenia Narodowego dotyczące włączenia do Francji papieskiego Awinionu i posiadłości niemieckich książąt w Alzacji. Ludność tych małych enklaw otoczonych terytoriami francuskimi w przytłaczającej większości domagała się obalenia swych dotychczasowych panów i przyłączenia ich włości do Francji.

Tysiące francuskich emigrantów, którzy umykali za granicę w miarę pogłębiania się procesów rewolucyjnych, szykowało się do aktywnego przeciwdziałania. Tworzyli oni własne regimenty, przenikali na wszystkie dwory europejskich monarchów, strasząc ich wzrastającym zagrożeniem rewolucyjnym i domagając się zdecydowanych działań. Zza granicy odezwały się pierwsze pogróżki pod adresem Francji i pobrzękiwanie orężem. 29 sierpnia 1791 roku w zamku Pillnitz cesarz Leopold II i król pruski Fryderyk Wilhelm II podpisali deklarację o wspólnych działaniach w celu wsparcia króla francuskiego. Ludwik XVI i Maria Antonina prosili swych koronowanych „kuzynów”, by ci solidnie napędzili strachu francuskiemu motłochowi. Mimo to nikt jeszcze wtedy nie myślał serio o wywołaniu wojny, poprzestawano na pogróżkach i słownych deklaracjach.

Emigranci i król kiepsko jednak rozumieli psychikę ludzi, których starali się zastraszyć. Działacze rewolucyjni nie byli urzędnikami posiwiałymi w wiernej służbie monarsze i drżącymi o swe stołki. Przeciwnie, byli to w większości ludzie młodzi, wrażliwi na punkcie honoru i energiczni. Nie mieli niczego do stracenia, za to w gorączce rewolucyjnych przemian mieli nadzieję zdobyć sławę i majątek. Nie można wreszcie zapominać, że Francję ogarnął rzeczywisty zapał rewolucyjny. Wielu żarliwie wierzyło, że stworzą nowy porządek świata, i byli gotowi na wszystko, łącznie z ofiarą życia.

W odpowiedzi na pogróżki, w głowach liderów rewolucji rodziły się plany prewencyjnego uderzenia we wrogów. Zaślepieni zapałem sądzili, że walka będzie lekka i zakończy się sukcesem. Wybitny lider klubu żyrondystów Brissot wykrzykiwał z mównicy Zgromadzenia: „Francuska rewolucja będzie świętą żagwią; jej iskry rozpłomienią wszystkie narody, których władcy ośmielą się do niej zbliżyć!”. Wtórował mu inny wybitny działacz rewolucji, Isnard: „Powiemy twardo europejskim rządom: jeśli królowie rozpoczną wojnę przeciw ludom, my rozpoczniemy wojnę przeciw królom!”. 29 grudnia 1791 r. Brissot ponownie wstrząsnął Zgromadzeniem wygłaszając gromkie przemówienie: „Wojna jest obecnie dobrem dla narodu i istnieje tylko jedno nieszczęście, którego należy się obawiać – że wojna nie nastąpi!”. A deputowany Fauchet oznajmił: „Posyłajcie, głupi tyrani, wszystkich waszych głupich niewolników; wasze armie roztopią się jak bryły lodu na płonącej ziemi!... Niechże się wreszcie rozpocznie wojna z książętami wspierającymi spiskowców na naszych granicach. Wojna cesarzowi Leopoldowi, który pragnie zdławić naszą wolność... Naszymi parlamentariuszami będą armaty, bagnety patriotów i milion wolnych ludzi!”.

20 kwietnia 1792 r. w opanowanej rewolucyjnymi namiętnościami stolicy Francji zebrało się Zgromadzenie Prawodawcze, żeby rozpatrzyć problem ewentualnej wojny przeciw wrogom, gromadzącym siły na granicach. Deputowani przybyli dosłownie pijani zapałem, który niczym elektryczną iskrę przekazał im rozszalały tłum. Nawet reprezentant umiarkowanego skrzydła Zgromadzenia – Pastoret wykrzyknął: „Albo wolność zwycięży, albo despoci unicestwią nas. Jeszcze nigdy nie było dane narodowi francuskiemu dopełnić tak wielkiego przeznaczenia... Zwycięstwo podąży za wolnością!”.

Co do jakobinów, ich reprezentant Basire10 gromko obwieścił: „Naród żąda wojny! Pospieszcie wypełnić jego wolę płynącą ze sprawiedliwego i szlachetnego gniewu. Być może teraz to wy ogłosicie wolność całemu światu!”.

Nie trzeba dodawać, że decyzja o wojnie „przeciwko królowi Węgier i Czech” (tak został w manifeście wojennym nazwany cesarz austriacki) została uchwalona przytłaczającą większością głosów.

Jednak już pierwsze starcia z nieprzyjacielem zakończyły się porażką pozbawionych porządku i dyscypliny wojsk francuskich. Zaledwie ujrzawszy awanposty Austriaków, armia francuska atakująca Mons rzuciła się do ucieczki z okrzykiem: „Zdrada!”.

Wszakże niepowodzenia i wkroczenie oddziałów wroga na ziemię francuską nie przestraszyły zbuntowanej stolicy; przeciwnie, dały całemu Paryżowi potężny impuls. „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!” – obwieszczali młodzi mówcy, przepasani trójkolorowymi szarfami, z towarzyszeniem dźwięku werbli i wystrzałów armatnich ustawionych na Pont Neuf. Tysiące ochotników pomaszerowało ku granicom. Byli oni słabo wyszkoleni, źle uzbrojeni, za to zdecydowani i pełni energii. Król, królowa oraz emigranci, nie pojmując ogromnej siły rodzącej się wichury, nadal domagali się od dowódców wojsk koalicji, by porządnie napędzili strachu buntownikom. Ponaglany ich naleganiami książę Brunszwicki, człowiek z natury łagodny i nieskłonny do okrucieństwa, podpisał manifest, w którym groził, że jeśli królowi lub królowej spadnie choćby włos z głowy, z Paryża nie pozostanie kamień na kamieniu.

Ten manifest, szeroko rozgłoszony w owładniętej emocjami stolicy Francji, zamiast strachu wywołał wzburzenie. 10 sierpnia, trzy dni po tym, jak zapoznali się z nim paryżanie, obalono monarchię. Niespotykany dotąd zryw ogarnął setki tysięcy ludzi. Z trybuny Zgromadzenia Narodowego Danton gromkim głosem wypowiedział niezapomniane słowa: „Werbel, który słyszycie – to nie bicie na trwogę, to wezwanie do ataku na wrogów Ojczyzny. Żeby ich pokonać, panowie, potrzebna nam jest odwaga, odwaga i jeszcze raz odwaga, a Francja będzie ocalona!”. Odtąd Francuzi zaczęli traktować wojnę poważnie. 20 września w bitwie pod Valmy powstrzymali ofensywę Prusaków i rychło sami przeszli do natarcia na wszystkich frontach.

Na północy, pobiwszy Austriaków pod Jemappe, republikanie opanowali część Niderlandów Austriackich (obecnej Belgii). Na wschodzie, wypierając Prusaków, wkroczyli do Moguncji. Na południu wśród wiwatów ludności wkroczyli do Nicei i Sabaudii. To pasmo sukcesów zawróciło w głowach członkom rządu republiki. Radosne powitanie, jakie zgotowano wojskom francuskim w Sabaudii i części ziem niemieckich, zdawało się potwierdzać, że możliwe jest zrealizowanie najbardziej fantastycznych planów „wyzwolenia całej ludzkości”. Z trybuny Konwentu Gregoire głosił: „Kości zostały rzucone! Ruszyliśmy w bój! Wszystkie rządy – naszymi wrogami, wszystkie ludy – naszymi sprzymierzeńcami! Albo my zostaniemy unicestwieni, albo ludzkość stanie się wolna!”. W ten sposób na wpół niepoważna wojna rozpoczęta w 1792 r. przekształcała się w światową pożogę.

