Wydawca: Drageus Publishing House Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Atlantis Rising. Tom 1. Rycerze Atlantydy ebook

Evan Currie  

4.44444444444444 (18)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Atlantis Rising. Tom 1. Rycerze Atlantydy - Evan Currie

Przegraliśmy wojnę. Nadeszła zguba.

Czas na rewanż.

Po upadku cywilizacji władzę w dawnej domenie ludzi objęły demony. Wspaniałe dzieła ludzkości zostały zniszczone, ci, którzy przetrwali, żyli pokornie w niewoli, nie pamiętając o wielkich osiągnięciach swoich przodków. Byli jednak też tacy, którzy chcieli walczyć, i zapłacili za swój opór krwią. Ostatecznie demony zwyciężyły, pozostało im tylko pozbyć się resztek ludzkości z terytorium podbitego świata.

Młoda dziewczyna, która wchodzi w dorosłe życie, wkracza zarazem w cień przeznaczenia.

Demony nauczą się jeszcze czegoś od ludzi, zanim nazwą nasz świat swoim.

 

Ogień oczyszczenia zapłonie od małej iskierki... a przed świtem panują zawsze najgłębsze ciemności.

Opinie o ebooku Atlantis Rising. Tom 1. Rycerze Atlantydy - Evan Currie

Fragment ebooka Atlantis Rising. Tom 1. Rycerze Atlantydy - Evan Currie

Tytuł oryginału: Knighthood: Atlantis Rising Book 1

Text copyright © 2017 Evan C. Currie

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail:drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-65661-43-2

ISBN mobi: 978-83-65661-44-9

W ostatniej wojnie walczyliśmy niewyobrażalnie potężną bronią.

W tej będziemy walczyć kijami i kamieniami.

WSTĘP

Muszę przyznać, że zanosiło się na to od dawna. Pomysł tułał się po twardym dysku i wreszcie nadeszła pora, żeby skończyć powieść. Dzięki temu pozbyłem się zaległości i udostępniłem wszystkie swoje dotychczasowe utwory (oprócz romansidła o wampirach, wzorowanego na bohaterach serii Anne Rice – na to dzieło niech lepiej opadnie zasłona milczenia).

„Rycerze Atlantydy” w zasadzie odnoszą się do kilku moich powieści, w pewnym sensie stanowią tło dla ich uniwersum. Z pewnością nazwy, które pojawiają się w fabule, wzbudzą u czytelników skojarzenia z co najmniej dwiema moimi książkami, można również znaleźć łatwe do odgadnięcia nawiązania do trzeciej. Jeżeli jednak okaże się to trudne… cóż, pozostańcie w kontakcie. Pojawi się więcej opowieści z tego wielkiego uniwersum i sporo odniesień – zarówno tych oczywistych, jak i tych trochę mniej czytelnych.

Mam na imię Nimue.

Żyję – z braku lepszego określenia – niemal przez wieczność. Pamiętam czasy, gdy Eden był jeszcze domeną Boga, a ognie stworzenia płonęły jasno i mocno jak nic wcześniej ani potem. Nie jestem Bogiem, aniołem ani boginką. Zostałam stworzona przez Błogosławionych, zanim upadli w mrok niepamięci.

Można mnie w pewnym sensie uznać za bibliotekarkę, strażniczkę świętych ksiąg i kronik… nawet za bajarkę, która zna mnóstwo wspaniałych opowieści. Potrafię o wiele więcej, ale właśnie z tym zajęciem się utożsamiam i ono najlepiej określa, kim jestem naprawdę.

Pozostańmy zatem przy opowieściach, dobrze?

W dziele stworzenia niektóre opowieści wybijają się ponad inne. Stają się pożywką, inspiracją dla tysiąca wersji, zmieniających się nieustannie, aż szczegóły z oryginału zacierają się zupełnie. Szczegóły jednak nie mają znaczenia. Ważne, że przesłanie pozostaje niezmienne.

Czas grozy i bezgranicznej rozpaczy rodzi… bohaterów.

A najciemniej jest zawsze… przed świtem.

ROZDZIAŁ 1

Jak okiem sięgnąć, wokół rozpościerały się dymiące zgliszcza. Ciągnęły się na dystansie kilku dni wędrówki w dowolnym kierunku. Ostatecznie była to pustynia pod każdym względem – tylko piasek i pył oraz bardzo nieliczne przejawy życia.

Jednak, choć to nieprawdopodobne, nawet w tak niegościnnych stronach osiedlili się ludzie.

– Elan! – zatroskane wołanie kobiety poniosło się po jałowej równinie, wśród płaskich, rozrzuconych głazów otaczających małą chatę. – Gdzie cię zaniosło, dziecko?

– Tu jestem, mamo! – Dziewczynka wychyliła się zza głazu z szerokim uśmiechem. W dłoni ściskała ręcznie wystruganą lalkę, z którą nigdy się nie rozstawała.

Matka popatrzyła groźnie na brudną buzię i przysypane pyłem jasne włosy dziecka.

– Elan! Ile razy ci mówiłam, że nie wolno się bawić tam, gdzie cię nie widzę?

– Przepraszam, mamo… – Dziewczynka wzruszyła ramionami, zręcznie wskoczyła na głaz, za którym wcześniej siedziała, po czym ześlizgnęła się na piasek i podbiegła do matki. – Chciałam się tylko pobawić za skałami.

Kobieta podniosła dziecko i zakręciła się z nim. Elan zachichotała, przebierając nogami.

– Och, dziecinko, wiesz, że bardzo się martwię. A gdyby tamtędy przechodziły potwory? Co bym zrobiła?

Dziewczynka mocno uścisnęła matkę.

– Przepraszam, mamo… Nie zostawiaj mnie potworom!

Kobieta uśmiechnęła się smutno.

– Nigdy tego nie uczynię, córeczko. Jednak trzeba mi pomagać… Musisz zawsze robić to, co ci każę, bo tylko wtedy będę mogła cię ochronić. Dobrze?

Dziewczynka skinęła głową.

– Dobrze, mamo.

Matka postawiła dziewczynkę na ziemi, ujęła ją za rękę i poprowadziła do stojącej nieopodal starej chaty. Zerknęła na córkę u boku i uśmiechnęła się czule, choć nie bez irytacji, a w jej głosie zabrzmiały ostrzejsze, surowe tony.

– No, Elanthielle Bosca Timone, wracajmy do domu.

Szły nieśpiesznie. Dziewczynka podskoczyła, jakby chciała się zerwać do biegu, ale matka trzymała ją mocno i nie pozwoliła się oddalić.

* * *

Życie jest zabawne, to najbardziej pleniące się z dzieł stworzenia we wszystkich rzeczywistościach. Rozciąga się od najniższych form do tych wyższych, zawsze się rozrasta i nigdy nie osiąga równowagi, do której dąży tak uparcie reszta wszechświata.

I zawsze, ale to zawsze się zmienia, zwłaszcza wtedy, gdy nikt się tego nie spodziewa.

