Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Assassin's Creed: Origins. Pustynna przysięga ebook

Oliver Bowden  

3.46153846153846 (13)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 381 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Assassin's Creed: Origins. Pustynna przysięga - Oliver Bowden

Oficjalny prequel Assassin’s Creed® Origins

Na długo przed wydarzeniami przedstawionymi w Assassin’s Creed® Origins Bayek złożył przysięgę.

Rok 70 p.n.e. Po egipskiej ziemi krąży bezwzględny zabójca. Jego misją jest odnaleźć i wyplenić ostatnich Medżajów – członków starożytnej organizacji opartej na więzach krwi.

Ze spokojnego miasteczka Siwy wyjeżdża nagle jego opiekun, pozostawiając swojego nastoletniego syna Bayeka z pytaniami o własną przyszłość i przeczuciami celu, który ma osiągnąć. W pogoni za odpowiedziami chłopak wyrusza w podróż brzegiem Nilu przez tonący w chaosie Egipt i stawia czoła niebezpieczeństwom i intrygom stanowiącym chleb powszedni Medżajów.

Opinie o ebooku Assassin's Creed: Origins. Pustynna przysięga - Oliver Bowden

Fragment ebooka Assassin's Creed: Origins. Pustynna przysięga - Oliver Bowden

Tytuł oryginału Assassin’s Creed® Origins. Desert Oath

First published in 2017

Penguin Books is part of the Penguin Random House group of companies whose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

Copyright © 2017 Ubisoft Entertainment. All Rights Reserved.

Assassin’s Creed, Ubisoft and the Ubisoft logo are registered or unregistered trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.

The moral right of the author has been asserted.

Przekład Michał Jóźwiak

Redakcja i korekta Dominika Rychel, Marcin Piątek

Skład Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2017Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-65743-91-6

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

CZĘŚĆ I

1

Pustynnego krajobrazu nie zakłócało nic poza chatką łowczego, która wyrastała z horyzontu niczym spróchniały ząb. Nada się, uznał Emsaf. Podjechał do schronienia, uwiązał konia w jego cieniu, po czym wszedł do chłodnego wnętrza, wdzięczny za grube gliniane ściany, chroniące przed najgorszym nawet upałem.

W środku zdjął nakrycie głowy i rozejrzał się. Miejsce nie było urządzone, pachniało stęchlizną. Z pewnością nie chciałby w nim siedzieć zbyt długo, ale doskonale nadawało się do tego, co planował.

A planował zabójstwo.

Odłożył na ziemię swój łuk i jedną strzałę wyciągniętą z kołczanu, a następnie poświęcił uwagę okienku, z którego rozciągał się widok na pokrytą piaskiem równinę. Mrużąc oczy, wyjrzał przez nie pod różnymi kątami, najpierw na stojąco, potem klęcząc na jednym kolanie. Na koniec sięgnął po łuk, nałożył strzałę na cięciwę i próbnie złożył się do strzału.

Zadowolony ze swoich przygotowań, odłożył broń na ziemię. Zjadł resztę melona, którego nabył na rynku w Ipu, i usiadł wygodnie. Pozostało mu czekać, aż jego cel się pojawi.

Brak zajęcia sprawił, że Emsaf wrócił myślami do rodziny, którą – powodowany listem przysłanym do niego z Dżerti – zostawił w Hebenu. Treść listu zaniepokoiła Emsafa tak bardzo, że z miejsca zaczął się pakować.

Swojej żonie i synowi powiedział tylko tyle, że ma zadanie do wykonania: „Takie, które nie może czekać. Wrócę najszybciej, jak będę w stanie. Obiecuję”.

Wyjaśnił Merti, że nie będzie go kilka tygodni, może nawet miesięcy, i że w międzyczasie będzie musiała sama obsadzić i udeptać ich pola. Ebemu, który miał ledwie siedem lat, zlecił opiekę nad gęsiami i kaczkami, a następnie wymógł na nim obietnicę, że pomoże matce przy bydle i świniach. Nie wątpił, że syn zrobi to, o co go prosił, bo był chłopcem o dobrym sercu, oddanym rodzicom i sumiennie wykonującym swoje obowiązki.

Merti i Ebe żegnali się z Emsafem ze łzami w oczach, on sam też z ciężkim sercem dosiadał konia, z ledwością zachowując niewzruszoną postawę.

– Oczekuję, że zaopiekujesz się matką, synu – nakazał Ebemu, udając, że strzepuje pyłek z powieki.

– Oczywiście, tato – odpowiedział Ebe. Jego dolna warga drżała.

Emsaf i Merti wymienili krzywe uśmiechy. Wiedzieli, że ten dzień może nadejść, ale i tak nie potrafili się z tym pogodzić.

– Pomódlcie się za mnie. Poproście bogów, żeby mieli mnie w opiece, aż wrócę – poprosił Emsaf, po czym obrócił konia i ruszył w kierunku południowo-zachodnim, tylko raz oglądając się za siebie. Żona i syn patrzyli, jak odjeżdża. Przepełniał go ból, jakby otrzymał cios nożem w serce.

Obliczył, że droga z północnej części Hebenu do celu zajmie mu dwanaście dni. Zabrał tylko najbardziej potrzebne rzeczy i podróżował nocą, wyznaczając kierunek na podstawie księżyca i gwiazd. Za dnia pozwalał koniowi odpoczywać, a sam spał, kryjąc się przed podstępnym, palącym słońcem w cieniu terpentynowców albo w napotkanych szopach.

Pewnego wieczora wstał jeszcze przed zachodem słońca i wprawnym okiem przyjrzał się horyzontowi. Jego uwagę przyciągnęła ledwie zauważalna nieprawidłowość w rozedrganym gorącym powietrzu, którego fale przykrywały horyzont niczym warstwy mułu. Zanotował to w pamięci i postanowił następnego dnia upewnić się, że nie ma powodu do niepokoju. Zadbał, żeby wstać ponownie o tej samej godzinie, i potwierdził, że niestety, w pasie światła rozciągającym się w poprzek horyzontu, w tym samym miejscu, co poprzednio, widać ciemną kropkę. Niewątpliwie był śledzony. Co gorsza, przez kogoś, kto znał się na rzeczy i podążał za swoim celem w stałej odległości.

Musiał potwierdzić swoją teorię, chociaż w ten sposób mógł zdradzić osobie, która go ścigała, że ją zauważył. Zwolnił tempo. Plamka wśród fal gorąca na horyzoncie pozostała tej samej wielkości. Następnego dnia podróżował w palącym słońcu, a wieczorem dostrzegł, że jego cień najwyraźniej zrobił to samo. Innej nocy puścił się galopem, wyciskając z konia wszystko, na co mógł sobie pozwolić. Ktokolwiek go tropił, poszedł w jego ślady.

Emsaf znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Musiał na pewien czas porzucić misję i rozprawić się z ogonem. Zadawał sobie pytanie, w którym momencie śledząca go postać wpadła na jego trop. Emsaf był doświadczonym zwiadowcą i zachowywał wszelkie środki ostrożności.

Dobrze, stwierdził. Przemyślmy to. Dostrzegł swój cień piątego dnia podróży, co go cieszyło, bo oznaczało, że póki będzie się trzymał z dala od domu, Merti i Ebemu nic nie grozi. Teraz potrzebował sposobu, by nakłonić osobę, która za nim podążała, do ujawnienia się.

Niedaleko Ipu Emsaf natrafił na osadę. Kupcy rozstawili w niej stragany, z których sprzedawali licznym podróżnym oliwy, tkaniny oraz soczewicę i fasolę w wysokich słojach. Emsafowi udało się znaleźć mężczyznę, który zmierzał w stronę Teb, i zapłacił mu za dostarczenie wiadomości, zapewniając, że adresat dodatkowo go wynagrodzi. Nabył też prowiant, ale nie chciał zostawać wśród ludzi dłużej niż to konieczne. Na widok mijających go rolników i wołów przypominał sobie o Merti i Ebem i poczuł ukłucie tęsknoty za domem. Niedługo później przeprawił się przez Nil na Pustynię Zachodnią i zaczął planować kolejne posunięcie. Miał nadzieję podpuścić swojego prześladowcę.

Dwie noce później, przemierzając pustynną równinę, napotkał chatkę łowczego. Doszedł do wniosku, że to idealne miejsce na zasadzkę.