Do wojny z rewolucyjną Francją stanęła koalicja starych monarchii: Anglia, Prusy, Austria, Holandia, Hiszpania, Neapol, Sardynia, mnóstwo drobnych państewek Rzeszy – wszyscy ruszyli do walki. Teraz już zrozumieli, że republika to potężna siła, i szykowali się już nie do „wojennego spacerku”, lecz do boju na śmierć i życie. Wiosną 1793 r. koalicja rozpoczęła ofensywę.

Było rzeczą oczywistą, w jaki sposób zareaguje na wiadomości o rewolucyjnych wydarzeniach we Francji feudalna oligarchia Rosji i jej samowładna monarchini. Już na pierwsze sygnały z rewolucyjnego Paryża Katarzyna pogrzebała wszelkie plany sojuszu rosyjsko-francuskiego. Zajść w Paryżu nie nazywała inaczej jak „skandalicznym łajdactwem”, zaś o działaczach rewolucji wyrażała się całkiem niedwuznacznie: „Cała ta hołota nie lepsza od ‘markiza’ Pugaczowa”.

Początek wojny rewolucji przeciw monarchicznej Europie był równoznaczny z zerwaniem także stosunków dyplomatycznych Francji z Rosją. Już w lutym 1792 r. rosyjski poseł Smolin uciekł z Paryża, a w czerwcu opuścił stolicę Francji ostatni przedstawiciel Rosji – chargé d’affaires Nowikow.

Wiadomość o sądzie nad królem i jego straceniu 21 stycznia 1793 r. wywołała gniewny okrzyk imperatorowej: „Należy wytępić wszystkich Francuzów, tak żeby nie pozostała nawet nazwa tego narodu!”.

Odtąd zakazano importu do Rosji francuskich towarów, ustanowiono nadzór nad wszystkimi Francuzami zamieszkującymi na obszarze imperium; co więcej, zezwalano im na pozostanie w Rosji jedynie pod warunkiem złożenia przysięgi rozpoczynającej się od słów: „Ja niżej podpisany przysięgam, że przenigdy nie podzielałem nikczemnych i buntowniczych poglądów, które obecnie panują we Francji. Obecnie ustanowiony we Francji rząd uznaję za uzurpację i naruszenie wszelkich praw, a śmierć arcychrześcijańskiego króla Ludwika XVI za akt najohydniejszej podłości...”.

Jednak, nie bacząc na to i tysiące klątw miotanych pod adresem rewolucji, Katarzyna pozostawała przez cały czas trzeźwym politykiem. Bulwersując się wypadkami we Francji i deklarując, że wystarczy 20 tys. kozaków, by wkroczyć do Paryża, imperatorowa bynajmniej nie spieszyła się z realizacją podobnych projektów.

Po pierwsze, rozumiała iż sprawa nie jest taka prosta i uśmierzyć rewolucyjną burzę nie będzie łatwo.

Po drugie, Rosja miała na głowie mnóstwo o wiele ważniejszych dla niej spraw, niż posyłanie armii do tłumienia rewolucji we Francji.

Aż do 1791 r. ciągnęła się wojna z Turcją, rozpoczęta przed czterema laty. Ciekawe było to, że mimo jednoczenia władców Europy do walki z zagrożeniem rewolucyjnym, rząd brytyjski nie zaniedbywał innych swych interesów, a szczególnie tego, by nie dopuścić Rosji do Morza Śródziemnego. Brytyjski poseł w Sankt Petersburgu sir Charles Whitworth życzył sobie, żeby Rosja „zajmowała to miejsce wśród państw Europy, jakie jej dała natura”. Podczas posiedzenia 21 i 22 marca 1791 r. rząd brytyjski poparł politykę premiera Williama Pitta, który podzielał poglądy Whitwortha w kwestii rosyjskiej. Przygotowano pod adresem Rosji ultimatum, w którym dawano Katarzynie 10 dni na podpisanie pokoju z Turcją; w przeciwnym razie Anglia groziła wysłaniem swych okrętów na Bałtyk i Morze Czarne, by rozgromiły one flotę rosyjską, zaś Prusacy mieli wkroczyć do Inflant. Mimo iż ostatecznie ultimatum nie wysłano, jednak z pomocą Anglików został zawarty w Jassach w grudniu 1791 r. pokój z Turcją na stosunkowo łagodnych dla niej warunkach.

Do tego wszystkiego, rewolucja we Francji wywołała wzrost uczuć patriotycznych w Polsce, gdzie 3 maja 1791 r. podczas posiedzenia sejmu uchwalono konstytucję. Należy zauważyć, że ta konstytucja w żaden sposób nie mogła być nazywana rewolucyjną ani jakobińską. Przeciwnie, umacniała władzę króla, ustanawiała dziedziczność tronu, pohamowała anarchię szlachecką z jej sławnym „liberum veto” (zasada pozwalająca zatwierdzać wszelkie uchwały sejmowe jedynie jednogłośnie; wystarczyła niezgoda jednego posła [„veto”], by zablokować ustawę), wzmocniła władzę wykonawczą i ustaliła zasady wyboru władzy ustawodawczej.

Ta konstytucja, mimo swego umiarkowania, wywoływała znacznie większy niepokój imperatorowej, niż wydarzenia w odległym Paryżu. Polska leżała tuż obok Rosji i niebezpieczeństwo rozprzestrzeniania „rewolucyjnej zarazy” wydawało się tu większe; ponadto stanowiło to znakomity pretekst do dalszego zaokrąglenia granic imperium rosyjskiego na zachodzie kosztem Polski.

Stanowisko Wielkiej Brytanii w sprawie tureckiej i wypadki w Polsce prowadziły do tego, że jakkolwiek imperatorowa podżegała inne państwa, głównie Austrię i Prusy, do krucjaty przeciwko rewolucji, to sama unikała prowadzenia dalekich kampanii, zamiast tego zajęła się załatwianiem palących problemów znacznie bliższych rosyjskim granicom. W rozmowie z radcą tytularnym Chrapowickim w grudniu 1791 r. Katarzyna niedwuznacznie wypowiedziała się na ten temat: „...Istnieją powody, o których należy milczeć; chcę ich wplątać w różne sprawy [tj. Austrię i Prusy w wojnę z Francją], żeby mieć wolne ręce. Mam mnóstwo niedokończonych spraw i dobrze by było, żeby oni byli czymś zajęci i mi nie przeszkadzali...”11.

Latem 1791 r. armia rosyjska, walcząca dotąd przeciw Turcji, została przerzucona ku polskim granicom a następnie wkroczyła do Warszawy. Polską konstytucję obalono a sama Polska została poddana kolejnemu rozbiorowi12.

W rezultacie II rozbioru Polski (w marcu 1793 r.) Rosja zagarnęła Białoruś i prawobrzeżną Ukrainę, Prusy – Gdańsk, Toruń i Wielkopolskę z Poznaniem. Natomiast Austria, zaabsorbowana wojną z rewolucyjną Francją, nie otrzymała niczego.

Należy zauważyć, że w Wiedniu wywołało to prawdziwą burzę. „Czyż nie okazało się prawdą, że Rosja jedynie popychała nas do walki z Francuzami, nie mając zamiaru nas wspierać, natomiast sama snuła tajne plany decydujące o losie Polski?” – sierdził się znany austriacki polityk hrabia Cobenzl.