Stało się tak nocą, dwa dni po pewnym zwyczajnym zdarzeniu, gdy młodą Elan obudził łomot z dołu. Podniosła się powoli z łóżka, podkradła do drzwi. Dostrzegła tam światło, sączące się z dużej izby, największego pomieszczenia w małej chacie. Przez stare deski słyszała urywki rozmowy.

Jednym z obecnych był mężczyzna – mówił z ulgą, ale też znużeniem. Elan nie rozpoznawała go. Nigdy wcześniej nie słyszała tego głosu, niskiego i zmęczonego, zdradzającego więcej niż tylko wypowiedziane słowa.

– Marro… Tak się cieszę, że nic ci nie jest – mówił mężczyzna. – Czy…?

– Elan czuje się dobrze, Damascu. – Ten głos Elan znała bardzo dobrze, należał do matki. – Śpi.

– Stwórcy niech będą dzięki.

Elan przysunęła się bliżej, żeby zerknąć przez szparę w drzwiach. Nie widziała żadnego mężczyzny, odkąd skończyła pięć lat. Ledwie pamiętała, że taka płeć w ogóle istnieje, chociaż matka często opowiadała o czasach, gdy jeden z nich mieszkał w tej chacie. Ktoś, kogo nazywała „ojcem” Elan. Dziewczyna przechyliła głowę, natężyła wzrok i słuch.

– Myślałam, że nie żyjesz, Damascu… Dama… – Głos matki brzmiał tak samo, jak trzy księżyce temu, gdy Elan udawała, że uciekła, chociaż tylko ukryła się wśród głazów.

Myślała, że to będzie dobry żart, naprawdę zabawny. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyła, jak matka płacze. Oczywiście od razu wyszła z ukrycia. Kiedy matka ją ujrzała, rozpłakała się jeszcze bardziej, osunęła na kolana i skuliła na piasku.

Wtedy dziewczynka omal naprawdę nie uciekła. Myślała, że matka płacze, bo Elan wróciła. Na szczęście kobieta dostrzegła wyraz twarzy córki i powstrzymała ją w porę. Elan nigdy nie zapomniała, jak tamtego dnia matka przytuliła ją kurczowo i raz po raz powtarzała jej imię.

Nie chciała nigdy więcej widzieć, jak matka płacze. Każda łza wypalała w jej sercu dziurę i wzbudzała lęk, ponieważ matka stanowiła jedyną opokę w życiu dziecka. Elan wolała nie myśleć, że ta opoka mogłaby się rozpaść. Właśnie dlatego wyskoczyła zza drzwi i wrzasnęła na nieznajomego:

– Zostaw moją mamę!

Mężczyzna cofnął się zaskoczony, wzdrygnął nawet, gdy o połowę niższa dwunastolatka spojrzała na niego groźnie. A potem zdziwiony uniósł brwi.

– Elan?

Elan stanęła między nim a matką. Musiała ją chronić.

– Doprowadziłeś mamę do płaczu! Wynoś się!

Mężczyzna parsknął wibrującym tubalnym śmiechem, ale po policzkach pociekły mu łzy. Dopiero teraz Elan przyjrzała mu się dokładniej.

Był wysoki, naprawdę wysoki, na ile Elan mogła ocenić. Wyższy od matki, najwyższej osoby na świecie. Twarz miał ubrudzoną, łzy żłobiły jasne ślady w pyle i czarnym popiele oblepiającym skórę. Elan nie potrafiła powiedzieć, jakiego koloru były jego długie włosy – matka nigdy nie pozwoliłaby córce tak się zapuścić.

– Och, Elan… – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i wziął ją w ramiona pomimo głośnych protestów. Uniósł dziewczynkę wysoko, choć waliła go pięściami po ramionach. – Widzę, że troszczysz się o mamę… Jestem z ciebie bardzo dumny.

Dziewczynka nadal biła go po rękach, dopóki nie poczuła dłoni matki na ramieniu.

– Elan, dziecinko… To twój ojciec. Nie płakałam ze smutku, kochanie… Płakałam, bo jestem taka szczęśliwa, że widzę go ży… widzę go znowu.

Elan przestała walczyć, zamiast tego spojrzała niepewnie na mężczyznę.

– Tata?

Uśmiechnął się do niej, białe zęby błysnęły na tle ciemnej od brudu twarzy.

– Tak, Elan, jestem twoim tatą.

Dziewczynka z wahaniem wyciągnęła rękę, ale nie mogła dosięgnąć jego twarzy. Na szczęście ojciec przyciągnął ją bliżej. Odsunęła mu z czoła kosmyki brudnych włosów, żeby się przypatrzeć. Miał niebieskie oczy i długą bliznę na lewym policzku. Jednak uwagę Elan przyciągnęło coś innego – granatowy wzór po prawej stronie twarzy, który przebijał przez warstwę brudu.

Z wahaniem dziewczynka zmazała zaschnięty pył, aby odsłonić niebieską skórę.

– Co to jest?

Damasc uśmiechnął się na to niewinne pytanie. Przywołało wspomnienia. Pamiętał, jak córka pytała o wszystko. Dlaczego niebo jest niebieskie, tato? Dlaczego wszystko rośnie, mamo? Dlaczego potwory są złe?

Uśmiech zniknął, ogarnął go smutek. Jednak gdy spojrzał na dziewczynkę, znowu poczuł radość.

– To znak wojownika, Elan.

– Co to jest wojownik?

– Ktoś, kto walczy z demonami – odpowiedział ze smutkiem, po czym postawił dziewczynkę na ziemi.

Elan zmarszczyła brwi z namysłem.

– Ale… co to są demony?

– My nazywamy je potworami.

– Och! – Jej twarz się rozpromieniła, gdy przetrawiła tę informację i wyciągnęła wniosek. – Walczysz z potworami!

Ojciec skinął głową, a Elan uśmiechnęła się z zadowoleniem, ale wciąż jeszcze myślała intensywnie, a jej krystalicznie błękitne oczy lśniły.

– Trzymasz je z daleka ode mnie, gdy śpię… I od mamy.

Matka objęła ją z tyłu.

– Właśnie tak, córeczko, tym się zajmuje twój tata.

Dziewczynka zastanowiła się nad tym jeszcze przez chwilę.

Potwory istniały, o czym dobrze wiedziała, jednak nie znała nikogo, kto by z nimi walczył. Popatrzyła na mężczyznę, na swojego tatę, i znowu zmarszczyła brwi. Gdy pogrążyła się w myślach, zapadła cisza, a dwoje dorosłych przyglądało się jej i czekało, aż znowu się odezwie.

Jej twarz się rozpromieniła, gdy podniosła wzrok.

– Ja też będę wojownikiem!

Rodzice uśmiechnęli się z wahaniem, z trudem opanowali niechęć. Ojciec przytulił Elan mocno, a matka się odwróciła.

– Może kiedy dorośniesz, córeczko – usłyszała głos ojca. – Może wtedy.

Dziewczyna objęła mocny kark ojca i przytuliła go jak matkę, po czym zacisnęła powieki i powtórzyła w duchu swoją obietnicę:

„Będę wojownikiem… Będę wojownikiem… Będę wojownikiem”.

