Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2018

Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze ebook

Leszek Orłowski  

4 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 536 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze - Leszek Orłowski

Odkąd Atlético Madryt powróciło do Primera División, a Jesús Gil w 2003 roku zrzekł się stanowiska prezydenta, trenerzy zespołu zmieniali się raz za razem. W ciągu ośmiu lat aż ośmiu kolejnych szkoleniowców próbowało przywrócić Los Colchoneros dawny blask. W pełni udało się to dopiero dziewiątemu.

Pod wodzą Diego Simeone Atlético stało się jednym z najlepszych klubów świata. Nie tylko po blisko dwóch dekadach odzyskało mistrzostwo Hiszpanii i dwukrotnie było malutki kroczek od triumfu w Lidze Mistrzów, ale też zyskało coś znacznie cenniejszego: szacunek i uznanie kibiców z wszystkich zakątków globu.

Leszek Orłowski wyjaśnia, jak argentyński trener odmienił oblicze ekipy z Vicente Calderón. Największy znawca hiszpańskiego futbolu w Polsce analizuje transfery i personalne decyzje Cholo, wspomina przełomowe momenty i kluczowych piłkarzy, tłumaczy przyczyny triumfów i porażek Rojiblancos.

Ta lektura to prawdziwa biblia nie tylko dla kibiców Atléti. To pozycja obowiązkowa dla fanów stylu Simeone. I wielbicieli jego piłkarzy – żołnierzy, którzy za swoim trenerem skoczyliby w ogień.

 

Przypomnij sobie, jak prezentowała się fryzura i gra Ardy Turana przed przyjściem Diego Simeone. Długie loki i nonszalancja na boisku. W erze Cholo całkowita odmiana: image komandosa, agresja i pełna dyscyplina na boisku. Proste? Oczywiście, ale zapewniam, że ta przemiana to tylko wisienka na torcie rewolucji, do której doszło w Atlético. Jak wielkiej – wyczerpująca odpowiedź na to pytanie w pasjonującej, napisanej obrazowym językiem książce Don Leo. Gorąco polecam!
Piotr Laboga, Canal+ Sport

Od Segunda División do futbolowej religii cholismo. Od setek milionów długów nagromadzonych przez hulajduszę Jesúsa Gila do ponad 300 milionów euro budżetu. Orłowski wyciąga lupę i detal po detalu prześwietla pasjonującą historię Los Colchoneros w XXI wieku – drużyny i klubu, które pod batutą Diego Simeone z trupa zmieniły się w czołowy zespół Europy i globalne przedsiębiorstwo.
Rafał Lebiedziński

Jeśli wydaje się wam, że o La Liga wiecie wszystko, to całkiem możliwe, że macie rację, lecz Leszek Orłowski wie więcej. I dlatego musiała powstać ta książka, i dlatego musiał napisać ją on. Choćby ku pamięci. Bo o pociesznym prezydencie Gilu i dawnych gwiazdach fani Atlético zapomnieć mogą, ale o Simeone, który rzucił rękawicę w twarz Realowi – nie powinni.
Zbigniew Mucha, „Piłka Nożna”

Przyznaję, że należę do wyznawców cholismo. Chodzę do kościoła, gdzie naucza się o poświęceniu, wierzę w ciężką pracę oraz filozofię partido a partido. Od meczu do meczu – niby to jeden z największych piłkarskich banałów, ale w istocie sztuka przybliżająca do sukcesu. Ta książka jest świetną podróżą w głąb świata Cholo, pozwala zrozumieć jego ideologię i światopogląd.
Dominik Piechota, „Przegląd Sportowy”

Diego Simeone stoi za jedną z najbardziej spektakularnych transformacji, jaką przeszedł w ostatnich latach zespół piłkarski. Jego nieszablonowa osobowość, charyzma i ambicja odmieniły Atlético Madryt. Argentyńczyk nadal jest głodny sukcesów, a to gwarancja mnóstwa emocji.
Jolanta Zasępa, Polsat Sport

 

Leszek Orłowski (ur. w 1971 roku w Wielbarku na Mazurach)

Z wykształcenia jest historykiem, z zawodu dziennikarzem i komentatorem piłkarskim. Od 1997 roku pracuje w tygodniku „Piłka Nożna”, a od 2003 roku także w stacji Canal+ Sport. Jego specjalnością jest futbol hiszpański. Jako wysłannik „Piłki Nożnej” obsługiwał finały mistrzostw świata w 2006 roku oraz finały mistrzostw Europy w 2008 i 2012 roku. Wielokrotnie odwiedzał Hiszpanię, także jako komentator meczów Primera División, Ligi Mistrzów i Pucharu Króla. Autor książek „Barça. Złota dekada” (SQN 2016) i „Real Madryt. Królewska era Galacticos” (SQN 2017), prywatnie ojciec dwóch synów.

Opinie o ebooku Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze - Leszek Orłowski

Fragment ebooka Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze - Leszek Orłowski

Wstęp to Atlético jest klubem królewskim!

Jedna z ulic okalających dawny stadion Atlético – Vicente Calderón – nosi dźwięczną nazwę Paseo de los Melancólicos. Pasowała ona do atmosfery miejsca jak żadna inna, bo przez wiele lat raz na dwa tygodnie maszerowały nią tłumy ludzi pogrążonych w melancholii. To kibice Atlético wracali z kolejnego przegranego meczu, wzdychając do pięknych, bezpowrotnie minionych czasów, gdy ich klub zdobywał mistrzostwo Hiszpanii.

Tymczasem te chwile wróciły!

Tak jak w przypadku moich poprzednich książek, o Barcelonie i Realu, będzie to opowieść o klubie, który był pośmiewiskiem Hiszpanii i Europy, by nagle stać się ich postrachem. Zresztą ten schemat – od upokorzeń po triumfy, a potem, prędzej czy później, w drugą stronę – przerabiają w sporcie prawie wszyscy.

Co innego jednak jest powodem do śmiechu z Barçy i Realu, a co innego – z Atlético Madryt. Barça kompromitowała się, nie zdobywając przez pięć lat żadnego trofeum, Real – odpadając rok po roku z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Atlético natomiast w 2000 roku zaznało degradacji do Segunda División, wróciło wprawdzie do elity już w 2002 roku, ale aż do 2010 nie potrafiło zdobyć żadnego trofeum, a do 2013 nie zdołało zająć na mecie sezonu ligowego w Hiszpanii miejsca na podium. Nie było już trzecią siłą hiszpańskiego futbolu, ale siódmą, może ósmą, po Valencii, Deportivo, Sevilli, Realu Sociedad, Villarrealu… Nie było więc żadną siłą. Trzeci, mniejszy brat duetu gigantów, który przez lata deptał im po piętach, skarlał, stał się symbolem nieudacznictwa. Klub wciąż miał wielkie aspiracje i niemałe pieniądze (przeważnie zresztą pożyczane), co pozwalało kontraktować bardzo dobrych piłkarzy, ale w Atlético brakowało know-how – wiedzy, jak zbudować klasowy zespół. Kiedy wydawało się, że cel jest tuż-tuż, nagle konstrukcja rozpadała się jak domek z kart.

W styczniu 2012 roku stanowisko trenera objął Diego Simeone i nagle wszystko się odmieniło. Pod wodzą Argentyńczyka Atlético w kilka miesięcy przeszło zadziwiającą metamorfozę – z zespołu delikatnych, rozkapryszonych gwiazdeczek zmieniło się we wściekłą bestię, która zaczęła terroryzować rywali w kraju i na kontynencie. Stało się drużyną nieustraszonych wojowników, przystępującą bez kompleksów, a wręcz z dziką radością do konfrontacji z zespołami naszpikowanymi asami futbolu, stworzonymi za setki milionów euro. I wydzierało im trofea, awanse, splendory. Kto dziś pamięta, czym było Atlético przed erą Simeone? Kto z młodszych kibiców uwierzy, że wówczas nikomu nawet nie przyszło do głowy nazywać je drużyną z charakterem, bo wydawało się charakteru – w piłkarskim rozumieniu tego słowa – zaprzeczeniem?

Ta książka opowiada właśnie o tej przemianie. W pierwszej części postaram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dopóki trenerem nie został Cholo, prawie nic się na Vicente Calderón nie udawało. Punktem wyjścia będzie rok 2002, czyli powrót Los Colchoneros do Primera División. Rok później doszło do innego przełomowego wydarzenia – legendarny Jesús Gil zrzekł się stanowiska prezydenta, a funkcję tę objął Enrique Cerezo, który sprawuje władzę w klubie do dzisiaj. W drugiej części poddam natomiast analizie wszystko, co Argentyńczyk robił i robi po dziś na ławce trenerskiej; przyjrzymy się nie tylko pomysłom i działaniom trenera, sezon po sezonie, ale także losom piłkarzy reprezentujących Atlético. Bo przecież nie tylko Simeone, ale także oni sprawili, że druga dekada XXI wieku to najlepszy okres w ponadstuletnich dziejach klubu.

Historia Atlético w tym czasie zasługuje w moim mniemaniu na osobne, szczegółowe opracowanie. Drużyna ta wdarła się bowiem do – jak mogło się wydawać – niedostępnego dla niej świata. Przecież na początku dekady komentatorzy piłkarscy wszem wobec ogłosili, że już nigdy żaden klub nie włączy się do rywalizacji Realu i Barcelony o mistrzostwo Hiszpanii. Nie do wyobrażenia wydawało się też to, że klub spoza najbogatszej dziesiątki Europy awansuje do finału Ligi Mistrzów. Los Colchoneros pokazali jednak bardzo szybko, że w futbolu pieniądze to nie wszystko: w 2014 roku zostali mistrzami kraju i zagrali w wielkim finale Ligi Mistrzów, definitywnie obalając tezę, że tytuły trzeba kupić.

Atlético wskrzesiło wszystkie mity decydujące o popularności piłki nożnej, cofnęło ją w epokę romantyczną. Nawet jeśli tylko na chwilę – i tak zasłużyło na miłość, a przynajmniej sympatię kibiców na całym świecie.

