Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 483

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Assassin's Creed: Heresy. Herezja - Chrisite Golden

Konflikt bez końca. Stary grzech. Nowe objawienie.

Simon Hathaway, członek Wewnętrznego Sanktuarium Zakonu Templariuszy, staje na czele wydziału Badań Historycznych Abstergo Industries, wnosząc do nowej pracy swoje analityczne podejście i chłodne spojrzenie. Ale Simon jest także głodny wiedzy i zafascynowany możliwością bezpośredniego doświadczania historii poprzez wspomnienia swojego przodka, Gabriela Laxarta, który walczył ramię w ramię z legendarną Joanną d’Arc.

Kiedy zaczyna korzystać z nowego modelu Animusa, odkrywa fakty, na które nie był przygotowany: dowiaduje się, jak głęboko sięgają źródła konfliktu templariuszy i asasynów, a także jak wiele gotów był zrobić jego przodek dla ukochanej kobiety. Poznając dawne tajemnice, Simon musi zmierzyć się z odpowiedzią na niebezpieczne pytanie: kto tak naprawdę jest heretykiem, a kto prawowiernym wyznawcą?

Opinie o ebooku Assassin's Creed: Heresy. Herezja - Chrisite Golden

Fragment ebooka Assassin's Creed: Heresy. Herezja - Chrisite Golden

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuAssassin’s Creed® Heresy

First published in the USA by Ubisoft Publishing 2016 First published in Great Britain by Penguin Books and Ubisoft 2016

Penguin Books is part of the Penguin Random House group of companies whose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

Copyright © 2017 Ubisoft Entertainment

Assassin’s Creed, Ubisoft and the Ubisoft logo are trademarks of Ubisoft Entertainment in the U.S. and/or other countries.

Przekład Michał Strąkow

Redakcja i korekta Danuta Porębska, Tomasz Porębski oraz Pracownia 12 A

Konwersja Tomasz Brzozowski

Insignis Media, Kraków 2017

ISBN 978-83-65315-49-6

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Prolog

Wieczorny jesienny chłód przenikał przez cienką koszulę uciekiniera, który przebiegł przez betonowy chodnik i pędził przez wypielęgnowany trawnik urządzonego na dachu ogrodu. Co mnie podkusiło, żeby pchać się na dach? – pomyślał ze złością, ale było już za późno, by naprawić ten błąd. – Wpakowałem się niczym cholerny szczur w pułapkę.

Mężczyznę ścigali templariusze.

Wiedzieli, dokąd uciekł. Wiedzieli też równie dobrze jak on, że z dachu budynku można było wydostać się jedynie windą albo jedną z dwóch klatek schodowych, z których właśnie wynurzyli się ścigający o zaciętych, nieubłaganych twarzach.

Myśl. Myśl!

Myślenie już nieraz ocaliło mu skórę. Logiczny, przenikliwy, analityczny umysł pozwalał mu wykaraskać się ze wszystkich opresji, jakie z sadystycznym upodobaniem zsyłało na niego życie. Ale tym razem czuł, że logiczne myślenie nie zdoła mu pomóc.

Za jego plecami rozległ się złowróżbny huk wystrzałów. Drzewa – podpowiedział błyskawicznie jego racjonalny umysł, ponownie ratując mu życie. Mężczyzna zmienił kierunek ucieczki i pobiegł zakosami, by utrudnić strzelcom celowanie. Poruszając się zygzakami, skierował się w stronę drzew, krzewów i stojących w ogrodzie rzeźb oraz opustoszałych o tej porze budek z lodami i napojami, za którymi można było ukryć się przed gradem kul.

Ale w ten sposób mógł jedynie odwlec nieuchronny koniec.

Zdawał sobie sprawę, do czego zdolni są templariusze. I wiedział, czego od niego chcą. Nie ścigali go po to, by go uwięzić ani wydobyć z niego informacje. Chodziło im wyłącznie o to, by go zabić. I dlatego już wkrótce, lada moment, będzie martwy.