* * *

Następnego ranka Elan obudziła się z trudem, zmęczona po minionej nocy. Spała dłużej niż zwykle, słońce stało już wysoko. Niechętnie podniosła się z łóżka, przetarła oczy i wyszła ze swojej małej izby.

Zatrzymała się przy cienkiej zasłonie, która oddzielała sypialnię matki od reszty domu, i zajrzała za nią.

Na łóżku zobaczyła tatę obejmującego mamę. Oboje spali. Dziewczynka przechyliła głowę, gdy im się przyglądała. Tata. Powtórzyła to słowo w myślach, a potem wymówiła bezgłośnie, jakby starała się z nim dobrze zapoznać.

Miała tatę.

Mama opowiadała jej, że mała dziewczynka powinna dorastać pod opieką mamy i taty, ale Elan wcześniej prawie się nad tym nie zastanawiała. Miała mamę i to jej wystarczało, a przynajmniej tak myślała. Jednak teraz miała też tatę.

Gdy tak rozmyślała, mężczyzna odwrócił głowę, otworzył oczy i uśmiechnął się do niej. Dziewczynka odskoczyła i puściła zasłonę. Tak łatwo dała się przyłapać.

Zarumieniła się, gdy za zasłoną rozległ się dudniący śmiech, po czym umknęła do siebie.

* * *

Następne miesiące były najszczęśliwsze w życiu Elan.

Tata pomagał mamie w polu, przynosił jedzenie i wodę. O zmierzchu chodził nad rzekę łowić ryby i czasami zabierał także córkę.

Elan ceniła sobie chwile, które spędzała sam na sam ze swoim nowym starym tatą.

– Chodź, Elan… – mówił, gdy podnosił wędkę i podbierak. – Wybierzmy się nad rzekę i złapmy coś na śniadanie.

Dziewczynka szła, pomagała mu wyciągnąć zdobycz i śmiała się wraz z nim, gdy oboje próbowali chwycić śliską, trzepoczącą się rybę. Śmiech ojca dudnił Elan w uszach, ale brzmiał przyjemnie. A kiedy już złapali rybę, tata siadał i uśmiechał się do córki bez słowa.

Raz zapytała go, dlaczego się tak uśmiecha.

– Przez ciebie – odpowiedział krótko.

Zmarszczyła brwi i skrzywiła się lekko.

– Dlaczego?

– Ponieważ bardzo się cieszę, że wróciłem do domu i jestem z tobą i twoją mamą – wyjaśnił.

– A gdzie byłeś wcześniej, tato?

Gdy zadała to pytanie, ojciec umilkł. Minęło sporo czasu, zanim Elan udało się go skłonić znowu do mówienia, jednak nawet wtedy czuła, że nie opowiada jej wszystkiego.

– Byłem daleko, córeczko – próbował ją zbyć, gdy poruszyła ten temat.

– Tyle wiem – stwierdziła Elan rzeczowo, po czym wzięła się pod boki i spojrzała na niego groźnie.

Tata roześmiał się cicho.

– Byłem w bardzo szczególnym miejscu… Brałem udział w czymś, co miało być bardzo ważne.

– W walce z potworami? – upewniła się Elan.

Skinął głową z uśmiechem.

– Tak… w walce z potworami.

– I potrzebowałeś tego? – Dziewczynka wskazała na długi kawałek metalu u jego boku. Tata nigdzie się bez niego nie ruszał, trzymał go blisko nawet podczas snu.

Mężczyzna dotknął miecza.

– Tak, Elan. To służy do walki z potworami.

– A to miejsce, gdzie byłeś… Pokazali ci tam, jak walczyć z potworami?

Tato posmutniał, skinął głową.

– Tak, córeczko.

Elan rozpromieniła się z zadowoleniem.

– No to ja też do nich pójdę.

– Nie możesz, Elan – zaprzeczył z powagą tata.

– Dlaczego nie?

– Bo… – Damasc westchnął ciężko, po czym przyciągnął córkę bliżej. – Bo ich już nie ma.

– Dlaczego? – Elan cofnęła się, gdy tata ją puścił, i ujrzała łzy spływające mu po policzkach. – Tato?

– Wszyscy odeszli, Elan – szepnął. – Wszyscy już nie żyją.

* * *

Po tamtej rozmowie Elan przestała pytać ojca, gdzie był i z kim. Ból, którym emanował tamtego dnia, zranił ją tak mocno, że nie chciała nawet wspominać, o czym rozmawiali, i wolała skupić się na innych sprawach.

Zawsze była bardzo ruchliwym dzieckiem – biegała po chacie i obejściu nawet po całodniowej pracy w polu i nad rzeką. Nic dziwnego, że czasami zjawiała się tam, gdzie nie powinna, i widziała rzeczy nieprzeznaczone dla jej oczu.

Przynajmniej nie teraz, gdy była jeszcze mała.

Stało się to prawie miesiąc po rozmowie z ojcem. Elan natknęła się na niego, gdy spędzał czas samotnie.

Wspięła się na skałę najciszej jak umiała. Drewnianą lalkę trzymała w zębach pewnie, lecz delikatnie, aby jej nie uszkodzić. Dziewczynka znalazła się na szczycie wielkiego głazu, największego na polu. Od dawna było to jej ulubione miejsce i uwielbiała siedzieć tu sama wśród rozciągającego się wokół pyłu.

Zamierzała się bawić jak zwykle, ale z niewyjaśnionych przyczyn najpierw postanowiła się rozejrzeć. Nie wiedziała, dlaczego tak zrobiła. Może przez to mrowienie, które czuła na karku? W każdym razie podczołgała się cicho do krawędzi głazu i spojrzała w dół.

Ojciec tam był, dokładnie pod kryjówką dziewczynki. Siedział, oparty plecami o twardą skalną ścianę, z odchyloną głową i podwiniętymi nogami.

Elan zmarszczyła brwi. Nie widziała nigdy, aby matka choć raz zrobiła coś podobnego, dlatego od razu ogarnęła ją nieposkromiona ciekawość. Ostrożnie wychyliła się jeszcze bardziej i spojrzała na ojca. Zastanawiała się, czy śpi… Ale nie spał. Oczy miał szeroko otwarte, chociaż nie wyglądał, jakby coś widział.

Elan wstała, osłoniła oczy przed słońcem w zenicie i popatrzyła w tym samym kierunku, co ojciec.

Nie, nic tam nie było. Bardzo dziwne. Przechyliła głowę, w zamyśleniu zmarszczyła czoło. Może tata miał lepszy wzrok niż ona?

Podskoczyła, żeby znaleźć się wyżej i mieć lepszy widok. Bardzo chciała wiedzieć, co tak bardzo pochłonęło ojca.

Ale znów zupełnie nic nie dostrzegła.