Tak jak przewidział, po pewnym czasie jego cel pojawił się w zasięgu wzroku – samotny jeździec, coraz wyraźniej odcinający się na tle rozmytego horyzontu. Emsaf podziękował bogom za słońce za plecami, nałożył strzałę na cięciwę i skierował ją w stronę postaci na koniu. Zwrócił uwagę na znajomą już mu pelerynę i na umaszczenie konia.

Naszedł czas.

Emsaf wziął głęboki oddech, nie spuszczając celu z oka. Naciągnął łuk i trzymał go w tej pozycji przez dłuższą chwilę. Za długą – odniósł wrażenie. Musi wypuścić strzałę, zanim jego mięśnie zaczną drżeć z wysiłku i pojawi się niebezpieczeństwo, że nie trafi. Musi to skończyć tu i teraz.

Rozwarł palce prawej dłoni.

Strzała dosięgnęła celu. Jeździec, którego wciąż dzielił od Emsafa spory dystans, zwalił się z wierzchowca, wzbijając w powietrze chmurę piachu i pyłu. Emsaf nałożył kolejną strzałę i ponownie naciągnął łuk, na wypadek, gdyby spoczywający na ziemi człowiek dał oznaki życia.

Nie dał.

2

Dwa tygodnie wcześniej

Bion obudził się o świcie, akurat w chwili, gdy wschodzące słońce wlewające się do wnętrza przez okiennice wypełniło mu oczy białym ogniem. Wiedział, że niedługo zrobi się ciepło, ale ubierając się, zwrócił uwagę na orzeźwiający chłód, który rozgościł się w ciszy jego domu. Ściągnął z łóżka chustę i owinął się nią.

Przeszedł do drugiego pokoju, gdzie przygotował sobie posiłek z resztek chleba i owoców. Jadł powoli, w głębokim skupieniu, porządkując myśli przed zadaniem, które go czekało. Minęło wiele czasu od ostatniego razu, ale czuł się gotów duchem i ciałem. Klingi jego broni były ostre.

Kiedy skończył jeść, dokonał ostatnich przygotowań, sprawdzając kilka szczegółów na mapach. W lustrze z brązu, którym pomagał sobie, nakładając na powieki kohl zapobiegający oślepianiu przez słońce, widział sieć blizn pokrywających jego skroń i policzek.

Zastanawiał się, czy Iset, Horus i Anubis będą mu sprzyjali.

Czas pokaże.

Potrzebował trzech dni i trzech nocy, by dotrzeć pod gospodarstwo w Hebenu. Składało się ze stojącego na piasku szeregu budynków z zagrodami dla bydła. Dostrzegł sznur obwieszony śnieżnobiałym praniem. Wykorzystując ukształtowanie terenu, podjechał niepostrzeżenie pod skupisko drzew palmowych i uwiązał swojego wierzchowca w ich cieniu. Następnie wydobył z juków bukłak i przyjrzał się pozycji słońca na niebie. Poruszając się w taki sposób, by mieć je cały czas za plecami, znalazł odpowiednie wgłębienie w piasku pustyni, w którym okopał się, nakrył chustą i cierpliwie czekał.

Ruch przy domu. Jakaś postać – kobieta – zmierzała ku studni z kołem wodnym, trzymając duży dzban na wodę. Oczy Biona zwęziły się na widok sposobu, w jaki szła. Wszystkie jej ruchy były oszczędne, opanowane. Przyglądał się, jak napełnia naczynie, odstawia je na skraj murku okalającego studnię i stoi przez pewien czas z dłońmi opartymi o biodra. Chwilę później przyłożyła dłonie do ust i wykrzyczała imię, które lekki wiatr poniósł w jego stronę:

– Ebe!

Jego cel miał na imię Emsaf i albo przebywał akurat gdzieś indziej – może w mieście, albo na polu, którego nie było stąd widać – albo wyjechał. Z głównego budynku za to wyłonił się chłopiec. Z pewnością właśnie Ebe. Bion przyglądał się, jak malec pomaga kobiecie zdjąć jeszcze jeden dzban z krawędzi studni, a potem wspólnie z nią zanosi oba naczynia pod dom, gdzie przy pomocy mniejszych dzbanów przelewają wodę do koryt. Kozy pochyliły głowy i zaczęły pić. Mężczyzna przyglądający się im z zagłębienia w piachu poszedł za ich przykładem.

Nie ruszał się z miejsca, aż nabrał pewności, że Emsafa nie ma, a w domu zostali tylko ta kobieta i chłopiec. W końcu podniósł się z brzucha do przysiadu, zerwał się biegiem w stronę domu i chwilę później dopadł glinianej ściany, ciężko dysząc. Przez tylne okno dobiegały odgłosy matki i dziecka spożywających wspólny posiłek. Wyłapał słowo „ojciec”. Odpowiedź kobiety zawierała zapewnienie, że „niedługo wróci”.

Bion zamknął oczy, żeby przemyśleć sytuację. To była niedogodność – niewielka, ale zawsze. Czyżby ktoś ostrzegł Emsafa?

Nie. Na pewno nie przed nim. Gdyby tak było, Emsaf zostałby bronić rodziny. Ale musiał dostać jakąś wiadomość. Popędził ostrzec innych albo może otrzymał jakieś zadanie? Uznał, że dowie się, kiedy go dopadnie, a na razie postanowił się tym nie przejmować.

Teraz liczył się czas. Czas był wszystkim. Czas był jego wrogiem.

Zsunął sandały. Gorący piasek parzył go w stopy, kiedy skradał się dookoła domu, ale nie przejmował się tym i przemykając nisko pod parapetami okien, dotarł pod wejście. Zajął pozycję przy drzwiach. Przylegając plecami płasko do ściany, wytężył słuch, żeby określić położenie chłopca względem matki. Wyciągnął zza pasa nóż i nasunął na nadgarstek skórzaną pętlę, która zwisała z rękojeści.

Czekał.

Odliczał kroki.

Teraz.

Odepchnął moskitierę, wparował zwinnie do środka, chwycił kobietę od tyłu i przystawił jej nóż do szyi. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund.

Ebe, który znajdował się po drugiej stronie pokoju, usłyszał hałas, odwrócił się i zobaczył mężczyznę o twarzy pokrytej bliznami trzymającego nóż przy szyi matki. Chłopiec miał rozczochrane włosy, a w jego szeroko rozwartych oczach odmalowywało się zaskoczenie i strach. W jednej dłoni trzymał talerz, na którym leżał nóż. Omiótł pokój panicznym wzrokiem.

– Nikomu nie musi stać się krzywda – oznajmił zabójca. Kłamstwo. Oddech kobiety przyśpieszył. – Synek, odłóż ten talerz i połóż się na brzuchu.

– Nie słuchaj go, Ebe – nakazała kobieta. Głos jej drżał, ale zabrzmiał stanowczo.

– To nie są żarty – przestrzegł Bion i na potwierdzenie docisnął ostrze noża do skóry matki. Krew z rany pociekła mu na nadgarstek.

– Odłóż talerz – powtórzył.

– Przypomnij sobie, co mówił tata – wydusiła kobieta. – Uciekaj, Ebe. Przez okno. On cię nie dogoni. Na pewno ma konia. Porwij go i zmykaj. – Uniosła dłonie, żeby chwycić się ramienia zabójcy i odzyskać równowagę.

Bion pokręcił głową.

– Zrób choć jeden krok, to poderżnę jej gardło. A teraz kładź się, tak jak kazałem.

Następnych kilka zdarzeń odbyło się bardzo szybko. Ledwie zauważalny ruch nadgarstka Ebego, talerz roztrzaskujący się o podłogę, ostrze, które jak za sprawą magii pojawiło się nagle pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym drugiej dłoni chłopca. Kolejne trzepnięcie dłonią posłało wirujący nóż w stronę Biona w tej samej sekundzie, w której kobieta wywinęła się i wbiła zęby w rękę, którą ją przytrzymywał.

Chłopak rzucił dobrze, ale Bion zdążył się odchylić i nóż tylko minimalnie drasnął go w ramię. Matka zdzieliła go łokciem w żebra, raz, drugi. Solidne uderzenia. Wiedziała, co robi, najwyraźniej też trenowała. Przez to jednak nie miał wyboru, musiał się rozprawić z tą dwójką. Błyskawicznie podjął decyzję i podciął kobiecie gardło, kiedy składała się do trzeciego uderzenia, po czym, kontynuując ruch, cisnął sztylet w stronę chłopaka, który ruszył biegiem w jego stronę, ewidentnie planując pomóc matce.

