Atlantis Rising. Tom 2. Miasto demonów - Evan Currie - ebook
Opis

Ludzkość przegrała wojnę z demonami. Garstka wraz z Elan uciekła i schroniła się na wyspie, z dala od wrogich hord. Jednak nawet tam nie było ucieczki przed zagrożeniem. Po drugiej stronie świata demony zmieniły bowiem dawną stolicę Ziemi we własne siedlisko. Lemuria, ostatni bastion ludzkości, stał się symbolem triumfu sił piekielnych i potężnej magii.

I Elan wie, że istnieje tylko jeden sposób, aby zapewnić ludziom bezpieczne schronienie przed odwiecznym wrogiem. Miasto demonów musi zniknąć z powierzchni Ziemi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału: The Demon City: ‌Atlantis ‌Rising Book 2

Text ‌copyright © 2018 ‌Evan C. ‌Currie

All rights reserved

Projekt okładki: ‌Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał ‌Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: ‌Ewa ‌Jurecka

Opracowanie ‌wersji elektronicznej: ‌

Książka ‌ani ‌żadna ‌jej część nie ‌może być kopiowana w urządzeniach ‌przetwarzania danych ‌ani ‌w jakikolwiek ‌inny sposób ‌reprodukowana ‌czy odczytywana w środkach publicznego ‌przekazu bez pisemnej ‌zgody wydawcy.

Utwór niniejszy ‌jest dziełem fikcyjnym ‌i stanowi ‌produkt ‌wyobraźni Autora. Wszelkie ‌podobieństwo do ‌prawdziwych postaci i zdarzeń ‌jest ‌przypadkowe.

Wydawca:

Drageus ‌Publishing ‌House ‌Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 ‌Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-55-5

ISBN ‌MOBI: 978-83-65661-56-2

Cywilizacje rodzą się ‌i upadają z regularnością przypływów ‌i odpływów, a tylko w oczach ‌śmiertelników wydają się wieczne. ‌Na dowolnej Ziemi ‌w dowolnym wszechświecie widziałam cuda ‌i grozę ‌rodzące się i rozkwitające ‌z podobną regularnością, ‌jednak ‌w prawdziwie wielkiej ‌skali ‌bardzo ‌rzadko miało ‌to ‌znaczenie. Większość działań, zrodzonych ‌z niezależności i wolnej woli, ‌ma dla uniwersum takie ‌same rezultaty, jakby ich ‌nigdy nie ‌było. ‌

Decyzja, czy przejść przez ‌ulicę, czy nie, dla ‌wszechświata nie ma ‌znaczenia. Tego rodzaju ‌wybory w ostatecznym rozrachunku ‌rozpływają ‌się w wieczności ‌i nie powodują ‌nawet maleńkich zmarszczek ‌w nurcie czasu.

Jednak ‌nie wszystkie ‌decyzje są ‌tak ‌błahe.

W ‌falach czasu pojawiają ‌się ‌punkty, ‌w których uniwersum może zostać ‌pchnięte… lekko. A kiedy ‌tak się stanie, nawet śmiertelnik może stworzyć całkowicie nowe przeznaczenie… i całkowicie nowe uniwersum.

Widziałam, jak te chwile powstają i przemijają niezauważone i stracone. Za każdym razem żałowałam tego, co mogłoby się wydarzyć.

Kiedy jednak w takich chwilach pojawi się wola, a wszechświat zostanie nieznacznie popchnięty… rezonuje to przez przestrzeń i czas. I wstrząsa nawet murami Edenu.

Oto opowieść o takiej chwili w czasie – chwili, którą udało się uchwycić i która nie zniknęła w mroku niepamięci, lecz przyniosła rycerzowi światłość.

Mam na imię Nimue. Byłam tutaj na początku i pozostanę do końca.

Zaszczyt to dla mnie, że mogę patrzeć na tych, którzy podążają drogą rycerza, i choć bardzo rzadko, służyć im pomocą.

Kiedy dla ciebie nadejdzie chwila, czy zdołasz ją uchwycić?

PROLOG

Ewakuacja niemal dobiegła końca, dziedzina niedługo miała zostać zamknięta i zapieczętowana, oprócz jednej ścieżki wiodącej w bezkresną biel.

Ci, którzy pozostali, kończyli sprzątanie i usuwanie ostatnich detali, aby się upewnić, że nie ma już żadnych znaczących zmiennych, które mogłyby przydać się hordzie w jej przemarszu przez wymiary. Podczas tego ostatniego sprzątania jeden z dowódców ariergardy zamarł nagle i rozejrzał się zmieszany.

– Coś nie tak? – zapytał drugi z Trójcy, gdy zauważył wahanie i niepokój na twarzy towarzysza.

– Coś się zmieniło.

– To upadła dziedzina, wszystko się tutaj zmieniło – prychnął z niechęcią trzeci z Trójcy.

Drugi skrzywił się w duchu.

– Okaż trochę szacunku. Walczyli dobrze.

– Przegrali.

Pierwszy uciszył obu gestem mocy. Zaskoczył ich.

– Powiedziałem, że coś się zmieniło – powtórzył, przeszywając obu spojrzeniem, które zmusiło ich do większej uwagi. – Patrzcie.

Zapadła pełna zdumienia cisza.

– Co się zmieniło? – Drugi zaczął się niecierpliwić. – Ciemność jest zamglona, przyszłość spowija całun. A nie tak było jeszcze przed chwilą. Wiem.

– Wszyscy wiemy – odparł ze spokojem pierwszy. – Mówiłem wam, że coś się zmieniło. Znajdźcie źródło.

– W całej dziedzinie? – zapytał trzeci z niedowierzaniem. – Niedługo musimy stąd odejść. Nie ma już czasu.

Pierwszy posłał mu miażdżące spojrzenie.

– Nie odejdę, dopóki nie upewnię się, że ta domena jest stracona. Znajdźcie zmianę. Musi znajdować się blisko wyłomu, nic dalej nie mogłoby tak bardzo zaćmić najbliższej przyszłości.

Trójca porzuciła bieżące zadania i skupiła swoją wolę i intencję na świecie wyłomu, centrum wszechświata. Szukali czegoś… czegokolwiek, co mogło tak wyraźnie wpłynąć na przeznaczenie.

Gdzieś tam, w ograniczonych wymiarach śmiertelników, ktoś rzucił ziarnko piasku w tryby machiny losu. A Trójca musiała to sprawdzić.

ROZDZIAŁ 1

Ulewa przesłaniała horyzont, ale jasnowłosa dziewczyna siedząca na klifie wpatrywała się w morze i nie zwracała uwagi na pogodę. Skupiała się wewnętrznie. Elanthielle, mieszkająca obecnie na wyspie nazwanej niedawno Atlantydą, ledwie zdawała sobie sprawę, że przemokła do suchej nitki. Atlantyda miała jednak ciepły klimat i deszcz jedynie trochę chłodził powietrze. Elan wcześniej przetrwała w znacznie gorszych warunkach i podejrzewała, że w przyszłości będzie musiała sobie radzić w jeszcze bardziej niebezpiecznym otoczeniu, choć miała nadzieję, że tak się jednak nie stanie.

Zaczęła tracić kontakt z ciałem, wślizgiwała się w Śnienie, a przynajmniej we własne śnienie. Uwalniała się powoli, gdy poczuła głęboką i silną wibrację przetaczającą się przez jej duszę.

