Wydawca: Pascal Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 190 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Atak rekina - Bear Grylls

Mistrz sztuki przetrwania Bear Grylls zabiera nas w ekscytującą podróż.

Beck Granger wypływa w rejs jako ekspert survivalu. Jedynym jego zadaniem będzie wygłaszanie wykładów na temat przetrwania w trudnych warunkach. Nie jest tym zachwycony, ale potrzebuje chwili wytchnienia. Ten spokojny pozornie rejs zostaje niespodziewanie przerwany…

Kiedy statek ulega katastrofie, Beck musi użyć swoich survivalowych umiejętności, aby uratować grupkę ocalałych pasażerów. Wszystko wskazuje na to, że zatopienie statku nie było zwykłym wypadkiem.

Aby przeżyć, Beck będzie musiał dowiedzieć się, kto i dlaczego chce jego śmierci?

Czasu ma coraz mniej.

Opinie o ebooku Atak rekina - Bear Grylls

Fragment ebooka Atak rekina - Bear Grylls

Copyright © Bear Grylls Ventures 2013

Translation copyright © Wydawnictwo Pascal 2016. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autora bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Strike of the Shark

Tytuł: Atak rekina

Autor: Bear Grylls

Tłumaczenie: Kamil Lesiew

Redakcja: Maria Białek

Korekta: Aleksandra Tykarska

Ilustracja: Michał Sowa

Projekt graficzny okładki: Marcin Pytlowany

Zdjęcia: Discovery s. 303, Shutterstock/wawritto (ikonka rekina)

Mapa: Jacek Majerczak

Redaktor prowadzący: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-740-9

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Mojemu śp. ojcu, Mickeyowi.

Za to, że nauczył mnie, co znaczą miłość, zabawa i przygoda.

O Autorze

Bear Grylls od za­wsze ko­cha przy­go­dy. Alpi­ni­sta, od­kryw­ca, ma czar­ny pas w ka­ra­te. Prze­szedł szko­le­nie w bry­tyj­skich od­dzia­łach spe­cjal­nych SAS, gdzie na­uczył się sztu­ki prze­trwa­nia. W wie­ku 21 lat prze­żył cięż­ki wy­pa­dek pod­czas sko­ku spa­do­chro­no­we­go – zła­mał krę­go­słup w trzech miej­scach. Mimo to po dwóch la­tach re­ha­bi­li­ta­cji zre­ali­zo­wał swe dzie­cię­ce ma­rze­nie i jako naj­młod­szy Bry­tyj­czyk w hi­sto­rii sta­nął na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu. Wy­czyn ten od­no­to­wa­no w Księ­dze re­kor­dów Gu­in­nes­sa. Jest zna­ny dzię­ki swym fa­scy­nu­ją­cym wy­pra­wom oraz pro­gra­mom, któ­re przed te­le­wi­zo­ra­mi gro­ma­dzą po­nad mi­liard wi­dzów w 150 kra­jach.

Atak re­ki­na to ko­lej­na część eks­cy­tu­ją­cej se­rii dla mło­dzie­ży Mi­sja: prze­trwa­nie, au­tor­stwa mis­trza su­rvi­va­lu, Be­ara Gryl­l­sa.

Bohaterowie

Beck Granger

W wie­ku czter­na­stu lat Beck Gran­ger wie wię­cej na te­mat sztu­ki su­rvi­va­lu niż nie­je­den eks­pert woj­sko­wy. Wie­lu tri­ków gwa­ran­tu­ją­cych prze­trwa­nie na­uczył się od rdzen­nych lu­dów za­miesz­ku­ją­cych naj­bar­dziej od­le­głe miej­sca na świe­cie – od An­tark­ty­dy po afry­kań­ski busz – któ­re od­wie­dził wraz z ro­dzi­ca­mi i wu­jem Alem.

Wuj Al

Pro­fe­sor sir Alan Gran­ger jest jed­nym z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych na świe­cie an­tro­po­lo­gów. Choć rola ju­ro­ra w re­ali­ty show przy­nio­sła mu nie­ocze­ki­wa­ną po­pu­lar­ność, dla Bec­ka i tak za­wsze po­zo­sta­nie on po pro­stu wu­jem Alem, któ­ry woli spę­dzać czas w la­bo­ra­to­rium przy mi­kro­sko­pie, niż ob­ra­cać się wśród bo­ga­tych i sław­nych. Wuj uwa­ża, że cier­pli­wość to cno­ta i wy­zna­je za­sa­dę „ni­g­dy się nie pod­da­waj”. Przez ostat­nich kil­ka lat był opie­ku­nem Bec­ka, któ­ry za­czął go po­strze­gać jako dru­gie­go ojca.

David i Melanie Grangerowie

Ro­dzi­ce Bec­ka kie­ro­wa­li ope­ra­cja­mi spe­cjal­ny­mi dzia­ła­ją­cej na rzecz ochro­ny śro­do­wi­ska or­ga­ni­za­cji Jed­nost­ka Zie­lo­na. Wraz z Bec­kiem mie­li oka­zję spo­tkać lu­dzi ży­ją­cych w naj­bar­dziej nie­przy­ja­znych czło­wie­ko­wi re­jo­nach świa­ta. Beck wcze­śnie stra­cił ro­dzi­ców, ich awio­net­ka roz­bi­ła się w dżun­gli. Ciał ni­g­dy nie od­na­le­zio­no, nie wy­ja­śnio­no też przy­czy­ny wy­pad­ku…

James Blake

Ja­mes jest wy­so­ki, bar­czy­sty i rok star­szy od Bec­ka. Fa­scy­nu­je się na­uką i wie dużo na te­mat le­gend do­ty­czą­cych Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go, choć nie wie­rzy, że za za­gi­nię­cia w tym re­jo­nie od­po­wia­da­ją zja­wi­ska pa­ra­nor­mal­ne. Nie­chęt­nie dał się na­mó­wić na rejs swo­jej mat­ce, Abby, któ­ra chce, żeby Ja­mes pra­co­wał w ro­dzin­nej fir­mie, pod­czas gdy on sam skła­nia się ku eks­cy­tu­ją­ce­mu i peł­ne­mu przy­gód ży­ciu na ło­nie na­tu­ry.