Chłopak był blisko. Bion wycelował dobrze. Ebe chwycił się za szyję w miejscu, w którym utkwił nóż. Bluzgając krwią z rany, osunął się na kolana, a po chwili padł na bok. Matka i syn wyzionęli ducha na kamiennej podłodze w tak niewielkiej odległości od siebie.

Bion nieco zmarszczył brwi i westchnął. Oni już nie mogli.

Niedługo później trafił na trop Emsafa i kierując się nim, podążył w stronę Ipu.

Nie ulegało wątpliwości, że jego cel jest dobrze przeszkolony. Kiedy napotykał karawany albo kupców zdążających w tym kierunku co on, poruszał się ich szlakiem, a na odcinkach, na których jako jedyny zostawiałby ślady na drodze, odbijał na pustkowie. Zbyt długo jednak zajęło mu potwierdzenie podejrzenia, że jest śledzony, co pozwoliło Bionowi przewidzieć jego plan.

Kiedy dostrzegł w oddali chatkę łowczego, ale żadnego śladu Emsafa, wiedział, że ma do czynienia z pułapką. Sam zastawiłby podobną. Los jego celu był więc niemal przesądzony.

W pewnej odległości od rzeki, niedaleko pól, Bion napotkał podróżnego jadącego na ośle objuczonym glinianymi naczyniami. Rozejrzał się, ale poza ledwie rozpoznawalnymi sylwetkami w oddali – pewnie robotnikami pracującymi w polu – nie widział nikogo. W każdym razie nikogo, kto mógłby dostrzec, co się za chwilę stanie.

– Witam, panie! – zawołał wesoło podróżny w stronę Biona. Zabójca zszedł z konia i ruszył w jego stronę, ukrywając pod chustą dłoń, w której trzymał nóż. Mężczyzna uniósł dłoń, żeby osłonić oczy. – I cóż mógłbym dla cie… – serdeczne powitanie, które zaczął wygłaszać, urwało się w pół słowa.

Bion powiódł osła, rozdrażnionego zapachem krwi martwego właściciela wciąż usadowionego na jego grzbiecie, ku swojej kryjówce. W cieniu, z dala od wścibskich oczu, przeniósł zwłoki na swojego konia i zabezpieczył je liną, wiążąc kilka sprytnych węzłów w taki sposób, by w odpowiednich warunkach po zesztywnieniu ciała zluzowały się i pozwoliły plecom podnieść się do pozycji pionowej. Na koniec zarzucił na trupa swoją chustę i odsunął się o kilka kroków, by nasycić się swoim dziełem.

Posłał konia i martwego jeźdźca w stronę zasadzki, a sam ruszył pieszo, zataczając szeroki łuk dookoła chatki łowczego. Przyglądał się z oddali, jak zwłoki osuwają się z wierzchowca, ugodzone w szyję strzałą wystrzeloną przez Emsafa.

Zasadzka unieszkodliwiona.

Po chwili Emsaf wychynął z kryjówki. Bion, który tymczasem przedostał się na tył chaty, na to właśnie czekał. Zaatakował nożem i przeciął rdzeń kręgowy Emsafa na wysokości nasady karku. Wiedząc, że pozostawił ofierze wyłącznie możliwość przyglądania się i mówienia, nachylił się, żeby zadać pytanie.

– Gdzie znajdę ostatniego przedstawiciela twojej krwi?

Emsaf wpatrywał się w niego świadomymi, pełnymi smutku oczami, a Bion po raz kolejny odczuł irytację, bo zrozumiał, że nic nie wskóra. Cała ta rodzina była ulepiona z jednej gliny. Wsunął sztylet w oko Emsafa, po czym wytarł ostrze do czysta o ubranie ofiary. Czekając, aż wzbierze w nim chęć, by ruszyć w dalszą drogę, przez chwilę przyglądał się sępom, które zaczęły się gromadzić wokół zwłok podróżnika spoczywających na płaskim piachu. Niedługo wywąchają i Emsafa. Śmierć i odrodzenie. Nieprzerwany cykl.

W bagażu Emsafa Bion znalazł medalion, który przełożył do swojej sakwy.

Misja wykonana. W każdym razie jedna jej część.

Bion przeciągnął się i wziął głęboki oddech. Musiał dokładnie wyczyścić broń, wyspać się i zgłosić się do przełożonych. Ci przekażą mu dalsze rozkazy, kolejny cel do wyeliminowania, i gra rozpocznie się na nowo.

3

W dniu, który postawił nasze życie na głowie, siedzieliśmy w naszym ulubionym miejscu, plecami do ciepłych kamieni zewnętrznej strony muru okalającego warownię Siwy. Dostrzegłem samotnego jeźdźca na horyzoncie, ale szczerze mówiąc, nie poświęciłem mu większej uwagi. Nie wydawał się niczym więcej niż plamką w oddali, całkiem zwyczajnym widokiem, jak woda pluskająca o nabrzeże oazy rozpościerającej się u naszych stóp czy ludzie krzątający się wśród zieleni plantacji.

Poza tym towarzyszyła mi Aya, która zgodnie ze swoim zwyczajem opowiadała o Aleksandrii i o tym, jak bardzo chciała kiedyś do niej wrócić. Słuchając jej, przyglądałem się, jak jeździec dociera do granicy oazy i kieruje się w głąb wioski.

– Powinieneś ją kiedyś zobaczyć, Bayeku – tłumaczyła mi, a ja starałem się wyobrazić sobie to wielkie miasto. – Aleksandria jest centrum świata, na jej ulicach ludzie rozmawiają w każdym możliwym języku, Grecy i Egipcjanie chodzą ramię w ramię, a Żydzi nawet mają własne świątynie. Mędrcy z całego świata zjeżdżają się czerpać wiedzę z wielkiego Muzeum i Biblioteki. Myślisz, że kiedyś uda ci się tam pojechać?

Wzruszyłem ramionami.

– Może. Ale moje przeznaczenie jest tu.

Nastała chwila ciszy.

– Wiem – odpowiedziała Aya smutno.

– Wiesz, co jeszcze zrobił Aleksander? – zacząłem w nadziei, że uda mi się rozładować atmosferę. – Mam na myśli poza założeniem swojego wspaniałego miasta. Przyjechał tutaj, do Siwy. Z wizytą do Wyroczni w świątyni Amona.

W Siwie mieliśmy dwie świątynie. Jedna stała opuszczona, za to druga – Świątynia Amona – tworzyła coś w rodzaju samodzielnego miasteczka.

– A jak tu dotarł? – spytała Aya.

– Cóż – zacząłem wyjaśniać – moja ulubiona wersja tej historii brzmi tak, że Aleksander wraz z kompanami zgubił się na pustyni i kiedy był o krok od śmierci z pragnienia, ukazały mu się dwie żmije, które poprowadziły go do Siwy.

Aya zachichotała.

– Albo po prostu odbył pielgrzymkę do Wyroczni.

– Wolę moją wersję.

– Wieczny uczuciowiec. I cóż Aleksander tu robił?

– Odwiedził Wyrocznię. Nikt właściwie nie wie, co od niej usłyszał, ale wyszedł z widzenia przekonany, że jest synem Amona, obwołał się faraonem w Memfis, a następnie podbił wiele krain.

– Sądzisz, że wszystko to było skutkiem słów naszej Wyroczni?

– Lubię myśleć, że tak – odparłem. – Ale przede wszystkim chodzi mi o to, że Wyrocznia w Siwie jest uważana za nieomylną, nasza Świątynia Amona jest słynna na cały kraj…

– I…?

– I potrzebuje ochrony.

Aya spuściła głowę. Na jej twarzy, przesłoniętej przez czarne warkocze, pojawił się szeroki uśmiech.

– Ach, czyli wracamy do kwestii twojego przeznaczenia. Powiedz mi, Bayeku, jesteś absolutnie pewien, że chcesz iść w ślady ojca? Tak naprawdę? Czujesz to w głębi ducha?

Dobre pytanie.

– Oczywiście – odparłem.