Dziewczyna otworzyła oczy i rozejrzała się czujnie. Rozpoznała klif, który wybrała do medytacji, i rozciągające się bezkresne morze. Kiedy się odwróciła, zobaczyła swoje ciało i ogarnęła ją satysfakcja, ponieważ zrozumiała, że się udało.

Śnienie.

Stanowiło cel ojca Elan, zanim został zamordowany, a stało się celem dziewczyny, gdy była młodsza i nie wiedziała nawet, co znaczy Śnienie ani czym jest. Poznała je jako przekleństwo, gdy pozostawiono ją na pustyni, aby umarła – dręczyło ją wtedy wodą, która nie gasiła pragnienia, ciepłem, które nie rozgrzewało, i chłodem nieprzynoszącym ulgi w gorączce… A jednak właśnie Śnienie ocaliło życie dziewczyny, bo stamtąd zdołała wezwać na pomoc Kaerna.

Kaern.

Poczuła szarpnięcie przywołujące ją do ciała, gdy pomyślała o swoim wybawcy, początkowo lekkie, lecz potem coraz silniejsze. Wreszcie została ściągnięta z powrotem. Otworzyła szeroko oczy, odruchowo zaczerpnęła tchu. Sztorm opryskał jej twarz morską wodą i deszczem, lecz Elan nie zwróciła na to uwagi, mimo że włosy przylepiły się jej do policzków i szyi, a koszula z syntiku przylgnęła do skóry.

Kaern, demon, który nie był demonem…

Elan nie rozumiała tego mężczyzny, który uratował jej życie. Dostrzegł w dziewczynie coś, co dla niej nie miało sensu nawet teraz, po wszystkim, co przeżyła. Kaern twierdził, że jest demonem, ale wydawał się po prostu człowiekiem… albo może kimś więcej niż człowiek.

Elan westchnęła i wstała.

Nie zanosiło się, żeby mogła dłużej medytować. Jej sukces trwał krótko. Wzburzenie, które ogarniało ją za każdym razem, gdy wspominała Kaerna, zawsze skutecznie wytrącało ją z wewnętrznej równowagi. Z rezygnacją popatrzyła w szare niebo, a potem odwróciła się, aby zejść z klifu. Zwolniła kroku tylko przy starym, powyginanym drzewie, na którym powiesiła pas z bronią. Zapięła klamrę i ruszyła dalej.

Miasto, czy na razie raczej osada, rozrastało się w dolinie. Kamienne budynki, wznoszone ręcznie i przy pomocy maszyn Merlina, powstawały zaskakująco szybko. Dla nikogo nie brakowało miejsca. Elan miała nawet własny dom, miejsce tylko dla siebie. Na szczęście…

Nie chodziło o to, że dziewczyna nie lubiła ludzi. Lubiła ich, ale po prostu nie wiedziała, jak się przy nich zachować. Dorastała początkowo w towarzystwie tylko matki, a potem również ojca, dlatego wydawało jej się, że więcej niż dwoje ludzi w pobliżu to tłum, i w grupie odczuwała niepokój.

Przez większość czasu rozmawiała tylko z Kalebem i Simone, ponieważ oprócz Merlina jedynie tych dwoje zdążyła poznać.

Merlin.

Stanowił kolejny aspekt w nowym życiu, z którym Elan nie potrafiła sobie ani poradzić, ani choć trochę go zrozumieć. Merlin był duchem przywiązanym do Ziemi, tak zwaną inteligencją wielowymiarową. Dziewczyna rozumiała każde z tych dwóch pojęć osobno, jednak razem wydawały się równie nonsensowne jak bełkot szaleńca. Elan uważała, że wszystko, co wychodziło z jego ust – zakładając, że w ogóle miał usta – to jakieś brednie.

Wszyscy pozostali… cóż, byli dziwni.

Nie wiedziała, jak inaczej określić kilka tysięcy ludzi, których udało się uratować ze starej twierdzy, zanim zdobyły ją demony. Ocaleni patrzyli na Elan dziwnie, dziwnie też mówili, gdy znajdowała się w pobliżu, i po prostu zachowywali się… dziwnie.

Dziewczyna starała się nie dać im tego odczuć, choć niezbyt jej to pomagało w poznawaniu tak wielkiego tłumu.

Gdy Elan zbliżyła się do osady, dostrzegła zdumiewające maszyny Merlina, które nazywał „konstruktorami” – bardzo stosownie zresztą. Konstruktory pracowały właśnie nad zewnętrznym murem. Wyspa była dość bezpiecznym miejscem, jednak ludzie uznali, że skoro już mają schronienie, muszą zadbać o fortyfikacje. Elan nie znała się za dobrze na defensywie, jej szkolenie, najpierw przez ojca, potem przez Simone, skupiało się głównie na ataku. Większość ludzi jednak chyba nie czuła się dobrze bez osłony murów.

Elan nie wiedziała, skąd u nich te obawy, zwłaszcza że miasto dopiero się budowało, ale konstruktory i tak należało do czegoś wykorzystać, więc się nie obruszała. Szczególnie że tak wielu ludzi zaangażowało się w prace. Cóż, każdy potrzebował zajęcia.

– Elan!

Dziewczyna podniosła oczy i uśmiechnęła się lekko. Kaleb biegł do niej, osłaniając się przed ulewą niewyprawioną skórą.

– Hej. – Roześmiała się, gdy znalazł się blisko. – Czujesz lęk na myśl, że deszcz cię umyje? Wiedziałam, że składasz się głównie z brudu, którego zapomniałeś zmyć, ale nie zdawałam sobie sprawy, że sytuacja jest aż tak poważna.

Młodzieniec przewrócił oczami.

– Bardzo zabawne. Czemu chodzisz w deszczu? Strasznie pada!

– Wychowałam się na pustyni – odpowiedziała, gdy ruszyli do jej domu. – Dla mnie deszcz, każdy deszcz, to dar. Nie obchodzi mnie, czy to mżawka, czy ulewa.

Kaleb prychnął. Przez całą drogę do niewielkiej chaty Elan osłaniał się skórą. W drzwiach domu znajdował się zamek, którego funkcję Merlin i Simone wielokrotnie próbowali dziewczynie tłumaczyć. Oczywiście nie sam koncept, lecz konieczność stosowania zamknięcia.

Jednak dopiero Kalebowi udało się przekonać Elan. Wystarczyło jedno słowo.

Venadrin.

Jeżeli człowiek zdolny jest do zdrady własnego gatunku i morderstwa, tym bardziej potrafi wejść do cudzego domu i dokonać kradzieży. Dziewczyna dopiero wtedy to zrozumiała.

Teraz przyłożyła dłoń do panelu, rozłożyła palce, aby dotknęły czujników, a potem pchnęła drzwi. Kaleb wszedł tuż za nią.

W środku było ciepło, ponieważ w kącie buzował ogień. Elan odruchowo odpięła pas z bronią i położyła go na ławie przy stole, z którego korzystała, gdy chciała spożyć posiłek w samotności… czyli praktycznie zawsze. Oprócz tego w izbie obok znajdowało się łóżko, dom wyposażony został także w łazienkę – Merlin uznał ją za „koszmarnie barbarzyńską”, ale dla Elan stanowiła szczyt luksusu. W żadnym z pomieszczeń nie było dekoracji ani ozdób.