Templariusze byli uzbrojeni, ale on także nie był bezbronny. Posiadał pradawną i nadzwyczaj potężną broń: Miecz Edenu, który na przestrzeni wieków wielokrotnie przechodził z rąk do rąk i należał zarówno do templariuszy, jak i do asasynów. Uciekinier posługiwał się nim już wcześniej, ale teraz miecz był w pochwie zawieszonej na jego plecach. Ciężar broni uspokajał go i dodawał mu otuchy, jednak mężczyzna nie zamierzał po nią sięgać. W tej sytuacji i tak do niczego by mu się nie przydała.

Templariusze pragnęli ujarzmić albo zabić każdego, kto stanie im na drodze. Istniał tylko jeden sposób na to, by uciekinier ocalił życie. Zdawał sobie sprawę, że jeśli mu się uda, będzie to cholerny cud.

Serce tłukło mu się w piersi, płuca płonęły ogniem, a mięśnie osiągnęły granicę wytrzymałości – ostatecznie był tylko człowiekiem, niezależnie od tego, jaki trening przeszedł i jaki kod genetyczny zapisany był w komórkach jego ciała. Mimo zmęczenia biegł jednak dalej, nie zwalniając tempa – nie mógł zwolnić, tak jak nie mógł pozwolić, by logiczne, analityczne, racjonalne myślenie zagłuszyło pierwotny instynkt przetrwania. Nie mógł dopuścić, by jego umysł wziął górę nad ciałem.

Bo przecież to ono wiedziało, co należy zrobić. Wiedziało również, jak tego dokonać.

Nagle tuż obok niego rozpadła się na kawałki rozerwana pociskiem gałąź. Drzazgi zraniły go w twarz, po której spłynęła krew.

Z rąk templariuszy czekała go pewna śmierć. Jeśli jednak zdoła dotrzeć do niskiego kamiennego muru okalającego ogród, założony na dachu londyńskiej siedziby Abstergo Industries, to otworzy się przed nim nikła szansa na przeżycie.

Pod warunkiem że wystarczy mu wiary, by z niej skorzystać.

Nie zawahał się. Kiedy dobiegł do muru, przesadził go jednym susem niczym płotkarz przeskakujący ponad ustawioną na bieżni przeszkodą. Jego długie nogi jeszcze przez moment młóciły powietrze. Wygiął plecy w łuk, rozpostarł szeroko ramiona…

…i poszybował w dół.

1

Światło pochodni tańczyło na kamiennych ścianach komnaty, a groteskowe cienie pełzały po okutych żelazem drewnianych drzwiach oraz po płótnie obrazu przedstawiającego naturalnej wielkości postać najznamienitszego ze wszystkich Wielkich Mistrzów Zakonu Templariuszy. Ubrany w długą białą koszulę oraz ceremonialną szatę z ciężkiego czerwonego materiału postulant podniósł wzrok i przyjrzał się obrazowi; oczy białobrodego mężczyzny wydawały się łagodne, ale poza, w jakiej został uwieczniony na płótnie, wyrażała siłę i zdecydowanie.

Panującą w komnacie ciszę przerwał niski, spokojny głos:

– Jakub de Molay był oficjalnie ostatnim Wielkim Mistrzem Zakonu Rycerzy Świątyni. Został fałszywie oskarżony o herezję przez pozbawionych skrupułów ludzi, którzy za nic mieli dobro ludzkości i kierowali się jedynie własnymi, egoistycznymi pragnieniami. Najlepszy spośród nas przyznał się do najgorszych zbrodni; zbrodni, których nie popełnił. Wrogowie de Molaya sądzili, że jego śmierć oznacza koniec całego Zakonu, i to przekonanie utrzymywało się przez kolejne stulecia. Ale my przetrwaliśmy.

Mistrz Zakonu podszedł do postulanta i stanął u jego boku.

– Jakub de Molay umarł w męczarniach, by Zakon mógł przetrwać. Od tamtej pory nasz Zakon działał ostrożnie i potajemnie. O jego istnieniu wiedzieli jedynie ci, którzy gotowi byli oddać za niego życie.

Postulant spojrzał w ciemne oczy Mistrza.

– Bądź skromny jak pył i niewzruszony jak głaz – powiedział Mistrz, po czym dłonią obleczoną w rękawiczkę wskazał na marmurową podłogę.

Postulant położył się na marmurowych płytach, twarz oparł o zimny kamień, a ręce wyciągnął na boki, przyjmując kształt krzyża.

