Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Atlantyda odnaleziona. Rozwiązanie największej zagadki w dziejach świata ebook

Gavin Menzies

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Atlantyda odnaleziona. Rozwiązanie największej zagadki w dziejach świata - Gavin Menzies

 

Silne państwo rządzone przez dziesięciu królów, ziemia rodząca równie wiele diamentów, co warzyw, najwspanialsza ze starożytnych cywilizacji, pochłonięta przez wody potopu - tak brzmi opis mitycznej Atlantydy. Czy można dojść prawdy po trzydziestu wiekach od zniknięcia tej fantastycznej wyspy z powierzchni ziemi? Gavin Menzies, niestrudzony odkrywca, z ogromną pasją zgłębiający sekrety historii, jak wielu przed nim uległ fascynacji tajemnicą i wyruszył na poszukiwania.

Wykorzystuje archiwa, zabytki, badania naukowe, swoją wiedzę na temat budowy statków i starożytnej techniki nawigacji - wszystko po to, by rozwikłać zagadkę cywilizacji znanej tylko z opisu Platona, która w IX w. p.n.e. miała przypominać raj na ziemi, a potem nagle wskutek kataklizmu - na zawsze zniknąć pod wodą. Menzies krok po kroku odkrywa zdumiewającą prawdę, która wiąże się z niezwykle śmiałą tezą...

 

Ten uczony detektyw w jednej osobie wzbogaca naszą wiedzę o przeszłości.

„New York Daily News"

 

Menzies zasługuje na nagrody Nobla i Pulitzera. Towarzysząc mu w odkrywaniu zagadek historii, odczuwamy dreszcz przygody.

„San Bernardino Sun"

Opinie o ebooku Atlantyda odnaleziona. Rozwiązanie największej zagadki w dziejach świata - Gavin Menzies

Fragment ebooka Atlantyda odnaleziona. Rozwiązanie największej zagadki w dziejach świata - Gavin Menzies

Ga­vin Men­zies

Atlan­ty­da od­na­le­zio­na

Roz­wiąza­nie naj­większej za­gad­ki w dzie­jach Świa­ta

przełożył Ja­rosław Mik

Tytuł ory­gi­nału: The Lost Em­pi­re of Atlan­tis. Hi­sto­ry’s Gre­atest My­ste­ry Re­ve­aled

Co­py­ri­ght © by Ga­vin Men­zies, 2011. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I War­sza­wa

Książkę de­dy­kuję mo­jej uko­cha­nej żonie Mar­cel­li, która to­wa­rzy­szyła mi w podróżach związa­nych z po­wsta­wa­niem tego tek­stu i w podróży przez życie

Oto jej imię za­pi­sa­ne zna­ka­mi mi­noj­skie­go pi­sma li­ne­ar­ne­go A

PO­DZIĘKO­WA­NIA

Książka o Atlan­ty­dzie, po­dob­nie jak1421 i 1434, sta­no­wi owoc zbio­ro­we­go wysiłku. Do pra­cy nad nią zachęcały mnie set­ki osób – głównie mam tu na myśli przy­ja­ciół od­wie­dzających moje stro­ny in­ter­ne­to­we – które prze­ko­ny­wały mnie, że podróże między­kon­ty­nen­tal­ne po­dej­mo­wa­no wie­lo­krot­nie już tysiące lat przed eks­pe­dycją Ko­lum­ba, a więc także na długo przed wy­pra­wa­mi ad­mi­rała Zhen­ga. Chciałbym w tym miej­scu po­dziękować wszyst­kim, którzy pro­wa­dzi­li ze mną ko­re­spon­dencję e-ma­ilową.

W swo­ich pra­cach odwołuję się nie­ustan­nie do własnych doświad­czeń związa­nych z pracą na­wi­ga­to­ra, a po­tem ka­pi­ta­na łodzi pod­wod­nej. Mam tym sa­mym ogrom­ny dług wdzięczności wo­bec Roy­al Navy, która w ciągu tre­nin­gu trwającego po­nad de­kadę przy­go­to­wała mnie do pełnie­nia tych obo­wiązków. W szczególności chciałbym wy­ra­zić swoją wdzięczność ad­mi­rałowi sir Joh­no­wi Wo­odwar­do­wi (otrzy­mał on Or­der Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go oraz Or­der Łaźni), który szko­lił mnie na ka­pi­ta­na łodzi pod­wod­nej i na­uczył mnie myśle­nia la­te­ral­ne­go – to zna­czy roz­wiązy­wa­nia pro­blemów na pod­sta­wie ana­li­zy faktów, a nie odwoływa­nia się do założeń.

Mógłbym wy­mie­nić wie­lu au­torów, znacz­nie bar­dziej zasłużonych niż ja, których pu­bli­ka­cje sta­no­wiły dla mnie źródło in­spi­ra­cji pod­czas pi­sa­nia Atlan­ty­dy. Eme­ry­to­wa­ny pro­fe­sor John L. So­ren­son wraz z Mar­ti­nem Ra­ishem w książce pod tytułem Pre-Co­lum­bian Con­tact with the Ame­ri­cas Across the Oce­ans: An An­no­ta­ted Bi­blio­gra­phy omówili po­nad pięć tysięcy książek i ar­ty­kułów poświęco­nych podróżom trans­oce­anicz­nym w ciągu mi­nio­nych ośmiu tysięcy lat. Po­dob­ny opis wy­praw między­kon­ty­nen­tal­nych na prze­strze­ni tysiącle­ci za­warł w se­rii książek i ar­ty­kułów pro­fe­sor Carl L. Jo­han­nes­sen. W po­szu­ki­wa­niu świa­dectw po­twier­dzających moją hi­po­tezę wie­lo­krot­nie odwołuję się do wspólnej pra­cy So­ren­so­na i Jo­han­nes­sena pod tytułem World Tra­de and Bio­lo­gi­cal Exchan­ges Be­fo­re 1492. W nie­daw­no opu­bli­ko­wa­nym ar­ty­ku­le A Com­plex of Ri­tu­al and Ide­olo­gy Sha­red by Me­so­ame­ri­ca and The An­cient Near East pro­fe­sor So­ren­son ana­li­zu­je eks­pe­dy­cje mor­skie, do których doszło tysiące lat przed wy­prawą Ko­lum­ba.

W ciągu pięciu lat pra­cy nad Atlan­tydą za­wsze mogłem li­czyć na po­moc pro­fe­so­ra Joh­na Co­gh­la­na, który zde­cy­do­wał się wes­przeć mnie – człowie­ka spo­za kręgów aka­de­mic­kich, kogoś, kto (jak pisał Tho­re­au w Wal­den) „słyszy dźwięki wy­bi­ja­ne przez in­ne­go do­bo­sza” – swo­im au­to­ry­te­tem, i spo­tkał się z tego po­wo­du z nie­zwy­kle ostrą kry­tyką. Je­stem mu do­zgon­nie wdzięczny za jego nie­za­chwianą po­stawę.

Mógłbym wy­mie­nić także wie­lu in­nych hi­sto­ryków o poglądach od­mien­nych od obie­go­wych opi­nii. Moje po­dzięko­wa­nia kie­ruję przede wszyst­kim do pro­fe­sorów: Octa­ve’a Du Tem­ple’a i Roya Drie­ra, eme­ry­to­wa­ne­go pro­fe­sora Ja­me­sa Sche­rza, Ja­me­sa L. Gu­th­rie­go oraz Da­vi­da Hof­f­ma­na za pra­ce poświęcone ko­pal­niom mie­dzi ist­niejącym w cza­sach sta­rożyt­nych nad Je­zio­rem Górnym oraz bra­kującym mi­lio­nom ton mie­dzi, którą tam wy­do­by­wa­no i która naj­wy­raźniej w jakiś nie­wytłuma­czal­ny sposób rozpłynęła się w po­wie­trzu.

W swo­jej książce opo­wia­dam o kre­teńskiej flo­cie prze­mie­rzającej oce­any do chwi­li strasz­li­wej erup­cji wul­ka­nu na The­rze (w 1450 roku p.n.e.), która znisz­czyła całą cy­wi­li­zację mi­nojską. Pro­fe­sor Spy­ri­don Ma­ri­na­tos zwrócił uwagę na ten fakt już w 1964 roku, gdy podjął pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w Akro­ti­ri na The­rze (San­to­ry­nie) będącej ważną bazą morską Mi­noj­czyków w II tysiącle­ciu p.n.e. Za sprawą swo­jej wie­dzy i odro­bi­ny szczęścia zdołał od­kryć ru­iny domu ad­mi­rała (z do­brze za­cho­wa­ny­mi ścia­na­mi), za­sy­pa­ne­go w wy­ni­ku wy­bu­chu wul­ka­nu w 1450 roku p.n.e. Dzięki temu zna­le­zi­sku świat mógł po raz pierw­szy prze­ko­nać się, jak wyglądały wspa­niałe mi­nojskie okręty żeglujące wówczas po mo­rzach.

Pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we pro­fe­so­ra Ma­ri­na­to­sa przy­po­mi­nały do­ko­na­nia sir Ar­thu­ra Evan­sa na Kre­cie (po­zo­stającego tam do dziś po­sta­cią le­gen­darną). Evans, nie­mal w po­je­dynkę, w trak­cie dzie­sięcio­le­ci wy­ko­pa­lisk zna­lazł nie­zwykłą cy­wi­li­zację, która roz­kwitła na wy­spie około 3000 roku p.n.e. W swo­jej książce wie­lo­krot­nie odwołuję się do jego prac, nie tyl­ko w kon­tekście dzie­dzic­twa kul­tu­ry grec­kiej okre­su kla­sycz­ne­go, lecz także tego, co Gre­cja i cała Eu­ro­pa za­wdzięczają cy­wi­li­zacji mi­noj­skiej. Współcześnie dzieło Evan­sa kon­ty­nu­ują pro­fe­sor Sty­lia­nos Ale­xiou (jego pu­bli­ka­cja stała się dla mnie źródłem in­spi­ra­cji do pro­wa­dze­nia badań) oraz dok­tor Mi­nas Tsi­krit­sis (jego pra­ce oma­wiam w końco­wej części Atlan­ty­dy).

Wie­lu hi­sto­ryków poświęciło swo­je życie ba­da­niom nad fe­no­me­nem między­kon­ty­nen­tal­nych podróży przez oce­any w III i II tysiącle­ciu p.n.e. Chciałbym w szczególności po­dziękować dok­to­ro­wi Gun­na­ro­wi Thomp­so­no­wi za jego opis wy­mia­ny han­dlo­wej (zwłasz­cza do­tyczącej ku­ku­ry­dzy) między Ame­ryką,

Egip­tem a In­dia­mi. Moje po­dzięko­wa­nia niech przyjmą także Char­lot­te Rees i Liu Gang, au­to­rzy prac poświęco­nych wy­mia­nie han­dlo­wej między Ame­ryką a Chi­na­mi w II i I tysiącle­ciu p.n.e.; Da­vid Hof­f­man, który pro­wa­dził ba­da­nia do­tyczące pre­hi­sto­rycz­nych podróży w po­szu­ki­wa­niu mie­dzi między Eu­ropą a Ame­ryką, zwłasz­cza między re­jo­nem Wiel­kich Je­zior i Atlan­ty­kiem; Tim Se­ve­rin, który po­ka­zał nam, że ta­kie wy­pra­wy były możliwe; J. Le­sley Fit­ton, znaw­ca pro­ble­ma­ty­ki han­dlu między re­jo­nem Atlan­ty­ku, Eu­ropą i wschod­nim ba­se­nem Mo­rza Śródziem­ne­go; eme­ry­to­wa­ny pro­fe­sor Ber­nard Knapp, au­tor prac o wy­mia­nie han­dlo­wej między Kretą, Afryką i kra­ja­mi Le­wan­tu; dok­tor Joan Aruz, au­torka zna­ko­mi­tej wy­sta­wy „Bey­ond Ba­by­lon“ w The Me­tro­po­li­tan Mu­seum of Art w No­wym Jor­ku (wie­lo­krot­nie odwoływałem się do wspa­niałej książki, która w związku z tą wy­stawą uka­zała się pod jej re­dakcją); pro­fe­sor Man­fred Bie­tak, au­tor prac poświęco­nych flo­cie mi­noj­skiej w Del­cie Nilu; pro­fe­sor Rao, od­kryw­ca in­dyj­skie­go por­tu z epo­ki brązu w Lo­tha­lu; pro­fe­sor Edward Ke­all z Roy­al On­ta­rio Mu­seum – zespół pod jego kie­row­nic­twem od­ko­pał pre­hi­sto­rycz­ne mia­sto w Je­me­nie; Hans Pe­ter Du­err, au­tor ar­ty­kułów o wy­mia­nie han­dlo­wej Mi­noj­czyków z re­jo­nem Mo­rza Bałtyc­kie­go w II tysiącle­ciu p.n.e.; pro­fe­sor Be­atriz Co­men­da­dor Rey, która kie­ro­wała ba­da­niami ze­społu ar­che­ologów po­szu­kującego świa­dectw mi­noj­skich wy­praw mor­skich przy­by­wających do brzegów Hisz­pa­nii; Tony Ham­mond, eks­pert w dzie­dzi­nie ówcze­sne­go górnic­twa i han­dlu na te­re­nie Bry­ta­nii; oraz Phi­lip Cop­pens, au­tor prac poświęco­nych wy­do­by­ciu mie­dzi w re­jo­nie Wiel­kich Je­zior w II tysiącle­ciu p.n.e.

Cen­tral­ne miej­sce w mo­jej opo­wieści zaj­mu­je kre­teńska sztu­ka bu­do­wy okrętów, bez której nie­możliwe byłyby wy­pra­wy między­kon­ty­nen­tal­ne i nie po­wstałaby cy­wi­li­zacj a Atlan­ty­dy. Je­stem prze­to dłużni­kiem Meh­me­ta Ca­ki­ra, od­kryw­cy wra­ku z Ulu­bu­run (około 1310 roku p.n.e.), oraz pro­fe­so­ra Ce­ma­la Pu­la­ka, który zor­ga­ni­zo­wał spe­cja­li­styczną akcję – trwającą je­de­naście lat – wy­do­by­wa­nia szczątków wra­ku z dna mo­rza. Za sprawą jego wysiłków licz­ne za­byt­ki z epo­ki brązu zna­lazły schro­nie­nie w sa­lach wy­sta­wo­wych zam­ku w Bo­drum. Pro­fe­sor An­dre­as Haupt­mann i jego współpra­cow­ni­cy pod­da­li ana­li­zie che­micz­ny skład sztab mie­dzi od­kry­tych we wra­ku z Ulu­bu­run. Wie­lu in­nych eks­pertów badało przed­mio­ty oraz oka­zy sta­rożyt­nej flo­ry i fau­ny z okrętu, dzięki cze­mu od­two­rzo­no jego przy­pusz­czalną trasę rej­su – do­ty­czy to zwłasz­cza bursz­ty­nu znad Bałtyku, kości słonio­wej z Afry­ki, musz­li z wód Oce­anu In­dyj­skie­go oraz pa­ciorków z In­dii. Bar­dziej szczegółowe po­dzięko­wa­nia za­mieściłem na swo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej.