Jednak pod tym względem dziewczyna nie odbiegała ani trochę od reszty ocalałych. Większość dotarła na wyspę tylko w tym, co miała na grzbiecie, nieliczni zdążyli schować do kieszeni jakiś wartościowy drobiazg lub pamiątkę rodzinną, a także broń znalezioną w mieście lub przy zabitych, zanim demony opanowały ulice.

Dla ocalonych liczyło się tylko, że przeżyli i są bezpieczni – jak na razie całkowicie ich to zadowalało.

Może nawet za bardzo.

– Czemu wyszedłeś w deszcz, skoro tak go nie znosisz, Kal? – zapytała cicho Elan, po czym zdjęła koszulę i rozwiesiła blisko ognia.

Kaleb zarumienił się i odwrócił. Elan uznała, że to zabawne, ponieważ dorastała tylko z rodzicami i nie miała do czynienia z rówieśnikami. Zaraz po przybyciu na wyspę Simone musiała odciągnąć dziewczynę na bok i wyjaśnić jej „tajemnice” dojrzewania.

– Ja… uch… martwiłem się o ciebie – wyznał Kaleb. Z uporem starał się patrzeć w ścianę, choć zdradzieckie oczy umykały mu w stronę Elan.

– Wokół nie ma demonów – zauważyła cicho, po czym sięgnęła po prostą tunikę, założyła ją i zawiązała. – Możesz się już odwrócić.

Kaleb zrobił to z wahaniem i westchnął, gdy zobaczył ją ubraną.

– Nie tylko demony mogą cię skrzywdzić, Elan. Ten sztorm jest silny. Simone wysłała mnie, żebym się upewnił, że nic ci nie jest. I przy okazji kazała cię zapytać, czy przyjdziesz na kolację.

– Nie dzisiaj. – Elan pokręciła głową. – Będę w bibliotece.

– Wiecznie tam przesiadujesz. Powinnaś częściej wychodzić, trochę się rozerwać.

Dziewczyna zacisnęła wargi.

– Demony wciąż gdzieś tam są, Kalebie.

– Zawsze były, Elan, i zawsze będą – zaoponował. – Takie jest życie.

– Nie! – warknęła gniewnie. – Kiedyś nie było demonów. Wcale nie tak dawno. Spójrz na ten dom. Został zbudowany przez maszyny, które pozostały po naszych ludziach, Kalebie. Po ludziach, którzy dorośli i przez całe życie nawet z daleka nie widzieli demona. A skoro kiedyś tak było, może zdarzyć się ponownie.

– Elan, nie można wlać z powrotem wody do stłuczonego naczynia – odparł młodzieniec, powołując się na przysłowie, które dawno temu usłyszał od Simone. – To tak nie działa.

– Więc będę musiała sprawić, aby działało – syknęła ostro. – Mój ojciec zginął, ponieważ chciał oczyścić świat…

– I sprowadził wojnę do własnego domu, pamiętasz? – odgryzł się Kaleb i od razu tego pożałował. Przycisnął dłoń do ust, ale nie mógł cofnąć wypowiedzianych słów.

– Tak. – Elan skrzywiła się, zwróciła na młodzieńca lodowate spojrzenie. – Pamiętam doskonale.

Minęła go, chwyciła pas z bronią i nie zwalniając kroku, zapięła go na biodrach.

– Zamknij za sobą, gdy wyjdziesz.

A potem zniknęła w deszczu.

Kaleb znieruchomiał. Długo wpatrywał się w drzwi.

– Niech to zaraza… – mruknął wreszcie do pustych ścian.

* * *

Elan, znowu przemarznięta i przemoczona do suchej nitki, podkradła się do starej reduty na granicy centrum rozrastającego się miasta. Ci, którzy dostrzegli jej nadejście, a zwłaszcza wyraz twarzy, czym prędzej schodzili dziewczynie z drogi, chociaż zdawało się, że nie widziała, co się wokół dzieje.

Wewnątrz bazy Elan skierowała się od razu do sali transportu i z wprawą wybrała cel, po czym zniknęła w jasnym rozbłysku, do którego mieszkańcy wyspy zaczęli się już przyzwyczajać. Niektórym zdarzyło się nawet użyć transportera, choć tylko nieliczni się na to decydowali, jednak dziewczyna traktowała starożytną technologię jak swoją udzielną własność, co tylko wzmacniało jej pozycję w nowej wyspiarskiej społeczności.

Opowieści o Elan stawały się coraz bardziej zróżnicowane.

Dla niektórych była niemal wszechmocną wojowniczką, elfim dzieckiem, które powalało demony mocą użyczoną przez bogów. Ci, którzy widzieli dziewczynę, gdy schodziła ze wzgórza, rażąc wrogów błyskawicami z dziwnej broni, nie potrafili myśleć inaczej.

Inni pamiętali, że z zimną krwią zabiła człowieka – kolaborującego z demonami, owszem, ale człowieka…

Dla nich była zabójczynią, którą mieli po swojej stronie, jednak mimo wszystko zabójczynią.

Jedynym, co łączyło oba te obozy, było przekonanie, że z tą młodą, jasnowłosą kobietą lepiej nie zadzierać. Wszyscy usuwali się jej z drogi, gdy przechodziła, zwłaszcza że słyszeli, jak mamrocze pod nosem niecenzuralne epitety, a z jej oczu bije żądza mordu.

Bardzo nieliczni zastanawiali się, co tak rozsierdziło Elan, większość jednak uważała, że lepiej tego nie wiedzieć.

* * *

– Uspokój się.

Elan zignorowała polecenie. Przemierzała lśniące czystością korytarze placówki znanej jako Avalon.

Gospodarz tego miejsca, eteryczne widmo wielowymiarowej mocy, które kazało nazywać się Merlinem, westchnął ciężko i ruszył za nią do biblioteki.

Merlin zajmował się Avalonem od początku jego istnienia, czyli, technicznie rzecz ujmując, dłużej, niż istniał świat… o wiele dłużej. I przez cały ten czas nie nauczył się, jak radzić sobie z rozgniewanymi nastolatkami.

Zapewne był to z jego strony mizoginizm, ale Merlin uważał, że łatwiej by sobie radził z chłopakiem. Smarkacza mógłby wysłać do sali gimnastycznej, żeby stłukł pięściami coś odpowiedniego. Oczywiście Merlin jedynie domyślał się, że byłby to właściwy sposób, ponieważ tak naprawdę nigdy wcześniej nie zetknął się z osobnikiem rodzaju ludzkiego w okresie dojrzewania i mógł polegać jedynie na wskazówkach z drugiej i trzeciej ręki.

Jak dotąd wszystkie okazały się… hm… co najmniej niewystarczające.

– Przypuszczam, że nie chcesz o tym rozmawiać? – Postarał się, aby w jego głosie nie przebiło się zbyt wiele emocji.

– Nie ma o czym – burknęła Elan i pchnęła wrota do biblioteki. – Kaleb to głupiec.

– Ach, chłopcy – odparł Merlin z lekką odrazą. – I na tym zakończę udział w tej jakże fascynującej rozmowie. Z głęboką stanowczością zapewniam, że nie chcę nic wiedzieć o ludzkich zwyczajach godowych.