Rozczłonkowanie Polski, jej okupacja przez obce wojska i poniżenie Polaków spowodowały powstanie pod przywództwem Tadeusza Kościuszki. Powstanie stłumiono. 5 listopada 1794 r. wojska Suworowa wzięły szturmem przedmieście Warszawy – Pragę, dokonując tam krwawej rzezi, a w 1795 r. Polska przestała istnieć. W wyniku trzeciego rozbioru Rosja zagarnęła Litwę, pozostałą część Białorusi i zachodnią Ukrainę – terytoria (za wyjątkiem Litwy) zamieszkałe głównie przez ludność prawosławną. Warszawa wraz ze znaczną częścią rdzennych ziem polskich dostała się Prusom. Austria tym razem nie pozostała na uboczu i zagarnęła Małopolskę z Krakowem i Lublinem.

Niewątpliwie to właśnie sprawy polskie i tureckie całkowicie paraliżowały jakikolwiek realny udział Katarzyny II w akcjach przeciwko Francji; dopiero kiedy na przełomie lat 1794-1795 problemy „domowe” zostały w ten czy inny sposób rozwiązane, sytuacja w wojnie pierwszej koalicji z rewolucyjną Francją uległa całkowitej odmianie.

Pod wpływem wydarzeń na frontach zaszły istotne wydarzenia w samej Francji. W kwietniu 1793 r. został powołany sławny Komitet Ocalenia Narodowego złożony z dziewięciu członków, których wyposażono w szerokie kompetencje w zakresie organizacji oporu przeciw wrogom. 2 czerwca 1793 r. upadł gabinet żyrondystów i do władzy doszli jakobini – najbardziej radykalne skrzydło rewolucji.

Do tej chwili sytuacja na frontach stała się dla republikanów wprost katastrofalna. Na północy parła naprzód austriacka armia księcia Koburskiego, wojska angielskie oblegały Dunkierkę, pruska armia księcia Brunszwickiego następowała od wschodu i zawładnęła Moguncją, na południu wojska piemonckie okupowały Sabaudię i zagrażały Nicei. Hiszpanie przeszli Pireneje i parli w kierunku Bajonny i Perpignan. Korsykę opanowali separatyści pod wodzą Paoliego, Anglicy blokowali wszystkie porty Francji, zagarniając również statki neutralnych państw, a 9 sierpnia 1793 r. nastawione rojalistycznie dowództwo morskiej bazy wojennej w Tulonie poddało twierdzę Anglikom, którzy zawładnęli wszystkimi arsenałami i całą śródziemnomorską flotą Francji.

Do tego w 60 (na 83) departamentach Francji wybuchły bunty przeciwko centralnej władzy – Konwentowi Narodowemu. Jednakże rząd jakobiński i Komitet Ocalenia Publicznego wykazały się w tej sytuacji nadzwyczajną i potężną energią. 23 sierpnia za radą Barère’a Konwent wydał dekret o powszechnym poborze (levée en masse), Głosił on: „Od tego momentu aż do chwili, gdy nieprzyjaciel nie zostanie przepędzony z granic republiki – każdy Francuz podlega mobilizacji do służby w armii. Młodsi pójdą się bić; żonaci będą wykuwać broń i dostarczać żywność; kobiety będą szyć namioty, odzież i pracować w lazaretach; dzieci będą skubać stare płótna na szarpie; starcy zostaną zaniesieni na place, gdzie swymi przemowami będą rozniecać męstwo żołnierzy, głosić nienawiść królom i jedność republiki”.

Nieprzerwana praca rozgorzała w warsztatach gdzie kuto broń, na punktach rekrutacyjnych gdzie stawiali się poborowi, jak też we wszystkich instytucjach, które zarządzały i kierowały tym gigantycznym wysiłkiem.

Wobec tych, którzy byli przeciw, wobec stawiających jakikolwiek opór wysunięto skuteczny argument – gilotynę. 17 września 1793 r. Konwent uchwalił tak zwane „prawo o podejrzanych”. Ta ustawa otworzyła drogę rządom rewolucyjnego terroru, określając jako „podejrzanych” i kierując na stracenie wszystkich tych, „którzy swym zachowaniem, swymi powiązaniami lub swymi wypowiedziami wykazują sympatię do tyranii i federalizmu, a są wrogami wolności”.

Dzięki wściekłej energii i rewolucyjnemu terrorowi rząd osiągnął rzecz prawie niemożliwą: pod bronią stanęła niebywała dotąd w dziejach armia – niemal milion ludzi!13. W wojsku zaprowadzono surową dyscyplinę. Bezlitośnie karano generałów, którym zabrakło męstwa lub energii a ci, którzy pozostali, wraz z młodymi dowódcami niedawno awansowanymi w armijnej hierarchii, poprowadzili oddziały republikańskie do zwycięstwa.

W ostatnich czasach w literaturze popularnej a tym bardziej w środkach masowego przekazu stało się modne opisywanie wszelkich rewolucji (w tym, naturalnie, Wielkiej Francuskiej) jako efektu działań osób niedowartościowanych, maniaków czy wręcz kryminalistów; epatowanie odbiorców najciemniejszymi i najohydniejszymi epizodami wydarzeń rewolucyjnych, niezdrowe fascynowanie się opisami kaźni i krwawych rzezi. Nie miejsce tu na podejmowanie polemik w obronie Dantona, Robespierre’a czy Marata, ani na dyskusję o przyczynach rewolucji, która dogłębnie wstrząsnęła Francją i Europą; wdawanie się w spory czy była ona nieuniknionym efektem naturalnych procesów historycznych, czy skutkiem działań garstki spiskowców. Za bardzo oddaliłoby nas to od głównego przedmiotu badań. Należy jednak stwierdzić jeden niezaprzeczalny fakt – ludzi idących za cenę własnego życia bronić rewolucji w szeregach nowej armii, do grona politycznych zadymiarzy i maniaków zaliczać nie można. Armia była niesiona falą płomiennego, płynącego z głębi serca entuzjazmu i zapału. Ten zapał, ten niebywale wysoko podniesiony stan ducha i naiwnej wiary w to, że żołnierze i oficerowie, walcząc z wrogiem, rozpoczynają nową erę w życiu ludzkości, walczą o „świetlaną przyszłość” nie tylko Francji ale i całego świata, na długie lata pozostawił ślad w sercach i umysłach tych, którzy wówczas bili się pod sztandarami republiki.

Później dawni oficerowie rewolucji, którzy stali się generałami i marszałkami Cesarstwa a potem Restauracji, doświadczywszy za swego burzliwego życia licznych zmian rządów, będą bardzo ogólnikowo pisali w pamiętnikach o swoim udziale w wojnach rewolucyjnych, skupiając się głównie na suchych analizach manewrów i czysto wojskowych aspektach operacji. Jednak nawet na stronicach zapisywanych, z celowo hamowanymi emocjami, politycznie poprawnymi treściami, tu i tam przebijać się będą zdania będące wyrazem uczuć przepełniających kiedyś autorów, w młodości idących w bój w imię nowej wiary. „Cały kraj pochwycił za broń, poszedł w bój każdy, kto był w stanie wytrzymać trudy wojny. Młody człowiek czułby się niezręcznie, pozostając w domu w takiej chwili... Udział w wojnie, którą staram się opisać, był moim powodem do dumy, ponieważ była ona jedną z najbardziej sprawiedliwych” – pisał o wojnach rewolucyjnych minister Ludwika XVIII i, naturalnie, prawomyślny „rojalista”, marszałek Gouvion Saint-Cyr14. Inny marszałek i z ironii losu również królewski minister (za Ludwika Filipa), Nicolas Jean-de-Dieu Soult tak pisał o żołnierzach i oficerach armii francuskiej z 1794 r.: „Oficerowie dawali przykład poświęcenia, z plecakiem na ramionach, bez użalania się... uczestniczyli w rozdzielaniu przydziałów wraz z żołnierzami, również wraz z nimi pobierali umundurowanie z magazynów... Nikt jednak nie skarżył się na trudy i nie lekceważył służby, która wszystkich dotyczyła w tym samym stopniu. Wśród wszystkich szarż ten sam zapał, to samo pragnienie by czynić więcej, niż żąda powinność; kiedy jeden się wyróżnił, inny starał się przewyższyć go męstwem, talentami, czynami; gardzono przeciętnością. W sztabach – niekończąca się praca, obejmująca wszystkie dziedziny służby, a i tak sądzono, że nie dość wytężona. Pragnęliśmy uczestnictwa we wszystkim, co się działo. Mogę śmiało stwierdzić, że był to okres mojej służby, kiedy pracowałem najwięcej a przełożeni wydawali się najbardziej wymagający... Co do żołnierzy, wykazywali oni to samo poświęcenie, tę sama ofiarność. Zdobywcy Holandii przechodzili zamarznięte rzeki i zalewy przy 17 stopniach mrozu boso i w łachmanach, i to podczas kampanii w najbogatszym kraju Europy. Przed oczami mieli liczne pokusy, ale dyscyplina była bezwzględna. Nigdy żadna armia nie była tak posłuszna i pełna takiego zapału. Był to czas, kiedy żołnierze wykazywali najwięcej cnót”15.