Jeśli Barça tomés que un club (więcej niż klub), jeśli Real także wykracza poza to, co kryje się za tym słowem – to dokładnie to samo można powiedzieć o Atlético. Los Colchoneros uosabiają dla swoich fanów pewien ściśle określony zestaw wartości, które najlepiej uwidaczniają się, gdy postawi się klub w opozycji do Realu. Wielokrotnie miałem okazję rozmawiać z hiszpańskimi fanami Los Colchoneros i pytać ich, co odróżnia dwóch madryckich rywali. Odpowiedzi streszczę następująco: „Atléti to dla nas więcej niż religia. Ten klub jest nam niezbędny do życia jak powietrze. Jesteśmy w większości ludźmi, którzy nie dostali niczego w życiu za darmo. W odróżnieniu od naszych znajomych, kibiców Realu, zwykle bogatych z urodzenia, nie chodziliśmy do dobrych szkół, a na wszystko, co mamy, musieliśmy ciężko zapracować. Oni to białe kołnierzyki, ludzie przyzwyczajeni do luksusu, my mamy dłonie zgrubiałe od pracy. Nasz klub też niczego nie dostanie od losu. Tak jak my, by cokolwiek osiągnąć, musi sobie na to zasłużyć, wyszarpać to sobie. Nie oczekujemy od piłkarzy, że za każdym razem będą grać pięknie, ale wymagamy, by zawsze podejmowali walkę, by nigdy się nie poddawali, by do końca wierzyli w zwycięstwo. Nie musimy zawsze oglądać wybitnych spektakli, jak bywalcy Santiago Bernabéu, chcemy być świadkami bitew. Losy tego klubu, który co rusz upada, ale za każdym razem się podnosi, odwzorowują nasze życiowe perypetie. Atlético jest takie jak my, a my – tacy jak nasze Atlético…”. Oczywiście, w takim postrzeganiu klubu i siebie jest dużo uproszczeń czy uogólnień, bo pewne podziały klasowe dawno już się w Hiszpanii zatarły, a Atlético sprzyja wiele osób z góry drabiny społecznej, Realowi zaś z dołu. Ale kibice Los Colchoneros cały czas patrzą na sąsiadów tak, jak parobek patrzy na panicza. Nie chcą brać udziału w spektaklach megalomanii, jak określają to, co dzieje się wewnątrz i wokół klubu z dzielnicy Chamartín. Cenią skromność i nie wymagają, by ich klub był najlepszy na świecie. Za to kochają swoje godło i swój zespół – o ile tylko ten nie przestaje walczyć – miłością szaleńczą. Triumfujący Real nie jest dopingowany tak głośno, jak upokarzane, ale bijące się Atlético. Ian Cruise, biograf Fernando Torresa, ma sporo racji: „Fanów Realu i Barcelony interesują tylko zwycięstwa klubu. W Atlético chodzi bardziej o radość z piłki nożnej”.

W gronie najbardziej zagorzałych kibiców Atlético znajduje się także niejaki Felipe Juan Pablo Alfonso de la Santísima Trinidad y de Todos los Santos de Borbón y de Grecia, czyli król Hiszpanii Filip VI. W 1972 roku, gdy miał cztery lata, był z ojcem Juanem Carlosem na inauguracji stadionu imienia Vicente Calderóna i zakochał się w tym miejscu oraz w tym klubie. A 28 kwietnia 2016 roku na mecz Los Colchoneros z Bayernem w półfinale Ligi Mistrzów przyprowadził córkę Leonor. Był to jej stadionowy debiut, więc zapewne także stała się fanką Atléti. Dlatego to nie Real, lecz Atlético zasługuje na przydomek Królewscy!

W latach 2003–2015 komentowałem dla stacji Canal+ Sport mecze Atlético w lidze hiszpańskiej. Od 2015 roku nadal podążałem krok w krok za zespołem Los Colchoneros jako komentator ich występów w Lidze Mistrzów, Pucharze Króla i w Lidze Europy oraz – jak i wcześniej, od 1997 roku – autor materiałów poświęconych tej drużynie w „Piłce Nożnej”. Notatki pozostałe mi z przygotowań do transmisji i artykułów były podstawą niniejszej książki. Ale oczywiście konfrontowałem znalezione w nich wiadomości z literaturą o Atlético oraz obecnym stanem wiedzy o poszczególnych okresach i wydarzeniach z dziejów klubu.

CZĘŚĆ 1: Droga do Cholo

Wszyscy wiedzieli, kim są. Stali tam, gdzie zawsze, czyli na początku ulicy Arenal, tuż za Puerta del Sol. Przed każdym leżało na chodniku rozłożone prześcieradło z przymocowanymi do wszystkich rogów sznurkami. Jedno szarpnięcie i w ciągu kilku sekund człowiek zmienia się ze straganiarza prowadzącego nielegalny handel w zwykłego przechodnia, tyle że obarczonego dużym tobołem. Teraz na każdym prześcieradle leżał towar, który dostali rano od hurtownika z instrukcją, za ile można go sprzedać; wszystko, co utargują ponadto, jest ich. Pochodzący z Mali Paul miał damskie torebki, Kwame z Ghany dziecięce ubranka, Bambe z Senegalu pamiątki z Madrytu, a Nwankwo z Nigerii koszulki madryckich klubów piłkarskich: Realu i Atlético. To właśnie do niego podszedł przystojny, dobrze ubrany mężczyzna w średnim wieku. Zbyt dobrze ubrany, ze zbyt drogim zegarkiem na ręku. Tacy ludzie nie kupują podróbek znanych marek na ulicznym straganie. Gdy zagadał coś do Nwankwo, pozostali chłopcy zaczęli przygotowywać się do zwinięcia kramów. Ale klient zaczął kiwać palcami na wszystkich, żeby do niego podeszli. I nie wyglądał na policjanta ani tajniaka. Gdy się zbliżyli, zapytał:

– Ile macie lat?

19, 20, 22, 21 – padły kolejne odpowiedzi.

– To świetnie. Chcecie zarobić? Każdy dostanie po (tu wymienił sumę) w zamian za jeden podpis i stawienie się jutro o piątej po południu pod adresem, który zaraz wam podam – powiedział, po czym wyjął cztery zestawy spiętych spinaczem kartek. – Najpierw pokażcie jakieś dokumenty, muszę wpisać wasze nazwiska i daty urodzenia.

– Ale po co? Co to za papiery? – Kwame stał się nagle bardzo podejrzliwy, mimo że zaproponowana kwota omal nie zwaliła go z nóg. – Czy pan jest z Urzędu Imigracyjnego? – zapytał wprost.

– Nie, nie bójcie się. Jestem z Atlético Madryt, a to są wasze kontrakty z tym klubem. Jeden podpis, Kwame, i jesteś piłkarzem Atlético…

– What? – Kwame na chwilę zapomniał, że jest w Hiszpanii.

***

Zanim zacznie się pisać o losach Atlético w ostatnich latach, należy odpowiedzieć sobie na następujące pytanie: interesują nas tylko kwestie sportowe, droga do piłkarskiego sukcesu pod wodzą Diego Simeone czy również historia klubu jako takiego? O wiele łatwiej byłoby skoncentrować się tylko na pierwszej kwestii, a pominąć wszystko to, co nie ma bezpośredniego wpływu na boisko. Tyle że takie postawienie sprawy byłoby nieuczciwe, zwłaszcza wobec polskiego fana – czy kandydata na fana – Atlético, który niekoniecznie wie o tym klubie tyle, ile powinien, gdyż hiszpańska prasa i telewizja rzadko przypominają dzisiaj pewne fakty z nieodległych czasów. Tymczasem warto wiedzieć, co kryje się za fasadą sukcesów ekipy Diego Simeone, kim są i skąd się wzięli ci, którzy zadają szyku w loży honorowej Wanda Metropolitano, powinno się mieć świadomość, dlaczego wielu hiszpańskich kibiców Atlético cały czas manifestuje nienawiść do sterników klubu, mimo że to właśnie oni zatrudnili Cholo i kupili mu piłkarzy. Sternicy ci to prezydent Enrique Cerezo i właściciel większościowego pakietu akcji Miguel Ángel Gil Marín.

Od wielu lat szeroko pisze o nich znany (choć w pewnym sensie niszowy, bo powszechnie ignorowany przez kolegów po fachu) hiszpański dziennikarz Rubén Uría, autor książki Atléti. De Muerto a campeon (Atléti. Od trupa do mistrza). Wbrew tytułowi nie jest to jednak historia przemiany klubu – bo wtedy lepiej byłoby przetłumaczyć to dzieło na polski niż pisać niniejszą książkę – lecz zbiór felietonów z lat 2009–2014. Uría nie kryje, po co został dziennikarzem. Gdy był nastolatkiem, jego ojciec zrezygnował z abonamentu na mecze Atléti w proteście przeciwko rządom Jesúsa Gila (ojciec Miguela Ángela) i Cerezo. Celem życia zawodowego Rubéna jest obnażanie matactw bicefala, dwugłowego potwora rządzącego obecnie klubem, szkodzenie mu w każdy możliwy sposób i doprowadzenie do jego upadku. Nawet zachwycając się grą drużyny Diego Simeone, zawsze na koniec powtarza niczym Katon swoje ceterum censeo: „Cerezo i Gil Marín muszą odejść”. Z jego tekstów – a nie są to czcze kalumnie, lecz materiały oparte na faktach, których nikt nie neguje – wyłania się w istocie przerażający obraz. W krytycznym wobec Gilów i Cerezo tonie utrzymana jest również książka Miguela Mory El año de nuestras vidas. La epopeya del Atlético de Madrid (Rok z naszego życia. Epopeja Atlético Madryt), opisująca ze szczegółami wydarzenia pamiętnego sezonu 2013/14, w którym Atlético po wielu latach zdobyło mistrzostwo Hiszpanii oraz dotarło do finału Ligi Mistrzów. Nazywa on Atlético dworem Gila i jego następców, agencją kupna (słabych) i sprzedaży (dobrych) piłkarzy, mającą generować zyski, a nie zapewniać sukcesy drużyny. Przypomina, jak to jeden z nowych zawodników, niejaki Pato Sosa, potknął się na piłce i przewrócił na tyłek podczas oficjalnej prezentacji w 2005 roku, co symbolizuje według niego politykę transferową bicefala w pierwszej dekadzie naszego wieku… Także Morę niechęcią do Gila zaraził ojciec, powtarzający, że ten człowiek najpierw doprowadzi klub do ruiny, a potem sprzeda stadion. Co charakterystyczne, Mora także nie pracuje w żadnej z hiszpańskich gazet sportowych, siłą rzeczy najbardziej opiniotwórczych w środowisku kibiców futbolu, lecz jako zagraniczny korespondent „El País”.

Wedle Uríi i Mory drużyna Simeone to piękny kwiat, który wyrósł na gnojowisku. Niestety, zanim zaczniemy opisywać niedole (najpierw) i dole (później) piłkarzy Los Colchoneros, czeka nas niemiła podróż w głąb szamba. Takie rzeczy najlepiej mieć z głowy jak najszybciej. Zatem zatykamy nosy i robimy nura!

Rozdział 1Grzechy pierworodne

Swej bezwarunkowej miłości do klubu kibice Atléti najlepiej dowiedli po spadku drużyny z Primera División w 2000 roku. Frekwencja na Estadio Vicente Calderón zamiast zmaleć – wzrosła, w sezonie 2001/02 wyniosła średnio 57 tysięcy widzów na meczu. Klub sprzedał wtedy 45 tysięcy karnetów. Władze prowadziły kampanie medialne mające przyciągnąć widzów na stadion. Pierwsze hasło, rzucone w 2000 roku, brzmiało: „Rok w piekle. Przetrwajmy go razem”. Gdy jednak okazało się, że pobyt w Segunda División przeciągnie się do co najmniej dwóch lat, zaprezentowano kibicom film, w którym syn pyta tatę: „Dlaczego nadal kibicujemy Atlético?”, a ten odpowiada: „Nie potrafię ci tego wytłumaczyć”. Fanów ogarniało wzruszenie, gdyż często nie potrafili wytłumaczyć nawet sami sobie, dlaczego pokornie znoszą tę poniewierkę.

Ale za drugim podejściem się udało. Wiosną 2001 roku dyrygowana przez Luisa Aragonésa, legendarnego piłkarza Atléti z lat 70., drużyna pewnie wygrała Segunda División. Szefostwo klubu mogło rozpocząć kolejną akcję sprzedaży abonamentów pod wytęsknionym hasłem: „Wróciliśmy”.