Dziewczyna zamarła w pół kroku, a potem odwróciła się i przeszyła Merlina gniewnym spojrzeniem.

– Ani się waż – stwierdziła twardo. – Ech, zresztą… nawet gdyby chodziło o „ludzkie zwyczaje godowe”, byłbyś ostatnią osobą, z którą bym chciała o tym rozmawiać.

– W rzeczy samej – zgodził się Merlin z powagą. – Za co jestem i pozostanę bezgranicznie wdzięczny. Wierz mi, z całego serca żałuję, że w ogóle spytałem. Nie przeszkadzaj sobie, proszę, kontynuuj rozbijanie się po korytarzach jak przeklęty goryl.

Elan zmrużyła oczy i zmarszczyła brwi.

– Co to jest goryl?

Merlin westchnął.

– Och, dziecko, tak wiele ci umyka. To prawdziwa tragedia.

Elan pokręciła głową i przewróciła oczami. Była zirytowana, lecz doskonale rozumiała, że Merlin ani myśli cokolwiek jej wyjaśniać. Ruszyła zatem w głąb biblioteki, mamrocząc zupełnie co innego niż wcześniej. Merlin obserwował, jak podeszła do znajomego stołu, na którym leżała księga – czekała na tę dziewczynę tak samo jak wtedy, gdy znalazła ją po raz pierwszy.

Księga była stara.

Starsza niż biblioteka, w której się znajdowała, co nie powinno dziwić. Wolumin był tak stary, że opierał się wszelkim znanym Merlinowi metodom datowania, więc nie należało traktować go lekceważąco. Księgę oprawiono w skórę jakiegoś zwierzęcia, o którym w rejestrach nie pozostały żadne wzmianki, strony zaś były organiczne… a mimo to nie ulegały rozpadowi. Na okładce zamieszczono litery ze złota – jedynego składnika księgi, który Merlin potrafił bezbłędnie zidentyfikować. Tytuł był prosty.

„Ein Taki’amin Kine”.

Merlin rozumiał znaczenie tych słów tylko dlatego, że kiedyś go uświadomiono.

„Droga rycerza”.

Elan usiadła przed księgą, otworzyła na stronie, którą odznaczyła sobie wcześniej, i wbrew wszelkiej logice i rozsądkowi zaczęła czytać, jakby nie miała do czynienia z językiem, który poprzedzał mowę jej przodków o tysiące lat.

Merlin doskonale zdawał sobie sprawę, że we wszechświecie istnieją rzeczy niepoznawalne, sam często był oskarżany o przynależność do tej kategorii. I oskarżeniom tym nie mógłby, szczerze mówiąc, całkowicie zaprzeczyć. Może właśnie dlatego starożytna księga tak bardzo go denerwowała. Z nieznanych przyczyn pewni ludzie mogli ją czytać bez żadnych trudności, nawet tacy, którzy wcześniej nigdy w życiu nie przeczytali nic.

Merlina drażniło, że nie zaliczał się do tych wybrańców.

Starożytna istota mogła tylko stać i przyglądać się, jak młoda dziewczyna obraca stronę i wraca do lektury, całkowicie pochłonięta treścią, którą tylko ona mogła zrozumieć.

Jakże irytujące…

* * *

Księga przyciągnęła uwagę Elan od pierwszego wejrzenia. Dziewczyna nie potrafiłaby powiedzieć, co ją przyciągnęło, nie umiałaby też wyjaśnić, czym jest dla niej ten stary wolumin, ale i nie czuła takiej potrzeby. Przyciąganie było wyraźne, a jednak nie dawało się opisać. Elan pamiętała, że za pierwszym razem nie zrozumiała nawet słów na okładce, kiedy jednak zobaczyła je po raz drugi… ich znaczenie wydawało się całkowicie oczywiste.

Księga obejmowała historię i filozofię, dwa pojęcia, które Elan poznała z treści na kartach, oraz zawierała instrukcje dotyczące chyba każdej możliwej umiejętności. Jak dotąd księga ani razu nie zawiodła w dostarczaniu poszukiwanych informacji. Elan nie potrafiła także zapomnieć tego, co przeczytała. Idee i pomysły powracały, gdy kładła się spać, rozmyślała też o opowieściach z księgi i zastanawiała się, czy wydarzyły się naprawdę, czy stanowiły tylko wymyślne legendy.

Tak czy inaczej, dziewczyna poznała już trochę rzeczywisty świat, dlatego uważała, że opowieści te są prawdopodobne. I tyle jej wystarczało. Dlatego skupiała się na wchłanianiu wiedzy z księgi, aby stała się częścią jej duszy.

Elan zamierzała zostać rycerzem. Dlatego postanowiła kroczyć drogą rycerza.

* * *

Simone uniosła głowę, kiedy Kaleb zatrzasnął za sobą drzwi i przeszedł przez główną izbę, zostawiając na podłodze wilgotny ślad oraz błoto. Kobieta miała zamiar zwrócić mu uwagę, ale przypomniała sobie, że chłopak wyszedł, żeby poszukać Elanthielle, więc jego nastrój zapewne nie był dziecinnym wybuchem emocji.

„Dojrzałym też bym tego nie nazwała” – pomyślała rozbawiona Simone. Ciekawe, w co tym razem biedak się wpakował.

Kaleb był dobrym chłopcem, ale Simone poznała też jego wady. Zajęła się nim, gdy ledwie umiał chodzić. Jego rodzice byli jej bliskimi przyjaciółmi, których los o wiele za wcześnie zabrał z tego świata. Kaleb miał dobre serce i silny charakter, ale zdecydowanie brakowało mu taktu. Oczywiście w niektórych sytuacjach wcale nie była to wada, jednak niedelikatne komentarze słabo się sprawdzały w przypadku rozmów z młodymi kobietami, takimi jak Elan.

Dlatego Simone pozwoliła mu się dąsać, chociaż Kaleb zapewne oburzyłby się, gdyby tak opisała jego zachowanie. O ile oczywiście wyraziłaby swoje przemyślenia na głos. Simone wolała w milczeniu zetrzeć podłogę i raz jeszcze z podziwem skonstatować, jak wiele się ostatnio zmieniło w jej życiu.

Wcześniej mieszkała w starej twierdzy, zapewne ostatniej siedzibie wolnych ludzi. Miasto straciło kontakt z innymi dawno temu, ale było schronieniem dla sporej grupy przedstawicieli pokonanej rasy. Teraz jednak w najlepszym razie zmieniło się w opuszczone ruiny.

W najgorszym – zajęły je demony i biada wszystkim, którzy tam zostali.

Nowe miasto, rozrastające się niewiarygodnie szybko dzięki konstruktorom dostarczonym przez Merlina, było zupełnie inne. Mało kto czuł się tutaj jak w domu, jak tam, wśród wygładzonego przez czas bruku ulic oraz pokrzywionych budynków, które ludzie stawiali z tego, co udało im się znaleźć i wykorzystać.

W nowym mieście ulice były płaskie i gładkie, ciągnące się w koncentrycznych kręgach wokół jeziora ze słodką wodą. Domy zbudowane zostały z kamienia lub podobnego surowca. Miały ściany równie gładkie jak te, które można było niegdyś zobaczyć tylko w świątyni. Okazały się bardzo solidne, ciepłe i bezpieczne. Po tym, co się wydarzyło, Simone chętnie przyjmowała zmiany, nawet jeśli wydawały się dziwne.