Ta nowa armia uderzyła całą mocą na wroga. 6-8 września 1793 r. republikanie rozbili armię księcia Yorku pod Hondschoote, 15-16 października w zażartej bitwie pod Wattignies armia generała Jourdana zadała klęskę wojskom księcia Koburskiego. W grudniu Armia Mozeli pod dowództwem młodego generała Hoche’a rozbiła austriacką armię generała Wurmsera pod Wissembourgiem. Wojska Kellermanna wyparły Piemontczyków z Sabaudii, oddziały republikańskie wkroczyły do Marsylii, zaś 19 grudnia 1793 r. odbito Tulon. Podczas jego oblężenia, jak wiadomo, odznaczył się dotąd nikomu nieznany oficer artylerii Napoleon Bonaparte.

Wreszcie 26 czerwca 1794 r. armia republikańska odniosła decydujące zwycięstwo nad Austriakami pod Fleurus a następnie przeszła do ofensywy na Niderlandy Austriackie.

Łatwo się domyślić, że trzeźwo rozumująca rosyjska imperatorowa zrozumiała, iż „dwadzieścia tysięcy kozaków” raczej już nie wystarczy, żeby rozgromić „rebeliantów”. W lutym 1794 r., rozpatrując możliwość posłania wojsk rosyjskich przeciw rewolucyjnej Francji, Katarzyna napisała do barona Grimma: „W jaki sposób mam wysyłać wojsko? Jeżeli wyekspediuję nieliczne oddziały, żeby współdziałały z tymi nieudacznikami – moje wojska zostaną pobite tak jak i oni. Liczniejszych wojsk zaś posłać nie mogę, bo lada dzień spodziewam się zerwania układu z Turkami...”16.

Tymczasem sytuacja we Francji przybrała nowy obrót. Jak wiadomo, 9 termidora II roku Republiki (27 lipca 1794 r.) nastąpił zamach stanu, który obalił władzę jakobinów. Robespierre i Saint-Just wraz z licznymi stronnikami zostali straceni. Przewrót definitywnie zakończył utopijną fazę rewolucji francuskiej. Miejsce krwawych romantyków u steru władzy zajęli ci, w których interesie faktycznie toczyła się rewolucja – przedstawiciele burżuazji. Jednakże w tym burzliwym, pełnym niebezpieczeństw i niespodziewanych obrotów fortuny czasie zdołali się dorobić nie cisi, poczciwi handlowcy czy utalentowani drobni producenci, lecz wszelkiego rodzaju kombinatorzy i szalbierze, wzbogaceni przy skupowaniu i dalszej sprzedaży gruntów z funduszu „dóbr narodowych”, na spekulacji żywnością i dostawach dla wojska wadliwej amunicji i spleśniałego zboża. To właśnie ci „nowobogaccy” stali się „królami życia”; od tej chwili to oni narzucali swoje gusta, obyczaje, zasady polityki wewnętrznej i zagranicznej państwa17.

Podczas kiedy lud popadał w nędzę, spekulanci zbijali fantastyczne fortuny. Niewyobrażalna korupcja owładnęła całym aparatem urzędniczym, szalejąca inflacja masowo drukowanych banknotów obróciła wniwecz dochody wszystkich uczciwie pracujących ludzi, na drogach panował powszechny bandytyzm. „Pieniądz stał się bogiem, jedynym obiektem uwielbienia i pożądania” – pisał świadek epoki – „Polityka stała się targowiskiem, gdzie można kupić i sprzedać wszystko”. Spod piór świadków tamtych czasów wciąż spływały na papier słowa: cynizm, trywialność, brak jakiejkolwiek moralności, rozkład państwa, zaś w odniesieniu do mas ludowych: rozczarowanie, nieufność do polityków, apatia...

Antyjakobiński przewrót 9 termidora, którego następstwa odcisnęły się natychmiast na życiu społeczeństwa, bardzo długo nie wywierał wpływu na armię. Potężny „duch roku II” wciąż oddziaływał na wojsko. Po zwycięskiej bitwie pod Fleurus 26 czerwca 1794 r. armia francuska ponownie opanowała Belgię. 27 grudnia wojska republikańskie sforsowały Maas i 20 stycznia 1795 r. wkroczyły do Amsterdamu. Holenderska flota, uwięziona w lodach zamarzniętej zatoki Texel, została zdobyta śmiałą szarżą francuskiej kawalerii, wspieranej przez garść ochotników z piechoty i artylerii. Armia Sambry i Mozy przeszła Ren i opanowała Kolonię i Koblencję, podejmując też oblężenie Moguncji. Na południu wojska pod dowództwem Pérignona wyparły Hiszpanów i opanowały część Nawarry i Katalonii. Armia Alp maszerowała na Turyn. Na wszystkich frontach armie republiki szły od zwycięstwa do zwycięstwa.

Sukcesy wojsk francuskich doprowadziły do rozpadu koalicji. 9 lutego 1795 r. jako pierwsze spośród sprzymierzonych państw podpisało pokój z Republiką Francuską Wielkie Księstwo Toskanii; następnie 5 kwietnia tegoż roku wycofały się z wojny Prusy, zawierając pokój w Bazylei; 22 lipca 1795 r. podpisała układ pokojowy Hiszpania. Wreszcie sejm Rzeszy obradujący w Ratyzbonie uznał, że nie ma sensu dalej toczyć tej przewlekłej i bezowocnej wojny, po czym udzielił cesarzowi pełnomocnictwa do podjęcia rokowań z republiką za pośrednictwem króla pruskiego.

W takiej sytuacji tym bardziej byłoby dziwne, gdyby Rosja wdawała się w konflikt, z którego właśnie wycofywały się najbardziej zainteresowane, poróżnione z Francją monarchie. Katarzyna ograniczyła się więc do posłania latem 1795 r, rosyjskiej eskadry wiceadmirała Chanykowa, w składzie 6 okrętów liniowych i 6 fregat, w celu przeprowadzenia wraz z Anglikami rajdu krążowniczego na Morzu Północnym. Wobec ciężkiej sytuacji floty francuskiej, która poniosła gigantyczne szkody wskutek masowej emigracji jej oficerów o rojalistycznych przekonaniach, jak też znaczne straty materialne poniesione w trakcie wydarzeń rewolucyjnych, oraz wobec zniszczenia licznych baz i arsenałów (głównie w Tulonie), akcja podjęta przez Katarzynę nie była niczym więcej, niż symbolicznym gestem. Zagrożenie akwenu Morza Północnego ze strony francuskiej marynarki wojennej było bliskie zeru, toteż same siły floty angielskiej były aż nadto wystarczające, by mu przeciwdziałać.