– Tej nocy towarzyszyć ci będzie jedynie Ojciec Zrozumienia. Niech uwolni cię od wszystkiego, co nie służy umocnieniu Zakonu, i obdarzy niezachwianą pewnością. Niech cię oczyści i napełni zdecydowaniem. Nie śpij i nie śnij na jawie. Przyjdziemy po ciebie o świcie. Jeśli uznamy, że jesteś godzien, zostaniesz wywyższony. Jeśli okażesz się niegodny, odwrócimy się od ciebie. Niech prowadzi cię Ojciec Zrozumienia.

Postulant usłyszał cichy odgłos oddalających się kroków, a potem skrzypnięcie zawiasów, trzask zamykanych drzwi i szczęk przekręcanego w zamku klucza.

Został sam z poczuciem, że może opuścić to pomieszczenie w jeden tylko sposób – jako członek Wewnętrznego Sanktuarium Zakonu.

Jeśli zawiedzie… Nie. Nie zamierzał nawet rozważać takiej ewentualności.

Nie obawiał się, że zmorzy go sen. Płonące pochodnie oświetlały komnatę, ale nie były w stanie jej ogrzać. Zimny marmur wysysał chciwie ciepło z jego ciała; nawet dwie warstwy ceremonialnej odzieży nie zapewniały mu skutecznej ochrony przed chłodem. Czas płynął powoli, obojętny na ludzką niewygodę. Leżącemu krzyżem mężczyźnie wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim wreszcie usłyszał upragniony dźwięk: zgrzyt klucza w zamku. Po chwili ktoś chwycił go pod ramiona i podniósł do góry. Postulant zagryzł wargi, by stłumić bolesne syknięcie; godziny spędzone na niemiłosiernie zimnej podłodze dały mu się we znaki.

Dwaj pomocnicy, którzy podźwignęli go z podłogi, opuścili komnatę, a on podążył za nimi. Szli w milczeniu po kamiennej posadzce, która, w odróżnieniu od marmurowej podłogi komnaty, wykonana została z kawałków łupku. Po pewnym czasie dotarli do łukowo sklepionej bramy z cegły i kamienia, oskrzydlonej przez masywne pnie drzew, które pięły się wysoko i niknęły w ciemnościach ponad kręgiem bladego światła pełgających pochodni.

Za bramą czekała na postulanta grupka odzianych w długie szaty, zakapturzonych postaci. Chociaż wszystkie trzymały w dłoniach zapalone woskowe świece, ich twarze spowijał mrok, w którym połyskiwały jedynie odbijające blask świec oczy.

– Ludzkie ciało ma swoje serce – rozpoczął monotonną recytację Mistrz Zakonu. – Ziemia ma swoje jądro. Każda rzecz ma swój ośrodek, z którego czerpie najgłębszą siłę. Źródłem siły Zakonu Templariuszy jest Wewnętrzne Sanktuarium. Tworzy ją dziewięcioro wybranych, po trzykroć troje. Jeśli okażesz się godny, dołączysz do Świątyni jako ten dziewiąty. A teraz mów: jakich trzech prawd dotyczących Zakonu nauczyłeś się podczas swego czuwania?

Pytanie zaskoczyło postulanta. Przez moment miał w głowie pustkę, ale w końcu zebrał myśli i odpowiedział.

– Nauczyłem się, że prawdziwa wiedza spływa wyłącznie na tych, którzy naprawdę jej pragną. Nauczyłem się, że władza powinna należeć do tych, którzy potrafią wznieść się ponad zgiełk i chaos, bo tylko oni są w stanie dostrzec prawidłowości świata. Nauczyłem się, że mądrość polega na sprawowaniu rządów opartych na wiedzy i rozumie.

Kilkoro zgromadzonych w milczeniu wymieniło spojrzenia. Głos ponownie zabrał Wielki Mistrz.

– Niewielu jest członków Zakonu Templariuszy, a jeszcze mniej liczni są ci, którzy zostali wybrani, by zasiadać w jego Wewnętrznym Sanktuarium. Złożyłeś już ślubowanie, że będziesz przestrzegał reguł naszego Zakonu i wartości, którymi się kierujemy. Czy jesteś gotów uczynić kolejny krok na drodze wtajemniczenia i dołączyć do garstki wybrańców, którzy uczynią ten świat takim, jaki być powinien? Czy przysięgasz zachować w tajemnicy wszystko, o czym tu usłyszysz, nie taić niczego przed członkami Wewnętrznego Sanktuarium i nigdy nie sprzeniewierzyć się ideałom templariuszy?