Skończyła wycierać podłogę i przeszła przez izbę, aby sprawdzić, co robi Kaleb. Chłopak schował się w swoim pokoju i zajął ostrzeniem miecza w niemal obsesyjnym skupieniu.

„Zdecydowanie kłopoty z dziewczyną” – zaśmiała się Simone w duchu, ale uznała, że przynajmniej w jednej sprawie postąpił słusznie.

Wyjęła własną broń, wzięła trochę wody i osełkę. Klingi z żelaza wspaniale nadawały się do zabijania demonów, ale łatwo się tępiły.

Gdy pracowała z wprawą, a izbę wypełnił rytmiczny zgrzyt kamienia o metal, Simone pogrążyła się znowu w rozmyślaniach o niedawnych zmianach w swoim życiu.

„Kaern twierdził, że wyczuł w Elan przeznaczenie” – przypomniała sobie z uśmiechem. Ponury stary drań użył oczywiście bardziej dosadnych określeń. „Ciekawe, czy miał rację? Może Elan zrobiła już to, co miała zrobić… a może dopiero zaczęła. Szkoda, że Kaern powiedział tak mało. Gdybym wiedziała więcej, mogłabym przynajmniej przypuszczać, czego się spodziewać”.

W głębi duszy przeczuwała jednak, że Kaern przewidział więcej niż tylko zniszczenie miasta i ocalenie przez niego i Elan grupy mieszkańców. Oczywiście Simone nie miała żadnego doświadczenia z przeznaczeniem. Jeżeli rzeczywiście istniało, cóż takiego uczynili ludzie, że zasłużyli sobie na najazd demonów?

W izbie niosło się ciche zgrzytanie osełek. Simone próbowała nie martwić się tym, co jeszcze może się wydarzyć.

Uznała, że przyszłość nadejdzie tak czy inaczej. Postanowiła, że będzie się martwić, gdy przyjdzie na to pora.

ROZDZIAŁ 2

Na jaśnie panią Ser’Goth, demona Trzeciego Kręgu i królową Głębi Azranu, czyhało niewiele zagrożeń, a jeszcze mniej mogło ją zaskoczyć. Dlatego przyjęła zaszczyt prowadzenia inwazji na tym froncie wiecznej ekspansji Kręgów Piekieł. Pola bitwy zapewniały wyzwania, czasami zdarzały się nawet porażki, ale wszystko to było ekscytujące.

Jaśnie pani wyglądała niemal jak człowiek, miała postać, od której większość demonów zaczynała Przemianę i do której w końcu powracała, o ile przeżyła na tyle długo, żeby zyskać prawdziwą moc.

Demoniczne dziedzictwo Ser’Goth przejawiało się jedynie w lazurowym lśnieniu skóry oraz w szkarłatnych błyskach widocznych w oczach, na paznokciach i na ustach, gdy wokół panował półmrok. Właściwie Ser’Goth lśniła także w innych miejscach, oglądanych tylko przez nią albo przez tych nielicznych szczęściarzy lub nieszczęśników, którzy dostąpili zaszczytu, aby poznać jaśnie panią prywatnie.

Ser’Goth miała prawie sześć stóp wzrostu oraz mięśnie i zaokrąglenia, pozwalające jej złowić więcej ofiar niż za młodu. Obecnie jednak rzadko się tym zajmowała. Otwierały się przed nią nowe wyzwania, a partnerów do frywolnych zabaw nietrudno było znaleźć – nieważne, czy dobrowolnych, czy wręcz przeciwnie.

Niestety, obecne komplikacje okazały się po prostu nieznośne.

– Doprawdy? – zapytała z niechęcią. – Wielka fala? Jaśnie pan głupiec stracił całe siły, łącznie z niemal wszystkimi nowo wprowadzonymi poddanymi Dziewiątego Kręgu… przez jakąś falę?!

Ser’Goth westchnęła ciężko i przygarbiła się na swoim błyszczącym złotym tronie.

– A czy przynajmniej ludzie też zginęli? – zainteresowała się z irytacją.

Płaszczący się i jąkający demon posłaniec zaczął służalczo potakiwać. Omal sobie przy tym nie rozbił czoła.

– Tak, pani. Ostatnie miasto wolnych ludzi w tym rejonie zostało zdobyte, zanim nadeszła fala. Miasto stoi na klifie, więc fala go nie zalała, ale jest opuszczone.

Ser’Goth westchnęła znowu. Ogarnęło ją zniechęcenie.

– Przynajmniej tyle udało się osiągnąć. No dobrze, możesz wrócić do swojego pana.

– Tak jest, pani. – Demon rozpłaszczył się jak ropucha. – Ale… To znaczy… Mój pan prosi… o posiłki.

Oczy Ser’Goth błysnęły tak jasnym szkarłatem, że było to widoczne nawet w dość jasnej sali tronowej, a w głosie władczyni zabrzmiały niskie, chrapliwe tony.

– Jak on śmie prosić mnie o większe siły? Wynoś się, sługo! Przekaż swojemu panu, żeby sam odbudował własną armię – warknęła. – Wara mu od moich wojsk.

Demon umykał tak pośpiesznie, że potykał się o własne nogi.

Ser’Goth westchnęła jeszcze raz. Miała tego dość. Chętnie podroczyłaby się z posłańcem, ale ten głupi władca przysłał demona z Ósmego Kręgu, który ledwie rozpoczął przemianę. Ser’Goth nie zniżała się do dyskusji ze śmieciami, którym odpadają kończyny, było to poniżej jej godności.

„Ten głupiec mógłby dostać ode mnie wsparcie, gdyby przysłał kogoś, komu warto poświęcić trochę czasu” – pomyślała gniewnie, ale zaraz rozbawiła ją myśl, co by mogła zrobić z takim posłańcem. Zerwała się z tronu i przeszła przez salę do wielkiej mapy świata wyrzeźbionej w blacie ogromnego drewnianego stołu.

– A zatem północna część Środkowego Kontynentu jest już oczyszczona – stwierdziła i przesunęła znacznik na odpowiednie miejsce. – Długo to trwało.

– W rzeczy samej, pani… Jednak wieści o tym, co się stało, bardzo mnie zaniepokoiły – zabrzmiał spokojny głos.

– Och? Mów, Wezyrze.

Człekokształtna i odziana w długą szatę postać zbliżyła się do stołu.

– Fala opisana przez posłańca jest możliwa… ale bardzo rzadka – oznajmił Wezyr.

– Uważasz, że to działanie wroga? – Ser’Goth skrzywiła się na samą myśl. – Wydaje mi się, że nazbyt wysoko oceniasz umiejętności tych ludzi.

– Działanie ludzi? Ależ skąd – zaprzeczył Wezyr beznamiętnie. – Ludzie już tego nie potrafią. Oczyściliśmy niebo z ich zabawek, a siły potrzebne do wzbudzenia takiej fali wymagałyby urządzeń, które trudno by nam było przeoczyć. Jednak prawdziwym wrogiem nie jest przecież ludzkość, prawda?

Władczyni znieruchomiała, rozważając tę sugestię.

– Nie – stwierdziła wreszcie. – Nie ludzkość. Jednak od bardzo dawna nie widziano żadnych śladów Nieprzyjaciela. Jeżeli jeszcze nie opuścił tej dziedziny, zapewne właśnie zbiera się do odejścia.

– Z tym całkowicie się zgadzam – przyznał Wezyr. – Może w ten sposób chcieli się pożegnać.

Ser’Goth prychnęła.

– No to słabo im wyszło. Wyświadczyli mi przysługę, inaczej sama musiałabym wcześniej czy później zająć się armią tego głupiego władcy. Nie, Wezyrze. Chociaż wydaje się to niewiarygodne, jednak siły natury nie stają po niczyjej stronie.

– Racja – przyznał Wezyr. – Nie mam pewności, ale należy rozważyć każdą ewentualność… Rozpoznanie wzoru wymaga sprawdzenia wielu działań, lecz każdy ciąg zdarzeń wywołany jest jedną akcją.

Ser’Goth, choć niechętnie, skinęła głową.

– Słusznie, Wezyrze. Na razie jednak założę, że ta fala była zjawiskiem naturalnym. Jeżeli spotkamy się z kolejnymi podobnymi zdarzeniami, wtedy uznamy, że to część zaplanowanych i celowych działań, i stosownie zareagujemy. Tak samo jak w przypadku, gdy znajdziemy dowody na istnienie jakiegoś wynalazku, który może nam zaszkodzić.

Wezyr skinął głową i wycofał się w cień pod ścianą.

W sali zapadła cisza. Ser’Goth popatrzyła jeszcze raz na mapę świata z sześcioma dużymi lądami i znacznikami reprezentującymi miejsca zwycięskich podbojów.

Osiągnięcie tego celu trwało długo i zostało okupione o wiele większymi stratami, niż przewidywano. Ludzie z tego świata okazali się uparci i niezłomni, a swojego terytorium bronili niemal jak demony. Według władczyni największą tragedię stanowiła śmierć wojowników wroga. Do Przemiany pozostały jedynie ochłapy, którym udało się przeżyć, podczas gdy najlepsi woleli oddać życie w walce.

Wielu wojowników, których Ser’Goth zabiła, mogłoby się z czasem zmienić w nadzwyczajne demony.

Kilku stawiało imponujący opór, gdy władczyni się z nimi zabawiała. Niełatwo było ich złamać.

No cóż… Ser’Goth doskonale wiedziała, że ochłapy też wystarczą. Przemiana zniszczy najsłabszych, a silnych uczyni jeszcze silniejszymi… Niewiarygodnie silnymi. Za jakiś czas.

Wszystko w swoim czasie.

* * *

Aby przeżyć w jarzmie demonów, trzeba zapomnieć o dumie.

A jednak jakimś cudem Jolnir wciąż oddychał. Był mężczyzną wysokim i muskularnym, robił wrażenie brutala. Kiedyś gołymi rękami zabijał demony w odwecie za ich pogardę. Przeżył wyłącznie dzięki sile oraz władczyni znudzonej zabijaniem.

No i dzięki dwóm przyjaciołom – na tym świecie obchodzili go tylko oni. Ci dwaj poświęcili sporo czasu i wysiłku, żeby wydobyć Jolnira z tarapatów, w które wpędziła go duma.

Trzask i uderzenie bata rzuciły go na kolana, ręce zanurzyły się w posoce demona powalonego wcześniej. Na twarzy Jolnira zalśniła ukośnie pręga niemal tak czerwona, jak jego włosy i broda. Mężczyzna jęknął z bólu, ale tylko czekał na następne uderzenie.

Za plecami usłyszał syknięcie i łomot. Obejrzał się szybko. Jego usta rozciągnął szeroki uśmiech. Nad nadzorcą demonów stał Sindri, a jego brat Brokkr, mamrocząc pod nosem, obmacywał już nieprzytomnego stwora w poszukiwaniu wartościowych przedmiotów.

Jolnir wstał i kuśtykając, podszedł bliżej. Poczekał, aż bracia skończą okradać nadzorcę. Obaj nie byli wysocy, sięgali mu zaledwie do ramion, ale nie miało to znaczenia. Bronili Jolnira, a on bronił ich. Odkąd pamiętał, zawsze trzymali się razem.

– Będziesz musiał go zabić – zauważył Sindri.

Jolnir skinął głową.

– Wiem.

Nadzorca, co za ironia, zobaczył zbyt dużo. Gdyby pozostał przy życiu, byłby to wyrok śmierci dla trzech przyjaciół oraz pewnie dla kilku innych osób. Jolnir pochylił się, żeby podnieść młot, upuszczony przy upadku.

Młot na krótkim trzonku nie zwracał uwagi w osadach rządzonych przez demony, stanowił typowe narzędzie ludzkich pracowników i miał zastosowanie w różnorakich rzemiosłach, jednak po kilku drobnych i niewidocznych przeróbkach w rękach Jolnira zmienił się w broń zdolną skutecznie powalić większość demonów.

Kiedy Brokkr się wyprostował, Jolnir gestem nakazał braciom się cofnąć, po czym uniósł młot i spuścił go na nieprzytomnego nadzorcę. Rozległ się trzask pękających kości i mlaśnięcie miażdżonych tkanek.

Jolnir wyprostował się i poruszył młotem, aby strząsnąć czarną posokę, a potem rozejrzał się czujnie.

– Chodźmy – mruknął. – Wynośmy się stąd.

Trzej przyjaciele oddalili się pośpiesznie. Na ziemi zostały tylko dwa ciała w kałużach stygnącej czarnej krwi.

Życie w mieście demonów rzadko było sprawiedliwe, ale zwykle bardzo proste.

Przyjaciele wymknęli się z ciemnego zaułka i wmieszali w tłum ludzi, przechodzących kilka kroków dalej. Nawet gdyby któryś z przechodniów zauważył, co się stało, na pewno nie chciałby się do tego mieszać. Jolnirowi i braciom to odpowiadało. W mieście lepiej było nie widzieć za dużo.

„Dla nadzorcy źle się to skończyło” – pomyślał wielkolud i zaśmiał się cicho.

– Pakujesz się w kłopoty – zauważył ponuro Sindri.

– Wiem – mruknął Jolnir równie ponuro, jego dobry humor rozwiał się jak dym na wietrze. – Przykro mi, że was w to wmieszałem.

– Pewnego dnia nie zdołamy cię uratować – podjął Sindri. – I nie oczekuj, że ocali cię wtedy ta suka jaśnie pani. Jesteś dla niej zabawką i wcześniej czy później się tobą znudzi.

– Och, zostaw go w spokoju, bracie – wtrącił Brokkr. – Jol to wie, ale po prostu nie potrafi się powstrzymać. Wciąż ma w sobie tę ludzką dumę.

Jolnir skrzywił się na te słowa, ponieważ zdawał sobie sprawę, że nie może im zaprzeczyć. Jedna z kardynalnych zasad życia w mieście demonów głosiła, że ludziom nie wolno odczuwać dumy. Duma stanowiła grzech śmiertelny na terenach pod władaniem demonów, tylko potulni i pokorni mogli zachować życie. Jednak on nie potrafił się z tym pogodzić. Był potężniejszy od wielu demonów, siłą mięśni zdołałby zmiażdżyć niejednego z tych stworów… Dlaczego nie miałby z tego powodu odczuwać dumy?

Demony były pewne siebie, ale nie poradziłyby sobie z takim olbrzymem jak on.