Niemniej jednak w 1796 r. sytuacja nieco się zmieniła. Nowy rząd Republiki Francuskiej – Dyrektoriat, wykorzystując osłabienie koalicji, zdecydował się przejść do dalszych działań zaczepnych. Dwie armie republikańskie: Armia Sambry i Mozy (76 tys. ludzi pod dowództwem generała Jourdana) oraz Armia Renu i Mozeli (73 tys. ludzi pod dowództwem generała Moreau) otrzymały rozkaz przejścia Renu i zaatakowania sił austriackich na terenie Rzeszy. W skład tych armii wchodziły najlepsze oddziały francuskie. Rząd uczynił wszystko co w jego mocy, żeby wzmocnić wojska operujące na głównym teatrze wojny. Uderzenie armii Jourdana i Moreau miała wspierać tak zwana Armia Włoch (Armia Italii, Armia Włoska), której dowództwo powierzono generałowi Bonaparte, dopiero co wsławionemu stłumieniem antyrządowego buntu w Paryżu [13 vendémiaire’a roku IV, tj. 5 października 1795 – S.S.]. Siły tej armii (po odliczeniu osób figurujących jedynie na papierze, chorych, oddziałów garnizonowych itp.) prezentowały się wielce skromnie – nie więcej, niż 37 tys. ludzi, jej rola miała być wszakże jedynie pomocnicza. Swymi działaniami powinna ona odciągać część sił austriackich od głównego frontu, jak też, w miarę możliwości, wypierać armię piemoncką – sojusznika Austriaków.

Jak wiadomo, wypadki miały potoczyć się zgodnie z planem, tylko na odwrót. Mianowicie, głodna, oberwana i nieliczna armia Bonapartego odniesie decydujące zwycięstwa, podczas gdy Jourdan i Moreau będą ponosić jedną porażkę po drugiej.

Jednakże wiosną 1796 r. jeszcze o tym nie wiedziano, toteż cesarz austriacki18 Franciszek, w obawie przed ofensywą republikanów na tereny Rzeszy, wielokrotnie zwracał się do rosyjskiej władczyni o jakiekolwiek wsparcie w walce z Francuzami. Katarzyna wyraziła gotowość wysłania 60 tys. armii pod komendą znakomitego wodza A.W. Suworowa, w celu współdziałania z wojskami austriackimi. Jednak praktycznie myśląca monarchini powiązała udzielenie tej pomocy z licznymi warunkami, jakie mieliby spełnić sojusznicy. Przede wszystkim nalegała na powrót Prus pod sztandary koalicji, jak też na udział w wojnie szeregu innych państw niemieckich. Poza tym, jako warunek sine qua non swego udziału traktowała wypłatę przez Anglików subsydiów pieniężnych dla armii rosyjskiej. Głównie zaś nalegała na sformułowanie przez sojuszników wspólnej deklaracji politycznej. Katarzyna domagała się, żeby koalicjanci jasno oznajmili, iż celem wojny jest odbudowanie monarchii we Francji, oraz że uznają oni przebywającego na emigracji brata straconego Ludwika XVI za prawowitego króla.

Jednak te warunki spotkały się ze strony zainteresowanych dworów z, delikatnie mówiąc, chłodnym przyjęciem. Prusacy nie mieli ochoty wojować, Anglicy nie chcieli dawać pieniędzy. Do tego nikt nie zamierzał udzielać gwarancji, że zostanie odbudowana monarchia we Francji. Rzecz w tym, że I wojna koalicyjna, rozpoczęta głównie z powodów ideologicznych, dla Anglii i Austrii gładko przekształciła się w walkę o strefy wpływów w Europie. Oczywiście tak w ogóle państwa te życzyły sobie restytucji monarchii we Francji, lecz obecnie nie chciały sobie wiązać rąk żadnymi obietnicami, które w wypadku zawierania traktatu pokojowego mogłyby stać się przeszkodą w pozyskaniu nowych terytoriów i korzyści ekonomicznych – te zaś Anglicy i Austriacy cenili sobie znacznie bardziej, niż pobożne życzenia odbudowy tronów i ołtarzy.

W rezultacie rozmowy zeszły na manowce i złote gwinee pozostały w sakiewkach angielskich bankierów, a rosyjskie pułki w swojej ojczyźnie.

Ogólnie rzecz biorąc, wydaje się oczywiste, że Katarzyna nie rwała się do walki z rewolucyjną Francją. Zasadniczo wykluczała ewentualność rzucenia się w ogień walki, która nie dawała Rosji żadnych korzyści ani nie prowadziła do realizacji jej interesów geopolitycznych. Ponadto proroczo przepowiadała, że Francuzi rychło sami odbudują monarchię i porządek, tyle że w innej formie. W 1794 r. imperatorowa napisała: „Jeśli Francja zapanuje nad swymi problemami, będzie silniejsza jak nigdy dotąd, będzie posłuszna i potulna jak owieczka [wobec rządzących]; lecz do tego potrzeba człowieka nietuzinkowego, sprytnego, mężnego, który znacznie wyrósłby ponad swych współczesnych a może i ponad epokę. Czy już się taki narodził, czy jeszcze nie? Czy nadejdzie? Wszystko zależy od niego. Jeśli znajdzie się taki człowiek, powstrzyma swą twardą stopą dalszy rozkład; rozkład, który skończy się tam, gdzie ów mąż dotrze – czy będzie to we Francji, czy też gdzie indziej”19.

Kiedy Katarzyna II zapisywała te słowa, człowiek o którym mówiła był już generałem brygady, zaś w dniach kiedy imperatorowa umierała, stawał się legendą i wstępował na drogę, którą przepowiedziała mu rosyjska władczyni.

ROZDZIAŁ IIKRUCJATA

Ruszajcież naprzód, rycerze, i bez trwogi w sercach

bijcie wrogów Chrystusa, z wiarą, że nic nie może wam odebrać łaski Bożej.

Św. Bernard z Clairvaux

15 listopada 1796 r. w niewielkiej odległości od Werony, wokół małej włoskiej wioseczki Arcole wrzała zażarta walka. Wyczerpana niekończącymi się bojami, mała armia Bonapartego zeszła się w śmiertelnym starciu z nowo przysłaną armią austriacką pod dowództwem generała Alvinczi’ego. Dowództwo austriackie zdołało ściągnąć tę armię z niemieckiego teatru działań wojennych, gdzie Moreau i Jourdan ponosili porażki. Teraz 50 tysięcy Austriaków zstąpiło na równiny Lombardii, żeby rozprawić się z Bonapartem, odblokować zamkniętą w twierdzy Mantua inną armię austriacką generała Wurmsera, a następnie wspólnymi siłami wyrzucić Francuzów z Włoch.