Siedzieliśmy chwilę, nie mówiąc nic, aż Aya przerwała ciszę:

– Szkoda, że nie jestem taka jak ty. Bardziej… usatysfakcjonowana życiem.

– A to nie tak, że wolałabyś, żeby było odwrotnie? – spytałem próbnie. – Żebym był bardziej podobny do ciebie?

Pytanie zawisło w powietrzu i przez dłuższą chwilę znów siedzieliśmy w milczeniu. Z zamyślenia wyrwał nas krzyk przyjaciela, Hepzefy, który biegł w naszą stronę.

– Bayek! Bayek! – wołał. – Przybył posłaniec z Sauti.

– I co w związku z tym? – spytała Aya, prostując się.

Było oczywiste, że nasze plany na popołudnie ulegną zmianie.

– On przyjechał po Sabu – odparł zdyszanym głosem Hepzefa.

– Co? – usłyszałem własny głos.

– Sabu szykuje się do podróży. Twój ojciec opuszcza Siwę.

Popędziliśmy ścieżką prowadzącą od muru w dół ku wiosce i chwilę później byliśmy już wśród zabudowań, z których wystawały ciekawskie głowy. Ich właściciele osłaniali oczy przed słońcem i spoglądali w górę alei.

W stronę mojego domu.

Kiedy wkroczyliśmy na ulicę, dostrzegła mnie jakaś kobieta, która wyszeptała coś do swojego towarzysza. Ten też spojrzał w moją stronę i szybko odwrócił wzrok. Minęła nas grupka dzieci pędzących pod górę, żeby dowiedzieć się, o co ten hałas, i kiedy już miałem ruszać, by do nich dołączyć, dostrzegłem mężczyznę na koniu jadącego pod prąd. Zdałem sobie sprawę, że jeździec, którego widziałem na skraju oazy, musiał być właśnie posłańcem z Sauti. Mężczyzna był zajęty upychaniem czegoś, co wyglądało na sakiewkę pełną monet, do większej skórzanej torby przełożonej przez pierś, więc kiedy wyrwałem się z tłumu i chwyciłem wodze jego wierzchowca, z zaskoczenia prawie spadł. Zaklął i podrapał się po brodzie.

– Nie tykaj mojego konia – ostrzegł i wbił we mnie wzrok. Jego oczy miały ciemnobłękitny kolor.

– Przywiozłeś, panie, wiadomość dla mojego ojca, stróża tej miejscowości. Jaka była jej treść?

– Jeśli to rzeczywiście twój ojciec, z pewnością ci powie.

Pokręciłem głową i poczułem, jak narasta we mnie frustracja. Spróbowałem inaczej:

– To proszę mi zdradzić coś innego. Kto ją wysłał?

Posłaniec nieco obrócił konia, żeby się ode mnie uwolnić.

– O to też będziesz musiał zapytać ojca – odparł i odjechał.

Mieszkańcy wciąż ciągnęli w stronę mojego domu. Daleko z przodu usłyszałem, jak ktoś woła Rabię, co mnie nie zdziwiło: była powierniczką mojego ojca, z którym często zaszywała się z dala od podsłuchujących uszu i omawiała szeptem różne sprawy. Na zebraniach wioskowej starszyzny Rabia i Sabu mówili jednym głosem.

– Chodźcie – popędził ich Hepzefa i ruszył pod górkę.

Aya poszła za nim, ja jednak zostałem z tyłu, świadom, że moje życie ulegnie wielkiej zmianie. Chciałem odsunąć tę chwilę w czasie.

Aya odwróciła się i dostrzegła mój stan. Powiedziała Hepzefie, żeby szedł bez niej, a sama zawróciła. Przemierzając kilka kroków, które dzieliło ją ode mnie, miała za plecami resztki popołudniowego słońca, przez które sprawiała wrażenie, jakby jaśniała.

– Bayeku – powiedziała łagodnym głosem, opierając dłonie na moich ramionach i spoglądając mi prosto w oczy. – Co się dzieje?

– To… – próbowałem odpowiedzieć. – Nie wiem.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Cóż, nigdy się nie dowiesz, jeśli nie pójdziesz sprawdzić, w czym rzecz. Chodź.

Pochyliła się w moją stronę i musnęła moje usta swoimi.

– Bądź dzielny – wyszeptała i wzięła mnie za rękę, chcąc zarazem dodać mi otuchy, jak i poprowadzić mnie w stronę domu, do którego opuszczenia szykował się mój ojciec.

4

Następnego ranka przebudziłem się w melancholijnym nastroju, którego opary spowijały mój pokój. Nie wstając z łóżka, półświadomie usiłowałem rozeznać się w tej szczególnej chwili, w której rzeczywistość i świat snu są nierozerwalnie splątane. Zastanawiałem się, co się nie zgadza, dlaczego czuję się, jakbym trafił do obcego, dziwnego świata. Aż wreszcie…

Przypomniałem sobie.

Wszystko do mnie wróciło.

Przypomniałem sobie matkę stojącą w dogasającym świetle dnia. Jej ręce skrzyżowane na piersi, usta ściśnięte do białości i gorejący wzrok. Na ulicy przed naszym domem stał uwiązany koń ojca, już objuczony, i ten widok podziałał na mnie jak cios w brzuch, pozbawił mnie złudzeń, uświadomił, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Skierowałem wzrok na Ayę, która odwzajemniła moje spojrzenie. W jej oczach tlił się niepokój. Mój ojciec wyłonił się zza drzwi i stanął jak wryty, widząc tłum na ulicy, ale zaraz potrząsnął głową i kontynuował przygotowania.

– Ahmose… – odezwał się prosząco do mojej matki, ale jeśli oczekiwał zrozumienia, to się przeliczył.

Zjawiła się Rabia, z którą zamienił szeptem kilka słów – dla niej niesatysfakcjonujących, sądząc po wyrazie jej twarzy. Ewidentnie była tego samego zdania co moja matka. Potrząsała głową, usiłując wytłumaczyć coś ojcu, ten jednak w ogóle jej nie słuchał, nie chciał też zaprosić jej do domu, żeby porozmawiać na osobności. Upierał się, że musi wyruszyć natychmiast.

Kilka chwil później był gotów. Pocałował moją matkę, po czym wziął mnie w potężny uścisk i łupnął kilka razy w plecy na pożegnanie tak mocno, że zupełnie odebrało mi dech.

Dosiadł konia. Tłum przycichł.

– Sabu, złożyłeś przysięgę – przypomniała mu Rabia. Jednak jej głos i postawa wyrażały spokój sugerujący, że pogodziła się z biegiem zdarzeń.

– Złożyłem wiele przysiąg – odparł mój ojciec.

– Kto będzie teraz chronił Siwy? – dobiegł głos z tłumu.

– Kiedy stąd zniknę, ochrona będzie wam dużo mniej potrzebna! – zawołał ojciec w odpowiedzi, a następnie spiął konia i przeciskając się przez tłum w stronę oazy, rozpoczął swoją podróż.

Pamiętam stukot końskich kopyt, oddalający się, kiedy ojciec podążał wzdłuż szpaleru gapiów ścieżką prowadzącą w stronę plantacji. Niektórzy mieszkańcy, przyglądając się jego odjazdowi, starali się rozszyfrować sens jego ostatnich słów. Ja zaś z chwilą, gdy sylwetka ojca stała się kropką na horyzoncie, podjąłem starania, by zrozumieć targające mną uczucia. Wtedy jednak jeszcze nie potrafiłem.

Teraz, kiedy uniosłem głowę z podgłówka i rozejrzałem się zdezorientowany po moim pokoju, jakbym znalazł się w zupełnie obcym miejscu, zdałem sobie sprawę, że wciąż tych uczuć zrozumieć nie potrafię.

Matka była już na nogach. Zaniosła dzban wody na tyły domu, gdzie wzdłuż ściany rosły młode drzewa figowe, których górne gałęzie tworzyły koronę przepuszczającą promienie porannego słońca, tworzące urokliwe plamy na niewielkim podwórzu. Siedziała, obejmując nogi. Lniana suknia opinała jej kolana. Trzymała dzban tak niedbale, że sprawiał wrażenie, jakby mógł w każdej chwili wypaść jej z dłoni, i choć uniosła głowę w odpowiedzi na to, że przysiadłem się do niej, uśmiech, którym mnie obdarzyła, był dość wątły. Zastanowiło mnie, ile spała.