W mo­jej pra­cy mogłem jed­nak li­czyć nie tyl­ko na re­wo­lu­cyj­ne zna­le­zi­ska wyżej wy­mie­nio­nych osób, lecz także na po­moc ze­społu, bez którego ta książka nig­dy by nie po­wstała. Po­dob­nie jak w przeszłości, ko­or­dy­nacją tych prac zaj­mo­wał się Ian Hud­son, z właści­wym so­bie ta­len­tem i po­czu­ciem hu­mo­ru łącząc pro­jek­ty gra­ficz­ne z tek­stem prze­pi­sa­nym przez panią Moy. Pani Moy z QED Se­cre­ta­rial Se­rvi­ces prze­pi­sała dwa­dzieścia dzie­więć wer­sji tek­stu, szyb­ko i dokład­nie.

Spe­cjal­ne po­dzięko­wa­nia chciałbym skie­ro­wać do Ce­dri­ca Bel­la – przez wie­le lat wspie­rał on moje ba­da­nia na roz­ma­ite spo­so­by. Ce­dric, z wy­kształce­nia me­cha­nik okrętowy, la­ta­mi pra­co­wał jako inżynier na wie­lu różnych sta­no­wi­skach. W trak­cie swo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej był także rze­czo­znawcą bu­dow­la­nym, inżynie­rem w od­lew­ni, głównym inżynie­rem w fa­bry­ce, a następnie me­nedżerem do spraw pro­duk­cji w naj­większym eu­ro­pej­skim zakładzie wy­twa­rzającym sma­ry. Po przejściu na eme­ry­turę przez piętnaście lat zaj­mo­wał się ba­da­niem dziejów rzym­skiej oku­pa­cji Bry­ta­nii i od­krył wie­le po­do­bieństw między inżynie­ryjną wiedzą Rzy­mian i Chińczyków. Trud­no byłoby prze­ce­nić wkład, jaki wniósł w po­wsta­nie Atlan­ty­dy. W roku 2003, na krótko przed wi­zytą na No­wej Ze­lan­dii, Ce­dric prze­czy­tał 1421, co za­owo­co­wało za­ini­cjo­wa­niem licz­nych badań. Wy­ka­zał w nich, że Chińczy­cy przez dwa tysiące lat wy­do­by­wa­li tam rudę żela­za i zaj­mo­wa­li się hut­nic­twem. Wśród od­na­le­zio­nych przez nie­go świa­dectw znaj­do­wały się do­wo­dy na ist­nie­nie portów, wraków, osad i od­lew­ni. Jego od­kry­cia spo­wo­do­wały gwałtow­ne re­ak­cje ze stro­ny no­wo­ze­landz­kich „hi­sto­ryków”. W związku z tym zor­ga­ni­zo­wałem zespół nie­za­leżnych ba­da­czy, którzy mie­li zwe­ry­fi­ko­wać wy­ni­ki uzy­ska­ne przez Ce­dri­ca, wy­ko­rzy­stując w tym celu ta­kie me­to­dy jak GPR, so­no­gra­fia oraz da­to­wa­nie me­todą ra­diowęglową od­kry­tych przez nie­go obiektów z me­ta­lu, ce­men­tu i drew­na. O re­zul­ta­tach tych ana­liz można prze­czy­tać na mo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej. Do­wodzą one, że ba­da­nia Ce­dri­ca były bar­dzo pre­cy­zyj­ne.

Jako na­czel­ny inżynier w zakładach Del­ta Me­tals w Bir­ming­ham Ce­dric był od­po­wie­dzial­ny za dużą od­lew­nię me­ta­li nieżela­znych oraz zakład przeróbki rud me­ta­li. W tym okre­sie Del­ta Me­tals pro­du­ko­wała 65 pro­cent wszyst­kich me­ta­li nieżela­znych w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ile­kroć w mo­ich ba­da­niach po­ja­wił się jakiś pro­blem (a zda­rzało się to często), Ce­dric umiał na­tych­miast podać go­to­we roz­wiąza­nie, a jeśli nie, to odsyłał mnie do eks­per­ta, który udzie­lał właści­wej od­po­wie­dzi. Nie­ustan­nie pod­su­wał mi także ko­lej­ne lek­tu­ry, zwłasz­cza na te­mat górnic­twa i me­ta­lur­gii w epo­ce brązu. Gdy­by nie jego wie­dza i wspar­cie, nig­dy nie zdołałbym ukończyć tej książki.

Nie­oce­nio­nym źródłem in­spi­ra­cji po­zo­sta­je dla mnie Lu­igi Bo­no­mi, mój agent li­te­rac­ki – pra­co­wał dla mnie w ciągu mi­nio­nej de­ka­dy (z po­wo­dze­niem zajął się lo­sa­mi wy­daw­ni­czy­mi mo­ich książek 1421 oraz1434). Pod wpływem jego ar­gu­mentów zre­zy­gno­wałem z pra­cy nad pu­bli­kacją o chińskich wy­pra­wach do Ame­ry­ki w II tysiącle­ciu p.n.e. na rzecz książki o Atlan­ty­dzie. Za­wsze w pełni ufałem jego nie­za­wod­nym opi­niom i uważam, że początkujący au­to­rzy po­win­ni do­bi­jać się do jego drzwi!

Lu­igi sprze­dał świa­to­we pra­wa do tej książki wy­daw­nic­twu Orion, wchodzącemu w skład Ha­chet­te Book Gro­up, naj­większe­go kon­cer­nu wy­daw­ni­cze­go na świe­cie. Wy­daw­nic­two en­tu­zja­stycz­nie wspie­rało mój pro­jekt i udzie­liło mi ogrom­nej po­mo­cy. Chciałbym po­dziękować zwłasz­cza mo­je­mu wy­daw­cy Row­lan­do­wi Whi­te’owi, jego asy­stent­ce Ni­co­li Cros­sley oraz Su­san Howe, spe­cja­li­st­ce od praw za­gra­nicz­nych, i jej ze­społowi, jak również He­len Ewing i Geo­r­gie Wid­dring­ton.

Nie mogę także po­minąć klu­czo­wej roli, jaką w po­wsta­wa­niu Atlan­ty­dy ode­grała Gay­nor Aal­to­nen – za­mie­niła moją drętwą prozę w tekst na­dający się do czy­ta­nia, jed­no­cześnie uzu­pełniając go o nowe in­for­ma­cje, ja­kie nie­ustan­nie napływają do mnie, odkąd książka zna­lazła się pod opieką wy­daw­nic­twa. Gdy­by nie Gay­nor, Atlan­ty­da nig­dy by nie po­wstała w swym obec­nym kształcie. Je­stem jej ogrom­nie wdzięczny.

I wresz­cie Mar­cel­la. Za­wdzięczam jej wszyst­ko. Nie­zmier­nie się cieszę, że za­pis jej imie­nia w mi­noj­skim piśmie li­ne­ar­nym A za­czy­na się od zna­ku przed­sta­wiającego pysz­czek kota!

Ga­vin Men­zies

Lon­dyn

Dzień św. Wa­len­te­go 2011

Mi­noj­ska Kre­ta i San­to­ryn

Ro­dza­je wiatrów w re­jo­nie Mo­rza Śródziem­ne­go

Mi­noj­skie im­pe­rium han­dlo­we w re­jo­nie Mo­rza Śródziem­ne­go

Tur­cja i Bli­ski Wschód

Egipt

Hisz­pa­nia i Por­tu­ga­lia

Wy­spy Bry­tyj­skie

Ka­mien­ne kręgi z czasów mi­noj­skich w różnych częściach świa­ta

Wiel­kie Je­zio­ra w Ame­ry­ce Północ­nej

Roz­miesz­cze­nie ha­plo­gru­py X2

KSIĘGA I OD­KRY­CIE. CY­WI­LI­ZA­CJA MI­NOJ­SKA

1PRZY­GO­DA NA KRE­CIE

Z ho­te­lo­we­go bal­ko­nu spoglądałem na północ. W dole u mo­ich stóp jaśniały światła mia­sta. Da­lej, aż po ho­ry­zont, roz­poście­rało się Mo­rze Egej­skie spo­wi­te w mrok nocy. Gdzieś tam na otwar­tym mo­rzu leżała sta­rożytna wy­spa The­ra, znisz­czo­na nie­gdyś przez wy­buch wul­ka­nu. W końcu odwróciłem się i po­szedłem do po­ko­ju. Wte­dy nie wie­działem jesz­cze, że pod po­wierzch­nią tej wy­spy od tysięcy lat kryła się ta­jem­ni­ca, która miała zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać mój sposób pa­trze­nia na dzie­je ludz­kości. Wszyst­kie moje kon­cep­cje do­tyczące hi­sto­rii i od­kryć geo­gra­ficz­nych miały wkrótce wywrócić się do góry no­ga­mi.

Tego roku ra­zem z moją żoną Mar­cellą nie­cier­pli­wie cze­ka­liśmy na święta Bożego Na­ro­dze­nia. Za­mie­rza­liśmy spędzić je z dala od zgiełku mia­sta. Po wytężonej pra­cy nad nową książką byłem śmier­tel­nie zmęczo­ny, uzna­liśmy więc, że do­brze nam zro­bią krótkie wa­kacj e na egej­skiej wy­spie. Po­sta­no­wi­liśmy po­je­chać przez Ate­ny, jed­no z mo­ich ulu­bio­nych miejsc na zie­mi. Żad­nych te­le­fonów ani e-ma­ili. To miały być święta Bożego Na­ro­dze­nia przy świe­tle świec, w byłym bi­zan­tyj­skim klasz­to­rze. A w każdym ra­zie tak to so­bie wy­obrażaliśmy. Jed­nak na­sze ma­rze­nie o długich spa­ce­rach wśród sta­rożyt­nych ruin, a następnie kil­ku dniach życia w spar­tańskiej pro­sto­cie, w górach Kre­ty, szyb­ko się roz­wiało, gdy po przy­jeździe do Aten tra­fi­liśmy na za­miesz­ki roz­gry­wające się tuż pod na­szym ho­te­lem. Z okien wi­dzie­liśmy tłumy pro­te­stujących Greków, wy­krzy­kujących różne hasła, wy­ma­chujących trans­pa­ren­ta­mi i prze­wra­cających sa­mo­cho­dy. Groźnie wyglądający po­li­cjan­ci – wy­po­sażeni w broń, tar­cze i hełmy – blo­ko­wa­li prze­marsz pro­te­stujących.

W tej sy­tu­acji po­le­cie­liśmy od razu na Kretę i zna­leźliśmy inne lo­kum na święta, także dość idyl­licz­ne – wy­god­ny ho­tel w daw­nym we­nec­kim mieście Re­tim­no, na północy wy­spy. Przez pierw­sze dwa dni padało nie­miłosier­nie. Po czym w Wi­gi­lię deszcz ustał i przez chmu­ry prze­biło się kil­ka pro­mie­ni słonecz­nych. Spo­koj­ny po­ra­nek zachęcał do wy­ciecz­ki do podnóża gór okry­tych śnie­giem, wi­docz­nych z na­sze­go bal­ko­nu. Jak się oka­zało, od­kry­liśmy tego dnia coś, co de­fi­ni­tyw­nie prze­kreśliło na­sze ma­rze­nia o spo­koj­nym urlo­pie i spra­wiło, że z całą de­ter­mi­nacją za­an­gażowałem się w nowe ba­da­nia, które za­wiodły mnie w kil­ka dość od­ległych miejsc na kuli ziem­skiej.

Wy­bra­liśmy się na wy­cieczkę sa­mo­cho­dową. Wąskie dro­gi za­mie­niały się nie­kie­dy w rwące stru­mie­nie, niosące wodę z dwu­dnio­wych opadów. Jadąc dość ospa­le przez ko­lej­ne ślicz­ne (ale za­to­pio­ne w błocie) wio­ski, po­dzi­wia­liśmy kiście wi­no­gron wiszące wciąż na krze­wach, po­bo­cza dróg porośnięte żółtą ko­ni­czyną, fi­gow­ce o ciem­no­zie­lo­nych – mimo że był ko­niec grud­nia – liściach. Kre­ta jest wyspą nie­zwy­kle żyzną. Przy wyjeździe z jed­nej z nie­wiel­kich wio­sek do­strze­gliśmy dwóch mężczyzn ciągnących przez drogę świnię. Za­mie­rza­li przy­wiązać ją między dwie­ma dra­bi­na­mi i zarżnąć. Po długiej wędrówce krętymi dro­ga­mi, często blo­ko­wa­ny­mi przez sta­da czar­nych i białych kóz – z dzwo­necz­ka­mi brzęczącymi, by odpędzić węże – do­tar­liśmy do celu na­szej podróży, wy­bra­ne­go ran­kiem na chy­bił tra­fił – sta­rożyt­ne­go pałacu w Faj­stos.

Według mi­to­lo­gii Faj­stos zo­stało założone przez jed­ne­go z synów le­gen­dar­ne­go he­ro­sa He­ra­kle­sa. Z całą pew­nością miej­sce to wygląda nad wy­raz ma­je­sta­tycz­nie. Zruj­no­wa­ny kom­pleks pałaco­wy roz­ciąga się ni­czym wiel­ki, biały półmi­sek na tle ciem­no­zie­lo­nych lasów so­sno­wych, po­ra­stających południe wy­spy. Sta­rożytni Gre­cy wie­rzy­li, że Faj­stos założył wiel­ki król Mi­nos, po­stać mi­to­lo­gicz­na, który rządził na Kre­cie wie­le po­ko­leń przed wy­bu­chem woj­ny tro­jańskiej. Pod­czas zwie­dza­nia ruin szyb­ko od­kry­liśmy, że in­sy­gnium królew­skim Mi­nosa był la­brys, topór z podwójnym ostrzem, potężna broń o cha­rak­te­rze ce­re­mo­nial­nym, w kształcie dwóch pełnych półksiężyców sty­kających się grzbie­tem. In­nym sym­bo­lem władzy Mi­nosa był prze­rażający wi­ze­ru­nek rozwście­czo­ne­go byka.

Wędrówka po ru­inach zro­biła na nas im­po­nujące wrażenie. Faj­stos jest bar­dzo roz­ległe, większe niż królew­ski pałac Ka­ro­la Wiel­kie­go w Akwi­zgra­nie i przy­najm­niej trzy razy większe od pałacu Buc­kin­gham. Cała bu­dow­la – o pro­stej i wy­ra­zi­stej ar­chi­tek­tu­rze – zo­stała wznie­sio­na z niesłycha­nym mi­strzo­stwem (ze sta­ran­nie wyciętego ka­mie­nia) i zgod­nie z pla­nem pod­porządko­wa­nym – jak się wy­da­je – idei har­mo­nii. Sze­ro­kie, otwar­te klat­ki scho­do­we wiodły z Am­fi­te­atru na Dzie­dzi­niec Byka, a stamtąd do Pałacu Królew­skiego i na ta­ra­sy o gład­kiej, ka­mien­nej po­wierzch­ni, skąd roz­ciągał się wi­dok na oko­licz­ne łańcu­chy górskie i wielką równinę nie­znacz­nie na­chy­loną w stronę od­ległego mo­rza. Pa­no­wała tu za­tem at­mos­fe­ra lek­kości i prze­stron­ności. Dzięki pro­mie­niom słońca tańczącym na po­wierzch­ni dzie­dzińców i sa­dza­wek, w których od­bi­jało się błękit­ne nie­bo, całość przy­po­mi­nała miraż unoszący się między nie­bem a zie­mią. Spokój tego miej­sca i jego roz­mia­ry na­tych­miast przy­wiodły nam na myśl te same sko­ja­rze­nia: mo­nu­men­talną ar­chi­tek­turę sta­rożyt­ne­go Egip­tu.