Kilka dni wcześniej, 12 listopada, Bonaparte z garstką swych wojsk nie zdołał zepchnąć liczniejszych oddziałów przeciwnika z pozycji pod Caldiero. Zmuszony był odstąpić. Wielu sądziło, że dla Francuzów wojna jest przegrana. Jednak młody generał tak nie myślał. Zmusił swoich żołnierzy do podjęcia kolejnego wysiłku. 15 listopada 1796 r. przed świtem Francuzi wyruszyli z Werony w kierunku zachodnim, odwrotnym do pozycji nieprzyjaciela. Wszyscy myśleli, że to początek odwrotu, że wkrótce armia powróci do domów w niesławie. Jednak nagle kierunek marszu uległ zmianie. Na rozkaz głównodowodzącego kolumny wojsk skierowały się na lewo, na południowy zachód, i – obszedłszy Austriaków z flanki, sforsowały rzekę Adygę (Adige) i runęły na wroga. Teraz nawet prości żołnierze zrozumieli, że głównodowodzący postanowił wydać bitwę nieprzyjacielowi na takim polu, gdzie o wyniku walki decyduje nie tyle liczebność wojsk, co odwaga. Rzecz w tym, że okolica na południe od pozycji głównych sił Alvinczi’ego pokryta była ciągnącymi się szeroko mokradłami, przez które wiodły jedynie nieliczne wąskie drogi na groblach. Poruszać się można było wyłącznie tymi groblami; ich szerokość sięgała najwyżej kilku metrów. W tej sytuacji o wyniku walki przesądzało męstwo żołnierzy tworzących czoło nacierających kolumn. Wkrótce rozgorzał zażarty bój. Francuzi wciąż szli naprzód, kolejno rozbijając posyłane pojedynczo do walki austriackie bataliony, które Alvinczi – jeszcze nie zorientowany o co chodzi Francuzom – wysłał uprzednio do osłony swej południowej flanki. Wydawało się, że walka zakończy się dla armii Bonapartego pełnym sukcesem. Wówczas jednak na drodze prawoskrzydłowej francuskiej kolumny pojawiła się przeszkoda – na podejściu do wsi Arcole drogę przecinała niezbyt wprawdzie szeroka, za to mająca urwiste brzegi rzeczka Alpone. Zajęcie Arcole – co było bezwzględnie konieczne dla dalszego rozwijania manewru – wymagało przejścia przez jedyny w okolicy most. Jednak za mostem zdołały już obsadzić pozycję dwa bataliony Chorwatów w służbie austriackiej, którzy byli znakomitymi strzelcami i dzielnymi żołnierzami. Ich dowódca – pułkownik Brigido, kazał też wycelować w nieduży most dwa działa, którymi dysponował.

5. półbrygada lekka, idąca na czele wszystkich francuskich kolumn, mężnie ruszyła na most, lecz huraganowy ogień karabinowy i ostrzał kartaczami z dwóch austriackich armat dosłownie skosił idących przodem żołnierzy. Prowadzący ich do szturmu generał brygady Bon został ranny. Atak się załamał.

Tymczasem w ślad za awangardą ruszyły nieustraszenie na most siły główne. Jeden z najlepszych generałów Armii Włoch Bonapartego, najbliższy przyjaciel wodza i człowiek kipiący odwagą – Jean Lannes, uderzył na most na czele 51. półbrygady liniowej. Jednak ogień Austriaków był tak gęsty, że – bez względu na ogromny zapał młodego generała i jego żołnierzy – Francuzi zostali odparci. Grobla pokryła się setkami skrwawionych ciał. Samego Lannesa raniono dwa razy. Spośród jego żołnierzy jedni schronili się pod osłoną grobli (na podejściu do mostu przebiegała ona wzdłuż rzeczki Alpone), inni ratowali się ucieczką.

W ślad za oddziałem Lannesa poszła naprzód 40. półbrygada liniowa z generałem Verne na czele. Również i ten atak zakończył się krwawą porażką. Czoło kolumny zostało zdziesiątkowane a sam generał Verne otrzymał śmiertelną ranę.

Stało się jasne, że most można opanować jedynie potężnym uderzeniem, tym bardziej, że Austriakom na przeciwnym brzegu Alpone przybywały wciąż nowe posiłki. Cała wieś Arcole wypełniła się strzelcami, gotowymi w każdej chwili otworzyć ogień na most spoza ogrodzeń, z okien, z dachów domostw. Pozostali uszykowali się tak, by walić po moście z obu flanek. Do tego Austriacy podciągnęli jeszcze kilka armat.

Teraz na czele atakujących francuskich kolumn stanął osobiście dowódca dywizji – generał Augereau. Pochwycił sztandar i z okrzykiem: „Ech, wy tchórze, cóż tak boicie się śmierci!” ruszył naprzód, pociągając za sobą najlepszych grenadierów. Jednak zza Alpone uderzyła w nich istna ulewa kul i kartaczy. Padły setki zabitych i rannych. Atak załamał się po raz kolejny...

W owej chwili stało się oczywiste, że od tego mostu pozbawionego barier, długiego na 25 metrów a szerokiego na 4 metry, zawisło rozstrzygnięcie bitwy a tym samym – los kampanii włoskiej, a nawet całej wielkiej wojny europejskiej.

I oto około godziny 15:00 wzdłuż szeregów wojsk francuskich przeleciała jak szept modlitwy wieść, że sam wódz poprowadzi żołnierzy do natarcia na ten przeklęty most. Usłyszawszy to, kto tylko spośród żołnierzy i oficerów był w stanie, ponownie ustawiał się w bojowym ordynku.

Dźwigany na noszach, zalany krwią generał Lannes zażądał, żeby posadzono go na konia – pieszo iść nie dałby rady – i ponownie znalazł się w pierwszych szeregach kolumny przeznaczonej do ataku. Głównodowodzący podjechał ze sztabem do czołowych batalionów. Bonaparte zeskoczył z konia, porwał w dłonie sztandar 51. półbrygady liniowej i zwrócił się do żołnierzy gromkimi słowami: „Czyż nie jesteście już zwycięzcami spod Lodi? Gdzie podziało się wasze męstwo?”. Z tym okrzykiem na ustach wódz ruszył po grobli pokrytej trupami. Wraz z nim szli najbardziej oddani oficerowie i generałowie: Lannes, Verdier, Muiron, Vignolle, Belliard, Sułkowski. Wówczas dosłownie jakby elektryczna iskra rozpłomieniła serca, i żołnierze smagani deszczem ołowiu równie zdecydowanie poszli za swym wodzem. Jednak kiedy kolumna zbliżyła się do mostu, salwa kartaczy ugodziła wprost w tych, co szli na przedzie. Bonaparte zginąłby wtedy niechybnie, lecz przeznaczone dla niego kartaczowe kule przeszyły pierś młodego kapitana Muirona, który własnym ciałem osłonił swego dowódcę i przyjaciela. Muiron sam zginął, lecz ocalił życie temu, któremu był tak oddany. Atakująca kolumna zachwiała się jednak pod huraganowym ogniem. Któryś z oficerów zakrzyknął: „Generale, idzie Pan na śmierć; jeśli Pana zabiją, my wszyscy będziemy zgubieni; powinien Pan się wycofać, to nie miejsce dla Pana!!!”. Kiedy sztab zatrzymał się w marszu, choćby tylko na moment, zawahała się cała kolumna. Kolejne salwy powaliły na ziemię oficerów i żołnierzy. Tłum zafalował i zaczął się cofać...

Niestety, generał Bonaparte nie wziął szturmem mostu w Arcole, jego oddziały zmuszone były chwilowo do odwrotu, później ponownie rozpoczęły zażarty bój na groblach i wokół nich. Walka będzie trwała przez cały dzień 15 listopada, przez cały kolejny dzień 16 listopada i dopiero pod wieczór 17-go, kiedy Austriacy będą znużeni trzydniowym bojem, armia Bonapartego ostatecznie przejdzie do natarcia, sforsuje wszystkie przeszkody i, wreszcie, rozgromi Alvinczi’ego...

Jaki wszakże ma to wszystko związek z wzajemnymi stosunkami Francji z Rosją? Otóż, ma i to bardzo bezpośredni. W owe dni 15-17 listopada 1796 r. na bagnach wokół Arcole rodziła się legenda napoleońska. Owa nadzwyczajna popularność, którą cieszył się odtąd we Francji Bonaparte, ów nimb heroizmu, waleczności, sławy, który dosłownie opromieniał młodego wodza – wszystko to narodziło się podczas tamtych dni. Oczywiście, wcześniejsze zwycięstwa pod Montenotte, Millesimo, Lodi, Castiglione umacniały armię w wierze w swego wodza, zyskały niemało rozgłosu we Francji i w Europie, jednak dopiero po Arcole nazwisko Bonapartego zaczęto wymawiać z drżeniem zachwytu, dopiero po Arcole stał się on dla swoich żołnierzy półbogiem, za którym gotowi byli pójść na koniec świata...