– On wróci – oznajmiła. – Nie musisz się martwić.

– A co z nami?

Zaśmiała się krótko, oschle.

– Oh, damy radę. Zobaczysz, jak tylko zaczniemy się przyzwyczajać do życia bez niego, pojawi się z powrotem i wywróci wszystko do góry nogami.

– Ale dlaczego wyjechał?

– Nie wiem – westchnęła. – Nie chciał mi powiedzieć. Ale dostrzegłam w jego oczach niepokój.

– Czy to miało coś wspólnego z Menną?

Jej spojrzenie stwardniało na wspomnienie dawnych wydarzeń. Zatopiła się w myślach. Siedzieliśmy tak obok siebie i pozwalałem jej spokojnie wspominać. Wreszcie pokręciła głową.

– A nawet jeśli, to co?

– To by przynajmniej miało sens.

– Aha – odparła, uniosła dzban do ust, po czym odstawiła go na stopień. – Cóż, jeśli tak uważasz, to chyba powinieneś odwiedzić Rabię.

5

Mój ojciec był człowiekiem, który pokonał słynnego łupieżcę grobów, Mennę. Bogowie jedni wiedzą, ile razy wbijano mi do głowy ten fakt. Mieszkańcy wsi wzięli sobie za punkt honoru, żeby przypominać mi o tym przy każdej możliwej okazji.

Kim był Menna? Dobre pytanie. Niektórzy twierdzili, że w ogóle nie istniał. Dość popularna teoria głosiła, że za złowieszczą postacią, którą znaliśmy pod tym imieniem, stało w rzeczywistości kilka osób albo nawet doskonale zorganizowana banda, która podtrzymywała wygodną iluzję, żeby napędzać strach.

Inni twierdzili, że Menna był osobą z krwi i kości, ale nie brał bezpośredniego udziału w działaniach swojej szajki. Że upasł się i ubogacił pracą swoich sługusów, których poczynaniami kierował z Aleksandrii, nie opuszczając podwórza okazałej posiadłości.

Najtrwalsza z plotek o Mennie – i ta, o której my, dorastający na ulicach Siwy, dyskutowaliśmy najczęściej – głosiła, że jak najbardziej istniał i że utrzymywał swoją bandę w ryzach, skutecznie łącząc wpływ swojej przerażającej osobowości z obietnicami wielkiego bogactwa. Mówiło się, że wyrywał ofiarom zęby, które splecione drutem, pomalowane na czarno i zaostrzone na końcach nosił zamiast własnych, co napełniało trwogą serce każdego, kto na niego spojrzał. Że był okrutny i bezlitosny i nie wyznawał żadnego boga poza mamoną. Mówiło się też, że zabijał wszystkich, którzy nie dali się przekupić albo stawiali mu opór, że zabijał też ich rodziny, a potem rozwieszał wnętrzności ofiar na drzewach, a oskórowane zwłoki zostawiał na miejskich placach jako ostrzeżenie dla każdego, w kogo głowie tliła się myśl o nieposłuszeństwie.

Mówili, że był demonem zesłanym przez bogów, by karać złoczyńców i gnębić niewinnych.

Był niewyobrażalnie zły.

Nieważne, ile z tego było prawdą – szajka Menny niezmiennie wyprzedzała o kilka kroków żołnierzy, którzy podążali jej tropem. Czasami jeden z rabusiów wpadał w sidła. Schwytanego torturowano i palono żywcem, odbierając mu możliwość przejścia do zaświatów, bezczeszcząc ciało w taki sam sposób, w jaki on i jego pobratymcy traktowali szczątki na grabionych cmentarzyskach.

Niewiele to zmieniało. Jedyny urzędnik, który nie dał się przekupić i próbował powstrzymać Mennę, nic nie wskórał i niedługo później zmarł w tajemniczych okolicznościach. Nieważne, jak wielkie siły angażowano do interwencji, działalność szajki nie ustawała, a mimo tortur, które stosowano wobec pojmanych bandytów, żaden nie zdradził ani tożsamości, ani kryjówki swojego przywódcy. Za bardzo się bali.

Okres najbardziej wzmożonej działalności Menny przypadł na czasy, kiedy byłem mały. Miałem wtedy może dziesięć lat. Na początku jego szajka była dla mnie tylko wytworem straszliwych opowieści. Istniała wyłącznie w rozmowach pomiędzy matką a ojcem, a co za tym idzie – w mojej wyobraźni późnymi wieczorami, kiedy leżałem w łóżku i próbowałem zasnąć.

Z tego, co podsłuchałem, wiedziałem, że Menna grasował na północy. Rabował piramidy, co oczywiste, ale i zarzucał sieć szerzej. To właśnie przez łupieżców w jego rodzaju, ściągających niczym ćmy ku płonącej pochodni do bogatych grobowców pełnych dóbr, które zmarli planowali zabrać na tamten świat, architekci faraonów zaczęli stosować więcej pułapek i ślepych zaułków. Mimo to nawet najwięksi bogacze, chowani obecnie w olbrzymich tajnych komorach albo w mauzoleach wykutych w litej skale, nie mogli czuć się bezpieczni. Ulubionym celem Menny byli jednak ludzie niezamożni – choć też nie ci najbiedniejsi – którzy swoją podróż ku zaświatom rozpoczynali na terenie nekropolii, czyli cmentarzyska sąsiadującego ze wsią albo miastem. To tam głównie żerował.

Menna działał według ustalonej metody. Jego ludzie, podszywający się pod kupców, zakładali obóz w wygodnej odległości od celu, jednak nie za blisko. Stamtąd część z nich wnikała w miejscową społeczność i przekupywała urzędników, podczas gdy inni przeprowadzali zwiad grobowców, przygotowywali mapę tuneli i wymyślali sposoby na ominięcie pułapek.

Podejście Menny do samej grabieży zmieniało się w zależności od charakteru nekropolii, ale najczęściej jego ludzie włamywali się do grobowców i po prostu zabierali wszystko. Pozwalało im to szybko zniknąć z miejsca zdarzenia, a oddzielaniem złota od tandety zajmowali się później, bezpiecznie ukryci.

Działalność ta, nietrudno się dziwić, sprawiła, że szajką zainteresował się mój ojciec, który jako obrońca Siwy – czyli jej mekety – poczuwał się w obowiązku pilnować, czy Menna grasuje w okolicy jego miasta.

A tego dnia, o którym rozmyślałem, grasowali bardzo blisko.

6

Rabii nie było w domu. Rozsiadłem się więc i czekałem, czując, jak z każdą mijającą sekundą narasta we mnie gniew. Wreszcie ją dostrzegłem – dreptała ścieżką prowadzącą w stronę domu, niosąc kosz pełen owoców kupionych na rynku.

– O, proszę. Ciekawiło mnie, czy cię dziś zobaczę – oznajmiła bez cienia życzliwości, mijając mnie.

Ruszyłem za nią do środka, nie czekając na zaproszenie. Poczekałem, aż zsunie z ramion pelerynę i odstawi kosz, po czym okazałem szacunek, pozwalając jej przez nieprzyjemnie długą chwilę stać z rękami założonymi na piersi i wbijać we mnie oceniający wzrok.

Rabia była nieco starsza od mojej matki, ale podobnego charakteru. Ani jedna, ani druga nie owijały w bawełnę („Jestem bezpośrednia i nie ma w tym nic złego” – zwykła mówić matka, kiedy ojciec strofował ją za nieprzystojne wyrażanie się) i przy obu człowiek czuł się tak, jakby potrafiły przejrzeć go na wylot.

I tak właśnie czułem się w tej chwili.

– Dostrzegam w tobie zdecydowanie – oznajmiła, kiedy inspekcja nareszcie dobiegła końca. – To dobrze. Tego właśnie oczekujemy u potomka obrońcy Siwy. Chciałbyś może przejąć obowiązki ojca już teraz, skoro wyjechał?

– Być może – odpowiedziałem ostrożnie, zastanawiając się, do czego ona zmierza.

– Jak sądzisz, ile potrzebnych umiejętności posiadłeś? – spytała.

Jej twarz o dość głęboko osadzonych oczach nie wyrażała zupełnie nic.

– Nauczyłem się od niego bardzo wiele o sztuce walki i przetrwania.

– Przetrwania? – stwierdziła. – A tego czasem nie nauczyła cię ta Nubijka?