Rozdział 1

Beck Gran­ger wpa­try­wał się sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi w świa­tła, któ­re zda­wa­ły się go­ręt­sze niż słoń­ce na Sa­ha­rze. Czuł na so­bie set­ki za­cie­ka­wio­nych spoj­rzeń lu­dzi w stu­dio. Nie­raz pa­trzył nie­bez­pie­czeń­stwu w twarz, ale nic nie przy­go­to­wa­ło go na obec­ność w te­le­wi­zji na żywo. Ani ja­do­wi­te węże, ani su­ma­trzań­ski ty­grys, ani na­wet czy­ha­ją­cy na jego ży­cie ban­dy­ci. Miał su­cho w ustach, w gar­dle, jego ję­zyk przy­po­mi­nał pas sztyw­nej skó­ry. Cała woda w or­ga­ni­zmie szła na pro­duk­cję potu, któ­ry za­le­wał mu wło­sy i pa­chy. Śmier­tel­ne prze­ra­że­nie wci­ska­ło go w krze­sło.

– Beck? – Przez jego spło­szo­ne my­śli prze­bił się głos. – Beck?

Po­wo­li prze­niósł wzrok na ko­bie­tę sie­dzą­cą na ka­na­pie na­prze­ciw nie­go.

Man­dy Bur­rows, go­spo­dy­ni Po­ran­ka z Man­dy, mu­sia­ła być mniej wię­cej w tym sa­mym wie­ku, w ja­kim by­ła­by jego mat­ka. Uśmiech mia­ła przy­ja­zny, głos ła­god­ny i za­chę­ca­ją­cy. Jed­na z ka­mer za jej ple­ca­mi na­je­cha­ła na jego twarz. Nad obiek­ty­wem świe­ci­ła się czer­wo­na lamp­ka, co ozna­cza­ło, że prze­ka­zy­wa­ła ob­raz na żywo. W tej chwi­li wpa­try­wa­ły się w nie­go ty­sią­ce wi­dzów talk-show.

Man­dy zwy­kle po­tra­fi­ła spra­wić, by jej go­ście się od­prę­ży­li i od­po­wie­dzie­li na pro­ste py­ta­nia. Prze­waż­nie jed­nak roz­ma­wia­ła z gwiaz­da­mi mu­zy­ki pop, ku­cha­rza­mi, pro­jek­tan­ta­mi, a nie spa­ra­li­żo­wa­ny­mi tre­mą na­sto­lat­ka­mi. Kie­dy wresz­cie uda­ło jej się przy­kuć uwa­gę chłop­ca, po­wtó­rzy­ła py­ta­nie:

– Beck, kie­dy po raz pierw­szy mu­sia­łeś wal­czyć o prze­trwa­nie?

– Yyy… – Się­gnął po szklan­kę, żeby ze­brać my­śli. Wuj Al, przy­go­to­wu­jąc go do wy­wia­dów na żywo, któ­rych sam swe­go cza­su udzie­lił wie­le, po­ra­dził mu: „Je­śli po­trzeb­na ci chwi­la, na­pij się wody”. Dzię­ki temu, tłu­ma­czył, nie bę­dziesz sie­dział jak ta mu­mia, zwil­żysz gar­dło i skle­cisz sen­sow­ne zda­nie. Wszyst­ko po to, by nie zro­bić z sie­bie idio­ty na oczach wi­dzów. – Hm, chy­ba z ro­dzi­ca­mi… – Gdy po stu­dio po­niósł się chi­chot, uświa­do­mił so­bie, jak to za­brzmia­ło. Wy­si­lił się na uśmiech. – Nie, zna­czy, to nie z nimi mu­sia­łem się zma­gać, ale to oni za­bra­li mnie…

Da­lej już po­szło gład­ko. Mó­wił o swo­jej pa­sji, o przy­go­dach na ło­nie na­tu­ry, któ­re prze­żył ze swo­imi ro­dzi­ca­mi eko­lo­ga­mi.

– Ro­dzi­ce mo­gli po pro­stu zo­sta­wiać mnie pod opie­ką zna­jo­mych na czas wy­jaz­dów, ale nie chcie­li. Wo­le­li, że­bym do­ra­stał przy nich. Więc za­bie­ra­li mnie ze sobą. I kie­dy oni zaj­mo­wa­li się swo­imi waż­ny­mi spra­wa­mi, ja mia­łem oka­zję się uczyć. – Wzru­szył lek­ko ra­mio­na­mi.