Ale choć fani nie posiadali się ze szczęścia, prezydentowi Jesúsowi Gilowi i jego współpracownikom nie było specjalnie do śmiechu. Kibice zachwycali się transferami dokonanymi latem 2002 roku, bo dzięki nawiązaniu współpracy z AC Milanem klub z Madrytu za 13 milionów kupił z Mediolanu Javiego Moreno, wypożyczono też José Mariego (sprzedanego Milanowi dwa lata wcześniej za 20 milionów), Demetrio Albertiniego i Fabricio Colocciniego, którym włoski klub miał płacić połowę pensji. Dyrektor sportowy Paulo Futre rozmawiał o transferach graczy tej miary, co Emerson i Juninho Pernambucano. Bliski powrotu z Lazio Rzym był też uwielbiany w Madrycie Diego Simeone, ale prezydent klubu ze stolicy Włoch, Sergio Cragnotti, nie zgodził się ostatecznie na transfer.

Gil zdawał sobie jednak sprawę, że to wszystko przypomina tylko malowanie trupa. Atlético stało na skraju bankructwa. Długi sięgały 400 milionów euro, a kapitał spółki akcyjnej był na tyle niski, że nad klubem zawisło widmo postawienia w stan upadłości, co wiązałoby się z wprowadzeniem zarządu komisarycznego, czyli odsunięciem dotychczasowego sternika od władzy. Na szyi Gila, który – jak twierdzi Uría – sam celowo zadłużał swój klub, zaciskała się też pętla związana z aferą korupcyjną i wyłudzeniową w kurorcie Marbella. Prezydent Atlético, pełniąc w latach 1991–2002 funkcję burmistrza tego miasta, odegrał w tej sprawie główną rolę; zdefraudował kilkadziesiąt milionów euro i został skazany na trzy i pół roku więzienia (skąd oczywiście po kilku dniach wyszedł za kaucją). Śledztwo obejmowało jednak wciąż nowe wątki, obawa, że niedługo znów zostanie wyciągnięty z łóżka o szóstej rano i odstawiony do zakładu karnego, tym razem bez prawa zwolnienia za kaucją, była bardziej niż uzasadniona.

Charyzmatyczny i ekscentryczny prezydent (kiedyś powiedział, że ma trzech idoli: Chrystusa, generała Franco i Che Guevarę) uniemożliwiał też klubowi pozyskanie funduszy związanych z kontraktami reklamowymi i zniechęcał do Atlético większość Hiszpanów. Czas takich ludzi jak on dawno bowiem minął. Gil był jednym z ostatnich reliktów autorytarnej przeszłości kraju. Stał ponad prawem. Jako przedsiębiorca odpowiadał za katastrofę budowlaną w 1969 roku w miejscowości Los Ángeles de San Rafael, w której zginęło 56 osób, ale nigdy nie trafił za to do więzienia. Rządził swym klubem jednoosobowo, paternalistycznie, nietransparentnie. Słynął z częstego zwalniania trenerów i ostrych wypowiedzi. Nieraz trafiał przed komisje dyscyplinarne hiszpańskiego związku, swego czasu nałożono na niego nawet zakaz działalności w futbolu. Sam nazwał się romantykiem, ale chyba nie trafił w sedno, choć w obronie klubu gotów był do każdej donkiszoterii.

Kiedyś, za rządów Francisco Franco i jeszcze przez pewien czas po nich, tacy ludzie jak Gil byli niezwykle szanowani, cieszyli się autorytetem. Reprezentujący podobny typ osobowości i model działania Ramón Mendoza stracił władzę w Realu w 1995 roku. W Barcelonie Joan Gaspart miał odejść dopiero w 2003 roku. Żaden z nich, podobnie jak Gil w ostatnich latach swej władzy, nie poprowadził jednak klubu do wielkich sukcesów. A na początku XXI wieku traktowano ich jak żywe skamieliny.

Jeśli Gil tego wszystkiego nie wiedział – albo nie chciał się pogodzić z faktem, że jako prezydent może zaprowadzić klub tylko na dno, do piekieł o wiele straszliwszych niż druga liga – to zostało mu to uświadomione. A zadania tego podjął się środkowy z trzech synów, Miguel Ángel, niedoszły lekarz weterynarii, człowiek, który nie odziedziczył po ojcu temperamentu, gdyż zawsze był – i do dziś jest – człowiekiem wyciszonym, dyskretnym (w odróżnieniu od opasłego przez całe życie don Jesúsa zachowuje też do dziś, a ma 56 lat, sportową sylwetkę). W 2004 roku w wywiadzie dla „El País” powiedział: „Podziwiałem ojca za wiele rzeczy, ale jego sposób bycia sprawiał, że wiele osób omijało nasz klub”.

Z pewnością doszło do szczerej rozmowy w gronie rodzinnym, z udziałem pozostałych dwóch synów pana Gila, Jesúsa i Óscara, córki Myriam, żony Marii Ángeles Marín, brata Severino (wszyscy zasiadali w zarządzie Atlético) i wypróbowanego przyjaciela rodziny, Enrique Cerezo. Może stało się to zaraz po wywalczeniu przez zespół awansu do Primera División, a może trochę później. W każdym razie chodziło o to, jak rodzina Gilów ma zachować władzę w klubie. Podczas tej dyskusji opracowano śmiały i sprytny plan, który stał się kamieniem węgielnym obecnego klubu jako instytucji. Gdyby ustalono wtedy odmienny schemat działania, Atlético byłoby dziś zupełnie innym zespołem.

Pomysł powielał metodę wypróbowaną już w 1993 roku, kiedy Atlético zostało przekształcone w spółkę akcyjną. Musimy więc ten jeden raz cofnąć się poza ramy czasowe niniejszej książki i opisać wydarzenie, które Uría nazwał największym skandalem w historii europejskiego futbolu.

Do 1992 roku Atlético było własnością swoich członków, czyli socios, tak jak po dziś jest w Realu, Barsie, Athleticu i Osasunie. Dynamiczny biznesmen Jesús Gil, wybrany na prezydenta klubu w 1987 roku, dzięki temu, że kupił z FC Porto ówczesną gwiazdę futbolu Paulo Futre (coś podobnego zrobił Florentino Pérez, gdy ściągał do Realu Luísa Figo), nie miał jednak ochoty narażać się na utratę władzy w wyniku porażki w wyborach. Zanadto potrzebował Atlético do prowadzenia interesów, by mógł tak ryzykować. Dlatego też Gil postanowił przekształcić klub w spółkę akcyjną i stać się jej większościowym udziałowcem. To, co zrobił, należy nazwać dosadnie: Jesús Gil y Gil ukradł klub jego właścicielom. Zaczął przedstawiać raporty, z których wynikało, że sytuacja finansowa Atlético jest coraz gorsza, wyliczał powiększający się dług, choć klub znajdował się w świetnej kondycji. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, by prześwietlić liczby podawane przez prezydenta, nikomu nie przychodziło do głowy, co ten zamierza. Za dobrą monetę brano jego zapewnienia, że jedynym ocaleniem dla Atlético jest przekształcenie go w spółkę akcyjną. Ludzie mu wierzyli, uznawali, że ma rację, gdy mówił: „Kto nie jest z Gilem, nie jest prawdziwym fanem Atlético”. Potępiano przy tym tych, którzy krzyczeli, że prezydent kłamie i mataczy. Gil osiągnął swój cel. Tak zachachmęcił, że Cerezo, jego wierny poddany i domniemany wierzyciel klubu, otrzymał możliwość kupienia akcji po 850 peset za sztukę, czyli po cenie dziesięciokrotnie niższej od rynkowej (8300 peset). Oczywiście Cerezo nie zapłacił nawet tego, zrzekł się tylko swych sfabrykowanych wierzytelności wobec klubu. Potem przekazał udziały pryncypałowi w ramach fikcyjnych rozliczeń między nimi. Consejo Superior de Deportes (Najwyższa Rada ds. Sportu) zatwierdziła operację. Tak to wyglądało – w uproszczeniu i bez wnikania w szczegóły. „Gil został właścicielem 95 procent akcji, nie zapłaciwszy za nie” – napisał Uría. A w swej książce stwierdzał też: „Gil i Cerezo kupili klub, nie wykładając ani jednej pesety” oraz „Według ich propagandy uratowali klub od upadku. To kłamstwo, powtórzone tysiąc razy, stało się prawdą”.

Oczywiście, sprawa była zbyt grubymi nićmi szyta. Opozycja złożyła doniesienie do prokuratury. Sąd pierwszej instancji wydał niekorzystny dla Gila wyrok – wedle tego werdyktu prezydent dopuścił się sprzeniewierzenia i oszustwa, a uzasadnienie brzmiało następująco (cytat za Uríą): „Jesús Gil został właścicielem 95 procent akcji bez zapłaty, osobiście bądź za pośrednictwem Enrique Cerezo, 1 950 255 200 peset, czyli wartości takiego pakietu”. Cerezo został także uznany za winnego przestępstwa jako cooperador necesario, niezbędny wspólnik. Postępowanie odwoławcze trwało do 2004 roku, kiedy to Tribunal Supremo w sentencji 620/2004 nie uniewinnił nieżyjącego już Jesúsa Gila, ale zamknął sprawę, stwierdzając „wygaśnięcie odpowiedzialności karnej”. Według Uríi sentencja ta upoważnia go do pisania cały czas o popełnionym wówczas przestępstwie. Ale żaden sąd nie nakazał nigdy (i już nie nakaże) zwrotu zagarniętych w opisany powyżej sposób akcji ani nie pozbawił (i nie pozbawi) winnych władzy w spółce.

Wróćmy do roku 2002. Zebrani w domu Jesúsa Gilowie (wraz z jego małżonką i Cerezo) doszli do wniosku, że skoro nie ma pieniędzy, by natychmiast spłacić jakąś istotną część zadłużenia, jedynym sposobem uchronienia klubu przed zarządem komisarycznym jest podniesienie kapitału spółki, a więc wyemitowanie i zbycie dużego pakietu nowych akcji. Ale to przecież też mogło doprowadzić do utraty przez nich władzy, bo istniała groźba, że ktoś mający od dawna apetyt na Atlético wykupi ich tak dużo, że stanie się większościowym udziałowcem. Do takiej akcji szykował się Ignacio del Rio, szef komitetu na rzecz przyznania Madrytowi organizacji igrzysk olimpijskich w 2012 roku i lider platformy Alternativa Atlética, grupującej drobnych akcjonariuszy przeciwnych Gilowi. Gdyby on – lub ktoś inny – został szefem klubu, powyciągałby z szaf różne papiery i wyszłyby na jaw rozmaite machinacje Jesúsa Gila, które jeszcze pogorszyłyby jego sytuację.