„Ach, z jakim rozmachem poczyna sobie ten młody Bonaparte! To ci dopiero bohater, to ci mocarz bajeczny, to ci czarodziej!” – napisał o młodym bohaterze niemal dokładnie w tym samym czasie, kiedy Bonaparte bił się pod Arcole, inny wielki wódz, Aleksander Suworow: „Pokonuje przyrodę i ludzi; przeszedł Alpy tak, jakby ich wcale nie było; wsadził w kieszeń ich groźne wierchy a wojsko ukrył w prawym rękawie swego munduru. Wydawało się, że nieprzyjaciel dopiero wtedy zauważał jego żołnierzy, kiedy on ciskał ich w bój niczym Jupiter swoje błyskawice, siejąc wszędzie strach i gromiąc tłumy Austriaków i Piemontczyków. Ach, z jakim rozmachem sobie poczyna! Dopiero co wstąpił na drogę dowódczej kariery, a już jakby rozciął węzeł gordyjski taktyki. Nie bacząc na stosunek sił, zawsze atakuje nieprzyjaciela i rozbija go częściami. Zdaje sobie sprawę, czym jest nieodparta siła natarcia i w tym tkwi istota rzeczy. Jego przeciwnicy będą trzymać się kurczowo swej miałkiej taktyki, podporządkowanej gabinetowym piórom, on zaś ma radę wojenną w głowie. W swych działaniach jest swobodny jak powietrze, którym oddycha. Prowadzi pułki, bije się i zwycięża jak tylko chce!”1.

Przepowiednia Katarzyny Wielkiej spełniła się. Ów „nietuzinkowy, mężny, wyprzedzający swą epokę człowiek” nadszedł. Ironia losu sprawiła, że dokładnie w tym dniu i godzinie, kiedy jego sława rozbłysła w Italii, w Petersburgu zmarła imperatorowa. Oddała ducha 17 listopada 1796 r., w tej samej chwili, kiedy o tysiące kilometrów od Petersburga na cześć młodego generała z emfazą wiwatowała jego młoda, pełna energii, gotowa do wielkich czynów armia.

W Europie rozpoczynała się epoka Napoleona, w Rosji – epoka Pawła.

Carowi Pawłowi przypadło w udziale dokonać kilku ostrych zwrotów w polityce zagranicznej Rosji, zwłaszcza w odniesieniu do Francji, rządzonej początkowo przez Dyrektoriat, a następnie Konsula Napoleona Bonaparte. Dlatego całkiem na miejscu będzie tu powiedzieć parę słów o tym szczególnym człowieku.

Zaledwie imperatorowa oddała ducha, a już jej następca dał przedsmak tego, że nadchodzą nowe czasy. Znakomity poeta Dierżawin tak później opisze początek epoki pawłowskiej: „Wtedy wszystko przybrało zupełnie odmienne oblicze, zaszeleściły szarfy, zaskrzypiały botforty, zadźwięczały tasaki, zaś na pokoje wdarli się wszędzie z wielkim rumorem ludzie w mundurach, zupełnie jak po wzięciu szturmem jakiegoś miasta”.

Nie było w tym niczego dziwnego. Przez długie lata ów wchodzący już w średni wiek człowiek – wielki książę Paweł Pietrowicz, był de facto odsuwany przez swą koronowaną matkę od władzy, a nawet od jakichkolwiek spraw związanych z zarządzaniem państwem. Aż do 42 roku życia Paweł pozostawał pod jej stałym nadzorem, wciąż drżąc nie tylko o swoją pozycję, ale nawet o życie, nieustannie poniżany przez faworytów imperatorowej. Oczywiście ta sytuacja nie mogła nie wpłynąć na charakter nowego cara, który pragnął teraz jak najszybciej odmienić oblicze wszystkiego, co kojarzyło mu się z Katarzyną i jej rządami.

Mimo to znany, poważny współczesny historyk złośliwie scharakteryzuje Pawła I jako psychopatycznego szaleńca, którego jedyną pasją miało być przeganianie żołnierzy po placu ćwiczeń, zmuszanie wszystkich do noszenia peruk i niszczenie pozostałości po poprzednich rządach. Monografia N. J. Ejdelmana „Przełom wieków”, napisana po raz pierwszy w oparciu o ogromny materiał źródłowy, zadała miażdżący cios mitom o „wariactwie” Pawła. Tezy Ejdelmana potwierdzili kolejni historycy.

Obecnie nikt nie wątpi, że „szaleństwo” Pawła nie było niczym innym jak legendą, stworzoną przez zabójców imperatora, w celu usprawiedliwienia ich nikczemnej zbrodni. Legendą, którą ochoczo podchwycili liberalni historycy, zwłaszcza zaś propaganda sowiecka, która starała się ukazywać w jak najgorszym świetle cały system rosyjskiego samowładztwa.

Obecnie można z całkowitą pewnością twierdzić, że zamordowany car, mimo iż był człowiekiem impulsywnym i gwałtownym, to jednak posiadał masę cennych zalet. Otrzymał wspaniałe wykształcenie, władał biegle obcymi językami, jednak przede wszystkim wykazywał się wielkimi przymiotami ducha – honorem, bezpośredniością; zamierzał sprawować silną władzę nie tylko dlatego, że – wzorem Makiawela – uważał ją za niezbędną dla istnienia państwa, ale i dlatego, że pragnął wcielać w życie swoje sprawiedliwe i szlachetne zamysły. Również na arenie polityki zagranicznej starał się postępować „szczerze, otwarcie, odrzucając typowe dla dyplomacji przewrotne sztuczki: ‚Szczerość, bezinteresowność i siła mogą przemawiać gromko własnym głosem i obyć się bez krętactwa’ – takich słów użył sam imperator w instrukcji dla jednego ze swoich posłów”2.

Poprzednie panowanie, rzucające na zewnątrz wspaniały blask, miało też znacznie mniej piękną odwrotną stronę, dobrze znaną nowemu carowi. Niewątpliwie najciemniejszym, najbardziej haniebnym zjawiskiem w ówczesnej Rosji był system oparty na głębokim osobistym poddaństwie, w którym miliony ludzi nie były jedynie chłopami obowiązanymi do renty feudalnej jak w krajach Europy Zachodniej, lecz zostały de facto sprowadzone do poziomu niewolników czy raczej bydła roboczego. To zjawisko, powszechnie obecne w rosyjskiej rzeczywistości, należało jakoś zmodyfikować, nie naruszając wszakże podstaw funkcjonującego ustroju. Paweł wydał więc jedynie ukaz z 16 lutego 1797 r., zabraniający sprzedawania rekrutowanej z chłopów służby dworskiej (dworowych krestian) i bezrolnych chłopów, cofnął zakaz składania skarg na właścicieli ziemskich, ukazem z 18 grudnia 1797 r. nakazał spisać wszelkie powinności chłopów i mieszczan, zaś ukoronowanie tych działań stanowiło wydanie znakomitej ustawy o trzydniowej pańszczyźnie (5 kwietnia 1797 r.), ograniczającej chłopskie powinności wobec dworu do trzech dni w tygodniu. Jednak także i w tej kwestii nie można nie doceniać dokonań Pawła. N. Ejdelman słusznie zauważył: „Współcześni badacze ukazują czasem przeszłość wyłącznie obiektywnie, z późniejszej perspektywy. A przecież ważny aspekt naszego odniesienia do spraw przeszłości stanowi ich ocenianie na tle epoki. Jeśli oceniać tą miarą, łatwo zauważymy, że wydane przez Pawła regulacje, zwłaszcza akt z 5 kwietnia 1797 r., były pierwszymi od dziesięcioleci oficjalnymi dokumentami, które dobitnie wyrażały dążenie do osłabienia systemu poddaństwa”3.

Wszakże daleko ważniejsze były działania Pawła I podjęte w celu uporządkowania aparatu państwowego, armii i floty. Jako że imperatorowa Katarzyna u schyłku swych rządów wszelkie aspekty sprawowania władzy pozostawiła w rękach przedstawicieli rządzących elit, we wszystkich instytucjach państwowych miały miejsce niewyobrażalne nadużycia.