Jed­nost­ka Zie­lo­na, or­ga­ni­za­cja, dla któ­rej pra­co­wa­li jego ro­dzi­ce, wy­sy­ła­ła ich w róż­ne za­kąt­ki glo­bu. Ich dzia­łal­ność przy­nio­sła wie­le ko­rzy­ści ca­łej pla­ne­cie i za­miesz­ku­ją­cym ją lu­dziom. Beck po­dą­żał za nimi, a przy oka­zji chło­nął wie­dzę. Kie­dy oni zaj­mo­wa­li się zwal­cza­niem kłu­sow­nic­twa w Bot­swa­nie, on uczył się od star­szy­zny ple­mien­nej, jak tro­pić zwie­rzę­ta w ko­tli­nie Ka­la­ha­ri. Gdy oni po­je­cha­li za koło pod­bie­gu­no­we w Fin­lan­dii, by zgłę­bić zie­lar­skie prak­ty­ki lecz­ni­cze La­poń­czy­ków, on uczył się znaj­do­wać po­ży­wie­nie i schro­nie­nie, by prze­trwać w prze­ni­kli­wym chło­dzie na śnież­nym pust­ko­wiu. Przez dłu­gi czas Beck my­ślał, że ta­kie ży­cie to coś nor­mal­ne­go.

Man­dy na­chy­li­ła się do nie­go. Jej twarz spo­waż­nia­ła, a głos nie­co się zni­żył. Wy­raź­nie uwa­ża­ła, że to, co za­raz po­wie, bę­dzie bar­dzo wni­kli­we i głę­bo­kie.

– Oczy­wi­ście, Beck, twoi ro­dzi­ce zgi­nę­li tra­gicz­nie, gdy by­łeś jesz­cze bar­dzo mło­dy – ale to nie był ko­niec two­ich przy­gód. Chcąc, nie chcąc… hm, zo­bacz­my, mia­łeś do czy­nie­nia z bos­sa­mi nar­ko­ty­ko­wy­mi w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, prze­myt­ni­ka­mi dia­men­tów w Afry­ce… Ży­jesz dość ry­zy­kow­nie jak na czter­na­sto­lat­ka! Nie są­dzisz, że po­nie­kąd świa­do­mie na­ra­żasz się, by do­rów­nać ro­dzi­com?

Beck po­czer­wie­niał. Jesz­cze nie­daw­no wy­da­wa­ło mu się, iż pra­wie po­go­dził się ze śmier­cią ro­dzi­ców. Aż na­gle, w Au­stra­lii, do­wie­dział się rze­czy, któ­re roz­ją­trzy­ły tę sta­rą ranę. Rze­czy, o któ­rych nie mógł mó­wić pu­blicz­nie. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek mu o nich przy­po­mi­nał.

– To nie tak, że szu­kam kło­po­tów – sprze­ci­wił się. – Zna­czy, cho­dzę te­raz do zwy­kłej an­giel­skiej szko­ły, nie po­dró­żu­ję, no, tyl­ko w wa­ka­cje… – Man­dy kiw­nę­ła po­ta­ku­ją­co gło­wą, a on pod­jął: – Ja­koś tak wy­cho­dzi, że one znaj­du­ją mnie same. Wciąż na­ty­kam się na pro­ble­my, któ­re trze­ba roz­wią­zać. Ro­dzi­ce na pew­no by nie chcie­li, że­bym sie­dział bez­czyn­nie na czte­rech li­te­rach!

Jego ru­mie­niec po­głę­bił się, kie­dy naj­pierw dwie, a po­tem czte­ry pary rąk na wi­dow­ni za­czę­ły bić bra­wo. Na­raz całe stu­dio uto­nę­ło w okla­skach.

Man­dy znów się uśmiech­nę­ła.

– Dzię­ku­ję za roz­mo­wę. Beck Gran­ger, pro­szę pań­stwa.

Rozdział 2

– Bra­wo, Beck. Do­brze po­wie­dzia­ne!

Wuj Al cze­kał za ku­li­sa­mi. W te­le­wi­zo­rze wy­glą­da­ło to tak, jak­by Beck sie­dział w wy­god­nym sa­lo­nie z wi­do­kiem na Lon­dyn. Ale to był tyl­ko plan w stu­dio. Za nim znaj­do­wa­ły się ścia­ny ze sklej­ki, ka­ble i mo­ni­to­ry, mię­dzy któ­ry­mi krzą­ta­li się człon­ko­wie eki­py fil­mo­wej.

Wuj Al – a wła­ści­wie pro­fe­sor sir Alan Gran­ger – był opie­ku­nem Bec­ka od cza­su śmier­ci jego ro­dzi­ców. Ostat­nio peł­nił też funk­cję me­ne­dże­ra, za­rzą­dza­jąc racz­ku­ją­cą ka­rie­rą me­dial­ną opor­ne­go bra­tan­ka.

Wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie po jego po­wro­cie z Au­stra­lii. Za­darł tam z Lu­mo­sem, pod­stęp­ną kor­po­ra­cją zmie­rza­ją­cą do prze­ję­cia i ska­że­nia roz­le­głych ob­sza­rów Out­bac­ku1). Lumos w ogóle nie liczył się z tym, że zniszczy naturalne dzikie rejony stanowiące tradycyjne dziedzictwo Aborygenów. Przy okazji Beck dokonał bezcennego odkrycia archeologicznego – znalazł jaskinię pełną prehistorycznych malowideł naskalnych, o których wieść obiegła cały świat.

1) Słabo zaludnione rozległe pustynne, półpustynne lub górzyste obszary środkowej Australii (przyp. red.).

Beck spo­dzie­wał się, że spra­wa szyb­ko przy­cich­nie, ale ja­kiś re­por­ter sko­ja­rzył jego na­zwi­sko z in­nym in­cy­den­tem zwią­za­nym z Lu­mo­sem sprzed kil­ku lat. Kon­cern mu­siał wte­dy po­rzu­cić za­mia­ry prze­pro­wa­dze­nia od­wier­tów na zie­miach ple­mien­nych Ana­ków na Ala­sce po tym, jak Beck i jego przy­ja­ciel Ti­ka­ani na­gło­śni­li całą afe­rę w me­diach.