Od razu też uświa­do­mi­liśmy so­bie jesz­cze jed­no: pałac w Faj­stos – po­dob­nie jak jego sio­strza­ny kom­pleks pałaco­wy w Knos­sos, położony bar­dziej na północ – jest o wie­le star­szy niż wspa­niały Par­te­non w Ate­nach, który po­wstał w 455 roku p.n.e., w szczy­to­wym okre­sie roz­wo­ju kla­sycz­nej cy­wi­li­za­cji grec­kiej. Miesz­kańcy Faj­stos żyli w wy­go­dzie i luk­su­sie po­nad tysiąc lat wcześniej. Tu­tej­szy pałac po­cho­dzi z tej sa­mej epo­ki co egip­skie bu­dow­le z czasów Sta­re­go Króle­stwa i dorównu­je wie­kiem wiel­kim pi­ra­mi­dom w Gi­zie. Jak się do­wie­dzie­liśmy, początki osad­nic­twa sięgają tu około 4000 roku p.n.e.

To była dla mnie praw­dzi­wa nie­spo­dzian­ka. Jak to możliwe, że tak nie­wie­le słyszałem o tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scu, które swo­im pięknem mogło kon­ku­ro­wać z Tadż Ma­hal w In­diach? Co na­prawdę wie­działem o bu­dow­ni­czych pałacu? Lu­dziach zna­nych nam jako Mi­noj­czy­cy? Prze­mie­rzając na­grza­ne słońcem pałaco­we dzie­dzińce, zda­liśmy so­bie sprawę z tego, że w cza­sach gdy większość Eu­ro­pej­czyków miesz­kała ciągle w pry­mi­tyw­nych szałasach, sta­rożytni Kre­teńczy­cy wzno­si­li pałace z uli­ca­mi wykłada­ny­mi ka­mie­niem, łazien­ka­mi i spraw­nie funk­cjo­nującym sys­te­mem ka­na­li­za­cyj­nym. Dzięki swo­jej niezrówna­nej wie­dzy inżynie­ryj­nej mo­gli pro­wa­dzić wy­ra­fi­no­wa­ny styl życia, wy­ra­stający da­le­ko poza ówcze­sne „cy­wi­li­za­cje”. Mi­noj­czy­cy umie­li bu­do­wać skom­pli­ko­wa­ne sys­te­my wo­do­ciągowe, szczel­ne rury ka­na­li­za­cyj­ne, za­awan­so­wa­ne układy wen­ty­la­cyj­ne, a na­wet mury od­por­ne na trzęsie­nia zie­mi.

Wspięliśmy się na roz­ległe scho­dy ce­re­mo­nial­ne – ich stop­nie były lek­ko na­chy­lo­ne, co umożli­wiało odpływ wody desz­czo­wej. Na końcu wąskie­go ko­ry­ta­rza znaj­do­wała się sala wyłożona ala­ba­strem. W ci­szy od­bi­jały się od ścian pro­mie­nie słońca wpa­dające przez spe­cjal­ny szyb. Jak nam po­wie­dzia­no, ta część pałacu – o kil­ku kon­dy­gna­cjach – była nie­gdyś zna­na jako apar­ta­men­ty królo­wej. Władcy Faj­stos roz­ko­szo­wa­li się jego wspa­niałymi mar­mu­ro­wy­mi ścia­na­mi. Miesz­kańcy pałacu żyli w zdro­wiu i w luk­su­sie. W szczel­nych ma­ga­zy­nach, nie­na­rażonych na spu­sto­sze­nie przez my­szy i szczu­ry, gro­ma­dzo­no za­pa­sy psze­ni­cy i pro­sa; w zbior­ni­kach wod­nych nig­dy nie bra­ko­wało świeżej wody. Ko­rzy­sta­no z ciepłych kąpie­li, w wan­nach i pod prysz­ni­ca­mi – przy czym mężczyźni i ko­bie­ty kąpali się od­dziel­nie – oraz z to­a­let spłuki­wa­nych bieżącą wodą. Do­sko­na­le zbu­do­wa­ne akwe­duk­ty z pre­cy­zyj­nie wyciętego ka­mie­nia do­pro­wa­dzały do pałacu ciepłą i zimną wodę z na­tu­ral­nych oko­licz­nych źródeł. Stały dopływ wody (jak sądzę – pom­po­wa­nej za po­mocą sys­te­mu hy­drau­licz­ne­go) za­pew­niały te­ra­ko­to­we rury zro­bio­ne ze szczel­nie do­pa­so­wa­nych ele­mentów. W su­mie to, co zo­ba­czy­liśmy w Faj­stos, wska­zy­wało, że Mi­noj­czy­cy żyli na znacz­nie wyższym po­zio­mie cy­wi­li­za­cyj­nym niż miesz­kańcy sta­rożyt­ne­go Egip­tu, In­dii z czasów Wed albo Chin dy­na­stii Shang.

Za sie­dem euro ku­pi­liśmy książkę pro­fe­so­ra Sty­lia­no­sa Ale­xiou pod tytułem Mi­no­an Ci­vi­li­za­tion. Wy­ni­kało z niej nie­zbi­cie, że Kre­ta już w sta­rożytności bu­dziła nie­zwykłe za­in­te­re­so­wa­nie jako jed­no z miejsc opi­sy­wa­nych przez poetów z nabożnym sza­cun­kiem. Ten po­dziw był początkiem wie­lu le­gend do­tyczących pałacu i jego miesz­kańców. Po­dob­no Zeus naj­ważniej­szy z bogów, uro­dził się i zmarł na Kre­cie, a Dio­ni­zos właśnie tam wy­na­lazł wino. Prawdę mówiąc, bar­dzo dużo mitów grec­kich, o których uczyłem się w szko­le, na­ro­dziło się na Kre­cie. Są to opo­wieści o tak ogrom­nej sile od­działywa­nia, że prze­trwały tysiącle­cia. Epic­kie sagi, po­dob­ne do dzieł grec­kie­go po­ety Ho­me­ra z VIII wie­ku p.n.e., opo­wia­da­no przy do­mo­wym ogni­sku wie­le stu­le­ci wcześniej. W XIX księdze Ody­sei Ho­mer pi­sze z po­dzi­wem o Knos­sos jako le­gen­dar­nym za­gi­nio­nym mieście. Po kil­ku ko­lej­nych lek­tu­rach do­tyczących kul­tu­ry mi­noj­skiej uświa­do­miłem so­bie, że miał całko­witą rację.

W do­dat­ku ta wspa­niała cy­wi­li­za­cja nie obej­mo­wała wyłącznie Kre­ty. Mi­noj­czy­cy byli nie­stru­dzo­ny­mi podróżni­ka­mi zupełnie jak jaskółki krążące nad na­szy­mi głowa­mi. Jak do­wie­dzie­liśmy się od na­sze­go prze­wod­ni­ka, po­sta­ci dy­plo­ma­tycz­nych posłan­ników z Ke­ftiu – tak sta­rożytni Egip­cja­nie na­zy­wa­li Kre­teńczyków – wid­nieją już na egip­skich fre­skach z czasów Sta­re­go Króle­stwa, zdo­biących gro­bow­ce dy­gni­ta­rzy z okre­su pa­no­wa­nia Tut­mo­zi­sa III z XVIII dy­na­stii. Kre­teńczy­cy przed­sta­wie­ni na tych fre­skach niosą ry­tu­al­ne wazy do składa­nia ofiar z oli­wy. A za­tem już około 1425 roku p.n.e. mi­noj­scy podróżnicy do­cie­ra­li do Egip­tu. To praw­dzi­wie oszałamiająca wi­zja. Zacząłem się za­sta­na­wiać, czy ci nie­stru­dze­ni ma­ry­na­rze nie sta­li się przy­pad­kiem źródłem in­spi­ra­cji dla niektórych z mitów: o Ja­zo­nie żeglującym po mo­rzach z Ar­go­nau­ta­mi albo o dzie­sięcio­let­niej wędrówce Ody­se­usza, który wy­my­kał się wszel­kim nie­bez­pie­czeństwom, aby w końcu wrócić do domu, do swo­jej wier­nej żony Pe­ne­lo­py.

Własną ody­seję zacząłem po­nad dwa­dzieścia lat wcześniej. U jej pod­staw legło od­kry­cie pew­nej mało zna­nej we­nec­kiej mapy. Au­tor tego sta­ran­nie wy­ry­so­wa­ne­go dzieła piętna­sto­wiecz­nej sztu­ki kar­to­gra­ficz­nej, Zu­ane Piz­zi­ga­no, na­kreślił na nim nie tyl­ko Eu­ropę, lecz także, ponoć wte­dy jesz­cze nie­od­kry­te, wy­spy Pu­er­to Rico i Gwa­de­lupę. Wówczas namiętnie in­te­re­so­wałem się hi­sto­rią śre­dnio­wie­cza i to przy­pad­ko­we zna­le­zi­sko osta­tecz­nie przy­wiodło mnie do prze­ko­na­nia, że dzie­je świa­ta – a zwłasz­cza od­kryć geo­gra­ficz­nych na mo­rzach – trze­ba będzie na­pi­sać na nowo. Piz­zi­ga­no na­ry­so­wał mapę w 1421 roku: i tak właśnie za­ty­tułowałem swoją pierwszą książkę.

Do­wie­działem się, że por­tu­gal­scy żegla­rze, którzy jako pierw­si w Eu­ro­pie podjęli wy­pra­wy ba­daw­cze i odsłoni­li nie­zna­ne dotąd ob­sza­ry na­sze­go glo­bu, sami opie­ra­li się na znacz­nie star­szych ma­pach. Na­su­wało się za­tem oczy­wi­ste py­ta­nie to, kto je na­szki­co­wał. Pew­ne po­szla­ki wska­zy­wały na drugą stronę kuli ziem­skiej i za­wiodły mnie do kra­ju, którego miesz­kańców od daw­na po­dzi­wia­liśmy za ich mądrość i wy­na­laz­czość. W in­te­re­sującym mnie okre­sie było tyl­ko jed­no społeczeństwo dys­po­nujące za­so­ba­mi ma­te­rial­ny­mi, a co ważniej­sze, okrętami niezbędny­mi do podjęcia tak am­bit­ne­go za­da­nia – Chi­ny. W swo­jej książce do­wo­dziłem więc, że Chińczy­cy opłynęli zie­mię sto lat przed Ma­gel­la­nem, od­kry­li Ame­rykę oraz do­tar­li do Au­stra­lii trzy­sta pięćdzie­siąt lat wcześniej niż Bry­tyj­czyk Ja­mes Cook. Dla byłego ka­pi­ta­na łodzi pod­wod­nych nie­zwykła mapa Piz­zi­ga­na za­wie­rała ukry­te przesłanie, ni­czym sta­rożytny ko­deks cze­kający na od­na­le­zie­nie. Cho­ciaż tra­fiłem na nią całko­wi­cie przy­pad­ko­wo, ta pierw­sza wskazówka za­początko­wała moją własną wy­prawę ba­dawczą w całej Eu­ro­pie, a następnie w Azji.

***

I oto znów, tym ra­zem na Kre­cie, od­na­lazłem fa­scy­nującą cy­wi­li­zację, która naj­wy­raźniej osiągnęła taki po­ziom roz­wo­ju, że ode­grała równie ważną rolę w dzie­jach świa­ta, a mimo to wciąż była bar­dzo słabo zna­na. W porówna­niu z ogrom­ny­mi za­so­ba­mi wie­dzy, jaką dys­po­nu­je­my na te­mat życia sta­rożyt­nych Egip­cjan, wie­my o niej tak mało, że można by pomyśleć o ja­kimś spi­sku zmie­rzającym do tego, aby za­cho­wać tę tętniącą życiem kul­turę w ta­jem­ni­cy. Wpraw­dzie słyszałem wcześniej co nie­co o hi­sto­rii od­kryć ar­che­olo­gicz­nych na Kre­cie, ale o wy­ra­fi­no­wa­niu bo­gac­twie cy­wi­li­zacji, która stwo­rzyła te dzieła, nie miałem zie­lo­ne­go pojęcia. Tym­cza­sem miesz­kańcy tej wy­spy – żyjący w so­lid­nie zbu­do­wa­nych do­mach, nur­kujący w to­wa­rzy­stwie żółwi i po­dzi­wiający atle­tycz­nie zbu­do­wa­nych młodzieńców skaczących przez byka – wy­ra­bia­li także wspa­niałą biżute­rię oraz ma­lo­wa­li fre­ski mogące ry­wa­li­zo­wać z naj­większy­mi dziełami eu­ro­pej­skie­go re­ne­san­su. Wszyst­ko to wcześniej kom­plet­nie umknęło mo­jej uwa­dze. A przy tym, jak na iro­nię, choć tak mało wie­działem na te­mat Kre­ty, wca­le nie byłem tu po raz pierw­szy.

Kie­dy w la­tach pięćdzie­siątych XX wie­ku wstąpiłem do Roy­al Navy, Wiel­ka Bry­ta­nia była wciąż świa­to­wym mo­car­stwem. W początkach swo­jej ka­rie­ry ma­ry­na­rza pływałem do baz mor­skich roz­sia­nych po całym glo­bie, od obu Ame­ryk po Au­stra­lazję i Chi­ny. W roku 1958 jako młod­szy ofi­cer pokłado­wy uczest­ni­czyłem w rej­sach pa­tro­lo­wych wokół Cy­pru, sąsied­niej wy­spy na Mo­rzu Śródziem­nym. Mie­liśmy za za­da­nie nie dopuścić, aby ter­ro­ryści prze­my­ca­li na Cypr broń. W tym cza­sie na­cjo­na­li­stycz­na or­ga­ni­za­cja Greków cy­pryj­skich, EOKA, wal­czyła za­cie­kle z władza­mi bry­tyj­ski­mi, mie­liśmy więc mnóstwo pra­cy. Kie­dy załoga mo­je­go okrętu HMS „Dia­mond” do­stała ty­go­dnio­wy urlop na Kre­cie, za­ko­twi­czy­liśmy w za­to­ce Suda i u stóp wspa­niałego po­mni­ka złożyliśmy hołd po­ległym pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej.

Kre­ta, położona między Eu­ropą, Afryką i Azją, ma kształt pro­stokąta o długości mniej więcej dwu­stu pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów i sze­ro­kości od dzie­sięciu do pięćdzie­sięciu sześciu ki­lo­metrów. Pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej krążownik HMS „Orion”, którym do­wo­dził później mój oj­ciec, stra­cił tu set­ki lu­dzi w następstwie bom­bar­do­wa­nia przez nie­miec­kie myśliw­ce. Stra­te­gicz­ne usy­tu­owa­nie wy­spy spra­wiało, że wal­czo­no o nią od tysiącle­ci. Wy­da­je się, że jako pierw­si przy­by­li tu Mykeńczy­cy – po­tom­ko­wie tego ludu za­miesz­kują obec­nie Grecję kon­ty­nen­talną – i wy­par­li z niej Mi­noj­czyków. Następnie Gre­cy to­czy­li tu bi­twy z Rzy­mia­na­mi, Bizantyjczy­cy z We­ne­cja­na­mi, tych ostat­nich wy­par­li Tur­cy oto­mańscy, a ich władzę oba­li­li osta­tecz­nie sami Kre­teńczy­cy. O Kretę wal­czy­li też Niem­cy – z woj­ska­mi ko­ali­cji – w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej (obie stro­ny dawały przy tej oka­zji świa­dec­two nie­zwykłej od­wa­gi i bar­ba­rzyńskiej za­jadłości). Dziś na wy­spie, w za­to­ce Suda, znaj­du­je się port NATO oraz grec­ko-ame­ry­kańska baza lot­ni­cza.

