Wydawca: Jaguar Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 544 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Atlantydzka zaraza - A. G. Riddle

Atlantydzka zaraza” to druga, po „Genie Atlantydzkim”, część trylogii „Zagadka pochodzenia”.

Tajemnicza epidemia szerzy się w zastraszającym tempie. Ludzkość czeka zagłada lub drastyczna metamorfoza,  gdyż zaraza jest w rzeczywistości narzędziem monstrualnej manipulacji genetycznej. Swoistej przemianie ulega też doktor Kate. Zyskuje dostęp do wspomnień sprzed tysięcy lat. Czy dzięki tajemnej wiedzy Atlantów i pomocy Davida, super-żołnierza intelektualisty, zdoła pokrzyżować plany zniewolenia ludzkości?

Opinie o ebooku Atlantydzka zaraza - A. G. Riddle

Fragment ebooka Atlantydzka zaraza - A. G. Riddle

Tytuł oryginału: The Atlantis Plague

Redakcja: Justyna Czerwieniec

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

Projekt okładki: KS Agency

Copyright © 2013 A.G. Riddle

All rights reserved.

Jacket design © KS Agency

Polish language translation copyright © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ISBN 978-83-7686-510-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Powieść ta jest fikcją – poza fragmentami, w których nią nie jest.

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dedykuję nieustraszonym czytelnikom, którzy podejmują ryzyko zapoznawania się z książkami nieznanych autorów.

Prolog

70 000 lat temu

w pobliżu obecnej Somalii

Otworzyła oczy i potrząsnęła głową, próbując rozjaśnić umysł. Statek przyspieszył proces jej wybudzania. Dlaczego? Zazwyczaj odbywał się on bardziej stopniowo, chyba że… Gęsta mgła w jej tubusie rozproszyła się nieco i dostrzegła na ścianie migające czerwone światło – sygnał alarmowy.

Tubus otworzył się. Otoczyło ją zimne powietrze, poczuła mrowienie na skórze, chwilę później rozwiały się ostatnie obłoczki białej mgły. Wyszła na lodowatą metalową podłogę i niepewnym krokiem zbliżyła się do panelu kontrolnego, z którego wytrysnęły iskrzące fale zielonego i białego światła, wypełniając jej dłoń fontanną wielobarwnych świetlików. Poruszyła palcami, co sprawiło, że ożywił się umieszczony na ścianie wyświetlacz. Teraz już była pewna – hibernacja, która w założeniu miała trwać dziesięć tysięcy lat, skończyła się o pięćset lat za wcześnie. Spojrzała na dwa puste tubusy z tyłu, potem na jeszcze jeden, w którym znajdował się jej towarzysz. To urządzenie również rozpoczęło już proces wybudzania. Jej palce wykonały kilka szybkich ruchów. Miała nadzieję, że zdoła powstrzymać akcję, ale było już za późno.

Jego tubus otworzył się z sykiem.

– Co się stało?

– Nie jestem pewna.

Wyświetliła mapę świata wraz z danymi statystycznymi.

– Mamy alarm populacyjny. Być może chodzi nawet o wymarcie gatunku.

– Źródło?

Przesunęła mapę do niewielkiej wysepki otoczonej potężnym tumanem czarnego dymu.

– To superwulkan w pobliżu zwrotnika. Temperatura na planecie gwałtownie spadła.

– Jakich podgatunków to dotyczy? – spytał jej towarzysz. Wyszedł z tubusu, po czym podszedł do stacji kontrolnej.

– Tylko jednego. Osiem-cztery-siedem-dwa. Na centralnym kontynencie.

– To spore rozczarowanie – stwierdził. – Bardzo dobrze się zapowiadali.

– To prawda. – Już nie opierała się o konsolę. Odrętwienie minęło na tyle, że mogła stać samodzielnie. – Muszę to sprawdzić.

Towarzysz spojrzał na nią pytająco.

– Chciałabym pobrać kilka próbek.

Cztery godziny później naukowcy zdążyli już przenieść się w zupełnie inną część tego małego świata. Przebywająca w śluzie wejściowej kobieta zapięła ostatnie klamry kombinezonu i umocowała hełm, po czym wstała. Czekała, aż drzwi się otworzą.

Następnie aktywowała system łączności w hełmie.

– Próba dźwięku.

– Słyszę cię – odpowiedział jej partner. – Mam też podgląd. Możesz ruszać.

Drzwi rozsunęły się, ukazując białą, piaszczystą plażę. Od miejsca, gdzie nie sięgały fale, plażę zalegała gruba warstwa popiołu ciągnąca się aż do skalnego urwiska.

Spojrzała w górę w pociemniałe, zapylone niebo. Popiół znajdujący się w atmosferze w końcu kiedyś opadnie i powróci słoneczne światło, jednak dla większości mieszkańców planety – wliczając w to podgatunek 8472 – będzie już wtedy za późno.

Wspięła się na szczyt urwiska. Gdy się odwróciła, ujrzała za sobą w całej okazałości wielki czarny pojazd zalegający na plaży niczym cielsko przerośniętego mechanicznego walenia. Świat był ciemny i nieruchomy; przypominało to krajobraz wielu badanych już planet w stadium przed pojawieniem się życia.

– Ostatnio odnotowano znaki aktywności tych istot tuż przy brzegu urwiska, zakres dwa do pięciu stopni.

– Zrozumiano – odparła uczona. Ruszyła naprzód raźnym krokiem.

Ujrzała przed sobą wielką jaskinię, a wokół niej usianą skalnymi odłamkami płaską przestrzeń, na której zgromadziło się jeszcze więcej popiołu niż na plaży. Nadal zmierzała ku jaskini, ale teraz już szła wolniej. Buty ślizgały się po skałach i popiele, tak jakby szła po szklanej powierzchni posypanej zmielonymi piórami.

Chwilę później, zanim dotarła do ujścia jaskini, poczuła pod butem coś innego, co nie było ani popiołem, ani skałą – ciało i kość, a dokładnie noga. Uczona cofnęła się i pozwoliła wyświetlaczowi w hełmie, by się dostroił.

– Widzisz to? – spytała.

– Tak. Dostosowuję twój wyświetlacz.

Ostrość poprawiła się, teraz widziała ich wyraźnie: ciała leżące jedne na drugich aż po wejście do jaskini. Wynędzniałe, czarne zwłoki ledwo odróżniały się od skały, na której zaległy, a popiół, który na nie spadł, złagodził ich rysy, tworząc krawędzie i wypukłości, przez co bardziej przypominały odkryte korzenie jakiegoś wielkiego drzewa.

Ku zaskoczeniu uczonej ciała okazały się nietknięte.

– To niezwykłe. Żadnych oznak kanibalizmu. Oni znali się nawzajem. Być może byli członkami plemienia posiadającego wspólny kod moralny. Myślę, że przyszli tutaj nad morze w poszukiwaniu schronienia i żywności.

Jej kolega przełączył wyświetlacz na podczerwień, aby potwierdzić, że wszyscy są martwi. Mimo to, choć niewypowiedziany komunikat był jasny: załatwić sprawę i skończyć z tym.

Pochyliła się i wyciągnęła niewielki cylindryczny pojemnik.

– Pobieram próbkę. – Przytknęła próbnik do najbliższych zwłok i odczekała, aż urządzenie wyizoluje, a następnie zabezpieczy odpowiednią porcję DNA.

Kiedy przyrząd uporał się z zadaniem, wstała. Suchym, urzędowym tonem wyrecytowała:

– Lądownik Alpha, dziennik pokładowy ekspedycji naukowej, wpis oficjalny. Wstępne obserwacje potwierdzają, że podgatunek osiem-cztery-siedem-dwa doznał wydarzenia prowadzącego do wyginięcia. Gatunek ewoluował przez około sto trzydzieści tysięcy lokalnych lat, licząc wstecz od daty niniejszego zapisu. Próbka pobrana od osobnika, który prawdopodobnie przeżył najdłużej.

Odwróciła się i weszła do jaskini. Światła po obu stronach hełmu włączyły się automatycznie, rozświetlając wnętrze. Tutaj również spoczywały ciała skupione pod ścianami, jednak podczerwień nie wykazała żadnych oznak życia. Kate weszła głębiej. Kilka metrów dalej ciał już nie było. Przyjrzała się podłożu – ślady. Czyżby powstałe niedawno? Szła dalej, w głąb jaskini.

Kiedy spojrzała w stronę skalnej ściany, zobaczyła na wyświetlaczu hełmu słabą karmazynową poświatę – oznaka życia. Za zakrętem ciemna czerwień rozjarzyła się barwami bursztynu, oranżu, błękitów i zieleni. Żywy okaz.

Uczona szybko dotknęła przełącznika na dłoni, przerzucając się na normalny widok. To był osobnik płci żeńskiej. Żebra odstawały mu w nienaturalny sposób, naciągając czarną skórę, jakby miały ją rozedrzeć przy kolejnym wdechu. Pod żebrami brzuch nie był tak zapadnięty, jak należałoby się spodziewać. Kate na powrót uruchomiła podczerwień i potwierdziła swoje przypuszczenie – samica była ciężarna.

Kobieta sięgnęła po kolejny próbnik DNA, ale sekundę później znieruchomiała. Usłyszała za sobą jakiś odgłos – czyjeś kroki, ciężkie stąpanie, jakby ktoś powłóczył nogami po kamieniach.

Zdążyła odwrócić głowę w samą porę, żeby ujrzeć potężnie zbudowanego osobnika płci męskiej, który właśnie wszedł chwiejnym krokiem do ciasnej komory jaskini. Był niemal o dwadzieścia procent wyższy niż przeciętne osobniki płci męskiej, których ciała widziała po drodze, a także szerszy w ramionach. Czyżby przywódca plemienia? Jego żebra również wystawały, jeszcze bardziej niż u samicy. Podniósł przedramię, osłaniając oczy przed światłem lamp na hełmie. Ruszył w jej stronę, trzymając coś w ręce.

Kate sięgnęła po pałkę obezwładniającą i cofnęła się. Odeszła dwa kroki na bok od samicy, jednak rosły mężczyzna dalej szedł w jej stronę. Uruchomiła pałkę. Tamten już miał wyciągnąć do niej rękę, ale nagle odwrócił się w stronę samicy, opadł na podłoże i oparł się obok niej o ścianę. Podał jej to coś, co trzymał w ręce – plamisty, butwiejący kawałek mięsa. Samica łapczywie wbiła zęby w ochłap, mężczyzna zaś pozwolił głowie opaść w tył, jego oczy się zamknęły.