Re­por­ter do­dał dwa do dwóch, a Beck do­wie­dział się o tym do­pie­ro, gdy w sie­ci po­ja­wił się ar­ty­kuł pod ty­tu­łem CHŁO­PIEC KON­TRA KOR­PO­RA­CJA: KO­LEJ­NE ZWY­CIĘ­STWO. Z tek­stu moż­na było wy­wnio­sko­wać, że Beck spe­cjal­nie jeź­dzi po świe­cie, uda­rem­nia­jąc je­den nie­cny plan za dru­gim. A wca­le tak nie było. Lu­dzi jed­nak nie in­te­re­so­wa­ły fak­ty… Od tam­tej pory te­le­fon nie prze­sta­wał dzwo­nić.

PR-owcy Lu­mo­su, któ­rym od­da­no do dys­po­zy­cji wie­lo­mi­lio­no­wy bu­dżet, oraz za­trud­nie­ni przez kon­cern re­no­mo­wa­ni praw­ni­cy w po­cie czo­ła tu­szo­wa­li ja­kie­kol­wiek po­wią­za­nia z Be­ckiem. Ale to wzbu­dzi­ło tyl­ko jesz­cze więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie opi­nii pu­blicz­nej. Czy Beck zgo­dził­by się na wy­wiad? Zdję­cie do cza­so­pi­sma? A może na­pi­sał­by książ­kę?

I wte­dy do ak­cji wkro­czył wuj Al. Umiał so­bie ra­dzić z me­dia­mi dzię­ki do­świad­cze­niom z Jed­nost­ką Zie­lo­ną i wła­sny­mi pro­jek­ta­mi te­le­wi­zyj­ny­mi. Al sta­no­wił pierw­szą li­nię obro­ny Bec­ka. Dbał o to, żeby nikt nie wy­ko­rzy­stał bra­tan­ka, nie oszu­kał go ani nie zmu­sił do cze­goś wbrew jego woli. Pil­no­wał też, żeby wszyst­kie gaże za­si­la­ły kon­to prze­zna­czo­ne na stu­dia Bec­ka, bo za­kła­dał, że chło­pak ze­chce kon­ty­nu­ować edu­ka­cję.

To Al prze­ko­nał go do tego wy­wia­du. „Mo­że­my po­ka­zać wi­dzom, kim na­praw­dę je­steś – po pro­stu zwy­czaj­nym chłop­cem!”.

Beck nie był prze­ko­na­ny, czy to mu się uda­ło. Był za to cał­kiem pe­wien, że „zwy­czaj­ni” chłop­cy nie ro­bi­li ta­kich rze­czy jak on.

– „Nie są­dzisz, że po­nie­kąd świa­do­mie na­ra­żasz się, by do­rów­nać ro­dzi­com?” – wy­re­cy­to­wał Beck, prze­drzeź­nia­jąc eg­zal­to­wa­ny ton Man­dy i od­trą­ca­jąc rękę wuja, gdy ten zwi­chrzył mu wło­sy.

– Da­łeś świet­ną od­po­wiedź. Zdo­mi­no­wa­łeś wy­wiad. Wła­śnie tak się to robi.

– No nie wiem, wuj­ku – od­parł Beck i pchnął drzwi do gar­de­ro­by.

Za­trzy­mał się w pro­gu za­sko­czo­ny, wi­dząc w środ­ku ob­ce­go męż­czy­znę. Nie­zna­jo­my ze­rwał się z fo­te­la i ru­szył w jego stro­nę, mó­wiąc:

– Hej, ty mu­sisz być Beck! Co po­wiesz na wy­pad na Ka­ra­iby?

Rozdział 3

Beck za­mru­gał zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Co, kie­dy, gdzie, jak?

– Daj mu tro­chę ode­tchnąć, Ste­ven – wuj upo­mniał przy­by­sza, choć nie wy­da­wał się za­sko­czo­ny jego wi­do­kiem. De­li­kat­nie we­pchnął Bec­ka do środ­ka.

Choć wło­sy miał ciem­ne i gę­ste, męż­czy­zna mu­siał być w wie­ku Ala. Ubra­ny był swo­bod­nie, choć ele­ganc­ko, w chi­no­sy2) i kurtkę z cielęcej skóry. Szeroki, lśniący uśmiech niegdyś spodobałby się Beckowi. Ostatnio jednak, obracając się w światku celebrytów, chłopak naoglądał się wiele tego typu uśmiechów i nauczył się im nie ufać.

2) Spodnie męskie o klasycznym kroju z miękkiego materiału, z dwiema ukośnymi kieszeniami z przodu i dwiema wpuszczanymi z tyłu.

– Wy­bacz, wy­bacz! – Męż­czy­zna cof­nął się z gra­cją, wciąż z tym wiel­kim uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy, i uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. – Nie chcia­łem cię sta­wiać pod ścia­ną. – Skrzy­wił się lek­ko, ale jego oczy na­dal skrzy­ły się po­god­nie.

Al za­mknął za nimi drzwi.

– Beck, po­znaj mo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la, Ste­ve­na Hol­bro­oka…

To wy­star­czy­ło, by uspo­ko­ić Bec­ka. Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­szał tego na­zwi­ska, lecz Al nie na­zwał­by ko­goś „sta­rym przy­ja­cie­lem”, gdy­by ten ktoś nie był ab­so­lut­nie god­ny za­ufa­nia.

– Cie­szę się, że mo­głeś przyjść, Ste­ven – pod­jął Al. – Tak mi przy­kro z po­wo­du Pau­li.