– Niechaj dopomoże mi w tym Ojciec Zrozumienia. Przysięgam – odparł postulant.

Mistrz milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie skinął głową. Pozostali członkowie kręgu wewnętrznego wtajemniczenia unieśli jednocześnie swoje świece, tak aby postulant mógł zobaczyć ich twarze.

– Odtąd jesteś członkiem Wewnętrznego Sanktuarium.

Mistrz podszedł do postulanta, by wpiąć w jego szatę długą srebrną szpilę. Przypominała ona miniaturowy miecz z rękojeścią zwieńczoną równoramiennym krzyżem, pośrodku którego umieszczono rubin. Była czymś więcej niż tylko ozdobą – jej ostry koniec zanurzono wcześniej w toksynie. Jeśli jej posiadacz został zaatakowany, wystarczyło wbić ją w ciało napastnika… lub we własne, gdyby zaszła taka konieczność. Kiedy Mistrz umieścił ozdobną szpilkę na szacie postulanta, templariusze zdmuchnęli swoje świece.

– Odwróć się i powitaj swoich braci i siostry, Simonie Hathawayu.

Pochodnie, których płomienie okazały się jedynie doskonałymi holograficznymi iluzjami ognia, „zgasły” momentalnie, po czym zniknęły we wnękach. W pomieszczeniu zapaliły się lampy; początkowo jarzyły się słabym, przytłumionym blaskiem, by oczy zebranych mogły stopniowo przyzwyczaić się do jasności. Na ścianie po lewej przesunęła się z cichym szmerem kamienna płyta, zza której wyłoniła się mapa świata, upstrzona migoczącymi, kolorowymi lampkami. Każdy kolor odpowiadał określonemu obszarowi działalności Abstergo Industries – oraz Zakonu Templariuszy.

Ceremonia dobiegła końca i templariusze zsunęli z głów kaptury i zdjęli ceremonialne stroje. Simon przesunął dłonią po grubej tkaninie swojej szaty. Była ona dziełem wyłącznie ludzkich rąk – każda czynność, począwszy od strzyżenia owiec, przez gręplowanie i przędzenie wełny, aż po barwienie gotowej tkaniny, została wykonana ręcznie, bez pomocy maszyn. Do tego jeszcze te misterne hafty… Simon pokręcił głową, podziwiając ogrom pracy, jaki włożono w to, by szaty zakładane wyłącznie z okazji ceremonii przyjmowania nowych członków Wewnętrznego Sanktuarium jak najbardziej przypominały stroje noszone przez templariuszy przed wiekami. Z wykształcenia był historykiem i dlatego bardziej niż ktokolwiek inny potrafił docenić wysiłek na rzecz zachowania historycznych realiów.

W końcu niechętnie zdjął ceremonialne szaty i zastąpił je marynarką, po czym zwrócił się ku swoim nowym konfratrom. Znał ich wszystkich, jednych lepiej, innych gorzej. Wiedział, że Laetitia England zajmuje jedno z kierowniczych stanowisk w Dziale Operacji. Na przekór swojemu nazwisku, Laetitia była Amerykanką; pracowała w biurze Abstergo w Filadelfii. Mitsuko Nakamura, dyrektorka Działu Badań Rodowodu i Pozyskiwania Zasobów, urzędowała na przemian w Filadelfii oraz w ośrodku Abstergo w Rzymie. Simon serdecznie zazdrościł jej posady. W Abstergo „pozyskiwanie zasobów” oznaczało coś zupełnie odmiennego niż w innych korporacjach. Polegało na pozyskiwaniu obiektów do badań prowadzonych przy użyciu Animusa – szczytowego osiągnięcia technologii, z którym Simon nie miał jeszcze okazji bliżej się zapoznać.

Kolejni dwaj członkowie Wewnętrznego Sanktuarium, czyli Alvaro Gramatica, na pozór jowialny szef Działu Nowoczesnych Technologii, a także porywczy Juhani Otso Berg, zajęci byli obowiązkami w innym zakątku świata i nie mogli być fizycznie obecni na ceremonii. Uczestniczyli więc w niej zdalnie, spoglądając na zebranych z dwóch dużych, wiszących na ścianach ekranów.