Cóż, nieważne. Jolnir zamierzał żyć po swojemu, nawet jeżeli będzie to krótkie życie.

Sindri zerknął na niego i westchnął.

– Znowu to samo, co? – Niski, przysadzisty mężczyzna skrzywił się z niechęcią. – Znowu usprawiedliwiasz swoje błędy. Jol, prosisz się o bolesną śmierć… i obawiam się, że nas też w to wciągniesz, jeżeli w porę cię nie porzucimy.

Te słowa sprawiły, że Jolnir zaczął się zastanawiać nad swoim postępowaniem.

Nie chciał, aby braci spotkała krzywda. Zbyt wiele dla niego zrobili. Zaopiekowali się nim, gdy był jeszcze chudym chłopaczkiem, ledwie dorównującym wzrostem tym dwóm niskim stworzeniom, które ocaliły go przed kaprysami demonów. Wiedział, że bracia nie byli ludźmi, przynajmniej nie całkiem, ale nigdy o tym nie rozmawiali. Nie było takiej potrzeby.

Uważał ich za rodzinę i to wystarczało.

– Wybacz, Sindri – szepnął pokornie, tonem zupełnie niepasującym do jego postury.

– Nie przepraszaj, lecz postępuj z większą rozwagą – burknął Sindri z irytacją. – Proszę tylko o jedno: postaraj się być choć odrobinę lepszy. Za każdym razem, gdy ci się uda, będziesz się stawał coraz lepszy i ani się obejrzysz, a przewyższysz w tym nas. To cel, do którego warto dążyć. A teraz lepiej się pośpieszmy, mamy robotę w składach.

Jolnir skinął głową i przyspieszyli kroku. Wkrótce zniknęli wśród tłumów w labiryncie stolicy.

* * *

– Fascynujące.

Pierwszy z Trójcy popatrzył w zamyśleniu na świat. Rozważał, czego się właśnie dowiedział.

– Fascynujące? Raczej niewiarygodne – odparł trzeci. – Właściwie zupełnie nie do wiary. Jedna młoda dziewczyna, jeszcze dziecko, nie mogłaby wprowadzić takiego zamętu we wszystkie obliczenia Wyroczni!

– Ludzie zostali obdarowani wolną wolą – stwierdził spokojnie pierwszy.

– Wolna wola jest wspaniała i cudowna – skrzywił się trzeci. – Ale niewiele znaczy bez siły, która by ją wspierała. Można chcieć, aby wszechświat zmienił się w ser, jednak tak się nie stanie, jeżeli nie dysponuje się mocą, która to sprawi.

Pierwszy spojrzał na drugiego z niedowierzaniem.

– Zmienić wszechświat w ser? – powtórzył z rozbawieniem. – Skąd bierzesz takie powiedzonka?

– Nieistotne. Wyjaśniałem tylko zależność wolnej woli od siły. Nie zbaczaj z tematu.

Pierwszy zaśmiał się, ale gestem dał do zrozumienia, że się zgadza.

– Oczywiście masz rację. Istnieje różnica między chęcią a możliwością zrobienia czegoś. Okazuje się jednak, że tej dziewczynie się udało. Przeciwstawiła swoją wolę wszechświatowi, a wszechświat się ugiął… Choć tylko nieznacznie.

– Wciąż twierdzę, że to niemożliwe – skrzywił się trzeci.

– A jednak. – Drugi po raz pierwszy włączył się do rozmowy. – I musimy się teraz zastanowić, co z tego wynika.

– Za mało i za późno – upierał się trzeci. – Nie mamy tutaj już żadnych sił, którymi moglibyśmy wesprzeć tę małą, a o tym, co zostało z ludzkości, nie warto nawet wspominać. Jeżeli chcesz dziewczynę nagrodzić, chętnie ją zabiję, niech wzniesie się ponad tę rzeczywistość i ma to już za sobą.

– Nawet o tym nie myśl, jeżeli nie chcesz, aby z mojej woli spotkał cię koniec – warknął pierwszy. – Nie waż się okradać jej z szansy, aby była kimś, kim może się stać.

– A kim może się stać? Jednym ze stworzeń kręgów, gdy tylko skończy się zabezpieczanie tego świata i wymiaru? – oburzył się trzeci. – Wiesz równie dobrze jak ja, że najlepsze, co ta dziewczyna może teraz zrobić, to umrzeć z honorem, zanim zamkniemy tę domenę z drugiej strony.

– Nie masz prawa podejmować takiej decyzji – zauważył drugi twardo. – Chociaż zgadzam się z tobą co do faktów, jednak nie wolno nam odbierać ludziom wyboru.

– Zatem ta dyskusja była jałowa.

Pierwszy z Trójcy skupił uwagę na czymś, co zupełnie nie dotyczyło prowadzonej rozmowy.

– Może… nie… – odezwał się, celowo cedząc słowa. – Popatrzcie na to i powiedzcie, co widzicie…

– Jeszcze jedno dziecko? – prychnął trzeci. – Naprawdę tak nisko upadliśmy? Polegamy na dzieciach, które…

Trzeci z Trójcy urwał, gdy wraz z drugim skupił się na wskazanym osobniku.

– Niemożliwe… – wymamrotał drugi, wyraźnie wstrząśnięty. – Jak to się stało, że nie wiedzieliśmy o takim potencjale?

– Może… może coś się zmieniło – zauważył pierwszy przebiegle. – Nasza mała dziewczynka wywiera większy wpływ, niż można było sobie wyobrazić. Uważam, że powinniśmy go… nakierować.

Drugi z Trójcy zamruczał, gdy rozważał tę możliwość, wreszcie jednak przytaknął.

– Zgadzam się.

Trzeci skrzywił się, ale ostatecznie ustąpił.

– Chyba nie ma sensu się spierać. Nadal uważam, że to… ślepy strzał na dużą odległość. Jak myślicie?

– Często to bardzo dobry opis naszych działań. Prawie jak unoszenie się na skrzydłach i na modlitwie, czyż nie? Nakieruj chłopaka. A ja porozmawiam osobiście z dziewczyną.

– Zgoda.

– Niech tak będzie.

* * *

Ser’Goth przyjrzała się wyrzeźbionej na blacie dużego stołu mapie oraz znacznikom, potwierdzającym, że długofalowe zadania na tym świecie zbliżały się do końca.

„Więc dlaczego nagle ogarnęła mnie niepewność?”

Władczyni nie zdobyłaby swojej obecnej pozycji, gdyby lekceważyła takie przeczucia, dlatego zamachała ręką, aby przywołać zgromadzonych oczekujących w nawach sali tronowej.

– Tak, pani? – Skłonił się służalczo pierwszy z przybyłych, wysunąwszy się przed pozostałych.

– Skontaktujcie się z władcami. Ze wszystkimi – rozkazała. – Chcę wiedzieć, czy wydarzyło się coś niespodziewanego na podległych im terenach. Nowe powstanie, bohaterowie wśród ludzi albo cokolwiek, co zwróciło uwagę władców. Coś… coś się zmieniło.

– Pani?

– Ruszać!!! – ryknęła Ser’Goth. Podwładni rozbiegli się w popłochu i została sama.