– Och… Dzię­ki. – Twarz męż­czy­zny po­ciem­nia­ła. Co­kol­wiek sta­ło się z ta­jem­ni­czą Pau­lą, mu­sia­ło być to dla nie­go bar­dziej bo­le­sne, niż chciał po­ka­zać. Za­raz jed­nak znów uśmiech­nął się sze­ro­ko do chłop­ca. – Beck, mu­szę ci po­wie­dzieć, że moja cór­ka sza­le­je z za­zdro­ści. Po­wie­dzia­łem jej, że będę się z tobą wi­dział i bła­ga­ła mnie, że­bym ją za­brał. Ale ma tyl­ko sześć lat, więc po­my­śla­łem, że waż­niej­sze, by nie opusz­cza­ła lek­cji, mam ra­cję?

Ten uśmiech był za­raź­li­wy i Beck po­czuł, jak prze­no­si się na jego twarz. Zdu­sił go. Na­dal chciał się do­wie­dzieć, o co wła­ści­wie cho­dzi.

Al i Ste­ven wy­mie­nia­li nie­co skrę­po­wa­ne spoj­rze­nia, jak­by zbie­ra­li się w so­bie, by po­wie­dzieć coś przy­kre­go; Ste­ven wy­raź­nie nie wpadł tu tyl­ko po to, żeby spo­tkać się z jego wuj­kiem. Tyl­ko co to mia­ło wspól­ne­go z Ka­ra­iba­mi?

– No więc, Beck, twój wu­jek mó­wił mi, że tro­chę do­skwie­ra ci pre­sja – cała ta sła­wa i ta­kie tam… Co po­wiesz na to, by ode­rwać się od tego wszyst­kie­go?

Beck nie za­mie­rzał nic mó­wić, do­pó­ki nie do­wie się cze­goś wię­cej. Po­słał Alo­wi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

– Ste­ven re­pre­zen­tu­je fir­mę or­ga­ni­zu­ją­cą rej­sy tu­ry­stycz­ne. Dba o roz­ryw­kę dla pa­sa­że­rów. Za­trud­nia ze­spo­ły mu­zycz­ne i te­atral­ne…

– Pre­le­gen­tów… – do­dał Ste­ven, szcze­rząc się sze­ro­ko.

– …i pre­le­gen­tów. – Al od­po­wie­dział mu uśmie­chem. – Wie­le lat temu an­ga­żo­wał mnie, że­bym za­ba­wiał dzia­nych Ame­ry­ka­nów opo­wie­ścia­mi o dzia­łal­no­ści Jed­nost­ki Zie­lo­nej w cza­sie, gdy pły­wa­li­śmy w kół­ko po Ka­ra­ibach.

– Wła­śnie za­czą­łem pra­cę w no­wej fir­mie, któ­ra or­ga­ni­zu­je ka­me­ral­ne rej­sy w tym sa­mym re­jo­nie. Szu­kam dla na­szych klien­tów cze­goś świe­że­go i nie­ty­po­we­go.

– Nie to co ja – rzu­cił Al tak au­to­iro­nicz­nie, że Beck mu­siał się za­śmiać.

– Ej no, je­steś cał­kiem nie­ty­po­wy!

– Och, dzię­ku­ję.

– Chcesz tę ro­bo­tę, Beck? – za­ofe­ro­wał Ste­ven. – Zbli­ża­ją się świę­ta, mo­że­my zro­bić to wte­dy, że­byś nie mu­siał opusz­czać za­jęć, a pie­nią­dze są znacz­nie lep­sze niż z roz­wo­że­nia ga­zet. Pły­nie­my z Mia­mi na Ber­mu­dy. Pięć dni w jed­ną stro­nę, pięć w dru­gą. Zdą­żył­byś wró­cić na Gwiazd­kę z wuj­kiem. – Beck słu­chał w mil­cze­niu. – W tym cza­sie dał­byś dwie, trzy po­ga­dan­ki. Opo­wie­dział­byś o so­bie, swo­ich do­świad­cze­niach i su­rvi­va­lu; mógł­byś też wspo­mnieć o Jed­no­st­ce Zie­lo­nej, ochro­nie śro­do­wi­ska, in­nych spra­wach, któ­re są dla cie­bie waż­ne. A po­nie­waż od­po­wia­dam za roz­ryw­kę w cza­sie rej­su, będę na miej­scu, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał. Co ty na to?

– Jak niby ma mi to po­móc się ode­rwać? – za­py­tał Beck po chwi­li za­sta­no­wie­nia.

Ste­ven znów bły­snął tym swo­im za­raź­li­wym uśmie­chem.

– Po­wiedz­my, że trze­ba być na­praw­dę ofiar­nym pa­pa­raz­zo, żeby ści­gać ko­goś aż na sta­tek wy­ciecz­ko­wy.

– Hm. – Beck uniósł brew i spoj­rzał na Ala. – Ty też się wy­bie­rasz?

– Ja? Nie. Wy­ko­rzy­stam tę oka­zję, żeby za­brać się za po­waż­ne ba­da­nia, sko­ro nie bę­dziesz mi się plą­tał pod no­ga­mi.

Beck znów się za­my­ślił. Choć po­do­bał mu się po­mysł spę­dze­nia prze­rwy świą­tecz­nej w tro­pi­kach, nie był do koń­ca prze­ko­na­ny. Lu­bił prze­by­wać na ło­nie na­tu­ry. A wy­ciecz­ko­wiec miał z na­tu­rą tyle wspól­ne­go co nic. Fil­tro­wa­na woda. Sil­ni­ki spa­la­ją­ce olej na­pę­do­wy. Od­grze­wa­ne po­sił­ki z za­mra­żar­ki. Krót­ko mó­wiąc, nud­no i bez­piecz­nie.