Zmarszczyła brwi, po czym usiadła, żeby zastanowić się nad sytuacją. Potem znowu zerknęła w dół. Ojciec wciąż tam siedział bez ruchu i patrzył w dal. Elan wydęła usta, rozejrzała się, wreszcie podjęła decyzję. Pośpiesznie zeszła z głazu i zeskoczyła w zeschnięty pył. Obeszła skałę, aż dotarła do miejsca, gdzie siedział ojciec. Zbliżyła się powoli, ostrożnie.

– Tato?

Nie odpowiedział.

– Tato? – Dziewczynka poczuła niepokój, gdy podeszła bliżej. – Tato? Dobrze się czujesz?

Z wahaniem sięgnęła ku jego nieruchomej twarzy, niemal go dotknęła.

Ojciec błyskawicznie wyciągnął rękę. Elan krzyknęła zaskoczona i chciała odskoczyć, ale nie zdążyła, palce mężczyzny zacisnęły się pewnie na jej nadgarstku, a ich oczy się spotkały. Przez chwilę na twarzy ojca malował się twardy wyraz czujności, ale gdy tylko rozpoznał córkę, złagodniał.

– Wybacz, Elan. Przestraszyłem cię?

Gdy dziewczynka usłyszała jego łagodny głos, przestała się wyrywać. Patrzyła na ojca nieco przestraszona i nieco zawstydzona.

– Przepraszam. Chciałam się tylko dowiedzieć, co robisz.

Skinął głową.

– W porządku, córeczko. Wszystko dobrze.

Damasc przyciągnął córkę i przytulił ją mocno, zanim się znowu odezwał.

– Byłem na Wyprawie w Sen.

– Na czym?

Westchnął. Nie umiał dobrze wytłumaczyć, czym jest Wyprawa w Sen, zwłaszcza dziecku, ponieważ sam z trudem pojmował wyjaśnienia swoich nauczycieli. Spojrzał w słońce, po czym wstał, wciąż trzymając w objęciach córkę. Skierował się do chłodnego strumienia, który stanowił jedyną atrakcję tego pustynnego spłachetka ziemi.

Gdy zaspokoili pragnienie prosto ze źródła, Damasc spróbował wyjaśnić.

– Wiesz – zaczął niepewnie – gdy śpisz, widzisz różne obrazy, prawda?

Elan skinęła głową.

– Mama mówi, że to sny.

– Mama ma rację – uśmiechnął się ojciec. – Sny to bramy do innych światów. A niekiedy do miejsc na tym świecie… Mają moc, którą rzadko rozumiemy. Moc, nad którą prawie nigdy nie umiemy zapanować.

Elan w zasadzie niewiele z tego zrozumiała, ale czuła, że to ważne sprawy, dlatego zachowała się jak należy – z powagą skinęła głową.

Damasc uśmiechnął się, zwłaszcza że dostrzegł w jej oczach niepewność.

– Kiedy uczymy się rozumieć i kontrolować swoje sny, uczymy się też rozumieć i kontrolować swoje życie.

– I właśnie to robiłeś? – zapytała Elan z dziecięcą ciekawością. – Kontrolowałeś swoje sny?

Damasc westchnął ponownie.

– Próbowałem, Elan…

– Siedząc na słońcu bez kropli wody? – Nawet ona wiedziała, że nie powinno się tak robić.

Tata potwierdził skinieniem głowy.

– Po co?

– Kiedy ciało jest zmęczone, znajduje się na granicy wytrzymałości, jego więź ze światem fizycznym słabnie.

Dziewczynka nie zrozumiała, ale ruchem ręki ponagliła, aby mówił dalej.

– Świat fizyczny, świat wokół nas, ten, którego możemy dotknąć, powąchać albo posmakować, stanowi tylko część świata, w którym żyjemy – posłusznie podjął wyjaśnienia.

– Jaka to część?

– Ta solidna – roześmiał się Damasc.

– Och – odparła Elan, jakby wszystko się wyjaśniło.

– Niektóre kwestie zrozumiesz później – zapewnił ojciec. – Może lepiej pobaw się lalką… To nie są sprawy dla dzieci.

– Nie! – oburzyła się. Jej stanowczy protest zaskoczył ojca. – Proszę, nie. Chcę wiedzieć.

– No dobrze… – Damasc nie miał pojęcia, co tak zainteresowało córkę, jednak przystał na jej prośbę. – Gdy jest się słabym, znużonym, lecz nie śpiącym, gdy jest się głodnym i spragnionym, wtedy więź ze światem fizycznym słabnie. I właśnie wtedy można sięgnąć do świata duchowego, świata snów.

– Dlaczego? – W jej głosie nadal brzmiała tylko niewinna, dziecięca ciekawość.

– Nie wiem. – Uśmiechnął się, mimo że jak każdy rodzic niechętnie przyznawał się do niewiedzy przed własnym dzieckiem. – Wiem tylko, że tak jest.

– Och. – Elan zmarszczyła brwi. – I dlatego robisz sobie krzywdę?

– Nie robię sobie krzywdy. Doprowadzam się do granic wytrzymałości, żeby się wzmocnić.

– Ach! – Tym razem dziewczynka rozpromieniła się. – Jak wtedy, gdy noszę wiadra z wodą dla mamy. Na początku było mi trudno, ale z czasem zrobiło się łatwiej.

– Właśnie. – Damasc odetchnął z ulgą. Ucieszył się, że córka znalazła porównanie do zwyczajnych czynności.

– Pokażesz mi?

Zaskoczyła go tym pytaniem tak bardzo, że zamrugał i jęknął.

– To znaczy?

– Naucz mnie tak… śnić – stwierdziła. – Też chcę być silniejsza.

– Elan, jesteś za młoda – skłamał. Chciał ją zniechęcić, choć doskonale wiedział, że dzieci uczą się szybciej.

– Wcale nie! – oburzyła się dziewczynka. – Jestem już duża! Przecież pomagam mamie w polu!

– No tak, ale…

– I pomagam tobie łowić ryby.

– No tak, ale…

– I sama potrafię zrobić kolację – zakończyła stanowczym tonem.

Damasc wreszcie uległ. Myślał, że to tylko kaprys i córka szybko się znudzi, a potem zapomni.

– No dobrze, pokażę ci, co umiem, ale nie oczekuj zbyt wiele. Tylko raz brałem udział w prawdziwej Wyprawie w Sen i od tamtej pory minęło sporo czasu.

Dziewczynka nie wyglądała na zniechęconą tym ostrzeżeniem. Uśmiechnęła się zwycięsko.

– Dziękuję, tato!

Damasc Timone westchnął znowu, ale zaraz się rozpogodził.

– Nie ma za co, moja mała śniąca…

* * *

Dzieciństwo przemija szybciej niż cokolwiek innego we wszechświecie, zwłaszcza dla rodziny, która zna ból rozstania. Elan i jej bliscy nie stanowili od tej reguły wyjątku. W bezkresnym pochodzie upalnych dni i przenikliwie chłodnych nocy dziewczynka dojrzewała, jak to dzieci mają w zwyczaju, rosła w oczach, przynajmniej według swojego dumnego, choć zakłopotanego ojca.