Gramatica i Berg byli współpracownikami Isabelle Ardant, byłej przełożonej Simona, a zarazem jego poprzedniczki w Wewnętrznym Sanktuarium. Nieco ponad rok wcześniej Isabelle zginęła z ręki asasyna. Simon nie pałał do niej nadmierną sympatią; prawdę powiedziawszy, nie pałał nadmierną sympatią do nikogo. Miał jednak poczucie, że jego koleżanka ze studenckiej ławy – Isabelle i on studiowali razem w Cambridge – nie zasłużyła sobie na to, by zginąć od ciosu w plecy zadanego przez mordercę zbyt tchórzliwego, by spojrzeć swojej ofierze w twarz. Tej nocy, podczas której zabito Isabelle, za jej ochronę odpowiedzialny był Berg. Simon miał mu za złe, że nie powstrzymał zamachowca.

W uroczystości uczestniczyli również David Kilkerman, następca zmarłego i nieszczególnie opłakiwanego (w każdym razie na pewno nie przez Simona) Warrena Vidica na stanowisku szefa Projektu Animus, a także Alfred Stearns. Kilkerman był wysokim, tęgim mężczyzną, który często wybuchał tubalnym śmiechem. Otyłym ludziom chętnie przypisuje się łagodny charakter, ale Kilkerman z pewnością do łagodnych nie należał. Alfred Stearns, najstarszy z dziewięciu członków Sanktuarium, kierował przeprowadzoną przez templariuszy akcją pod kryptonimem „Wielka Czystka”, która na przełomie wieków doprowadziła do niemal zupełnego wyeliminowania zagrożenia ze strony Bractwa Asasynów. Jakiś czas po tamtym sukcesie przeszedł na emeryturę, przekazawszy zarządzanie działem operacyjnym Laetitii England; w dalszym ciągu pozostawał jednak członkiem Wewnętrznego Sanktuarium. Simon wymienił z nim uprzejmy uścisk dłoni. Searns był łysiejącym mężczyzną po osiemdziesiątce, z krótko przyciętą białą brodą, ale Simon odniósł wrażenie, że jest to jeden z najniebezpieczniejszych ludzi, z jakimi kiedykolwiek się zetknął.

Agneta Reider pełniła funkcję dyrektora Grupy Finansowej Abstergo. Podobnie jak Searnsa, ją także Simon spotkał osobiście po raz pierwszy. Wydała mu się spokojna i uprzejma – dokładnie taka, jaka powinna być osoba stojąca na czele tak ważnej gałęzi korporacji Abstergo.

Rzecz jasna, w ceremonii wziął udział również Alan Rikkin, dyrektor generalny Abstergo Industries i najważniejszy ze wszystkich znanych Simonowi templariuszy. A przynajmniej tak się Simonowi wydawało. Jeśli chodziło o członków Zakonu, nigdy nie było się do końca pewnym, z kim tak naprawdę ma się do czynienia.

Rikkin był nie tylko szefem, ale także twarzą Abstergo Industries. Simon nie potrafił wskazać nikogo, kto lepiej od niego nadawałby się do tej roli. Za każdym razem gdy nieprzeciętnie inteligentny i zawsze opanowany Rikkin zabierał głos, cały świat słuchał go z uwagą.

Drzwi otworzyły się i do sali wjechały dwa wózki z zastawą. Członkowie Wewnętrznego Sanktuarium zasiedli do obfitego angielskiego śniadania. Nastrój tajemniczości i atmosfera zamierzchłych czasów ustąpiły miejsca towarzyskim pogawędkom, którym towarzyszył brzęk filiżanek, talerzyków i sztućców. Można było odnieść wrażenie, że hołdująca dawnym tradycjom ceremonia odbyła się wiele wieków temu, a nie przed kilkoma chwilami.

– Jak ci się podoba twoje nowe biuro, Hathaway? – zagadnęła Mitsuko Nakamura.