– Spo­koj­nie, nie utkniesz na po­kła­dzie. – Ste­ven naj­wy­raź­niej czy­tał mu w my­ślach. – Star­tu­je­my z Flo­ry­dy i po dro­dze bę­dzie­my się za­trzy­my­wać na róż­nych wy­sep­kach. By­łeś kie­dyś w Par­ku Na­ro­do­wym Ever­gla­des, Beck? Na­praw­dę war­to.

Nie, Beck ni­g­dy nie był w tym re­jo­nie. Miał świa­do­mość, że Ste­ven pró­bu­je go prze­ku­pić. Cie­ka­wi­ło go, czy ro­bił to świa­do­mie i wcze­śniej po­ra­dził się Ala. No ale… Ever­gla­des! Po­nad sześć ty­się­cy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych ba­gien i mo­kra­deł na po­łu­dniu Flo­ry­dy za­miesz­ki­wa­nych przez nie­zli­czo­ne ga­tun­ki eg­zo­tycz­nych zwie­rząt. Obi­ło mu się o uszy, że przy­wra­ca­li mo­kra­dła do na­tu­ral­ne­go sta­nu po tym, jak w XX wie­ku pró­bo­wa­no je osu­szyć. Jed­nost­ka Zie­lo­na wło­ży­ła wie­le wy­sił­ku w uświa­do­mie­nie lu­dziom, jak wiel­kie szko­dy przy­no­sił taki dre­naż.

– Brzmi świet­nie – od­parł Beck z uśmie­chem rów­nie sze­ro­kim i pew­nym sie­bie. – Wcho­dzę w to!

Rozdział 4

Beck wy­dał z sie­bie ra­do­sny okrzyk, gdy wie­cha tra­wia­stej kło­ci śmi­gnę­ła le­d­wie pół me­tra od jego oczu. Cie­płe, wil­got­ne po­wie­trze wia­ło mu w twarz z pręd­ko­ścią sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, nio­sąc ze sobą za­pach mi­lio­na ton ro­ślin­no­ści. Ever­gla­des!

Na pierw­szy rzut oka ba­gna wy­da­wa­ły się gę­ste jak traw­nik, jak­by moż­na było zwy­czaj­nie się po nich przejść. Ten „traw­nik” był jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści cia­sno zbi­tym ziel­skiem wy­ra­sta­ją­cym z ciem­nej wody. Zwy­kła mo­to­rów­ka nie da­ła­by rady mię­dzy nim prze­pły­nąć, bo śru­ba w mig by się w nie wkrę­ci­ła. Po mo­kra­dłach moż­na było się po­ru­szać je­dy­nie w pła­sko­den­nej ło­dzi z za­mon­to­wa­nym z tyłu po­tęż­nym śmi­głem sa­mo­lo­to­wym na­pę­dza­nym ośmio­cy­lin­dro­wym sil­ni­kiem o mocy sze­ściu­set koni me­cha­nicz­nych. Ta­kiej jak ta, w któ­rej te­raz sie­dzie­li. Beck za­czy­nał ży­wić prze­ko­na­nie, że to naj­lep­szy śro­dek trans­por­tu nie tyl­ko na ba­gnach, ale i na ca­łym świe­cie. No do­bra, może nie da­ło­by się pod­je­chać nim do skle­pu, ale i tak był cza­do­wy.

Za­le­d­wie czter­dzie­ści osiem go­dzin temu Beck był w Lon­dy­nie – w prze­ni­kli­wie zim­ny sza­ry dzień wra­cał do domu ze szko­ły po za­koń­cze­niu se­me­stru. Dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny póź­niej do­tarł ze Ste­ve­nem Hol­bro­okiem na pod­zwrot­ni­ko­wą Flo­ry­dę, gdzie mie­li przejść akli­ma­ty­za­cję, za­nim wsią­dą na sta­tek. Nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom, gdy w cen­trum han­dlo­wym zo­ba­czył Świę­te­go Mi­ko­ła­ja ubra­ne­go w tra­dy­cyj­ny czer­wo­ny strój, oto­czo­ne­go przez dzie­ci w T-shir­tach i szor­tach.

Beck na­chy­lił się i pod­niósł głos, żeby Ste­ven mógł go usły­szeć.

– Lon­dyn się nie umy­wa!

Ste­ven kur­czo­wo trzy­mał się re­lin­gu. Jed­no oko miał za­mknię­te, dru­gie tyl­ko w po­ło­wie otwar­te, by wi­dzieć, do­kąd pły­ną. Męż­czy­zna zwy­kle wy­da­wał się my­śleć, że świat jest jed­nym wiel­kim żar­tem – za­zwy­czaj jego kosz­tem, ale to i tak było za­baw­ne. Do­pie­ro po chwi­li przy­po­mniał so­bie, żeby się uśmiech­nąć.

– Się wie! – zgo­dził się.

No do­bra, uznał Beck, Ste­ven nie lubi pły­wać z dużą pręd­ko­ścią ło­dzią, któ­ra wy­da­je się tak źle wy­wa­żo­na, że może się w każ­dej chwi­li prze­wró­cić.

Wy­ciecz­ka za­czę­ła się dość spo­koj­nie. Łaj­ba su­nę­ła po­wo­li na­tu­ral­nym ka­na­łem, a opie­ku­ją­cy się tu­ry­sta­mi straż­nik par­ku po­ka­zy­wał im flo­rę i fau­nę, w tym ali­ga­to­ry, któ­re cza­iły się tuż pod po­wierzch­nią albo wy­grze­wa­ły na ła­wi­cach, wy­glą­da­jąc jak ele­ment kra­jo­bra­zu, do­pó­ki się nie po­ru­szy­ły, oraz żół­wia­ki wy­le­gu­ją­ce się na kło­dach albo wy­sta­wia­ją­ce je­dy­nie sam ry­jek nad wodę. Było tu też wię­cej pta­ków, niż kto­kol­wiek po­tra­fił­by zli­czyć.