Uradzono, że trzeba powtórzyć manewr sprzed dekady. Senior rodu, zamiast podać się od razu do dymisji, wskazanej także ze względu na jego szwankujące zdrowie, musiał jeszcze przez jakiś czas stać na czele klubu i zwodzić inspektorów nadzoru finansowego obietnicami spłaty zadłużenia. Tymczasem Miguel Ángel wraz z Cerezo mieli założyć firmę (została ona nazwana Promociones Futbolisticas), która zacznie świadczyć Atlético rozmaite usługi, między inny kupować dla niej piłkarzy. Następnie zaś wystawi absurdalnie wysokie faktury. Klub ich oczywiście nie zapłaci, powiększą one globalny dług, stając się jego istotnym, co też ważne, procentem. Dopiero wtedy, gdy Atlético będzie winne PF odpowiednio wysoką kwotę (ostatecznie było to 16,2 miliona euro), rozpisze się emisję nowych akcji. Po czym dług wobec PF zostanie spłacony tymi właśnie akcjami! Ich posiadaczem stanie się Miguel Ángel Gil Marín i klub nadal będzie należał do rodziny.

Plan był prosty, ale bardzo sprytny. Jego realizacja zajęła pewien czas, ale wszystko się udało. Majstersztykiem okazała się zwłaszcza sprzedaż klubowi za 2,7 miliona czterech czarnoskórych emigrantów, którzy nie mieli wcześniej kontaktu z futbolem; nie wiadomo też było, skąd ich wytrzaśnięto (może z Puerta del Sol…). Akcja ta znana jest dziś pod pobrzmiewającą rasistowsko nazwą Caso Negritas (Sprawa czarnuszków).

Jesús Gil pozostawał prezydentem klubu do 28 maja 2003 roku, kiedy to podał się do dymisji. Dłużej nie można było zwlekać, bo tymczasem będące od dawna w jego posiadaniu akcje zostały objęte sekwestrem przez Audiencia Nacional (Sąd Narodowy), najwyższą instytucję sądowniczą w Hiszpanii, na ogół zajmującą się apelacjami. Dwudziestego siódmego czerwca 2003 roku zgromadzenie akcjonariuszy zaaprobowało zwiększenie liczby akcji i zgodziło się, by uregulować nimi dług wobec Promociones Futbolisticas. Późniejsze liczne kontrole dotyczące całej tej operacji nie wykazały, że popełniono przestępstwo, choć Miguel Ángel toczył przed rozmaitymi sądami zażarte boje. Dopiero 5 lutego 2014 roku sąd orzekł o przekroczeniu wówczas przepisów, ale znów było już za późno, by cokolwiek z tym zrobić. Znając natomiast rozmiary korupcji w hiszpańskiej federacji za czasów, gdy jej prezydentem był Ángel María Villar (1988–2017, kadencja zakończyła się aresztowaniem), można się domyślać, w jaki sposób przekonano to ciało, że wszystko jest w porządku.

Tak oto pod koniec grudnia 2004 roku klub wypłynął na spokojne wody. Zakończyły się kontrole, szefowie mogli głęboko odetchnąć i nieniepokojeni zacząć sprawować władzę. Zewnętrzne źródła szacowały wówczas dług klubu na 400 milionów euro, ale Miguel Ángel Gil mówił o 120 milionach i zapewniał, że to bagatelna suma dla takiej instytucji jak Atlético Madryt.

Rodzina Gilów posiadała 71 procent akcji. Nie było już na świecie Jesúsa, który zmarł na serce 14 maja 2004 roku, ale wszyscy członkowie familii wiedzieli, że z Miguelem Ángelem nie zginą, bo to kanclerska głowa, choć nie udało mu się nawet zostać weterynarzem. Projekt, według którego Gilowie po raz drugi uwłaszczyli się na klubie, był doprawdy finezyjny, lecz kibice Los Colchoneros po dziś sądzą, że to typowy przykład zbójeckiej prywatyzacji, i nie darzą Gila juniora zbyt ciepłymi uczuciami. On sam za każdym razem, gdy przypomina mu się tamte dzieje, powtarza mniej więcej to, co powiedział w 2004 roku: „Niech nikt się nas nie czepia! Przez pięć lat w klubie przez cały czas byli jacyś zewnętrzni audytorzy i choć zbadali ponad 15 tysięcy rozmaitych dokumentów, o nic nas nie oskarżyli. Jesteśmy czyści i transparentni”.

Pan MÁGM dowiódł swoich talentów prawniczych, nie tylko utrzymując władze w klubie i dokonując przekształceń własnościowych w sposób zgodny z prawem. Po wyjaśnieniu afery z przejmowaniem za bezcen gruntów w Marbelli i wystawianiem miastu faktur za fikcyjne usługi przez podstawione firmy, spadkobiercy Jesúsa Gila, a więc jego czworo dzieci, zostali skazani na zwrot zagrabionych przez ojca 81 milionów euro, ale dzięki machinacjom Miguela Ángela do dziś tego nie zrobili. Ponadto założył on spółkę División Inmobiliaria, która została operatorem Estadio Vicente Calderón i nieźle na tym zarabiała zarówno dla siebie samej, jak i dla klubu.

Nie całkiem do dziś wyjaśnione okoliczności i nie do końca ujawnione szczegóły wydarzeń z 2003 roku są czymś w rodzaju grzechu pierworodnego obecnego Atlético. Ciążą nad jego sternikami, sprawiają, że kibice traktują Gilów co najmniej z dużą nieufnością, a wielu – z obrzydzeniem. Wiedzą, że Gil y Gil, Gil Marín i Cerezo po prostu okradli klub, do którego miłość dziś tak chętnie deklarują. Wiedzą, ale nie mają za bardzo pojęcia, co z tym zrobić.

Uría nazywa Gila Marína i Cerezo rakiem toczącym Atlético. W październiku 2009 roku napisał: „Likwidacja Atlético to po prostu kwestia czasu. Klub nie umiera. Jest z zimną krwią zabijany”. Odkrył, jaką pensję pobiera w klubie Miguel Ángel Gil Marín. W 2010 roku wynosiła ona 1,2 miliona euro, czyli 17 razy więcej niż pensja premiera rządu Hiszpanii i 50 razy więcej, niż sam Marín zarabiał w Atlético w 1994 roku! Odkrył, że za awans do Ligi Mistrzów w 2008 roku pan MÁGM przyznał sobie 250 tysięcy euro premii, a więc trzy razy więcej niż Kunowi Agüero. Uría ustalił, że gdy w 2011 roku Gil Marín motywował zgodę na odejście Simão Sabrosy brakiem pieniędzy na nowy kontrakt dla zawodnika, sam dał sobie podwyżkę – czego hiszpańskie prawo zabrania w spółkach przynoszących straty, a taką było wtedy Atlético Madryt S.A.D. (Sociedad Anónima Deportiva). Dziennikarz przypomniał, że w 2000 roku, jeszcze za życia ojca, Gil Marín zapłacił klubowymi pieniędzmi 15 milionów peset za prywatne zakupy w sieci handlowej El Corte Inglés: dziecięce i kobiece ubrania, perfumy, baterie kuchenne, bieliznę nocną… Słusznie więc chyba Uría doszedł do wniosku, że Gil Marín traktuje Atlético jak prywatną kopalnię złota.

Wszystkie te rewelacje Uría ogłosił drukiem i… nic się nie wydarzyło. Ludzie obojętnie wzruszali ramionami, traktowali go jak szaleńca. Ten donkiszot dziennikarstwa twierdzi, że opinia publiczna została uspokojona dzięki sterowanym (czy „sodomizowanym” – jak to swego czasu określił Uría) przez Cerezo mediom, które przedstawiają szefów klubu jako zbawców Atlético. Najcięższe zarzuty Uría wytacza pod adresem naczelnego redaktora „Marki”, Eduardo Indy. Wypomina mu, że w sprawie oszustw prezydenta Realu Madryt Ramóna Calderóna gazeta ta przeprowadziła w 2009 roku znakomite śledztwo, które doprowadziło do jego upadku, podczas gdy o machlojkach szefów Atlético taktownie milczy, zasłaniając się brakiem twardych dowodów.

Ciekawe jest zestawienie tego, co o szefach Atlético piszą Uría i Mora, z tym, co na ich temat ma do powiedzenia najbardziej znany hiszpański dziennikarz specjalizujący się w problematyce tego klubu, czyli pracujący w „Asie” Manuel Esteban, zwany Manolete. Otóż w poświęconej pierwszym latom ery Diego Simeone książce La revolución cholista nie pisze nic na temat przeszłości szefów klubu. Trudno tylko stwierdzić, czy milczy wymownie, czy taktownie. Docenia natomiast to, co robią obecnie, w jaki sposób ułatwiają Simeone zadanie. Gil Marín „niemal nie wysiada z samolotów, podróżując po całym świecie, by załatwić klubowi nowe źródła finansowania”. Gdy się do niego dzwoni, powiada Manolete, zawsze podczas rozmowy słychać w tle charakterystyczny odgłos wydawany przez walizkę na kółkach.

I choć Uría nie chce tego oczywiście zauważyć, rzeczywiście tak jest. Cerezo, komentując wysokość zarobków kompana, stwierdził, iż ludzie nie mają pojęcia, jak wiele rzeczy robi dla klubu Gil Marín. I ma rację. Bohater negatywny może przemienić się w pozytywnego. Po części kimś takim jest zapewne i Gil Marín.

Dla Uríi jednak złota era klubu z Diego Simeone na stanowisku trenera po prostu odwleka nieuchronne, to kroplówka, do której w ostatniej chwili podłączono znajdującego się w agonii pacjenta. A trawiąca klub choroba nazywa się Gilifato.

Rozdział 2Przybrany syn don Jesúsa

Jednym z głównych bohaterów Ojca chrzestnego Mario Puzo jest Tom Hagen, przygarnięty z ulicy przez don Vita Corleone Irlandczyk, który następnie zdobywa wykształcenie i wiernie służy rodzinie, będąc na równi z jej członkami dopuszczany do wszystkich tajemnic. Rodzina Gilów też ma swego Toma Hagena. To obecny prezydent klubu Enrique Cerezo, który – tak jak bohater powieści Puzo – po śmierci patrona wspomaga sprawującego funkcję głowy rodziny jednego z jego synów – Miguela Ángela.

Zła fama ciągnąca się za nazwiskiem Gil i defraudacje w Marbelli, które są jak miecz Damoklesa wiszący nad głowami potomków Jesúsa, sprawiły, że w 2003 roku na najbardziej eksponowane stanowisko w klubie potrzebny był im ktoś, kogo z rodziną nie łączyły więzy krwi ani ciemne interesy. Lojalny Cerezo wydawał się oczywistym i jedynym kandydatem do roli wentyla bezpieczeństwa, zarówno jeśli chodzi o finanse familii, jak i klub. Trafniej niż przyjacielem rodziny byłoby go chyba nazwać piątym dzieckiem don Jesúsa. Można go też porównać do zięcia z tytułem hrabiowskim, który nobilituje całą rodzinę podejrzanych kupców. Gdy klub w grudniu 2004 roku wychodził na prostą, Cerezo był już jego sternikiem i posiadaczem 18 procent akcji.

We wspomnianej rozmowie z „El País” Miguel Ángel Gil Marín szczerze powiedział, dlaczego następcą ojca w maju 2003 roku nie został on, lecz ów adoptowany syn: „Jest najlepszym możliwym prezydentem, ponieważ dzięki niemu do klubu zbliżają się ludzie ze wszystkich środowisk: politycznego, kościelnego, artystycznego i filmowego…”.

