Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 579 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Asystent śmierci - Bronisław Świderski

Polski intelektualista, po trzydziestu sześciu latach pobytu w Kopenhadze, pisze artykuł o antysemityzmie Sørena Kierkegaarda i traci posadę w duńskim instytucie naukowym. Jedynym zajęciem, jakie ma mu do zaproponowania urząd pracy, jest stanowisko „asystenta śmierci” – opiekuna umierającego starca o niejasnej tożsamości, prawdopodobnie Polaka. „Niechaj idzie swój do swego”, decyduje kierowniczka hospicjum.

W miejscu nowej pracy bohater spotyka milczącego Araba i jest świadkiem reakcji Duńczyków na słynne „karykatury Mahometa”, opublikowane przez dziennik „Jyllands-Posten”. Podczas kolejnych nocy Asystent śmierci mówi do umierającego, próbuje wczuć się w jego myśli i emocje, a nawet wypowiada się w jego imieniu. Ten dramatyczny monolog-dialog, składający się z historii rodzinnych, wspomnień z młodości spędzonej w Polsce, a także filozoficznych rozważań o tożsamości człowieka i jego miejscu w historii, staje się wielkim oskarżeniem europejskiej demokracji, traktatem o jej śmierci.

Pod względem formy Asystent śmierci jest dziełem nowatorskim. Oscylowanie między autobiografią i fikcją literacką, dosłownością i parabolą, prozą, wierszem i dramatem daje znakomite efekty. Wszystko jest tu poświadczone biografią bohatera i narratora, odkrywaną z przejmującą bezwzględnością, wszystko poparte erudycją i siłą wyobraźni pisarza.

Opinie o ebooku Asystent śmierci - Bronisław Świderski

Fragment ebooka Asystent śmierci - Bronisław Świderski

Bronisław Świderski

Asystent śmierci

Powieść o karykaturach Mahometa, o miłości i nienawiści w Europie

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2007

Wydanie I Warszawa 2007

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Demokracja, czysta racja

Szczęśliwy, komu los spłatał figla! I ten, komu dał prztyczka w nos! Mnie bowiem życie potraktowałoo wiele gorzej: splunęło mi po prostu w twarz! Nie chcę niczego ukrywać w tej opowieści: mój kopenhaski pracodawca, Kierkegaard-ForskningsCenteret, obraził się na mnie, gdy otwarcie i w zupełnej zgodzie z regułami duńskiej demokracji opublikowałem w gdańskim „Przeglądzie Politycznym” artykuł o antysemityzmie chrześcijanina Kierkegaarda. Uczyniłem to w 2005 roku, tuż-tuż przed wydrukowaniem w „Jyllands-Posten” karykatur proroka Mahometa. W ten sposób stało się dla wszystkich jasne, że wolność słowa, drukui rysunku jest w naszym królestwie absolutna. Bo właśnie tak ją określają wybitni duńscy politycy. I równie oczywiste jest to, że cena takiej wolności musi być wysoka.

Zatem także i mnie, podobnie jak Duńczyków, spotkała bolesna kara. Jeżeli nikt nie palił moich flag i nie napadał ambasad, to jedynie dlatego, że wcale ich nie posiadam. Zostałem ukarany w inny sposób. Przecież wydałem, chociaż na szczęście jedynie Polakom, czyli nikomu, wielką tajemnicę, która na zawsze miała pozostać głęboko ukryta. Odsłaniając skrywane dotąd przez badaczy nieprzyjemne cechy Filozofa, bezlitośnie zszargałem dobre imię Danii, prawdę zaś wykorzystałem do wyraźnie niecnych celów. Zostań zatem, Svedesky, bezrobotnym, abyś nie mógł już więcej czynić zła! O, Sweryski, doigrałeś się po trzydziestu pięciu latach pobytu w Danii! Spadaj teraz, Sviderici, po równi pochyłej pomiędzy pijaków i narkomanów, prostytutki i muzułmanów (moi bliźni w islamie, nie zabijajcie mnie za te słowa, przysięgam na wspólnego nam Boga: to naprawdę cytat)!

Chociaż nie wierzymy już w Europie ani w raj, ani w Najwyższego, dobrze wiemy, gdzie zostało umieszczone piekło. Naprawdę całkiem niedaleko. I wcale nie w piwnicy, położonej tuż pod restauracją z duńskimi potrawami, jak często sądzą obcokrajowcy. Skądże znowu. Piekło znajduje się na naszym poziomie. Wystarczy wyjść na ulicę, ruszyć przed siebie i po chwili skręcić w lewo, aby znaleźć się w najbliższym Urzędzie Pośrednictwa Pracy, zwanym czasami także, chociaż najczęściej nieprawdziwie, Urzędem Zatrudnienia, a w Danii po prostu ArbejdsFormidlingen. Bezrobotny, który tam wstępuje, zamienia się, niezależnie od płci, w upadłego anioła kapitalizmu, a jest to wstydliwa rola, która nieco przypomina stosunek biblijnego Szatana do Wszechmogącego: ten pierwszy także był kiedyś na samym szczycie, ale spadł stamtąd na łeb, na szyję – a zapewne także na zawsze – i dlatego jest teraz nieodmiennie zły. Zresztą zupełnie niepotrzebnie. Przecież pozwala wielu dobrym ludziom, nie tylko matkom i ojcom, ale często i babciom, wskazać dzieciom właściwy kierunek na śliskiej, niepewnej drodze życia. Zły pojawia się wówczas w dobrych radach jako słynny „plan B”; wszak w przypadku nieposłuszeństwa „porwie cię szatan i tyle!”.

Z ludźmi bywa jeszcze gorzej. Okazuje się bowiem, że bezrobotny jest nikczemniejszy od wszystkich, nawet od Szatana, bo nie trudząc ani głowy, ani rąk, stał się całkowicie bezużyteczny dla innych. Bez dobrego powodu zajmuje na świecie czas i miejsce, które mogłoby być o wiele skuteczniej wykorzystane przez lepszych od niego – przez porządnych ludzi wytężonej pracy i zasłużonego odpoczynku. „Toż to nierób”, powiadają często o bezrobotnym zagonieni przechodnie, a niektórzy nawet dodają – „to zwykły śmieć”, jak czytamy w najnowszej książce, bolejącego zresztą nad tym faktem, profesora Zygmunta Baumana, a kto, jak nie on zna całą prawdę? Bezrobotny, jak zło, ma jedynie tożsamość negatywną: jest mniej niż zerem, o, jest po prostu nikim wobec każdego solidnie zatrudnionego, czyli prawdziwego człowieka. Ja stałem się właśnie takim człowiekiem-bez-pracy. Ale znikąd nie ma dla mnie ratunku, bo nawet Jezus nic nigdy nie obiecał bezrobotnym – chociaż sam nie był ani urzędnikiem, ani robotnikiem, ani księdzem, ani nawet politykiem. Czy właśnie dlatego nie zostały uchwalone w demokracji lepsze prawa dla bezrobotnych, a także tych, co nie używają lokalnego języka (na przykład muzułmanów), wygnańców, słabszych i – wręcz słabych? O, mówią z troską nasi duchowi pasterze, skoro chcecie Go naśladować, musicie znaleźć sobie jakąś, choćby byle jaką, pracę…

Zresztą może w ogóle nie warto o tym pisać? Przecież współcześni pisarze tak bardzo cieszą się sukcesami swoich bohaterów… nawet pragną za ich rzetelny opis dostawać słodkie nagrody. Jakby ani w Polsce, ani na świecie nie było już głodu, nędzy i nieprawości.

Jakby język uczciwego pisarza nie musiał już wyrażać cierpienia bliźniego!

W mojej opowieści mówię o niedoli, o pomniejszaniu siebie, o zwykłej, ludzkiej klęsce. Kto zechce to przeczytać? Czy mogę zapracowanym czytelnikom wsuwać do obarczonej czytadłem dłoni niebanalny ciężar? Nie wiem. Wiem jedynie, że mnie samemu wcale nie jest lekko. Przez dwadzieścia dwa lata byłem Polakiem: należałem do narodu wybranego i jakoś dawałem sobie z tym radę. W 1968 roku matka powiedziała mi szeptem, że jej matka była Żydówką i że odtąd (i wbrew mojej woli) jestem częścią narodu przeklętego. Zarzuciłem wtedy obcy los na plecy, było wiele cięższy od poprzedniego, i od razu poczułem bóle w kręgosłupie, potem w brzuchu (w Danii stwierdzono, że był to wrzód żołądka), wreszcie, w ustachi nieco niżej, astmę. Ale Żyd nie może wybierać; bierze wszystko lub nie dostaje nic. Wziąłem zatem, co dała mi wówczas matka i szczodre państwo polskie. Co przez tyle lat było nie moje. Obce. Przeklęte i wyśmiewane, także przeze mnie. Ruszyłem na emigrację do Kopenhagi. Nie zawsze byłem w Danii bezrobotny. O, wcale nie. Dopiero pod sam koniec.

Jako bezrobotny odkryłem nagle, że słabi są pogardzani w najbardziej skuteczny sposób – po prostu głęboko chrześcijańscy Duńczycy obchodzą nas z daleka i łukiem, a przy przypadkowym spotkaniu spuszczają oczy, nagle szukają czegoś w teczkach i torebkach, czasami otwierają w panice gazety, nierzadko szybko rozkładają płachty lewicowego dziennika „Information”, który na swoich łamach z reguły broni bezrobotnych. Zakrywają nimi twarze, z aprobatą śledząc atak gazety na liberalny, niemoralny rząd, szanujący jedynie pieniądz, profit i procent. O, jak bardzo boją się nas dotknąć, odczuć swędzący ból nędzy na swojej skórze! Uciekają jak najdalej, aby uniknąć zarazków biedy i bezradności. Dlatego przy drzwiach Urzędu Zatrudnienia nie znajdziesz prawdziwych Duńczyków. Ci, którzy przez te drzwi przechodzą, wiele razy pytają urzędników: czy uda się wam przerobić nas, tak już powoli chodzące ludzkie odpadki, w energicznych pracowników i zaprząc do roboty dla dobra ogółu? Odpowiadając, urzędnicy odwołują się do sponsorów walki z bezrobociem – do Nauki, Kościoła i Kapitału, do tego współczesnego, racjonalnie-świętego trójprzymierza myśli, wiary i pieniądza, gorąco popieranego przez Państwo. Nie zostawiajmy tych ludzi sobie – wołają owe cztery, rządzące dzisiaj światem, litery NKKP – pokażmy bezrobotnym przede wszystkim bat, ale z przywiązaną na końcu marchewką. I tak się stało: odpowiednik zapomnianego już, a przecież tak dawniej skutecznego wezwania do pracy, komunistycznego sierpa i młota – nasz poczciwy bat, skrzyżowany z marchewką, stał się rozpoznawalnym znakiem demokratycznego Urzędu Zatrudnienia.

Idę powoli, jak chyba każdy bezrobotny, do kopenhaskiego Urzędu Zatrudnienia przy kolorowym placu Kultorvet. Po drodze mijam inną, równie ważną instytucję – knajpę Harry'ego, ulokowaną w piwnicy dwustuletniego domu o właśnie odnowionej, różowośmietankowej fasadzie. Jak tyle innych godnych zaufania osób także ja wiem, że to praca, rzecz jasna, nadaje nam tożsamość i czyni z nas ludzi (niekiedy nawet bardzo porządnych, oczywiście według ich własnego wyobrażenia), pozwala bowiem szybko odpowiedzieć na tak częste pytanie: kim jesteś? Mówimy wówczas: urzędnikiem, badaczem, szewcem, studentem lub (szeptem) bezrobotnym. Albo nic nie mówimy, zaciskamy mocno wargi i mrużymy oczy, a wtedy wszystko wiadomo: o, ten to z pewnością, proszę ja was, premier, minister, dyrektor, profesor, a co najmniej polityk z Sejmu lub dziennikarz z telewizji.

Zadymiona knajpa Harry'ego z ciężkimi, solidnie trzymającymi sufit drewnianymi belkami, co wiele widziały, mocno poczerniałymi w wielu miejscach i wąskimi zydlami, co wiele wytrzymały, pozwala zapomnieć o współczesnym ciężarze tożsamości. Po wypiciu pewnej ilości płynów przestajesz być urzędnikiem, szewcem czy dyrektorem, a stajesz się powoli sobą, może dlatego, że z powodu gęstego dymu nie widzisz innych i nie możesz się z nimi porównać. Uśmiechasz się zatem, szczerze zadowolony z siebie, z odbicia miłych rysów twarzy w szklance piwa i nawet z bliźnich – zapewne dlatego, że przebywają gdzieś obok, w bezpiecznej odległości. Słyszysz ich, ale są poza zasięgiem dłoni. („Patrzeć, słuchać, ale nie dotykać”, jak uparcie powtarzała jedna z moich znajomych. Niepotrzebnie, bo była nieatrakcyjna. Oraz także bezrobotna).

Niestety, dobre rzeczy często miewają zły dzień. Po wypiciu rozsądnej ilości alkoholu znowu zarzucasz kilkudziesięciokilogramową tożsamość na plecy i idziesz do domu, a czasami nawet do pracy. Lub jeszcze gorzej: do Urzędu Zatrudnienia. Bez wielkiej ochoty. Wolno. Wolniej. Powoli. Szybciej ode mnie nadchodzą noworoczne święta. Ale czy ja, człowiek bez praktycznego zawodu, mogę iść z nimi w zawody? Postanawiam jedynie, że skoro zbliża się Gwiazdka, to nie pójdę do Urzędu Zatrudnienia z pustymi rękami.

Nowa kariera. Przyszłość nie jest beznadziejna

Urząd Zatrudnienia na stołecznym placu Kultorvet jest taki czysty (zatem z jakże czystym sumieniem polecam go każdemu), z plastykowymi stolikami w trzech radosnych kolorach – czerwonym, zielonym, niebieskim! Nikt nie wyobraża sobie, że właśnie tutaj mieści się Piekło (dokładny adres znajdziecie w książce telefonicznej miasta stołecznego Kopenhagi). A przecież kolory są z piekła rodem, chyba dekorator był także bezrobotnym. Ktoś może mi zarzucić, że zmyślam, bo urząd ma wielkie, czyste okna, a przecież w Piekle nie ma szkła ani otwartych drzwi! Ale Piekłem nazywam nie czystość i nawet nie radosny plastyk, ale oszustwo. Bo istotą tego urzędu jest niedbale ukryte poniżenie – ale o tym ani słowa, o, podnieś dumnie głowę, spójrz na jasne meble, uśmiechnij się! Chwalcy kapitalizmu, owi tak dobrze opłacani przez państwo naukowcy i politycy, nigdy nie byli tutaj klientami. Zapewne dlatego nigdy nie stali się prawdziwymi ludźmi. Aby dotrzeć do jądra Piekła, należy dokładnie oderwać numerek, taki sam jak w poczekalni u dentysty – i już się nam robi ciepło, jak na myśl o plombowaniu zęba. Siadam na niebieskim krzesełku obok czterech czarnych mężczyzn, którzy przypominają Somalijczyków, i dwóch starszych muzułmanek w białych, aż oczy bolą, chustach na głowach. Ich puste, otwarte dłonie leżą na kolanach. Nic więcej nie mają na sprzedaż. Patrzą z zazdrością na moje pracowicie zaciśnięte palce, bo nawet w Piekle dobrze żyje odwieczna ludzka hierarchia: ściskający jest ważniejszy od pustorękiego. Moja prawa dłoń lekko podtrzymuje brązową, miękką teczkę, którą kupiłem niedawno w Rzymie, a w niej ciężko, choć jakoś dziwnie cicho, śpi dzieło mojego życia. Moja polska, męska duma. Sens mego bolesnego wygnania. Moja nieznana nikomu nieśmiertelność. Maleńka jak śpiące niemowlę. Trzymam ją na kolanach i cicho powtarzam sobie: nie, nie sprzedam ciebie (ani siebie) za byle co.

Jeden z Somalijczyków wyciąga z kieszeni gazetę i rozkłada ją z szelestem. Jest to właśnie nasza „Jyllands-Posten”, wydawana na jutlandzkiej prowincji, za to z dumnie krzyczącym podtytułem: „Międzynarodowa Gazeta Danii”. Jest to prawda, chociaż, co prawda, od niedawna. Wydrukowanie karykatur proroka spowodowało, że dziennik jest obecnie krytycznie, a czasami bezkrytycznie czytany na całym świecie, od Egiptu po Pakistan, od Oslo po Sydney. A ci, którzy nie potrafią go przeczytać, na przykład analfabeci w muzułmańskich wioskach Iranu, pełni gniewu, palą dziennik od razu, czasami podpalając nim także pobliską duńską ambasadę. Zapewne złości ich, że duński jest tak obraźliwie trudnym językiem.

Siedzący obok mnie Somalijczyk również ma trudności z czytaniem w naszym dumnym, chociaż, uczciwie przyznajmy, nader lokalnym języku. Zaczyna od odwrócenia dziennika do góry nogami. Rozpoznaję w gazecie, na przekręconej właśnie na opak stronicy, opublikowane pod koniec września i już sławne na cały świat karykatury Mahometa (prawdę mówiąc, myślę, to określenie jest tak dziwne – nikt przecież nie wie, jak wyglądał Prorok. Jak więc można narysować karykaturę nieznanej twarzy?), które bardzo rozbawiły duńskich chrześcijan. W pewnym momencie słychać było w Kopenhadze jedynie radosny rechot blondasów i ponure milczenie ciemniejszych od nich obcych, mocno podkreślone ściemniałymi, gniewnymi minami. Tak wyglądał początek konfliktu: z jednej strony głośny śmiech, z drugiej złe milczenie…

Ale kolega właściciela gazety, także Somalijczyk, czyli, po duńsku, obcy, zaczyna coś szeptać do ucha trzymającemu dziennik i ciemnym, zagiętym palcem wskazuje na mnie. Wówczas ten pierwszy składa gazetę i przyjmuje poprzednią postawę zasadniczej niepewności. Nie patrzą już w moją stronę. Chyba wzięli mnie za Duńczyka. Czyli wroga. Bez wątpienia chrześcijanina. Za nieskomplikowanego, jednobarwnego białego.

Odwracam głowę, aby na nich nie patrzeć. Na kolorowych krzesełkach i na podłodze leżą, rozrzucone jak ptasie pióra, różnokolorowe ankiety do wypełnienia i białe foldery reklamowe. Podnoszę z podłogi kwestionariusz i trzy broszury. Przez chwilę wpisuję do rubryk imię i nazwisko, wykształcenie, stan cywilny, narodowość… Następnie otwieram broszurki. Na ich stronicach natychmiast ukazują się krzepcy mężczyźni i uśmiechnięte kobiety, zaś tekst, zatytułowanyI ty masz jeszcze przyszłość– a muszę powiedzieć, że w Danii zawsze mówimy do siebie per „ty”, jakbyśmy naprawdę byli członkami jednej, zgodnej rodziny – zachęca, abym wybrał pracę w nowym zawodzie. Pierwsza broszura, zielona, wzywa mnie bez wahania (może dlatego, że wcale mnie nie zna?), abym został murarzem. Pokazuje wyraźnie, że stojąc na dziesiątym piętrze, mogę uśmiechać się szeroko i jednocześnie z kielnią w dłoni obkładać żółtymi cegłami betonowe ściany. Mój Boże, dlaczego nie miałoby się spełnić marzenie mojego dzieciństwa? Pamiętam, a miałem wtedy chyba osiem lat, z jakim przejęciem ściskałem w palcach książeczkę o odbudowie Warszawy, zatytułowanąO sześcioletnim planie i sześcioletnim Bronku,gdzie bardzo podobne, pomimo wszelkich różnic ustrojowych, cegły – może w nieco ciemniejszym, bardziej odpowiadającym tamtej epoce kolorze czerwonym – wywoływały szeroki uśmiech na ustach komunistycznych murarzy. O, jak bardzo chciałem wówczas zdobyć pochwałę mamy i taty, pracując przy odbudowie stolicy, całkowicie przecież zniszczonej przez hitlerowskiego okupanta! Budować domy dobrym ludziom, zresztą w ogóle coś zbudować, a nie burzyć, stworzyć, a nie niszczyć – czy może być coś wspanialszego? Zamyśliłem się przez chwilę. Potem krótko westchnąłem. O, musisz być realistą, sześćdziesięcioletni Bronku, powiedziałem sobie, w tym wieku nie zostaniesz już murarzem. Trzeba było tego spróbować w dwudziestym wieku, bo teraz jest na to po prostu za późno. Tak to jest. Największe marzenie twojego dzieciństwa nie zostanie spełnione.

Druga broszura, w kolorze łososiowym, zachęca mnie, abym został rybakiem i łowił śliskie duńskie ryby (jak kompetentny autor rozróżnia narodowość tych wolnych stworzeń, niech pozostanie jego zawodową tajemnicą), ubrany w gumowe rękawice, szare, nieprzemakalne spodnie i podobnie praktyczny płaszcz. Wyjeżdżać kutrem nocą, gdy tylko gwiazdy świecą w wodzie, i zarzucać na nie ogromne sieci – nie, to nie dla mnie. Nie lubię ani ryb, ani wody.

Trzeci folder, w kolorze wina bordeaux, mówi o czymś naprawdę niezwykłym. Oto pewien Duńczyk założył niedawno – jako pierwszy w naszym zimnym królestwie – niewielką, ale całkowicie nowoczesną winnicę. Pod trzeźwym okiem przyjaciela Francuza, rzecz jasna. Ulokowali przedsiębiorstwo ze znajomością rzeczy, bo na południe od Kopenhagi. Przedsiębiorca potrzebował teraz pracowników do pielęgnowania winorośli, a także, nieco później, przy zbiorach. Pierwsze butelki duńskiego wina powinny zawitać do sklepów za dwa-trzy lata. Zastanowiłem się, czy nie jest to coś dla mnie, przecież pochodzę z Łodzi, czyli z jeszcze odleglejszego południa, przynajmniej w stosunku do Kopenhagi. Szybko przewracam kartki. Jakie są warunki pracy? Czy nakazują także smakowanie wina? Oglądam uważnie folder. Studiuję proces beczkowania, od deski do deski. Wracam do poprzedniego folderu, tego o rybaku, księżycu i spodniach. Staram się zimną, morską wodą ostudzić podnieconą już alkoholem fantazję. Bo to jasne, że jako przybysz nie dostanę pracy w winnicy. Przecież jestem nietutejszy, zatem za nic nie utrafię w narodowy smak i spirytusowe potrzeby Duńczyków!

O mało, pochłonięty lekturą, nie przegapiłem faktu, że urząd bynajmniej nie próżnuje, lecz, owszem, rytmicznie pracuje, zgodnie z krajowym prawem. Gdy drzwi zamykają się za kolejnym wchodzącym, mówię sobie – ciepło, ciepło, coraz cieplej. Po godzinie wchodzę do centrum Piekła, czyli pokoju, gdzie za zielonym biurkiem siedzi urzędniczka na czerwonym krzesełku. Tutaj jest już bardzo gorąco. Przynajmniej ja jestem zupełnie spocony. A także porządnie zdenerwowany i nadzwyczaj ciekaw, którą z tych trzech broszurowych karier zaproponuje mi urzędniczka. Co powinienem powiedzieć, gdy, mimo wszystko, zaoferuje mi szlachetną pracę przy wznoszeniu domów w Kopenhadze? Przecież wciąż pragnę tyle zrobić dla innych! A może uda mi się ją przekonać, że jako Polak więcej wiem o winach niż chowany w chłodzie Północy Duńczyk, a nawet jego przyjaciel Francuz, co z pewnością nie będzie łatwe? Mogę opowiedzieć, ile razy byłem w Krakowie, a jest to przecież głębokie południe naszej nowej, tak cudownie rozszerzonej Unii Europejskiej.

Powoli kładę na biurku niedokładnie wypełnioną ankietę, tuż obok dwu kolorowych fotografii w złotych ramkach. Na pierwszej uśmiecha się dwójka małych, pucołowatych dzieci. Na głowach mają plastykowe hełmy wikingów z rogami, w każdej chwili gotowi dźgnąć nimi podłego wroga. Druga fotografia ukazuje siedzącą przede mną urzędniczkę, pogrążoną w intymnej rozmowie z Pią Kj^rsgaard, przewodniczącą nacjonalistycznej i szczerze gardzącej obcymi Duńskiej Partii Ludowej(Dansk Folkeparti).Przypominam sobie, że niedawno pewien aktywista tej partii porównał muzułmanów do „komórek raka, niszczących zdrowe ciało duńskiego społeczeństwa”.

– Biały? – mówi niesłychanie zdziwiona urzędniczka. – Myślałam, że do mnie przychodzą tylko czarni. Ale, co prawda, kolory widzimy przez kontrast. W końcu bez białego nie ma czarnego, ani odwrotnie – i śmieje się cicho.

Myślę, że na europejskim kontynencie nasze poczucie humoru, a z pewnością i ironicznej sprawiedliwości, związane jest z głębokim przekonaniem, że kolory nie są niewinne. Że biały jest poważniejszy, a nawet godniejszy od czarnego lub czerwonego, a z całą pewnością od żółtego.

– Owszem, cały biały – odpowiadam, podchodząc bliżej, aby sama mogła się przekonać, że jestem nad wyraz prawdomówny.

– Ale mieszkasz z czarnymi – podpowiada, odczytując adres z ankiety.

To prawda. Mam pokój w betonowym getcie, jak takie osiedla nazwała prasa. Dawniej w gettach mieszkali Żydzi, dzisiaj buduje się je w Europie dla muzułmanów. Zapewne tam, gdzie mieszkam, wśród ludzi z ponad trzydziestu krajów o twarzach żółtych, brązowych i zupełnie czarnych, jestem jedynym białym. Ale jestem także Żydem, czuję się zatem, jakbym powrócił do domu. Wprowadziłem się do getta niedługo po rozwodzie, gdy zostałem zupełnie sam. Żona zabrała także dziecko. Po raz pierwszy pomyślałem wówczas o samobójstwie.

– Nie – odpowiadam, kładąc dłoń na jej biurku – mieszkam sam.

– Na imię mam Mette – mówi cicho kobieta.

Wysuwa dłoń przed siebie, aby mnie zatrzymać.

Nie patrzy już na leżący przed nią papier – nie podchodź zbyt blisko… nie, nie wyciągaj ręki, nie wiadomo, czego dotykałeś przed chwilą. Wy, cudzoziemcy, wszyscy jesteście tacy sami. Ciągle czegoś szukacie, jak nie w nosie, to w spodniach. Zawsze chcecie mówić, zanim wysłuchacie. Nie siadaj na krześle, to nie potrwa długo. Stań, o, tam, po drugiej stronie stołu, naprzeciwko mnie. Stój spokojnie, gęba na kłódkę(hold k&ft!).Teraz ja mówię.

Mimo to milknie i pochyla się nad moimi papierami.

– Polak? – pyta wreszcie, a zabrzmiało to jak: chuligan, włóczęga i cynik.

Milczę. Zawsze miałem kłopoty z pochodzeniem, bo moja żydowska matka, aby ukryć swoją nieludzkość, w kółko powtarzała, że jest Polką, a ojciec, Polak i komunista, twierdził, że najlepiej być Rosjaninem. Z kolei ja w Kopenhadze zapragnąłem być Duńczykiem, ale co trzecie słowo zdradzało mnie i szybko przechodziło na stronę wroga.

– Owszem, także Polak – odpowiadam, ale właśnie akcent, zbyt późno umieszczony w trzecim słowie, uniemożliwia jej zrozumienie ironii.

– Posłuchaj – mówi – mam dla ciebie pracę w hospicjum, przy umierającym. Jest sam. Bez żadnej rodziny. Przyjechał niedawno z Polski do Danii i naraz - nieoczekiwanie i na koszt innych – umiera. Akurat zrezygnował ktoś, kto opiekował się nim przez kilka dni i nie ma nikogo na zastępstwo, więc możesz zacząć już jutro. Twoje stanowisko nazywa sięDodensassi-stent– asystent śmierci – brzmi to zupełnie jak tytuł uniwersytecki, co? – I śmieje się, zaciskając usta, może ma zęby niezupełnie w porządku, a może odwrotnie - ma aż zbyt duże i ostre, wprost wilcze, i dlatego je ukrywa?

Ale mnie nie jest do śmiechu. Wiem przecież, co to kapitalizm. Na razie trzymam jednak ostrze mojego języka za zębami. Miękko tylko pytam:

– Czy nie ma czegoś bliżej życia? Bardziej konstruktywnego, jak na przykład murowanie domów?

Pochyla się nad papierami.

- Arbejde gi'r livet mening(Praca nadaje sens życiu)

– wypala w końcu mądrość, która z pewnością skłoniła ją do szukania pracy w Urzędzie Zatrudnienia. Na co ja w tym samym, nieobcym mi przecież, języku:

– Zauważ, że w istocie nadaje ten sens od niedawna. Na przykład starożytni Grecy i Rzymianie nazywali ludzi pracujących niewolnikami, a także psami, świniami i baranami, i słyszeć nie chcieli, że ich czarne, śmierdzące potem życie ma jakiś sens. Praca? To była tylko kara. Dopiero kapitalizm uczynił z pracy, a nie ze sztuki, religii czy wierszy, sens ludzkiego życia.

Patrzy na mnie nieprzyjaźnie. Jeżeli nic nie zrozumiała, to dlatego, że nie wolno jej tego pojąć. Przecież mówię powoli i wyraźnie. Chrząka, aby poprawić sobie humor, a może i duńską wymowę, nieco już zainfekowaną obcymi dyftongami białego petenta. Patrzy teraz na mój nos, który właściwie nie był mój, bo miałem go po matce, ale nie potrafiłem na czas oddać. Przez chwilę obawiam się, że oskarży mnie, iż noszę cudzą własność. Ale szybko spuszcza wzrok i znowu zaczyna szukać wolnej posady. Przerzuca papiery, zamyśla się, jeszcze raz przegląda moje dane.

– Do niczego się nie nadajesz – mówi zdecydowanie. – Wiesz, że Duńczycy surowo oceniają obcych.

– Surowo, ale sprawiedliwie – mówię, rozciągając nieco słowa, bo na państwowym kursie dla cudzoziemców duńskiego uczyła mnie Hinduska.

– Naukowiec, pisarz… – Mette czyta z papierów. – Czy sądzisz, że wy wciąż jesteście ludziom potrzebni?

– Skądże! Nie, nie w Danii – potakuję z ulgą, przekonywająco, bo przeczenie w każdym języku wychodzi mi najlepiej.

– Gdzie ja cię poślę? – Teraz urzędniczka cicho pyta samą siebie i znowu się zamyśla. – A może masz zielone palce?

Zdziwiłem się. Zawsze starałem się, aby moje dłonie były czyste, a paznokcie obcięte krótko, bowiem pedantyczny byłem już od dziecka. Przyglądam się teraz moim dłoniom. To prawda, powinienem był umyć je nieco lepiej. Miejscami są żółtawe, z sinymi tunelami żył, które nieoczekiwanie przedzielają cieniste, zrobione z ludzkiej skóry, doliny.

– No cóż, są nieco brudnawe – przyznaję – ale zielone… nie. Skądże. Na pewno nie.

Powtarza nieco głośniej:

– Pytam, czy masz zielone palce?

Jeszcze bardziej zdumiony, wytrzeszczam oczy. Ona robi to samo. Dopiero po chwili wiem, o co jej chodzi. Mój Boże, przecież „zielone palce”, czyligmnne fingre,to duński idiom, sygnalizujący głębokie zamiłowanie do roślin i kwiatów. Mette pyta zatem, czy nadaję się do ogrodnictwa, a może nawet w ogóle do pracy w sektorze rolnym, z którego Dania jest tak dumna. Zapewne jest tam wolna posada. Może nawet więcej niż jedna.

– Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą – mam dwie lewe ręce.

Teraz ona patrzy na mnie zdziwiona, ale nadal bardzo surowo, bo jest to zupełnie obce wyrażenie, jakiś daleki, nieprzyjemny, wcale nie duński, wyraźnie drażniący sygnał w kraju ustalonej równości, gdzie mańkuci mają te same prawa, co ludzie praworęczni i w ogóle nie ma się z czego śmiać. Boże, jak ciężką i niewdzięczną dostała pracę! A koleżanki, które obsługują tylko Duńczyków, mają tak przyjemnie!

– Zatem pozostaje tylko stanowisko asystenta śmierci. Czy odmawiasz przyjęcia tej pracy? – pyta cicho.

Patrzy na mnie coraz groźniej, a ja pocę się mocno i przypominam sobie, że właśnie taki jest kapitalizm. Wiem, że stać go na nieludzki wyzysk. I na nieszczery śmiech ze słabszego. Jedyny mój ratunek w teczce. Ta teczka to najmocniejszy argument wobec wyzyskiwaczy. Pójdę zatem na całego, a teczka pomoże mi w tej podróży.

– Ile dostanę? – pytam powoli, przez zęby, tak jak to robią kowboje na amerykańskich filmach. Niechaj Mette nie myśli, że weźmie mnie za darmo. A przy tym ja także nie otwieram zbyt szeroko ust, bo nie chcę, aby zbyt szybko dowiedziała się, że znam drogę do knajpy Harry'ego.

– Stawka zgodnie z umową ze związkami zawodowymi. – Wzrusza ramionami i patrzy demonstracyjnie przez okno. Długa cisza, chyba na dwie stronice (tutaj ją skracam i kondensuję, nie piszę przecież prozy naturalistycznej ani nawet socrealistycznej, a zresztą wydawca i tak mi nie zapłaci za puste strony). Po prostu Mette chce pokazać, że wcale jej na mnie nie zależy. Ta długa cisza na dwie stronice ma zatem także dwie inne strony, skoro – z jednej strony, coś innego znaczy dla Mette, jest bowiem ciszą przez nią wybraną, a z drugiej – coś zupełnie innego dla mnie, zagrożonego niezrozumiałym milczeniem i zupełnie nim przypartego do krzyczącej niezwykłymi kolorami ściany.

A skoro obustronna cisza jest na dwie strony, to, drogi czytelniku (mówię tak, bo przecież akurat ci ze mną po drodze, a także dlatego, że nie chcę marnować twego czasu), możesz teraz spokojnie pójść do kuchni i zagotować wodę na herbatę lub kawę. Możesz nawet zrobić sobie kanapkę z szynką – ale nie więcej niż jedną, bo nagle postanawiam przerwać ciszę. Chcesz wiedzieć jak i dlaczego? To powróć szybko na miejsce i słuchaj.

Otóż wtedy, gdy Mette brutalnie ukryła swoje karty za jednolitą, mocną, choć nieco zużytą przez czas zasłoną ciszy, postanowiłem ją zaskoczyć i wyłożyć moje atuty… Przypatrz się zatem, czytelniku, jak powoli, ale zdecydowanie otwieram brązową włoską teczkę i wyjmuję z niej dzieła, które stworzyłem w ciągu trudnego wygnańczego żywota. Najpierw kładę przed urzędniczkąRevolutionen som dialog(mój duński debiut książkowy z 1981 roku) o naszym powstaniu styczniowym (Mette odchyla się na krześle, marszczy brwi, wysuwa język, zamyka lewą powiekę – zupełnie jakbym wyjął z teczki główki czosnku i położył przed ukrywającym swoje zęby wampirem), potemMyth and Scholarship(Kopenhaga 1988) o studentach Wilna i Warszawy w czasach poprzedzających listopadową insurekcję (a w tym czasie mój autoryzowany przez państwo partner demokratycznego dialogu ziewa, ogląda pomalowane na żółto klepki podłogi, wzdycha wreszcie). Na wierzch kładęGdańsk i Atenywydane przez Polską Akademię Nauk w 1996 roku. Robię to nieco niepewnie. Książka jest rezultatem projektu badawczego, analizującego działalność podziemnej „Solidarności”. Gdy w swoim czasie prosiłem duńską Radę Naukową(Forskningsradet)o wsparcie projektu, otrzymałem odpowiedź pozytywną, ale tego samego dnia zadzwonił do mnie przedstawiciel Wydziału Archeologii, aby wyrazić niezadowolenie, że tak niewiele piszę w moim podaniu o technice zdejmowania wierzchnich warstw ziemi, zanim dojdę do owego upragnionego, podziemnego(underjordisk)poziomu „Solidarności”. Czy Mette nie zgłosi tego samego zastrzeżenia? Gdzie tam! Urzędniczka uważnie porównuje dwa pomalowane niebieskim lakierem paznokcie lewej ręki. Wtedy rzucam na zielony stół mój atut – powieśćSłowa Obcego(1998), nagrodzoną przez „Znak” i nominowaną do warszawskiej nagrody Nike (o, Nike, bogini bezinteresownej rywalizacji, schodzisz nad Wisłę raz do roku z workiem pełnym pieniędzy, choć na co dzień są one w posiadaniu Hermesa, boga kupców i złodziei! Zawsze byłaś łaskawa dla innych, ale mnie nigdy nie zauważyłaś, z pewnością dlatego, że byłaś tak bardzo zajęta owym workiem. Powiedz, czy wcale nie przyjedziesz do Danii? Chociaż mam tylko jeden pokój, jest w nim miejsce dla ciebie, a w przedpokoju także na worek – oto jak wygląda cicha modlitwa, ukryta w najgłębszym zakamarku mojej duszy, tuż przy jej czarnym końcu, ale Mette, rzecz jasna, nic o tym nie wie). Urzędniczka udaje teraz, że nie dostrzega książki, albo jej naprawdę nie widzi, może dlatego, że zielonkawa okładka powieści cicho-beznadziejnie znika, wprost tonie, aż po tytuł zalana głębokimi refleksami zielonej powierzchni biurka. Mette zamyka oczy, ponownie wzdycha, a jej lewa powieka nie może opanować nerwowego tiku. Drżącą ręką dorzucam na ofiarny stos biały jak północny śnieg szwedzki przekła dSłów Obcego,świetnie zrobiony przez Andersa Simonssona, który już drugi rok szuka wydawcy w Sztokholmie…

– Eee,Framlingens Ord– prawym, zapewne gorszym okiem, z jawnym lekceważeniem czyta Mette szwedzki tytuł – wciąż te same obce słowa. Jesteś w Danii, mów więc i pisz po duńsku.

– Przecież jak wszyscy Duńczycy znasz szwedzki, jesteś w stanie zapoznać się z tekstem – namawiam życzliwie, profesjonalnie – spróbuj wchłonąć nieco obcej fantazji, zechciej wyjść poza zamkniętą, trójkolorową codzienność. Może te słowa staną się twoimi?

– Nasze przepisy są po duńsku – odpowiada – nic więcej nie czytam.

I znowu się śmieje z zamkniętymi ustami. Chytreńka ta Dunka. Ma zapewne rację. Skoro jest człowiekiem pracy, a nawet więcej, bo Dunką, to po co ma zapychać sobie głowę kulturą? Uniesiony gniewem przepełniam napełnioną już po brzegi szalę argumentacji rzeczą najcięższą – Kierkegaardowskim dziełemPowtórzenie. Przedmowyw moim tłumaczeniu, wydanym w Warszawie w 2000 roku. O, przed tym się nie obroni! Tym bardziej że okładka jest żółto-pomarańczowa i już zaczęła się wyraźnie kłócić z zielonym biurkiem urzędniczki. Przecież musi usłyszeć ten zgrzyt dwu przekazów! Tak, teraz musi mi się powieść (chociaż to nie jest powieść… o, tani chwyt, powiecie? Zapewne, ale mój. Zachowam go, wbrew wszystkim niezadowolonym. Mam tak niewiele tego, co w całości moje)! Bo właśnie tak trzeba postępować w Kopenhadze! Recepta jest prosta: załatw Duńczyka Duńczykiem! Niech się biją między sobą! Jest to zwykła w naszym pozbawionym monarchy królestwie mniejszości praktyka, gdy chcemy się sprzedać jak najdrożej.

– No i co? – pytam triumfująco, wysoko podnosząc dzieło Filozofa. – Sto koron za godzinę?

Czy sądzisz, drogi czytelniku, że mi się powiodło? Skądże! Mette wcale nie patrzy na książki, macha lekceważąco ręką i mówi cicho:

– Pięćdziesiąt.

Nie ma zmysłu do filozofii, czy co? – myślę i mówię głośno:

– Jak to, tak mało dajesz za Największego Duńczyka?

– A skąd ja wiem, jak to jest przetłumaczone? – wypala (bezczelna! Żaden polski krytyk nawet przez chwilę nie rozważał takiej wątpliwości!) i śmieje się aż po końce zębów, potem otwiera usta jeszcze szerzej, aż wszystko widać. Nie, nic tam nie ma niezwykłego, są to zwykłe, ostre, żółte, ludzkie ząbki. Co prawda, rosyjski pisarz Izaak Babel już na początku dwudziestego wieku zanotował, że nawet jeden przymiotnik położony obok rzeczownika oznacza nadmiar literackiego bogactwa, ale kapryśna Mette za nic nie chciała oszczędzać na sobie. Zażądała aż czterech przymiotników, a skoro miała władzę nade mną… Owszem, poszła na całość, choć z pewnością nie znała rosyjskiego. A może uznała, że przypomina owe przepiękne kobiety na reklamach szamponów, z całkowitym przekonaniem twierdzące: „Jestem tego warta”?

– Ucz się języków obcych – doradzam życzliwie i czekam chwilę.

Skamieniała, sknera! Palcem nie ruszy.

– No, to nic z tego – mówię i wkładam dzieła do teczki. Biedne, słyszały wszystko, z pewnością są obolałe i obrażone, ale udają, że nic się nie stało, wcale nie rozdzierają z tego powodu swoich szat graficznych, a raczej godnie tulą się do siebie, jedno wspiera drugie, w kolektywie szukając ciepła i nadziei, chociaż ich autor jest zaprzysięgłym indywidualistą. Powoli zatem zbieram się do wyjścia (takie godne wyjście także widziałem na filmach o kowbojach).

Mette (która widziała te same filmy) czeka, aż stanę przy drzwiach i szepcze:

– Sześćdziesiąt.

– Dziewięćdziesiąt – mówię, nie odchodząc od drzwi (dokładnie tak, jak na filmach, które zawsze kończą się happy endem).

Milczy, ale jakoś cieplej, prawie na czerwono – a może przy tym stole wszystko zmienia barwę?

– Zgoda – odpowiada i dodaje: – Masz się zająć starszym, umierającym mężczyzną, najprawdopodobniej Polakiem…

– O! – wołam i powracam na miejsce przy stole. – Jeżeli chodzi o śmierć Polaków, mam jak najbardziej odpowiednie kwalifikacje…

W teczce, wśród ciężkich książek i nieco lżejszych płodów mego ducha, szybko znajduję artykuł o dzielnej, jakże robotnej, prawdziwie polskiej śmierci podczas powstania listopadowego. Nosi on tytułThe Concept of the Family as a Political Idea in Poland 1827-1833.Zamieściłem go w międzynarodowym roczniku „Scando-Slavica” w 1981 roku. Teraz szybko podaję artykuł urzędniczce. Odchyla się nieco do tyłu, nie bierze tekstu do ręki. Wskazuje serdecznym palcem, abym go położył na stole, ale nawet nie zerknie na tytuł.

– To świetnie – mówi obojętnie – będziesz miał ułatwiony start, ale pamiętaj Sudartzki, że wiedza teoretyczna często zawadza praktyce. Śmierć, Swydesky, to sprawa konkretna, a zgon to nie uniwersytet. Tutaj, Sardeki, książki nie pomogą. Słowami nikogo nie uzdrowisz. Osiemdziesiąt. Kropka.

Kiwam głową. Istotnie: kropka. Znam ją nie od dzisiaj i wiem, co ona znaczy: że nie dostanę więcej.

– Zgadzam się – mówię.

Dopiero po dwóch miesiącach dowiedziałem się, że osiemdziesiąt koron za godzinę to normalna stawka bezrobotnego i że otrzymuje ją każdy zwerbowany, jak ja, do pracy. Wcale nie musiałem się o nią targować. Podaję to na wypadek, gdyby ktoś z was znalazł się w podobnej sytuacji i stanął twarzą w twarz z Mette, czego, rzecz jasna, nikomu dobremu nie życzę. Uczcie się na tragicznych błędach innych. Oszczędzajcie na sobie. Przecież jestem waszym bliźnim.

– Masz się w ciągu miesiąca całkowicie uporać ze swoim zadaniem – dodaje urzędowo-pedantycznie Mette.

– Zgoda – odpowiadam.

– Ponieważ petent nie jest Duńczykiem, mogę ci płacić pensję tylko przez jeden miesiąc… za twoją opiekę. Takie są przepisy. W tym czasie musisz się wykazać, osiągnąć pozytywny wynik. Pamiętaj, że obiekt naszej troski nic nie produkuje, a codziennie kosztuje państwo tak wiele pieniędzy… zatem od sprawnego pracownika oczekujemy szybkiego rezultatu… – tu nastąpiła chwila wahania – najdalej za trzydzieści dni.

Tak rozmawia ze mną Mette. Choć teraz patrzę jej prosto w oczy (wszak dobiliśmy już handlu żywym towarem i mogę godnie podnieść czoło), wcale mnie nie poznaje. Dalej spogląda jak na kogoś absolutnie nieznajomego, ba, wręcz odrażającego. Powiedzmy: podwładnego. Barbarzyńcę. Albo Polaka. A przecież mieliśmy tę samą matkę. Naprawdę. Kiedyś. Ponad kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Jak każdy z nas.

Mette ma około czterdziestu lat, obcisły, fioletowy sweterek (co chwila dotykający błyszczącej, zielonej powierzchni biurka) i krótką, czarną spódniczkę. Gdy siada przy plastykowym stoliku, jej uda błyskawicznie uwalniają się z ciemnej jaskini materiału, aby zaczerpnąć swobodnego oddechu. Może to jest chwila, aby postarać się o lepszą pracę? Patrzę na jej nogi, zapewne nieco dłużej niż powinienem. Ale to nie moja wina. Cudza śmierć zawsze rozbudza we mnie pragnienie pełnego życia.

– Nie do końca wypełniłem ankietę, więc chcę uzupełnić – mówię i przełykam ślinę. – Jeżeli chodzio mój stan cywilny, to jestem sam. Zupełnie sam. Zdeklarowany kawaler, ale nie straciłem wiary w miłość. To chyba jest ważne?

Rozpędzam się, bo kilka sekund temu uwierzyłem, że wiele nas łączy, skoro jesteśmy ludźmi. Myślę:

Nie chcę być sam. Chcę mieć kogoś. Samotność? Nie, to już lepiej popełnić samobójstwo…

Ale nie z nią taki numer. Zakłada nogę na nogęi mówi powoli:

– Za dobra jestem dla ciebie. Ty jesteś nikim, a ja Dunką. Nie szukaj, co nie twoje.

I wali mnie między oczy duńskim przysłowiem:

– Dzieci z tej samej klasy bawią się najlepiej. Mette jest zatem zdania, że nie należy mieszać ze sobą przedstawicieli różnych narodów. Powinni raczej żyć z dala od siebie, osobno, w czystych, oddzielnych boksach. A przecież w czasie ostatniej wojny Duńczycy najchętniej bawili się z Niemcami i dopiero po przegranej bitwie pod Stalingradem zaczęli tęsknić za Anglikami. No, cóż… W Danii Polacy nie są nawet Niemcami.

– Do szkoły chodziłem w Warszawie – przyznaję.

– Sam widzisz – odpowiada zimno, patrząc w urzędowe papiery. Znowu nie zwraca na mnie uwagi.

No, myślę, siostra by tak nie postąpiła. Może, wbrew podobieństwu (bo nadal sądzę, że oboje przypominamy jednak ludzi), nie jesteśmy rodzeństwem? To nawet lepiej. Wyobrażam sobie, że między nami nie ma zbędnej, utrudniającej życie więzi rodzinnej. Że jesteśmy razem w łóżku: moje oczy są coraz większe, błyszczą. Widzę jej nieco zbyt obfite ciało (Dunki są coraz grubsze, nie, tego nie mówi bynajmniej urażona narodowościową dyskryminacją męska duma, tak twierdzą żyjące absolutnie poza płcią statystyki, zresztą sami sprawdźcie, jeżeli mi nie wierzycie), a w myślach już głaszczę jej uda.

– No, no, nie rozpędzaj się – mówi, podciąga jeszcze bardziej spódniczkę i uśmiecha się przymilnie do mężczyzny o wyćwiczonej minie szefa, który uchylił drzwi do pokoju i zaraz je zamknął.

Żegnajcie zatem poziome przyjemności w łóżku, witaj horyzontalna nierówności społeczna. Mette nie chce być ani siostrą, ani kochanką. Zapomniałem, że w chłodnym państwie luteranów wszystko zaczyna się od nakazu pracy, a kończy spotkaniem ze śmiercią. Ale to wcale nie koniec moich niepowodzeń. Teraz urzędniczka pragnie pokazać swoją siłę, tryskającą z niewątpliwie czystego źródła, z nieskalanego duńskiego pochodzenia. I już ma nade mną ogromną przewagę, chociaż oboje zamieszkujemy demokrację (ale ja nadal jej parter, a może nawet gorzej, bo nieogrzewaną piwnicę z małym, zabitym deskami oknem, a Mette z pewnością mieszka gdzieś centralnie, wysoko i z windą). Porzuca swój śmiech, odmierzający czas szybciej od zegarowego tik-tak. Surowo mnie teraz egzaminuje. Okazuje się bowiem, że muszę wykazać się zrozumieniem zadania, nim otrzymam tak odpowiedzialną pracę.

– Czy wiesz, na czym polega opieka nad umierającym? – pyta chłodno, pełna wątpliwości w istnienie choć cząstki inteligencji u absolwenta kopenhaskiego uniwersytetu, skoro pozostał Polakiem. Słyszę w jej głosie głęboką niewiarę, czy ktoś, kto jest obcy, potrafi profesjonalnie zbliżyć się w królewskiej Danii do niezwykłego fenomenu życia i śmierci.

– Przecież umrze i beze mnie – mówię beztrosko, jakbym wciąż był bezmyślnym młodzieńcem, a może nawet prymitywnym, niedzielącym cegły na czworo, zuchwałym duńskim murarzem. Cóż to za nieostrożność ze strony obcokrajowca!

– W Danii nikogo nie pozostawiamy samego – odpowiada sucho, nieprzyjaźnie. – Przecież każda śmierć jest znacznym wydatkiem społecznym. Jest to zatem sprawa, która nas wszystkich dotyczy. Dziwię się, że jeszcze nie przyswoiłeś sobie lekcji duńskiej socjaldemokracji. Czyli, mówiąc inaczej, duńskiej solidarności. Widocznie brak ci potrzebnej ku temu inteligencji. Czy sądzisz, że potrafisz być punktualny? Że masz odpowiednie kwalifikacje psychiczne? Czy nie załamiesz się po kilku dniach? Czy nie zawiedziesz zespołu, jak to u was w zwyczaju? Stworzysz wówczas nowe problemy, zamiast rozwiązywać zadane.

– O – mówię z przekonaniem – od dziecka jestem za pan brat ze śmiercią. Polacy zawsze umierali na kopy (mówię:en masse,bo Duńczycy dużo wyrazów przejęli z francuskiego). Nasza literatura zawiera dokładne przepisy, jak umrzeć i jak żegnać nieboszczyków. Weź choćby takieDziadyMickiewicza, których tytuł został przetłumaczony na duński jakoForfadre,czyli „Przodkowie”, iście – tu idę na całość, przecież zatrudnienie mam prawie w kieszeni – dziadowską (mówię:forfadrelig)prozą na duński…

Ale Mette nadal odpowiada karcąco, niezadowolona, że krytykuję duńskiego tłumacza, wydaje się jej bowiem, że powiedziałem:forf&rdelige,czyli „okropną” zamiast „dziadowską” prozą; niewinna zamianadi r nieraz prowadziła mnie w Danii na kraj przepaści i dopiero tam, całkowicie upokorzonego, nader szyderczo zatrzymywała o krok od katastrofy.

– Przecież on nie jest w kupie – Mette używa tego samego, duńskiego słowaen masse,z którego skorzystałem przed chwilą, chociaż polska „kopa” nawet w Danii różni się od brzydkiej „kupy”! – Nasz pacjent jest sam. Pojedynczy. To nie to samo, co dać się bezmyślnie zabić w masie (no, masz, znowuen masse),jak wy to co chwila robicie!

I dodaje:

– Wiem, o czym mówię. Studiowałam historię na uniwersytecie.

Ta informacja wiele wyjaśnia, chociaż nie do końca.

Mój Boże, czy w jej głowie jest jeszcze coś poza stereotypami na temat Polaków? – zastanawiam się przez chwilę. I dopiero po kilku sekundach mówię: – Będę przy nim, mogę go trzymać od czasu do czasu za rękę.

Rozsądnie rezygnuję z obrony mojego narodu (tak, wciąż mojego, choć wyrzucił mnie z naszego wspólnego kraju po 1968 roku i na zawsze odebrał polskie obywatelstwo), bo brakuje mi pieniędzy do pierwszego.

– Praca jest najważniejszym elementem ludzkiej tożsamości – dodaje Mette uroczyście. – Praca kształtuje wolę i charakter. A także gospodarkę narodową.

– W Polsce mówimy, że bez pracy nie ma tortu – odpowiadam, bo kto wie, jak należy przetłumaczyć „kołacz” na duński?

– Będziesz pracował na nocnym dyżurze. Przede wszystkim o zmroku. Od dwudziestej drugiej do szóstej. Każdemu umierającemu potrzebna jest świadomość, że ktoś jest przy nim. A raczej nam, urzędnikom jest to potrzebne, bo takie są przepisy. Czy wiesz, że przepisów należy bezwzględnie przestrzegać?

Kiwam głową z góry na dół, o, tak, wiem o tym z pierwszych lekcji języka duńskiego dla obcych. Chociaż, jak już wspomniałem, uczyła mnie duńskiego Hinduska Franey, bo władze mogły jej mniej płacić niż duńskim nauczycielom, szybko poznaliśmy nieodwracalną powagę duńskiego prawa. Musieliśmy przychodzić do szkoły codziennie o ósmej rano, w przeciwnym razie odbierano nam kieszonkowe.

– Nasz pacjent – ciągnie Mette – już nic nie mówi, nie wie, co robi, gdzie się znajduje i kiedy umrze. Znajduje się w stanie nieświadomości, rozumiesz? Ale chyba coś słyszy, niekiedy unosi powieki, zgina palce. Być może potrafi się nawet jakoś poskarżyć. Albo uczyni to jego rodzina, gdy go odszuka i odwiedzi. Aby tego uniknąć, ktoś musi przy nim czuwać.

– Będę czujnie czuwać – potakuję, choć nie dam głowy, że nie czynię tego z lekkim indyjskim akcentem z New Delhi.

– Nie znudzisz się? Nie zaśniesz? – Mette rzuca podchwytliwe pytania.

– Będę czytał gazety.

– Po cichu, dla siebie?

– Nie.

– Z nim(med ham)?

– Jemu(ham).

– Jak?

– Na głos.

– Po duńsku? – pyta, nadal niepewna swego.

– Potrafię także po polsku, angielsku, szwedzku, rosyjsku, białorusku… – zachwalam swoje kwalifikacje, chociaż wiem, że już po deserze i więcej forsy nie wywalczę.

Ale właśnie w tym miejscu twarz Mette ulega przemianie: marszczy jedną brew, potem drugą i rozpoczyna myślenie, głębokie, duńskie i nie do przerwania, którego jednak nie należy mieszać z poprzednią, pogardliwą, nasyconą wyższością znaną już nam ciszą.

– Czytanie? – mówi po jakimś czasie zamyślona Mette. – Po polsku? Polski jest trudny, prawda?

Potakuję, bo tak jest, niestety. Zbyt dobrze pamiętam, jak trudno było żegnać się z przyjaciółmi na Dworcu Gdańskim w 1970 roku, gdy wyjeżdżałem do Kopenhagi.

– Szorstki w użyciu, twardy, nieprzyjemny? – ciągnie Mette. – Często używany na wojnie i w chuligańskich bójkach? Nie potrafi wyrazić życzliwości ani sympatii dla ludzi, a umie tylko warczeć i szczekać, i poniżać? Wywołuje urazy i stres? Nierzadko nawet śmierć?

Odpowiadam, że czasami owszem, i to się zdarza. Na przykład nasz polski burek mówi: wrrr i hau-hau, a od tego aż ciarki przechodzą, podczas gdy przekarmionego psa duńskiego, jedzącego z najlepszych zachodnich puszek, stać jedynie na krótkie i wybitnie europejskie, wypełnione jałowym kompromisem wau, które nikogo nie przestraszy i wydaje się raczej zaproszeniem do dyskusji równych… Mette rozważa to przez chwilę. Znowu się zamyśla, teraz zaczyna od drugiej brwi, po chwili dołącza do niej pierwsza, obie tworzą teraz ostrą strzałę na czole Mette, aż głębia urzędniczej myśli z przedziwną siłą przebija kolorową podłogę piekielnego Urzędu Zatrudnienia, jak pocisk przebiega obok fundamentów kopenhaskiego pomnika Hansa Christiana Andersena, chwilę potem miesza się z narodowymi wodami gruntowymi, zanieczyszczonymi odchodami zwierząt i nawozami chemicznymi, których Duńczycy wciąż używają bez umiaru, i pędzi dalej – dociera do tunelu kolejowego łączącego Danię ze Szwecją, a stamtąd już blisko jest dno duńskiego morza, zatem pracowita urzędnicza myśl, jak sonda, używana przy badaniu treści żołądka, wytrwale wnika w trzewia kuli ziemskiej i wnet wyskakuje po drugiej stronie, wraz z dużą porcją ropy naftowej z nowo otwartych chińskich rurociągów. Ale szybko zachłystuje się i powraca, bo, jak wiadomo, Chińczycy chodzą do góry nogami, a od takiej pozycji Mette natychmiast rozbolała głowa. Przykłada błyskawicznie dłoń do skroni i milczy. Po chwili szeptemoznajmia mi swoją rozstrzygającą i obowiązującą decyzję:

– Owszem, czytanie może poskutkować. Tak, czytaj mu dużo i tylko po polsku.

– Ale skąd wezmę odpowiedni materiał w Danii? – pytam strapiony. – Przecież w Kopenhadze nie ma ani jednej polskiej księgarni.

– E, dasz sobie jakoś radę. Brak ci książek, to zacznij pisać dla niego, oczywiście po polsku… ale pisz realistycznie, nie jak w gazetach, naprawdę rzetelnie, o istotnych i trudnych problemach naszego życia… bez nieprawdziwego i zupełnie choremu niepotrzebnego happy endu.

Pogłaskany jej uznaniem, zupełnie niepotrzebnie wyrywam się z propozycją:

– No, to przeczytam mu moją biografię, całą spisaną po polsku. Z pewnością nie jest zbyt wesoła. Jestem przecież sam, samotny i ciężko mi żyć.

Ale właśnie to zdanie bardzo rozweseliło Mette.

– Jesteś sam? – dopytuje się. – Czasami masz depresję, odczuwasz brak chęci do działania?

– Tak – mówię cicho, szybko spuszczając z tonu.

– Dobrze, to koniecznie opowiedz mu swoje dzieje – rozstrzyga zadowolonym, dobitnym głosem. – Niczego przed nim nie ukrywaj. Opowiedz, jak cię boli życie. To powinno dać mu do myślenia i, co ważniejsze – do działania… zapamiętasz – musisz go skłonić do działania… w psychologii nazywamy to pozytywną motywacją.

Po czym chłodno, raz po raz (i jeszcze raz) przypomina mi, że gmina, którą w Danii nazywamy komuną, przeznacza na opiekę nad umierającymi bezpaństwowcami środki na maksimum trzydzieści dni. Zostanę więc zatrudniony jedynie na miesiąc. Powtarza i powtarza, abym dobrze zapamiętał, bo wcale nie wierzy w moją pamięć ani w moje zdolności:

– Musisz się w ciągu miesiąca wykazać rezultatami, nie przekraczając centralnie uchwalonego budżetu. Od tego zależy twoja dalsza kariera na tym stanowisku.

Obiecuję jej, że na pewno przyłożę się do nowej pracy, że postaram się jak najszybciej osiągnąć pozytywne rezultaty, i – choć jako odpowiedzialny pracownik nie chcę już teraz, podczas pierwszej rozmowy, składać obietnic – to kto wie, czy nie uporam się z tym zadaniem o wiele wcześniej, a na pewno przed upływem miesiąca…

Po czym dodaję, cytując jedną z dobrze sprawdzonych myśli Woody'ego Allena:

– Doskonale wiem, że śmierć jest najlepszym sposobem na radykalne obniżenie stałych wydatków.

– Dobrze – odpowiada – dobrze, że myślimy podobnie. Właśnie taka postawa charakteryzuje duńską lojalność pracowniczą.

Powoli podsuwa ku mnie po blacie stołu skierowanie do pracy w hospicjum, tak aby nie dotknąć moich palców. Biorę je, powoli wychodzę, zamykam za sobą drzwi, patrzę na poczekalnię w trzech kolorach, na czekających w milczeniu czarnych ludzi i wracam. Dobrze, nie zostanę już nigdy murarzem, nie będę rozlewać wina z dębowych beczek do wysokich kielichów i wiem, że nie potrafię już nic dać innym ludziom… ale – hospicjum? Czy istotnie jest ze mną aż tak źle? Czy to naprawdę koniec wszystkich dobrych marzeń i planów? Ponownie otwieram drzwi do pokoju Mette.

– Nie. Nie jestem przygotowany na śmierć – mówię do niej cicho. – Jeszcze nie.

Powoli podnosi oczy do góry, milczy chwilę i szepcze z całkowitą pogardą, zimno dając mi do wyboru:

– Życie (moje własne) lub śmierć (innego, nieznanego mi człowieka).

Jeżeli tam nie pójdę, nie da mi zapomogi i umrę z głodu na obczyźnie. W istocie, chodzi zatem o moją śmierć – albo jego. Teraz myślę więc nieco inaczej, dzięki znajomości psychologii kognitywnej, pozwalającej zauważyć dobre strony w każdej sytuacji, także beznadziejnej: przecież chory, jak każdy bliźni, na pewno umrze, a ja, no, jeszcze nie wiadomo, jak to ze mną będzie. Kto wie, może mi się uda? Może kiedyś, a nawet niebawem, wyjdę na swoje? Chyba jestem lepszy od niego, choćby dlatego, że on już leży, a ja ciągle chodzę po ziemi. Zatem nie warto drażnić losu. Niech raczej umrze ktoś inny. Wiem też, że dobry bezrobotny jest potulny. Staram się być potulny.

– Dobrze – mówię łagodnie i wychodzę.

Słowo w demokracji

Oto jak przebiegła typowa, urzędowa rozmowa obywateli europejskiego demokratycznego państwa na początku dwudziestego pierwszego wieku. Jeden z rozmówców przyjechał dawno i z daleka, a drugi myśli, że był tu od zawsze, skoro już pradziadek wąchał kwiaty w kopenhaskich parkach. Taka jest podstawowa różnica, a zarazem fundament demokratycznej rozmowy: przybysz jest nikim, tubylec jest władcą, bo przybył tu jakiś czas przed tobą. Zarówno Mette, jak i ja byliśmy oczywiście równi wobec prawa… Jak to się zatem stało, że jej słowa były silniejsze od moich? Czemu jej argumenty czerpały siłę z poczucia władzy, a nie ze zmysłu logiki? Dlaczego te same wyrażenia są watą w ustach poddanych, a kamieniem, gdy zostaną wyrzucone, jak z procy, z tchawicy zwierzchnika?

Stojąc wobec Mette – wielkiej władczyni cudzego życia – czułem się (i słusznie) jak pozbawiony wolności feudalny poddany. Bo tak jest naprawdę – jestem niewolnikiem, choć za innymi upokorzonymi udaję, że nigdy nie miałem pana (dzieje się tak, albowiem język demokratyczny w dzień i w nocy nasącza nam głowy zwodniczą ideą powszechnej równości. Powiedz, Hansie Christianie Andersenie, bardzo o to proszę, co robi dzisiaj ten chłopiec, który wNowych szatach cesarzawyśmiał monarchę i panującą ideologię? Czy jest już dorosły i stał się tchórzem jak inni?). Mette, moja demokratyczna pani, trzymała mój los w swoich rękach i bawiła się nim. Dobrze wiedziała, że demokrację zamieszkują panowie i niewolnicy.

Dlaczego muzyka potrafi być tak czysta, tak przekonywająco skłaniać nasze dusze ku sobie, mowa zaś jest zawsze związana z przemocą, z rywalizacją, z pragnieniem, aby bez wahania przekonać – czyli w istocie pokonać – bliźniego, aby go upokorzyć, związać zręcznym opisem jak grubą liną – o, popatrz, jaki jesteś słaby… jesteś nikim, cały w mocy mojej definicji! Dlaczego rozmawiając, pragniemy mieć „ostatnie słowo”, czemu tak bardzo chcemy, aby „moje było na wierzchu”? Stalin, Hitler i Mao pragnęli mieć ostatnie słowo – i mieli je, bo potrafili zabijać ludzi i słowa, zanim sami umarli. Ich mali naśladowcy, tyrani dnia codziennego, także polują na ostatnie słowo – bo kto je złapie, ten górą. Ostatnie słowo to stanowcze postawienie na swoim, wbrew innym. Czy mogłem mieć ostatnie słowo po duńsku?

O wiele bardziej wolałbym, byśmy – Mette i ja – zamiast rozmawiać, śpiewali arie, na przykład zCyrulika sewilskiego(ja oczywiście partię służącego, obdarzonego nazwiskiem Figaro, choć i tutaj bym przegrał, bo śpiewać po duńsku z moim słuchem, eeeeh). Dlaczego tyle fałszu i przemocy w języku… zresztą, nie tylko obcym? – pytam siebie, idąc do knajpy Harry'ego. Może dzisiaj uda mi się znaleźć odpowiedź. Przecież tę knajpę odwiedza tylu pisarzy i czytelników zaprzątniętych podobnymi pytaniami.

Ale w środku jest pusto. Widocznie rozwiązanie znajduje się w innym miejscu. W knajpie długo czekam na kieliszek snapsu i befsztyk, mój ulubiony zestaw obiadowy. Dzisiaj siedzę dłużej niż zwykle. Oto moje myśli, popędzane głodem zniecierpliwionego, które szepczę do siebie:

– Interesuje cię od dawna retoryka i sofistyka i przeczytałeś na ten temat wiele książek. Wiesz niemało o różnych chwytach retorycznych, od greckich erystów poczynając. Dlaczego, pomimo swojej wiedzy, nie wygrałeś pojedynku z Mette? Czemu już od początku rozmowy czułeś się od niej gorszy? Oczywiście, przyszedłeś, aby poprosić o pracę – i w naszej demokratycznej, rzekomo zrównującej wszystkich kulturze już przy wejściu byłeś przegrany… bo przegrywa ten, kto pyta. I ten jest gorszy, kto nie ma pracy, chociaż w innych epokach, od Grecji klasycznej poczynając, właśnie pracujący był kimś gorszym, niewolnikiem, nieco później także plebejuszem lub chłopem. Ale w dwudziestym wieku niewolnicza mentalność zwyciężyła i rozlała się szeroko po Europie pod nazwą demokracji kapitalistycznej. Podporządkowała sobie wszystkich. Dzisiaj niepracujący jest kimś gorszym, a nawet półczłowiekiem. Współczesna prośba o pracę od razu zdradza, że czegoś potrzebujesz, że nie masz wszystkiego, co jednostce jest potrzebne do szczęścia, a przynajmniej nie masz tego, co – według państwowych ustaw – powinieneś mieć. Jesteś zatem człowiekiem-z-brakiem, po prostu – żebrakiem, a takiemu zawsze można odmówić, nawet przejść obok niego bez słowa. Dlaczego dzisiaj dla zwykłej jednostki zadanie komuś pytania, podejście do innego jest tak ryzykowne, a nawet bolesne? I czemu tak wielu z nas wykorzystuje to, aby zranić podchodzącego? Wreszcie - dlaczego bardziej nas rani odmowa innego człowieka od myśli o nieobecności Boga?

Oczywiście – dumam już nieco spokojniej, trzymam bowiem kieliszek w prawej dłoni i widelec wycelowany w kawałek dobrze wysmażonego mięsa w lewej - rozmawiając z Mette, odsuwałem daleko na bok myśl o naszej dumie narodowej, o tej tradycji, która w każdej sytuacji z niezwykłą siłą prostuje każdego Polaka i pozwala mu powiedzieć, że przy nim cały świat jest głupi, i nawet więcej – że ten świat świadomie nie docenia naszego geniuszu, bo uwziął się na nas, a nieraz oszukał i sprzedał Rosji (nawet nie ważąc nas ani przez chwilę na szali dziejowej sprawiedliwości), nam zaś pozostała horrendalna figa z makiem na Monte Cassino… Dlaczego nie pokazałem Mette mojej dumy, naturalnej, ujawniającej wyższość Polaka nad innymi ludźmi? O, ta polska duma, tak przydatna, gdy trzeba z kimś zerwać, kogoś kopnąć i nazwać Żydem, komuś sprawić ból, a tak nieporęczna w momencie współpracy, gdy trzeba się uśmiechnąć, okazać słabość, ustąpić! Przesłania ona Polakowi drugiego człowieka, czyni z innych jedynie tło naszego dramatu – tragedii ludzi najbardziej przez historię skrzywdzonych, wołających co chwila: och! i ach!… Ta polska duma, tak dobra dla bogatego szlachcica, poganiającego lokajów i dworskie dziewki, duma, która najlepiej mieści się w okrzyku, rozkazie, przekleństwie, w wykrzykniku… Ale już nie dla mnie jest wykrzyknik, w dodatku polski. Nie mieści się on w ustach człowieka przegranego, który – skoro nie może nic innego – potrafi co najwyżej zrozumieć swój los. Nasza narodowa duma, płynąca ze złej tradycji romantyzmu i złego rozpoznania człowieka, nie nadawała się dla mnie, wyrzuconego na zimny duński brzeg.

To, co by mi się dzisiaj przydało, nie istnieje jeszcze w polskiej prozie, gdzie wciąż słychać echo młodzieńczej krzepy, hałas miedzianych trąb, gdzie tak wiele muskularnych zwrotów i udawania, że jesteśmy, niewątpliwie, normalni, właśnie tak jak Francuzi, Niemcy, a nawet Amerykanie, którzy nareszcie wzięli nas do zwycięskiej koalicji. Przecież mamy prezydenta w pałacu, gejów i lesbijki w Warszawie, wojska w Iraku, a wolną prasę w kiosku. Ale mnie, skazanemu na wygnaniu na nicość, bardzo przydałaby się polska proza, opisująca Polaków jako społeczeństwo postkolonialne, od setek lat żyjące z narzuconym, obcym ustrojem, wciąż trawione chroniczną podejrzliwością wobec obcych, w których od razu widzimy oszustów, szpiegów lub – co na to samo wychodzi – Żydów… to społeczeństwo całkowicie odcięte od otwartego, spontanicznego myślenia i działania. Zdecydowanie niechętne do współpracy z innymi. Przydałaby mi się literatura tłumacząca naszą apatię, brak inicjatywy i innowacjivis-a-visdynamiki Zachodu, Chin, Indii, Japonii… Zatem, jako brat mniejszy, a może nawet całkiem mały, szukam w polskiej literaturze otwartej i wyciągniętej ku mnie, na pomoc, dłoni… ale nie mogę znaleźć nawet małego palca. Bo nasza literatura, czyli polska mentalność, nawet nie wyobraża sobie, że możemy nie być wielkim krajem europejskim, bo, panie tego, właśnie okazało się, że Francuzi i Anglicy czerpią od nas pełnymi garściami i – aby to nie wyszło na jaw – na złość nie chcą przetłumaczyć Mickiewicza tak, aby wszyscy się nim zachwycili. A przecież, twierdzą nasi literaturoznawcy, ile zmian na lepsze, i to na całym świecie, spowoduje dobrze przełożonyPan Tadeusz!

No, wiecie co… Po cóż nam ta megalomania? Przecież w Kopenhadze nie zbliży mnie do Duńczyka, ani do nikogo innego. Wygnańcom nie są dzisiaj potrzebne dzieła ociekające samolubną ideologią i przeświadczeniem o własnej nieomylności. Nie szukamy już w książkach prawdy narodowej lub regionalnej, ale – skoro coraz mniej należymy do swojego narodu (a niektórzy nawet, jak ja, do żadnego – lub do kilku naraz) – prawdy ogólnoziemskiej, bo właśnie cała ziemia jest dzisiaj naszą ojczyzną…

Szukam w Polsce literatury ubogiej, szczerej – i nie znajduję nic… jedynie fałszywe złoto. W istocie, Polacy są narodem, który przypomina raczej zacofane społeczności Afryki i biedne kraje Azji i który chyba nigdy nie dogoni Zachodu. Wypowiedzieć nas może – autentycznie, bez robienia groźnych min, bez nakładania zbyt jaskrawych szminek, bez przesadnego prostowania kręgosłupa – właśnie opis postkolonialny, dotąd rozbudowany jedynie wśród czarnych pisarzy amerykańskich i wśród feministek – opis, dający głos obcym, wszyscy bowiem jesteśmy świeżymi obywatelami we współczesnym świecie, tak jak owi czarni i żółci przybysze w Europie, co zupełnie nie umieją pisać i mówić w lokalnym języku. Literatura postkolonialna wychodzi od faktu nierówności, od gorszości piszącego wobec kultury dominującej – i to jest prawdą także dla Polaków, nagle postawionych wobec przewagi Ameryki, Francji, Anglii, Niemiec, a nawet Włoch. Czy nie jest oznaką istnienia nieuświadomionego, kulturalnego kolonializmu pragnienie chyba każdego polskiego pisarza, aby zostać przetłumaczonym na angielski? Kto podejmie walkę z dominacją kultury anglosaskiej, która bynajmniej nie jest uniwersalna, ale ma swój konkretny, imperialny interes i obcina, i odrzuca z kultur lokalnych to, co jej nie odpowiada? Czy nie jest to wspaniałe zadanie dla wschodnioeuropejskiego intelektualisty? A w dodatku… może wreszcie powinniśmy zacząć mówić o tym, że i my mieliśmy ogniem i mieczem zdobyte kolonie? Nie gdzieś daleko, w Afryce czy na egzotycznych Wyspach Dziewiczych, ale tuż za miedzą – na Ukrainie, Litwie i Białorusi?

Gombrowicz jest ojcem polskiej powieści postkolonialnej (przypatrzcie się jego pojmowaniu naszej niedojrzałości i gorszości), ale zmarł bezdzietnie. My zaś, żywi Polacy, wolimy raczej stawać na palcach i podskakiwać, aby uchodzić za wyższych niż jesteśmy, pragniemy udawać ludzi w pełni dojrzałych, najchętniej przypominających tych z Zachodu, niż szukać prawdy o sobie. Ale – a jest to jej stała, dziwna cecha – nieodnaleziona prawda boli. Upokarza, każe zgiąć kark przed Mette, wyjść cicho i potulnie. Wobec tubylca trzymać gębę szczelnie zamkniętą. Zrezygnować z dobrze leżącego w ustach wykrzyknika. Z narodowej dumy.

Zresztą – myślę, już w domu, zamykając za sobą drzwi – może nie wszystko stracone, może właśnie ta sytuacja przyniesie mi wybawienie?

Postanawiam więc, że będę zapisywał wszystko, co wydarzy się w pracy. Kto wie, może w ten sposób odkryję sens mojego życia i znajdę siłę, aby na zawsze porzucić myśli o samobójstwie?

Ale natychmiast nadbiega myśl, która wszystko burzy. Przecież pisać mogą tylko ci, którzy wiedzą, kim są. Czy ja, dziecko dwóch narodów, mieszkający w samym środku trzeciego, a w dodatku skłócony wewnętrznie, mogę stworzyć coś trwałego?

Czy samobójstwo nie jest jedynym, bo logicznym rozwiązaniem tego śmiertelnego węzła?

Asystent śmierci w stołecznym hospicjum

Nie mogę się spóźnić do pracy. Muszę przyjść punktualnie. Czas jest bowiem moim wrogiem, nie wiem nawet, jak i kiedy przeszedł na stronę władzy, szefa i kasjera wypłacającego pobory. Bije na ich rozkaz i lepiej nie nadstawiać karku pod jego uderzenia.

Hospicjum leży na północnym końcu miasta, jadę tam kolejką, zwaną w KopenhadzeStog,co Polacy wymawiają jakescoł.Jest wpół do dziesiątej. Wiem z planu miasta, który trzymam w ręku, że od stacji powinienem iść około pół godziny do bezładnie rozrzuconych betonowych budynków, położonych wśród wysokich, konających o tej porze (mamy bowiem pełną wichur i śnieżnych zamieci zimę) szarych drzew. Domy są połączone ze sobą ledwie odśnieżonymi, czarnymi nitkami asfaltu. Wchodzę do pierwszego budynku, na kamiennych schodach nie ma nikogo. Idę do drugiego i trzeciego, a wszędzie cisza i mrok. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia i, być może, zgodnie z życzeniem oszczędnych władz, wszystkie ludzkie zadania hospicjum zostały wykonane przed terminem. Szukam, wołam, pytam, ale nikt mi nie odpowiada. Wreszcie znajduję rozjaśniony światłem budynek, gdzie jest nieco ruchu, są w nim ludzie, a gdzieś między nimi zaspana? rozleniwiona? – czy może tylko nieco zmęczona? – Śmierć. Ale nigdzie Jej nie widzę. Odłożyła na chwilę kosę, myślę, zapewne niedorzecznie, choć z jakże ludzką nadzieją. A może Ona także jest na bezrobociu?

Aby Jej niechcący nie zaczepić (nie powinienem się łudzić, że wyszła choćby na chwilę), trzymam z szacunkiem ręce z tyłu. Cicho pytam niską, zgiętą postać w mniszej sukni o drogę. Potem idę we wskazanym kierunku na parter, gdzie na końcu szarego, pachnącego środkami dezynfekcyjnymi korytarza znajduję napis na plastykowych drzwiach, tuż pod metalowym krzyżem z mocno przybitym Jezusem. Napis głosi:

INSPEKT0R, czyli kierownik, który szybko okazuje się kierowniczką w nieokreślonym wieku, w długiej, szarej sukni, z czepcem na głowie i z krzyżem zawieszonym na szyi. Uśmiecha się bez przerwy i do Jezusa, i do mnie, i do całego świata, i po prostu przed siebie. Kierowniczka uśmiecha się inaczej niż Mette. Arogancki śmiech urzędniczki był wyrazem wyższości, zaś uśmiech kierowniczki hospicjum z pewnością jest gestem delikatnej obrony przed chłodną rzeczywistością, gdzie śmierć od dawna ma ostatnie słowo. W jasnym gabinecie – odmiennie niż na odrapanym korytarzu, gdzie stoją połamane foteliki – dobrze się czują drogie meble i bardzo kosztowny telewizor, wyprodukowany przez słynną duńską firmę B&O. Idąc za moim wzrokiem, kierowniczka czule spogląda na swoją własność i jeszcze bardziej się śmieje. Mówię, kim jestem, i podaję skierowanie.

– O, zatem ten nasz kochany, samotny umierający wreszcie otrzyma opiekuna – mówi z uśmiechem i dodaje: – Cieszę się, że Polak dostanie Polaka. To dobrze, prawda?

– Każdy z nas dostanie za swoje – odpowiadam sentencjonalnie, jakby śmierć wcale nie była mi obca.

Ale chyba zdradza mnie moja twarz. Mimo że od pewnego czasu często myślę o śmierci, w istocie wciąż boję się kontaktu z tym, co ostateczne, i chyba nie mam zbyt radosnej miny. Kierowniczka tłumaczy to sobie po swojemu i kładzie mi rękę na ramieniu:

– Odwagi… pamiętaj, że nie ma ludzi zbędnych. Każdy, kogo Bóg sprowadza na ziemię, jest potrzebny i na swój sposób pożyteczny. A także każdy, kogo Bóg sprowadza do nas. To tylko współczesne państwo niepotrzebnie dzieli ludzi na produkujących lub nie.

Na białych, żółtych i czarnych. My odrzucamy podziały na ważnych i nieważnych, na jednostki użyteczne i ludzi niepotrzebnych. U nas bowiem wszyscy są równi – przed śmiercią. Skoro znalazłeś się wśród nas, będziesz mógł tutaj swobodnie wykorzystać swoje uzdolnienia i ambicje…

Istotnie – myślę – być może właśnie w hospicjum znajdę pole do kreatywnego działania? Przecież wcale nie wiem, co mnie czeka. Mówię cicho do kierowniczki:

– Odpowiada mi tutejsze wielokulturowe środowisko. Bez dyskryminacji, bez nadawania przewagi jednemu narodowi lub językowi, albo jednej ideologii.

– To prawda – mówi kierowniczka – wkrótce zobaczysz, że nasz produkt ma jednolity, międzynarodowy charakter. Nie dyskryminujemy nikogo.

– Chodzi bowiem o to – dodaję myśl, którą już dawno polubiłem – abyśmy wreszcie odeszli od małych prawd, ograniczonych jedynie do jednego narodu lub regionu. Najwyższy czas, abyśmy stali się wreszcie globalistami, postępowali według tej samej reguły moralnej, niezależnie od tego, czy jesteśmy w Europie, czy w Afryce lub w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

– Amen – dopowiada kierowniczka i łączy mocno dłonie – śmierć jest taką właśnie prawdą.

Milczę.

– Chociaż Bóg nie czyni żadnego rozróżnienia między narodami, to ludzie są odmiennego zdania – dobitnie konstatuje kierowniczka z uśmiechem, zręcznie wracając na teren hospicjum i przypominając mi o konkretnym zadaniu. – Ze swojakiem będzie ci raźniej.

– Z pewnością. Ciągnie swój do swego – teraz ujawniam odważnie po duńsku moje najlepsze kwalifikacje, mianowicie obcość.

– Oj, ciągnie swój do swego – powoli powtarza z delikatnym uśmiechem.

– Z jakiej części Polski pochodzi Umierający? – pytam z naciskiem, bo mam nadzieję, że jest z Warszawy i od razu znajdziemy wspólny temat rozmowy. – Jak się nazywa?

– No – kierowniczka mówi teraz jeszcze wolniej, z wahaniem – jeżeli chodzi o nazwisko, to na końcu jest, rzecz jasna, owo niezbędne „ski”… o, gdzieś tutaj jest jego karta… a raczej gdzieś tam… w moim biurku. Zresztą przywieziono go ze szpitala razem z dwoma innymi pacjentami i kierowcy karetki położyli ich dokumenty razem na stole. Ale innych udało się zidentyfikować, i na końcu pozostał tylko on na noszach i polski paszport na stole… więc musi być Polakiem. Nie ma innej możliwości.

Milczę. Chyba wciąż czuję się trochę Polakiem, bo mimo wszystko nie lubię, kiedy polskość jest utożsamiana z jakąś resztą, z tym, co pozostaje po innych. Kierowniczka podchodzi do mnie. Uśmiecha się jeszcze bardziej. Długim palcem po raz drugi dotyka mojego ramienia:

– Uważaj na niego. Czasami jest przytomny i nawet wyraźnie wskazuje na umywalkę i kran, co oznacza, że jest spragniony. A potem znowu zapada w głęboki sen. Niekiedy jęczy we śnie, odwraca głowę. Ale jego mózg działa normalnie. To stwierdzono w szpitalu, gdzie został dokładnie przebadany. A więc trzeba wciąż do niego mówić, bo to może go skłonić do przebudzenia. Opowiadaj mu jak najwięcej. Ot, mów choćby o sobie.