Damasc nie wiedział, co z nią zrobić. Nie znał nikogo takiego jak Elan, nie był na to przygotowany. Martwił się o nią. Uważał, że powinna zachowywać się jak dziecko. W ich świecie dorosłość przychodziła zbyt wcześnie, dlatego nie należało marnować czasu niewinności na smutne i poważne sprawy.

Elan miała jednak własne zdanie na ten temat.

Każdą wolną chwilę poświęcała na naukę wszystkiego, co zechciał jej pokazać ojciec. Przez następne trzy lata ścigała jego niemożliwe do spełnienia marzenie, jednak Śnienie wymykało się zarówno jej, jak i ojcu. Przez te lata stała się niemal tak wysoka jak matka, a jej oczy coraz bardziej przypominały kolorem oczy Damasca, zwłaszcza gdy się kłócili, co w jej wieku było nieuchronne.

Wzorem ojca Elanthielle spędzała nawet najgorętsze dni w roku na poszukiwaniach swojego snu i ćwiczeniach wytrzymałości.

– Za bardzo się forsujesz, moja mała – karcił ją często Damasc. Spochmurniał, gdy dostrzegł zaczerwienioną, poparzoną od słońca skórę pod pokrywającym ją pyłem.

Elan podniosła głowę i uśmiechnęła się.

– Zawzięłam się, ojcze.

Damasc odpowiedział smutnym uśmiechem. Tęsknił za czasami, gdy mówiła do niego „tato”, brakowało mu też małego dziecka, które tak zajadle broniło matki tamtej nocy, gdy po wielu latach zobaczył ją po raz pierwszy. Elan sięgała mu teraz do ramienia i nie zapowiadało się bynajmniej, że przestanie rosnąć.

– Kiedy mieszkałem w mieście, zanim to się stało, mistrz powiedział mi, że sny są jak mgła. Nie próbuj ich łapać, bo wymkną się między palcami. Musisz pozwolić, aby sen otoczył cię jak mgła. Tylko tak zdołasz kontrolować śnienie i wykorzystać mgłę.

Elan parsknęła niecierpliwie.

– Niełatwo jest czekać na coś, czego pragnie się tak bardzo, że prawie można tego dotknąć.

– Wiem, Elan – przyznał ze smutkiem. Zastanawiał się, kiedy zdołał zarazić córkę swoim szaleństwem. – Wiem doskonale.

– Czego pragniesz najbardziej, ojcze?

Damasc popatrzył na piętnastoletnią już dziewczynę. Nie po raz pierwszy podziwiał jej upór.

– Sprawiedliwości. Zemsty. Pragnę, żeby krew przyjaciół przestała prześladować mnie w snach, Elanthielle.

Dziewczyna wzdrygnęła się, gdy usłyszała swoje pełne imię. Nigdy tak się do niej nie zwracał – ani razu, odkąd wrócił do domu. Jego słowa przeraziły Elan, ale chciała je zrozumieć, poznać, co się za nimi kryje, jakie wydarzenia, straszne i piękne, uczyniły z niego tego mężczyznę, którego znała.

– Opowiedz mi, ojcze. – Złapała go za koszulę i zmusiła, aby spojrzał jej w oczy.

Córka nie postąpiła tak, jak się spodziewał. Nie wycofała się z dążenia do swoich celów. Damasc spodziewał się, że wróci do domu i do dziecka, tymczasem zastał młodą kobietę, która tylko czekała, aby się rozwinąć. A to bolało równie mocno, jak utracony tytuł „taty”.

– Wiele lat temu – zaczął z namysłem, gdy usiadł pod głazem – zostawiłem matkę i ciebie i poszedłem na wojnę.

– Na wojnę z potworami.

– Tak. – Skinął głową. – Na wojnę z potworami. Teraz one rządzą naszym światem.

– Nigdy nie widziałam potwora. – Elanthielle zmarszczyła brwi w skupieniu i zamyśleniu. – Dlaczego?

– Twoja matka i ja postanowiliśmy zbudować farmę właśnie tutaj, ponieważ potwory nie znoszą pustyni – wyjaśnił ojciec. – Nie ma na niej wielu miejsc, w których mogą się ukryć za dnia… Nawet te, które potrafią wytrzymać na słońcu, i tak nie cierpią jego blasku.

Dziewczyna popatrzyła na otaczające ich jałowe pustkowia. Ujrzała swoje rodzinne strony w nowym świetle.

– Mama nigdy mi o tym nie mówiła.

– Nie musisz się martwić, Elan – zapewnił. – Niewielu ludzi chciałoby się trudzić na jałowej ziemi, choć może ona zapewnić im wszystko, co niezbędne do przeżycia. Jak tobie i mamie. Nie przychodzą tutaj, dlatego demony, które na nich polują, również się nie zbliżają.

– Czyli… w domu jest bezpiecznie – ucieszyła się Elan.

– Nie – odpowiedział Damasc twardo. – Nie, Elan. Jesteś już na tyle duża, żeby to zrozumieć. Nigdzie nie jest bezpiecznie. Już od dawna. Odkąd naszym światem rządzą demony.

– Więc musimy go odzyskać.

Jak łatwo powiedzieć, jakże trudno zrobić.

Damasc uśmiechnął się smętnie.

– Wielu próbowało. Większość zginęła. Demony przechodzą tutaj przez portale, rzucają czary… Ich sile ulegają nawet nasi najpotężniejsi wojownicy, magowie i kapłani.

Elan w milczeniu rozważała jego słowa.

– Co się stało? – zapytała w końcu.

Długo trwało, zanim Damasc odpowiedział.

– Zostaliśmy zaatakowani. W biały dzień wpadliśmy w zasadzkę. Wrogowie wyszli spod ziemi, przedostali się przez kamienne ściany naszego budynku. Na zewnątrz czekali żołnierze, którzy wyłapywali uciekinierów.

– To byli ludzie? – Elan wytrzeszczyła oczy.

Damasc skinął głową.

– Ludzie. Prawda jest okrutna, Elan. I lepiej, żebyś poznała ją teraz ode mnie niż później od jakiegoś zdrajcy. Ludzie nie są aniołami. Wybieramy swoją drogę życia i wolno nam wybrać każdą. Ani dobro, ani zło nie mogą rościć sobie wyłącznych praw do naszej duszy.

Dziewczyna rozejrzała się po okolicy tylko po to, żeby uniknąć wzroku ojca.

– Nie znam innych ludzi…

– Wiem. Bardzo tego żałuję – westchnął Damasc. – Chciałem, żebyście z mamą były bezpieczne podczas mojej walki.

– W porządku, ojcze – zapewniła Elan, choć nie zdołała ukryć zmieszania, które przeczyło jej słowom. – Rozumiem. Ale muszę to przemyśleć.

Ojciec patrzył, jak odchodzi, a potem oparł się o głaz i westchnął ciężko. Podniósł wzrok na wędrujące po niebie obłoki. Czy córka naprawdę potrafiła go zrozumieć? Czy mógł liczyć choćby na tę drobną pociechę?

Nie wiedział, i dlatego od tej pory w dzień i w nocy dręczyły go wątpliwości. Rozmowa o demonach i klęskach z przeszłości powracała we wspomnieniach, ponieważ ogień wciąż w nim płonął, chociaż zdawało się, że żar zdusiła przelana krew tych, których Damasc uważał za przyjaciół.

Tamtego dnia wstał powoli i wrócił do chaty, do izby, którą dzielił z żoną. Za wezgłowiem leżało zawiniątko, którego nie wyciągał od trzech lat. Zacisnął zęby i sięgnął po zabezpieczony szmatami miecz.

Jeżeli jego mała śniąca zamierzała iść w ślady ojca, powinna wiedzieć dokładnie, na co się porywa. A kiedy ujrzy zimną, okrutną prawdę, wtedy może – ale tylko może – się wycofa.

W tych czasach człowiek powinien się cieszyć, że w ogóle żyje.

* * *

Elanthielle była nad rzeką, napełniała konwie do podlewania, gdy usłyszała szmer za plecami. Odwróciła się czujnie. Ojciec podszedł bliżej. Wyglądał jak wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy – gruby, sztywny strój, miecz u boku i twarz z niebieskim znakiem na policzku.

– Ojcze?

Nie odezwał się, tylko patrzył, a Elan wstała zdziwiona. Potem sięgnął za siebie i rzucił coś w jej stronę.

– Łap.

Zrobiła, co kazał, choć przedmiot omal nie wyślizgnął się jej z rąk. Spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Ojcze?

Znowu tylko milczał, gdy wyciągnęła smukły długi miecz ze skórzanej pochwy i przyjrzała się matowej klindze, lśniącej w promieniach wschodzącego słońca.

– Ten miecz należał do mojego przyjaciela – wyjaśnił Damasc. – Był drobnym mężczyzną, ale odważnym i lojalnym. Zginął z honorem. Wziąłem tę broń dla twojej matki, ale jesteś już duża, więc możesz go używać. Jeżeli zamierzasz iść w moje ślady, musisz dobrze zrozumieć jedno prawo.

– Jakie? – zapytała Elan bez tchu. Przyglądała się klindze. Była o wiele dłuższa od ostrzy noszonych przez nią i przez matkę, większa nawet od ciężkiej zakrzywionej głowni, z którą nie rozstawał się ojciec.

– Prawo żelaza – wyjaśnił z powagą Damasc. – Zimne żelazo osłabia demony… Rani demony, mimo że są odporne na wszystko inne. A skoro można je zranić, można też zabić. I właśnie to, moja mała śniąca, jest celem. Musisz być gotowa zabijać dla ocalenia wolności i nie wolno ci przestać, dopóki na świecie pozostanie choćby jeden demon.

Elan długo rozważała to, co powiedział.

– Rozumiem.

Damasc pokręcił głową i zmierzył córkę surowym spojrzeniem.

– Nie, nie rozumiesz. Jeżeli jednak będziesz kroczyć wybraną ścieżką, pewnego dnia to pojmiesz… I wtedy będziesz mogła poświęcić życie dla sprawy, którą uznasz za tego godną. Jednak zanim to nastąpi, muszę cię prosić, abyś pilnowała języka, gdy mówisz o śmierci i zabijaniu. Jesteś tylko głupim dzieciakiem, który nie ma o tym pojęcia.

Elan przełknęła z trudem, ale skinęła głową. Ojciec nigdy tak do niej nie mówił. Nieoczekiwanie klinga wydała się dziewczynie o wiele cięższa.

– Dobrze – stwierdził po chwili Damasc. – A teraz podnieś miecz i postaraj się mnie naśladować.

* * *

Od tamtego dnia ćwiczenia walki mieczem, bieganie, codzienne obowiązki w gospodarstwie oraz próby Wypraw w Sen pochłaniały cały czas Elan. Gdy ćwiczyła, rosła. W ciągu kilku miesięcy przerosła matkę i mogła spojrzeć w oczy ojca, tylko nieznacznie podnosząc głowę.

Każdego ranka szli nad rzekę, łowili ryby na śniadanie, a potem ćwiczyli. Damasc uczył córkę wszystkiego, co umiał – pokazywał jej, jak pchnąć i sparować atak, a także jak myśleć przy każdym ruchu.

Młoda dziewczyna poruszała się szybko, a uczyła jeszcze szybciej. Opanowała ojcowski styl walki w ciągu kilku miesięcy i w niedługim czasie potrafiła dotrzymać mu kroku podczas każdej lekcji.

Jednak jego siła pozostawała poza jej zasięgiem.

Pewnego wieczoru wczesną wiosną, gdy Elanthielle skończyła szesnaście lat, jej życie znowu uległo zmianie.

Gdy to się stało, ćwiczyła właśnie na szczycie „swojego” głazu, klinga cięła powietrze, powtarzając ruchy, których nauczył ją ojciec.

Nieopodal błysnęło, buchnął dym, a wstrząs zwalił Elan z nóg. Uderzyła głową w twardą skałę i przed oczyma zatańczyły jej czerwone plamy, a zaraz potem stoczyła się w szczelinę, w której lubiła się bawić, gdy była jeszcze mała.

Z jękiem wymacała wybrzuszenie i wspięła się ponownie po skalnej ścianie. Ostrożnie podczołgała się do krawędzi głazu i popatrzyła na szkarłatną łunę bijącą z chaty.

– Mamo? Tato? – wydusiła. Na tle migoczących płomieni dostrzegła tylko niewyraźne, poruszające się cienie, których nie potrafiła rozpoznać.

ROZDZIAŁ 2

Damasc jęknął, podnosząc się z ziemi. Potknął się i przetoczył po podłodze, aby sięgnąć po miecz. Rozpoznał oznaki zaklęcia eksplodującego, które wstrząsnęło starą chatą, aż zadrżały ściany.

Znaleźli go. Damasc nie wiedział tylko, jak im się udało. Po prawie czterech latach nie był już tak czujny. Myślał, że odpuścili.

Powinien wiedzieć, że nigdy nie odpuszczą.

Złapał za broń. Rękojeść ciężkiej klingi była jak uścisk dłoni starego przyjaciela. Mężczyzna zerwał się na równe nogi i uchwycił miecz oburącz, a potem zaczął się nerwowo rozglądać, odgadując, z której strony nadchodzi atak.

Pierwszych napastników dostrzegł od razu – demony najniższych kręgów przebiły się przez resztki zwalonej południowej ściany chaty. Z okrzykiem bojowym Damasc natarł na wrogów z uniesionym ostrzem. Trzy stwory zginęły od razu, ciężka klinga rozpłatała je z prawa do lewa, gdy mężczyzna wykonał imponujący zamach.

Zamierzył się na kolejne demony, gdy usłyszał krzyk obok. Odwrócił się szybko. Wrogowie wdarli się do izby przez wyłom w drugiej ścianie i właśnie wywlekali Marrę z chaty.

Damascowi ponownie wyrwał się okrzyk bojowy. Uderzył ramieniem w połamane deski, wokół poleciały drzazgi. Mężczyzna ciężko zwalił się na ziemię, ale umięśnionymi nogami zamortyzował wstrząs i potoczył dookoła dzikim spojrzeniem.

– Marro! – krzyknął, a jego miecz zatoczył łuk i pozbawił życia jeszcze jednego demona.

– Damascu!

Mężczyzna odwrócił się w stronę krzyku, a potem zerwał do biegu prosto na grupę kilku stworów pomniejszej rangi, stojących między nim a żoną.

Krew wrzała w żyłach Damasca, wzrok przesłaniała mu wściekłość. Pragnął upuścić demonom posoki. Z ostrzem wyciągniętym naprzód zabił ośmiu napastników, zanim reszta go powaliła. Jeden ze stworów trzasnął głową mężczyzny o ziemię, inny wyrwał mu miecz z dłoni. Potem Damasca powleczono za ramiona. Rzucał się i szarpał, żeby uwolnić się od skórzastych łap wrogów, ale wtedy chwyciło go więcej stworów i już nie mógł się ruszyć.

Jęknął, gdy otrzymał kopniaka twardym butem w żebra.

– Przeklęty buntownik.

Zamrugał i wytężył wzrok, żeby rozpoznać oprawcę. Kiedy mu się udało, skrzywił się z pogardą.

– Venadrin! Ty chory draniu!

Damascowi udało się zerwać i zrobić dwa kroki, zanim został znowu powalony przez demony z niższych kręgów.

Venadrin uśmiechnął się drwiąco, stanął nad pokonanym i zacisnął mu dłoń na gardle.

– Wiedziałeś, że zapłacisz za bunt. Znałeś konsekwencje.

– Nie! – krzyknął Damasc i znowu zaczął się wyrywać.

– Zrób to – rozkazał Venadrin przygarbionej bestii za swoimi plecami.

Żylasty demon skinął głową, a potem podniósł bezwładne ciało Marry i zaciągnął je do rumowiska, które jeszcze niedawno było domem. Stwór cisnął kobietę na ścianę i wbił kilka sporych drzazg w jej rękę. Marra krzyknęła z bólu, demon to samo zrobił z jej drugą ręką, a potem z nogami. Do krzyków torturowanej dołączyły gniewne wrzaski Damasca.

Oślepiały go łzy, gdy odwrócił wzrok od umierającej żony i spojrzał na oprawcę.

– Jak mogłeś, draniu?

Venadrin potarł szramę ciągnącą się wzdłuż lewego policzka.

– Wykonuję tylko wolę pana. No bo kto lepiej wytropi człowieka, jeśli nie inny człowiek?

– Zdradzieckie nasienie! Ohydo! Morderco! – krzyknął Damasc i splunął mu w twarz.

Venadrin wytarł policzek, a potem odwrócił się.

– Powiesić go.

Damasc wrzeszczał z wściekłości, gdy demony odciągnęły go od tropiciela. Stwory szybko postawiły prowizoryczną szubienicę. Wciągnęły mężczyznę tak, aby luźna pętla zaciskała się powoli i ofiara długo się dusiła. Damasc szarpał się, dopóki nie napotkał spojrzenia oczu na szczycie głazu niedaleko chaty. Jego córka widziała wszystko.

Mężczyzna zdusił jęk bólu. Nie krzyknął, żeby dziewczyna uciekała, nie mógł sobie na to pozwolić, bo wtedy ujawniłby demonom jej obecność. Patrzył tylko i nieznacznie kręcił głową. Wreszcie Elan położyła się. Pętla zaciskała mu się na gardle przy każdym ruchu, ale Damasc nie przestawał dawać znaków, dopóki córka nie zniknęła z pola widzenia.

Ledwie miał czas, aby skinąć głową z aprobatą, zaraz potem demony obróciły go i przywiązały tak, aby patrzył, jak jego żona wykrwawia się na śmierć.

* * *

Elanthielle wstała zza głazu, gdy tylko ostatnie demony zniknęły. Po tym, co widziała przez ostatnie kilka godzin, trzęsła się ze zgrozy i gniewu. Ani na chwilę nie odwróciła oczu, starała się nawet nie mrugać, mimo że pragnęła tylko zacisnąć powieki, aby odciąć się od przerażających scen, które rozgrywały się na pustynnej równinie pod głazem. Z trudem powstrzymywała palące łzy i starała się ze wszystkich sił omijać wzrokiem rodziców.

Umierających rodziców.

Za jej plecami na wschodzie zajaśniał świt. Dopiero wtedy Elan się podniosła. Demony już odeszły, a nad horyzontem rozbłysły poranne promienie słońca. Dziewczyna zsunęła się z głazu, wylądowała zgrabnie na ubitej ziemi i podeszła do swojego zrujnowanego domu.

Potykała się, a tłumiony smutek i żal szarpały ją w piersi przy każdym kroku.

– Mamo… – wyszeptała ochryple. Jeszcze niedawno wymawiała to słowo miękko, niemal pieszczotliwie.

Twarz matki była przeraźliwie blada, niemal biała. Dziewczyna wiedziała, że zapamięta ten okropny odcień do końca swoich dni. Skóra nie powinna mieć takiego koloru. Pod nieruchomym ciałem ciągnęła się rdzawa smuga. Elanthielle z wahaniem wyciągnęła rękę i ostrożnie dotknęła ramienia matki.

– Mamo? – wydusiła znowu. Cofnęła się o kilka kroków. Miała świadomość, co się stało, ale dopiero teraz zaczęło to do niej w pełni docierać. – Och, Stwórco…

Cofała się niezdarnie, dopóki nie uderzyła w coś plecami. Odwróciła się odruchowo i pisnęła, gdy zakołysało się przed nią ciało ojca. Wstrząs pozbawił ją resztek sił, dziewczyna osunęła się na ziemię. Ojciec, zawsze tak pełen wigoru, zwisał bezwładnie na sznurze.

– Tato… – Łzy popłynęły jej po policzkach, gdy wyszeptała dawne imię, pierwsze imię, pod jakim znała swojego ojca i jakim zawsze określała go w myślach. – Och, tato…

* * *

Palące słońce stało wysoko na niebie, gdy Elanthielle zakończyła ponurą pracę. Odcięła ciało ojca z pętli, a potem przeciągnęła je do domu i ułożyła najlepiej jak umiała. Zajęło jej to cały ranek. Z matką nie poszło tak łatwo. Drzazgi wbite przez demona okazały się twarde i mocne. Elan musiała je wyjąć, aby zdjąć zwłoki ze ściany.

Gdy się z tym uporała, była umazana krwią, która jeszcze nie spłynęła z ciała matki, lecz rodzice przynajmniej spoczywali w miarę godnie wewnątrz starego, zniszczonego domu.

Przez resztę poranka dziewczyna umyła oba ciała wodą zaczerpniętą z pobliskiego strumienia. Potem ubrała rodziców w stroje, które lubili najbardziej.

Ojca ułożyła na łóżku w zbroi, a do lewej ręki wsunęła mu ciężki miecz. Matce założyła suknię, w której widziała ją tylko trzy razy. Suknia była miękka i jedwabista, uszyta z tkaniny, której nazwy dziewczyna nie znała.