Po­ma­sze­ro­wa­liśmy w górę nieużywa­nej li­nii ko­le­jo­wej, porośniętej dy­wa­nem wspa­niałych dzi­kich kwiatów. Po nie­ustających desz­czach na Cy­prze Kre­ta zro­biła na nas nie­praw­do­po­dob­ne wrażenie. Śródziem­no­mor­skie słońce ogrze­wa tu­tej­sze żyzne równi­ny przez dzie­więć mie­sięcy w roku. Tam­te­go wie­czo­ra, pięćdzie­siąt lat temu, pe­wien rol­nik po­zwo­lił nam założyć obóz na swo­im polu, przy­niósł ja­gnię i be­czułkę lo­kal­ne­go wina. Roz­pa­li­liśmy ogni­sko, śpie­wa­liśmy tra­dy­cyj­ne ma­ry­nar­skie pieśni, nasz ku­charz Mi­fsud grał na li­rze kor­bo­wej, a główny ste­ward Vas­sa­lo re­cy­to­wał wier­sze. Później cza­rująca córka far­me­ra, Ma­ria, za­brała mnie na prze­chadzkę. Chciała mi po­ka­zać leżące nie­opo­dal ru­iny ka­mien­ne­go mia­sta. „Jest bar­dzo sta­re – po­wie­działa. – Ma po­nad dwa tysiące lat, po­cho­dzi z zupełnie in­nych czasów”.

Cho­dziło jej o to, że wspo­mnia­ne miej­sce jest da­to­wa­ne na dwa tysiące lat przed na­ro­dzi­na­mi Chry­stu­sa.

In­for­ma­cja wy­da­wała mi się nie­zwykła. Jak przez mgłę pamiętałem ze szkoły, że szczyt roz­wo­ju sta­rożyt­nej Gre­cji przy­pa­dał ja­kieś tysiąc pięćset lat później, około 500 roku p.n.e. Wie­le lat po­tem zo­rien­to­wałem się, że ra­zem z Marią do­szliśmy do Ar­cha­nes, wio­ski, która – jak sądzę – była miej­scem let­nie­go od­po­czyn­ku dla Mi­noj­czyków miesz­kających we wspa­niałym pałacu w Knos­sos. W ciągu następnych dwóch mie­sięcy za­rzu­ca­liśmy ko­twicę u brzegów ko­lej­nych wysp, pływa­liśmy z tam­tej­szy­mi dziewczętami i sta­ra­liśmy się przy­swoić so­bie możli­wie jak naj­więcej lo­kal­nych oby­czajów oraz do­pio kra­si, czy­li miej­sco­we­go wina ma­ri­si­ni, i wkrótce za­po­mniałem o tych atrak­cyj­nie brzmiących sta­rożyt­nych da­tach.

A te­raz zna­lazłem się tu po­now­nie i słuchałem słów na­sze­go prze­wod­ni­ka o ciem­nobrązo­wej kar­na­cji, który, po­dob­nie jak Ma­ria wie­le lat temu, twier­dził, że kul­tu­ra roz­wi­jająca się na tej nie­wiel­kiej wy­spie była równie ważna dla dziejów świa­ta, jak cy­wi­li­za­cja egip­ska. A jeśli obo­je mie­li rację?

Od­krywcą pierw­sze­go i najsław­niej­sze­go pałacu na Kre­cie (w 1878 roku) – w Knos­sos – był przed­siębior­ca i ar­che­olog ama­tor, Mi­nos Ka­lo­ka­iri­nos, noszący to samo imię, co le­gen­dar­ny władca Kre­ty, król Mi­nos. Ka­lo­ka­iri­nos początko­wo od­ko­pał duży skład pi­thoi, ogrom­nych na­czyń (nie­mal wy­so­kości człowie­ka) używa­nych do prze­cho­wy­wa­nia oli­wy z oli­wek. W cza­sach gdy ar­che­olo­gia do­pie­ro racz­ko­wała, Ka­lo­ka­iri­nos co chwi­la tra­fiał na ja­kieś nie­sa­mo­wi­te zna­le­zi­sko, zdu­mie­wające cuda po­grze­ba­ne w czar­nej gle­bie. Nie­ste­ty część miej­sco­wych po­sia­da­czy ziem­skich położyła kres jego ba­da­niom. Kie­dy nie­miec­ki ar­che­olog He­in­rich Schlie­mann, od­kryw­ca Troi i My­ken, próbował kupić wzgórze Ke­fa­la, zo­stał sku­tecz­nie zniechęcony przez nie­bo­tyczną sumę, ja­kiej zażądał właści­ciel. W roku 1894 o tym, co dzie­je się na Kre­cie, usłyszał pio­nier bry­tyj­skiej ar­che­ologii, sir Ar­thur Evans, i wystąpił o przy­zna­nie li­cen­cji na pra­ce ba­daw­cze. Aby zdo­być pra­wo do pro­wa­dze­nia wy­ko­pa­lisk, za­in­we­sto­wał do­cho­dy z ro­dzin­nej pa­pier­ni. Spod spa­lo­nej zie­mi Kre­ty Evans wkrótce wy­do­był ru­iny pałacu, którego roz­mia­ry prze­kra­czały jego wszel­kie ocze­ki­wa­nia.

W ciągu następnych stu lat po od­kry­ciu Knos­sos na Kre­cie zna­le­zio­no inne sta­rożytne pałace, mia­sta i por­ty. Evans naj­wy­raźniej od­na­lazł całą cy­wi­li­zację; dzieło ludu, który stwo­rzył wy­so­ce za­awan­so­waną, eg­zo­tyczną kul­turę. Ba­dacz na­zwał ich Mi­noj­czy­ka­mi. Dla­cze­go właśnie tak? Po­dob­nie jak wie­lu in­nych uległ uwo­dzi­ciel­skiej sile grec­kie­go mitu.

Do roku 1900, gdy Evans zaczął odsłaniać pałac, je­dy­nym źródłem wie­dzy na te­mat tej kul­tu­ry były mi­to­lo­gia oraz pełne po­dzi­wu wzmian­ki sta­rożyt­nych poetów epo­ki kla­sycz­nej. Zgod­nie ze sta­rożytną tra­dycją kre­teńską szczyt góry Juk­tas, do­mi­nujący nad ho­ry­zon­tem, gdy pa­trzy się z Knos­sos w stronę południa, nosi od­cisk odwróco­nej twa­rzy potężnego Zeu­sa. Wygląda to tak, jak­by władca Olim­pu rze­czy­wiście był tam po­cho­wa­ny i drze­miąc, pod­pie­rał wyspę swo­im ciałem. Według najsław­niej­sze­go mitu w głębi le­gen­dar­ne­go domu, który należał do władcy Kre­ty, króla Mi­no­sa, krył się roz­legły pod­ziem­ny la­bi­rynt. Mi­nos był pa­tro­nem wiel­kie­go wy­na­laz­cy, De­da­la, a także, co jest już bar­dziej nie­po­kojące, ty­ra­nem ściągającym da­ninę z Aten, położonych na stałym lądzie. W la­bi­ryn­cie król umieścił prze­rażającego Mi­no­tau­ra – pół człowie­ka, pół byka. Co roku do­ma­gał się od Ateńczyków ha­ra­czu w po­sta­ci młodych osób, które więził w la­bi­ryn­cie, gdzie miały paść ofiarą krwiożer­cze­go po­two­ra.

Pod­czas prac wy­ko­pa­li­sko­wych w Knos­sos pro­wa­dzo­nych przez Evan­sa na­gle roz­legł się przej­mujący krzyk. Oto mit wyłaniał się z pyłu wieków. Je­den z ro­bot­ników krzy­czał, że zna­lazł „czar­ne­go diabła”, i ze stra­chem od­wra­cał się od przed­mio­tu wy­do­by­te­go z zie­mi. W rze­czy­wi­stości zna­lazł im­po­nującą rzeźbę wy­obrażającą głowę groźnego byka o czer­wo­nych oczach, zwieńczoną potężnymi ro­ga­mi. Wy­rzeźbio­na po­stać miała potężną siłę wy­ra­zu, była bar­dzo re­ali­stycz­na: wy­da­wała się jak żywa. Opo­wia­da­no, że kie­dy wyciągnięto ją z ru­mo­wi­ska, groźnie wyglądające oczy po­ru­szały się w oczo­dołach. W trak­cie dal­szych wy­ko­pa­lisk Evans i jego lu­dzie ze zdu­mie­niem od­kry­li, że w ser­cu tego piękne­go pałacu fak­tycz­nie usy­tu­owa­no la­bi­rynt – łańcuch głębo­kich tu­ne­li pod­ziem­nych. Ze­sta­wiw­szy te zna­le­zi­ska z fre­ska­mi przed­sta­wiającymi ata­kującego byka, ar­che­olog do­szedł do wnio­sku, że wszyst­kie świa­dec­twa wska­zują na ist­nie­nie na Kre­cie kul­tu boga występującego pod po­stacią byka.

Trzy­dzieści lat wcześniej inny ar­che­olog, He­in­rich Schlie­mann, zdu­miał świat swo­im dra­ma­tycz­nym wy­zna­niem, że spoj­rzał w twarz Aga­mem­no­na. Schlie­mann pro­wa­dził wy­ko­pa­li­ska w cy­ta­de­li w My­ke­nach, po­szu­kując śladów le­gen­dar­nych bo­ha­terów wo­jen tro­jańskich. Jego twier­dze­nie, że od­na­lazł ciało bo­ha­tera sta­rożyt­nej le­gen­dy, skłoniło współcze­snych do prze­ko­na­nia, że uwiel­bia­ne tek­sty Ene­idy We­rgi­liu­sza i Ilia­dy Ho­me­ra, na­wet jeśli nie sta­no­wią wier­ne­go od­zwier­cie­dle­nia hi­sto­rii, są głęboko za­ko­rze­nio­ne w fak­tach. Ar­thur Evans, człowiek o ro­man­tycz­nym uspo­so­bie­niu, był pe­wien, że na Kre­cie do­ko­nał tego sa­me­go, co Schlie­mann zro­bił w od­nie­sie­niu do eposów We­rgi­liu­sza i Ho­me­ra – po­twier­dził prawdę za­ka­mu­flo­waną w mi­cie grec­kim. Evans wie­rzył, że od­na­lazł dom mi­tycz­ne­go króla Mi­no­sa i jego złowro­gie­go Mi­no­tau­ra.

***

Nie­za­leżnie od le­gend ota­czających wyspę, Evans wy­do­był z mro­ku rze­czy­wi­stych lu­dzi, którzy w szczy­to­wej fa­zie roz­wo­ju swo­jej kul­tu­ry, między 2600 a 1500 ro­kiem p.n.e., z całą pew­nością dys­po­no­wa­li wręcz baj­ko­wym bo­gac­twem i roz­ległą władzą. In­try­gujący był także po­ziom za­awan­so­wa­nia kre­teńskie­go społeczeństwa – nie­mal dorównujący no­wo­cze­snym stan­dar­dom. Wy­da­je się, że ko­bie­ty i mężczyźni byli so­bie równi. Po­nad­to Mi­noj­czy­cy, oprócz kul­tu byka, praw­do­po­dob­nie od­da­wa­li także cześć ko­bie­ce­mu bóstwu.

Te­raz trzy­małem w ręku książeczkę, której au­tor wy­sunął za­ska­kującą tezę, że Faj­stos było równie sta­re, jak naj­star­sze egip­skie pi­ra­mi­dy. Tu­tej­szy pałac ist­niał w tym sa­mym cza­sie, co egip­skie Sta­re Króle­stwo (2686–2125 p.n.e.). Jego bu­dowę roz­poczęto w cza­sach pa­no­wa­nia fa­ra­onów Chu­fu (Che­op­sa) i Cha­fre (Che­fre­na) oraz bu­dowy wiel­kiej pi­ra­mi­dy w Gi­zie.

PAŁACE

Nie­wie­le cy­wi­li­za­cji uległo tak całko­wi­te­mu za­po­mnie­niu jak mi­noj­ska. W pew­nej mie­rze stało się tak dla­te­go, że jej im­po­nujące pałace zo­stały znisz­czo­ne nie raz, ale dwu­krot­nie. Główny pałac w Knos­sos po raz­pierw­szy stra­wił pożar około 1700 roku p.n.e. Nowy pałac, wznie­sio­ny na jego miej­sce, przy­po­mi­nał bar­dziej kom­pleks miej­ski niż po­je­dyn­czy bu­dy­nek. Niektóre jego części miały pięć kon­dy­gna­cji. Sta­no­wił nie tyl­ko re­zy­dencję królewską, lecz także ośro­dek kul­tu re­li­gij­ne­go i życia po­li­tycz­ne­go wy­spy, a jed­no­cześnie cen­trum pro­duk­cji na eks­port mie­czy i ce­ra­mi­ki. Było to ru­chli­we miej­sce. Znaj­do­wały się tam pra­sy do wy­ro­bu oli­wy i wina oraz młyny. Za­po­trze­bo­wa­nie na wodę bieżącą za­spo­ka­ja­no za po­mocą akwe­duk­tu do­star­czającego ją ze źródeł położonych o dzie­sięć ki­lo­metrów od pałacu, w Ar­cha­nes.

Wspa­niałe bu­dow­le i ta­ra­so­we ogro­dy kon­cen­tro­wały się wokół roz­ległego dzie­dzińca, na którym w nocy od­by­wały się ce­re­mo­nial­ne uro­czy­stości: sko­ki przez byka i eks­ta­tycz­ne tańce przy świe­tle po­chod­ni. Miesz­kańcy od­da­wa­li wówczas cześć swo­im bóstwom. Cały kom­pleks zaj­mo­wał dwa hek­ta­ry. Dostęp świeżego po­wie­trza i światła do pałacu za­pew­niał sys­tem stud­ni i otwar­tych dzie­dzińców. Mi­noj­czy­cy zna­li na­wet szy­by okien­ne zro­bio­ne z cien­kich warstw prześwi­tującego ala­ba­stru. Ko­lum­ny bu­dynków wy­ko­na­no z pni drzew cy­pry­so­wych ma­lo­wa­nych na czer­wo­no, a następnie umiesz­cza­nych na ka­mien­nym po­stu­men­cie.

Na wie­lu ścia­nach wid­nie­je topór z dwo­ma ostrza­mi, sym­bol mi­no­sa, czy­li króla. W sta­rożyt­nej gre­ce topór na­zy­wa­no słowem la­by­ros, od którego po­cho­dzi na­zwa la­bi­ryn­tu. Po­nie­waż pałac obej­mujący po­nad 1300 po­miesz­czeń był tak roz­legły i złożony – z mnóstwem sal, ko­ry­ta­rzy i komór, a także prze­stron­nych pod­zie­mi służących jako ma­ga­zy­ny – niektórzy ba­da­cze do­cho­dzi­li do wnio­sku, że owym mrocz­nym la­bi­ryn­tem z le­gen­dy był sam pałac w Knos­sos. Po raz dru­gi bu­dow­la zo­stała znisz­czo­na około 1450 roku p.n.e. przez, jak pier­wot­nie sądzo­no, wiel­kie trzęsie­nie zie­mi.

Wy­da­je się, że życie zwykłego miesz­kańca mi­noj­skiej Kre­ty nie było zbyt ciężkie. W mu­zeum w He­ra­klio­nie znaj­du­je się ce­ra­micz­ny mo­del, który przed­sta­wia rzędy domów usy­tu­owa­nych w mieście poniżej pałacu, ma­lo­wa­nych na żywe ko­lo­ry. Kre­teńczy­cy gra­li w gry plan­szo­we (ro­dzaj war­cabów), przed do­ma­mi pie­kli mięso na węglach drzew­nych. Co zamożniej­si mie­li let­nie po­siadłości na wsi.