W jaki sposób Cerezo stał się kimś, kto budzi tak powszechną sympatię? To bardzo ciekawa historia. Ten syn kolejarza z Segowii w pełni zasługuje na miano self-made man. Od dzieciństwa miał jedną pasję i nie był nią bynajmniej futbol, lecz kino. Kręcił się przy ekipach filmowych, w 1971 roku został asystentem kamerzysty przy filmie Vente a Alemania, Pepe (Przyjedź do Niemiec, Pepe). Potem sam robił zdjęcia, wreszcie zaczął reżyserować krótkie formy W 1974 roku nakręcił impresję La sonrisa del sol: Almería (Uśmiech słońca: Almería), która spopularyzowała ten zakątek Hiszpanii. Miał jednak większy talent organizacyjny niż artystyczny. Zaczął zajmować się dystrybucją filmów i ich produkcją… Nie wnikając w szczegóły jego kariery zawodowej, bo nie jest ona tematem niniejszej książki, zacytujmy tylko zdanie z poświęconego mu w lutym 2016 roku artykułu zamieszczonego na czołowym hiszpańskim portalu ekonomicznym elEconomista.es: „Prezydent Atlético Madryt zarządza trzema czwartymi hiszpańskiego kina”. Cerezo nie tylko produkuje filmy fabularne i dokumentalne (ponad 30 od 2000 roku), ale także nabywa prawa do dystrybucji filmów zagranicznych na terenie królestwa. Kto chce wyemitować dzieło któregoś z włoskich klasyków, musi zapłacić Cerezo. W branży filmowej jest mniej więcej tym, kim w budowlanej prezydent Realu Madryt – Florentino Pérez, a jego firmy, w tym Enrique Cerezo Producciones Cinematográficas i Mercury Films, mają obroty porównywalne z obrotami ACS Péreza. Od 1998 roku Cerezo jest też prezydentem stowarzyszenia EGEDA – broniącego przed piratami praw hiszpańskich i latynoamerykańskich producentów audiowizualnych.

Pozostaje jednak tajemnicą, jak zarobił swój przysłowiowy pierwszy milion, po którym następne przychodzą już same. Najprawdopodobniej po prostu dostał go od Jesúsa Gila, na rozkręcenie interesu. W każdym razie już w 1987 roku, gdy Gil obejmował władzę w klubie, Cerezo znajdował się w jego świcie. Potem przez lata służył mu jako partner w rozmaitych operacjach finansowych. Był jego żyrantem, a także słupem, czyli dokonywał transakcji formalnie na swoje konto, choć w rzeczywistości w imieniu pryncypała. W 2002 roku przeszedł na chwilę do obozu Ignacio del Rio, ale kiedy zaczęto pisać o zdradzie wiernego sługi, okazało się, że u rywala swego mocodawcy realizował tylko misję szpiegowską. W 2003 roku pełnił już funkcję wiceprezydenta Atlético. A przy tym wszystkim don Jesús zawsze trzymał Enrique z daleka od Marbelli. To nie była jego sprawa, nie figurował w żadnych dokumentach związanych z działalnością Gila w kurorcie.

Cerezo i Gil Marín to wyjątkowo zgodnie współpracujący duet (zupełnie jak Hagen i najmłodszy syn Vita, Michael Corleone), zapewne także dlatego, że jeden mógłby w każdej chwili pociągnąć drugiego na dno, mówiąc, komu trzeba, co wie. Słowa wypowiedziane przez pana MÁGM w 2004 roku: „Rządzimy razem” pozostają prawdziwe do dziś. Gil załatwia interesy, dogaduje kontrakty, ale zawsze zasięgnąwszy opinii i rady współpracownika, a Cerezo daje twarz i głos, reprezentuje klub i podpisuje się pod decyzjami kolegi. Analogia nasuwa się od razu: Cerezo jest prezydentem, a Gil Marín premierem. Jeśli dochodzi między nimi do konfliktów, to informacje na ten temat przedostają się do mediów w skąpej formie. Wiadomo tylko o kilku swarach dotyczących obsady stanowiska trenera zespołu, o których będzie tu jeszcze mowa, załatwianych zresztą zawsze polubownie.

Scysje zapewne są bardzo rzadkie. Cerezo rządzi korporacją filmową, tam realizuje się jako szef i strateg. Atlético to dla niego hobby (nie musi przyznawać sobie pensji i premii jak Gil Marín). Wie jednak, jak dużo zawdzięcza Gilom, którzy kiedyś pomogli mu stanąć na nogi i go dokapitalizowali, więc pozostaje wobec nich lojalny. Gil Marín zaś jako szara eminencja nie naraża się na ciągłe porównywanie z ojcem, o którym woli milczeć niż mówić. Pilnuje interesu, nie wychodząc z cienia, i to mu w zupełności odpowiada. Mora podsumował go w książce następująco: „Socios traktuje jak zdobytych niewolników. Ma na koncie wszystkie możliwe przekręty. Został uznany za winnego przez sąd. Naigrywał się z historii klubu i z kibiców Atlético. Trwał, bo nikt nie kazał mu się najpierw rozliczyć z tego, co zrobił, a potem spakować. Ale w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy już nikt nie spodziewał się po nim niczego dobrego, nagle wszystko zaczęło mu wychodzić. Może dziś śmiało powiedzieć, i zresztą mówi: coś chyba udało nam się zrobić dobrze…”.

Oficjalnie od momentu przejęcia władzy Gil Marín – niezmiennie dyrektor generalny, choć w 2010 roku został uznany w konkursie Globe Soccer Awards najlepszym… dyrektorem sportowym klubów Europy – i Enrique Cerezo deklarują, że w każdej chwili gotowi są sprzedać akcje klubu, jeśli znajdzie się chętny. I jeden, i drugi usiłuje wmówić kibicom, że obowiązuje ich zasada „nie chcem, ale muszem” („Kibice powinni organizować demonstracje tylko po to, by nam podziękować” – powiedział kiedyś Cerezo). Ale przez wiele lat, gdy pojawiał się jakiś inwestor, skutecznie zniechęcali go do sfinalizowania transakcji. Pierwszym potencjalnym kupcem, jeszcze w 2003 roku, był meksykański miliarder Jorge Vergara, wtedy właściciel klubu Chivas w swojej ojczyźnie. O wielu kolejnych opinia publiczna nigdy się nie dowiedziała. Lecz kibice orientują się, co jest grane. Niezmordowany Uría udowadnia bowiem, że klub w dalszym ciągu jest celowo coraz bardziej zadłużany, by nie było chętnych na jego kupno. Dopiero w styczniu 2015 roku Cerezo i Gil Marín przeprowadzili grubszą transakcję. Trafił się bowiem kupiec idealny. Chiński magnat finansowy Wang Jianlin nabył za 45 milionów euro 20 procent akcji klubu. Zrobił to, by po prostu mieć akcje w portfelu. Nie zamierzał nigdy ubiegać się o władzę w klubie, o prawo podejmowania jakichkolwiek decyzji – zostawił to wszystko w rękach duetu szefów. O takim kimś, kto dokapitalizuje spółkę, ale nie będzie się interesował jej codzienną działalnością, marzyli od dawna. W końcu któraś z nieliczonych podróży Gila Marína przyniosła efekt. Zarobił na swoją pensję. W 2017 roku Wang odsprzedał swe akcje izraelskiemu biznesmenowi Idanowi Oferowi, który też nie zamierza zostawać prezydentem…

Obecnych szefów klubu fani traktują co najmniej z dystansem. Wiedzą, że trzymają się stołków, by chronić własną skórę i własne portfele. Gdy drużynie wiodło się kiepsko, Cerezo nie raz był na stadionie Vicente Calderón obrażany. Pewnego razu stracił nerwy i pokazał kibicom środkowy palec. Ale sukcesy ery Diego Simeone, które będą przedmiotem niniejszej książki, poszły także na jego konto i fani stali mu się przychylniejsi, a w każdym razie przestali go traktować tak wrogo.

Ponadto życzliwe wobec sterników Atlético media szeroko pisały o zasługach Cerezo dla wprowadzenia w Hiszpanii nowego, bardziej sprawiedliwego systemu podziału dochodów ze sprzedaży praw do transmisji meczów La Liga. Do 2015 roku Real i Barcelona dostawały większość pieniędzy, pozostawiając dla reszty nędzne ochłapy. Media trąbiły, że tak dalej być nie może, że należy brać przykład z Anglii, gdzie tort jest dzielony sprawiedliwiej i dlatego w siłę rośnie cała Premier League. Brakowało jednak człowieka, który mógłby zorganizować wspólny front przeciwko działającym zgodnie w obronie status quo gigantom. Cerezo zaangażował się w sprawę i stał się pośrednikiem między prezydentem federacji Ángelem Maríą Villarem, szefem LFP Javierem Tebasem (choć ci na co dzień szczerze się nie znosili) oraz ministrem kultury i sportu José Ignacio Wertem. W końcu udało się doprowadzić do wydania Real Decreto, który dotyczył piłkarskich praw telewizyjnych i narzucał zupełnie inny podział dochodów.

Cerezo wykonał misję, w wyniku której zyskało nie tylko Atlético, ale również wszystkie pozostałe zawodowe kluby poza Realem i Barçą (choć w dłuższej perspektywie one właściwie też), gdyż w środowisku luminarzy hiszpańskiego futbolu zawsze był bardzo popularny. Jest bowiem zdecydowanie najbardziej dowcipnym, zdystansowanym i zrelaksowanym spośród prezydentów hiszpańskich klubów. Na ogół ze wszystkimi utrzymuje dobre relacje. Powiedział kiedyś, że sprawowanie funkcji szefa Atlético przynosi mu mało satysfakcji, ale za to dużo radości. I jego twarz przeważnie ową radością emanuje. Ma zawsze dla dziennikarzy jakiś bon mot, więc ci też go lubią.

Na obliczu Gila dominuje natomiast frasunek. To on martwi się o kasę, a przynajmniej udaje, że się martwi. A długi klubu wciąż są gigantyczne, choć maleją. Wszystkie zobowiązania Atlético wynosiły w 2014 roku 540 milionów euro i to ostatnie w miarę pewne dane. Informacje o zadłużeniu z 2016 i 2017 roku są mocno rozbieżne. Jedne źródła piszą, że dług znika, inne w grudniu 2016 roku podawały, że wynosi 591 milionów euro[1]. Autorem tych ostatnich wyliczeń jest doktor prawa Alejandro Pérez Köhler z platformy kibiców Atlético o nazwie Señales de Humo (Sygnały Dymne), walczącej przeciwko Gilifato ramię w ramię z Rubénem Uríą. Z klubu wypływają inne liczby, ale wiadomo, jak to jest z długami: kreatywny księgowy potrafi z debetu zrobić superatę i na odwrót. Ponadto Atlético przeżywa czas prosperity, dużo zarabia. W takiej sytuacji, jak wiadomo, wierzyciele nie poganiają dłużnika. Przecież im dłużej jest im winien pieniądze, tym większe zapłaci od nich procenty. Z pewnością jednak pojawią się z kwitami w rękach, gdy tylko klub popadnie w kłopoty. Dlatego jedyną szansą Atlético jest ucieczka do przodu, aż do utraty tchu…

Trzeba tu poczynić pewne istotne rozróżnienie. Dane dotyczące ogólnego zadłużenia klubu to jedno, a opisujące wierzytelności wobec instytucji publicznych to coś innego. Manolete podawał w 2015 roku, że dług wobec instytucji publicznych został już prawie spłacony. W 2011 roku klub był winien hiszpańskiemu fiskusowi i ubezpieczycielowi społecznemu 215 milionów euro, w 2012 – 206 (wg innego źródła: 180), w 2014 – 155, w 2015 – 55. W 2017 roku planowano likwidację tych zobowiązań i cel został osiągnięty. W tej kwestii władze klubu nie miały pola manewru. Musiały spłacać zadłużenie, gdyż inaczej Atlético spotkałyby poważne konsekwencje, z obligatoryjnym postawieniem w stan upadłości włącznie.