Uczona starała się zapanować nad przyspieszonym oddechem.

Głos partnera w hełmie był naglący, ostry.

– Alpha Lądownik Jeden, mam anormalne odczyty funkcji życiowych. Czy jesteś w niebezpieczeństwie?

Uczona pospiesznie dotknęła kontrolki na dłoni, wyłączając w ten sposób czujniki kombinezonu oraz przekaz wideo.

– Zaprzeczam, Lądownik Dwa – zawiesiła głos. – Przypuszczalnie usterka czujników. Nadal pobieram próbki od osobników gatunku osiem-cztery-siedem-dwa najdłużej pozostałych przy życiu – o ile wiadomo.

Wyciągnęła próbnik. Przyklękła obok rosłego samca i przytknęła cylinder w zgięciu jego prawego ramienia, od wewnątrz. Kiedy go dotknęła, samiec wyciągnął w jej stronę drugie ramię. Położył dłoń na przedramieniu uczonej i zacisnął lekko – więcej sił umierający osobnik nie był w stanie z siebie wykrzesać. Tymczasem leżąca obok samica kończyła właśnie posiłek, przypuszczalnie ostatni w jej życiu. Przełknęła jeszcze kęs zepsutego mięsa i spoglądała teraz na Kate oczami pozbawionymi blasku.

Próbnik zabrzęczał, dając znać, że wykonał zadanie. Potem znowu, ale uczona go nie zabrała. Siedziała, jakby ją zamurowało. Coś się z nią działo. Chwilę później dłoń mężczyzny zsunęła się z jej przedramienia, a głowa znów oparła się o ścianę. Nie zastanawiając się nawet nad tym, co robi, uczona podniosła samca i zarzuciła go sobie na ramię. Na drugim ramieniu umieściła samicę. Ekoszkielet kombinezonu bez trudu wytrzymał ten ciężar, jednak kiedy wyszła z jaskini jeszcze trudniej było jej utrzymać równowagę na przykrytych popiołem skałach.

Po dziesięciu minutach przeszła przez plażę i dotarła do statku, którego wrota się rozsunęły. Gdy znalazła się wewnątrz, umieściła jedno i drugie ciało na zaopatrzonych w kółka noszach. Zrzuciła kombinezon i szybko przetransportowała oba okazy do sali operacyjnej. Odwróciła się, spojrzała przez ramię, po czym skupiła się na stacji roboczej. Przeprowadziła kilka symulacji, a następnie zaczęła precyzować algorytmy.

Usłyszała za sobą głos:

– Co robisz?

Drgnęła nerwowo. Nie słyszała dźwięku otwierających się drzwi. Odwróciła się. Jej towarzysz stał w wejściu i sondował wzrokiem pomieszczenie. Na jego twarzy z początku malowało się zdziwienie, potem wyraźny niepokój.

– Co ty…

– Ja… – jej myśli galopowały. Udzieliła jedynej możliwej odpowiedzi: – Przeprowadzam eksperyment.

Część ISEKRETY

Rozdział 1

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Doktor Kate Warner spoglądała na pacjentkę, która w konwulsjach szarpała pasy mocujące ją do prowizorycznego stołu operacyjnego. Drgawki stawały się coraz gwałtowniejsze, z jej ust i uszu ciekła krew.

Kate nie mogła dla tej kobiety nic zrobić i ta świadomość była trudna do zniesienia. Nawet podczas studiów medycznych i późniejszych praktyk szpitalnych Kate nie widziała do tej pory umierającego pacjenta. Miała wówczas nadzieję, że nigdy nie zobaczy takiego widoku.

Podeszła do kobiety i chwyciła ją za lewą rękę, po czym stała przy pacjentce, aż wreszcie drgawki ustały. Kobieta wydała ostatnie tchnienie, a jej głowa opadła bezwładnie.

W pomieszczeniu zapanowała cisza, jeśli nie brać pod uwagę odgłosu kapania krwi spływającej ze stołu na pokrytą plastikową folią podłogę. Wszystko w tym pomieszczeniu było owinięte ciężkimi półprzezroczystymi płachtami. Właśnie ten pokój ze wszystkich dostępnych we wczasowej miejscowości pomieszczeń najbardziej przypominał salę operacyjną – przedtem pracowali tu masażyści. Kate używała stołu, na którym jeszcze trzy miesiące wcześniej dopieszczano majętnych turystów, do wykonywania doświadczeń, których istoty nadal nie rozumiała.

W górze nad nią rozległ się cichy brzęk elektrycznego silnika. To maleńka kamera ożywiła się, przestała obserwować kobietę i skierowała swój obiektyw na Kate, ponaglając ją: zarejestruj raport.

Kate zerwała maskę i delikatnie położyła rękę kobiety na jej brzuchu.

– Temat: zaraza atlantydzka, próba alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Rezultat: negatywny. Obiekt Marbella-dwa-dziewięć--osiemnaście.

Kate spojrzała na kobietę, próbując wymyślić dla niej jakieś imię. Tamci nie chcieli używać imion, ale Kate jakoś nazywała każdego z pacjentów. I co jej za to zrobią? Może uważali, że zatajenie imion i nazwisk ułatwi pracę. Nic podobnego, wręcz przeciwnie. Poza tym nikt nie zasługuje na to, by być tylko numerem i umrzeć bez imienia.

Kate odkaszlnęła.

– Pacjentka nazywa się Maria Romero. Czas zgonu: godzina piętnasta czternaście czasu miejscowego. Domniemana przyczyna zgonu… Cóż, przyczyna zgonu taka sama jak w przypadku ostatnich trzydziestu osób, które znalazły się na tym stole.

Kate ściągnęła gumowe rękawiczki, czemu towarzyszył głośny odgłos, i rzuciła je na pokrytą folią podłogę obok wciąż rosnącej kałuży krwi. Odwróciła się i sięgnęła do klamki.

Głośniki pod sufitem zatrzeszczały i odezwały się:

– Musisz wykonać autopsję.

Kate zerknęła w stronę kamery.

– Sam sobie zrób autopsję.

– Proszę cię, Kate.

Tamci prawie niczego jej nie wyjaśnili, wiedziała jednak, że jest im potrzebna. Okazała się odporna na zarazę atlantydzką, była więc idealną osobą do przeprowadzania tych prób. Trwało to już od tygodni, odkąd przywiózł ją tutaj przybrany ojciec, Martin Grey. Po pewnym czasie zaczęła coraz natarczywiej domagać się odpowiedzi. Obiecywano jej informacje, ale wciąż nie otrzymała żadnego wyjaśnienia.

Odkaszlnęła znowu i odezwała się głośniej.

– Na dziś mam już dosyć.

Pchnęła drzwi.

– Zaczekaj. Wiem, że chcesz otrzymać odpowiedź. Pobierz tylko próbkę, potem porozmawiamy.

Kate przejrzała zawartość metalowego wózka czekającego na zewnątrz, tak jak zrobiła to już trzydzieści razy wcześniej. Miała pustkę w głowie. Sięgnęła po zestaw do pobierania krwi, podeszła z powrotem do Marii. Wbiła igłę w zgięcie jej ramienia. Kiedy ustaje akcja serca, to zawsze trwa dłużej – przemknęło jej przez myśl.

Gdy próbówka była już pełna, wyciągnęła igłę, a następnie podeszła do wózka i umieściła szklane naczynie w centryfudze. Minęło kilka minut. Usłyszała za sobą głos, polecenie przekazane przez głośniki. Wiedziała, że je usłyszy. Spojrzała na wirówkę, która właśnie się zatrzymała. Sięgnęła po próbówkę, wetknęła ją do kieszeni i udała się do hallu.

Po zakończeniu pracy zwykle zaglądała do chłopców, jednak tego dnia musiała jeszcze wcześniej coś zrobić. Weszła do swojego pokoiku i siadła ciężko na „łóżku”. Pokój ów nader przypominał więzienną celę: pusty, bez okien, nagie ściany i tylko żelazna rama łóżka z materacem pamiętającym czasy średniowiecza. Jak przypuszczała, przedtem pomieszczenie to było przeznaczone dla kogoś z personelu sprzątającego. Zdaniem Kate trzymanie ludzi w takich warunkach było czymś zgoła nieludzkim.

Schyliła się i sięgnęła w mrok pod łóżkiem. Po dłuższej chwili namacała butelkę wódki, wyciągnęła ją. Zgarnęła z nocnego stolika papierowy kubek, zdmuchnęła z niego kurz i nalała sobie szczodrą porcję, którą wypiła jednym haustem.

Odstawiła butelkę i wyciągnęła się na łóżku. Sięgnęła ręką za głowę i nacisnęła przycisk, aby uruchomić stare radio. Było to jej jedyne źródło informacji o świecie zewnętrznym – i z trudem przychodziło jej uwierzyć w to, co słyszała.

Radiowe doniesienia opisywały świat, który przed atlantydzką plagą ocalił cudowny lek: Orchidea. W obliczu globalnego zagrożenia wszystkie uprzemysłowione kraje zamknęły swoje granice i ogłosiły stan wyjątkowy. Nie zdołała się zorientować, ilu ludzi umarło na skutek pandemii. Ci, którzy przeżyli, niezależnie od tego, ilu ich pozostało, zostali zapędzeni do Dystryktów Orchidei. Były to ogromne obozy, w których ludzie kurczowo trzymali się życia i codziennie zażywali dawkę Orchidei – leku, który pozwalał zapanować nad zarazą, jednak nie był w stanie całkowicie z niej wyleczyć.

Minione dziesięć lat Kate spędziła na przeprowadzaniu badań klinicznych, ostatnio zajmowała się opracowywaniem leku na autyzm. Wiedziała doskonale, że leków nie wymyśla się z dnia na dzień, niezależnie od tego, jak wiele pieniędzy się na to wyda i jak pilna jest potrzeba. Orchidea to z całą pewnością lipa. Ale jeżeli tak jest, to jak naprawdę wygląda zewnętrzny świat?