W koń­cu jed­nak na­de­szła chwi­la, na któ­rą Beck cze­kał. Ster­nik przy­spie­szył i łódź wy­pły­nę­ła na mo­kra­dła, mi­ja­jąc w za­wrot­nym pę­dzie tra­wia­ste kło­cie.

– Wła­ści­wie to jest rze­ka – straż­nik sta­rał się prze­krzy­czeć war­kot sil­ni­ka. – Woda nie stoi jak w praw­dzi­wym ba­gnie. Pły­nie bar­dzo po­wo­li z pół­no­cy na po­łu­dnie, a ro­ślin­ność ją fil­tru­je, więc jest czy­sta.

Tłu­ma­czył, że na te­re­nie par­ku nie ma su­che­go lądu, za wy­jąt­kiem ham­mocks – wy­se­pek na mo­kra­dłach, z któ­rych część wy­sta­je za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów nad po­ziom wody. Ła­two je za­uwa­żyć, bo za­zwy­czaj są po­ro­śnię­te drze­wa­mi. Przy­po­mi­na­ją za­gaj­ni­ki roz­rzu­co­ne po otwar­tej rów­ni­nie.

– Moż­na spo­tkać na nich roz­ma­ite zwie­rzę­ta – kon­ty­nu­ował straż­nik. – Dzi­kie świ­nie, szo­py pra­cze, je­le­nie. Nie­dłu­go na chwi­lę się za­trzy­ma­my…

Fak­tycz­nie, nie­ba­wem łódź przy­bi­ła do wy­słu­żo­ne­go po­mo­stu przy jed­nej z więk­szych wy­se­pek. Była oka­zja, by roz­pro­sto­wać nogi, sko­rzy­stać z to­a­le­ty i – co Beck za­uwa­żył z roz­ba­wie­niem, ale bez za­sko­cze­nia – ku­pić pa­miąt­ki. Sto­isko z upo­min­ka­mi przy­po­mi­na­ło chic­kee, czy­li tra­dy­cyj­ną sta­ni­cę do po­ło­wu ryb, na któ­rą skła­da się po­dest z drew­na pal­mo­we­go i cy­pry­so­we­go oraz wspar­ty na pa­lach spa­dzi­sty dach kry­ty li­ść­mi pal­my. Beck przy­znał jej punk­ty za au­ten­tycz­ność. Wi­dział po­dob­ne kon­struk­cje gdzie in­dziej. Na ca­łym świe­cie rdzen­ne ple­mio­na ży­ją­ce w re­jo­nach, któ­re, tak jak Flo­ry­da, były nę­ka­ne hu­ra­ga­na­mi, nie bu­do­wa­ły nic na sta­łe, wie­dząc, że na­stęp­na wi­chu­ra roz­nie­sie wszyst­ko w pył. Tego typu chat­ki dało się po­sta­wić w pół dnia.

Ste­ven pod­szedł do koń­ca po­mo­stu i za­marł, z od­ra­zą wpa­tru­jąc się w roz­cią­ga­ją­cą się przed nim roz­mo­kłą zie­mię. Sły­sząc śmiech Bec­ka, rzu­cił mu krzy­we spoj­rze­nie.

– Beck, one kosz­to­wa­ły ma­ją­tek! – jęk­nął, prze­no­sząc wzrok na no­wiut­kie za­mszo­we buty, któ­re ku­pił z my­ślą o póź­niej­szym rej­sie. – Są z cie­lę­cej skó­ry, a po­wszech­nie wia­do­mo, że cie­lę­ta się nie bru­dzą.

– Tak się to robi. – Beck sko­czył na bło­to i po­szu­rał no­ga­mi.

– Okej, okej. – Ste­ven zszedł ostroż­nie. – Wszyst­ko jest lep­sze niż ku­sze­nie losu na tym ustroj­stwie. – Za­tarł ręce. – No do­bra, to gdzie są kok­taj­le?

– Chy­ba wi­dzia­łem bar gdzieś tam. Po­da­wa­li je w, yyy, ko­ko­sach. Z, eee, czte­re­ma czy pię­cio­ma li­kie­ra­mi w róż­nych ko­lo­rach. I co naj­mniej trze­ma pa­ra­sol­ka­mi.

– I to ro­zu­miem, Beck! Za chwi­lę wra­cam.

Obaj wie­dzie­li, że może li­czyć co naj­wy­żej na cie­płą pusz­kę coli. Ste­ven ru­szył do chic­kee, a Beck sko­rzy­stał z oka­zji, żeby się do­brze prze­cią­gnąć. Kie­dy tak stał, wpa­tru­jąc się w kło­cie, usły­szał Ste­ve­na:

– Hej, Beck, spójrz!

Pod­szedł do nie­go, za­sta­na­wia­jąc się, co tak za­cie­ka­wi­ło męż­czy­znę, któ­ry przy­kuc­nął przy krza­kach. Kie­dy przyj­rzał się uważ­niej, aż gwizd­nął. To, co wy­glą­da­ło jak wiel­ka kępa zwię­dłej tra­wy, ru­sza­ło się, śli­zga­ło, od­wi­ja­ło. Mi­nę­ła chwi­la, za­nim zro­zu­miał, na co pa­trzy, a na­wet wte­dy jego mózg po­trze­bo­wał jesz­cze kil­ku se­kund na od­po­wied­nie prze­two­rze­nie ob­ra­zu. Wąż ma­sko­wał się nie­mal bez­błęd­nie.