Lazurowa piękność oparła dłonie o stół i popatrzyła gniewnie na mapę. Gdy dowiedziała się, że jakaś przeklęta fala zatopiła dywizje miejscowego władcy, Ser’Goth ogarnęło napięcie. Nie było to przyjemne napięcie, lecz takie, które zwiastuje burzę… Ale tym razem władczyni wiedziała, że to nie ona sama sprowadzi gromy i błyskawice.

ROZDZIAŁ 3

Elan zamknęła księgę, wyprostowała się i rozejrzała po cichej bibliotece Avalonu.

– Merlinie? – zawołała w przestrzeń.

– Słucham, dziecko – odpowiedział natychmiast Merlin, a zaraz potem pojawiła się jego eteryczna postać.

– Nie mów do mnie „dziecko” – burknęła Elan.

Merlin nie odpowiedział, tylko czekał, żeby wyjaśniła, po co go wezwała.

Dziewczyna w końcu westchnęła i przewróciła oczami.

– Z iloma innymi redutami masz jeszcze kontakt?

– Ach, dobre pytanie. Niestety, trudno na nie udzielić odpowiedzi. Ujmując sprawę prosto, z większością tych, które nie zostały całkowicie zniszczone. Jednak ten kontakt najczęściej jest bardzo ograniczony, sprowadzający się do sprawdzenia, czy systemy placówki działają. Okazuje się, że zwykle zawodzą na każdym poziomie, i jedyne, co mogą zrobić, to powiadomić mnie o tych awariach. Zakładam, że jesteś bardziej zainteresowana funkcjonującymi posterunkami, węzłami mocy i tym podobnymi?

– Właśnie – westchnęła Elan.

Uzyskanie prostej odpowiedzi od Merlina przypominało próbę wbicia odrobiny rozumu do zakutego łba Kaleba. Skoro Merlin wiedział, o co jej chodzi, dlaczego zwyczajnie nie powiedział? Dziewczyna zamknęła oczy. Od takiego myślenia można było dostać migreny.

– Ogółem mam kontakt z ocalałymi czterdziestoma trzema placówkami o różnym stopniu sprawności. – Merlin odwrócił się do Elan plecami. – Czekałem, kiedy o to zapytasz. Chodź za mną.

Elan zmarszczyła brwi, ale wstała i pośpieszyła za Merlinem, który ruszył od razu, nawet na nią nie czekając. Szedł powoli, ale równo, więc dogoniła go bez trudu i oboje skierowali się ku gładkim, białym korytarzom Avalonu.

– Dlaczego czekałeś? – zapytała dziewczyna. – Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu, skoro uznałeś, że powinnam wiedzieć?

– Wiele razy pojawiało się coś, co powinnaś wiedzieć, dziecko – odparł ze spokojem Merlin. Zdawał się nie dostrzegać grymasu irytacji na twarzy Elan, gdy znowu nazwał ją dzieckiem. – Gdybym mówił ci o tym wszystkim, nigdy więcej nie ujrzelibyśmy już słońca.

– Ale ludzie na świecie giną!

– Ludzie zawsze giną i nic na to nie możesz poradzić, nie łudź się. Chodziło ci o to, że demony zabijają ludzi, a tobie się wydaje, że kilka takich ofiar mogłabyś ocalić.

– Właśnie! – warknęła Elan gniewnie. – Co w tym złego?

– Nic. – Merlin wzruszył ramionami. – Powiedziałbym nawet, że to godne podziwu, choć bezsensowne pragnienie, biorąc pod uwagę obecną sytuację. Gdybyś jednak miała wybrać, ocaliłabyś jedno życie teraz czy wiele istnień później?

Elan już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale zamarła, gdy dotarło do niej znaczenie tego, co powiedział.

– Wybrać?

– Tak, wybrać. Jeżeli teraz rzucisz się do walki, zapewne ocalisz jakiegoś człowieka, może nawet kilku. Jednego, dziesięciu, stu… – Merlin pozostał beznamiętny. – Jeżeli jednak się przygotujesz, zaplanujesz swoje działania i będziesz gotowa do akcji, wtedy zapewne ocalisz setki, nawet tysiące albo więcej. Jest czas działania i czas przygotowań do działania. Naucz się to rozróżniać, dziecko, a może wtedy zacznę zwracać się do ciebie po imieniu. Jesteśmy na miejscu.

Elan już miała się odgryźć za nazwanie jej znowu dzieckiem, ale nie zdążyła. Przed jej oczyma ukazała się wielka sala i dziewczyna rozdziawiła usta z zachwytu.

– Co to za miejsce?

– Centrum dowodzenia – odparł Merlin. – A dokładniej jedna z wielu podobnych central zainstalowanych we wszystkich redutach, które mogły posłużyć za centrum dowodzenia. Pierwsze takie miejsce znajdowało się w stolicy, zanim upadła na skutek zarazy. Ta sala, podobnie jak tamta, stanowiła węzeł komunikacyjny, pozwalający dowódcom odbierać meldunki oraz wydawać rozkazy, a także wzywać wsparcie, o ile było dostępne.

Pogrążone w mroku pomieszczenie powoli się rozświetlało, sekcja po sekcji, przez co wydawało się jeszcze większe. Oszołomiona Elan ruszyła za Merlinem.

Wkroczyli na pomost, z którego można było zobaczyć całą salę. Przed nimi na okrągłej platformie unosił się eteryczny obraz kuli.

– Co to jest? – zapytała Elan, gdy stanęli przed półprzejrzystą sferą.

– To świat, na którym się znajdujemy. – Merlin odsunął się i gestem zaprosił, żeby podeszła bliżej.

Elan z wahaniem okrążyła unoszącą się kulę. Przyjrzała się brązowym, zielonym i niebieskim obszarom, ale nie wiedziała, na co patrzy.

– Nie rozumiem…

– Jesteś gorsza niż dziecko, gdy się do tego przyznajesz – prychnął Merlin. – To obraz świata widzianego z odległości mniej więcej czterdziestu tysięcy mil. Straciliśmy niemal wszystkie nasze zdalne satelity z urządzeniami rejestrującymi, ale kilka ocalało, ponieważ znajdowały się dotąd poza zasięgiem możliwości demonów.

Tak wiele z tego, co właśnie powiedział, było dla dziewczyny zupełnie niezrozumiałe… Dlatego zrobiła to, co zwykle, gdy zdarzała się taka sytuacja – zignorowała większość jego wypowiedzi i skupiła się na tym, co wydawało jej się najważniejsze. Miała nadzieję, że Merlin wyjaśni wszystko, co uzna za potrzebne. W zasadzie był to jedyny sposób, aby przyswoić chociaż część informacji, którymi zalewał Elan.

– To… nasz świat? – upewniła się.

– Tak.

– A… a gdzie my jesteśmy?

Merlin wyciągnął rękę i pstryknął palcami, a kula zaczęła się obracać. Kolejny ruch palców sprawił, że się powiększyła. Elan cofnęła się o krok, bo obraz zajął prawie cały pomost. Kula zwolniła, ukazały się obszary błękitu, a na nich mała zielona kropka, która też zaczęła rosnąć.

– To wyspa, którą nazwałaś Atlantydą. – Merlin nie odpowiedział na pytanie, starał się oderwać uwagę dziewczyny od Avalonu. – Początkowo nie miała nazwy, była tylko placówką badawczą od dawna zalewaną przez podnoszące się wody oceanów.

Elan przechyliła głowę.

– Oceany się podnoszą?