„Kiedy [imperatorowa] osiągnęła wiek 60 lat” – opowiada w swoich zapiskach francuski emigrant w rosyjskiej służbie, hrabia Langeron4 – „podupadła na zdrowiu, wraz z tym osłabł jej umysł i zdolność do pracy, stała się łasa na pochlebstwa, dopadły ją też jak się zdaje wyrzuty sumienia za sprawy z przeszłości, i lęk o przyszłość. Otoczenie przekonało się, że łatwo ukryć przed nią popełniane nadużycia, i że brak jej sił oraz woli do zwalczania straszliwych niegodziwości, nawet kiedy wieści o nich jeszcze do niej docierały. Pękły wówczas wszelkie hamulce, każdy czuł się bezkarny, toteż Rosja prezentowała sobą żałosny spektakl strasznego rozpasania, zupełnie nieskrępowanego złodziejstwa, skandalicznej grabieży, której towarzyszyły niezliczone nadużycia władzy, ucisk i tyrania, będące udziałem każdego, kto pełnił jakikolwiek urząd, poczynając od ministra rządu centralnego, na najmarniejszym czynowniku kończąc. Senat, sądy – wówczas wysługujące się tylko ludziom wysoko ustawionym i bogatym, tworzyły sprzedajny aparat sprawiedliwości, gdzie jedynie złoto i tytuły decydowały o treści wyroków. Okrucieństwo właścicieli ziemskich nie znało ni miary, ni kary. Z ludu wyciskano powinności dwukrotnie wyższe od przewidzianych prawem, po czym poborcy dzielili się zyskami. Wszelkie skargi, wszelkie apelacje nie zdawały się na nic, co więcej – były surowo karane”5.

Złodziejstwo w armii było tej miary, że „liczni rekruci padali z głodu [już] w drodze do wyznaczonego miejsca służby, lub kończyli jako [darmowi] robotnicy w majątku dowódcy”. Langeron twierdził, że na każde 100 tys. powoływanych rekrutów jedynie 50 tys. docierało do wyznaczonych placówek, pozostali zaś albo umierali, albo „rozpływali się” po drodze!!!

Z drugiej strony, szlachta formalnie zapisywała swoje latorośle do pułków gwardyjskich, ci młodzi ludzie zaś – wcale nie pojawiając się na służbie – pobierali żołd, odbierali zaszczyty i odznaczenia. Dla przykładu, pod koniec panowania Katarzyny, w pułku gwardii konnej, było na papierze 1541 oficerów i to w sytuacji, kiedy przepisy przewidywały dla tej jednostki jedynie 718 szeregowych z podoficerami i tylko 82 oficerów6.

Znakomity XIX-wieczny historyk wojskowości – D. Milutin zauważył: „...zanikła w armii wszelka jednolitość: jedne pułki były zupełnie niepodobne do innych; nie było nawet wyznaczonej jednakowej liczebności w pułkach; przewidziany normami prowiant nie docierał do żołnierzy; wszystko zależało od widzimisię dowódcy jednostki”7.

Nadużyć było tak wiele, że można by je wyliczać w nieskończoność...

Imperator wziął na swe barki niezwykle ciężkie zadanie: próbę ukrócenia nadużyć, zwalczenia wybujałej do fantastycznych rozmiarów korupcji, zmuszenia urzędników do uczciwej pracy a oficerów do uczciwej służby. Wprowadzając w armii srogą dyscyplinę, Paweł I poprawił jednocześnie położenie materialne oddziałów, podjął środki w celu ukrócenia samowoli dowódców jednostek, wydał dokładne wytyczne odnośnie organizacji poboru rekruta, wypełniania wakatów oficerskich, przenoszenia się z jednych jednostek do drugich, awansów, dymisji, przechodzenia w stan spoczynku itp. Przede wszystkim jednak – jak zauważyli liczni współcześni – wydając twardą, bezkompromisową walkę korupcji położył kres „złotej epoce grabieżców [mienia publicznego]”.

Jednocześnie nowy imperator dokonał decydującego zwrotu w polityce zagranicznej Rosji. Oficjalnie oznajmił, że nie zamierza wziąć udziału w wojnie I koalicji z Francją. Kanclerz Ostermann, w nocie skierowanej do rządów europejskich państw, wyjaśniał motywy tej decyzji następującymi słowami: „Rosja, pozostająca nieprzerwanie w stanie wojny od 1756 r., jest jedynym państwem na świecie, które przez 40 lat nieszczęśliwie zmuszone było wciąż naruszać swoje zasoby ludzkie. Życzliwe ludziom serce imperatora Pawła I nie mogło odmówić jego umiłowanym poddanym... chwili wytchnienia po tak długotrwałym wysiłku”8.

Rozkazem imperatora odwołano kolejny pobór rekruta, eskadra pozostająca na Morzu Północnym otrzymała rozkaz powrotu do domu, oddziały operujące przeciw Persji na Zakaukaziu również zostały odwołane z powrotem; na koniec anulowano wszelkie przygotowania do wyprawy przeciw Francji.

O tym, że imperator Paweł starał się stosować zasady moralne również w polityce zagranicznej, świadczył jego stosunek do rozbiorów Polski. Jak wiadomo, Paweł I uwolnił zarówno Kościuszkę, jak i wielu innych uczestników powstania 1794 roku. Dobrze poinformowany hrabia de Saint-Glin, szef rosyjskiej żandarmerii wyższego szczebla w l. 1812-1816, twierdził iż „uwalniając Kościuszkę i jego towarzyszy Paweł kierował się przekonaniem – słusznym lub nie – że ludzie, którzy chwycili za broń w obronie ojczyzny, są bohaterami, godnymi jego szacunku”9. Uwalniając Ignacego Potockiego, przebywającego w więzieniu wraz z innymi uczestnikami powstania, Paweł oznajmił mu: „Zawsze byłem przeciwny rozbiorom Polski: rozbiory te były niesprawiedliwe i sprzeczne ze zdrowymi zasadami polityki; jednak to już się dokonało: czyż pozostałe państwa oddadzą dobrowolnie to, co od was przemocą zagarnęły, żeby odbudować ojczyznę waszą? Czy cesarz austriacki, a tym bardziej król pruski, poświęcą przyłączone ziemie dla pomyślności Polski? Wydać im wojnę byłoby z mej strony nierozsądnym, sukces w niej wątpliwym, dlatego porzućcie marzenia o tym, czego odwrócić nie można; w przeciwnym razie sprowadzicie na waszą umiłowaną Polskę i na samych siebie jeszcze większe nieszczęścia”10.

Paweł starał się na początek nawiązać stosunki dyplomatyczne z Republiką Francuską. W ramach tego latem 1797 r. posłano do Berlina hrabiego Panina, żeby rozpoczął rozmowy z delegatem francuskim Calliardem w sprawie ewentualnego zawarcia układu o pokoju i przyjaźni. Jednak, pomimo dobrych intencji, rozmowy okazały się bezowocne. W grudniu zostały całkowicie zerwane w następstwie nieprzewidzianego incydentu. Żeby zrozumieć, w czym rzecz, musimy znów powrócić do wydarzeń we Włoszech.

Zwycięstwa Bonapartego zmusiły Austrię do większej ugodowości w stosunkach z Republiką Francuską. 7 kwietnia 1797 r., w mieście Leoben, między głównodowodzącym Armii Włoch Bonapartem i przedstawicielem sztabu arcyksięcia Karola został podpisany rozejm, który potem został przedłużony do chwili zawarcia pokoju. Wreszcie nocą z 17 na 18 października w miasteczku Passariano został ostatecznie podpisany traktat pokojowy, który przeszedł do historii jako „pokój w Campo-Formio”11.