To był py­ton, i to duży. Jego gru­be ciel­sko, sze­ro­kie jak ra­mię si­ła­cza, po­kry­wa­ły cęt­ki, któ­re przy­po­mi­na­ły ob­la­ne kar­me­lem kro­ple gorz­kiej cze­ko­la­dy. Łu­ski lśni­ły ni­czym do­brze wy­po­le­ro­wa­na skó­ra.

– Pięk­ny! – szep­nął chło­pak ze szcze­rym za­chwy­tem w gło­sie.

Znał się na wę­żach na tyle do­brze, by wie­dzieć, że ten nie był ja­do­wi­ty i rzad­ko ata­ko­wał lu­dzi; a na­wet je­śli zde­cy­do­wał­by się na atak, ru­szał się wol­no, więc wy­star­czy­ło się po pro­stu wy­co­fać. Do­pie­ro gdy­by uda­ło mu się ko­goś zła­pać, by­ła­by bie­da – taki duży okaz mógł za­du­sić do­ro­słe­go. Ste­ven naj­wy­raź­niej też o tym wie­dział, dzię­ki cze­mu zy­skał kil­ka punk­tów w oczach Bec­ka. Może i gry­ma­sił, że musi ubru­dzić buty, ale wie­dział coś o dzi­kiej przy­ro­dzie.

Ten osob­nik wy­raź­nie chciał, żeby zo­sta­wio­no go w świę­tym spo­ko­ju.

– Nie wie­dzia­łem, że na Flo­ry­dzie są py­to­ny – zdzi­wił się Beck.

– Bo nie ma – ode­zwał się straż­nik par­ku, pod­cho­dząc do nich. – A ra­czej nie było. Ale ja­kiś przy­głup za­czął im­por­to­wać je jako eg­zo­tycz­ne zwie­rza­ki i nie­któ­re ucie­kły albo wy­pusz­czo­no je, gdy zro­bi­ły się za duże i prze­sta­ły być słod­kie… i ni stąd, ni zo­wąd sta­ły się ga­tun­kiem in­wa­zyj­nym. Nie­źle dają po­pa­lić ali­ga­to­rom.

Za­czę­li się wo­kół nich zbie­rać inni tu­ry­ści, z „ocha­mi”, „acha­mi” i bły­ska­ją­cy­mi fle­sza­mi. Py­ton po­ru­szył się i uniósł gło­wę. Wy­su­nął roz­wi­dlo­ny ję­zyk, ba­da­jąc tłum.

Beck wie­dział, że węże są wraż­li­we na drga­nia. Kie­dy wę­dru­je się przez te­ren, w któ­rym roi się od węży, naj­bez­piecz­niej jest cięż­ko stą­pać. To da im sy­gnał, żeby usu­nę­ły się z dro­gi, za­nim ktoś w ogó­le je za­uwa­ży. Ten gad uznał naj­wy­raź­niej, że nie po­do­ba­ją mu się drga­nia wzbu­dza­ne przez gru­pę roz­krzy­cza­nych, cy­ka­ją­cych fot­ki tu­ry­stów, i po­wo­li za­czął się od­wi­jać.

– Ej, ko­le­go, nie bój się. Nikt nie zro­bi ci krzyw­dy.

Nim Beck zdą­żył go po­wstrzy­mać, Ste­ven wy­cią­gnął rękę, by po­ła­sko­tać węża pod bro­dą. Py­ton cof­nął gło­wę, roz­warł pasz­czę i wbił zęby w dłoń.

Rozdział 5

Ste­ven krzyk­nął i upadł na ple­cy, ści­ska­jąc po­ką­sa­ną koń­czy­nę. Po­zo­sta­li tu­ry­ści lę­kli­wie wcią­gnę­li po­wie­trze i zro­bi­li kil­ka kro­ków do tyłu. Ja­kiś chłop­czyk roz­pła­kał się, szyb­ko znaj­du­jąc po­cie­sze­nie w ra­mio­nach mat­ki.

Wąż nie po­no­wił ata­ku. Osią­gnął swój cel, zmu­sza­jąc na­past­ni­ka do od­wro­tu. Ste­ven wpa­try­wał się w dłoń, na któ­rej za­czę­ło wy­kwi­tać kil­ka czer­wo­nych punk­ci­ków. Na­gle, ku za­sko­cze­niu Bec­ka, ro­ze­śmiał się i za­żar­to­wał:

– No to się do­igra­łem!

Tym­cza­sem oj­ciec pró­bo­wał na swój spo­sób pod­nieść na du­chu po­chli­pu­ją­ce­go syn­ka:

– Hej, mały, już do­brze. Ta­tuś wszyst­ko na­pra­wi. Spójrz, ta­tuś po­li­czy się z tym pa­skud­nym wę­żem. Wi­dzisz? – Pod­szedł do py­to­na. – Hej, wężu, a sio! – za­wo­łał, usi­łu­jąc kop­nąć gada.

Beck od­ru­cho­wo krzyk­nął w pro­te­ście, na szczę­ście wąż zdo­łał od­peł­znąć. Męż­czy­zna już brał ko­lej­ny za­mach, kie­dy Beck sta­nął mię­dzy nim a zwie­rzę­ciem.

– Niech pan go zo­sta­wi w spo­ko­ju!

– Że co? – Męż­czy­zna spoj­rzał na nie­go spode łba. – Po­gię­ło cię, dzie­cia­ku? To coś rzu­ci­ło się na tego go­ścia!

Na­gle obok Bec­ka…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej