Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 332 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Asystent czarodziejki - Aleksandra Janusz

Przez ostatnie ćwierć wieku Vincent Thorpe służył jako pomocnik magiczny czarodziejce Margueritte de Breville, znanej w Arborii jako Szalona Meg. Razem zgłębiali tajemnice Wojny Rozdarcia – konfliktu, który siedemset lat wcześniej niemal zniszczył świat. Po latach niebezpiecznej pracy Vincent wyczekuje zakończenia kontraktu i marzy o spokojnym życiu w domku na przedmieściach u boku ukochanej Amandine.

Gdy kolejna, pozornie zwykła misja dla Gildii Magów przybiera nieoczekiwany obrót, Vincent przekonuje się, że musi zrewidować plany na przyszłość, a jego los jest nieodłącznie spleciony z historią Arborii.

Tom drugi w przygotowaniu!

Aleksandra Janusz – doktor neurobiologii, obecnie pracuje w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Debiutowała w „Science Fiction” 4/2001 opowiadaniem „Z akt miasta Farewell”, jest autorką powieści „Dom wschodzącego słońca” wydanej nakładem wydawnictwa Runa. Publikowała opowiadania i artykuły publicystyczne w internetowym magazynie Fahrenheit, w magazynie mangi i anime „Kawaii” i w innych czasopismach. Uzależniona od książek, czyta wszystko; nie jest gatunkistką. Zawodowo zajmuje się molekularnymi mechanizmami rozwoju neuronów, pamięci i uczenia się.

Opinie o ebooku Asystent czarodziejki - Aleksandra Janusz

Fragment ebooka Asystent czarodziejki - Aleksandra Janusz

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebookuwww.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Poznaj naszą ofertę - FANTASTYKA I HORRORhttp://www.nk.com.pl/fantastyka-i-horror/3/kategoria.html

***

Następnego ranka po tym, jak uratowaliśmy świat od zagłady, rześki blask słońca opromieniał miasteczko. Ptaszki ćwierkały, liście szumiały, a strumyk na wzgórzu ciurkał, jakby nie miał nic innego do roboty. Kłębki puchu z topoli zaśmiecały powietrze, wywołując okresową plagę kataru siennego. Krótko mówiąc, rozkwitała wiosna.

Chciałbym móc należycie ją docenić.

Moja głowa ważyła jednak jakieś tysiąc funtów. Miałem doszczętnie przepalone kanały energetyczne, zupełnie jakbym poprzedniego dnia wypełnił je po brzegi kwasem azotowym – co zresztą niewiele odbiegało od prawdy. Myśl o jedzeniu przyprawiała mnie o odruch wymiotny, a równocześnie dręczyło mnie pragnienie godne smoka. Żałowałem, że nie zginąłem na Przełęczy Trzech Koron, razem z Czarną Meg, w pełni odpowiedzialną za mój obecny żałosny stan.

Gdybym zginął, przynajmniej nie musiałbym wysłuchiwać pretensji mojej narzeczonej.

– Niewiarygodne. Ona jest całkowicie niepoważna! Mogę się założyć, że jak zwykle tego nie zgłosisz. Na Pustkę, przecież to kryminał!

Przypatrywałem się Amandine z pewną dozą stoicyzmu. Krążyła wokół stołu, nastroszona jak wściekła wiewiórka. Nie znalazłem dobrej odpowiedzi. Nie bardzo mogłem się zdobyć na cokolwiek, oprócz bezmyślnego gapienia się na rude loki i kształtną pupę wybranki mego serca, niekoniecznie w tej kolejności. Nie miałem nawet ochoty wstać z krzesła. Bolały mnie mięśnie, a poza tym najchętniej przespałbym cały dzień. O ile dałbym radę zasnąć. Zresztą na pewno potrzebowano mnie w pracy.

– Ciszej, kochanie. Proszę, ciszej.

– Powinieneś złożyć oficjalną skargę w Związku. Wiesz, że powinieneś. Nie po raz pierwszy Meg poleciła ci przekroczyć twoje kompetencje zawodowe.

– Przecież wygraliśmy – sprzeciwiłem się słabo. Gremliny tańczyły mi pod czaszką. Zastanawiałem się, czy nie straciłem na dobre zdolności do przetwarzania magii. – Uratowaliśmy połowę Marchii Granicznej, może nawet cały kontynent.

– Kazała ci przetworzyć całego cholernego duszosmoka!

– Oj, nie całego! – jęknąłem. – Może z osiemdziesiąt procent. Wspierały mnie trzy czarodziejki i stabilny rytuał. Lepszego pomysłu i tak nie mieliśmy.

– Mogłeś chociaż odmówić! Czy wyprały ci mózg do tego stopnia, że w ogóle nie zdawałeś sobie sprawy z ryzyka?

– Plan Meg był dobry. Spójny i racjonalny. Obliczenia się zgadzały. Nie miałem powodu się sprzeciwiać…

– Czy ty w ogóle nie widzisz – wybuchła Amandine – że ona cię traktuje jak swoją własność?! Ulubione zwierzątko albo chowańca? Dlaczego nigdy nie kupiła sobie smoka miniaturki czy domowego żywiołaka jak każdy inny czarodziej na jej miejscu? Bo ty jesteś znacznie bardziej użyteczny! Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak cię to upokarza, jak to upokarza nas obydwoje? Nie jesteś czarodziejem. Nikt nie powinien zlecać asystentom zadań podobnego kalibru. Pewnego dnia Meg poprosi cię o coś, co przekroczy twoje możliwości. I w końcu cię zabije.

Nie dała mi szansy na odpowiedź. Wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Poczucie winy opornie przebijało się przez magicznego kaca.

– Cóż – westchnąłem bezsilnie – Amandine zawsze lubi dramatyzować.

Wstałem z krzesła i rozejrzałem się za świeżą koszulą. Byłem już spóźniony do pracy i raczej miałem pewność, że tego dnia nie dam rady dopełnić moich zwykłych obowiązków. Potrzebowałem wolnego dnia. A także solidnego kufla piwa.

* * *

Przybyliśmy do Ombre kilka dni wcześniej, w odpowiedzi na pilne wezwanie Straży Granicznej, które zresztą nie zaskoczyło nas w najmniejszym stopniu. Góry Zwietrzałe były niestabilne od czasów Rozdarcia, kiedy to Magowie Pustki dosłownie rozszarpali świat na kawałki. Nowe rozpadliny pojawiały się w okolicy z pewną regularnością. Straż Graniczna znakomicie dawała sobie radę ze zwalczaniem pustkostworów i badaniem miejscowych na obecność Piętna. Zawsze jednak istniało ryzyko, że natkną się na coś większego, i właśnie tak się stało.

Duszosmoki były legendarną bronią Magów Pustki. Tworzono je, ma się rozumieć, z duszy smoka. Ta technologia, jak zresztą wiele innych, przepadła po Rozdarciu. I bardzo dobrze, bo moim zdaniem nikomu nie potrzeba monstrualnych magicznych konstruktów, zbudowanych przy użyciu tysięcy jednostek mocy, na wyłącznych usługach czarodziejów. Nawet jeżeli są nasi.

W przeciwieństwie do zwykłych potworów smok nie wylazł z Pustki. Pewnego pięknego wiosennego dnia przebudził się z wielowiekowego snu w górach, za sprawą rozpadliny, która raczyła się otworzyć niemal pod jego zadkiem. Nietrudno zgadnąć, że nie poprawiło mu to humoru.

Dalej sprawa potoczyła się łatwym do przewidzenia torem. Miejscowi wysłali prośbę o pomoc do Gildii Magów. Gildia wyznaczyła Czarną Meg. Albo, jak podejrzewałem, Meg sterroryzowała wierchuszkę Gildii, aby to ją wyznaczono do pomocy. Szefowa chętnie podejmowała się najbardziej niebezpiecznych zadań, szczególnie jeżeli wiązały się z Wojną Rozdarcia oraz Magami Pustki. Tak czy inaczej, od razu weszła w rolę szalonego naukowca. Jej bagaż podręczny zawierał ze dwadzieścia funtów woluminów po saksońsku, bretońsku, teutońsku, a nawet madziarsku, a mam na myśli tylko te książki, które zamierzała przeczytać w trakcie podróży. Resztę zapakowała do walizki z domem.

Znaleźliśmy się w miasteczku późnym popołudniem. Burmistrz, Randall Hardy, poprowadził nas prosto na pole kempingowe. Chcąc zachować prywatność, wynająłem razem z Amandine pokój w Srebrnej Gęsi, ale Czarna Meg posiadała własne lokum. A zajmowanie się nim należało do moich obowiązków.

Wyjąłem walizkę z dyliżansu. Nie ważyła szczególnie dużo, a przynajmniej niewiele więcej niż zwykła aktówka. Pokryta z wierzchu cienkimi listwami mahoniu i ze srebrnymi okuciami już na pierwszy rzut oka wyglądała jak luksusowy, wykonany na zamówienie magiczny przedmiot. Położyłem ją pośrodku placyku.

Moja pracodawczyni została na chodniku. Nawet z daleka zwracała na siebie uwagę. Była wysoka i upiornie blada, a nad jej głową unosiła się niedorzecznie wielka masa lśniących loczków barwy antracytu, spiętrzonych kwintyliardem grzebyków i spinek w chybionej próbie ujarzmienia ich w kok. Meg miała spojrzenie ostre jak żyletki i cienkie usta, które chętnie wykrzywiała w sarkastycznym uśmieszku. Tego dnia włożyła suknię w kolorze ciemnej zieleni, zapiętą aż pod szyję i niemodną mniej więcej od pół wieku. Szefowej nie obchodziły tak banalne zagadnienia jak moda. Nosiła ubrania, dopóki się nie zdarły, a ponieważ konserwowała je w magiczny sposób, jej garderoba przypominała dobrze utrzymany antykwariat.

Na ramieniu Meg siedziała chuda czarna kotka imieniem Śliwka. Nie dało się nie zauważyć jej podobieństwa do pani.

– Dawaj, Vince.

Czyniąc honory domu, wydałem dwa kwanty magii.

– Domku, otwórz się! – rozkazałem.

I tyle. Żadnych niezrozumiałych fraz po bretońsku. Żadnej poezji. Żadnych zbędnych imponująco brzmiących komend. Hasło brzmi: „Domku, otwórz się”. Bardzo charakterystyczne, jeżeli chodzi o Meg.

Cofnąłem się kilka kroków. Składany dom zaczął lśnić i cicho brzęczeć. Chociaż widziałem to już z tysiąc razy, wciąż nie potrafiłem oderwać wzroku od tego, co się działo.

Waliza puchła, równocześnie zmieniając kształt. Ściany rozwijały się niczym płatki kwiatu. We wszystkich możliwych miejscach pączkowały wieżyczki – Meg lubiła wieżyczki. Dachówki rosły jak rybie łuski, najpierw cienkie i przezroczyste, potem twarde i ciemne, ceglastej barwy. Emanujące bladym światłem szkło spłynęło z framug okien i uformowało szyby. Wreszcie trawnik rozpostarł się na podobieństwo dywanu, a kształty, które na pierwszy rzut oka przypominały młode, zwinięte liście paproci, przeistoczyły się w niedużą jabłoń i dwie latarnie. Pośrodku trawnika wyskoczyły kamyki tworzące ścieżkę aż pod same schodki. Bling! Gotowe.

Staliśmy przed niedużym, lecz całkiem luksusowym drewnianym domkiem, ozdobionym stanowczo zbyt dużą liczbą wieżyczek. Wyglądał jak coś pomiędzy letnią rezydencją szlachcianki a chatką wiedźmy, czyli całkiem tak jak trzeba.

Otworzyłem drzwi. Śliwka wbiegła do środka z radosnym miauknięciem. Za nią, nie spiesząc się szczególnie, podążyła Meg.

Z ciężkim westchnieniem opadłem na kanapę w salonie. Miałem za sobą długi i ciężki dzień, a w perspektywie co najmniej tydzień wytężonej pracy. Nie byłem czarodziejem ani nawet półaktywnym Źródłem, moje ciało męczyło się znacznie szybciej. W dodatku zaczynałem się starzeć – niewiele brakowało mi do czterdziestki – i w związku z tym potrzebowałem codziennych ćwiczeń, żeby dotrzymywać kroku mojej pracodawczyni.

Nazywam się Vincent Thorpe i od dwudziestu czterech lat pełnię rolę asystenta Margueritte de Breville de Branche d’Ambre, szlachcianki, czarodziejki i jednego z najtęższych umysłów w całej Gildii Magów na Arborii.

* * *

Każdego ranka zajmowałem się domem. Oczywiście nie w takim znaczeniu, jakie w pierwszej chwili przychodzi na myśl. Mała willa sprzątała się sama, pod warunkiem że zapewniono jej dość energii. Zainstalowano w niej także automagiczną pralko-suszarkę i zmywarkę, która teleportowała naczynia bezpośrednio do szafki. Wbrew temu, co myślicie, takie wyposażenie należy do rzadkości nawet w szlacheckich rezydencjach. Ze względu na zużycie mocy jest po prostu zbyt kosztowne na większą skalę, ale dla domku kempingowego nadaje się świetnie.

Zacząłem pracę o ósmej. Margueritte jeszcze spała. Podejrzewałem, że siedziała w pracowni do trzeciej czy czwartej nad ranem, jak przez ostatnich kilka dni, i że nie obudzi się przed dziesiątą. Miałem aż zbyt wiele czasu, aby dopełnić codziennych obowiązków, zanim Meg zarzuci mnie papierami i rozpocznie się moja właściwa praca. Jak już wspominałem, jestem asystentem, a nie pokojówką.

Najpierw zająłem się kuchnią. W jednej ze ścian, za oszklonymi drzwiczkami, znajdowała się wnęka wyposażona w solidny granitowy blat.

Wydałem kwant energii, żeby uruchomić runy. Rozjaśniły się przyjemnym błękitnym blaskiem i na blacie pojawiła się nowa dostawa: kilka jabłek, warzywa na zupę, pomidory, bochenek świeżego chleba oraz kura zawinięta w gruby papier. Podczas wyjazdów z własnej inicjatywy zajmuję się również gotowaniem. Gdyby zostawić Meg samą sobie, żywiłaby się wyłącznie kanapkami ze smalcem z dodatkiem kiszonych ogórków.

Chociaż posługuję się pomniejszą magią, nie jestem aktywnym Źródłem. Nie gromadzę dziesiątek czy nawet setek jednostek jak Czarna Meg i każdy inny czarodziej. Nie potrafię kształtować energii w zaklęcia, poza najprostszym – Kulą Światła – co i tak wymaga ode mnie olbrzymiego wysiłku. Znam się na codziennych urokach i to tyle. Jedyną rzeczą, jaką robię dobrze, jest przetwarzanie mocy. Mam wysoką pojemność kanałów energetycznych, co zwykle się nie zdarza u osób mojego pokroju.

Ale o tym kiedy indziej.

Mój własny zasób mocy jest stosunkowo ograniczony i wynosi – jeżeli mam dobry dzień – mniej więcej dwadzieścia pięć kwantów magii, czyli trochę ponad pełną jednostkę. Jakieś dwieście czy trzysta razy mniej niż zasób Meg.

Krążyłem po domu, wydając kwanty na hydraulikę, bojler i, ku wyraźnemu niezadowoleniu Śliwki, runy antymysie. Naładowałem także kilka mniej oczywistych lokalizacji, na przykład schody i ściany, które bez regularnego zasilania zwinęłyby się z powrotem.

Wreszcie skończyłem pracę wewnątrz i przeszedłem do ogrodu.

Składane domy mają pewną ciekawą właściwość. Kiedy się zwijają, wegetacja okalających je roślin zamiera. Nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie wchodzą w hibernację, mimo że kiedyś przez całe trzy miesiące usiłowałem to rozszyfrować. Najwidoczniej firma Arte Benare nie bez powodu odnosi sukcesy na rynku – wiedzą, jak utrzymać w tajemnicy swoją technologię.

W każdym razie uprawa warzyw i owoców nie miała większego sensu. Jabłoń, którą dołączano do zestawu, od kilkunastu miesięcy była obsypana miniaturowymi zielonymi jabłuszkami i kompletnie nie zsynchronizowała się z rocznym cyklem wegetacyjnym. Co innego, jeżeli chodzi o zioła. Pozostawały wiecznie świeże, a przy umiejętnym zastosowaniu uroków wspomagających wzrost zawsze mieliśmy ich pod dostatkiem.

Pochylałem się właśnie nad zieleniną, kiedy na ścieżce pojawił się burmistrz Randall Hardy. Zmierzał ku mnie szybkim krokiem, zdyszany, czerwony i zaaferowany; mięsień piwny przelewał mu się nad paskiem. Napotkawszy moje spojrzenie, posłał mi zmęczony uśmiech, który sprawił, że jego oczy utonęły w zmarszczkach.

Tutaj skorzystam z okazji i ostrzegę was przed politykami, którzy wyglądają tak poczciwie, że bez wahania powierzylibyście im opiekę nad własnymi dziećmi. Nie dajcie się na to nabrać. Gdyby mogli, wyhodowaliby sobie sierść i zaczęli mruczeć, a wtedy bylibyśmy zgubieni.

Przechylił się przez płot i zerknął na moje dłonie – szorstkie, spracowane, pokryte drobnymi bliznami, a teraz dodatkowo żółte od soku. Obok, na trawie, stał koszyk pełen pączków archicelli. Uśmiechnąłem się szeroko i wytarłem ręce w spodnie.

– Witam, panie Thorpe! – zawołał burmistrz. – I co tam porabiamy?

– Zbieramy pączki archicelli, jak widać – odparłem i wskazałem kobiałkę. Randall Hardy pokiwał głową, udając zainteresowanie tematem, więc kontynuowałem: – Pożółkły przez noc, co znaczy, że ich aktywny składnik osiągnął szczytowe stężenie. Trzeba je zerwać, zanim się otworzą, inaczej staną się bezużyteczne.

Ściągnął usta, jakby nad czymś się zastanawiał.

– Widzę, że zna się pan na robocie. Moja matka była zielarką. Nie pracuje, odkąd pamięć zaczęła ją zawodzić.

– Przykro mi.

Wzruszył ramionami.

– Taka jest kolej rzeczy. – Popatrzył w stronę domu. – Kiedy wyruszacie? Minęły już cztery dni, ludzie zaczynają się niepokoić.

Westchnąłem. Dość często mieliśmy do czynienia z tym problemem. Stereotyp czarodzieja, jaki przeniknął do powszechnej świadomości, pochodzi przede wszystkim z brukowców, pulpowych powieści i sztuk. Ludzie zawsze oczekują od magów niemożliwego. Czarodzieje powinni dokonywać błyskotliwych odkryć przy porannej herbacie, rozwiązywać starożytne zagadki w ułamku sekundy, ratować dziewice, bujać się na żyrandolach i wysadzać wszystko w powietrze za pomocą kul ognia. Maniakalny rechot, ma się rozumieć, jest ich atrybutem niepodlegającym dyskusji. Nieważne, ile popularnomagicznych broszur znajdzie się w druku, ludzie i tak nie chcą pamiętać o trudzie, nudzie i znoju, jakie również są udziałem tej profesji.

– Mamy do czynienia z autentycznym duszosmokiem – przypomniałem. – Musimy wiedzieć o nim wszystko, inaczej odgryzie nam głowy na dzień dobry. Meg siedziała wczoraj nad szklaną kulą ze dwanaście godzin, a mnie oczy wypływają od czytania. Prawie skończyliśmy. Lada chwila powinna przybyć lady Chamomille i jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaczynamy jutro z samego rana.

Randall unikał mojego wzroku.

– Proszę posłuchać, nie chcę podważać waszego profesjonalizmu… – Zawahał się, zniżył głos. – Panie Thorpe. Proszę mówić szczerze. Czy pańska szefowa wie, co robi? Bez urazy. Lady de Breville nie wydała mi się bardziej ekscentryczna niż inni czarodzieje, których miałem okazję spotkać, ale… słyszałem niepokojące pogłoski…

Uniosłem brwi. To prawda, moja pracodawczyni miała określoną reputację.

– Ma pan na myśli te wszystkie powiastki i piosenki o szalonej Czarnej Meg?

– Cóż…

– Czasem słucham ich w karczmach. Ewoluują.

– Czyli to wszystko bajki.

Popatrzyłem mu prosto w oczy. Nie mogłem zaprzeczyć wprost. Niektóre z tych historyjek osnuto na kanwie prawdziwych wydarzeń i każdy, kto umiał czytać, mógł to sprawdzić. Nabrałem pewności, że Randall przed tą rozmową sięgnął do źródeł i teraz po prostu mnie testuje. Świetnie, po prostu świetnie. Jeszcze tylko nam brakowało nieufności miejscowego burmistrza.

– I tak, i nie – odparłem. – Mechanizm powstawania plotek jest zawsze taki sam, zwłaszcza kiedy biorą się do tego przeciwnicy polityczni. Panie Hardy, proszę posłuchać. Margueritte jest jednym z najbystrzejszych, najbardziej zrównoważonych i racjonalnych magów, jakich pan kiedykolwiek spotka. Jej pomysły działają. Nawet jeżeli robią na ludziach takie wrażenie jak jazda kolejką górską bez trzymanki, działają. Naszym obecnym przeciwnikiem jest cholerny starożytny duszosmok z czasów Wojen Rozdarcia. Żeby pozbyć się czegoś takiego, nie można myśleć schematycznie. Zapewniam pana, że Gildia przysłała najlepszego specjalistę, na jakiego mogła trafić.

Nie wyglądał na przekonanego.

– Cóż, miło mi to słyszeć.

Zmarszczył brwi, a ja zastanowiłem się, o co tutaj chodzi. Randall Hardy nie zrobił na mnie wrażenia człowieka, który aż do tego stopnia przejmuje się plotkami. Wreszcie mnie olśniło.

– Jest coś jeszcze, prawda?

Skinął głową.

– Odkryliśmy nową rozpadlinę w lesie na południe od Ombre, niedaleko Katarakty Bretańskiej. Nie wiemy, czy ma coś wspólnego ze smokiem, ale już osiągnęła dwieście stóp długości i nadal rośnie.

Zmrużyłem oczy. Rozpadliny zwykle nie pojawiały się tak daleko od Granicy. Czyżby Pustka znowu zaczęła się rozprzestrzeniać, po raz pierwszy od pięciu dekad? Możliwe, że to tylko skutek uboczny działań smoka. Ale…

– Pełno tam pustkostworów, na razie głównie erlingów, chociaż Straż Graniczna zatłukła już jednego trolla – kontynuował burmistrz. – Powiedzieli, że dadzą radę się utrzymać przez kilka dni, ale nie dłużej. Musimy ją zamknąć. Potrzebujemy czarodzieja.

Czyli to dlatego zachowywał się tak, jakby ziemia zaczęła mu się palić pod stopami. Z duszosmokiem od wschodu i rozpadliną od południa Ombre było poważnie zagrożone. Gdybyśmy spaprali zadanie, mielibyśmy na sumieniu kolejną masakrę w Loranne. W razie braku Straży patrolującej Granicę Pustka zacznie pochłaniać kolejne terytoria. Następne miasto przepadnie w Ziemiach Utraconych. Istniało ryzyko, że nie skończy się na Ombre. Zawsze gdy magia wymyka się spod kontroli, Pustka rośnie w siłę. Ludzie ulegają skażeniu i pojawia się coraz więcej potworów, co z kolei znów zasila Pustkę. Im dłużej to trwa, tym trudniej powstrzymać proces. Jeżeli Granica ulegnie destabilizacji, trzeba będzie zebrać całą armię czarodziejów, aby zapobiec kolejnemu Rozdarciu.

– Rozumiem.

– Gdybyście uporali się ze smokiem w dzień lub dwa, jak pan mówi, ile czasu zajęłaby wam rozpadlina?

Myślałem nad tym dłuższą chwilę.

– W przeciwieństwie do smoka – odparłem wreszcie – na takie okazje istnieją już gotowe zaklęcia i procedury. Będziemy jednak wyczerpani. Lady de Breville musi odpoczywać przynajmniej całą dobę, żeby odzyskać moc. Porozmawiam z nią, ale nie zaszkodzi mieć w zanadrzu planu zapasowego. Nawet z pomocą lady Belinde…

Usłyszeliśmy perlisty śmiech, któremu towarzyszył stukot wysokich obcasów. Obejrzałem się przez ramię i moim oczom ukazała się kobieca sylwetka. I to nie byle jaka.

Belinde Chamomille miała doskonałą figurę klepsydry. Nosiła dopasowaną błękitną suknię z falbanami, która wedle najnowszych wskazówek mody odsłaniała dekolt – a stanowczo było co odsłaniać. Jej gęste złote włosy spływały w łagodnych falach aż do talii. Mogłaby pozować dla „Playwizarda”. Prawdę mówiąc, kiedyś to zrobiła.

Krok w krok za nią podążała nieco mniej imponująca postać, młoda kobieta o przedwcześnie posiwiałych włosach – dziedzictwo rodu d’Argent. Była krótko ostrzyżona i ubrana w proste lniane szaty ucznia. Nieszczególnie ładna, o jasnych oczach i zadziornym uśmiechu, sprawiała dość sympatyczne wrażenie.

O wilku mowa. Oto nasze wsparcie.

– Pozwoli pan, że przedstawię naszych gości – rzekłem i się ukłoniłem. – Lady Belinde Chamomille de Branche d’Emeraude i jej uczennica, lady Kathryn Verd de Branche d’Argent.

– Och – zająknął się burmistrz. – Och! Enchanté, szanowna pani. Lady Chamomille, z najwyższym szacunkiem witam panią w Ombre.

Randall Hardy, poważny mężczyzna po pięćdziesiątce, zarumienił się jak pryszczaty nastolatek. Belinde wygląda jak duża blond bogini miłości i bardzo się stara, żeby robić piorunujące wrażenie. Jeżeli ktoś się nabierze, zanim się obejrzy, wpadnie po uszy w jedną z dziesiątek uknutych przez nią intryg. Na szczęście znałem ją dość długo, żeby się nieco uodpornić.

– Och, ja również się cieszę, że pana widzę! – Belinde nadstawiła dłoń do pocałunku, po czym zwróciła się do mnie: – Vince, słonko, daję słowo, że jesteś przystojniejszy za każdym razem, kiedy się widzimy.

– Taki już mój prosty urok asystenta. – Zerknąłem na jej stopy. – Niewiarygodne. Te szpilki są magiczne, prawda?

– Ależ oczywiście, kochanie. Pozwalają utrzymać równowagę w każdym terenie i warunkach pogodowych. Niestety, to jedyny egzemplarz i nie są w twoim rozmiarze.

– Co za szkoda. Przydałyby się jako broń na smoka.

– Mój drogi, zaskakujesz mnie. Nie wiedziałam, że zgłosiłeś się do samobójczej rycerskiej szarży.

– Myślałem raczej o samoobronie. Wiesz, w razie gdyby smok pożarł wszystkie bezbronne niewiasty.

Lady Chamomille parsknęła śmiechem. Miałem trzymać się za nimi, przetwarzać magię w razie potrzeby, przynosić, podawać i zamiatać. Walka ze smokiem nie należała do moich obowiązków. Nawet Kathryn, która jeszcze nie przystąpiła do egzaminów dyplomowych, miała znacznie więcej mocy niż ja. W bezpośrednim starciu przeciwnik po prostu by mnie rozniósł.

– Proszę, Vince. – Kathryn wręczyła mi teczkę, która pękała w szwach od papierów. – Mapy i tabele. Wszystko przeliczone i gotowe do użycia.

Zwróciłem się w stronę burmistrza, który tkwił w miejscu jak ten kołek, najwidoczniej wciąż pod wpływem lady Chamomille.

– Dziękuję za wizytę, panie burmistrzu. Proszę wybaczyć, ale obowiązki czekają.

Otrząsnął się i skinął głową.

– Ach. Oczywiście. Zatem życzę powodzenia łaskawym paniom i panu, panie Thorpe. Proszę pamiętać o rozpadlinie.

– Ma się rozumieć – zapewniłem. I poprowadziłem gości do chatki czarodziejki.

* * *

Podawałem herbatę w salonie, kiedy wreszcie zjawiła się Margueritte, ubrana w tę samą suknię co wczoraj, z przekrwionymi oczami i fryzurą przypominającą ptasie gniazdo. Trzymała plik gęsto zapisanych kartek. Poczułem ciarki. Coś niewątpliwie wisiało w powietrzu.

– Panie i panowie – zaskrzeczała i odkaszlnęła. – Wczoraj dokonałam przełomowego odkrycia.

Stolik był zarzucony tabelami, książkami i monografiami. Starożytne ręcznie rysowane mapy mieszały się swobodnie ze współczesnymi, drukowanymi. Na szczycie tego stosu leżał automagiczny kalkulator, a po dywanie poniewierały się otwarte zeszyty. Połowę tego bałaganu stworzyliśmy razem z Meg przez cztery dni pracy, o resztę zadbały Belinde i Kathryn w ciągu ostatniego kwadransa.

– Och! Cudownie! Oczywiście, że dokonałaś, w końcu jesteś genialna! – zaćwierkała Belinde. Meg rozpromieniła się jak prymuska na rozdaniu dorocznych nagród. Nie potrafiła się oprzeć komplementom, chociaż wiedziała, że lady Chamomille chwali ją przy każdej, najbłahszej nawet, okazji.

Uściskały się serdecznie. Znały się od wieków. Dosłownie. Wymieniały uprzejmości przez następne dziesięć minut, więc po prostu nalałem do filiżanek kolejną porcję herbaty. Nie musieliśmy sobie wiele wyjaśniać. Czarodziejki rozmawiały już wcześniej przez szklane kule.

– Czy znalazłaś wreszcie metodę na zwiększenie siły uderzenia duchowego? – Belinde zerknęła na kartki, które przyniosła Meg. Problem polegał na tym, że nasz cel był odporny na wszystkie zaklęcia bojowe oprócz tych, które służyły do pozbywania się upiorów. Co gorsza, mógł na bieżąco ciągnąć energię z rozpadliny w bezpośrednim sąsiedztwie legowiska i uzdrawiać się szybciej, niż odnosił rany. Razem z Meg próbowaliśmy podrasować zaklęcia lub wymyślić sposób na odcięcie duszosmoka od źródła mocy, ale wszystkie strategie, jakie opracowaliśmy do tej pory, dopinały się na agrafki.

– Od dłuższego czasu rozważam zupełnie inny pomysł, potrzebowałam tylko pewnych danych. – Meg przejrzała mapy i tabele przyniesione przez Kathryn. Prawdopodobnie już zapoznała się z materiałem przez szklaną kulę. – Raczej nie damy rady go odciąć. Granica jest zbyt blisko, wszyscy uleglibyśmy skażeniu. Istnieje jednak znacznie łatwiejszy sposób, żeby wykończyć smoka.

Pociągnęła łyk herbaty z filiżanki, zadowolona z siebie jak kot.

– Zaczynamy według starego planu. Ty i Kathryn robicie krąg, ja dodaję fraktale. Stabilizujemy drania. Zaklęcia ochronne, rozpraszające itp. Gdy już będzie unieruchomiony, rzucamy jedno proste Wyssanie Magii. Pilnujemy Vincenta, a on przetwarza całą tę moc. Widzicie, duszosmok składa się z czystej energii. Musi cały czas podtrzymywać swoje struktury cielesne. Jeżeli Vince zachowa koncentrację przez jakiś kwadrans, potwór zwyczajnie wyparuje.

Wszyscy znieruchomieli. Zamrugałem. Właściwie mogłem się wcześniej zorientować, co planuje. Wiedziałem, nad jakimi zaklęciami siedzi. Ale istnieją pomysły zbyt abstrakcyjne, żeby ktokolwiek poza Meg mógł na nie wpaść.

Chciała, żebym przetworzył całego cholernego duszosmoka.

Jak pamiętacie, jestem wyjątkiem wśród użytkowników magii prostej, jeżeli chodzi o pojemność kanałów energetycznych. W zwykłych okolicznościach potencjał przetwarzania surowej mocy definiuje zdolność Źródła do aktywacji. Tłumacząc z magicznego na normalny: to właśnie pojemność kanałów energetycznych robi z ciebie czarodzieja. Im jest większa, tym więcej dasz radę osiągnąć jako mag. Określa twój potencjał. Decyduje, ile zaklęć – i jak potężnych – będziesz umiał rzucić naraz. Nigdy nie rośnie wraz z doświadczeniem, w przeciwieństwie do ilości mocy, z jaką budzisz się co rano. To dlatego ludzie trzymają miniaturowe smoki albo żywiołaki w charakterze chowańców, żeby poszerzyć własne możliwości. Od czasu do czasu ja również przetwarzam magię wspólnie z Meg.

Jestem kimś w rodzaju nieudanego czarodzieja. Kiedy miałem trzynaście lat, zaraz po egzaminach kończących szkołę powszechną poszliśmy razem z kumplem na test przetwarzania. Kolega strasznie chciał zostać magiem, więc postanowił się sprawdzić – a ja dotrzymywałem mu towarzystwa. Przetestowali nas obydwu. Wyobraźcie sobie ich miny, kiedy popsułem aparaturę. Nie mieli dość mocy w zapasie, żeby całkowicie wypełnić moje kanały energetyczne. Wyszedłem poza skalę. Wiem, to brzmi, jakbym się przechwalał, ale zapewniam, że mówię prawdę i tylko prawdę.

Wszyscy, rzecz jasna, byli bardzo szczęśliwi. Może oprócz mojego kolegi, którego test wypadł negatywnie (o ile wiem, praktykuje w Creyon rzemiosło jako wiedźma). Magowie Gildii poddali mnie Rytuałowi Przejścia, żeby aktywować Źródło. Potem umieścili w Ogrodach Edenu i czekali, aż pojawi się dar. Czekali… czekali… czekali… Minęły trzy tygodnie i nie wydarzyło się zupełnie nic.

Dar magii bywa niekompletny albo wadliwy i wszyscy o tym wiedzą. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo się rozczarowałem. Pamiętam, że siedziałem na ławce, już po opuszczeniu Ogrodów, i czułem się jak kompletny nieudacznik. Chyba nawet płakałem.

– Witaj, chłopcze.

Podniosłem głowę. Najpierw moją uwagę zwróciła dziwaczna fryzura. Dopiero po chwili przyjrzałem się wysokiej damie ubranej w suknię ozdobioną czarodziejskimi symbolami.

– Słyszałam o twoich… zdolnościach – powiedziała. – Widziałam również wyniki egzaminów końcowych. Zdaje się, że potrafisz używać mózgownicy. Mam dla ciebie idealną pracę. Oczywiście, jeżeli się zgodzisz.

Dwadzieścia cztery lata później wpatrywałem się w moją szefową z przerażeniem. Margueritte miała pokerową twarz. Wręczyła mi kartki zapisane od góry do dołu obliczeniami i czekała, aż je przetrawię. Czytałem z rosnącym podziwem.

Na Pustkę, to było czyste szaleństwo.

Ale nie potrafiłem sobie wyobrazić niczego lepszego.

Ciszę przerwało ciche miauknięcie. Śliwka wbiegła do salonu i rozejrzała się wkoło. Niezadowolona, że tym razem nikt nie zwrócił na nią uwagi, wskoczyła na stolik i położyła się w papierach. Obróciwszy się brzuszkiem do góry, rzuciła jedno ze swoich najbardziej uwodzicielskich spojrzeń.

– Mrau?

Belinde podrapała kota pod brodą. Myślała intensywnie.

– Meg, nigdy nie słyszałam o takiej procedurze. Poza tym jego górnego limitu nie zmierzono poprawnie, dobrze mówię? – Wyjęła mi kartki z ręki. – Pokaż.

– Znamy minimalną wartość i tylko tego nam trzeba. – Meg wzruszyła ramionami.

– A da radę przetwarzać przez cały kwadrans? To jest przecież trudne nawet dla aktywnych Źródeł.

– Przestańcie łaskawie mówić o mnie beze mnie – zwróciłem się do Meg. – Belinde ma trochę racji. Kilka razy przetwarzałem nawet i dłużej, ale nigdy podczas wysokoenergetycznych rytuałów. A już na pewno ani razu nie osiągnąłem limitu.

– I dlatego… – Czarna Meg się uśmiechnęła – …będziemy przetwarzać wspólnie. Z naszym wsparciem wystarczy, że skupisz się na kontroli przepływu, a z tym świetnie dajesz sobie radę.

Lady Chamomille marszczyła brwi, przeglądając obliczenia.

– Co twoim zdaniem mamy zrobić z taką ilością energii po przetworzeniu? Nie upchniemy jej w akumulatorze, pod ciśnieniem wytworzy się skaza. Nie możemy rzucić tylu zaklęć naraz. Zresztą te, które odpowiadają naszym potrzebom, są albo nielegalne, albo wymagają wojskowej licencji. Nie wspominam nawet o skutkach ubocznych. Masz jakiś plan?

– Ach, to drobnostka. – Margueritte machnęła dłonią. – Rzucę Zaklęcie Marnotrawstwa.

– Wyjaśnij, proszę…

– W starożytnych rytuałach używano go do pozbywania się nadmiaru energii. – Meg spojrzała na mnie i na Kat, aby się upewnić, że nadążamy. – Moją wersję oparłam na Kuli Światła, zwiększając wartość straty energii do ponad dziewięćdziesięciu dziewięciu procent. W dawnych czasach dość często używano tej techniki. Dziś mamy raczej problemy z brakiem mocy, a nie z jej nadmiarem, i magię poddaje się recyklingowi, toteż metoda popadła w zapomnienie.

Lady Chamomille natychmiast przestała stwarzać jakiekolwiek pozory powagi.

– Och, Meg! Gdyby ktoś się dowiedział… Ludzie wydają majątek na energię. Siedzą na niej jak kwoki na jajach. Zaklęcie Marnotrawstwa! Równie dobrze mogłabyś topić złoto w oceanie! – Klasnęła, strasząc Śliwkę. – Ach, to o-bu-rza-ją-ce!

Meg posłała nam uśmiech wyższości.

– O tak, wyobrażam sobie, co powiedziałby Arcymag Weyland.

– Meg! Nie musiałaś wspominać Weylanda! Teraz ja też go sobie wyobrażam!

Zaczęły chichotać. Dwie czarodziejki, które wkroczyły już w trzeci wiek życia, chichotały jak małe dziewczynki. Przynajmniej śmiech lady Chamomille brzmiał w miarę naturalnie – ale Czarna Meg robi dość upiorne wrażenie.

Popatrzyliśmy po sobie, ja i Kat.

– Twoja szefowa mnie przeraża – mruknęła Kathryn.

– I nawzajem – odparłem. – Nakręcają się doskonale.

– Naprawdę potrafiłbyś tego dokonać?

– Teoria jest bez zarzutu, ale przeliczę wszystko jeszcze raz. – Zerknąłem w stronę naszych pracodawczyń. Zapisywały protokoły zaklęć i nadal chichotały, stanowczo zbyt podekscytowane zadaniem. – Kiepsko by to wyglądało, gdyby w ferworze Meg zdała się na myślenie magiczne.

* * *

Dyliżans, który zabrał nas w pobliże strefy, jechał jedną ze starożytnych dróg Imperium Triumwiratu. Mimo że od Rozdarcia minęło już ponad siedemset lat, łączenia między płaskimi kamieniami brukowymi ledwo dawały się odczuć. Do niedawna droga była regularnie uczęszczana. Granica w pobliżu Ombre utrzymywała względną stabilność i dobre czasy trwały dostatecznie długo, aby w miejscowości rozwinęła się turystyka.

Dzika przyroda Gór Zwietrzałych przyciąga niejednego. Straż Graniczna pilnuje, aby ta przyroda nie stała się zbyt dzika, bo mimo bariery Granica przepuszcza czasem pojedyncze pustkostwory. Wzgórza pod Ombre porastają stare lasy, w których rosną strzeliste jesiony, wiązy i pinie. Można tam spotkać jelenie i sarny, a także grubszą zwierzynę – w tym olbrzymią czarną krowę z teutońska zwaną auroksem. W miarę oddalania się od miasteczka ostro pnącą się ku górze starożytną drogą coraz rzadziej napotyka się wysokie drzewa, a coraz częściej – poskręcane kłęby kosodrzewiny odstającej od omszałych skał.

Przestało padać. Chmury rozwiewały się z wolna, zapowiadając ciepły wiosenny dzień. Zacząłem się zastanawiać, ile skażenia naniosła poranna mżawka. Włączyłem licznik, gdy minęliśmy pierwszy niewysoki szczyt, powszechnie nazywany Poziomkową Górką i dobrze znany jako miejsce pikników i wycieczek. Nie strzelało szczególnie mocno – niewiele powyżej tła; taki odczyt mógłbym złapać nawet w centrum Avalonu. Jednak mała knajpa z naleśnikami była zamknięta, a krzesełka wożące turystów pod górę bezradnie kołysały się na wietrze. Zaczynałem rozumieć, dlaczego, chociaż niebezpieczeństwo jeszcze nie zagroziło Ombre, mieszkańcy tak prędko powiadomili władze.

Zwolniliśmy, toteż wychyliłem się przez okno. Nie dostrzegłem niczego niepokojącego, ale nasz przewodnik zaczął cokolwiek nerwowo kręcić się na koźle.

– Hej tam! Wszystko gra?

Ściągnął wodze, odchylił się w moją stronę. Na jego szczerej, szerokiej twarzy malowała się troska.

– Panie, może bym was już wysadził tutej? Obetnę stawkę, spoko woda. Przecie słyszę, że aparat wam cyka.

No masz ci los. Odrobina wiedzy jest czasem gorsza niż jej brak.

– Cyka, bo go włączyłem – wyjaśniłem, odwracając w jego stronę prostokątne pudełeczko o miedzianym połysku i z kwarcowym cyferblatem, pod którym wskazówka ledwo odchylała się od zera. – Zawsze tak cyka, w mieście też. Jakby zaczął szybciej, wtedy się zatrzymamy.

Poczekałem, aż chłopak przetrawi tę informację. Meg szturchnęła mnie łokciem.

– Vince, weź go pogoń. Powiedz mu, że jak się nie ruszy, rzucę na niego Zdalną Kontrolę Umysłu. Jasna cholera, do strefy mamy jeszcze ze dwadzieścia mil, więcej skażenia ludzie zżerają w tutejszych poziomkach.

– Co tam pani szanowna mówi?

– Mówi, że rzuciła zaklęcie ochronne! – zawołałem. Nie lubię świecić oczami za Meg, ale czasami trzeba; poza tym to przeze mnie przewodnik dostał pietra. – Dojedziemy do rozdroży, tak jak się umawialiśmy, i dorzucę jeszcze sto denarów!

Wyłączyłem licznik i zająłem się drugim śniadaniem. Zasięg strefy sprawdziliśmy przez szklaną kulę tuż przed wyjazdem; nawet jeśli facet wchłonie trochę skażenia, szefowa zasadniczo miała rację.

Wkrótce dotarliśmy do rozdroży. Krzyżowały się tutaj dwie imperialne drogi, z czego jedna prowadziła w tej chwili znikąd donikąd i z obydwu stron urywała się na Granicy. Jednak starannie oczyszczony i pokryty lśniącym impregnatem kamienny słup wciąż oznajmiał, że do Alterry pozostało sto pięćdziesiąt mil. To właśnie tutaj, w okolicy Ombre, znajdowały się bogate złoża minerałów, dla których nasi przodkowie, prowadzeni przez Wędrowca, podjęli trud kolonizacji. Zresztą sprawdźcie sobie w encyklopedii; na pewno uczyli was tego w szkole.

Znów uruchomiłem licznik; wskazówka drgała na poziomie szesnastu mikromerlinów na godzinę, co stanowiło czterokrotną wartość tła. Nadal było to nieszkodliwe, dopóki ktoś nie zdecydowałby się tu zamieszkać. Aparacik cykał jednak z wyraźnie wyższą częstotliwością i nasz woźnica zmył się tak prędko, jak tylko mógł. Zapewne przez następny tydzień będzie skrupulatnie oglądał siebie co rano, sprawdzając, czy nie dotknęło go Piętno.

Przepakowaliśmy się pod wysoką pinią, której korzenie wypaczyły bruk na krawędzi drogi. Przed lotem należało zarzucić na siebie ciepłe swetry. Oczywiście zawsze istnieją zaklęcia ogrzewające, ale po co marnować cenne jednostki energii. Tego dnia Kathryn ubrała się po chłopięcemu, a Margueritte włożyła strój do konnej jazdy sprzed mniej więcej ośmiu dekad. I znów tylko Belinde wybrała się w podróż w błękitnej sukni z falbankami, zapewne nasyconej praktycznymi zaklęciami, podobnie jak jej szpilki. Nigdy nie uważałem obwieszania się magicznymi przedmiotami za dobry pomysł, dla „trzeciego oka” innych czarodziejów Belle prawdopodobnie świeciła się z daleka. Podejrzewam jednak, że absolutnie jej to nie przeszkadzało.

Wypiliśmy kilka łyków wody – nic więcej, aby nie obciążać żołądka – i byliśmy gotowi.

– Kochani, proszę mocno chwycić się za ręce – zaszczebiotała lady Chamomille, po czym podstawiła wartości pod wzór ulepszonego zaklęcia Lotu Drużynowego i przeprowadziła kilka przekształceń funkcji trygonometrycznych, aby prawidłowo uformować moc. To znaczy, ja wiedziałem, że właśnie takich obliczeń dokonała, gdy na dłuższą chwilę zmrużyła oczy. Żadna z dwóch starszych czarodziejek nie mamrocze pod nosem ani nie używa zaklęć kalkulujących przy tak banalnych zadaniach. Po kilkudziesięciu latach praktyki znika też konieczność gestykulacji, chociaż niektórzy nadal ruszają dłońmi z przyzwyczajenia. Przygodnemu obserwatorowi mogłoby się zdawać, że Belinde medytuje, nawiązuje kontakt z Nieznanym albo robi coś równie mistycznego.

Opłynęła nas niewidzialna energia – żadnych iskier ani poświaty, żadnych efektów wynikających z ubocznych strat mocy, pełen profesjonalizm. Lekko i swobodnie wzbiliśmy się w powietrze.

* * *

Lecąc wciąż nad drogą, zbliżaliśmy się do mostu nad kanionem Cabochon. Olbrzymia konstrukcja z czarnej stali spinała brzegi pobielałych w słońcu skalistych ścian. Wapień układał się w poprzeczne warstwy, porośnięte gęstą roślinnością – prócz skarlałych sosen i jodeł znajdowały się tam rzadkie gatunki górskich krzewów i ziół, którym chętnie poświęciłbym nieco więcej czasu.

Na dnie przepaści płynęła niegdyś rzeka Morion, która wyschła, gdy Rozdarcie oddzieliło ją od źródeł. Jednak most trzymał się dobrze; do niedawna stanowił cel wycieczek z głębi kontynentu. Kiedyś, zanim ludzie zaczęli śmielej odwiedzać te okolice, stały tam tylko dwa posterunki Straży Granicznej, po jednym z każdej strony mostu. Wkrótce bliższy brzeg wzbogacił się w zajezdnię dyliżansów, sklepiki z pamiątkami oraz karczmę Utracona Bretania, gdzie można było zjeść placki po chłopsku i tradycyjny miodowy kołacz bretański, a także napić się znakomitego wytrawnego cydru. Przynajmniej tak głosiła ulotka.

Licznik terkotał z denerwującą intensywnością.

– Pięćdziesiąt mikromerlinów i rośnie – poinformowałem. – Będzie kiepsko, jeśli trafimy na ciepły prąd powietrzny, tam może być i z pięćset w pyle opadowym.

Margueritte skinęła głową. Z jej gigantycznego koka, mimo podtrzymujących go ozdóbek, znów uwolniło się kilka przetłuszczonych loczków. Teraz zdecydowanie wyglądała na Czarną Meg z ludowych opowieści, brakowało tylko narratora, który opisałby wydarzenia zgodnie z konwencją.

– Lądujemy. Odpalcie kombinezony ochronne. Kathryn, jak teren? Kathryn!

Młoda czarodziejka zawiesiła przed sobą półprzezroczyste zaklęcie teleskopowe i od dłuższego czasu przyglądała się przestrzeni pod nami. Odniosłem jednak wrażenie, że zamiast wypatrywać pustkostworów, zwracała uwagę na zupełnie inne szczegóły.

– Przepraszam – bąknęła – ale to najgenialniejsze dzieło inżynierii sprzed Rozdarcia. Nie potrafimy budować takich długich mostów łukowych. Rusztowanie musiało sięgać dna kanionu, kiedy go robili. Jeszcze nie wiem, czy wzmacniali go runami, czy mieli lepszą technologię spawania łączeń, ale na pewno pracowali tam wyłącznie magowie, to jest…

– Kochana, tu i teraz – przypomniała Belinde łagodnie. – Tu i teraz.

Musiało to być jakieś hasło, bo Kat w zakłopotaniu przygryzła górną wargę i natychmiast wróciła do obserwacji.

– Po naszej stronie czysto – powiadomiła po chwili. – Coś się rusza w zaroślach za mostem, chyba większa grupka, ale nie widzę dobrze. Za daleko.

W tym czasie każde z nas wcisnęło guzik na bransoletce o miedzianym połysku, wykonanej z tego samego stopu, którym pokryto obudowę licznika. Otoczył nas ledwo widoczny rdzawy blask energetycznych kombinezonów.

Nie były doskonałe. Żadna magia nie chroni przed mocą Pustki w stu procentach. Jeśli człowiek wchłonie zbyt wysoką dawkę skażenia, spotyka go przypadłość zwana Piętnem. Takiego pecha najczęściej mają strażnicy lub nieostrożni mieszkańcy Marchii Granicznej. Czarodzieje są także obarczeni ryzykiem, ponieważ nieprawidłowo przechowywana magiczna energia zawsze może się zdegenerować i ulec skażeniu. Centralny szpital w Avalonie zajmuje się pacjentami dotkniętymi Piętnem; jego rozwój można opóźniać przez pięć, może dziesięć lat, jeśli ktoś ma szczęście. Piętno nie zawsze zabija. Ale czasem śmierć jest dużo lepszym wyjściem z sytuacji.

* * *

Z szyldu Utraconej Bretanii pozdrawiał nas jowialny karczmarz niosący talerz z plackiem po chłopsku. Obrazek był nieudolnie skopiowany z ilustracji pierwszego tomu Sagi o Glorionie, ale w takim prowincjonalnym miasteczku jak Ombre chyba nikt nie przejmował się prawnikami z Avalonu. Zresztą kilka sklepików dalej, na ścianie budki z goframi i lodami, dostrzegłem bohaterskiego Gloriona w starciu ze swoją nemezis, księciem Mordredem de Branche d’Obsidienne. Swoją drogą niezwykła jest siła opowieści – już nikt nie pamięta, że prawdziwy Glorion był w gruncie rzeczy pospolitym rozbójnikiem, który zgromadził zbyt wiele magicznych artefaktów, a książę d’Obsidienne – tragicznym bohaterem Wojny Rozdarcia. To przecież on pierwszy wystąpił z propozycją stworzenia bariery. Niedługo potem wyżej wzmiankowany opryszek zabił go we śnie, a pozostali magowie na nowo podjęli temat dopiero wtedy, gdy Pustka zniszczyła już połowę kontynentu.

Na tle przepastnego kanionu i ażurowych łuków przytłaczająco ogromnego czarnego mostu opustoszałe sklepiki wyglądały jak porzucone tandetne zabawki. Kathryn wyjęła małą szklaną kulę i zaczęła zapisywać obraz. Gdyby mogła, obleciałaby z nią całą konstrukcję.

– Jak odczyt? – zapytała Meg.

– Osiemdziesiąt do stu – odpowiedziałem, zerkając na wskaźnik. – Z deszczem musiało opaść trochę pyłu. Ten sezon chyba mają z głowy.

– Pewnie krąży po okolicy albo ryje jak kret w tej rozpadlinie – mruknęła szefowa. – Samo się nie rozniosło. Coś czuję, że wszystkie różdżki zejdą nam na erlingi.

Rozpadliny zawsze emitowały skażenie, ale nigdy na taką odległość. Tym razem zrobiło się niebezpiecznie, ponieważ korzystał z niej duszosmok. Pobierał energię i rozganiał towarzystwo, które przechodziło przez międzywymiarową szczelinę do naszego świata. Wskutek walki skażona moc i materia Pustki przedostawały się do atmosfery, a rojące się w okolicy ocalałe pustkostwory tylko pogarszały sytuację. Sam duszosmok nie był skażony. Zresztą tylko dlatego nasz plan miał szansę powodzenia. Wszystkie dzieła magów Pustki cechowała odporność na jej toksyczną moc, a smok dodatkowo rafinował spaczoną energię, przekształcając ją w zwykłą magię na własne potrzeby. Byłby niesamowicie użyteczny – gdyby w ogóle dało się go kontrolować. Ale instrukcja obsługi zaginęła razem z jego twórcami.

Ruszyliśmy w drogę – małe, rdzawo połyskujące figurki na moście wyłożonym płytami z czarnego granitu. Mój stan zadumy nad znikomością człowieka nie trwał jednak długo, ponieważ wkrótce dostrzegliśmy postać, która, kołysząc się na boki i ochryple pokrzykując, biegła w naszą stronę.

Trzy metry wzrostu, dwie pary rąk, obwisły brzuch, paskudna morda i skłonność do niepohamowanej, niczym nieuzasadnionej agresji. Słowem, troll.

Zanim ktokolwiek zdążył wydać komendę, Kathryn dokonała odpowiednich przeliczeń i w kierunku pustkostwora pofrunęła gigantyczna kula ognia, w rdzeniu rozgrzana do białości i z pomarańczowożółtą koroną jak miniaturowa gwiazda. Stworzenie stanęło w płomieniach. Ściana ognia rozlała się w poprzek mostu, utrzymując się samoistnie, bez żadnego paliwa oprócz zużytych jednostek mocy. Nawet Meg nie potrafiła cisnąć takiej ognistej kuli – ale Kat była czarodziejką z wrodzonym talentem Creo, kimś, kto zdarza się raz na pokolenie. Spodziewałem się, że po naszym przeciwniku zostanie tylko kupka zwęglonych kości, jednak gdy płomienie opadły, osmalony, wściekły troll ponownie ruszył biegiem.

Belinde pokręciła głową.

– Moja droga, nie marnuj jednostek. – Zdjęła z paska cienki platynowy pręt i jakby od niechcenia miotnęła w pustkostwora błyskawicą. Błysk, huk i trzask prawie mnie oślepiły, a przeciwnik zwinął się w konwulsjach. – Dostałaś różdżkę, używaj.

Kathryn zaczęła odpinać różdżkę od paska, ale palce jej nie słuchały. Pustkostwór powoli podnosił się na nogi i przysiągłbym, że jego oczy płonęły wewnętrznym światłem. Zanim jednak czarodziejka wyłuskała broń z futerału, troll drgnął jeszcze raz, zacharczał i znieruchomiał.

Popatrzyłem na Meg. Właśnie przeładowywała automagiczną kuszę. Nawet nie zauważyłem, kiedy odpięła ją od plecaka.

– Grzebień kostny, szare podgardle, żółta pręga biegnąca wzdłuż brzucha. Ten podgatunek wchłania magię Creo – poinformowała spokojnie. – Proponuję pociski entropiczne. Po co się znęcać nad zwierzętami.

Wydobyłem lornetkę z bocznej kieszeni plecaka.

– Skoro już panie zaimponowały sobie nawzajem, chciałbym nadmienić, że to był zwiadowca. – Wskazałem przed siebie. Z drugiej strony mostu coś się mrowiło i przelewało, jak w pułapce pełnej karaluchów.

– Nie ma tam niczego, na co nie byłybyśmy przygotowane. – Meg się uśmiechnęła i uniosła lewą dłoń. Między palcami trzymała cztery różdżki, do wyboru, do koloru. – Vince, zbroja kinetyczna i schowaj się za nas.

Uruchomiłem drugą bransoletkę, a potem sięgnąłem do troczków po lewej stronie plecaka i na wszelki wypadek odpiąłem teleskopowy kijek. Rozłożyłem go, zablokowałem, po czym zgodnie z poleceniem zostałem z tyłu.

I bardzo słusznie, ponieważ niedługo potem fala erlingów wlała się na most.

Pewnie widzieliście je na obrazach. Wierzcie mi, w rzeczywistości są znacznie paskudniejsze. Natura tych stworzeń pozostaje dla nas zagadką. O ile trolle można podzielić na poszczególne gatunki jak wszystkie inne zwierzęta, o tyle nie ma dwóch takich samych erlingów. Każdy stanowi mały, wściekły kłębek mutacji i deformacji – dodatkowych kończyn, oczu, ogonów, czyraków, gruczołów, czego tam chcecie. Wspólnym mianownikiem jest coś w rodzaju humanoida albo małpoluda, któremu szalony stwórca dolepił mnóstwo zapasowych części. Niektóre erlingi latają, inne nie mogą nawet chodzić. Podejrzewam, że te zbyt zmutowane, aby się do czegoś nadawać, są zabijane przez ich pobratymców. I nie wiemy, jak te stworzenia się rozmnażają. Jeden pełen samozaparcia badacz ustalił, że erlingi nie mają funkcjonalnych narządów płciowych. Funkcjonalnych, bo w ogóle to mają i niekiedy aż za dużo.

Cały problem z erlingami polega na tym, że chociaż większość z nich jest głupia jak paczka gwoździ, dzięki mutacjom zawsze się znajdzie w takiej grupie jednostka, która myśli. Tym razem również musiało tak być, ponieważ erlingi nie próbowały nas rozszarpać ani rozsiekać tymi kawałkami złomu, którego używają jako broni. Nie. One usiłowały zrzucić nas z mostu za pomocą nadania odpowiedniego wektora iloczynowi swojej masy i prędkości.

Czyli – zebrały się do kupy i próbowały zbić nas po skosie jak kula kręgle. Na szczęście nigdy wcześniej nie spotkały arboriańskiego czarodzieja, a ich plan nie należał do szczególnie wyrafinowanych.

Czarodziejki ustawiły się ramię w ramię i zaczęły naparzać z różdżek, wbijając klin w zwarte szeregi przeciwnika. Z daleka mogło to wyglądać jak chaotyczna mieszanina zaklęć, ale wiedziałem, że każda z nich używa innej sfery magii, na wypadek gdyby erlingi były odporne na jedną z nich. W powietrzu fruwały zygzaki błyskawic, fale transmogryfikacyjne i czarne kule Entropii; kolejne zużyte różdżki upadały na most, gdy czarodziejki sięgały do pasków po nowe.

Na wpół tocząca się, na wpół biegnąca kula erlingów rozprysła się na poszczególne osobniki. Otaczały nas, lecz wyglądało na to, że jedność grupy, o ile poprzednio coś takiego istniało, została rozbita – każdy walczył za siebie.

A my byliśmy zespołem.

Meg dała znak. Stanęliśmy przy sobie, tak blisko, jak się dało. Belinde scałkowała funkcję i machnęła dłonią; znów znaleźliśmy się w powietrzu, ale nie za wysoko, ze dwa metry nad chmarą przeciwników. Margueritte rozdęła nozdrza – zawsze to robi, kiedy różniczkuje – i rzuciła Nieznaczną Antygrawitację, dzięki czemu na obszarze zajmowanym przez pustkostwory ciążenie zmniejszyło się o połowę. A potem Kathryn stanowczą gestykulacją podkreśliła końcowy efekt Pożytecznego Mikrotornada. Zdmuchnięte z mostu stworzenia z wrzaskiem runęły w czeluść kanionu.

Podczas gdy panie dokonywały dzieła zagłady, ja nokautowałem kijem nieliczne skrzydlate erlingi, które mogły im w tym przeszkodzić. Nie lubię stosować przemocy, ale całkiem dobrze mi to wychodzi.

Opadliśmy wreszcie na pokrytą śluzem i krwią nawierzchnię mostu. Kathryn pochyliła się z westchnieniem i wsparła dłonie o kolana.

– Proponuję, żeby doładować się do pełna – powiedziała Meg. – Nigdy nic nie wiadomo.

– A może przejdziemy trochę dalej – zasugerowała Belinde – i znajdziemy jakieś czyste miejsce? Nie chcę kłaść mojego akumulatora na… wydzielinach.

Most był nie tylko długi, lecz także szeroki – mógłby zmieścić cztery dyliżanse obok siebie – i w końcu znaleźliśmy obszar nietknięty brudną stopą pustkostwora… Czy tam macką. Czy czymś innym.

Dla oszczędności wyłączyłem zbroję kinetyczną, a potem rozpostarłem na kamieniu jednorazową płachtę cienkiej metalowej folii (pamiętałem o pyle, który opadł z deszczem) i dopiero na niej postawiłem plecak. Akumulator dla Meg zapakowałem na samym wierzchu – była to ciężka, bladoniebieska skrzynka, okręcona przewodami antydyspersyjnymi i z wgłębieniem w kształcie dłoni na wieku. Podświadomie liczyłem pieniądze, które już poszły na tę wyprawę. Widzicie, chociaż czarodzieje są malutkimi żywymi reaktorami magii, nie da się zbyt długo przechowywać surowej, skoncentrowanej energii wyprodukowanej przez człowieka. Decydują o tym prawa rezonansu, na których objaśnienie musiałbym poświęcić krótki wykład. Jedyna moc, jaką można przetrzymywać w zapasie, pochodzi ze Źródeł geograficznych albo z artefaktów poddanych recyklingowi. A czarodzieje potrafiący ją pobierać w taki sposób, aby później nadawała się do użytku, należą do najbogatszych specjalistów w całej Arborii.

Naszą wyprawę sponsorowała Gildia, dostaliśmy więc grant do wykorzystania w całości. I naprawdę, wolelibyście nie wiedzieć, ile pieniędzy pożarły licencjonowane ofensywne różdżki – zarówno składniki dla Belinde, jak i gotowe modele, produkcja bransolet ochronnych, leki, akumulatory, komponenty do wytwarzania run i kilka innych drobiazgów, a większość tych rzeczy była jednorazowa.

Podczas gdy wypakowywałem plecak, Kathryn również wyjęła folię ze swojego. Lady Chamomille otworzyła natomiast balową torebeczkę, sięgnęła ręką głębiej, niż pozornie mogła, i niczym iluzjonista wyciągający króliki z kapelusza wydobyła potężny złocony akumulator, ostentacyjnie ozdobiony na wszystkich ściankach złotymi symbolami Arte Benare.

Popatrzyłem na swój ciężki bagaż i poczułem się jakoś głupio.

– Belle, miałaś mi taką zrobić – przypomniała Meg.

– Maggie, nie mam automagicznych rączek i nóżek. Wyprawa, elekcja, egzaminy Kat… Przecież się nie rozdwoję. Będzie czas, to zmontuję.

– Ale zieloną – podkreśliła Meg. – I nieco mniej… no wiesz, fru fru.

Napotkałem zmęczone spojrzenie Kathryn, która doładowywała się z akumulatora swojej mistrzyni. Kosmyki siwych włosów przylepiły jej się do policzka, a na trochę zbyt dużym nosie formował się nowy imponującej wielkości pryszcz. Widać po niej było poczucie winy. Ona też liczyła pieniądze. Ród Branche d’Argent był równie starożytny co ubogi. Po zdobyciu dyplomu Kat zacznie zarabiać na własne utrzymanie; na szczęście wszystko wskazywało na to, że raczej nie będzie mieć z tym kłopotu.

Sięgnąłem do plecaka, bo co innego mogłem zrobić.

– Uzupełnijcie zapasy – odezwałem się, wyciągając garść różdżek. – Skoro nas tak hojnie obdarowano, nie zawiedźmy Gildii i wykorzystajmy zasoby jak należy.

– Dziękuję, Vince. – Uprzejmość szefowej świadczyła o jej znakomitym nastroju. – Nawet nie podejrzewasz, jak bardzo jesteś tu niezastąpiony.

* * *

Zeszliśmy z imperialnej drogi i pięliśmy się wzwyż jednym ze szlaków patrolowych, oczyszczonych przez Straż Graniczną. Wokół pleniła się wiosenna roślinność, zdradliwie piękna, bujna i zielona. Tam, gdzie sosny nie dały rady się ukorzenić, gęstwiły się jeżyny i tarnina; między nimi kwitły nieduże górskie astry i podbiały, żółte jak niedawno wyklute kurczęta. Dostrzegłem nawet ostańce przedarboriańskie, takie jak orenda i delikatne białe simbelyne; gdyby nie okoliczności, już wyciągnąłbym teczkę.

Poziom skażenia pozostawał mniej więcej stały, trafialiśmy jednak na obszary, które dawały odczyt rzędu kilkuset mikromerlinów. Ze zdwojoną uwagą odgarniałem wtedy kijem zagradzające ścieżkę gałęzie, aby nie otrzeć się o liście i nie nanieść pyłu na ubranie. Nie dostrzegliśmy ani jednego ptaka, w zaroślach panowała cisza. Zwierzęta nie wyczuwały skażenia, ale bały się pustkostworów.

Po kilku walkach Kathryn weszła w rytm, ja natomiast nieco się zmachałem. Mimo chłodu zawiązałem sweter wokół pasa, a koszula i tak kleiła się do mnie, zwłaszcza pod pachami. Balansowałem ciężarem ciała, przy ostrzejszych podejściach opierając się na kiju, tymczasem czarodziejki nadal szły równo, jakby spacerowały nadmorskim deptakiem.

Przystawaliśmy teraz często, i to nie z mojego powodu. Margueritte co jakiś czas wyjmowała przenośną magiczną kulę, aby sprawdzić zasięg strefy zero i lokalizację skażonych obszarów. W przeciwieństwie do kryształu piątej generacji, który został w domu, kula miała skromne możliwości, ale zapisano na niej obrazy, które uzyskaliśmy dzięki seansom jasnowidzenia na mocniejszym sprzęcie.

Belinde rzuciła zaklęcie ostrzegające nas o nadlatującym smoku. Przyłapani z zaskoczenia, bez rozstawionych run stabilizujących, nie mieliśmy żadnych szans, smokowi najwidoczniej jednak nie chciało się ruszyć zadu znad rozpadliny i bez przeszkód dotarliśmy na szczyt Złomianki.

Słońce znów chowało się za postrzępione chmury; dobiegała czwarta po południu.

– Po wszystkim przenocujemy tutaj. – Margueritte wskazała dużą, pokostowaną chatę na brzegu polany. Drzwi i okna zabito deskami, jednak wszędzie wokół dało się zauważyć ślady świadczące o tym, że wyprowadzka nastąpiła niedawno. Ogromne palenisko pośrodku łąki wypełniały świeże pozostałości po ognisku sygnalizacyjnym. Obok chaty piętrzył się stos drewna na opał, przykryty grubym impregnowanym płótnem. Jeszcze kilka szczap leżało wokół pieńka, w którym tkwiła wbita siekierka. Na dwupiętrowej, również pomalowanej czarnym pokostem wieży obserwacyjnej widniała flaga ściągnięta do połowy masztu.

* * *

– Architektura – wymamrotała Kathryn, spoglądając przez moją lornetkę, dwukrotnie wzmocnioną zaklęciami. – Starożytna architektura. Na Wędrowca, myślałam, że Granica jest bardziej… amorficzna.

– Nie oprzyj się czasem o balustradę – ostrzegłem.

Wieża obserwacyjna była prostą, otwartą drewnianą konstrukcją z daszkiem. Zbudowana jakieś pięćdziesiąt lat temu z bali dębowego drewna mogła jeszcze przetrzymać drugie tyle bez żadnej konserwacji. Ale byłoby naiwnością oczekiwać, że wiatr nie naniesie pyłu pod dach.

– Fraktale z czarnego szkła – szepnęła Kathryn. – Pod nimi wszystko płynie jak melasa. Czytałam dokumentację, ale się nie umywa… Meg, powiedz mi – naprawiali ją po zdarzeniach w Loranne. Jakim cudem?

– Oglądasz oryginalną barierę. Nowa znajduje się kilkadziesiąt mil dalej na północ – mruknęła Margueritte. – I wcale nie wygląda tak dobrze. Trzeba ją regularnie konserwować. Zrobili to magowie Creo, tacy jak ty, z pomocą kilku przedwojennych artefaktów. Nie nagrywaj. Jeszcze dostaniesz pełen spis rytuałów, razem ze szczegółami.

Belinde Chamomille zmarszczyła brwi.

– Czyli ta wiedza nie zginęła.

– Nie zginęła – potwierdziła szefowa. Coś w wyrazie jej twarzy sprawiło, że zjeżyły mi się włosy na karku, ale wrażenie minęło równie szybko, jak się pojawiło. – A przynajmniej nie w całości.

– Margueritte. – W głosie Belinde dało się wyczuć napięcie.

– Obydwie otrzymacie dostęp, kiedy zajdzie taka konieczność. – Meg delikatnie wyjęła lornetkę z dłoni Kat i od niechcenia zaczęła czyścić obiektyw irchą. – Cierpliwości.

Czarodziejki wymieniły spojrzenia. Belinde zacisnęła usta i lekko zmrużyła oczy. Meg westchnęła leciutko i cisnęła irchę za siebie. Kawałek miękkiej skórki, wirując na wietrze, poszybował w dół.

Daleko pod nami, między Złomianką i majaczącymi w oddali pozostałymi dwoma szczytami, rozpościerała się rozpadlina.

Tak się składało, że Dolina Złotego Węża w zamierzchłych czasach była zamieszkana, a później prawdopodobnie stała się polem bitwy, jak wiele innych miejsc w rejonie Gór Zwietrzałych. W ziemi, przysypane ściółką, porośnięte lasem, tkwiły niespodzianki sprzed siedmiuset lat. Z daleka nic na to nie wskazywało. Jeśli zostały nawet jakieś ruiny – fundamenty domów, resztki murów, na wpół zawalone kopalnie – wszystko przykrył mech, leśne runo i drzewa, a zaprawę wypłukały strumienie. O przeszłości doliny do zeszłego miesiąca świadczył tylko nieznacznie podwyższony poziom skażenia.

A później, jakby ktoś nagle przeorał ziemię gigantyczną siekierą zrobioną z czarnego ognia, przestrzeń pękła. Nie wyglądało to jak kanion, bo w kanionach przeważnie widać dno. Ani jak rzeka, chociaż unoszące się nad brzegami rozpadliny pochłaniające światło miazmaty Pustki zdawały się płynąć. W ogóle nie przypominało to niczego normalnego. Żeby dobrze opisać rozpadlinę, trzeba być poetą, a ja się nim nie czuję.

Otchłań miała ze trzy kilometry długości – pierwszy raz w życiu widziałem taką wielką. Z wieży obserwacyjnej nie udało nam się wypatrzeć duszosmoka, może gdzieś latał albo zasłaniały go opary. Za to tu i ówdzie coś się roiło na poprzewracanych, powyrywanych z korzeniami drzewach, które bez użycia lornetki przypominały leżące na polu siano.

– Nie ma go w gnieździe. – Belinde rozpostarła przed sobą iluzoryczny ekran z mapą, jedno z trudniejszych zaklęć jasnowidzących. – Ale to może nie potrwać długo, właśnie wszedł w zasięg i wraca. Słoneczka moje drogie, dziesięć minut.

– Napasł się, postraszył erlingi, zachciało mu się obsikać terytorium. – Szefowa uśmiechnęła się krzywo. – Znakomicie. Słuchajcie. Jedziemy z planem dwa zero. Wszyscy wiedzą, co mają robić.

Zaczęliśmy od trzęsienia ziemi. Dosłownie. Zjechaliśmy na przełęcz na Granitowej Apokalipsie stworzonej przez Kathryn. Wyobraźcie sobie lawinę gruzu, błota i powyrywanych drzew, przewalającą się z hukiem nad granią jak fala przyboju, i nas utrzymujących równowagę na skalnej płycie (ja na czworakach, Belinde na szpilkach), płynącej z czołem tej przepięknej katastrofy. Kamienie pryskały na wszystkie strony, wiatr szumiał nam w uszach, czarodziejki celowały wkoło różdżkami – ale żaden erling o tendencjach samobójczych nie pokwapił się w naszą stronę. Zresztą pustkostwory wolały się trzymać z dala od gniazda.

Duszosmok obudził się na Przełęczy Trzech Koron, ponieważ właśnie tam, pod skrzyżowaniem dwóch wytyczonych przez Straż górskich szlaków, znajdowały się podziemia starożytnej budowli. Jakiej, tego nikt nie wiedział, bo na powierzchni nie zachowało się prawie nic. Musiały ciągnąć się labiryntem aż do zbocza góry, i kiedy pojawiła się rozpadlina, wstrząs i przypływ energii wyrwały smoka z letargu. Pradawny konstrukt nie przejmował się szukaniem wyjścia – po prostu przebił się przez kamienne sklepienie i kilkumetrową warstwę ziemi, po czym pozostawił na przełęczy malowniczą dziurę. I zaczął robić to, do czego został stworzony – wydobywać moc Pustki, przetwarzać ją na energię dla siebie, a następnie za pomocą tejże smażyć pustkostwory na skwarki. Niekierowany przez nikogo, pogarszał tylko sytuację. Rozpadlina stopniowo się powiększała, skażenie roznosiło, a monstra różnej maści rozbiegały po okolicy.

Kamienna fala zastygła i zeskoczyliśmy z płyty na pożółkłą trawę, pokrytą kożuchem drobnego czarnego żużlu. Kosodrzewina niknęła pod warstwą substancji przypominającej smolisty śnieg. Mimo to licznik skażenia pokazywał zero. Nie cztery czy pięć mikromerlinów jak to zwykle w tle. Smok się nażarł, wypluł resztki i nie posprzątał. Gdybyśmy zbadali pył, okazałoby się, że nie różni się składem od przeciętnej hałdy odpadków hutniczych. Na samym środku czegoś, co kiedyś było urokliwą łąką, widniały wykopaliska odsłaniające mury podziemnego kompleksu lochów.

Nie zamierzaliśmy wchodzić do środka.

Belinde i Kathryn błyskawicznie poderwały się do lotu i okrążając przełęcz z dwóch stron, zaczęły rozmieszczać runy stabilizujące. Wpasowane w srebrny okrąg litery upadały na ziemię, powiększając swoją średnicę do kilkunastu cali i przekształcając się z materialnych w energetyczne, biało lśniące. Bliżej zbocza, od strony rozpadliny, Margueritte zawieszała w powietrzu zarodki fraktalnych zaklęć, które – wyzwolone pobraną z duszosmoka energią – miały posłużyć do zamknięcia rozpadliny. Tę metodę popularnie nazywano „maszyną do szycia” – była nieekonomiczna jak diabli, dlatego używało jej jedynie wojsko w wyjątkowych okolicznościach, ale za to działała niemal natychmiast. A mocy mieliśmy pod dostatkiem.

Tymczasem ja stanąłem przed dziurą w ziemi, wyeksponowany jak kaczka do odstrzału. Margueritte skończyła z fraktalami i wyciągnęła przed siebie dłonie – rękawy jej furkotały, oczy płonęły, kok rozplątał się do szczętu. Wylądowało na mnie tyle zaklęć ochronnych, jakby mnie zamknięto w automagicznym ołowianym pojemniku. Gdzieś na odrębnym planie mentalnym, znanym każdemu, kto posługuje się magią, poczułem iskrę połączenia – zarówno telepatycznego, jak i magicznego. Nasze kanały energetyczne bezpośrednio się stykały. Wiem, że to się musi wam kojarzyć z seksem, ale przetwarzanie wcale go nie przypomina. Podobnie czuje się twórca, gdy podczas pracy wpada w trans, albo wynalazca, który właśnie doznał olśnienia. Każdy, kto dłubie, tworzy, buduje, rzeźbi i czerpie przyjemność z tego, co robi, choćby to były krzesła i stoły, przynajmniej raz w życiu przeżył taki stan. Kiedy posługujesz się mocą magiczną, dotykasz kosmosu.

Wspólne przetwarzanie może przypominać śpiew w chórze, grę w zespole muzycznym albo taniec synchroniczny, tyle że na poziomie mentalnym. Gdyby połączyć w szeregu kilka magicznych kul i obdarzyć je świadomością (hipotetycznie – tego na szczęście nikt jeszcze nie potrafi zrobić), zapewne czułyby to samo.

Po chwili Belinde i Kathryn skontaktowały się ze mną w myślach. Nie dołączyły się do przetwarzania – miały dość roboty przy utrzymywaniu run. Czarodziejki zamaskowały swoją obecność i chociaż taki był plan, jako przynęta poczułem się bardzo nieswojo. Zapanowała cisza. Na kilka sekund – albo minut, sam nie wiem – czas stanął w miejscu. Wzburzony przez nas pył z powrotem osiadał na trawie. Pojedynczy kamień stoczył się z zastygłej lawiny. Tok, tok, tok.

A potem gorący podmuch wiatru przygiął nas do ziemi i pył znów zawirował w powietrzu. Od strony rozpadliny, ciężko uderzając skrzydłami, nadlatywał duszosmok, spadek po czarodziejach, którzy rozdarli świat, niepospolity skurczybyk rozmiarów serpentozaura, z paszczą niczym składany dom i ogonem długim jak Saga o Glorionie, cały pokryty półprzezroczystymi, opalizującymi łuskami.

„Uwaga” – telepatycznie zasygnalizowała Belinde i prawie równocześnie smok rzygnął plazmą. Z tyłu głowy czułem, jak Meg podtrzymuje wszystkie ochronne tarcze, ale moja podświadomość stwierdziła, że już po mnie. Gdy rozżarzona, skoncentrowana energia ześliznęła się po bańce zaklęć, straciłem równowagę i gwałtownie usiadłem; na szczęście w porę osłoniłem oczy.

„Meg! On we mnie zionie!”

„Uspokój się! – Szefowa sprzedała mi telepatyczny kopniak. – Wszystko idzie zgodnie z planem. Wdech, wydech!”.

„Ale on zionie we mnie!”

„Króliczki kicają, ptaszki śpiewają, a smoki zioną! Przekazuję ci mapę energii. Łap”.

Mało się nie zesrałem. Pod względem energetycznym smok wyglądał jeszcze bardziej przerażająco niż normalnie. Smokokształtny, rozjarzony mocą wzór, który zobaczyłem za pośrednictwem Meg, przesłaniał niebo i świadomość, tłumił zdolność koncentracji na czymkolwiek innym. Gdy skrzydła duszosmoka się poruszały, zostawał za nimi ślad energii, tak jak płomienie ciągną się za żagwiami, którymi bawią się uliczni tancerze ognia. Po chwili odzyskałem rezon w dostatecznym stopniu, aby dostrzec kilka szczegółów. Duszosmok nie mógł ruszyć się z miejsca. Delikatna złota siateczka zaklęć zakotwiczonych w kręgu run osłabiała jego furię i nie pozwalała mu odlecieć. Oczywiście było to nietrwałe rozwiązanie. Dzięki temu, że nie skupialiśmy się na ofensywnej magii, Kathryn i Belinde mogły przygwoździć go lepiej, niż pierwotnie zakładaliśmy – ale i tak czas nam uciekał.

Poza tym bardzo dokładnie widziałem, skąd smok czerpie moc. Od jego skrzydeł, głowy i grzbietu ciągnęły się pulsujące, obsydianowo czarne nici, które niknęły gdzieś w oddali, jak wnioskowałem – w rozpadlinie. Gdybym podłączył się do jednej z nich, zostałbym natychmiast napiętnowany. Co dziwne, przez ułamek sekundy zdawało mi się, że rozumiem, w jaki sposób smok rozplata i uzdatnia energię, ale gdy zacząłem się zastanawiać nad tym odkryciem, rozmyło się jak pijackie rojenia.

Margueritte rzucała Wyssanie Magii. Nie widziałem, jak to robi, ale bardzo wyraźnie odczuwałem przepływ mocy. Tam, gdzie smok powinien mieć serce, ukorzeniło się coś na kształt powrozu ze światła. Z drugiej strony sznur kończył się w rękach Meg.

„Teraz uważaj. Chwyć go i za żadne skarby nie puszczaj. Całą energię przekazuj mnie i pamiętaj, pracuj na maksimum swoich możliwości. Tylko w ten sposób będziemy pobierać z niego moc szybciej, niż on karmi się Pustką”.

Koniec sznura dosłownie wpadł mi w ręce. Energia wpłynęła we mnie z impetem wodospadu. Meg nie musiała się martwić, że będę się oszczędzał – nie potrafiłem. Ciśnienie prawie rozsadziło mi kanały energetyczne, ale zacisnąłem zęby i wytrzymałem.

Kilka razy w życiu myślałem, że osiągnąłem limit przetwarzania mocy. Myliłem się. Znajdował się on sporo ponad granicą tego, co wytyczono podczas testu, ale i tak moc wypchała mnie po brzegi; pomyślałem, że tak właśnie musi się czuć człowiek poddawany torturze wodnej. Chociaż nie, ten ból nie przypominał żadnego ze znanych mi fizycznych wrażeń. Energia napierała na moją jaźń, grożąc, że ją stłamsi, rozmyje, porwie z nurtem. Nie miałem innego wyboru – przekazywałem ją dalej. A Meg, korzystając ze swoich i moich możliwości, upychała ją we fraktale.

I wtedy stało się coś, czego żadne z nas nie przewidziało.

Pod moją czaszką rozdzwonił się ogłuszający mentalny przekaz. Duszosmok przemówił.

„A zatem przybyłeś, o Wielki Magu. Czy oto swą schedę objąć pragniesz? Czy wypełnisz los, do któregom stworzony został, i pójdziesz wrogów twych w pył rozgromić?”.

„Meg…”.

„Sądzi, że jesteś magiem, bo przetwarzasz”.

„Wiem, ale dlaczego on jest zaprogramowany na patos?”.

„Ja myślałam, że będę cię podnosić Zdalną Kontrolą Umysłu, a ty sobie dowcipkujesz”.

„Albo to, albo się posikam”.

„Lej, ile chcesz, tylko nie przestawaj pobierać mocy!”.

Słusznie mnie upomniała. Utrzymywanie połączenia z zaklęciem Wyssania Magii stawało się coraz trudniejsze. Kanały energetyczne, wypełnione po brzegi, zaczynały parzyć mnie od środka. Omal nie wypuściłem powrozu z rąk, gdy smok przemówił po raz drugi.

„Co czynisz, Wielki Magu? Żyję, aby tobie służyć, aby twój rozkaz spełniać. Czemuż rozplatasz osnowę, która więzi mą duszę? Jakimże czynem pochopnym byłem cię uraziłem?”.

Zmusiłem się, żeby odpowiedzieć. Półświadomie czułem, że cały dygocę.

„Zaprawdę, smoku, obraziłeś mię wielce. Jesteś… starożytny… e… przestarzały. Zdecydowałem, że najlepiej będzie przeznaczyć cię na złom”.

„Skoro taka jest twa wola, Wielki Magu, poddaję się jej z pokorą” – zagrzmiał smok.

I, skurczybyk jeden, zwiększył przepływ energii.

Dałbym sobie radę, przysięgam, gdybym tylko miał trochę więcej doświadczenia, sam utrzymałbym kontakt. Ale tak się składa, że nie uprawiam zawodowo walki ze smokami. Wyssanie Magii już wymykało mi się z rąk i umysłu, gdy nagle poczułem, jak Meg i Belinde dołączają do mnie. Ciśnienie zeszło do znośnego poziomu, ale nadal przetwarzałem wypełniony energią do limitu. Obydwie czarodziejki były zajęte podtrzymywaniem innych zaklęć, toteż nie mogły mnie bardziej odciążyć. Jednak stabilizowały mnie do tego stopnia, że właściwie nie musiałem nic robić – wystarczyło pozwolić, aby energia płynęła.

„On się poddał – zasygnalizowałem słabo. – Patrzcie. Możecie odpuścić… tego tam… i jeszcze mi pomóc…”.

„Chłopak ma rację” – wtrąciła Belle.

„Ani mi się waż! – odpowiedziała ostro Meg. – Kto cię uczył ufać uszkodzonym przedwojennym artefaktom? Vince da sobie radę. Trzymajcie się – wszystkie fraktale działają, teraz Zaklęcie Marnotrawstwa”.

Ledwo odczułem zmianę. Zaklęcie, oparte na Kuli Światła, miało niewielką moc w porównaniu ze wszystkim, co czarodziejki rzuciły do tej pory. Ale zdawałem sobie sprawę, że w powietrze strzeliła właśnie iluminacja lepsza niż noworoczne fajerwerki w Avalonie, słup światła widoczny na wiele mil stąd. Moc przesycała mnie, wypełniała, prażyła od środka, ale nadal przetwarzałem. I nie miałem pojęcia, ile to trwało, zanim smokokształtny wzór zaczął blednąć i zanikać. Wstrząsnęło mną, gdy zrozumiałem, że zaraz zetkniemy się z nićmi, którymi smok łączył się z rozpadliną. Chciałem zerwać kontakt, ale nie mogłem. Zacząłem wrzeszczeć – mentalnie i na głos, kiedy pulsujące, pochłaniające światło żyły przybliżały się do mnie z drapieżną prędkością. W ostatniej chwili poczułem, że Margueritte zdecydowanym cięciem niszczy połączenie. Westchnąłem i zamknąłem oczy.

A później były już tylko cisza i ciemność.

* * *

Siedziałem na ławeczce z żółto prążkowanego marmuru. Kamień był chłodny w dotyku, lecz jednocześnie pozbawiony substancji, jakby wycięto go z gęstej chmury. Z identycznego materiału wykonano płyty na dziedzińcu, pośrodku którego tryskała fontanna. Zdobiąca ją rzeźba przedstawiała stworzenie, jakiego nie widziałem nigdy wcześniej – przypominało poprzecznie żebrowaną rybę wygiętą w kształt litery S, z długim, śmiesznym ryjkiem zamiast pyska.

Dookoła placu świat ginął w nieprzeniknionej mgle.

Na cembrowinie fontanny siedziała młodziutka dziewczyna o włosach zielonych jak wiosenna trawa, ubrana w długie białe giezło. Miała doskonałą figurę, harmonijne rysy twarzy i na pierwszy rzut oka wydawała się piękna. Gdy jednak zacząłem się jej uważnie przyglądać, odniosłem wrażenie, że jest w niej coś odpychającego. Nie umiałem określić dlaczego. Miała doskonale gładką skórę, idealne proporcje, żadnych worków pod oczami, żadnych zmarszczek… a jednak kiedy pozdrowiła mnie skinieniem głowy i uśmiechem, z trudem opanowałem chęć ucieczki. Wszystko w jej gestach i mimice budziło we mnie lęk i obrzydzenie. Nie wiedziałem, z czym mam do czynienia, ale jedno nie ulegało wątpliwości – to nie był człowiek.

Dziewczyna westchnęła, widząc moją reakcję.

– Nie obawiaj się, Magu. Jeżeli z trudem znosisz mój widok, odwróć wzrok. Nie urazisz mnie. Wiem, że moi twórcy popełnili błąd, powołując na świat istotę zbyt podobną do ludzi i równocześnie zanadto od nich różną. Nazywam się Skuld i znano mnie także jako Trzecią Wyrocznię. Cieszę się, że wreszcie udało mi się do ciebie dotrzeć.

Mówiła z akcentem, który przypomniał mi duszosmoka, i też z nieznośnym patosem. Zaraz…

– Śnisz mi się.

– Istotnie. Tak najłatwiej do ciebie dotrzeć.

– Mam trzydzieści siedem lat i śnię nastoletnią fantazję o pięknej, aczkolwiek nieco niesamowitej dziewoi, która prosi mnie, Wielkiego Maga, niech zgadnę – o uratowanie świata od zagłady? Masz pojęcie, jakie to krępujące? Na Pustkę, chyba ostatnio za często walczę ze smokami.

– Przecież jesteś Magiem. Doprowadziła mnie do ciebie energia, którą przetworzyłeś.

– Ale… – westchnąłem. – Słuchaj, to nie ja. Mnie tylko użyto jak… jak soczewki w tym całym rytuale. Magiem, którego poszukujesz, jest moja szefowa Margueritte. To ona wszystko zaplanowała, do spółki ze swoją przyjaciółką Belinde. Jeśli ktoś jest twoją jedyną nadzieją, to właśnie te dwie panie. A teraz idź się śnić komuś bardziej odpowiedniemu. Albo chociaż młodszemu.

W oczach Skuld błysnął gniew.

– Nie wyrażasz się zbyt uprzejmie.

– Przyśniłaś mi się. Jesteś wytworem tego fragmentu mojej wyobraźni, który zmarł z żenady wiele lat temu, a ja osobiście i bardzo starannie zakopałem go w ogródku. Takie wskrzeszenia zwiastują kryzys wieku średniego, którego jeszcze nie mam zamiaru przechodzić. Nie chcę zachowywać się uprzejmie.

Dziewczyna wstała, opierając dłoń o cembrowinę. Zmarszczyła zielone brwi.

– Trudno mi zrozumieć twe słowa i śledzić twe myśli, Magu…

– A nie powinno. Bo widzisz, tak naprawdę znajdujesz się tutaj. – Wskazałem na swoje czoło.

– Skoro twierdzisz, że nastąpiła pomyłka, czy mógłbyś wskazać mi te dwie persony?

– Ależ proszę.

Wyobraziłem sobie Meg i Belinde. Na dziedzińcu uformowały się dwie kobiece postacie, ustawione plecami do siebie w pozie, która wskazywała, że zaraz zaczną ciskać ofensywne zaklęcia. Wyglądały nieco karykaturalnie, ponieważ mój umysł wyolbrzymił ich charakterystyczne cechy. Twarze kobiet przypominały satyryczne portrety, jakie czasem pojawiają się na kartach „Ekspresu Avalońskiego”, włosy Margueritte piętrzyły się wysoko jak tort weselny, natomiast biust Belinde…

– Przepraszam. Sama widzisz, że moja podświadomość jest nieco krnąbrna.

– Nie ma za co. Właśnie tak ludzie zapamiętują się nawzajem. Ci, których umysły zbyt dokładnie odzwierciedlają rzeczywistość, mają trudności z rozpoznawaniem swoich bliźnich.

Zupełnie jak Kathryn. Ciekawe. Na pewno kiedyś o tym czytałem, potem zapomniałem i teraz pouczałem sam siebie.

– Dziękuję za anegdotę. A teraz wybacz, Wyrocznio, ale naprawdę chciałbym się już obudzić.

* * *

I tak oto historia zatoczyła koło. Przebudziwszy się, dokonałem dwóch ważnych odkryć. Po pierwsze, znajdowałem się w Srebrnej Gęsi, w łóżku wynajętym za własne ciężko zarobione pieniądze. Kojący dotyk miękkiej pościeli i ciepły, lekko dymny zapach perfum Amandine skłaniały do przypuszczenia, że cała wyprawa była tylko snem, tak samo jak rojenia o pradawnych Wyroczniach. To znaczy skłaniałyby, gdyby nie drugie odkrycie: dręczyła mnie migrena stulecia. Rzadko cierpię na ból głowy, muszę się bardzo postarać, żeby dostać kaca, a migrenę rozpoznałem tylko dlatego, że Amandine wielokrotnie opisywała mi jej objawy.

Dostałem przeciwbólowy napar i wysłuchałem wykładu na temat ryzyka, jakiego się podjąłem na życzenie szefowej, przytoczonego zresztą na początku niniejszej opowieści. Tak, przyznaję się – nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie miałem w zanadrzu dobrych argumentów. Zwyczajnie stchórzyłem, i chociaż głowę rozsadzało mi od środka, jak najszybciej udałem się do pracy.

Margueritte dała mi wolne. Wykazała nawet coś na kształt troski, chociaż nie jestem pewien, czy po prostu nie sprawdzała stanu inwentarza. Przyjrzała się moim źrenicom, zbadała puls i bardzo ostrożnie dotknęła kanałów energetycznych; myślałem, że się zwinę z bólu. Potem zabroniła mi brać eliksirów uzdatnianych magią i robić cokolwiek związanego z mocą. Składany dom miał zapasową baterię; nawet gdyby Meg zapomniała o nasyceniu run, powinien potrzymać kilka dni. Przy okazji, o ile to miało jakieś znaczenie, dowiedziałem się, że do Ombre przetransportowano mnie drogą powietrzną, a mój ekwipunek i odzież trafiły do dekontaminacji.

Z braku zajęć zadomowiłem się więc w miejscowym pubie. Był całkiem przyjemny jak na takie zadupie, ciemny i chłodny, ze stołem do gry w krążki, tablicą do rzutek i własnym browarem na zapleczu, którego produktów nie zamierzałem kosztować w moim obecnym stanie – lokale tej klasy nie miewały automagicznych lodówek. Opierałem więc łokcie o kontuar baru, a przede mną stał niedopity kufel dobrego avalońskiego stoutu. Sądziłem, że mi pomoże, ale nic z tego – wciąż się zastanawiałem, czy pić dalej, czy może lepiej pójść do łazienki i zwrócić to, co już znalazło się w moim żołądku.

Powoli do mnie docierało, że przetworzyłem niemal całego duszosmoka. Sam. Prawie samodzielnie. Zamierzałem to sobie powtarzać aż do znudzenia. Amandine się myliła, nikt mnie do niczego nie zmuszał. Potrafiłem. Umiałem. I starożytny potwór nazwał mnie Wielkim Magiem. Przejdę na emeryturę jako spełniony człowiek, a tę historię opowiem jeszcze z pięćdziesiąt razy moim dzieciom, aż zaczną mnie uważać za upierdliwego zgreda.

Drzwi pubu zaskrzypiały. Mimochodem obejrzałem się przez ramię. Do lokalu, ciężko sapiąc, wtoczył się Randall Hardy. Otarł kapeluszem pot z czoła, rozejrzał się wkoło i skupił wzrok na mnie. Pozdrowiłem go skinieniem głowy; bezzwłocznie skierował się w stronę kontuaru.

– Pani de Breville powiedziała, że mogę tutaj pana znaleźć. – Burmistrz z pewnym trudem umościł wielki tyłek na stołku barowym. – Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem.

Zamrugałem i zerknąłem na kufel stoutu.

– Oczywiście mówię o rozwiązaniu naszego problemu. Niesamowite! Proszę sobie wyobrazić, że jedna z krów starego Magnusa ze strachu ocieliła się przed czasem. Bardzo się cieszę, że smok był tak daleko. Na pewno zorganizujemy fajerwerki w rocznicę, ale ma się rozumieć, że nie będą się umywać do oryginału. Tak się zastanawiałem, jeśli nie ma pan nic przeciwko…

– Zamieniam się w słuch.

– Chciałbym się dowiedzieć, jak tam było. Młody William Shackles napisze scenariusz, pani Wade ma córki w szkole aktorskiej…

Rozmasowałem prawą skroń.

– Że co?! Przepraszam. Zaskoczył mnie pan.

Randall uśmiechnął się chytrze.

– Rozmawiałem ze Strażą. Okolice mostu będą niedostępne dla turystów jeszcze przez wiele miesięcy. Najdalsza atrakcja, jaką możemy uruchomić w zimie, to Poziomkowa Górka. A zarabiać trzeba. Nie chciałem zawracać głowy szlachetnym paniom czarodziejkom, więc sam pan rozumie.

– Hm… – Spojrzałem w kufel. – I wszystko, co powiem, zostanie wykorzystane przeciwko mnie? Bez urazy, ale każda sztuka o mojej szefowej musi się wpasować w pewien schemat. Publiczność przywykła.

– Ach, jestem pewien, że to samo dotyczy lady de Breville – rzekł burmistrz niefrasobliwie. – Interesuje mnie zwłaszcza jeden szczegół. Lady Verd twierdzi, że to pan w dużej mierze pokonał smoka.

Przyjrzałem mu się. Wyraźnie do czegoś dążył.

– A, to. Jako jedyny uczestnik wyprawy, który nie potrafi czynnie rzucać zaklęć, zostałem soczewką rytuału. Proszę sobie nie wyobrażać, że załatwiłbym coś takiego na własną rękę…

– Oczywiście. Ja się trochę znam na magii, przecież pan wie. – Burmistrz mrugnął. – Ale to musiało wymagać pewnej odwagi, nieprawdaż?

– Hm… Skoro tak pan to ujmuje…

– Billy twierdzi, że nie boi się pan skażenia.

– Potrafię wyliczyć bezpieczną dawkę, zwłaszcza z dobrym detektorem pod ręką. – Wzruszyłem ramionami. – Trzeba się bać, kiedy jest czego.

– Walczył pan z pustkostworami?

– Kilka z nich oberwało po głowie. – Nadal nie byłem pewien, dokąd zmierza ta rozmowa. – Oczywiście większość przejęły na siebie czarodziejki.

– Naturalnie. Czy mogę wiedzieć, jeśli to nie tajemnica, ile wynosi pański zasób mocy?

Olśniło mnie. Powinienem się zorientować już wcześniej, ale właściwe skojarzenia docierały dziś do mnie z opóźnieniem. Chciał mi zaproponować pracę.

– Mniej więcej dwadzieścia pięć kwantów dziennie – odparłem. – Dlaczego pan pyta?

– Niewiele, ale na eliksiry obleci… – mruknął pan Hardy. – Będę szczery. Wiem, że pański kontrakt kończy się za osiem miesięcy. Mamy w Ombre wakat na stanowisku miejskiej czarownicy i niedawno uzyskałem etat od Głównego Urzędu Energetyki w Avalonie. W zwykłych warunkach musiałbym zadowolić się wyborem spośród setki dzieciaków, które przez całe życie tkwiły za stołem alchemicznym i nigdy nie widziały krowy, a co dopiero erlinga. A tu jest Granica, tu trzeba mieć – burmistrz zarechotał – jaja. Umie pan walczyć. Bernie ze Srebrnej Gęsi codziennie ogląda pana na podwórzu. Uprawia pan zioła i zbiera je w terenie, a nie kupuje w sklepie. Potrafiłby pan współpracować ze Strażą i założę się, że jeśli znajdą ciekawy artefakt, nie będziemy potrzebowali czarodzieja, żeby go zidentyfikować i wycenić. Przykro by było, gdyby takie umiejętności marnowały się w sklepiku zielarskim gdzieś na przedmieściach Avalonu.

Nerwowo zastukałem palcami o kufel. Skoro (zapewne) nieoceniony Bernie ze Srebrnej Gęsi nie tylko poinformował, kiedy kończy się mój kontrakt, lecz także opowiedział, że pragnę odpoczynku na emeryturze, dlaczego burmistrz oferował mi robotę, która bynajmniej na spokojną nie wyglądała?

I właściwie dlaczego ta oferta tak bardzo przypadła mi do gustu?

– Jestem zaszczycony propozycją – odparłem. – I na pewno ją przemyślę. Ostateczną decyzję podejmiemy jednak wspólnie z Amandine.

– Proszę ją przekonać. Tu są wspaniałe plenery. – W oczach burmistrza pojawił się błysk. – Na wernisaże można dojeżdżać do stolicy. Można wręcz tutaj robić wernisaże, arystokraci będą zachwyceni rustykalnym urokiem naszego miasta. Pan Peacock zna się na oświetleniu i potrafi wybudować pracownię pierwsza klasa.

Tę właśnie chwilę wybrało sobie piwo, aby mnie powiadomić, że chciałoby wracać. Dotąd powstrzymywałem się, uprzejmym uśmiechem maskując walkę toczącą się w moim żołądku. Nastąpiło milczenie, które w innych okolicznościach mogłoby się stać niezręczne, ale pan Hardy nabierał już oddechu, aby kontynuować roztaczanie wspaniałych wizji przyszłości miasteczka. Uratował mnie odgłos skrzypiących drzwi. Kolejny gość wmaszerował do pubu.

Był to łasicowaty mężczyzna niewielkiego wzrostu, wystrojony jak na popołudniową herbatkę w domu księżnej. Czarny surdut i szmaragdowa kamizelka z jedwabiu Penglai dodawały nieco powagi jego mikrej posturze, ale żadna, nawet najbardziej szykowna mucha nie mogłaby zamaskować cofniętej dolnej szczęki i podbródka zlewającego się z szyją. Nieznajomy podreptał w naszą stronę, błyskając krzywymi zębami i kiwając głową, jakby był ruchomą automagiczną figurką. I wtedy zaczęło mi świtać, że gdzieś już go widziałem; musiał pracować dla Gildii, ale chyba nie był magiem, już prędzej asystentem albo jednym z urzędników.

– Serdecznie witam pana Hardy'ego i pana, panie Thorpe. Cóż za spotkanie, z trudnością pana rozpoznaję po tylu latach. – Wyciągnął dłoń kolejno do burmistrza i do mnie. – Może mnie pan pamięta? René d’Ange, licencjonowany technik magii, obecnie Pełnomocnik do Spraw Alokacji Talentów, Wydział Nauczania w Gildii Magów w Avalonie.

Jak przez mgłę przypomniałem sobie drobnego chłopaka, który przyszedł na testy tego samego dnia co ja. Pamiętałem, że odniósł słodko-gorzki sukces – jego potencjał wystarczył zaledwie do połowicznej aktywacji Źródła. Razem czekaliśmy w Ogrodach Edenu. Z każdym upływającym dniem nienawidził mnie coraz mniej, a gdy wreszcie mnie wyrzucono, nie szczędził mi współczucia.

– Miło mi pana ponownie spotkać. – Żołądek chwilowo się uspokoił, mogłem bez przeszkód się odezwać. – Co sprowadza pana do Ombre?

– Pozwoli pan, że od razu przejdę do rzeczy. – René wyłożył na kontuar swoją teczkę, nie bacząc na krzywe spojrzenie barmana. – Ot, to to. – Wygrzebał ze środka zeszyt z podkładką do notowania, wieczne pióro i nieduży aparacik w obudowie z zielonej blaszki. – Zajmę panu zaledwie kilka minut, panie Thorpe, to czysta formalność dla Gildii, i od razu wróci pan do swoich… – Zerknął na kufel niedopitego stoutu. – Codziennych zajęć.

– Chwileczkę – odezwał się barman. – Żadnego sprzętu do nagrywania w mojej knajpie.

– Szanowny panie, potrzebuję jedynie krótkiego nagrania głosu pana Thorpe’a w celu uwiarygodnienia wywiadu personalnego, ot, urzędnicze procedury Gildii. – Człowieczek uśmiechnął się rozbrajająco i wyciągnął w stronę barmana dwustudenarówkę. – Poproszę Złoty Kwiat, o, tamtą flaszeczkę, na wynos. Nie pijam w pracy. – René rzucił mi przelotne spojrzenie i znów zwrócił się do barmana: – Proszę zachować resztę.

– Swobodnie pan sobie poczyna – mruknąłem.

– O ile mi wiadomo, ten dżentelmen za kontuarem jest prywatnym przedsiębiorcą i nie ma nic wspólnego z tutejszym aparatem urzędniczym, a zatem to nic zdrożnego zadbać o jego dochód – odparł gładko pan d’Ange. – Nieprawdaż, panie Hardy?

Burmistrz Randall z niesmakiem malującym się na twarzy wcisnął kapelusz na głowę.

– Zawsze byłem życzliwy Gildii i co do joty przestrzegam wszystkich procedur w tym mieście, panie d’Ange. No już, nie przeszkadzam panom. Porozmawiamy później, panie Thorpe. – Powiedziawszy to, zwlókł się ze stołka, a grawitacja wycisnęła z jego płuc głośne sapnięcie. Urzędnik Gildii obserwował go, dopóki nie zamknęły się drzwi, a potem, skubaniec, wcisnął guzik na aparaciku.

– Nie ma pan nic przeciwko?

– Panie d’Ange. – Nie dałem rady ukryć irytacji. – Uświadomię pana, że wziąłem dzisiaj wolny dzień. Wczorajsza misja, o której powinien pan wiedzieć, zakończyła się powodzeniem. Zgodnie z procedurami nie musimy dostarczyć raportu natychmiast po wykonaniu zadania, więc proszę jak najszybciej wyjaśnić, jaką pan ma do mnie sprawę, i nie zawracać… – Zerknąłem na aparat. – I tyle.