Kiedy skończyła, usiadła w nogach posłania i patrzyła na rodziców, a upalne powietrze wsączało się do izby.

Nie ruszyła się do zmierzchu. Upał w domu zelżał, gdy noc zaczęła odbierać pustyni ciepło nagromadzone za dnia. Elanthielle wstała z wyuczoną gracją, której nabrała, aby zrekompensować brak fizycznej siły. Bezszelestnie wycofała się z sypialni rodziców i stanęła na środku głównej izby. Przypięła do biodra nóż, potem wzięła swój miecz o wąskiej klindze i przewiesiła pochwę przez głowę i ramię. Broń zakołysała się jej na plecach.

Dziewczyna głęboko nabrała tchu, zacisnęła wargi i podniosła małą latarnię, która służyła jej i matce od szesnastu lat. Popatrzyła na tańczący płomyk, odetchnęła powoli i rozbiła latarnię o ścianę.

Ogień tańczył za jej plecami, gdy Elan wyszła w noc.

Zatrzymała się po kilku krokach i popatrzyła na dom.

– Wybacz, tato – wyszeptała. – Powinnam być silniejsza… Powinnam była zrozumieć.

Łzy napłynęły jej do oczu, zalśniły krwawo, gdy odbiły się w nich rozedrgane płomienie.

– Teraz już rozumiem… Wiem, co miałeś na myśli, tato. Wybrałam swoją sprawę… Wybrałam… – Zaczęła się odwracać, ale zawahała się. Po raz ostatni spojrzała na dom. – Żegnaj, mamo. Żegnaj, tato. Kocham was.

Kiedy odchodziła, oczy jej pociemniały – może od szalejących uczuć, a może dlatego, że spowijał ją mrok nocy. Elan skierowała się na północ i ruszyła szybkim, pewnym krokiem po wyraźnych śladach, pozostawionych przez morderców, którzy odebrali jej rodzinę.

* * *

Venadrin krytycznie popatrzył na obozowisko w promieniach zachodzącego słońca, ale nie pozwalał sobie na okazanie emocji. Zwykłemu człowiekowi nie wypadało krytykować lepszych od siebie… Nawet jeśli wspomniany człowiek dowodził tymi tak zwanymi „lepszymi”.

Niełatwo mu jednak przyszło opanować grymas odrazy. Demony, wszystkie bez wyjątku, na ile zdążył się już zorientować, były umysłowo niezdolne do podporządkowania się jakiejkolwiek dyscyplinie. Nawet stwory stojące najniżej w hierarchii wykazywały zbyt wiele arogancji, żeby pojąć potrzebę „bezpieczeństwa” czy „gotowości”.

Oczywiście Venadrin wiedział, że nie może ich za to winić. Od co najmniej dwóch tysiącleci demony pokonywały każdy gatunek istot, który ośmielił się stawić im opór.

Szczerze powiedziawszy, Venadrin podejrzewał, że działo się tak od o wiele dłuższego czasu. Nic dziwnego, że demony mogły sobie pozwolić na trochę… pewności siebie.

Jednak z ludzkiego punktu widzenia pogarszało to tylko sytuację. Venadrina drażniło, że te kreatury z najpodlejszych nizin odparły każdą próbę ataku podjętą przez ludzkie armie. Nawet człowiek taki jak on, który już dawno stanął po stronie demonów, czuł niepokój w obliczu demoniej wyższości.

Westchnął i odepchnął te bezproduktywne myśli, musiał być mentalnie przygotowany do rozmowy ze swoim „doradcą”. Dopiero wtedy podszedł do wielkiego, przygarbionego demona, który ze spokojem przyglądał się szkarłatnej łunie zachodu na horyzoncie.

– Skorro…

– Tak, ludziku?

Venadrin stłumił gniew, gdy usłyszał pogardę w dudniącym głosie demona.

– Niedługo musimy ruszać.

– Po co ten pośpiech? – Skorra, wielki, skórzasty stwór, nie raczył nawet spojrzeć na swojego towarzysza.

– Wykonaliśmy zadanie. Pora wracać do miasta. Damasc miał sprzymierzeńców… przyjaciół. Lepiej, żeby nas nie przyłapali na otwartej przestrzeni.

– Był sam.

– Na pewno nie.

– Kobiety się nie liczą.

„Mówi tak, bo nigdy nie miał żony” – Venadrin skrzywił się w duchu, jednak nic po sobie nie pokazał.

– Może masz rację, ale po co ryzykować?

Skorra wzruszył potężnymi ramionami, a potem niechętnie skinął głową.

– Dobrze. Zbierz resztę.

Venadrin wciąż pilnował wyrazu twarzy, gdy potwierdził rozkaz i ruszył do obozu.

„Głupie dranie. Gdy na nich patrzę, naprawdę się dziwię, że zmieniłem stronę. Czasami…”

Potem zawołał podniesionym głosem, aby przyciągnąć uwagę swoich „podkomendnych”.

– Niech wszyscy się przygotują! Za chwilę wyruszamy!

* * *

Elanthielle starała się utrzymywać stałe tempo. Szła od wielu godzin, przynajmniej tak jej się zdawało. Wreszcie natrafiła na obozowisko. Nie wyglądało, jakby próbowano je zamaskować. W wielu miejscach ziemia była rozgrzebana, w kilku osypał się piach. Elan krzywiła się, gdy mijała odpadki i resztki zdradzające, że obozowały tutaj demony. Szła dalej po śladach.

„Były tu niedawno” – pomyślała, a jej oczy rozbłysły upartym gniewem. „Odeszły wczoraj tuż przed świtem… Demony nie lubią wędrować w słońcu. Nawet te, którym światło nie wyrządza krzywdy”.

Podczas marszu dziewczyna powtarzała w duchu sekwencje pozycji do walki, których uczył ją ojciec. Nie odrywała przy tym wzroku od śladów. Umiała polować i łowić ryby, a chociaż na pustkowiach niełatwo było o zdobycz, nigdy nie głodowała – ani przed powrotem Damasca do domu, ani potem.

Przyrzekła sobie, że nasyci głód, mimo że nie był to głód natury fizycznej.

Świt rozpalał niebo, gdy znalazła to, czego szukała – oznaki obozowiska, które nie zostało jeszcze opuszczone. Zmrużyła oczy, wyjęła lekki miecz i powoli ruszyła naprzód. Jej sylwetka odcinała się cieniem na tle łuny wschodzącego słońca.

* * *

– Dzienna warta – wymamrotał demon gorana w swoim charczącym narzeczu. – Za kogo ten cienkoskórny drań się uważa?

Stwór wyprostował się i rozejrzał po otwartej równinie. Miał obserwować, czy nikt nie próbuje się podkraść do miejsca, gdzie odpoczywali jego „towarzysze”. On i jeszcze trzech innych gorana musieli zająć stanowiska mniej więcej z czterech stron świata wokół obozowiska. Słońce powoli wznosiło się nad horyzontem.

Gorana nienawidził błękitu.