Nubijczycy, o których mówiła, mieli obóz na obrzeżach Siwy, kiedy byłem młodszy. Przyjaźniłem się z jedną z dziewczyn, Kensą, która, mimo że młodsza ode mnie, wiedziała dużo więcej o polowaniu i zastawianiu pułapek. Później dowiedziałem się, że przekazywała mi tę wiedzę z polecenia mojej matki, która uważała, że Nubijczycy nie mają sobie równych w tych sprawach.

– Tak – odpowiedziałem Rabii. – Ale od kiedy Nubijczycy wyjechali, moim szkoleniem zajmował się ojciec. Tylko on mógł mnie nauczyć walki i tego, jak być dobrym obrońcą miasta.

– Oczywiście – przyznała mi rację. – I jak daleko posunęło się twoje szkolenie?

Wbiła we mnie wzrok i poczułem się, jakby potrafiła zajrzeć do mojej głowy i odczytać krążące w niej myśli… Z jakiegoś powodu mój trening przebiegał dość ospale, a ojciec sprawiał wrażenie, jakby wcale nie chciał mnie szkolić. Rabia i matka uparcie naciskały, żeby prowadził to szkolenie, on tymczasem każdy kolejny etap nauki rozpoczynał od jakiejś wersji stwierdzenia: „Nie jesteś jeszcze gotowy”.

Zdawałem sobie sprawę, że mój trening zajmie lata – „całe życie, synu” to kolejne słowa, które słyszałem od ojca bardzo często – ale mimo to przepełniało mnie poczucie, że pomiędzy szóstym rokiem życia, kiedy moje szkolenie się rozpoczęło, a obecnym, piętnastym, zrobiłem nad wyraz liche postępy.

Rabia najwyraźniej też tak uważała.

– Powiedz mi – spytała mnie o zdanie – czy uważasz, że twój trening przebiegał za wolno?

Spuściłem głowę i przyznałem:

– Tak.

– Nie da się ukryć – stwierdziła z uśmiechem. – I jak sądzisz, dlaczego ojciec nie nauczył cię wszystkiego? Dlaczego tak wiele brakuje ci do ukończenia treningu?

– Sam chciałbym wiedzieć, przysięgam – odparłem. – Czy to przez to, że przyjaźnimy się z Ayą?

– Ach, przyjaźnicie się? – zachichotała. – To ci się udało. Przyjaźnicie się. Widziałam was razem. Jak dwa małże przyssane do kadłuba łodzi. Czyż edukacja w zakresie opieki nad miastem ma jakiekolwiek szanse w starciu z nastoletnią miłością?

Poczułem, że się rumienię, a Rabia uśmiechnęła się od ucha do ucha, czym sprawiła, że poczułem się jeszcze bardziej zażenowany.

– Jeśli dawał ci do zrozumienia, że chodzi o twoją przyjaźń z Ayą, to próbował ukryć prawdziwy powód. Jestem tego pewna. Musiało być coś jeszcze. Jakaś inna przyczyna. Powiedz mi, co pamiętasz z nocy, kiedy zaatakowali nas ludzie Menny?

– Czyli on jednak ma z tym coś wspólnego?

– Najpierw odpowiedz na moje pytanie. Co pamiętasz z tamtej nocy?

Spojrzałem na Rabię. Miałem wtedy nie więcej niż sześć lat, ale wciąż pamiętałem wszystko z najdrobniejszymi szczegółami.

Noc najazdu była bezwietrzna. Cicha. Leżałem w łóżku, usiłując podsłuchać rozmowę, którą prowadzili rodzice. Ojcu doniesiono, że w miasteczku zaczęły się pojawiać nieznajome twarze. Osoby te utrzymywały, że są kupcami, ale nikt nie widział, żeby handlowały. Ojciec doszedł więc do wniosku, że są to członkowie szajki łupiącej grobowce, która prawdopodobnie rozbiła obóz gdzieś na pustyni poza granicami miasteczka zgodnie ze zwyczajem Menny.

Dla młodego mnie takie informacje były bezcenne. Plotki o pojawieniu się Menny sprawiły, że byłem rozchwytywany, a moi przyjaciele Hepzefa i Sennefer (Aya wtedy jeszcze nie była obecna w moim życiu) dzień w dzień zasypywali mnie pytaniami. „Czy to prawda, że Menna ma do dyspozycji armię bandytów, z pomocą której zamierza najechać Siwę?” „Czy to prawda, że czubki jego zaostrzonych zębów są pokryte trucizną?” Podobało mi się, że byłem w centrum uwagi. Pozycja syna obrońcy miasta niezaprzeczalnie miała pewne atuty.

Mimo to źle spałem. Przyśniło mi się, że stoję naprzeciw formacji skalnej, spoglądam w głąb jaskini i w niemal nieprzeniknionej ciemności dostrzegam błysk oczu i białych zębów. Szczur. I po chwili następny. I jeszcze jeden. Przyglądałem się, jak wnętrze jaskini wypełnia falująca masa wijących się ciał pokrytych tłustym futrem. Wdrapywały się jeden na drugiego, starając się dobrnąć na szczyt stosu, góra, którą tworzyły, to spłaszczała się, to uwypuklała, i cały czas z ciemności wyłaniało się coraz więcej oczu. Hałas, który wydawały – skrobanie, odgłos przebierania nogami – przybierał na intensywności, aż wreszcie…

Przebudziłem się. Dźwięki jednak nie ucichły. Wypełniały mój pokój.

Dochodziły od okna.

Natychmiast usiadłem na łóżku. Coś było na zewnątrz i najpierw pomyślałem, że może szczur… ale nie, to było coś większego. Może pies.

Potem jednak dotarło do mnie, że pies też nie. Psy brzmią inaczej. Psy nie starają się zachowywać jak najciszej.

Za oknem był jakiś człowiek. Moje oczy powędrowały do falującej lekko moskitiery osłaniającej okno sypialni i zauważyłem, że to nie wiatr wprawił ją w ruch, lecz palce. Ostrożna dłoń, której właściciel usiłował wymacać, czy bezpiecznie będzie tędy wejść.

W następnej kolejności dostrzegłem twarz i tułów mężczyzny, który wkradał się mojego pokoju. W oczach miał złowrogi błysk, a pomiędzy zębami trzymał zakrzywiony nóż.

Wyskoczyłem z łóżka, kiedy mężczyzna podniósł się z ziemi, ale choć instynktownie chciałem uciekać i mój mózg błagał nogi, żeby te zaczęły się ruszać, nie potrafiłem się do tego zmusić: nie mogłem ani się poruszyć, ani krzyczeć, ani wołać o pomoc, zupełnie nic. A wszystko dlatego, że się bałem.

Intruz miał zeza, a ubrany był w ciemną, brudną tunikę i pasiastą pelerynę, która prawie sięgała jego stóp i lekko falowała na wietrze wpadającym przez okno. Kiedy wyjął nóż spomiędzy zębów, jego twarz rozcinał szeroki uśmiech, ale zamiast czarnych drewnianych zębów o trójkątnych czubkach, których się spodziewałem, zobaczyłem takie zwyczajne – połamane i brudne, ale w niczym nieprzypominające śmiercionośnej broni, o której rozmawialiśmy z przyjaciółmi, snując się po ulicach Siwy.

Mężczyzna przyłożył palec do ust, żeby mnie uciszyć, ja zaś wciąż stałem skamieniały. Pragnąłem uciekać, ale moje stopy nie chciały się poruszyć. Czułem się przygwożdżony do miejsca, w którym stałem, za to intruz zaczął stąpać w moją stronę. Światło księżyca tańczyło na klindze noża, której ruch miał w sobie coś fascynującego, hipnotyzującego, co przywodziło na myśl kołyszącą się kobrę.

Otworzyłem usta. Czy raczej, uściślając, poczułem, że moje usta się otwierają, i zdałem sobie sprawę, że podjąłem pierwszy ważny krok. Mój umysł podpowiadał mi, że skoro udało mi się to, z pewnością mogę też krzyknąć.

Gdybym tylko przełamał strach.

Intruz zrobił kolejny krok w moim kierunku. Wciąż dotykał ust palcem. Z zewnątrz dobiegały szepty i stłumione odgłosy kroków kolejnych mężczyzn wchodzących do domu. Pomyślałem o ojcu i matce śpiących w innych pokojach i zdałem sobie sprawę, że są w wielkim niebezpieczeństwie.