Główne kom­plek­sy pałaco­we od­na­le­zio­ne do tej pory na Kre­cie znaj­dują się w Knos­sos, Faj­stos, Ma­lii i Káto Zákros. To ostat­nie jest pięć razy mniej­sze od Knos­sos. Wy­da­je się, że większość bu­dynków roz­pla­no­wa­no w zgo­dzie z ota­czającym je kra­jo­bra­zem. Pew­ne trud­ności stwa­rza określe­nie cza­su, w którym po­wstały. Pod­stawą jed­ne­go z sys­temów da­to­wa­nia jest rozwój ar­chi­tek­tu­ry pałaco­wej, według której dzie­li się cy­wi­li­zację mi­nojską na okre­sy: przed­pałaco­wy, pro­to­pałaco­wy, neo­pałaco­wy i post­pałaco­wy.

Ale na tym nie ko­niec. Czy­tając książkę pro­fe­so­ra Ale­xiou, od­kryłem, że egip­ski Król Słońce, Ech­na­ton, po­sia­dał wie­le okazów kre­teńskiej ce­ra­mi­ki i umieścił je w swo­im pałacu w Tell el-Amar­na. Płynące stąd wnio­ski były dla mnie szo­kujące. Oto pro­fe­sor Ale­xiou, wy­bit­ny spe­cja­li­sta w swo­jej dzie­dzi­nie, po­wia­da, że Mi­noj­czy­cy nie tyl­ko podróżowa­li do sta­rożyt­ne­go Egip­tu, lecz także handlowa­li z fa­ra­ona­mi (zob. pierw­sza sek­cja ilu­stra­cji ko­lo­ro­wych):

Ar­ty­stycz­ne przed­sta­wie­nia Kre­teńczyków, sław­nych Ke­ftiu, jak na­zy­wa­li ich Egip­cja­nie, niosących rhy­to­ny o kształtach zoo­mor­ficz­nych (ry­tu­al­ne na­czy­nia używa­ne do li­ba­cji) i inne dzieła sztu­ki ty­po­we dla okre­su neo­pałaco­we­go, jako dary z Kre­ty, zdo­bią gro­bow­ce dy­gni­ta­rzy tej sa­mej dy­na­stii. I wresz­cie frag­men­ty ce­ra­mi­ki [kre­teńskiej] z okre­su post­pałaco­we­go [1400–1100 p.n.e.] zna­le­zio­ne w pałacu Ami­no­phi­sa IV w Amar­nie (za­miesz­ki­wa­ne­go od 1355 roku p.n.e.) umożli­wiają określe­nie początków epo­ki post­pałaco­wej oraz daty znisz­cze­nia pałacu [w Faj­stos], po­nie­waż po­dobną ce­ra­mikę od­kry­to wśród jego ruin.

W ciągu mi­nio­nych dwu­dzie­stu lat, od chwi­li gdy w 1988 roku roz­począłem zbie­ra­nie ma­te­riałów do mo­jej pierw­szej pu­bli­ka­cji, 1421, nic nie za­sko­czyło mnie bar­dziej niż do­wo­dy ist­nie­nia stałej wy­mia­ny han­dlo­wej drogą morską między Kretą i Egip­tem w la­tach 1991–1400 p.n.e., przed­sta­wio­ne przez pro­fe­so­ra Ale­xiou. W swo­jej książce wy­sunąłem tezę, że to Chińczy­cy byli pierw­szy­mi żegla­rza­mi, którzy opłynęli świat – w 1421 roku n.e.! Jed­nak świa­dec­twa han­dlu trans­kon­ty­nen­tal­ne­go wie­le stu­le­ci wcześniej, i to przed na­ro­dzi­na­mi Chry­stu­sa, rzu­ciły zupełnie nowe światło na moją – właśnie przy­go­to­wy­waną – pracę o wy­pra­wach Chińczyków do Ame­ry­ki. Według sta­ran­nie zba­da­nych i po­twier­dzo­nych do­ku­mentów ar­che­olo­gicz­nych Minojczy­cy żeglo­wa­li da­le­ko od ro­dzi­mych wy­brzeży. W do­dat­ku, jak po­wie­dział z dumą nasz prze­wod­nik, byli także pierw­si w in­nej ważnej dzie­dzi­nie: wy­na­leźli pi­smo. To twier­dze­nie wydało mi się nie­praw­do­po­dob­ne. Czy to nie Egip­cja­nie albo Su­me­ro­wie byli pierw­si?

Kie­dy zadałem mu to py­ta­nie, prze­wod­nik z dumą wska­zał na ma­te­riały, które trzy­mał w ręku: nie­co po­gnie­cio­ne bro­szu­ry z ilu­stra­cja­mi. Zo­ba­czyłem na nich fo­to­gra­fię oso­bli­wie wyglądającego czer­wo­ne­go półmi­ska ce­ra­micz­ne­go po­kry­te­go wyraźnymi białymi zna­ka­mi. Na­czy­nie sta­no­wiło za­gadkę i nie przy­po­mi­nało ni­cze­go, co wcześniej wi­działem. Wi­docz­ne na nim zna­ki nie biegły od pra­wej do le­wej ani na­wet od le­wej do pra­wej jak pi­smo chińskie. Język ten za­pi­sa­no po spi­ra­li przy­po­mi­nającej la­bi­rynt.

To praw­dzi­wa za­gad­ka. Coś, cze­go nie po­tra­fi­my zro­zu­mieć. – Nasz prze­wod­nik powiódł pal­cem po ta­jem­ni­czych sym­bo­lach.

Jak się to na­zy­wa? – spy­tałem szcze­rze za­in­try­go­wa­ny.

Dysk z Faj­stos.

Wyjaśnił, że ta­jem­ni­cze li­te­ry albo słowa mogą być pierw­szym li­ne­ar­nym pi­smem w dzie­jach człowie­ka. Można by na­wet po­wie­dzieć, że sta­no­wią pier­wotną formę dru­ku, po­nie­waż sym­bo­le wyciśnięto w gli­nia­nej po­wierzch­ni półmi­ska przed jego wy­pa­le­niem około 1700 roku p.n.e. A za­tem miałem przed sobą ukry­ty język, za­gadkę hi­sto­rii za­pi­saną w kawałku ce­ra­mi­ki. Dysk mógł być klu­czem do zro­zu­mie­nia za­gi­nio­nej cy­wi­li­za­cji. „Ale do dziś po­zo­stał całko­wi­cie nie­czy­tel­ny, na­wet dla eks­pertów” – po­wie­dział nasz prze­wod­nik. Przyj­rzaw­szy się bliżej, zo­rien­to­wałem się, że na po­wierzch­ni na­czy­nia znaj­du­je się 241 znaków. Niektóre pik­to­gra­my wyglądały po pro­stu jak kre­ski, a może były za­pi­sem liczb. Inne były dość oso­bli­we i wyglądały, jak­by miały ja­kieś zna­cze­nie sym­bo­licz­ne: ob­ra­zy ryb, owoców, a na­wet ludz­kiej głowy.

Dysk wy­ko­pa­no w 1903 roku w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu piw­nicz­nym, nie­da­le­ko po­zo­stałości „ko­mo­ry ar­chi­wum”, w północ­no-wschod­nim skrzy­dle apar­ta­mentów w Faj­stos. Kil­ka cen­ty­metrów od nie­go tra­fio­no na ta­bliczkę PH-1, która za­wie­ra pierw­szy od­kry­ty za­pis języka kre­teńskie­go. To pi­smo jest dziś zna­ne jako pi­smo li­ne­ar­ne A i, po­dob­nie jak dysk, nie pod­da­je się próbom od­czy­ta­nia, choć zna­ki te zna­le­zio­no od tam­tej pory na wie­lu in­nych obiek­tach ar­che­olo­gicz­nych w różnych miej­scach Kre­ty. Pi­smo li­ne­ar­ne A po raz pierw­szy za­sto­so­wa­no w Faj­stos i niektórzy spe­cja­liści uważają, że jest bli­sko spo­krew­nio­ne z pik­to­gra­fa­mi z dys­ku z Faj­stos. Ja­kie to nie­zwykłe: mieć w rękach klucz do za­gi­nio­nej cy­wi­li­za­cji i nie móc w żaden sposób go zro­zu­mieć. (Aby zo­ba­czyć, jak wygląda dysk z Faj­stos, por. pierwszą sekcję ilu­stra­cji ko­lo­ro­wych.)

Nie­po­koiło mnie jed­nak coś in­ne­go. Jeśli kul­tu­ra mi­noj­ska była tak roz­wi­nięta i po­dob­nie jak cy­wi­li­za­cja sta­rożyt­ne­go Egip­tu opie­rała się na wie­dzy i umiejętnościach ar­ty­stycz­nych – znała zarówno pi­smo, jak i druk oraz odwoływała się do re­ali­zmu w sztu­ce na wie­le stu­le­ci przed okre­sem kla­sycz­nej kul­tu­ry grec­kiej – to dla­cze­go świat wie o niej tak niewie­le? Na­su­wało się ko­lej­ne nie­uchron­ne py­ta­nie: co stało się z sa­my­mi Mi­noj­czy­ka­mi?

Dra­ma­tycz­na od­po­wiedź na to py­ta­nie udzie­lo­na przez na­sze­go prze­wod­ni­ka za­początko­wała moją nową wy­prawę ba­dawczą. Jak po­wie­dział, Faj­stos, tak jak sio­strza­ny pałac-mia­sto w Knos­sos i inne ośrod­ki kul­tu­ry mi­noj­skiej, zo­stały „znisz­czo­ne przez potężne trzęsie­nie zie­mi“. Wy­da­je się, że to społeczeństwo na­gle zniknęło z po­wierzch­ni zie­mi około 1450 roku p.n.e. Od cza­su pierw­szych wy­ko­pa­lisk w Knos­sos, w trak­cie których z żyznej zie­mi Kre­ty wyłoniły się szczątki tej nie­sa­mo­wi­tej cy­wi­li­za­cji, za­sta­na­wia­no się, co ta­kie­go stłumiło buj­ne życie tych eg­zo­tycz­nych miast, o tak im­po­nującej kul­tu­rze pałaco­wej, że stała się in­spi­racją dla mitów – za­cho­wa­nych przez sta­rożyt­nych Greków. Za­pragnąłem na­tych­miast do­wie­dzieć się cze­goś więcej na ten te­mat.

– Jest pan pe­wien, że to było trzęsie­nie zie­mi? – spy­ta­liśmy na­sze­go prze­wod­ni­ka. – Po­nie­waż w tej książce prze­czy­ta­liśmy, że wy­spa San­to­ryn, w sta­rożytności zna­na jako The­ra, położona około stu pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów od Kre­ty, zo­stała znisz­czo­na w tym sa­mym okre­sie przez wy­buch ogrom­ne­go wul­ka­nu, po­sta­no­wi­liśmy podążyć tym śla­dem.

2POD WUL­KA­NEM

Na Mo­rzu Egej­skim, sto pięćdzie­siąt ki­lo­metrów na północ od Kre­ty, leży wy­spa, na której, według nas, mogło kryć się wyjaśnie­nie, dla­cze­go kul­tu­ra mi­noj­ska na­gle zniknęła. Wy­ru­szy­liśmy więc na San­to­ryn, w cza­sach sta­rożyt­nych zna­ny jako The­ra.

Do­tar­liśmy na miej­sce wie­czo­rem, opóźnie­ni z po­wo­du sil­nych wiatrów północ­nych, które utrud­niały żeglugę. Mo­rze Śródziem­ne, zwy­kle spo­koj­ne i łagod­ne, po­tra­fi za­ska­ki­wać. W ciągu sześciu go­dzin przy wie­trze o sile trzy­dzie­stu węzłów tworzą się fale sięgające trzech metrów. Szczególnie gwałtow­ny jest mel­te­mi, który po­ja­wia się w po­rze let­niej, zupełnie nie­ocze­ki­wa­nie, i często jest przy­czyną cha­osu w połącze­niach pro­mo­wych i ru­chu statków (zob. mapa). Po tak męczącej podróży na­wet zwykła prze­jażdżka taksówką wy­da­wała się nam poważną eks­pe­dycją. Mimo zmęcze­nia obo­je z Mar­cellą – pod­eks­cy­to­wa­ni – pod­cho­dzi­liśmy do ko­lej­ne­go celu na­szej wy­pra­wy, ho­te­lu Apa­ne­mo, położone­go wy­so­ko na ska­li­stym cy­plu. Mimo nie­prze­nik­nio­nych ciem­ności wresz­cie zna­leźliśmy się u celu, na wy­spie, którą He­ro­dot, pierw­szy hi­sto­ryk w dzie­jach, na­zwał Kal­li­ste, czy­li Naj­piękniejszą.

Następne­go ran­ka po prze­bu­dze­niu z okien ho­te­lu uj­rze­liśmy wspa­niały wi­dok na la­gunę (zwaną kal­derą albo ko­ciołkiem), po­zo­stałość po kra­te­rze, który nie­gdyś znaj­do­wał się na środ­ku wy­spy. San­to­ryn leży w miej­scu szczególnie na­si­lo­nej ak­tyw­ności wul­kanów, w re­jo­nie zna­nym jako południo­wo­egej­ski łuk wul­kaniczny, i z na­szej ko­lo­ro­wej sy­pial­ni urządzo­nej w sty­lu grec­kim mo­gliśmy po­dzi­wiać następstwa burz­li­wej przeszłości The­ry. Pośrod­ku wy­spy roz­poście­ra się roz­legły kra­ter o roz­mia­rach sie­dem na dwa­naście ki­lo­metrów, oto­czo­ny z trzech stron stro­my­mi, ska­li­sty­mi zbo­cza­mi o wy­so­kości trzy­stu metrów. Po­wstała w ten sposób la­guna osiąga pra­wie czte­ry­sta metrów głębokości i sta­no­wi wyjątko­wo bez­piecz­ny port dla wszel­kie­go ro­dza­ju okrętów. Na jej środ­ku roz­ciągały się wy­sep­ki wul­kaniczne, Nea Ka­me­ni i Pa­lea Ka­me­ni, oraz dzielący je wąski pas wzbu­rzo­nej wody sma­ga­nej północ­ny­mi wia­tra­mi, które prześla­do­wały nas po­przed­nie­go dnia. W od­da­li do­strze­gliśmy dwa białe li­niow­ce pasażer­skie – z na­szej per­spek­ty­wy wyglądały jak połówki pudełka zapałek – wpływające na ciem­no­gra­na­to­we wody la­guny.

Swo­im kształtem wy­spa przy­po­mi­na dziś ogrom­ne, okrągłe, ciem­ne cia­sto owo­co­we, z którego ktoś wy­jadł cały śro­dek, po­zo­sta­wiając je­dy­nie obrzeże atra­men­to­wej gle­by ota­czającej cen­tralną la­gunę. Na zbo­czach, ni­czym lu­kro­wa­ne ozdo­by na tor­cie we­sel­nym, znaj­dują się gro­ma­dy białych wio­sek, przy­cup­niętych na ta­ra­sach opa­dających w stronę ska­li­ste­go kli­fu.

Tak się składało, że znałem tę la­gunę, tyle że, by tak rzec, od spodu. W la­tach sześćdzie­siątych byłem na­wi­ga­to­rem na łodzi pod­wod­nej „Na­rwhal” i przez dwa mie­siące na prośbę grec­kiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej wy­ko­ny­wa­liśmy pe­ry­sko­po­we fo­to­gra­fie tego ob­sza­ru.

Za­nu­rzo­na łódź pod­wod­na waży tyle co wy­par­ta przez nią woda. Ciężar tej wody zmie­nia się w zależności od jej tem­pe­ra­tu­ry i za­so­le­nia: im cie­plej­sza woda, tym lżej­sza musi być łódź. Aby za­cho­wać ste­row­ność łodzi, załoga utrzy­mu­je jej wagę na właści­wym po­zio­mie me­todą napełnia­nia lub opróżnia­nia zbior­ników wod­nych. W przy­pad­ku łodzi pod­wod­nej te zmia­ny nie muszą być wiel­kie. Po­trze­ba je­dy­nie czte­ry­stu pięćdzie­sięciu litrów wody, aby „Na­rwhal“ utrzy­my­wał od­po­wied­ni ciężar przy po­ru­sza­niu się z nie­wielką prędkością. (Cho­ciaż wy­por­ność „Na­rwhala“ w pełnym za­nu­rze­niu wy­no­siła trzy tysiące ton.)

Na dnie cen­tral­nej la­gu­ny do dziś znaj­dują się źródła wul­ka­nicz­ne oraz szcze­li­ny wy­plu­wające gorącą wodę i magmę do wód za­to­ki. Nie wie­dzie­liśmy, w jaki sposób ich ak­tyw­ność wpływa na tem­pe­ra­turę i za­so­le­nie wody, a tym sa­mym jaką jej ilość będzie­my mu­sie­li wy­pom­po­wy­wać, aby łódź pod­wod­na mogła po­su­wać się na głębokości pe­ry­sko­po­wej. Nie byliśmy także pew­ni, czy na­sze pom­py mają wy­star­czającą wy­daj­ność, aby sku­tecz­nie po­ra­dzić so­bie z wodą.

Pro­blem był tym poważniej­szy, że mie­liśmy przepływać po­nad gorącymi źródłami wul­ka­nicz­ny­mi. To zaś ozna­czało, że aby za­cho­wać równe za­nu­rze­nie, mu­sie­liśmy nie­ustan­nie kon­tro­lo­wać wa­run­ki. Kanał wiodący do la­gu­ny był cia­sny (acz­kol­wiek dla nas wy­star­czająco sze­ro­ki). W najwęższym miej­scu to głębo­kie wejście ma je­dy­nie sto osiem­dzie­siąt trzy me­try sze­ro­kości, czy­li jest mniej więcej równe długości pro­mu. Głębokość wy­no­siła tu jed­nak pra­wie trzy­sta pięć metrów, a więc bez tru­du zmieściliśmy się pod przepływającymi pro­ma­mi.

Po prze­pro­wa­dze­niu re­ko­ne­san­su popłynęliśmy z po­wro­tem na Za­kin­tos. Na tam­tej­szej plaży po za­cho­dzie słońca spo­tka­liśmy kil­ko­ro grec­kich dziewcząt, które za­mie­rzały po­ka­zać nam miej­sca, gdzie żółwie wy­chodzą na brzeg, aby się pa­rzyć i składać jaja. Po­tem tańczy­liśmy przy świe­tle księżyca. Ten cu­dow­ny wieczór był, muszę przy­znać, moim naj­trwal­szym wspo­mnie­niem z The­ry.

O całej resz­cie za­po­mniałem na po­nad czter­dzieści lat.

Wszyst­ko to miało się jed­nak zmie­nić. Przy śnia­da­niu złożonym z mio­du pożyw­ne­go jo­gur­tu właści­ciel ho­te­lu opo­wie­dział nam o nie­zwykłym mieście leżącym pod po­wierzch­nią dzi­siej­sze­go San­to­ry­nu. Ru­iny od­kry­to dzięki de­ter­mi­na­cji jed­ne­go człowie­ka, grec­kie­go ar­che­olo­ga, pro­fe­so­ra Spy­ri­do­na Ma­ri­na­to­sa. Ba­dacz wcześniej zdążył po­znać Kretę tak do­brze, że w la­tach trzy­dzie­stych do­ko­nał jed­ne­go z naj­ważniej­szych zna­le­zisk na wy­spie – w ja­ski­ni Ar­ka­lo­cho­ri. Zna­lazł tam bez­cen­ny skarb – wy­ro­by z brązu i oręż, w tym Ar­ka­lo­cho­ri – je­den z najsławniej­szych to­porów, im­po­nującą ofiarę wo­tywną. Uznałem, że to in­try­gujące. Broń w cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych mu­siała być kosz­tow­na. Cze­mu za­tem leżała bezużytecz­nie?

Przez lata Ma­ri­na­tos miał prze­czu­cie, że na San­to­ry­nie kry­je się sta­rożytne mia­sto, po­chodzące z tego sa­me­go okre­su co pałace na Kre­cie. Ma­ri­na­tos był na­tchnio­nym ar­che­olo­giem. W trak­cie swo­jej długiej i fa­scy­nującej ka­rie­ry pro­wa­dził pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w najsław­niej­szych miej­scach, ta­kich jak Ma­ra­ton i Ter­mo­pi­le. Idąc śla­dem Schlie­man­na i in­nych uczo­nych, po­dej­mo­wał także ba­da­nia w cy­ta­de­li w My­ke­nach po­chodzącej z epo­ki brązu, ale od­kry­cie The­ry było z pew­nością naj­wspa­nial­szym wy­da­rze­niem w jego życiu.

Do tego nie­zwykłego zna­le­zi­ska przy­wiodło go dość przy­pad­ko­we spo­strzeżenie. Według po­wszech­nie przyj­mo­wa­nej kon­cep­cji pałace i mia­sta na Kre­cie legły w gru­zach wsku­tek trzęsie­nia zie­mi, jed­nak pew­ne­go dnia, pod­czas prac wy­ko­pa­li­sko­wych w pew­nej wil­li, pro­fe­sor uświa­do­mił so­bie, że całe wnętrze tego domu jest wypełnio­ne pu­mek­sem. Coś ta­kie­go nie mogło być wy­ni­kiem trzęsie­nia zie­mi. Ma­ri­na­tos pro­wa­dził ba­da­nia ar­che­olo­gicz­ne w Am­nis­sos, mi­noj­skim mieście por­to­wym położonym na północ od Knos­sos, które znaj­du­je się dokład­nie na południe od sta­rożyt­nej The­ry i jej wul­ka­nu. Spoglądając w zupełnie nowy sposób na to miej­sce, ba­dacz zo­rien­to­wał się, że ka­mien­ne blo­ki są dość cha­otycz­nie roz­rzu­co­ne, jak gdy­by ustąpiły pod na­po­rem ogrom­nej masy wody, a jed­no­cześnie pu­meks był zmie­sza­ny z pia­skiem z plaży, jak­by wszyst­ko ra­zem zo­stało wy­rzu­co­ne w po­wie­trze. W re­zul­ta­cie uznał więc, że teo­ria o trzęsie­niu zie­mi jest błędna. Patrząc na świa­dec­twa ar­che­olo­gicz­ne, które miał przed sobą, rze­czy­wiście pomyślał o nisz­czy­ciel­skim żywio­le, ale zupełnie in­nym niż trzęsie­nie zie­mi. Ta de­struk­cyj­na siła mu­siała na­dejść od stro­ny mo­rza.

Ma­ri­na­tos do­szedł także do wnio­sku, że wil­la i ota­czające ją mia­sto zo­stały zruj­no­wa­ne w ciągu kil­ku mi­nut, pod­czas nagłej ka­ta­stro­fy – przy­po­mi­nającej los, jaki stał się udziałem sta­rożyt­nych Pom­pejów. To rzym­skie mia­sto po­grze­bał wy­buch We­zu­wiu­sza w 79 roku n.e., tak potężny, że pod­czas erup­cji znacz­ne ob­sza­ry Eu­ro­py po­kryły się duszącą warstwą pyłu wul­ka­nicz­ne­go.

Ma­ri­na­tos wie­dział, że na San­to­ry­nie/The­rze około 1450 roku p.n.e. nastąpiła potężna erup­cja wul­ka­nu. In­stynkt ar­che­olo­ga pod­po­wia­dał mu, że może tam na­po­tkać istot­ne zna­le­zi­sko, po­chodzące mniej więcej z tego sa­me­go okre­su co Knos­sos. Pra­ce przy­go­to­waw­cze zajęły mu dzie­sięcio­le­cia, ale gdy wresz­cie zaczął kopać na obrzeżach współcze­sne­go mia­sta Akro­ti­ri, gdzie właśnie byliśmy z Mar­cellą, jego cier­pli­wość zo­stała na­gro­dzo­na nie­mal na­tych­miast. Przy po­mo­cy jed­ne­go z miesz­kańców, który do­brze znał oko­licz­ne pola, tra­fił na praw­dziwą ar­che­olo­giczną perłę.

Prze­ko­py­wa­nie się przez licz­ne war­stwy pu­mek­su to zajęcie nie­by­wa­le żmud­ne i wy­ma­gające pre­cy­zji. Jed­nak nic nie mogło po­wstrzy­mać Ma­ri­na­to­sa, za­cho­wy­wał się jak człowiek ogar­nięty gorączką. Zaczął kopać dokład­nie tam, gdzie trze­ba: w miej­scu, w którym war­stwa pu­mek­su jest bar­dzo cien­ka – ma za­le­d­wie pięć metrów. Po­dob­nie jak było w przy­pad­ku Schlie­man­na i sta­rożyt­nej Troi, prze­czu­cie nie za­wiodło ba­da­cza: oka­zało się, że Ma­ri­na­tos miał stu­pro­cen­tową rację. Od­krył za­gi­nio­ne mia­sto.

***

Po śnia­da­niu usie­dliśmy na mur­ku na­grza­nym od słońca i prze­czy­ta­liśmy, co pro­fe­sor Do­umas, kie­rujący pra­ca­mi wy­ko­pa­li­sko­wy­mi, ma do po­wie­dze­nia na te­mat wul­ka­nu i San­to­ry­nu. Kie­dyś wy­spa nosiła nazwę Stron­gi­li, czy­li Okrągła, jed­nak ko­lej­ne wy­bu­chy wul­kanów spra­wiły, że jej kształt zmie­nił się w ro­ga­lik. Później zdo­byw­cy ze sta­rożyt­nej Spar­ty nada­li jej nazwę The­ra. Według pro­fe­sora Do­umasa:

w ciągu ostat­nich czte­ry­stu tysięcy lat na wy­spie doszło do po­nad stu erup­cji, a każda z nich po­zo­sta­wiała na jej po­wierzch­ni ko­lejną warstwę zie­mi i skał, co spra­wiało, że [wy­spa] sta­wała się co­raz większa. Ostat­ni z tych praw­dzi­wie ka­ta­stro­fal­nych wy­buchów nastąpił 3600 lat temu.

Czy­tając da­lej, uświa­do­mi­liśmy so­bie, że pod na­szy­mi sto­pa­mi kry­je się praw­dzi­wy cud – i że Ma­ri­na­tos zna­lazł całe za­gi­nio­ne mia­sto. Jego dzie­je sięgały co naj­mniej 1450 roku p.n.e., roku, w którym – jak się uważa – nastąpiła erup­cja wul­ka­nu. Lo­gicz­nie rzecz biorąc, sta­rożytne mia­sto, po­grze­ba­ne obec­nie pod war­stwa­mi po­piołu wul­ka­nicz­ne­go, mu­siało więc ist­nieć mniej więcej w tym sa­mym cza­sie co pałac w Faj­stos. To zdu­mie­wające: dwie tak wy­so­ko roz­wi­nięte cy­wi­li­za­cje, położone za­le­d­wie o sto dzie­więćdzie­siąt ki­lo­metrów od sie­bie, przeżywały okres roz­kwi­tu w cza­sach uzna­wa­nych za pre­hi­sto­rycz­ne.

Wówczas obo­je z Mar­cellą byliśmy je­dy­nie tu­ry­sta­mi. Nie miałem za­mia­ru pisać o Kre­cie czy The­rze. Na­sze za­in­te­re­so­wa­nie tą wyspą wy­ni­kało z czy­stej radości, jaką dawało podążanie tro­pem za­gad­ki z od­ległej przeszłości. Nie­ste­ty, dzi­siaj nie można od­wie­dzać ruin pod­ziem­ne­go świa­ta, który wi­dział Ma­ri­na­tos. Do tej pory odsłonięto za­le­d­wie jedną trze­cią tego ob­sza­ru i sta­no­wi­sko ar­che­olo­gicz­ne wciąż jest uważane za nie­bez­piecz­ne ze względu na groźbę osu­wa­nia się skał. Ale od właści­cie­la na­sze­go ho­te­lu do­wie­dzie­liśmy się, że część fresków zna­le­zio­nych pod zie­mią zo­stała od­re­stau­ro­wa­na i znaj­du­je się w mu­zeum miej­skim. Następne­go ran­ka po­szliśmy je obej­rzeć. Po tej wi­zy­cie po­rzu­ciłem wszyst­kie pra­ce nad książką, którą się wte­dy zaj­mo­wałem, i całko­wi­cie oddałem się fa­scy­na­cji sta­rożytną za­gadką, jaka zaczęła się przede mną odsłaniać.

Fre­ski po­grze­ba­ne pod warstwą lawy wul­ka­nicz­nej są tak re­ali­stycz­ne, jak­by ma­lo­wa­no je z na­tu­ry, w ja­snych, ciepłych bar­wach; de­li­katną kreską, za­ska­kująco wier­nie od­dają rze­czy­wi­stość żyznej wy­spy porośniętej bo­gatą roślin­nością i za­miesz­ka­nej przez dziką zwie­rzynę. W tym na­ma­lo­wa­nym raju żyli także lu­dzie: byli piękni, wie­dli wy­kwint­ne i wy­god­ne życie. Obo­je z Mar­cellą zakłada­liśmy, że trzy tysiące lat temu człowiek nie szu­kał roz­ry­wek, a je­dy­nie wal­czył o prze­trwa­nie.

Kie­dy myślimy o epo­ce brązu, zwy­kle wy­obrażamy so­bie po­nu­rych „pre­hi­sto­rycz­nych” mężczyzn i ko­bie­ty, odzia­nych w skóry zwierząt, bijących się na­wza­jem pałkami i lepiących się od bru­du. Tym­cza­sem tu, na środ­ku Mo­rza Śródziem­ne­go, ist­niało bar­dzo zamożne, roz­wi­nięte społeczeństwo. Jego człon­ko­wie nie przy­po­mi­na­li lu­dzi ja­ski­nio­wych, na­wet jeśli uwzględni­my kult, ja­kim ota­cza­li byka. Właści­wie wszyst­ko wyglądało tu wspa­nia­le. Lu­dzie przed­sta­wie­ni na fre­skach byli co naj­mniej efek­tow­ni. Ko­bie­ty miały wąskie, do­pa­so­wa­ne suk­nie, roz­cięte do ta­lii tak, by odsłaniały pier­si, po­dob­nie jak na ma­lo­widłach w Knos­sos. Mężczyźni byli przy­stoj­ni i atle­tycz­nie zbu­do­wa­ni, o długich kończy­nach; wszy­scy no­si­li biżute­rię, mnóstwo biżute­rii: kol­czy­ki, opa­ski na ra­mio­na i na­szyj­ni­ki. Po­dob­nie jak na Kre­cie, po­ziom życia był tu nie­porówny­wal­ny z in­ny­mi cy­wi­li­za­cja­mi. Miesz­kańcy The­ry po­sia­da­li fon­tan­ny, to­a­le­ty spłuki­wa­ne wodą i wan­ny. Domy z czer­wo­ne­go i białego ka­mie­nia, roz­lo­ko­wa­ne sta­ran­nie na zbo­czach wzgórz, wy­da­wały się le­piej zbu­do­wa­ne i z pew­nością sub­tel­niej zdo­bio­ne niż współcze­sne li­che, małe „kloc­ki”.

Za­sta­na­wia­liśmy się, kim byli ci lu­dzie i dla­cze­go ich fre­ski tak bar­dzo przy­po­mi­nają te kre­teńskie. Kie­dy za­uważyłem ogrom­ny phi­tos, czy­li am­forę do prze­cho­wy­wa­nia żywności – do złudze­nia przy­po­mi­nającą na­czy­nia z Faj­stos – uświa­do­miłem so­bie, że Therę mu­siały łączyć bar­dzo sil­ne związki z Mi­noj­czy­ka­mi. Zna­le­zio­no tu­taj tysiące odłamków sub­tel­nej ce­ra­mi­ki w sty­lu kre­teńskim, jak piszą eks­per­ci: „naj­wyższej, pałaco­wej jakości”, używa­nej za­pew­ne pod­czas ry­tuałów1.

Czy i ta cy­wi­li­za­cja zo­stała stwo­rzo­na przez Mi­noj­czyków? Na­wet ja, laik, do­strze­gałem sil­ne po­do­bieństwa kul­tu­ry, sztu­ki i ar­chi­tek­tu­ry na The­rze i na Kre­cie. Miesz­kańcy The­ry, po­dob­nie jak Mi­noj­czy­cy z Kre­ty, prze­ja­wia­li upodo­ba­nie do spek­ta­kli, mu­zy­ki, świąt i za­ba­wy. Związki łączące obie wy­spy do­ty­czyły także sfe­ry du­cho­wości. Zarówno na The­rze, jak i na Kre­cie czcią re­li­gijną ota­cza­no byka; tak samo zna­mien­ny był tu­tej­szy kult bóstw ko­bie­cych. Sama na­zwa „Kre­ta” ma według ety­mo­logów związek ze słowem ozna­czającym w dzi­siej­szym języku grec­kim „silną bo­gi­nię”. Wy­da­je się, że w Knos­sos każdy ko­lej­ny król, czy­li mi­nos, poślu­biał kapłankę kul­tu Księżyca2. I w Faj­stos, i w Knos­sos ko­bie­ty – tak jak mężczyźni – były dość oka­załej po­stu­ry. Na sław­nym ma­lo­wi­dle z Knos­sos, wy­obrażającym atletów skaczących przez byka, zwierzę trzy­ma dwo­je dziewcząt. W the­rańskiej sztu­ce również przed­sta­wia­no ko­bie­ty jako ważne po­sta­cie – jak się wy­da­je – spra­wujące władzę.

Prze­szliśmy do następnej se­rii fresków. Na­szym oczom uka­zały się praw­dzi­wie zdu­mie­wające pre­hi­sto­rycz­ne ma­lo­widła na ścia­nach, podłogach i wa­zach: płynne, giętkie li­nie wypełnio­ne barwą i życiem. Co ważniej­sze, pięknie na­ry­so­wa­ne i bo­ga­to zdo­bio­ne ob­ra­zy były równie re­ali­stycz­ne, jak ob­ra­zy, które oglądaliśmy na Kre­cie: dwaj bok­sujący się młodzieńcy, dziewczęta zbie­rające sza­fran z kwiatów, na­sto­let­ni chłopiec niosący rybę. Ma­lo­widła ścien­ne dawały nam wy­ra­zi­sty ob­raz co­dzien­ne­go życia: byki ści­gające widzów, jaskółki krążące na nie­bie, mo­ty­le prze­la­tujące między kwia­ta­mi drzew owo­co­wych. Kie­dy przyj­rze­liśmy się ma­lo­widłom bliżej, za­uważyliśmy bar­dziej eg­zo­tycz­ne ob­ra­zy: lwy rzu­cające się na je­le­nia, sta­do de­li­kat­nych an­ty­lop, oryksów, go­to­we do uciecz­ki. Na fre­skach były zwierzęta, które nig­dy nie za­miesz­ki­wały The­ry, afry­kańskie lwy i małpy, oryk­sy z Półwy­spu Arab­skie­go. Skąd po­cho­dziły te obce wpływy w miej­sco­wej sztu­ce? W pyle wul­ka­nicz­nym zna­le­zio­no okaz żuka ty­to­nio­we­go – żyjącego przed 1450 ro­kiem p.n.e. – wy­wodzącego się z ob­sza­ru Ame­ry­ki.

W miarę ogląda­nia ko­lej­nych eks­po­natów na­bie­ra­liśmy prze­ko­na­nia, że nie tyl­ko sztu­ka z The­ry przy­po­mi­nała nam sta­rożytną Kretę. Miesz­kańców obu wysp mu­siały łączyć ścisłe związki. Wie­le ar­ty­kułów co­dzien­ne­go użytku znaj­dujących się w tu­tej­szym mu­zeum sta­no­wiło dokładną kopię tego, co wi­dzie­liśmy na Kre­cie. Oczy­wiście za­wsze można po­wie­dzieć, że mi­ska do zupy to tyl­ko mi­ska do zupy: w każdym kra­ju wygląda tak samo. Przed­mio­ty te są po­dob­ne, po­nie­waż spełniają tę samą funkcję. Ale związki między obie­ma wy­spa­mi do­strze­gają także spe­cja­liści w dzie­dzi­nie hi­sto­rii sztu­ki i ar­che­olo­gii. Mówią na­wet o na­ro­dzi­nach ku­chen­ne­go „ze­sta­wu stołowe­go”, który właśnie tu­taj się upo­wszech­nił – zresztą tak jak na oko­licz­nych wy­spach3.

O ile styl dzieł sztu­ki z The­ry i Kre­ty zdra­dzał po­kre­wieństwo, o tyle po­do­bieństwa między wy­two­ra­mi rze­miosła z tych wysp, ta­kich jak za­pin­ki, szpil­ki, były wręcz ude­rzające. Ogarnęło nas nie­od­par­te wrażenie, że osiągnięcia miesz­kańców The­ry w sztu­ce i inżynie­rii sta­no­wiły nie­mal dokładne od­bi­cie tego, co wi­dzie­liśmy na dru­giej wy­spie. Ana­lo­gicz­nie do bu­dynków na Kre­cie, wśród tu­tej­szych domów wykłada­nych ka­mien­ny­mi cio­sa­mi znaj­do­wały się piękne, trzy­kon­dy­gna­cyj­ne re­zy­den­cje. Także tech­no­lo­gia obróbki me­ta­lu osiągnęła na The­rze skalę i po­ziom za­awan­so­wa­nia równie im­po­nujące, jak na Kre­cie.

We wszyst­kich trzech miej­scach – w Knos­sos, w Faj­stos, a także, jak miałem się prze­ko­nać, na The­rze – wzno­szo­no wy­kwint­ne pałace z mar­mu­ro­wy­mi podłoga­mi. Prze­strzeń, światło, swo­bo­da – zwy­kle nie tak wy­obrażamy so­bie życie w cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych. Na The­rze do­strze­gliśmy wszyst­kie cha­rak­te­ry­stycz­ne ce­chy ar­chi­tek­tu­ry sta­rożyt­nej Kre­ty – szy­by umożli­wiające dopływ światła do dol­nych kon­dy­gna­cji, ta­ra­sy, cen­tral­ny dzie­dzi­niec, wan­ny wto­pio­ne w po­sadzkę oraz ogro­dy na ta­ra­sach zdo­bio­nych por­ty­ka­mi. Otwar­te we­ran­dy i oka­załe scho­dy spra­wiały, że życie na tej ciepłej i przy­ja­znej wy­spie mu­siało być wy­god­ne i przy­jem­ne. Miesz­kańcy ko­rzy­sta­li ze świeżej wody bieżącej, zarówno gorącej, jak i zim­nej, i mie­li na­wet od­po­wied­nik dzi­siej­szej kli­ma­ty­za­cji. Jak pisał je­den ze znawców kul­tu­ry kre­teńskiej, Mal­colm H. Wie­ner:

Jeśli weźmie­my pod uwagę wszyst­kie ro­dza­je świa­dectw roz­pa­try­wa­nych w kon­tekście mi­noj­skiej potęgi po­li­tycz­nej, zamożności, wiel­kości po­pu­la­cji, sie­ci han­dlo­wych oraz eks­pan­sji w okre­sie neo­pałaco­wym, zarówno na sa­mej Kre­cie, jak i poza jej gra­ni­ca­mi, wy­da­je się, że znaczącą obec­ność Mi­noj­czyków i ich po­tomków na The­rze należy uznać za rzecz pewną. Być może początko­wo przy­by­wa­li po­je­dyn­czo albo założyli en­klawę w okre­sie pro­to­pałaco­wym, po czym ich li­czeb­ność wzrosła w następstwie dal­szej emi­gra­cji i wcho­dze­nia w związki małżeńskie z miej­scową lud­nością.4

A jed­nak nie miałem cza­su na to, by w pełni prze­myśleć za­ska­kujące kon­se­kwen­cje tego fak­tu, po­nie­waż, jak się oka­zało, do­pie­ro mie­liśmy zo­ba­czyć ten naj­bar­dziej nie­zwykły z fresków. Kie­dy ra­zem z Mar­cellą we­szliśmy do ga­le­rii poświęco­nej zna­le­zi­skom z sali nu­mer 5 w Domu Za­chod­nim, mu­sie­liśmy prze­trzeć oczy ze zdu­mie­nia.

Uj­rze­liśmy sta­rożytną flotę przy­bi­jającą do por­tu. Ob­raz, przez tysiące lat ukry­ty pod warstwą po­piołu wul­ka­nicz­ne­go, za­cho­wał się w sta­nie ide­al­nym. Jego bar­wy wy­da­wały się tak ciepłe i świe­tli­ste, jak­by farbę nałożono za­le­d­wie przed kil­ko­ma dnia­mi.

Oto na­sto­let­ni chłopcy, krzycząc do swo­ich przy­ja­ciół, biegną przez miejską bramę, wzdłuż cien­kie­go pasa zie­mi między mo­rzem a mu­ra­mi mia­sta. Z okien i bal­konów wyglądają ko­bie­ty, być może mat­ki i żony żegla­rzy – jed­na z nich ma u boku małego syn­ka. Po zbo­czu biegnącym od plaży wspi­nają się ry­ba­cy, żeby do­trzeć na szczyt wzgórza i stamtąd ogarnąć spoj­rze­niem okręty podpływające do na­brzeża. Powrót flo­ty do domu sta­no­wił zwieńcze­nie ja­kiejś hi­sto­rii. Ale jaka to była opo­wieść? Zacząłem się za­sta­na­wiać. (Wspa­niały fresk przed­sta­wiający flo­tyllę okrętów z The­ry można obej­rzeć w pierw­szej sek­cji ilu­stra­cji ko­lo­ro­wych.)

Po­czu­liśmy się, jak gdy­byśmy uj­rze­li mo­ment za­trzy­ma­ny w cza­sie; ni­czym na fo­to­gra­fii uka­zującej flotę z epo­ki brązu, która wygląda dokład­nie tak jak w chwi­li, gdy przy­bi­jała do brze­gu trzy i pół tysiąca lat temu. Pomyślałem, że z pew­nością jest to naj­star­szy ist­niejący wi­ze­ru­nek eu­ro­pej­skich okrętów.

Ob­raz statków przy­wiódł mi na myśl Faj­stos. Zacząłem po­spiesz­nie przeglądać prze­wod­nik. Mi­noj­skie na­czy­nia, zwłasz­cza te czar­no-kre­mo­wo-po­ma­rańczo­we, zna­ne jako wazy Ka­ma­res, występowały na licz­nych sta­no­wi­skach ar­che­olo­gicz­nych w Egip­cie; naj­ważniej­sze z nich da­to­wa­no na cza­sy XII dy­na­stii.

Ce­ra­mi­ka Mi­noj­czyków mu­siała do­cie­rać do Egip­tu właśnie na pokładzie ta­kich statków, ja­kie wi­dzie­liśmy przed sobą. Oglądane przez nas fre­ski znaj­do­wały się nie­gdyś na ścia­nach zdu­mie­wającej po­siadłości od­ko­pa­nej przez Ma­ri­na­to­sa. (Zda­niem ar­che­ologów dom należał do ja­kiegoś ad­mi­rała.) Ale jeśli Mi­noj­czy­cy rze­czy­wiście mie­li do tego stop­nia roz­bu­do­waną struk­turę do­wo­dze­nia – z ofi­ce­ra­mi i wyższy­mi dowódca­mi – jak bar­dzo była roz­wi­nięta ich sztu­ka żeglar­ska?

Czy lu­dzie żyjący w la­tach 2700–1400 p.n.e. na­prawdę zbu­do­wa­li pierw­sze stat­ki oce­anicz­ne, łado­wa­li na nie cen­ne to­wa­ry i podążali szla­ka­mi han­dlu między­na­ro­do­we­go? A jeśli ośrod­ki w Knos­sos, Faj­stos i na The­rze, dwu wy­spach od­dzie­lo­nych za­le­d­wie kil­ku­dzie­sięcio­ma mi­la­mi mor­ski­mi, sta­no­wiły główne cen­tra znacz­nie roz­le­glej­szej cy­wi­li­za­cji?

Jeżeli Mi­noj­czy­cy tak do­sko­na­le opa­no­wa­li umiejętność bu­do­wy okrętów, mo­gli roz­sze­rzać swo­je wpływy, żeglując dokład­nie na ta­kich stat­kach, ja­kie oglądaliśmy na fre­skach. Myśl o flo­cie han­dlo­wej czy na­wet mor­skiej potędze mi­li­tar­nej wy­da­wała mi się sen­sow­na. Cóż in­ne­go mogło two­rzyć siłę napędową tej wspa­niałej i wy­ra­fi­no­wa­nej kul­tu­ry? Jeśli coś mogło sta­no­wić źródło luk­su­su, ja­kim bez wątpie­nia cie­szy­li się miesz­kańcy tych miast, to je­dy­nie ożywio­ny han­del między­na­ro­do­wy.

***

W każdym ra­zie uznałem to za całko­wi­cie możliwe. Przy­najm­niej trzy z ośmiu żaglowców z „fre­sku ad­mi­rała” wyglądały tak, jak gdy­by mogły przepłynąć przez oce­an. Ma­lo­widło jest tak szczegółowe i re­ali­stycz­ne, że można na­wet po­li­czyć wiosła na pokładach statków, domyślić się, ja­kie­go ro­dza­ju żagli na nich używa­no (i o ja­kiej sku­tecz­ności) oraz osza­co­wać, w ja­kiej mie­rze nada­wały się one do żeglu­gi pełno­mor­skiej. Zwłasz­cza roz­mia­ry jed­ne­go z okrętów, z ka­biną przy ste­rze, wska­zują na to, że należał do ad­mi­rała. Wyjaśnia to cen­tralną po­zycję tej jed­nost­ki na fre­sku zdo­biącym ścia­ny wspa­niałego domu, który był własnością tego dowódcy.

Przed tysiącami lat po­miesz­cze­nie nu­mer 5 było za­pew­ne pięknie zdo­bioną salą re­cep­cyjną. Za­nim nastąpiła ka­ta­stro­fa, z jego okien roz­ciągał się wi­dok na mo­rze i im­po­nujące, sze­ro­kie scho­dy. Po­sta­no­wiłem, na własny użytek, na­zwać tę salę „salą ba­lową”. Można so­bie wy­obra­zić taką scenę: ko­bie­ty i mężczyźni świętują powrót ma­ry­na­rzy do domu, zwy­cięstwo albo jakąś inną spe­cjalną okazję. Gdy przed ucztą goście gro­madzą się, aby się cze­goś napić, po­dzi­wiają ob­raz przed­sta­wiający flotę. Nie­wy­klu­czo­ne, że z okien widzą stat­ki za­ko­twi­czo­ne w za­to­ce poniżej – wresz­cie do­tarły do domu po długiej, nie­bez­piecz­nej wy­pra­wie.

FRESK PRZED­STA­WIAJĄCY FLOTĘ

Te piękne ma­lo­widła, zna­ne jako fre­ski mi­nia­tu­ro­we, po­ka­zują wspa­niałą pro­cesję statków, płynących między dwo­ma nad­brzeżnymi mia­sta­mi. Na dzio­bach okrętów znaj­dują się ga­lio­ny; mogą to być rzeźby po­ma­lo­wa­ne w taki sposób, aby przy­po­mi­nały lwy i lam­par­ty, ale równie do­brze mogą to być praw­dzi­we skóry zwierzęce. Na fre­skach wid­nieją także pod­eks­cy­to­wa­ni miesz­kańcy mia­sta oraz gir­lan­dy udra­po­wa­ne wokół okrętów trium­fal­nie wpływających do por­tu. Każdy szczegół wy­da­je się tak rze­czy­wi­sty, że zacząłem się za­sta­na­wiać, czy au­to­rom nie cho­dziło o jak naj­wier­niej­sze od­da­nie rze­czy­wi­stości tam­tych czasów, a tym sa­mym – czy nie dałoby się od­na­leźć praw­dzi­wych na­brzeży por­to­wych, które na nich na­ma­lo­wa­no.

Przez dzie­sięć lat pływałem na łodziach pod­wod­nych jako na­wi­ga­tor, a następnie ka­pi­tan, wy­ko­nując fo­to­gra­fie pe­ry­sko­po­we, aby na ich pod­sta­wie sporządzać mapy. Za­sto­so­wałem tę wiedzę do ob­sza­ru wy­brzeża położone­go na zachód od mia­sta Akro­ti­ri (na San­to­ry­nie).

POWIĄZA­NIE OB­RA­ZU Z FRE­SKU Z KSZTAŁTEM WY­BRZEŻA

Ozna­cze­nia na ma­pie opar­tej na ma­pie Im­ray G33:

A Plaża Czer­wo­na

B wy­stający cy­pel na wschód od Plaży Czer­wo­nej

C wy­so­kie wzgórze po­nad Plażą Czer­woną

D dwie dro­gi wiodące w głąb lądu od cy­pla B

E trzy dro­gi wiodące w głąb lądu do bazy (obec­nie pro­wa­dzi się tam pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we)

F pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w Akro­ti­ri

Mapa zo­stała „za­ko­twi­czo­na” przy la­tar­ni mor­skiej znaj­dującej się w 36° 21′ 30′′ N i 25° 21′ 30′′ E.

POŁOŻENIE STATKÓW WI­DOCZ­NYCH NA FRE­SKU PRZED­STA­WIAJĄCYM FLOTĘ:

Wszyst­kie stat­ki zmie­rzają kur­sem wschod­nim w szy­ku li­nio­wym.

Sta­tek 1: uka­za­ny na tle na­brzeża, od­ko­pa­ne­go nie­gdyś u podnóża kli­fu przy Plaży Czer­wo­nej (a)

Sta­tek 2: bliżej lądu niż sta­tek nu­mer 1, na tle wy­stającego cy­pla na wschod­nim skra­ju Plaży Czer­wo­ny (b)

Sta­tek 3: bliżej lądu niż sta­tek nu­mer 2, w za­to­ce za­zna­czo­nej na moim pla­nie. Wie­my, że sta­tek znaj­du­je się w za­to­ce, po­nie­waż wi­dzi­my del­fi­ny, które są bliżej lądu niż sta­tek

Sta­tek 4: na wschód od stat­ku 2 i da­lej od brze­gu niż sta­tek 3 – w za­to­ce (po­nie­waż widać del­fi­ny między nim a brze­giem)

Sta­tek 5: na wschód od stat­ku 3, w za­to­ce (del­fi­ny)

Sta­tek 6: bar­dziej na mo­rzu. Ma wciąż wciągnięty żagiel

Sta­tek 7: w za­to­ce

Stat­ki 8 i 9: do­bi­jają do Akro­ti­ri, to zna­czy głównej bazy, gdzie obec­nie pro­wa­dzo­ne są ba­da­nia

Stat­ki 10 i 11: za­cu­mo­wa­ne przy na­brzeżu

Stat­ki 12, 13 i 14: według mnie za­cu­mo­wa­ne, ale za mało wyraźne, aby być tego pew­nym. Położenie statków 10 i 11 od­po­wia­da miej­scu, w którym głęboka woda znaj­du­je się bli­sko brze­gu. Ten re­jon wciąż cze­ka na pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we. Wierzę, że gdy zo­staną podjęte, okaże się, że jest tam kanał o ka­mien­nych brze­gach pro­wadzący do na­brzeża w re­jonie leżącym na zachód od schodów wiodących do domu ad­mi­rała.

Wspa­niały fresk zdo­bił górną płasz­czyznę wszyst­kich czte­rech ścian w sali ba­lo­wej. Gościom zgro­ma­dzo­nym na przyjęciu – gdy po­su­wa­li się prze­ciw­nie do ru­chu wskazówek ze­ga­ra – odsłaniał hi­sto­rię o wy­pra­wie do od­ległych, eg­zo­tycz­nych kra­in oraz o zwy­cięskich żegla­rzach wra­cających do ro­dzin­ne­go por­tu, gdzie radośnie witały ich ro­dzi­ny i po­zo­sta­li miesz­kańcy The­ry.

To było nie­zwykłe przeżycie, ni­czym wej­rze­nie przez bu­laj w głąb od­ległej przeszłości. Czy­stym przy­pad­kiem zna­lazłem się na tro­pie od daw­na za­po­mnia­nej hi­sto­rii. Zacząłem robić no­tat­ki. Można łatwo osza­co­wać długość, sze­ro­kość i za­nu­rze­nie okrętów – a tym sa­mym oce­nić ich zdol­ność do po­dej­mo­wa­nia wy­praw da­le­ko­mor­skich – a także ciężar i objętość ładun­ku, jaki dało się na nich prze­trans­por­to­wać. Krótko mówiąc, dzięki fre­skom możemy się zo­rien­to­wać, jak da­le­ko (i w ja­kich wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych) podróżowa­li Mi­noj­czy­cy.

Aby roz­począć swo­je ana­li­zy, każdemu ze statków nadałem nu­mer, począwszy od położone­go naj­da­lej po le­wej stro­nie aż do statków wi­docz­nych na pra­wym skra­ju ma­lo­widła, naj­bliżej domu ad­mi­rała. Żaglow­ce miały różną długość. Najdłuższe są ozna­czo­ne nu­merami 4, 5, 7 i 8. Stat­ki nu­mer 5 i 8 są wy­po­sażone w naj­większą liczbę wio­seł: dwa­dzieścia sześć po każdej stro­nie. Sta­tek nu­mer 6 na­to­miast ma naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne ożaglo­wa­nie.

Właśnie na pod­sta­wie od­ko­pa­nych pieczęci5 można wno­sić, że Mi­noj­czy­cy osiągnęli wy­so­ki po­ziom bu­do­wy okrętów: już około 3000 roku p.n.e. miały one masz­ty i żagle. Po­dob­ny wi­ze­ru­nek stat­ku jak na fre­skach z The­ry – z za­krzy­wio­nym dzio­bem i czymś w ro­dza­ju ka­bi­ny na ru­fie – występuje w in­skryp­cjach na okrągłych, gli­nia­nych ta­blicz­kach zna­le­zio­nych w Cha­nii, na za­chod­nim wy­brzeżu Kre­ty.

Te nie­wiel­kie „ka­bi­ny” na stat­kach nu­mer 1, 2, 3, 4, 5, 6 i 8 sta­no­wiły w rze­czy­wi­stości swe­go ro­dza­ju mar­ki­zy ochra­niające pasażerów przed sil­nym słońcem na pełnym mo­rzu. Przy­po­mi­naj ą bar­dziej ozdob­ne pa­wi­lo­ny, po­dob­ne do tych, które ry­ce­rze w śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie za­bie­ra­li ze sobą na wojnę. Co za­ska­kujące, pod­czas wy­ko­pa­lisk zna­le­zio­no po­zo­stałości jed­nej z ta­kich zasłon, ra­zem z he­ral­dycz­ny­mi ozdo­ba­mi ka­pi­ta­na i ad­mi­rała – ko­lej­ny dowód na to, że flo­ta mi­noj­ska miała roz­bu­do­waną struk­turę or­ga­ni­za­cyjną. Ka­bi­na była prze­nośna, po­dob­nie jak mar­ki­zy. Pod żagla­mi okręty wyglądały – według mnie – jak sta­tek nu­mer 6, z dużym żaglem w kształcie czwo­ro­bo­ku, roz­piętym na środ­ko­wym masz­cie.

Uznałem sta­tek nu­mer 6 za naj­bar­dziej in­te­re­sujący. Miał u góry masz­tu dzie­sięć lin służących do ma­new­ro­wa­nia żaglem (ma­ry­na­rze na­zy­wają je szo­ta­mi).

Za ich po­mocą można opuścić i pod­nieść żagiel albo zmniej­szyć jego po­wierzch­nię (przez zwi­ja­nie), a także ope­ro­wać nią tak, aby uzy­skać mak­sy­malną siłę ciągu. Do skra­ca­nia albo wydłużania lin używa­no mosiężnych pierście­ni, które znaj­do­wały się na szczy­cie masz­tu. Później tra­fiłem na wcze­sny przykład po­dob­ne­go sys­te­mu w mu­zeum w Ate­nach. Układ dzie­sięciu lin umożli­wiał do­sto­so­wa­nie po­wierzch­ni ożaglo­wa­nia w taki sposób, aby zwiększyć jego sku­tecz­ność przy każdym wie­trze: pełny żagiel usta­wio­ny ukośnie pod­czas lek­kie­go wia­tru od rufy, lek­ko zwi­nięty żagiel o zwężonym kształcie pod­czas żeglu­gi pod wiatr, całko­wi­cie zwi­nięty żagiel w cza­sie szkwału albo ci­szy mor­skiej, gdy do pra­cy przystępo­wa­li wiośla­rze.

Każdy żeglarz po­trze­bo­wał do wiosłowa­nia co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt sześć cen­ty­metrów wol­nej prze­strze­ni, ale swo­bodę ru­chu za­pew­niało dzie­więćdzie­siąt je­den cen­ty­metrów, na­to­miast sto sie­dem umożli­wiało szyb­kie wiosłowa­nie. A za­tem dwu­dzie­stu sześciu wiośla­rzy – na stat­kach nu­mer 5 i 8 – po­trze­bo­wało dwu­dzie­stu czte­rech metrów. Ci ma­ry­na­rze zaj­mo­wa­li połowę długości kadłuba, licząc od rufy do końca dzio­ba, co po­zwa­la określić długość stat­ku mniej więcej na czter­dzieści sie­dem i pół me­tra, a kadłuba – mniej więcej na trzy­dzieści sześć i pół me­tra. To były duże, pełno­mor­skie jed­nost­ki – po­dob­nych roz­miarów co „Gol­den Hind”, na której sir Fran­cis Dra­ke pływał w cza­sach elżbie­tańskich.

Całko­wi­cie za­fa­scy­no­wa­ny fre­skiem, zacząłem jesz­cze sta­ran­niej przyglądać się okrętom. Przed­sta­wio­ne na nim stat­ki miały, o ile mogłem się zo­rien­to­wać, kil­ka nie­zwykłych cech. Pierwszą z nich był występ na ru­fie (stat­ki nu­mer 2, 3, 4, 5 i 8).

Pomyślałem, że te ta­jem­ni­cze występy mogły być je­dy­nie ro­dza­jem sterów ogo­no­wych, po­dob­nych do tych, ja­kie znaj­dują się z tyłu łodzi pod­wod­nej. Ste­ry te to ho­ry­zon­tal­nie umiesz­czo­ne łopat­ki, do­sto­so­wujące położenie rufy. Łopat­ka ste­ro­wa ze stat­ku nu­mer 8 po­zwa­lała na unie­sie­nie rufy, a tym sa­mym opusz­cze­nie dzio­ba, co zmie­niało kon­fi­gu­rację okrętu. Za­zwy­czaj umiesz­cza­no ją w tym położeniu pod­czas żeglu­gi z wia­trem. Przy wie­trze wiejącym od dzio­ba łopatkę można było odwrócić, aby obniżyć za­nu­rze­nie rufy i pod­ciągnąć dziób. Ten sam re­zul­tat dało się – jak sądzę – osiągnąć, prze­miesz­czając załogę na przód albo na tył stat­ku.

Żaglow­ce z ma­lo­widła miały jesz­cze inną cechę cha­rak­te­ry­styczną. Po­nad dzio­ba­mi statków nu­mer 2, 3, 4, 5 i 8 unoszą się przed­mio­ty „lżej­sze od po­wie­trza”. Po dokład­niej­szym obej­rze­niu wy­da­je się, że mogły one dość moc­no pod­no­sić przód okrętu, po­nie­waż przy­mo­co­wa­no je do buksz­pry­tu gru­bym kawałkiem drew­na. Tym sa­mym uzu­pełniały działanie łopat­ki ste­ro­wej, kie­dy była w położeniu obniżającym rufę. (Łopat­ki ste­ro­we w odwróco­nej po­zy­cji znaj­dują się na stat­ku nu­mer 8.) Sposób działania tych urządzeń po­zo­sta­wał dla mnie całko­witą za­gadką – ale nie umiem in­a­czej wyjaśnić umiesz­cze­nia ich w tym miej­scu. Zwykła ozdo­ba nie mu­siałaby być przy­twier­dzo­na tak dużym drzew­cem.

O ile mogłem się zo­rien­to­wać, te dwie ce­chy sta­no­wią szczególną właściwość statków kre­teńskich.

Trze­ci spe­cy­ficz­ny rys tych okrętów ma wa­lor es­te­tycz­ny. To cu­dow­ne ma­la­tu­ry przed­sta­wiające lwy i smo­ki (na stat­ku nu­mer 5) oraz gołębice (na stat­ku nu­mer 6). Te na­der wy­ra­fi­no­wa­ne jed­nost­ki oce­anicz­ne mogły żeglo­wać pod­czas zróżni­co­wa­nych wa­runków po­go­do­wych, z wy­ko­rzy­sta­niem zarówno żagla, jak i zmien­nej kon­fi­gu­ra­cji kadłuba. Co za tech­no­lo­gia! A do tego, ana­lo­gicz­nie do współcze­snych li­nii lot­ni­czych czy ko­le­jo­wych (jak Bri­tish Air­ways albo Vir­gin Atlan­tic), Mi­noj­czy­cy – dzięki nie­prze­ciętnym ta­len­tom w dzie­dzi­nie sztuk pla­stycz­nych – nada­wa­li swo­im pięknym okrętom pod­bi­jającym świat pre­cy­zyj­nie określoną tożsamość.