Jeśli jednak globalny dług cały czas rośnie (albo jest generowany), to Gil Marín na pewno nie chce się do tego przyznać. Przecież złote czasy zespołu, który zarabia pod wodzą Diego Simeone o wiele większe pieniądze, niż zarabiały wcześniejsze ekipy, powinny doprowadzić do redukcji zadłużenia. Inaczej szef biznesu jest nieudacznikiem.

Tak czy owak (dla budżetu klubu albo dla kieszeni żerujących na nim pasożytów), powrót do czasów sprzed ery Cholo, kiedy zespół z rzadka występował w Lidze Mistrzów, byłby katastrofą. Sezon, w którym Atlético dociera do finału Ligi Mistrzów, oznacza przychód z tego tytułu w wysokości około 160 milionów euro (nie chodzi tylko o pieniądze od UEFA i z tytułu praw telewizyjnych; inne są wtedy na przykład ceny za letnie mecze towarzyskie), ale i sam udział w tych rozgrywkach zabezpiecza wszystkie potrzeby finansowe klubu. Gdyby tych wpływów zabrakło, mogłoby znowu dojść do opóźnień w wypłatach dla piłkarzy, co zdarzało się jeszcze w 2009 roku, i trzeba by zastawiać karty zawodników, do czego również dochodziło przed erą Simeone. Czy natomiast drużyna zostanie mistrzem Hiszpanii, czy też skończy sezon na czwartym miejscu (byleby nie uplasowała się w tabeli niżej), z finansowego punktu widzenia ma znacznie mniejsze znaczenie. Rzuca to światło na gradację celów stawianych rokrocznie przed Cholo: dojść jak najwyżej w Lidze Mistrzów, a w Primera División pilnować trzeciej pozycji. I od 2014 do 2018 roku Atlético o mistrzostwo w zasadzie nie walczyło, czyli odpadało ze zmagań na długo przed finiszem sezonu, koncentrując się wiosną na pokonywaniu kolejnych przeszkód w rywalizacji pucharowej. W sezonie 2017/18 zaś zespół szybko odpadł z Ligi Mistrzów, więc mógł bardziej przyłożyć się do ligi.

Zasługą Gila jest to, że klub umiejętnie potrafi wykorzystywać sukcesy sportowe ekipy Simeone. To on jako dyrektor generalny nadzoruje działalność pionu marketingu, który pracuje znakomicie. Produkty dostarczane do klubowego sklepu trafiają w gusta kibiców, przychody z tego tytułu rosną w postępie geometrycznym. Przykładem elastyczności w działaniu było wypuszczenie starych fasonów koszulek klubowych z numerem 14 na plecach i nazwiskiem piłkarza, który nosił go przed laty – Diego Simeone. W 2014 roku Cholo stał się pierwszym chyba w historii futbolu trenerem, który „sprzedał” więcej koszulek niż gwiazdy zespołu.

To z Gilem piłkarze negocjują premie za sukcesy, a także podwyżki dawane zwyczajowo przy przedłużaniu kontraktu. Dyrektor jest hojny, bo wie, że nie ma co oszczędzać 100 tysięcy euro, skoro można zarobić milion. Ale mimo to chyba z westchnieniem ulgi przyjął wprowadzenie w 2015 roku limitów płacowych, które LFP wyznacza dla każdej drużyny na podstawie wysokości przychodów. Dla Atléti limit ów wynosi około 120 milionów euro i pan Miguel Ángel każdego lata gimnastykuje się, by się w nim zmieścić.

Bez tego uproszczonego zarysu gabinetowych dziejów Atlético od roku 2002 po obecną chwilę nie dałoby się zrozumieć i właściwie ocenić już czysto piłkarskiej historii, o której opowiem w kolejnych rozdziałach.

Rozdział 32002–07 – pięć lat frustracji

W pierwszych pięciu sezonach po powrocie do Primera División Atlético zajmowało na mecie miejsce poza czołówką. Kolejno: 11. (2002/03), 7. (2003/04), 11. (2004/05), 10. (2005/06) i 7. (2006/07). Bywało, że kibice wpadali we wściekłość, zdarzało im się wtargnąć do ośrodka treningowego w Majadahondzie i obrażać piłkarzy, a podczas meczów manifestować przeciwko szefom klubu.

Wyniki odbiegały w tym czasie od ambicji i oczekiwań bynajmniej nie z powodu słabej kadry. Najtrafniej oddał rzecz Fernando Torres w wypowiedzi z wiosny 2007 roku, odnalezionej i zacytowanej przez Iana Cruise’a w jego książce Fernando Torres[2]: „Od kiedy trafiłem do pierwszej drużyny [Torres debiutował w sezonie 2000/01], każdego sezonu mieliśmy duże zmiany, nowego trenera i zawodników. (…) Powinniśmy spojrzeć na sukcesy drużyn typu Villarreal i Sevilla, które miały własne długoterminowe plany, były konsekwentne i stały za swoimi trenerami”. Otóż to. Jesúsa Gila nie było już w klubie, a potem w ogóle na tym świecie, ale jego duch wciąż unosił się na Vicente Calderón w gabinetach następców legendarnego prezydenta: rządzili zupełnie w jego stylu. Don Jesús zawsze przecież postrzegał zmianę trenera jako pierwszy sposób na wyprowadzenie zespołu z kryzysu. Oto co znaczy genius loci!

W latach 2002–07 drużynę prowadzili kolejno: Luis Aragonés (cały sezon 2002/03), Gregorio Manzano (cały sezon 2003/04), César Ferrando (cały sezon 2004/05), Carlos Bianchi (od 1. do 18. kolejki sezonu 2005/06), Pepe Murcia (od 19. do 38. kolejki sezonu 2005/06) i Javier Aguirre (cały sezon 2006/07). I tak nie było więc najgorzej: Gil Marín i Enrique Cerezo poza jednym wyjątkiem nie zwalniali trenerów w trakcie rozgrywek, za to nie dawali szansy na poprawę w drugim sezonie. Aguirre miał szczęście, bo siódma lokata w jego pierwszym podejściu dzięki rozstrzygnięciom w innych rozgrywkach dała drużynie upragniony start w europejskich pucharach. Tym razem, inaczej niż w 2004 roku, awans do rozgrywek Intertoto doceniono. Został więc na stanowisku i w kolejnym sezonie wprowadził Los Colchoneros do Ligi Mistrzów.

Przyjrzyjmy się pokrótce niedługim kadencjom pięciu pierwszych trenerów Atlético w XXI stuleciu po powrocie do Primera División i początkowi kadencji szóstego, by zastanowić się, czy istotnie zabrakło im tylko czasu, by odnieść sukcesy, czy też były i inne przyczyny ich niepowodzeń.

2002/03

Luis Aragonés już na przełomie stuleci uważany był przez wielu kibiców za najwybitniejszego trenera w historii Hiszpanii. Wszyscy zaś zgodzili się z tą opinią, gdy w 2008 roku poprowadził La Roję do mistrzostwa Europy, choć potem wielu kibiców szybko poszerzyło grono wielbicieli Vicente del Bosque. Aragonés swe najlepsze lata jako piłkarz spędził właśnie w Atlético. Był kochany przez jego fanów, na co jednak zasłużył sobie nie tylko golami. Kiedyś, już jako trener, zwrócił uwagę sędziemu technicznemu, by nie deptał wyrysowanego przy linii bocznej godła klubu. Publika zgotowała mu natychmiast owację.

Po sezonie 2002/03, jak na beniaminka całkiem przyzwoitym, Aragonés sam zrezygnował z posady w ukochanym klubie. Jego praca nie wzbudzała kontrowersji, wycisnął z zespołu tyle, ile się dało, miał dobre relacje z piłkarzami i szefami. Część dziennikarzy dziwiła się wprawdzie, że zespół w trakcie rozgrywek zwijał się, zamiast rozwijać, bo po 26. kolejce był jeszcze na znakomitym szóstym miejscu, a skończył 11., przegrawszy sześć z ostatnich ośmiu meczów. Zastanawiali się oni, dlaczego odniesione 1 lutego zwycięstwo 3:0 nad Barceloną było odosobnionym pokazem wybitnego futbolu w wykonaniu Atlético. Panowało jednak przekonanie, że psy szczekają, a karawana pojedzie dalej i dalej zajedzie w kolejnych rozgrywkach. Aż tu nagle gruchnęła wieść, że El Sabio (Mędrzec) powiedział „pas”, w dodatku nie komentując tego w żaden sposób! Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że nie podał się do dymisji ot tak sobie, dla kaprysu czy dlatego, że otrzymał lepszą ofertę. Po prostu dotarły do niego słuchy, że władze klubu podjęły sekretne rozmowy ze szkoleniowcem Deportivo Javierem Iruretą i poczuł się tym dotknięty. Uniósł się honorem i odszedł na emeryturę, by cieszyć się dziesięciorgiem wnucząt, ale oczywiście długo w fotelu i papuciach nie wytrzymał. „Skoro siedząc w domu, i tak przez 24 godziny na dobę myślałem o piłce, to doszedłem do wniosku, że nie ma co się męczyć, tylko trzeba wrócić do pracy” – tłumaczył, gdy po kilku miesiącach objął stery w Mallorce. Można się tylko zastanawiać, jak potoczyłyby się losy Atlético i reprezentacji Hiszpanii, gdyby owego lata 2003 roku Cerezo i Gil Marín zachowali się albo stosowniej, albo przynajmniej bardziej dyskretnie – bo przecież nie zdołali namówić Irurety na podjęcie pracy na Vicente Calderón.

Odchodząc, Luis Aragonés zabawił się w proroka; stwierdził, że powrót na szczyt zajmie klubowi co najmniej sześć lat. Jak się okazuje, nawet on nie docenił nieudolności Gila Marína i Cerezo…

Gdy 1 lutego 2014 roku Luis Aragonés, El Sabio, El Zapatones, zmarł na leukemię w wieku 75 lat, za wszystko, co zrobił dla klubu, doczekał się na Vicente Calderón pożegnania, jakiego nie doświadczył nikt inny. Na mecz z Realem Sociedad przybyli wszyscy jego żyjący kompani z lat gry w Atlético, zeszli przed meczem na murawę i wymienili uściski z obecnymi graczami zespołu. Potem nastąpiła minuta takiej ciszy, że słychać było łopot skrzydeł nietoperzy. A gdy nadeszła ósma minuta – a to ze względu na fakt, że bohater grał z takim właśnie numerem na plecach – kibice zaczęli krzyczeć: „Luis Aragonés, Luis Aragonés…”. W ten sposób czci się tylko świętych. Fani już jednak wiedzieli, że następnym człowiekiem, który kiedyś zostanie w ten sposób pożegnany, będzie Diego Simeone, siedzący tamtego dnia na ławce rezerwowych jako trener ekipy Los Colchoneros.

Oto podstawowa jedenastka Atlético w sezonie 2002/03:

Starszym kibicom wszystkie te nazwiska, może poza Bośniakiem Misradem Hibiciem, sporo mówią; w zespole tkwił duży potencjał, choć kilku zawodników (Albertini, Sergi, Emerson) najlepsze lata miało już za sobą…

2003/04

Następcą Aragonésa został Gregorio Manzano, psycholog z wykształcenia. Przez całą kampanię 2003/04 drużyna utrzymywała się na miejscu gwarantującym europejskie puchary. Jeszcze pod koniec kwietnia Manzano powiedział, że nie wyobraża sobie, by drużyna do nich nie awansowała, i zapewnił, że to się uda. Kilka potknięć na finiszu rozgrywek sprawiło jednak, że zespół zakończył sezon z taką samą liczbą punktów co Sevilla, ale znalazł się za nią w końcowej tabeli na skutek gorszego bilansu bezpośrednich spotkań. Siódme miejsce oznaczało tylko prawo gry w Pucharze Intertoto – nieistniejącej już dziś letniej imprezie, z której kilka zespołów kwalifikowało się do Pucharu UEFA. Był to wynik od biedy do zaakceptowania, wszystko wskazywało na to, że projekt będzie kontynuowany, lecz nagle okazało się, że Manzano rozstaje się z klubem.

Trener nie zrezygnował, nie zwolniono go, po prostu zakończono współpracę za porozumieniem stron. Sam Manzano wyjawił, że od pewnego czasu nie czuł, że szefowie mu ufają, a ściślej – jak wyraził się w charakterystycznym dla siebie języku – „brakowało empatii w codziennych międzyludzkich relacjach oraz właściwej komunikacji w trudnych momentach”.

Gil Marín i Cerezo po raz pierwszy mocno zdenerwowali się na Manzano, gdy Atlético odpadło w ćwierćfinale z Pucharu Króla po porażce 0:4 z Sevillą w meczu, w którym trener posadził na ławce rezerwowych Fernando Torresa i Ariela Ibagazę, a z kolei Mono Burgos, wstawiony do bramki zaraz po wyleczeniu kontuzji, zawalił przy wszystkich golach. Sprawę pogorszyło to, że rozgrywki wygrał Real Saragossa, w którym pierwsze skrzypce grał wypożyczony z Atlético José María Movilla. Manzano uznał, że nie potrzebuje tego zawodnika, i wolał Ariela Ibagazę z Mallorki. Potem musiał tłumaczyć się przed Cerezo i dziennikarzami: „Rok temu Movilla grał w Atlético i jakoś nie przypominam sobie, żeby zespół zdobył Puchar Króla. Miałem w kadrze 37 zawodników i musiałem z kogoś zrezygnować. Dajcie mi spokój z tym Movillą” – mówił. Drugi raz rozsierdził pryncypałów, przegrywając mecz przedostatniej ligowej kolejki z Saragossą, rozgrywany dwa dni po śmierci Jesúsa Gila na milczącym Vicente Calderón. Szkoleniowiec został obwiniony niemal o zbezczeszczenie pamięci legendarnego prezydenta. Don Jesús był zresztą zdecydowanym przeciwnikiem jego nominacji na trenera; Cerezo podjął tę decyzję wbrew jego zdaniu i wbrew zdaniu Miguela Ángela, kierując się podpowiedzią dyrektora sportowego Toniego Muñoza.

Manzano miał też jednak złe relacje z niektórymi piłkarzami. Jako psycholog powinien wiedzieć, że trener wszystkich podopiecznych musi traktować równo. Tymczasem pozwalał na wszystko grupie weteranów, dla reszty natomiast był bezwzględnym sierżantem. Na tym tle doszło do ostrej sprzeczki między nim a Germánem Burgosen, dziś asystentem Cholo Simeone, a wtedy bramkarzem zespołu. Zawodnik rzucił się w szatni na trenera z pięściami, o mało nie doszło do bójki. Manzano odstawił go od składu w połowie sezonu. Piłkarze, poza ową grupą faworytów, nie lubili swego szkoleniowca także dlatego, że po każdej porażce narzekał na ich niskie umiejętności. Gdy sezon zakończył się wywalczeniem niewiele dającego siódmego miejsca, powiedział: „Dostałem zespół taki, jaki dostałem, i myślę, że osiągnąłem z nim wspaniały rezultat. Ale pan Gil Marín zawsze był mi niechętny”.

Cerezo, który czuł się odpowiedzialny za zatrudnienie Manzano i wszystkie tego konsekwencje, wiosną pałał już do trenera niemal nienawiścią. Gdy rozwiązał z nim kontrakt, powiedział: „To nie jest »do widzenia«, lecz »do niezobaczenia«”. Ale przyciskany przez dziennikarzy w kwestii prawdziwej przyczyny odejścia Manzano, bo przecież siódme miejsce w pierwszym sezonie pracy i z rzeczywiście przeciętnym – o wiele słabszym niż przed rokiem – składem istotnie nie było tragiczne, gubił się i plątał w odpowiedziach. „Nie wiem, nie bardzo potrafię to wszystko wyjaśnić” – burczał.

A tak w tej kampanii wyglądała podstawowa jedenastka Atlético:

Jak widać, pan psycholog miał zespół znacznie różniący się od tego, którym dysponował Aragonés. Sprowadzeni latem Nano, Novo, Kizito Musampa, Veljko Paunović, Gonzalo de los Santos nie do końca się sprawdzili. Także Diego Simeone po powrocie z Włoch nie był już tym samym piłkarzem co w sezonie 1996/97, kiedy zespół wywalczył podwójną koronę. W sumie więc nie ma się co dziwić, że Manzano narzekał na materiał, z którego miał wyrzeźbić europejskie puchary.

Trzeba tu wspomnieć jeszcze o jednej sprawie. Za kadencji Gregorio Manzano liderem i drugim, po Carlosie Aguilerze, kapitanem zespołu został wciąż jeszcze nastoletni Fernando Torres. Zdecydowane oparcie na nim gry ofensywnej drużyny nie było dobrą decyzją, odtąd bowiem ten uznawany za wybitnie utalentowanego zawodnik musiał dźwigać na własnych, wątłych jeszcze plecach odpowiedzialność za losy zespołu. Manzano i jego następca César Ferrando często obierali taktykę polegającą na graniu wszystkich piłek do El Niño, który sam miał radzić sobie z obrońcami rywali. Eksploatowało go to ponad miarę, a nie przynosiło pożądanych efektów, bo rywale doskonale widzieli, jak ustawić się przeciwko tak planującemu mecze zespołowi. Mimo to dorobek El Niño – 19 goli w sezonie 2003/04 i 16 w 2004/05 – był znakomity.

2004/05

Szefom Atlético przyszło wkrótce gorzko pożałować zwolnienia Manzano. Tym razem nowego trenera miał wybrać Gil Marín. Postawił na Césara Ferrando, który w poprzedniej kampanii prowadził prezentującego ciekawy futbol beniaminka z Albacete. Ta drużyna zdobyła w Primera División 47 punktów, podczas gdy znacznie silniejsze personalnie Atlético tylko 55. Pan Miguel Ángel srodze się jednak pomylił, sądząc, że Ferrando poradzi sobie także w klubie z większym potencjałem. Jeszcze nie zrozumiał, że futbol to nie matematyka.

Początek rozgrywek był jednak na tyle udany, że już w listopadzie 2004 roku z nowym szkoleniowcem przedłużono umowę na kolejny sezon, czyli do czerwca 2006 roku. Sam był tym niezwykle zdumiony, ale oczywiście i zadowolony. „Będę miał więcej spokoju, piłkarze też inaczej będą pracowali ze świadomością, że trener zostaje na kolejne rozgrywki” – mówił. „Nie chcę, żeby znów od stycznia do maja prasa dyskutowała, czy trener będzie pracował dalej, czy też w czerwcu odejdzie” – wyjaśniał z kolei Cerezo, który podpisał się na dokumencie.

Ten podpis kosztował go w maju 2005 roku 600 tysięcy euro, bo oczywiście zwalniając trenera z powodu słabych wyników, musiał mu zapłacić pensję za cały kolejny sezon. „Biorąc pod uwagę rezultaty, rozstanie z Ferrando to jedyna logiczna decyzja” – tłumaczył szefa Toni Muñoz. „Ani go nie lubiłem, ani nie ceniłem. Przedłużenie kontraktu w listopadzie było błędem” – powiedział Cerezo. A sam szkoleniowiec tak posumował swoją pracę w Atlético: „Nigdy nie byłem szczęśliwy na Vicente Calderón. Brakowało mi dobrych piłkarzy w pomocy i w ataku. Obronę miałem dobrą, ale dalej – szkoda gadać”.

Szkoda też gadać o dalszej karierze szkoleniowej Ferrando. Trener ten niczego już w futbolu nie osiągnął. W 2016 roku spadł z Albacete do ligi Segunda B i chyba na tym zakończył karierę, której współpraca z Atlético była absolutnym szczytem.

Trzeba tu jednak dodać, że do nieudanego sezonu przyczyniły się także bardzo poważnie potraktowane występy w Pucharze Intertoto. Podczas gdy inni odpoczywali bądź szlifowali formę, Los Colchoneros byli w grze od 17 lipca 2004 roku. Szło im dobrze, eliminowali kolejnych rywali: słowacki Zlin i serbski OFK Beograd. W finale jednak przegrali karnymi z Villarrealem. Submarinos zagrali w Pucharze UEFA, dla Atlético zaś cały wielki wysiłek okazał się nadaremny, a jego piłkarzom brakowało sił w trakcie sezonu.

Oto podstawowy skład Atlético z sezonu 2004/05:

Ferrando zawiódł na całej linii, zespół prezentował się bardzo słabo pod względem taktycznym. Często w roli skrzydłowych występowali boczni obrońcy: Molinero i Antonio López, co dowodziło, że trener nie dorósł do prowadzenia ambitnego zespołu. Najbardziej wartościowym wynikiem pod jego wodzą było lutowe zwycięstwo 2:0 nad Barceloną, po pamiętnym meczu, w którym Fernando Torres strzelał gole w 1. i 92. minucie. Końcówka sezonu natomiast okazała się druzgocąca: zespół nie odniósł ani jednego zwycięstwa w ostatnich ośmiu kolejkach.

2005/06

Sezon 2005/06 miał być już naprawdę udany. Cerezo i Gil Marín dokonali takich transferów i zatrudnili takiego trenera, że zaczęli myśleć nie o powrocie do europejskich pucharów, nie o zajęciu czwartego miejsca, lecz o zdobyciu mistrzostwa Hiszpanii. Taki cel zresztą ogłosił nowy szkoleniowiec.

Był to słynny Argentyńczyk Carlos Bianchi, znany za Atlantykiem jako El Virrey – Wicekról. W hiszpańskiej Ameryce, przed wybiciem się obecnych państw na niepodległość, przysyłany z Madrytu virrey był władcą absolutnym, panem życia i śmierci. Bianchi obrał właśnie taki – absolutystyczny – model sprawowania trenerskich rządów i także dzięki niemu osiągnął tyle sukcesów. Obok wielu lokalnych trofeów, dwa razy, z Vélezem Sarsfield i Boca Juniors, zdobył Puchar Interkontynentalny. Atlético skusiło go iście wicekrólewską pensją (królewskie płacił Real), wynoszącą trzy miliony euro rocznie. To sporo, bo Manzano zarabiał milion, a Ferrando 600 tysięcy euro.

Szefowie klubu, a także dyrektor sportowy Toni Muñoz zabrali się do budowania kadry, która mogła spełnić ambicje ich i trenera. Najpierw Muñoz pogonił 12 zawodników, którzy według niego nie rokowali nadziei, między innymi Kikiego Musampę, Cosmina Contrę, Carlosa Aguilerę. Nie popełnił na tym polu ani jednej pomyłki, bo w istocie rzeczy żaden z nich kariery potem nie zrobił.

Pierwszym celem transferowym było zakupienie godnego partnera do ataku dla coraz bardziej sfrustrowanego Fernando Torresa. W poprzednim sezonie miał obok siebie dawnego króla strzelców La Liga Salvę Ballestę, ale ten był już tylko cieniem samego siebie z lat świetności. Tym razem wybór padł na młodego Serba Mateję Kežmana. Wprawdzie w rozgrywkach 2004/05 srodze zawiódł w Chelsea, ale miał problemy zdrowotne, sezon wcześniej zaś strzelił 25 goli dla PSV Eindhoven. Dziewięć milionów euro wydanych na niego wydawało się znakomitą, gwarantowaną inwestycją. El Niño, który już myślał o odejściu, był zachwycony Kežmanem po pierwszych sparringach. „Na takiego partnera w ataku czekałem, odkąd gram w Atlético” – powiedział. Ale do pozostania w klubie przekonał go przede wszystkim nowy trener.

Muñoz zadbał też o to, by miał kto dostarczać piłki duetowi młodych, gniewnych napastników. Bianchi żądał zresztą przede wszystkim skrzydłowych. Udało się kupić akurat tych dwóch, których sobie upatrzył: Argentyńczyka Maxiego Rodrígueza za sześć milionów euro z Espanyolu i Bułgara Martina Petrowa z VfL Wolfsburg za dziesięć milionów. Tę drugą transakcję przepchnął Francisco García Sanz, kibic Atlético pracujący w koncernie Volkswagena na stanowisku wiceprezydenta. Maxi w poprzednim sezonie strzelił 15 goli w Primera División, podczas gdy wszyscy pomocnicy Atlético razem – ledwie osiem. „Espanyol już więcej nie osiągnie, ze mną czy beze mnie, z klubem ze stolicy natomiast mogę powalczyć o najwyższe laury. A poza tym zadecydowała osoba trenera, który w Argentynie jest niemal bogiem i daje gwarancję wygrywania” – powiedział. Petrow nie strzelał tylu goli, ale za to specjalizował się w asystach.

Z wypożyczenia do Getafe ściągnięty został Gabi – do sezonu 2017/18 pełniący w zespole funkcję kapitana – a z Murcii kupiono prawego obrońcę Juana Valerę. Bianchi obiecywał także stawiać na wychowanków.

Atlético nie śmierdziało kasą, ale zdobyło się na spory wydatek, licząc, że niebawem zostanie sprzedany stadion imienia Vicente Calderóna. Jak się wkrótce okazało, ta operacja nie mogła dojść wówczas do skutku, więc sytuacja finansowa klubu uległa pogorszeniu.

Z początku piłkarze byli zachwyceni metodami Wicekróla. Po preferujących treningi wyłącznie z piłką Manzano i Ferrando dostali szkoleniowca potrafiącego dać piłkarzom w kość. „Tego nam było trzeba. Odpowiednie przygotowanie fizyczne to przecież baza, na której można budować siłę zespołu. Nie wyobrażam sobie, byśmy kolejny raz znaleźli się poza europejskimi pucharami. A Bianchi powtarza nam nawet, że powalczymy o mistrzostwo kraju, i powoli zaczynamy mu wierzyć” – mówił kolumbijski stoper Luis Amaranto Perea. Sam Virrey zaś powiedział: „Najważniejsze, by trener zdołał zaszczepić piłkarzom swoją wolę zwycięstwa, a ja to umiem. Chyba właśnie tego brakowało Atlético w ostatnich kilku sezonach”.

Początek był obiecujący, w trzeciej kolejce zespół w pięknym stylu ograł Barcelonę, swego ulubionego w tamtym czasie rywala – w przeciwieństwie do Realu, od którego Los Colchoneros regularnie dostawali w skórę. Ale potem zaczął się zjazd. W połowie sezonu Atlético miało tylko 20 punktów i zajmowało 14. pozycję w lidze. Dwudziestego grudnia publicysta „Asa”, Marco A. Flores, napisał: „Zwolnijcie Bianchiego, bo inaczej Atlético spadnie do drugiej ligi!”.

Niepowodzenia wzięły się stąd, że trener bardzo szybko skłócił się z piłkarzami. „On nie potrafił zaakceptować naszych zwyczajów, a my jego” – powiedział już po odejściu bossa García Calvo. Piłkarze Atlético i wtedy, i później, aż do końca dekady, nie byli ludźmi łatwymi we współżyciu. Uría zarzuca im zdemoralizowanie. Piłkarz Atlético „zarabia dużo, gra mało, ciągle gada i przeważnie mówi za wiele” – pisał dziennikarz. Zarówno ze względu na to, kto rządził klubem, jak i jakich piłkarzy miał w zespole, każdy kolejny szkoleniowiec był „tym samym psem, tylko z inną obrożą”.

Ale też Virrey nie był pierwszym ani ostatnim Argentyńczykiem, który przekonał się, że w Europie nie sprawdzają się metody przynoszące sukcesy w rodzinnym kraju. Europejscy piłkarze mają inną mentalność, nie traktują trenera jak boga, któremu wszystko wolno i który zawsze ma rację, lecz jako człowieka, który wcale nie musi być mądrzejszy od nich i może się mylić. Zawodnicy Atlético nie rozumieli i nie akceptowali tego, że Bianchi nieustannie zmieniał im pozycje. Maxi Rodríguez na przykład grał jako prawy pomocnik, rozgrywający i napastnik, Martin Petrow zaś, typowy lewoskrzydłowy, występował jako środkowy pomocnik. Rezerwowi się buntowali, bo trener bardzo rzadko dawał im szansę na grę, stale stawiając na tę samą jedenastkę, i niemal nie dokonywał roszad w trakcie meczów. Napastnicy narzekali, że środkowi pomocnicy muszą przede wszystkim bronić i dlatego nie pomagają im wystarczająco w atakach na bramkę rywali. Wszyscy zaś bardzo źle reagowali na to, że Bianchi nieustannie ich krytykował, wręcz opieprzał za każde nieudane zagranie. Powodowało to u zawodników coś w rodzaju paraliżu – nie podejmowali ryzyka, podawali do najbliższego partnera, nie strzelali z dystansu. Gdy pierwsi tracili gola, całkowicie się zacinali i prawie zawsze przegrywali mecz.

El Niño nie chciał dopuścić do siebie myśli, że szefowie klubu znów pomylili się w wyborze trenera i traci kolejny sezon. „Słabe wyniki to nasza wina, brakuje nam zaciętości w grze, to nie on marnuje sytuacje bramkowe, tylko my” – tłumaczył. A Enrique Cerezo dowodził w swoim stylu: „Wyobraźcie sobie, że przyjeżdża profesor matematyki z Argentyny, zadaje studentom pytanie, ile to jest dwa razy dwa, a oni odpowiadają, że trzy. I po czyjej stronie jest wina?”. Jeszcze w grudniu zapewniał, że Bianchi na pewno wypełni kontrakt.

Liczył może na to, że zespół zdobędzie Puchar Króla. Ale podczas zgrupowania w Ciudad Deportivo de las Rozas w pierwszych dniach stycznia zatruło się 15 piłkarzy, przez co Atlético przegrało z Realem Saragossa i odpadło z rozgrywek.

Bianchi oświadczył, że nie poda się do dymisji, zapewnił, że wyprowadzi zespół z kryzysu. A kibice podczas meczów domagali się, by odszedł nie szkoleniowiec, tylko prezydent Cerezo. Na jednym ze spotkań pojawił się transparent z napisem „48 trenerów w 16 lat. Cerezo, natychmiast odejdź” – a więc fani uznawali obecnego prezydenta za kontynuatora stylu poprzednika. Ten zrozumiał, że czyjaś głowa musi polecieć, i podjął decyzję, że nie będzie to jego głowa. Zgrzytając zębami, wypłacił Argentyńczykowi należność za cały kontrakt i powierzył zespół Pepe Murcii, a więc dotychczasowemu trenerowi rezerw. W tym samym czasie także w drugim klubie z Madrytu doszło do podobnej zmiany szkoleniowca: miejsce Vanderleia Luxemburgo zajął Juan Ramón López Caro.

Za kadencji Bianchiego Atlético grało najczęściej w takim składzie i ustawieniu:

W grze zespołu niepokojąco często dawało się zauważyć pęknięcie na ofensywny kwartet, którego członkowie nie brali udziału w grze obronnej, i defensywy sekstet, nieangażujący się w ataki. Już po odejściu Argentyńczyka piłkarze zaczęli narzekać na brak treningów taktycznych; według ich relacji szkoleniowiec przeważnie zachowywał się jak zblazowany wuefista: rzucał im piłkę i mówił, żeby sobie postrzelali. W ogóle też z nimi nie rozmawiał, był daleki i nieprzenikniony jak Zeus na Olimpie. O tym, że piłkarzy nie nauczono, jak mają zachowywać się przy stałych fragmentach gry, świadczyły statystyki: Atlético było zarówno najsłabiej broniącym, jak i najgorzej atakującym zespołem w takich sytuacjach.

Pepe Murcia, choć to on miał raczej temperament wuefisty (a przynajmniej, czego nie ukrywał, obejmując stanowisko, więcej przyjemności sprawiała mu praca z młodzieżą niż z dorosłymi), podszedł do prowadzenia zespołu bardzo poważnie. Nie traktował bynajmniej powierzenia mu drużyny A jako życiowej szansy. Wiedział, że niezależnie od tego, co osiągnie, i tak po pół roku wróci do pracy z rezerwami. Klub nie podpisał z nim kontraktu, lecz wypłacał „meczówkę”, czyli określoną kwotę za poprowadzenie zespołu w każdym spotkaniu. To w świecie futbolu absolutny ewenement – tak wtedy, jak i dzisiaj. Można tylko przypuszczać, że inni trenerzy byli na Murcię wściekli, iż przystał na takie warunki, tym samym psując rynek.

W wyjściowym składzie zespołu wuefista dokonał tylko jednej zmiany: w środku pola miejsce jednego z defensywnych pomocników zajął całkowicie odstawiony przez Bianchiego Ariel Ibagaza. Grał on zupełnie inaczej niż bardzo statyczni Peter Luccin bądź Gabi – biegał dużo i szybko, często podawał z pierwszej piłki. Rozruszał zespół, stał się owym zwornikiem między obroną a atakiem.