Widziała tylko migawki. Trzy tygodnie wcześniej Martin ocalił ją oraz dwóch z chłopców poddawanych próbom związanym z autyzmem od pewnej śmierci w przedziwnej, ogromnej strukturze wybudowanej pod Zatoką Gibraltarską. Kate i chłopcy uciekli do konstrukcji pod Gibraltarem – Kate uważała teraz, że była to właśnie zaginiona Atlantyda – z podobnego kompleksu znajdującego się dwie mile pod powierzchnią Antarktyki. Jej biologiczny ojciec, Patrick Pierce, odpalił dwie bomby atomowe w Gibraltarze, aby osłonić ich ucieczkę. Zniszczył przy tym dawne ruiny i w ten sposób za pomocą gruzów niemal całkowicie zamknął przejście. Martin wywiózł ich na pokładzie łodzi podwodnej o krótkim zasięgu dosłownie minuty przed eksplozją. Podwodnemu podjazdowi ledwie starczyło mocy, żeby wypłynąć z obszaru, w którym znajdowały się szczątki, i dotrzeć do Marbelli w Hiszpanii – miejscowości wypoczynkowej położonej na wybrzeżu w odległości około osiemdziesięciu kilometrów od Gibraltaru. Łódź pozostawili w przystani jachtowej i podeszli do Marbelli pod osłoną nocy. Martin zapewniał, że to tylko tymczasowe miejsce schronienia, a Kate nie zwróciła wtedy uwagi na otoczenie. Wiedziała tylko, że weszli na teren jakiegoś pilnie strzeżonego obszaru, a następnie ona oraz obaj chłopcy zostali zamknięci w dawnym budynku kąpielowym.

Martin poinformował Kate, że powinna dopomóc w prowadzonych tam badaniach – w próbie znalezienia leku na zarazę atlantydzką. Jednak od czasu swojego przybycia widywała go rzadko, zresztą nieczęsto widywała kogokolwiek poza pośrednikami, którzy dostarczali jej żywność i instrukcje dotyczące pracy.

Obracała próbówkę w dłoni, zastanawiając się, dlaczego jest ona dla nich tak ważna i kiedy po nią przyjdą. No i najważniejsze – kto po nią przyjdzie?

Spojrzała na zegar – wkrótce popołudniowe wiadomości. Zawsze ich słuchała. Powtarzała sobie samej, że chce po prostu wiedzieć, co dzieje się na świecie, jednak prawda była znacznie prostsza. Tak naprawdę, chciała dowiedzieć się czegoś o losach jednej osoby: Davida Vale’a. Jednak w radiu nie podawano takich informacji, pewnie już nigdy niczego się o nim nie dowie. Z grobowców na Antarktyce istniały tylko dwie drogi ucieczki – jedna przez lodowe wejście, a druga przez portal do Gibraltaru. Drogę gibraltarską jej ojciec zamknął bezpowrotnie, a w Antarktydzie czekała armia Immari. Ci z pewnością nie pozostawiliby Davida przy życiu. Kate odepchnęła od siebie tę myśl, kiedy odezwał się głos spikera.

Słuchają państwo radia BBC, głosu tryumfu ludzkości w siedemdziesiątym ósmym dniu zarazy atlantydzkiej. Przygotowaliśmy dla państwa trzy raporty specjalne. W pierwszym z nich poznamy historię czterech pracowników naftowej platformy wydobywczej, którzy przetrwali trzy dni na morzu bez jedzenia, lecz w końcu udało im się dotrzeć bezpiecznie do Dystryktu Orchidei w Corpus Christi w Teksasie. Następnie raport specjalny Hugo Gordona, który odwiedził wielkie zakłady produkujące Orchideę, mieszczące się pod Dreznem w Niemczech, przy czym od razu możemy zapowiedzieć, że materiał ten dementuje pogłoski, jakoby zmniejszała się produkcja leku zwalczającego zarazę. Na koniec okrągły stół, czyli dyskusja z udziałem czworga ekspertów; jak się okazuje, opracowania skutecznego leku na zarazę możemy się spodziewać w ciągu najbliższych tygodni, już nawet nie miesięcy.

Najpierw jednak opowieść z południowej Brazylii – opowieść o odwadze i wytrwałości – gdzie bojownicy o wolność odnieśli wczoraj znaczące zwycięstwo nad zgrupowaniami partyzanckimi kierowanymi z opanowanej przez Immari Argentyny…

Rozdział 2

Ośrodek Zapobiegania i Przeciwdziałania Epidemii

Atlanta w stanie Georgia

Doktor Paul Brenner przetarł oczy i zasiadł przed komputerem. Nie spał od dwudziestu godzin. Siłą rzeczy jego umysł działał już na zwolnionych obrotach, co niestety wpływało na jakość jego pracy. Teoretycznie zdawał sobie sprawę, że musi odpocząć, jednak nie mógł się zmusić, żeby przerwać. Ekran komputera ożył; postanowił sprawdzić wiadomości, a potem pozwolić sobie wreszcie na drzemkę, ale co najwyżej godzinną.

1 NOWA WIADOMOŚĆ

Chwycił za mysz i kliknął, czując przypływ nowej energii…

OD: Marbella (OD-108)

TEMAT: Alfa-493, wyniki (Obiekt MP-2918)

Wiadomość nie zawierała tekstu, tylko nagranie wideo, które samo się uruchomiło. Na ekranie pojawiła się doktor Kate Warner. Paul poruszył się niespokojnie – świetna dziewczyna, jednak z jakiegoś powodu sam jej widok wprawiał go w zdenerwowanie.

Zaraza atlantydzka, próba alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Rezultat: negatywny…

Gdy wideo się skończyło, Paul sięgnął po telefon.

– Proszę zorganizować konferencję. Tak, ze wszystkimi. Tak, teraz.

Po piętnastu minutach siedział u szczytu stołu konferencyjnego, przed sobą miał dwanaście ekranów, a na każdym z nich znajdował się badacz z innego ośrodka na całym świecie.

Paul wstał.

– Właśnie otrzymałem wyniki próby alfa-czterysta dziewięćdziesiąt trzy. Wynik jest negatywny. Ja…

Naukowcy zarzucili go pytaniami i oskarżeniami. Pomyśleć, że jedenaście tygodni wcześniej, kiedy wybuchła epidemia, to była kliniczna, ucywilizowana grupa skupiona na celu i działaniu.

Teraz dominującym uczuciem był strach. Jak najbardziej zresztą uzasadniony.

Rozdział 3

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Ten sam sen, który Kate tak bardzo lubiła. Miała wrażenie, że jest już niemal w stanie świadomie go kontrolować, jak nagranie wideo, które można cofnąć i odtworzyć dowolną ilość razy. Ten sen pozostał jedyną rzeczą, która ją cieszyła.

Leżała w Gibraltarze, na piętrze willi położonej dosłownie kilka kroków od brzegu. Przez otwarte okna na werandę wpadał chłodny wietrzyk, poruszał cienkimi zasłonami z białego lnu, te zaś nadymały się, po czym znowu opadały. To była chwila doskonała – wszystko zespalała harmonia, tak jakby cały świat był jednym sercem, jakby wszystkie serca biły tym samym rytmem.

Leży na plecach i gapi się w sufit, nie mając odwagi zamknąć oczu. David leży obok niej na brzuchu i śpi. Jego muskularne ramię spoczywa na jej brzuchu, zasłaniając prawie całą bliznę. Chce dotknąć tego ramienia, ale nie zaryzykuje i nie zrobi niczego, co mogłoby zakończyć sen…

Czuje, że ramię lekko się porusza. Ten drobny ruch sprawił, że cała sceneria burzy się jak podczas trzęsienia ziemi; ściany i sufit zaczynają się rozsypywać. Pokój zadrżał raz jeszcze i poczerniał, po czym przeistoczył się w mroczną, ciasną „celę” w Marbelli. Już nie wygodne, szerokie łoże, tylko twardy materac i wąska prycza. Jednak… ramię nadal jest… ale nie ramię Davida, tylko kogoś innego. Poruszało się, przesuwając się po jej brzuchu. Kate zamarła. Ręka powędrowała do jej boku – namacała kieszeń, a potem sięgnęła do zaciśniętej dłoni, próbując zabrać jej próbówkę. Kobieta chwyciła rękę złodzieja i wykręciła ją tak mocno, jak potrafiła.

Jakiś mężczyzna krzyknął z bólu, Kate tymczasem zerwała się i pociągnęła za łańcuszek lampy. W jej świetle ujrzała… Martina.

– A, to ciebie przysłali.

Jej przybrany ojciec z pewnym trudem dźwignął się na nogi. Miał już ponad sześćdziesiąt lat, a wydarzenia ostatnich miesięcy stanowiły dla niego znaczne obciążenie, także pod względem fizycznym. Wyglądał na przemęczonego, ale jego głos pozostał miękki jak głos dobrego dziadziunia.

– Wiesz co, Kate, czasami naprawdę przesadzasz.

– Przecież to nie ja zakradam się do cudzych pokojów i obmacuję ludzi po ciemku. – Podniosła próbówkę. – Po co ci to? Co tu się w ogóle dzieje?

Martin potarł obolały nadgarstek i patrząc na nią, zmrużył oczy; oślepiało go światło wiszącej na drucie żarówki. Odwrócił się, wziął ze stojącego w kącie stolika woreczek i podał go jej.

– Włóż to.

Kate przyjrzała się przedmiotowi. To nie był woreczek, tylko miękki kapelusz przeciwsłoneczny. Martin musiał znaleźć go pośród rzeczy pozostawionych przez turystów odwiedzających Marbellę w czasach przed epidemią.

– Po co? – spytała.

– Nie możesz mi po prostu zaufać?

– Najwyraźniej nie mogę. – Ruchem głowy wskazała łóżko.

Głos Martina był beznamiętny i rzeczowy.

– Chodzi o to, żeby zakryć twoją twarz. Na zewnątrz budynku są strażnicy, jeżeli cię zobaczą, natychmiast cię aresztują albo gorzej – zastrzelą na miejscu.

Wyszedł z pokoju.

Kate wahała się chwilę, po czym poszła za nim z nakryciem głowy w zaciśniętej dłoni.

– Czekaj. Dlaczego mieliby zastrzelić akurat mnie? I dokąd chcesz mnie zabrać?

– Chcesz usłyszeć odpowiedzi?

– Tak. – Zatrzymała się. – Ale zanim wyruszymy, chcę zajrzeć do chłopców.

Martin zmierzył ją wzrokiem, potem skinął głową.

Kate otworzyła skrzypiące drzwi do pokoiku chłopców; robili to, czemu poświęcali dziewięćdziesiąt dziewięć procent swojego czasu, a mianowicie pisali po ścianach. Większość siedmio- i ośmioletnich chłopców bazgrałaby dinozaury albo żołnierzy, ale Adi i Surya stworzyli niemal kompletną tapetę złożoną z równań oraz symboli matematycznych.

Obaj młodzi Indonezyjczycy nadal przejawiali wiele cech charakterystycznych dla autyzmu. Byli całkowicie pochłonięci swoją pracą, żaden z nich nie zauważył, że Kate weszła do pokoju. Adi balansował na krześle, które postawił na jednym ze stołów; sięgał wysoko, zapisywał już jeden z ostatnich wolnych fragmentów ściany.

Kate podbiegła i zdjęła go z krzesła. Wymachiwał długopisem w powietrzu i protestował słowami, których Kate nie potrafiła zrozumieć. Odstawiła krzesło na jego właściwe miejsce, czyli przy stole, a nie na nim.

Przykucnęła i wzięła Adiego za ramiona.

– Adi, już ci mówiłam, żebyś nie stawiał mebli jednych na drugich i nie wchodził na nie.

– Ale zabrakło nam miejsca.

Odwróciła się do Martina.

– Załatw im coś, żeby mieli na czym pisać.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem.

– Mówię poważnie.

Wyszedł, Kate zajęła się chłopcami.

– Jesteście głodni?

– Niedawno przynieśli kanapki.

– Nad czym pracujecie?

– Nie mogę ci powiedzieć, Kate.

Kate poważnie skinęła głową.

– Jasne. Top secret.

Chwilę później powrócił Martin i podał jej dwa sporego formatu bruliony z żółtego papieru.

Kate wyciągnęła dłoń i wzięła Suryę za ramię, żeby mieć pewność, że chłopiec jej słucha. Pokazała im bruliony.

– Odtąd piszecie w tym, zrozumiano?

Obaj chłopcy skinęli głowami i wzięli zeszyty. Zaczęli je przerzucać, sprawdzając, czy strony są czyste. Gdy inspekcja wypadła pomyślnie, każdy z nich podszedł do swojego stołu, zasiadł na krześle i spokojnie podjął pracę.

Kate i Martin wyszli z ich pokoju bez słowa.

– Sądzisz, że to dobry pomysł, żeby im dawać taką swobodę? – spytał Martin.

– Oni tego nie okazują, ale bardzo się boją. W dodatku są zdezorientowani. Natomiast bardzo lubią matematykę i to odwraca ich myśli od zagrożenia.

– Rozumiem, ale czy to właściwe, żeby pozwalać im na poddawanie się takiej obsesji? Czy od tego ich stan się nie pogarsza?

Kate zatrzymała się.

– Pogarsza w stosunku do czego?

– Słuchaj, Kate…

– Ludzie, którzy odnoszą największe sukcesy we wszystkich dziedzinach, to po prostu ludzie opętani jakąś obsesją. Obsesją czegoś, co jest potrzebne światu. Ci chłopcy znaleźli sobie konstruktywne zajęcie, które obaj uwielbiają. To im zdecydowanie dobrze robi.

– Chciałem tylko powiedzieć… No, dobrze, w każdym razie, jeżeli trzeba będzie ich przenieść, będzie to oznaczało przerwanie im tej pracy.

– A trzeba ich dokądś przenieść?

Martin westchnął i odwrócił się.

– Włóż ten kapelusz.

Poprowadził ją innym korytarzem, przeciągnął kartę przez czujnik przy jakichś drzwiach. Te otworzyły się, a promienie słońca niemal oślepiły Kate. Osłoniła oczy dłonią, starając się nadążać za Martinem.

Stopniowo zaczęła się orientować w nowym otoczeniu. Wyszli z piętrowego budynku wznoszącego się nad samym brzegiem u skraju terenu zajmowanego przez ośrodek wczasowy. Po prawej wznosiły się trzy śnieżnobiałe wieżowce sięgające wysoko ponad bujne tropikalne drzewa i do niedawna doskonale utrzymane trawniki. Z lśniącymi hotelowymi budynkami brutalnie kontrastowało otaczające cały ośrodek wysokie na dwadzieścia stóp siatkowe ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym. W świetle dziennym miejsce to wyglądało jak luksusowa miejscowość wczasowa zamieniona w więzienie. Czy te ogrodzenia miały bronić przed intruzami, czy przeciwdziałać ucieczce? A może jedno i drugie?

Z każdym krokiem narastał ostry zapach. Co to takiego? Choroba? Śmierć? Może, ale było tam coś jeszcze. Kate rozglądała się, aż u stóp wieżowców wypatrzyła rzędy białych namiotów, pod nimi zaś rozstawione stoły, przy których siedzieli ludzie i obrabiali coś nożami. Ryby. Stąd ten smród, ale tylko częściowo.

– Gdzie my jesteśmy?

– W getcie Orchidei.

– Czyli w Dystrykcie Orchidei?

– Ludzie mieszkający wewnątrz nazywają to gettem, ale owszem, to jest jeden z Dystryktów.

Kate musiała podbiec, żeby za nim nadążyć. Przytrzymywała kapelusz. Widok tego miejsca i ogrodzeń sprawił, że słowa Martina od razu stały się bardziej wiarygodne.

Spojrzała za siebie na budynek spa, z którego wyszli. Jego ściany i dach pokrywało szare, matowe tworzywo. Z początku Kate przyszedł na myśl ołów, ale tak dziwnie to wyglądało – mały, szary, pokryty ołowiem budynek nad brzegiem morza, w cieniu lśniących od szkła białych wieżowców.

Po drodze Kate dostrzegła więcej szczegółów. W każdym budynku, na każdym piętrze było po kilka osób, które stały i wyglądały przez rozsuwane szklane okna. Natomiast nie dostrzegła ani jednej osoby, która by przebywała na balkonie. Potem zrozumiała dlaczego: wzdłuż metalowej ramy każdych drzwi biegła srebrzysta, poszarpana szrama – zostały zaspawane.

– Dokąd mnie zabierasz?

Martin wskazał jej piętrowy budynek na wprost nich.

– Do szpitala.

Szpital w swoim poprzednim wcieleniu najwyraźniej był dużą plażową restauracją.

W drugim końcu obozu, za białymi wieżowcami, do bramy podjechał konwój hałaśliwych dieslowskich ciężarówek. Zatrzymał się. Kate stanęła również, żeby im się przyjrzeć. Wozy były stare, ich skrzynie zakrywały łopoczące na wietrze zielone plandeki. Kierowca pierwszej ciężarówki krzyknął coś do strażników i siatkowa brama rozsunęła się. Samochody znów ruszyły.

Kate zwróciła uwagę na błękitne sztandary wiszące na wieżach strażniczych po obu stronach bramy. Z początku myślała, że to flaga ONZ – była jasnoniebieska, a pośrodku miała białe znaki – jednak to nie był wizerunek kuli ziemskiej otoczony oliwnymi gałązkami, tylko orchidea. Na fladze był kwiat orchidei o symetrycznych płatkach; natomiast czerwony wzór pośrodku był nierówny, tak jakby promienie słońca wyglądające zza mrocznego księżyca podczas zaćmienia.

Ciężarówki zatrzymały się tuż za bramą i żołnierze zaczęli wyciągać z nich ludzi – mężczyzn, kobiety, a nawet kilkoro dzieci. Wszyscy mieli związane ręce, niektórzy szarpali się ze strażnikami, wykrzykując coś po hiszpańsku.

– Gromadzą tych, którzy przeżyli – wyszeptał Martin, jakby mogli usłyszeć go z tej odległości. – Przebywanie na zewnątrz jest niezgodne z prawem.

– Dlaczego? – spytała, po czym uświadomiła sobie coś jeszcze. – To znaczy, że przeżyli również ludzie, którzy nie zażywają Orchidei?

– Tak. Jednak… nie są tacy, jak byśmy się spodziewali. Zobaczysz.

Wprowadził ją dalej do restauracji. Kiedy doszli na miejsce, zamienił kilka słów ze strażnikiem i weszli do środka – czyli do wyłożonej płachtami plastikowej folii komory dezynfekcyjnej. Uruchomiły się spryskiwacze nad nimi i po bokach, zraszając ich mgiełką o gryzącym zapachu. Kate znów była zadowolona, że ma na głowie ten kapelusz. W rogu pomieszczenia miniaturowe światło uliczne zmieniło się z koloru czerwonego na zielony. Martin pchnął wahadłowe drzwi i zatrzymał się tuż za progiem.

– Już nie potrzebujesz kapelusza. Tu wszyscy wiedzą, kim jesteś.

Kate posłusznie zdjęła nakrycie głowy i wtedy po raz pierwszy ujrzała obszerną salę – dawną salę jadalną restauracji. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nie spodziewała się takiego widoku.

– Co to takiego?

Martin odezwał się miękkim głosem.

– Rzeczywistość przedstawia się inaczej niż opowiadają przez radio. Tak właśnie wygląda plaga atlantydzka.

Rozdział 4

Dwie mile pod bazą operacyjną Immari „Pryzmat”

Antarktyka

David Vale nie mógł przestać przyglądać się swoim zwłokom. Leżały w korytarzu, w kałuży krwi, a jego wciąż otwarte oczy wpatrywały się w sufit. Obok nich leżało drugie ciało, trup jego zabójcy, Doriana Sloane’a. Ciało Sloane’a stanowiło bezkształtną poszarpaną masę: ostatnie kule Davida dosięgły przeciwnika z bliska. Od czasu do czasu jakiś skrawek ciała odrywał się od sufitu i spadał, trochę jak z wolna rozpadające się piñata.

Odwrócił wreszcie wzrok od tej scenerii. Szklana tuba, w której się znajdował, miała mniej niż metr szerokości, a gęste opary białej mgły pływające w jej wnętrzu sprawiały, że jeszcze bardziej odczuwało się ciasnotę. Popatrzył dalej, w głąb ogromnej komory, na całe kilometry innych tub rozmieszczonych od dołu do samego sklepienia, które znajdowało się tak wysoko, że nie był w stanie go dostrzec. W tamtych tubach mgła była gęstsza, nie było widać ich zawartości. Był w stanie dostrzec tylko jedną osobę i człowiek ten znajdował się w sąsiedniej tubie. Dorian Sloane. W przeciwieństwie do Davida nie rozglądał się. Sloane patrzył tylko na niego z wściekłą nienawiścią. Stał zupełnie nieruchomo, chwilami tylko drgały mu mięśnie szczęki.

David spojrzał w jarzące się oczy swojego zabójcy, po czym znów, po raz setny, podjął inspekcję swojej tuby. Trening, jaki odbył w CIA, nie obejmował takiego zagadnienia, jak wydobycie się z tuby hibernacyjnej umieszczonej w liczącej sobie dwa miliony lat strukturze znajdującej się dwie mile pod powierzchnią Antarktyki. To znaczy jasne, była o tym jedna lekcja, ale akurat wtedy był na wagarach. David uśmiechnął się, opowiedziawszy sobie ten bardzo słaby dowcip. Czymkolwiek był, nie stracił pamięci – ani też poczucia humoru. Myśl ta odeszła w niepamięć, kiedy przypomniał sobie wpatrzone w niego spojrzenie Sloane’a. Uśmiech na twarzy Davida zrzedł. Mógł tylko mieć nadzieję, że gęstniejąca mgła ukryła ów niewczesny wyraz twarzy przed oczami wroga.

David poczuł na sobie spojrzenie jeszcze czyichś oczu. Rozejrzał się po komorze. Nikogo nie dostrzegł, był jednak pewien, że ktoś tam jest. Próbował się pochylić, spojrzeć głębiej w korytarz – tam, gdzie leżały zwłoki. Gdy tak się rozglądał, coś go zaniepokoiło – Sloane. Nie wpatrywał się już w Davida. David podążył za jego spojrzeniem. Między ich tubami stał jakiś człowiek. W każdym razie z wyglądu przypominał człowieka. Przybył z zewnątrz, czy ze środka struktury? A może był Atlantą? Kimkolwiek był, cechował się wysokim wzrostem, mierzył co najmniej metr osiemdziesiąt, a ubrany był w kruczoczarny strój przypominający wyglądem wojskowy mundur. Skórę miał białą, niemal przezroczystą. Był gładko ogolony, włosy porastały tylko czubek głowy, coś w rodzaju grzebienia – sama zaś głowa była chyba odrobinę zbyt wielka w stosunku do ciała.

Osobnik ów stał przez chwilę, spoglądając to na Davida, to na Sloane’a, niczym entuzjasta wyścigów konnych, odwiedzający stajnię i zastanawiający się, którego z koni obstawić przed wielkim wyścigiem.

Potem zaś ciszę przerwał rozlegający się echem w komorze rytmiczny odgłos bosych stóp kroczących po metalowej podłodze. Oczy Davida zwróciły się w tamtą stronę. Sloane. Był już na zewnątrz. Ile sił powłóczył nogami w stronę trupów oraz leżącej przy nich broni. David spojrzał jeszcze raz na Atlantę, akurat w tej chwili otworzyła się również jego tuba. Wyskoczył, zachwiał się na odmawiających mu posłuszeństwa nogach i ruszył do przodu. W tym czasie Sloane znajdował się już w pół drogi do celu.

Rozdział 5

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Urządzone naprędce szpitalne skrzydło podzielono na dwie sekcje, a Kate nie bardzo mogła zrozumieć, co widzi. Pośrodku pomieszczenia jedne obok drugich stały wąskie łóżka – przypominało to wojskowy szpital polowy. Na pryczach leżeli ludzie, jęczeli i zwijali się w konwulsjach; niektórzy już umierali, inni tracili przytomność, to znowu ją odzyskiwali.

Martin szedł dalej, w głąb pomieszczenia.

– Ta epidemia różni się od zarazy z tysiąc dziewięćset osiemnastego roku.

Mówił o pandemii grypy hiszpańskiej, która przeszła przez całą kulę ziemską. Wówczas na chorobę zapadło około miliarda ludzi, z czego przypuszczalnie około pięćdziesięciu milionów zmarło. Kate i David odkryli wspólnie coś, o czym Martin i jego pracodawcy Immari wiedzieli już od niemal stu lat: mianowicie, że epidemię wywołał prastary artefakt, który przy współpracy jej ojca został wydobyty z atlantydzkich struktur w Gibraltarze.

W umyśle Kate kłębiło się mnóstwo pytań, zdołała jednak tylko wykrztusić:

– Dlaczego oni umierają? Myślałam, że Orchidea powstrzymuje rozwój choroby.

– Bo powstrzymuje. Jednak w tej chwili obserwujemy osłabienie jej skuteczności. Według naszej oceny za mniej więcej miesiąc lek w ogóle przestanie być skuteczny. Niektórzy z umierających zgłaszają się na ochotnika do prób. Tych właśnie ludzi badałaś.

Kate podeszła bliżej do jednego z łóżek. Przyglądała się chorym, zastanawiała się…

– Co będzie, kiedy Orchidea przestanie działać?

– Bez Orchidei prawie dziewięćdziesiąt procent chorych umrze w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin.

Kate nie mogła w to uwierzyć. Ktoś musiał się pomylić w obliczeniach.

– Niemożliwe. Śmiertelność w roku tysiąc dziewięćset osiemnastym…

– Tak, była znacznie niższa. Właśnie tym różni się obecna epidemia. Zdaliśmy sobie sprawę także z innych różnic, kiedy zaczęliśmy badać tych, którzy przeżyli… – Martin przerwał, skinął głową, wskazując tym ruchem odgrodzone częściowo kubiki ciągnące się wzdłuż ściany.

Na ile Kate mogła ocenić, ci ludzie zdawali się zdrowi, jednak większość z nich tuliła się do siebie, nie patrząc na zewnątrz. Coś z nimi było nie w porządku, zdecydowanie, lecz na pierwszy rzut oka nie potrafiła tego zdiagnozować. Podeszła krok bliżej.

Martin chwycił ją za ramię.

– Nie podchodź. Ci ocaleńcy tak jakby… dewoluowali. Wygląda na to, że coś dzieje się z ich systemem nerwowym, następują zmiany w mózgu. W niektórych przypadkach prezentuje się to lepiej, w innych gorzej, w każdym razie mamy do czynienia ze stanem regresyjnym.

– I to dzieje się ze wszystkimi ocalałymi?

– Nie. Mniej więcej pięćdziesiąt procent z nich doznaje owej dewolucji.

– A pozostali? – spytała Kate, niemal lękając się, co usłyszy w odpowiedzi.

– Chodź ze mną.

Martin zamienił kilka słów ze strażnikiem stojącym w końcu sali, a kiedy tamten odsunął się na bok, przeszli do kolejnej sali. Okna tego pomieszczenia zabito deskami. Zostało podzielone na mniejsze pokoje, a jego środkiem prowadził wąski korytarz.

Martin nie szedł dalej.

– Tutaj mamy pozostałych ocaleńców – to oni zakłócali spokój w obozie.

W tej ciasnej sali przebywało z pewnością około stu lub więcej pacjentów, jednak panowała tam martwa cisza. Nikt nawet się nie poruszał. Stali i patrzyli na Kate i Martina zimnym, beznamiętnym wzrokiem.

Martin mówił dalej przyciszonym głosem:

– Nie dochodzi do jakichś istotnych zmian fizjologicznych. W każdym razie niczego takiego nie stwierdziliśmy. Jednak u nich również następują zmiany w mózgu, tyle że stają się inteligentniejsi. Podobnie jak w przypadku osobników dewoluujących nasilenie objawów jest różne. Natomiast można stwierdzić, że u niektórych osobników pojawiają się zdecydowanie ponadprzeciętne zdolności, jeśli chodzi o rozwiązywanie zadań. Niektórzy stają się nieco silniejsi. Pojawia się też inny motyw: mianowicie jakby zanikały u nich empatia i współczucie. I znowu następuje to w różnym stopniu, natomiast odnosimy wrażenie, że wszyscy ocaleńcy doznają upośledzenia funkcji społecznych.

Tak jakby na komendę zgromadzeni w tej sali nagle rozstąpili się, ukazując czerwone litery widniejące na ścianie za nimi. Litery napisane krwią.

Orchidea nie powstrzyma Darwina.

Orchidea nie powstrzyma ewolucji.

Orchidea nie powstrzyma zarazy.

Na przeciwległej ścianie widniał inny napis:

W następnej celi na ścianie napisano:

Ewolucja jest nieunikniona.

Tylko głupcy walczą z przeznaczeniem.

– Walczymy nie tylko z zarazą – szepnął Martin. – Walczymy też z ocalałymi, którzy nie chcą lekarstwa, którzy postrzegają swój stan jako kolejny krok w rozwoju ludzkości albo też zupełnie nowy początek.

Kate stała i nie mówiła nic. Nie wiedziała, co ma powiedzieć.

Martin odwrócił się, wyprowadził Kate z powrotem do głównego pomieszczenia szpitalnego, potem przez inne wyjście do sali niegdyś będącej kuchnią, a teraz laboratorium. Siedziało tam na stołkach kilku naukowców, pracowali, posługując się sprzętem rozstawionym na stalowych stołach. Wszyscy spojrzeli w jej stronę, jeden po drugim przerywali pracę; zerkali, wymieniali uwagi ściszonym głosem.

Martin otoczył ją ramieniem i zawołał:

– Pracujcie dalej. – Po czym szybko przeprowadził Kate przez kuchnię. Zatrzymał się niespodziewanie przy jakichś drzwiach w wąskim korytarzu. Na małym panelu wystukał kod i drzwi otworzyły się z sykiem. Weszli do środka, a kiedy drzwi się zamknęły, wyciągnął dłoń.

– Próbka.

Kate namacała w kieszeni plastikową próbówkę. Martin powiedział jej tylko część prawdy – akurat tyle, żeby dostać to, czego chciał. Odchyliła się do tyłu na piętach.

– Dlaczego tym razem zaraza przebiega inaczej? Dlaczego nie powtarza się scenariusz z roku tysiąc dziewięćset osiemnastego?

Martin odsunął się od niej i opadł ciężko na krzesło stojące przy sfatygowanym drewnianym biurku. Kiedyś to pomieszczenie z pewnością służyło jako gabinet kierownika restauracji. Było tam małe okienko z widokiem na teren. Biurko zastawiono sprzętem, którego Kate nie była w stanie rozpoznać. Na ścianie zawieszono sześć dużych ekranów komputerowych wyświetlających mapy i wykresy, poza tym przesuwały się na nich niekończące się linie tekstu, zupełnie jak na wyświetlaczach ukazujących kursy giełdowe.

Martin potarł skronie, przerzucił kilka papierów.

– Epidemia wygląda inaczej, ponieważ my staliśmy się inni. Ludzki genom nie zmienił się tak bardzo, natomiast nasze mózgi działają zupełnie odmiennie niż sto lat temu. Szybciej przetwarzamy informacje. Całymi dniami czytamy e-maile, oglądamy telewizję, pochłaniamy informacje dostarczane przez internet, nie wypuszczamy z ręki smartfonów. Wiadomo, że tryb życia, dieta, a nawet stres mogą wpłynąć na aktywację genu, a także mają bezpośrednie oddziaływanie na to, w jaki sposób wpływają na nas patogeny. Na ten właśnie moment w naszym rozwoju czekał ktoś, kto zaprogramował atlantydzką zarazę. Naprawdę, to wygląda zupełnie jakby ktoś stworzył epidemię przewidzianą właśnie na ten moment, kiedy ludzki umysł osiągnie taki stopień dojrzałości, w którym będzie mógł zostać wykorzystany.

– Wykorzystany do czego?

– Oto jest pytanie, Kate. Nie znamy odpowiedzi, mamy natomiast pewne tropy. Jak sama się przekonałaś, wiemy, że zaraza atlantydzka oddziałuje przede wszystkim na system nerwowy w mózgu. W przypadku nielicznej grupy ocaleńców wręcz usprawnia jego działanie. W przypadku pozostałych – unicestwia go. Całą resztę epidemia zabija. Prawdopodobnie ta reszta to osobniki zbędne. Plaga dokonuje przemiany ludzkości na poziomie genetycznym, skutecznie bioformując nasz gatunek do przewidzianego kształtu.

– Wiadomo, jakie geny atakuje zaraza?

– Nie, ale do tego dochodzimy. Mamy roboczą hipotezę streszczającą się do tego, że zaraza atlantydzka jest po prostu genetyczną aktualizacją, która próbuje manipulować genem atlantydzkim. A dokładniej próbuje uzupełnić w systemie nerwowym mózgu zmianę, która rozpoczęła się siedemdziesiąt tysięcy lat temu wraz z wprowadzeniem genu atlantydzkiego, tak zwanym wielkim skokiem naprzód. Nie wiemy jednak, do czego to w rezultacie ma doprowadzić. Czy czeka nas drugi wielki skok, mający nas zmusić do przyspieszenia rozwoju, czy może wielki krok w tył, cofnięcie ewolucji gatunku ludzkiego na gigantyczną skalę?

Kate próbowała to wszystko przetrawić. Widziała przez okno, że opodal najbliższej wieży strażniczej rozpętała się bójka z udziałem wielu osób. Równy szereg rozsypał się i bezładny tłum ruszył na strażników. Kate odnosiła wrażenie, że to ci sami ludzie, których przedtem przywieziono; nie była jednak tego pewna.

Martin spojrzał za okno, ale zaraz znowu zwrócił się do Kate:

– Zamieszki zdarzają się często, zwłaszcza kiedy przybywa nowy transport. – Wyciągnął rękę. – Naprawdę potrzebuję tej próbki, Kate.

Kate jeszcze raz rozejrzała się po pokoju – sprzęt, ekrany, wykresy…

– A więc to ty kierujesz badaniami, prawda? Ty jesteś głosem w pokoju. Pracowałam dla ciebie.

– Wszyscy dla kogoś pracujemy…

– Mówiłam ci, że chcę uzyskać odpowiedzi.

– Odpowiedź brzmi: tak. Ja kieruję tymi badaniami.

– Ale po co było mnie okłamywać? – spytała Kate, a w jej głosie słychać było, że czuje się dotknięta. – Przecież bym ci pomogła.

– Wiem, ale zaczęłabyś zadawać pytania. Obawiałem się nadejścia tego dnia, kiedy będę musiał ci powiedzieć całą prawdę. Powiedzieć, co zrobiłem, co tak naprawdę dzieje się ze światem. Chciałem cię przed tym chronić, no… Powiedzmy, że jeszcze przez jakiś czas.

Martin odwrócił wzrok. W tej chwili wyglądał na dużo starszego.

– Orchidea. To kłamstwo, tak?

– Nie. Orchidea naprawdę działa. Powstrzymuje zarazę, ale dzięki niej tylko zyskujemy na czasie i ten czas właśnie nam się kończy. Działanie Orchidei słabnie, mamy problemy z produkcją, a ludzie zaczynają tracić nadzieję.

– Ale to niemożliwe, żebyście tak z dnia na dzień stworzyli lek – stwierdziła Kate.

– Nic podobnego nie miało miejsca. Orchidea była naszym kołem ratunkowym, właściwie nie tyle naszym, co twojego ojca. Za jego sprawą przyjęliśmy założenie, iż w pewnym momencie epidemia wybuchnie. Zmusił nas do wszczęcia badań na wypadek wybuchu zarazy. Pracowaliśmy nad tym lekiem przez dziesięciolecia, ale tak naprawdę istotnych postępów dokonaliśmy dopiero po opracowaniu leku na HIV.

– Chwileczkę, to istnieje już lekarstwo na HIV?

– Wszystko ci powiem, Kate. Przysięgam. Ale teraz potrzebuję tej próbki. Poza tym musisz wracać do swojego pokoju. Jutro zgłosi się po ciebie oddział SAS. Zabiorą cię do Anglii, w bezpieczne miejsce.

– Co? Nigdzie nie jadę. Chcę pomóc.

– Możesz pomóc. Muszę jednak wiedzieć, że jesteś bezpieczna.

– Bezpieczna? A co mi grozi? – spytała Kate.

– Immari. Ich siły znajdują się już w obszarze Morza Śródziemnego.

W wiadomościach radiowych, których słuchała Kate, była głównie mowa o siłach Immari w krajach trzeciego świata, gdzie ponosili oni kolejne klęski.

– To znaczy, że Immari stanowią realne zagrożenie?

– Jak najbardziej. Opanowali już większość półkuli południowej.

– Chyba nie mówisz poważnie…

– Mówię jak najbardziej poważnie. – Martin potrząsnął głową. – Nie rozumiesz. Kiedy wybuchła epidemia atlantydzka, w ciągu dwudziestu czterech godzin zakażeniu uległo ponad miliard ludzi. Rządy, które nie upadły z dnia na dzień, ogłosiły stan wyjątkowy. Wówczas Immari zaczęli dokonywać podboju świata. Mają do zaoferowania nowe rozwiązanie: społeczeństwo ocaleńców, złożone jednak wyłącznie z tych, którzy szybko ewoluują – nazywają ich „wybranymi”. Zaczęli od półkuli południowej, od krajów o znacznej liczbie ludności znajdujących się w pobliżu Antarktyki. Opanowali już Argentynę, Chile, kraje Afryki Południowej i jeszcze kilkanaście innych państw.

– Co…

– Tworzą armię, przygotowują się do inwazji. Ich bazą jest Antarktyka.

Kate przyglądała mu się z niedowierzaniem. Niemożliwe. Przecież doniesienia BBC brzmiały tak optymistycznie. Machinalnie wyciągnęła próbówkę z kieszeni i podała ją Martinowi.

Wziął od niej próbkę i obrócił się na krześle. Dotknął przycisku na pojemniku przypominającym z wyglądu termos z małym wyświetlaczem, podłączonym do urządzenia podobnego do telefonu satelitarnego. Górna pokrywa pojemnika się otworzyła się i Martin wrzucił próbówkę do środka.

Bójka za oknem stawała się coraz bardziej zawzięta.

– Co właściwie robisz? – spytała Kate.

– Przekazuję wyniki do sieci. – Spojrzał na nią przez ramię. – Jesteśmy tylko jednym z punktów prowadzących badania. Wygląda na to, że do czegoś pomału dochodzimy, Kate.

W oknie błysnęło i Kate nawet przez ścianę poczuła falę gorąca. Martin rzucił się do klawiatury, ekrany pokazały widok obozu, a potem wybrzeża. Na jednym z nich pojawiły się czarne helikoptery. Mężczyzna zdążył jeszcze wstać, nim cały budynek zadrżał, a wstrząs rzucił Kate na podłogę. Dźwięczało jej w uszach. Poczuła tylko, że Martin zasłania ją swoim ciałem przed gruzem sypiącym się z sufitu.

Rozdział 6

Dwie mile poniżej bazy operacyjnej Immari „Pryzmat”

Antarktyka

Dorian zdołał niemal dotrzeć do obu trupów i broni leżących w korytarzu. Słyszał za sobą łomot bosych stóp Davida. Już miał skoczyć, kiedy David uprzedził go, rzucając się na niego, tak że Dorian upadł twarzą na podłogę. Jego wrzask wypełnił przestrzeń, kiedy uderzył o zimne płyty.

Upadli w kałużę zasychającej już krwi wokół zwłok – wokół ich zwłok. Dorian uniósł unurzany we krwi tułów na tyle, żeby móc trzasnąć Davida łokciem w twarz.

Chwyt Davida zelżał, Dorian wykorzystał tę chwilę. Szarpnął się, strząsnął go z siebie, po czym rozpaczliwym wypadem rzucił się w stronę pistoletu leżącego dwa metry dalej. Musiał go zdobyć, to była jego jedyna szansa. Dorian co prawda nigdy nie przyznałby tego głośno, ale w całym swoim życiu nie spotkał nikogo walczącego wręcz lepiej niż David. Zmagali się na śmierć i życie – i Dorian wiedział, że bez pistoletu po prostu przegra.

Poczuł palce Davida wpijające się w tył uda na chwilę przedtem, jak pięść uderzyła w dolną część jego pleców. Ból promieniował od pleców do brzucha, aż po klatkę piersiową. Poczuł przypływ mdłości. Zachłysnął się, gdy drugie uderzenie trafiło go wyżej, pośrodku pleców, prosto w kręgosłup. Ból był tak potworny, że niemal stracił czucie w nogach. Opadł na ziemię, a David znów znalazł się na nim; w następnej chwili już miał go dobić uderzeniem w tył głowy.

Dorian odbił się dłońmi od zakrwawionej podłogi i mobilizując wszystkie pozostałe siły, odepchnął się, uderzając jednocześnie do tyłu głową. Trafił prosto w podbródek Davida, wytrącając go z równowagi.

Dorian opadł z powrotem na podłogę. Natychmiast zaczął czołgać się na łokciach, wlokąc własne ciało przez kałuże krwi. Miał już broń, odwrócił się akurat w chwili, kiedy David na niego opadł. Dorian próbował wycelować, lecz David pochwycił go za nadgarstki. Kątem oka Dorian spostrzegł, że Atlanta podchodzi bliżej. Przyglądał się beznamiętnie, jak asystujący przy walce psów widz, który tym razem akurat nie obstawił wyniku.

Dorian usiłował myśleć – musiał w jakiś sposób odzyskać przewagę. Rozluźnił mięśnie ramion. David opadł niżej, jednak nadal trzymał mocno jego nadgarstki. Dorian skierował pistolet trzymany w prawej dłoni w stronę Atlanty i pociągnął za spust.

David puścił lewą rękę Doriana i sięgnął po pistolet. Dorian wyprostowanymi palcami lewej dłoni pchnął go z całej siły w brzuch, paraliżując jego przeponę. David gwałtownie wciągnął powietrze i odchylił się do tyłu. Dorian zdołał wtedy wyrwać się z jego uchwytu, podnieść pistolet i strzelić prosto w głowę Davida. Raz. Potem znów wycelował w Atlantę i strzelał do niego, aż opróżnił magazynek.

Rozdział 7

Dwie mile poniżej bazy operacyjnej Immari „Pryzmat”

Antarktyka

Atlanta przyglądał się Dorianowi jakby z lekkim rozbawieniem. Kule z pistoletu Doriana przeszły przez niego na wylot. Dorian szybko spojrzał w stronę drugiego pistoletu leżącego na podłodze.

– Chcesz sobie jeszcze postrzelać, Dorianie? Proszę bardzo. Ja zaczekam. Mam mnóstwo czasu.

Dorian zamarł. To coś znało jego imię. I wcale się go nie bało.

Atlanta podszedł bliżej. Stał w kałuży krwi, ale ani kropla nie przylgnęła do jego stóp.

– Wiem, po co tu przyszedłeś, Dorianie. – Spoglądał na niego bez mrugnięcia. – Przybyłeś tu, aby ocalić swojego ojca i zabić wroga. Aby ocalić swój świat. Wroga właśnie zabiłeś.

Dorian zdołał oderwać spojrzenie od potwora i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby się posłużyć. Czucie w nogach powróciło, zdołał wstać i chwiejnie cofnął się o krok dalej od Atlanty, nie spuszczając z niego wzroku. Ten spoglądał na Doriana z uśmiechem, ale nawet się nie ruszył.

Muszę się stąd wydostać – przemknęło przez myśl Doriana. Jego umysł pracował na pełnych obrotach. – Czego potrzebuję? Kombinezonu ochronnego. Kombinezon Doriana miał na sobie jego ojciec. Kombinezon Kate został uszkodzony, ale może uda się go naprawić. Kombinezony, które miały na sobie dzieci, byłyby dla niego za małe, może jednak uda się je wykorzystać do naprawy kombinezonu Kate. Potrzebował ochrony przed chłodem tylko na kilka minut – tyle, żeby wydostać się na powierzchnię i wydać rozkaz do ataku.

Odwrócił się i puścił się biegiem przez korytarz, ale drzwi zatrzasnęły się przed nim i wszędzie wokół, odcinając wszystkie drogi ucieczki.

Atlanta zmaterializował się teraz przed Dorianem.

– Wyjdziesz stąd, kiedy powiem, że możesz wyjść, Dorianie.

Dorian spoglądał na niego; w spojrzeniu tym było zarówno wyzwanie, jak i osłupienie.

– Jak to załatwimy, Dorianie? Po dobroci czy będziesz robił trudności? – Odczekał chwilę, a kiedy Dorian nie odpowiedział, skinął obojętnie głową. – Dobrze, niech ci będzie.

Dorian poczuł, że coś wyssało powietrze z pomieszczenia. Wszystkie dźwięki zanikły i doznał wrażenia, jakby coś z całych sił uderzyło go w piersi. Otworzył usta, na próżno usiłując zaczerpnąć tchu. Opadł na kolana. Czarne plamy pojawiły się w jego polu widzenia. Podłoga ruszyła mu na spotkanie, gdy runął w mrok.

Rozdział 8

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Kate wyczołgała się spod Martina i dokonała szybkich oględzin jego ran. Krew ciekła z rozcięcia na tyle głowy. Sądziła, że przypuszczalnie doznał lekkiego wstrząsu, jednak ku jej zaskoczeniu skrzywił się i zamrugał kilka razy, po czym wstał. Rozejrzał się, a Kate podążyła za jego spojrzeniem. Większość komputerów i sprzętu na biurku uległo zniszczeniu.

Martin podszedł do szafki, wyciągnął z niej telefon satelitarny i dwa pistolety. Jeden z nich podał Kate.

– Immari podejmą próbę otoczenia obozu – stwierdził, pakując jednocześnie plecak. Szybko sprawdził, w jakim stanie jest urządzenie przypominające termos, po czym wepchnął je do plecaka; oprócz tego umieścił w nim kilka notesów i komputer. – Zajmują kolejne wyspy na Morzu Śródziemnym, próbując się przekonać, czy Narody Orchidei zechcą i czy są w stanie stawić im opór.

– A są w stanie?

Sytuacja nieco się uspokoiła, więc Kate chciała opatrzyć ranę na głowie Martina, ale ten zbyt szybko poruszał się po pokoju.

– Nie. Alians Orchidei ledwo się trzyma. Wszystkie posiadane zasoby – łącznie z zasobami militarnymi – poświęcone są produkcji Orchidei. Pomoc nie nadejdzie. Musimy się stąd wydostać.

Umieścił na stole urządzenie w kształcie jajka i przekręcił jego górną część. Urządzenie zaczęło tykać.

Kate próbowała się skupić. Martin właśnie uruchomił mechanizm zegarowy w celu zniszczenia swojego biura. To znaczyło, że nie zamierza już do niego wrócić. Pomyślała natychmiast o budynku SPA i o chłopcach.

– Musimy wziąć ze sobą Adiego i Suryę.

– Kate, nie mamy na to czasu. Wrócimy po nich – z oddziałem SAS, który tu zmierza.

– Nie zostawię ich. Nie ma mowy – powiedziała Kate tonem tak stanowczym, że musiało to dotrzeć do Martina.

Adoptował ją, kiedy miała sześć lat – zaraz po tym, jak zniknął jej biologiczny ojciec – toteż znał ją dostatecznie dobrze, żeby wiedzieć, kiedy nie zgodzi się na żaden kompromis.

Pokręcił głową, na jego twarzy malowało się coś pomiędzy zdumieniem a niedowierzaniem.

– Dobrze, ale lepiej przygotuj się na użycie tego. – Wskazał broń. Wystukał kod na panelu przy drzwiach i wypuścił ją na zewnątrz. Natychmiast po tym, jak wyszła, zamknął je znowu i wprowadził kod na panelu zewnętrznym.

W korytarzu było gęsto od dymu, a w kuchni szalały płomienie. Zza kłębów dymu dobiegały krzyki.

– Czy jest jakieś drugie wyjście…?

– Nie. Tylko przez komorę odkażania – odpowiedział Martin. Wysunął się przed nią. Podniósł broń. – Będziemy biegli. Strzelaj do każdego – powtarzam, do każdego – kto będzie próbował cię zatrzymać.

Kate spojrzała na broń i w tej chwili ogarnął ją strach. Nigdy dotąd nie strzelała z czegoś takiego i wcale nie była pewna, czy będzie w stanie strzelić do człowieka. Martin chwycił pistolet, przesunął zamek do tyłu i z powrotem do przodu, a następnie czymś kliknął.

– To bardzo proste. Celujesz i naciskasz.

Odwrócił się i pobiegł w dym, ku ogarniętej płomieniami kuchni.

Rozdział 9

Dwie mile pod bazą operacyjną Immari „Pryzmat”

Antarktyka

Dorian wytężył wzrok, starając się wyraźniej dostrzec rozmazany kształt. Nie był w stanie głęboko oddychać, chwytał powietrze krótkimi, urywanymi haustami. Czuł się, jakby tonął. Bolało go całe ciało, a najbardziej płuca, kiedy wciągał w nie powietrze.

Postać ukazała mu się wyraźniej. Atlanta. Stał nad nim, przyglądał mu się i czekał… Ale na co?

Dorian próbował się odezwać, ale nie był w stanie zaczerpnąć dostatecznej ilości powietrza. Wydał z siebie tylko nieartykułowany skrzek. Zamknął oczy. Nieco więcej powietrza. Uniósł powieki.

– Czego… chcesz?

– Chcę tego samego co ty, Dorianie. Chcę, żebyś ocalił gatunek ludzki przed wymarciem.

Dorian zmrużył oczy.

– Mylnie nas osądzasz, Dorianie. Nie moglibyśmy was skrzywdzić, tak samo jak rodzice nie byliby w stanie skrzywdzić swojego dziecka. – Skinął głową. – To prawda. My was stworzyliśmy.

– Pierdolenie – warknął Dorian.

Atlanta pokręcił głową.

– Genom ludzki jest o wiele bardziej złożony, niż zdajecie sobie z tego sprawę. Mieliśmy mnóstwo trudności z waszą zdolnością wysławiania się. Najwyraźniej zostało jeszcze co nieco do zrobienia.

Dorian oddychał już prawie normalnie, zdołał usiąść. Czego chciał od niego ten Atlanta? Po co te wszystkie zagadki? Z całą pewnością dysponował miażdżącą przewagą. Do czego mu jestem potrzebny? – zastanawiał się.

Atlanta odpowiedział mu, tak jakby Dorian wypowiedział swoje myśli na głos:

– Nie przejmuj się tym, czego od ciebie chcę. – Po drugiej stronie pomieszczenia rozsunęły się ciężkie wrota. – Chodź ze mną.

Dorian dźwignął się na nogi. Jaki mam wybór? – przemknęło mu przez myśl. – Może mnie zabić w każdej chwili, gdy tylko zechce. Rozgryzę tę szaradę, niech no tylko na chwilę się odsłoni.

Atlanta prowadził Doriana mrocznym korytarzem o ścianach z szarego metalu.

– Zdumiewasz mnie, Dorianie. Jesteś inteligentny, a jednak kieruje tobą nienawiść i strach. Pomyśl logicznie: przybyliśmy tu pojazdem działającym na zasadzie praw fizyki, których twoja rasa nawet jeszcze nie odkryła. Krążycie wokół tej maleńkiej planety w pomalowanych puszkach z aluminium, napędzanych dzięki spalaniu płynnych resztek kopalnych gadów. Naprawdę przypuszczasz, że zdołalibyście nas pokonać?

Dorian natychmiast pomyślał o trzystu głowicach nuklearnych znajdujących się na statku.

Atlanta spojrzał w jego stronę.

– Myślisz, że nie wiemy, co to jest broń jądrowa? Rozbijaliśmy atomy zanim wy potrafiliście rozszczepić kawałek drewna na ognisko. Ten pojazd wytrzymałby eksplozję wszystkich zasobów nuklearnych znajdujących się na tej planecie. Osiągnąłbyś tylko tyle, że stopiłbyś lód na tym kontynencie, zalał całą kulę ziemską i zatopił waszą cywilizację. Myśl racjonalnie, Dorianie. Gdybyśmy chcieli was zabić, już dawno byście nie żyli. Zabilibyśmy was dziesiątki tysięcy lat temu. Tymczasem przeciwnie, my was ocaliliśmy i od tamtego czasu jesteśmy waszymi przewodnikami.

Atlanta kłamał. Na pewno. Po prostu usiłował zniechęcić Doriana do podjęcia ataku.

Atlanta uśmiechnął się.

– I dalej mi nie wierzysz. Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Właśnie tak was zaprogramowaliśmy – abyście odpowiadali agresją na każde zagrożenie. Tylko w ten sposób mogliście przeżyć.

Dorian przestał zwracać uwagę na jego słowa. Wyciągnął rękę i podszedł bliżej. Dłoń przeszła na wylot Atlanty.

– Ciebie tutaj nie ma.

– Widzisz mój awatar.

Dorian rozejrzał się. To, co usłyszał, oznaczało jakby przebłysk nadziei.

– Gdzie jesteś?

– Dojdziemy do tego.

Drzwi rozsunęły się i Atlanta wszedł przez nie.

Dorian rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Na ścianie wisiały dwa kombinezony, a na ławeczce pod nimi stała lśniąca, srebrzysta walizeczka. Zaczął obmyślać plan ucieczki. Jego tu nie ma. Jest tylko projekcją. Czy da się go unieszkodliwić?

– Jak mówiłem, Dorianie, możemy to przeprowadzić bezboleśnie lub też wręcz przeciwnie. Wybieraj. A teraz włóż ten kombinezon.

Dorian spojrzał na strój ochronny, potem rozejrzał się po pokoju, desperacko próbując znaleźć coś, czym mógłby się posłużyć. Drzwi zatrzasnęły się i poczuł, że zaczyna brakować mu powietrza. Sięgnął po kombinezon, szybko zaczął go na siebie wkładać. W jego myślach powstał już plan. Wetknął hełm pod prawe ramię.

Atlanta wskazał mu srebrną walizeczkę.

– Weź ją.

Dorian spojrzał niepewnie.

– Co…

– Dosyć tego gadania, Dorianie. Weź walizkę, ale jej nie otwieraj. Cokolwiek się zdarzy, nie otwieraj walizki.

Dorian podniósł neseser. Ruszył za Atlantą, który szedł tym samym korytarzem, z powrotem ku otwartej przestrzeni, gdzie leżały zwłoki. Rozsuwane drzwi, które przedtem się zatrzasnęły, teraz znowu były otwarte. Miał przed sobą całą przestrzeń ogromnego grobowca. Dorian spojrzał na otwartą tubę, z której wyszedł David. Obaj, on i Dorian… „zmartwychwstali” w tych tubach po śmierci. Czy David znowu się pojawi? Jeżeli tak, mogą być kłopoty.

– A co z… – zaczął.

– Już się nim zająłem. Nie wróci.

Wtedy Dorian pomyślał o czymś jeszcze: o różnicy w czasie. Jego ojciec spędził tu osiemdziesiąt siedem lat, ale wewnątrz upłynęło tylko osiemdziesiąt siedem dni. W obrębie działania Dzwonu tworzyła się bańka czasowa. Jeden dzień wewnątrz oznaczał cały rok na zewnątrz. Jaki tam jest teraz rok? Ile czasu spędził w tubie?

– Co z czasem…?

– Unieruchomiłem urządzenie, które nazywacie Dzwonem. Minęło tylko kilka miesięcy. A teraz jazda. Nie będę tego powtarzał.

Nie mówiąc już ani słowa, Dorian ruszył w drogę korytarzem. Widniały tam ślady krwi – krwi jego ojca. Jednak ku uldze Doriana z każdym krokiem mniej było czerwonych kropel, aż w końcu zupełnie znikły. – Wkrótce znowu będziemy razem i dokończymy dzieła. – Marzenie jego życia znów stało się osiągalne. W podłużnym pomieszczeniu komory dekontaminacyjnej ujrzał podarty kombinezon Kate i dwa mniejsze, które miały przedtem na sobie dzieci z jej laboratorium.

Dorian podszedł do drzwi portalu i włożył hełm. Czekał, trzymając walizeczkę w prawej ręce. Trzy trójkątne panele portalu rozsunęły się kolistym ruchem, więc Dorian ruszył szybkim krokiem w ich stronę. Tuż przed progiem odrzucił walizkę. Niewidzialne pole siłowe uderzyło go, jakby wpadł na stalową ścianę, i pchnęło z powrotem.

– Nie zapomnij o bagażu, Dorianie – odezwał się głos Atlanty w jego hełmie.

Dorian podniósł lśniącą walizeczkę. – Nie mam wyboru. Zostawię walizkę przy samym wyjściu. To bez znaczenia. – Wyszedł z pojazdu i zatrzymał się, żeby ocenić sytuację. Sceneria przedstawiała się niemal identycznie jak w momencie, kiedy wchodził przed portal: lodowa komnata o wysokim sklepieniu, sterta śniegu, zgnieciony metalowy kosz, kłąb stalowej liny i lodowy szyb o przekroju około trzech metrów prowadzący na powierzchnię, czyli około dwóch mil powyżej. Było tam jednak też i coś nowego. Pośrodku komory, tuż pod lodową sztolnią znajdowały się trzy głowice nuklearne umieszczone na stalowej platformie i połączone plątaniną przewodów. Na każdej z nich błysnęły kolejno lampki, co oznaczało, że głowice właśnie się uzbroiły.

Rozdział 10

Dystrykt Orchidei

Marbella, Hiszpania

Kate wybiegła za Martinem przez płonącą kuchnię na otwartą przestrzeń jadalni, do głównego pomieszczenia szpitalnego. Zniszczenia były większe, niż się spodziewała. Połowa wewnętrznej ściany zawaliła się, ludzie wybiegali z budynku, starając się unikać spadających kawałków gruzu. Ciągnęli za sobą chorych.

Martin rzucił się w tłum, rozpychał się łokciami. Kate z trudem dotrzymywała mu kroku. Zdumiewało ją, jak szybko potrafi się poruszać, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że był ranny.

Znaleźli się na zewnątrz, a wtedy Kate po raz pierwszy zobaczyła obozowisko, a raczej to, co z niego pozostało. Wszystkie wieże strażnicze stały w płomieniach. Znad samochodów ciężarowych i terenówek wznosiły się ku niebu grube słupy białego i czarnego dymu. Nieznośny smród płonącej gumy i plastiku sprawił, że Kate zaniosła się kaszlem, po czym zasłoniła nos i usta połą koszuli. Białe wieżowce hotelowe chyba pozostały nietknięte, natomiast u stóp każdego z nich kłębiły się tłumy ludzi.

Cały teren obozu był zatłoczony. Ludzie biegli we wszystkich kierunkach, gorączkowo szukając drogi ucieczki lub schronienia przed wybuchami, które następowały co kilka sekund. Wyglądali jak ogarnięte paniką stada zwierząt na sawannie umykające przed niewidzialnym drapieżnikiem, kiedy każdy w panice naśladuje zachowanie osobników znajdujących się obok niego.

Martin zatrzymał się, aby dokonać oceny sytuacji.

Kate przebiegła obok niego, zmierzając prosto do pokrytego ołowianą blachą budynku spa. W jednym jego końcu migotały płomienie, ale poza tym budynek pozostał nienaruszony. Usłyszała za sobą wybuch bomby pozostawionej w biurze Martina.

Dobiegła do drzwi i uniosła broń, żeby strzelić w zamek, lecz Martin był już za nią.

– Oszczędzaj amunicję.

Machnął kartą i drzwi otworzyły się. Biegli korytarzami. Kate otworzyła drzwi do pokoju Adiego i Suryi. Ogarnęła ją ulga na widok dwóch chłopców, którzy siedzieli przy biurkach po przeciwnych stronach pokoju i pisali coś w swoich notatnikach, nie zwracając uwagi na cały świat.

– Chłopcy, musimy uciekać.

Obaj ją zignorowali. Podeszła do Adiego i podniosła go. Był szczupły, jednak ważył ponad dwadzieścia kilo. Kate z trudem utrzymała go w pozycji stojącej, wyrywał się i wił, usiłując za wszelką cenę sięgnąć po notes. Pozwoliła mu usiąść, podała mu notes, a wtedy natychmiast się uspokoił. Tymczasem Martin zmagał się z tak samo stawiającym opór Suryą.

Praktycznie rzecz biorąc, wywlekli chłopców z budynku. Teraz Martin szedł przodem, prowadził Kate przez obóz, prosto w rojące się ludzkie masy. Gdzieś przed nimi rozpętała się strzelanina, tłum rozproszył się w panice. Między sylwetkami uciekających ludzi Kate dostrzegła hiszpańskich żołnierzy walczących z grupą ocaleńców – rozpoznała twarze, które widziała w szpitalnej celi, i twarze tych nowych, których dopiero co przywieziono. Jasnobłękitna flaga Orchidei wiła się i trzepotała na wietrze, płonąc ponad ich głowami.

Martin sięgnął do plecaka i podał Kate zielone jajo z rączką.

– Na pewno rzucasz lepiej niż ja – powiedział. – Jeżeli Hiszpanie zostaną pokonani, nie zdołamy się wydostać. – Wyciągnął zawleczkę, a kiedy Kate zdała sobie sprawę, co to takiego, omal nie upuściła granatu. Martin zacisnął jej dłoń. – Rzuć nim.

Zamieszanie wokół wciąż narastało. Ludzie wpadali na nią, aż wyrwali z jej dłoni rękę Adiego. Chłopiec upadł na ziemię. Mało brakowało, aby go stratowali. Kate cisnęła granat w kierunku bramy i odgłosów strzelaniny, po czym wmieszała się w tłum. Objęła Adiego ramionami, kiedy rozległ się huk i ogarnął ich żar eksplozji.

Rozwiał się dym, ludzie biegli już w przeciwnym kierunku – wszyscy zmierzali do bramy. Kate, Martin i chłopcy dołączyli do uciekających; zdążyli przedostać się za ogrodzenie tuż przed tym, jak znowu rozległy się strzały – tym razem już poza nimi.