Wtedy nareszcie poczułem, jak w moim gardle narasta krzyk, jak dźwięk dociera do moich ust, gotów wydostać się na wolność.

W tej samej chwili usłyszałem za plecami głos ojca.

– Aha! – krzyknął, wparowując do pokoju. – Czyli twój przywódca postanowił mnie uciszyć!

Dało to natychmiastowy rezultat. Uśmiech wyparował z twarzy bandyty, który szybko opanował zaskoczenie i z krzykiem: „Do ataku!”, rzucił się naprzód.

Odwróciłem się i zauważyłem drugiego mężczyznę, który pojawił się w drzwiach za plecami ojca.

– Tato! – zawołałem, a ojciec wykręcił nadgarstek i wyprowadził cięcie mieczem, które zakończyło życie nowego intruza. Następnie opadł na jedno kolano i obrócił tułów z powrotem w przód, prowadząc klingę łukiem, żeby sparować atak mężczyzny, który wszedł przez okno. Wciąż przyszpilony do swojego miejsca na podłodze, poczułem, jak moją twarz opryskują ciepłe kropelki krwi.

Ojciec był za szybki dla włamywacza z zezem, który uświadomiwszy sobie, że stracił przewagę zaskoczenia, a jego nóż wypada żałośnie w porównaniu z mieczem niedoszłej ofiary, szybko zrobił dwa kroki do tyłu. Równocześnie ojciec chwycił mnie pod ramię i pociągnął w stronę drzwi. Wychodząc, przewróciłem się o ciało drugiego napastnika.

Z jednego z pozostałych pokojów, zza moich pleców, dobiegł krzyk matki:

– Sabu!

Słysząc to, ojciec odwrócił się, postawił mnie na nogi i pociągnął za sobą w głąb domu.

Wśród poduszek i taboretów znaleźliśmy matkę. Trzymała w dłoni ociekający krwią nóż do chleba, rozglądała się ponurym, groźnym wzrokiem, a u jej stóp leżało martwe ciało.

W pokoju był jeszcze jeden mężczyzna, a równolegle z nami przez inne drzwi wparował kolejny, z bronią w dłoni i obnażonymi zębami. Usłyszałem, że matka mnie woła i pobiegłem w jej stronę. Ojciec w tym samym czasie rzucił się na dwójkę napastników.

– Ahmose, zabierz Bayeka w bezpieczne miejsce! – krzyknął, wyprowadzając cięcie spod ramienia.

W następnej sekundzie jeden z pary intruzów wrzasnął i upadł na ziemię. Z rozpłatanego podbrzusza wylewały się wnętrzności. Drugi wywarczał przekleństwo i wyprowadził cięcie, które ojciec przyjął na swój miecz. Zadźwięczała stal. Kiedy matka ciągnęła mnie w stronę sypialni, obserwowałem, jak ojciec nachyla się, odwija w tył i mieczem trzymanym w obu dłoniach atakuje dwóch nowych napastników, którzy pojawili się w pokoju. Klinga, opadając, rozsiewała w powietrzu krople krwi. Na twarzy ojca odmalowywało się niemal błogie skupienie i ten widok sprawił, że choć zewsząd otaczali nas zabójcy, przez chwilę poczułem się bezpieczniej niż kiedykolwiek.

Uczucie to błyskawicznie mnie opuściło, kiedy wpadliśmy z matką do sypialni i zastaliśmy tam kolejnego intruza, który wszedł przez okno i właśnie podnosił się na nogi.

– Łatwy łup – stwierdził, szczerząc się podle i wyciągając nóż. Były to jednak jego ostatnie słowa, bo zanim zdążył unieść broń do ataku, matka zrobiła dwa zdecydowane kroki w jego stronę i z całej siły wbiła nóż do chleba w jego mostek.

– Miał rację – oznajmiła, po czym wskazała palcem matę do spania. – Poczekaj tu – nakazała mi, a następnie uniosła dłoń trzymającą nóż i przywarła do ściany przy oknie. Wykręcając szyję, ostrożnie wyjrzała na zewnątrz, a kiedy nabrała pewności, że nikogo tam nie ma, zwinnie podeszła do drzwi. Zakrwawiony nóż kontrastował z jej elegancką szatą, która sunąc po ziemi, szeleściła.

Po drugiej stronie ściany pojawił się przemykający cień. Matka znów uniosła nóż, gotowa do obrony, ale po chwili rozluźniła się, widząc, że to ojciec. Ciężko oddychający, wyczerpany walką i pokryty krwią, ale żywy. Po drugiej stronie drzwi, w półmroku holu, dostrzegałem nieregularne kształty leżące na ziemi – ciała mężczyzn, którzy zginęli z ręki ojca.

– Jesteś cały i zdrowy? – spytała matka i nie czekając na odpowiedź, podeszła do niego i zaczęła odchylać poły jego tuniki, żeby sprawdzić, czy pod zakrwawioną tkaniną nie kryją się rany.

– Nic mi nie jest – odparł. – A ty? Bayek?

Spojrzał wymownie przez jej ramię na zwłoki zalegające na podłodze ich sypialni.

– Nic nam nie jest – odpowiedziała.

Pokiwał głową.

– W takim razie przykro mi, ale muszę jechać – oznajmił. – Na pewno rozpoczęli już atak na świątynię. Pewnie liczą na relikwie, złoto, ofiary i cokolwiek jeszcze wpadnie im w te brudne łapska. Ci ludzie nie boją się bogów, nie obchodzi ich, czy urażą Wyrocznię. Tylko ja mogę ich powstrzymać.

– Będzie ich wielu? – spytała.

– Tak, ale głównie robotników, do tego rzemieślnik, którego Menna wykorzystuje. Wojowników wysłał, żeby zrobili porządek ze mną. Więc liczy na to, że nie żyję.

Ostrzegł nas jeszcze, żebyśmy mieli się na baczności, i wyszedł. W naszym domu, który sprawiał wrażenie, jakby w całości wypełniały go martwe ciała, nagle zapanowała cisza, a matka osunęła się po ścianie i spuściła głowę. Pocierała dłonie, jakby próbowała je oczyścić. Zdałem sobie sprawę, że choć cała dygotała od emocji, które wywołała w niej walka, rozumiała, że może się pojawić więcej napastników i będzie musiała stanąć w mojej obronie jeszcze raz.

Przywołałem z pamięci chwilę, w której podeszła do mężczyzny w sypialni i ugodziła go nożem, bez zwątpienia czy zawahania. Tej nocy po raz pierwszy zobaczyłem, jak moi rodzice przelewają krew, ale dostrzegłem też, jak różniły się ich reakcje. W wypadku ojca odniosłem wrażenie, że oglądam człowieka umiejętnie wykonującego swój zawód, a poczucie bezpieczeństwa, które mi się wtedy udzieliło, zostało ze mną do dziś. Matkę jednak to doświadczenie w pewien sposób zmieniło, jakby na zawsze uzmysłowiło jej, do czego jest zdolna się posunąć, by obronić siebie i rodzinę. W ciągu kolejnych lat wiele razy widziałem, jak przygląda się własnym dłoniom. Przybierała wtedy zadumany, ale i dziwnie spokojny wyraz twarzy, a ja zastanawiałem się, czy wraca pamięcią do tego, co się stało tamtej nocy.

Wtedy jednak po prostu przysiadłem się do niej na podłodze. Skuleni pod ścianą, pocieszaliśmy się nawzajem, aż po dłuższej chwili matka zmusiła się, żeby wstać, i poszła powiadomić innych mieszkańców, co się stało.

Przywołanie tego wspomnienia wiele mnie kosztowało i kiedy skończyłem opowiadać, byłem zupełnie odrętwiały.

– Twój ojciec pokrzyżował plany zabójców i uratował świątynię – oznajmiła Rabia, wpychając do ust daktyla, którego w międzyczasie pozbawiła skórki i pestki. – Nie byłam przy tym obecna, wiadomo, ale z tego, co mi opowiedział, wynikało, że bandyci rzeczywiście przypuścili atak, zanim dotarł na miejsce, i zdążyli zabić wielu pracujących w świątyni. Gdyby nie to, że jednak się pojawił, ogołociliby budynek z kosztowności, może nawet zamordowaliby Wyrocznię.

– Menna brał w tym udział?

– Ojciec ci nie opowiadał?

– Nie. Ani razu.

– Menna tam był, owszem, ale uciekł. – Rabia przybrała zamyślony wyraz twarzy, jakby zastanawiała się, czy powinna coś zdradzić coś więcej. – Tamta noc zupełnie odmieniła twojego ojca – odezwała się wreszcie. – Po raz pierwszy zobaczył przelew krwi oczami swoich najbliższych i zaczął kwestionować nie tylko własną drogę życia, ale i tę, która przeznaczona jest tobie. Żył zdjęty strachem o ciebie i nie chciał trenować cię do roli obrońcy miasta. Zamiast tego rozmyślał, jak ochronić cię przed kontaktem z przemocą. Powtarzał, że nie jesteś gotowy, to była jego wymówka. I ja, i Ahmose powtarzałyśmy mu, że wykorzystałby każde wytłumaczenie, żeby cię nie szkolić, ale używał wciąż tego jednego.

– Od małego byłem gotowy. Niczego nie pragnąłem bardziej niż pójść w jego ślady.

Rabia zrobiła poważną minę i uniosła brew. Przez dłuższą chwilę znów przyglądała mi się badawczo tym przeszywającym, wszystkowiedzącym wzrokiem.

– Naprawdę? A jakże okazywałeś to rzekome pragnienie? Jakież to działanie zamierzałeś podjąć, by pogodzić tę „przyjaźń” z Ayą z przyszłością w roli obrońcy Siwy? Co z marzeniami Ayi o powrocie do Aleksandrii? Jakie kroki poczyniłeś, by zapewnić ojca, że jesteś właściwym kandydatem na jego następcę? Że zostaniesz w Siwie niezależnie od wszystkiego?

– Miałem nadzieję…

– Miałeś nadzieję! – Roześmiała się na cały głos. – Za mało. Co jeszcze?

Uświadomiłem sobie, że wdałem się w walkę, aczkolwiek nie taką na pięści czy broń. Odruchowo przybrałem wygodniejszą pozycję.

– Byłem oddanym synem.

Przewróciła oczami i pociągnęła nosem. Niezadowalająca odpowiedź.

– To nie wystarczy. Co jeszcze?

Potrząsnąłem głową.

– Sam mógłbym zapytać, cóż takiego on zrobił, żeby sprawdzić, czy nadaję się na obrońcę.

– Zrozum, Bayeku, że nim miotają wątpliwości – wyjaśniła surowym, nieobecnym głosem. – Na twój temat, na jego własny, na temat roli wojownika i życia, do którego rzekomo byłeś przeznaczony. Trzeba go przekonać. W końcu sam też nie jesteś absolutnie pewien, że chcesz pójść w jego ślady, prawda?

Tym razem ja przewróciłem oczami.

– To cię śmieszy? – skarciła mnie.

– Nie, ale Aya spytała mnie wcześniej o to samo.

Przez twarz Rabii przemknął cień czegoś, co odczytałem jako zadowolenie. Zainteresowałem się, co sądziła o marzeniach Ayi i moich, i o tym, że w przyszłości mogą od siebie odbiegać.

– Jak brzmiała twoja odpowiedź?

– Powiedziałem, że jestem.

– Owszem, lecz to było jeszcze, nim twój ojciec opuścił Siwę. A teraz?

Co, jeśli Aya wyjedzie do Aleksandrii? – pozostało niewypowiedziane.

– Nie zmieniłem zdania.

Mój głos wyrażał pewność siebie, stałem prosto i spokojnie patrzyłem jej w oczy. To już nie było dziecięce marzenie. Nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić ze swoim życiem.

– Gdyby zobaczył i usłyszał to, co ja teraz, może dałby się przekonać.

Potrząsnęła głową w wyrazie frustracji i wypowiedziała słowa, które wielokrotnie słyszałem z ust matki:

– Może tym, czego najbardziej potrzebowaliście oboje, była porządna kłótnia.

Przyłożyłem pięść do piersi.

– W takim razie nie dostrzegł, co się kryje tutaj.

– Może zobaczył za dużo – odparła wprost.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem i wyprowadziło mnie to trochę z równowagi. Gdybyśmy walczyli, w tej właśnie chwili Rabia by mnie pokonała. Na szczęście miałem pewną zaprawę w dyskusjach – dzięki rozmowom, które prowadziliśmy z Ayą, kiedy pokazywała mi treść swoich lekcji z historii i filozofii.

– Co masz na myśli, pani?

– Wątpliwości, same wątpliwości – powtórzyła, jakby chciała czegoś uniknąć. – Może to, co zobaczył, było dla niego zbyt ważne. Może dlatego nie dostrzegł skrytego głębiej lwiego serca.

Wbiłem w nią zdecydowany wzrok.

– A ty, pani, potrafisz?

Skinęła głową.

– Owszem. Dostrzegam w tobie zalążek obrońcy miasta.

– To dlaczego jemu się nie udało?

– Może widział tylko swojego syna i to mu wszystko przesłaniało.

– Dlaczego wyjechał? – spytałem. Specjalnie zmieniłem temat, bo pomyślałem, że może teraz uda mi się złapać ją w zasadzkę. – Czy to miało coś wspólnego z Menną?

Zastanowiła się, ledwo zauważalnie poruszając ustami, jakby usiłowała wydłubać językiem tkwiące między zębami kawałki daktyla.

– Jeśli mam być szczera, to nie wiem.

– Przecież widziałem, jak z tobą rozmawiał, pani. Coś szeptał. Przekazał treść wiadomości, prawda?

Potrząsnęła głową, wyraźnie zirytowana.

– Wcale nie. Powiedział, że nie może tego zrobić, bo byłoby to dla mnie zbyt niebezpieczne.

Objąłem głowę dłońmi.

– To co ja tu jeszcze robię!? Muszę dogonić tego posłańca.

– Słucham?

– Tylko on może nam powiedzieć, co przekazał ojcu.

Rabia uniosła dłoń. W jej spojrzeniu wciąż widziałem niepokój, ale zupełnie niespodziewanie uśmiechnęła się szeroko.

– Chwila. Tę rzekę nie tak łatwo przekroczyć. Nie myślisz chyba, że to ja będę się tłumaczyć z tego twojej matce?

Rabia i matka często się wspierały, ale kiedy nie mogły dojść do porozumienia… cóż, po wsi krążyły powtarzane konspiracyjnym szeptem plotki o ich legendarnych utarczkach słownych.

– Poza tym – kontynuowała – powinieneś wiedzieć coś jeszcze. Tej samej nocy…

– Nie, nie. Wystarczy. Muszę ruszać. Będziesz, pani, potrafiła wyjaśnić wszystko mojej matce, prawda?

Rabia skrzywiła się, uniosła wysoko brew i zmierzyła mnie wzrokiem.

– Miejmy nadzieję.

7

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

8

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

9

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

10

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

11

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

12

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

13

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

14

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

15

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

16

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

17

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

CZĘŚĆ II

18

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

19

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

20

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

21

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

22

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

23

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

24

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

25

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

26

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

27

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

28

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

29

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

30

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

31

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

32

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

33

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

34

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

35

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

36

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

37

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

38

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

39

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

40

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

41

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

42

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

43

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

44

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

45

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

46

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

47

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

CZĘŚĆ III

48

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

49

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

50

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

51

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

52

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

53

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

54

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

55

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

56

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

57

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

58

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

59

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

60

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

61

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

62

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

63

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

64

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

65

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

66

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

67

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

68

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

69

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Epilog

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Podziękowania

Specjalne podziękowania dla Andrew Holmesa i Ann Lemay.

Podziękowania dla następujących osób: Yves Guillemot, Alain Corre, Laurent Detoc, Geoffroy Sardin, Anouk Bachman, Aymar Azaizia, Antoine Ceszynski, Maxime Durand, Anne Toole, Elena Rapondzhieva, Jean Guesdon, Alain Mercieca, Etienne Allonier, Matthieu Bagna, Andrien Gbinigie, Cecile Russeil, The Ubisoft Legal Department, Clément Prevosto, Justine Toxé, Jillian Taylor, Elizabeth Cockeram, Caroline Lamache, Anthony Marcantonio, Victoria Linel, François Tallec, Julien Fabre, Clémence Deleuze.

Grafika na okładce: Liu „Sunsetagain” Yan.