– Jeszcze się w nim nie urządziłem – odparł Simon. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął z niej okulary w złotych oprawkach, po czym umieścił je na swoim orlim nosie. – Pomyślałem, że rozsądniej będzie zaczekać i upewnić się, czy zostanę przyjęty do Sanktuarium. Nie chciałem dwa razy się pakować.

Zebrani parsknęli śmiechem.

– Jesteś bardzo praktyczny – stwierdził Alvaro Gramatica.

Simon spojrzał na jego przesadnie wesołą twarz widoczną na ekranie. Isabelle nie znosiła Gramatiki i Simon musiał przyznać jej rację; on także czuł do niego wyjątkową antypatię. Teraz, kiedy został kierownikiem Działu Badań Historycznych, będzie zmuszony znacznie częściej oglądać zadowolony, niemal szyderczy uśmieszek Gramatiki. Cóż za radość.

– Praktyczność to cecha, na którą chciałbym położyć nacisk w moim departamencie – stwierdził grzecznie, maczając kawałek perfekcyjnie wypieczonej grzanki w żółtku jajka.

– Przeglądaliśmy notatki Isabelle i zauważyliśmy, że wielokrotnie pojawia się w nich twoje nazwisko – powiedział Rikkin. – Najwyraźniej zrobiłeś na niej spore wrażenie, a to mało komu się udawało.

– Dziękuję panu. Pochlebia mi to. Isabelle była świetna w tym, co robiła. Ale ja postaram się służyć Zakonowi na swój własny sposób.

– Zabrzmiało to tak, jakbyś nie pochwalał stylu, w jaki Isabelle kierowała swoim działem.

Jak przystało na tradycyjne angielskie śniadanie, niemal wszyscy, nie wyłączając gości z Ameryki, popijali herbatę; Simon zauważył jednak, że Rikkin jako jedyny napełnił swoją filiżankę kawą. Teraz mieszał ją srebrną łyżeczką, nie spuszczając przy tym wzroku z Hathawaya.

Simon z cichym brzękiem odstawił filiżankę na spodek.

– Szanuję dokonania Isabelle – zapewnił Rikkina. – Ale chciałbym wnieść własne, świeże spojrzenie.

– Mów dalej.

No to zaczynamy – pomyślał Simon.

– Po pierwsze… jestem historykiem. Moją mocną stroną jest historia, to na niej znam się najlepiej. Zadaniem działu, którym mam pokierować, powinno być badanie i analizowanie historii.

– Te badania mają swój cel. Mają służyć realizacji celów Zakonu – wtrąciła Laetitia.

– Słuszna uwaga. Jestem przekonany, że powrót mojego działu do korzeni przyniesie Zakonowi same korzyści. Już wam to wyjaśniam.

Simon odsunął krzesło, po czym podszedł do jednej ze ścian i nacisnął umieszczony na niej przycisk. Ściana rozsunęła się i oczom zebranych ukazała się biała tablica oraz kilka kolorowych flamastrów.

– Simonie, jesteś jedyną znaną mi osobą, która podczas prezentacji wciąż korzysta z białej tablicy – jęknął Kilkerman.

– Bądź cicho, Davidzie, bo inaczej poproszę o tablicę szkolną, a tobie przypadnie w udziale moczenie gąbki – odparował Hathaway.

Jego dowcipna riposta nagrodzona została stłumionymi chichotami słuchaczy. Najgłośniej roześmiał się Kilkerman. Simon napisał na tablicy DZIAŁ BADAŃ HISTORYCZNYCH, po czym cofnął się o krok i przyjrzawszy się napisowi krytycznym wzrokiem, poprawił literę T w ostatnim wyrazie.

– No dobrze, zaczynajmy. Naszym najlepszym narzędziem jest Animus. – Simon skinął głową w kierunku Kilkermana. Aktualny szef projektu Animus zajęty był smarowaniem grzanki marmoladą. – Wszyscy wiemy, do czego służy; umożliwia dostęp do genetycznych wspomnień obiektu, pozwala namierzyć konkretnych przodków i tak dalej, i tak dalej. O ile mi wiadomo, gotowy jest już zupełnie nowy model Animusa. Mam rację, Davidzie?

– Tak jest. – Wywołany do odpowiedzi Kilkerman wyprostował się. – Model 4.35. Zdołaliśmy niemal całkowicie wyeliminować skutki uboczne w rodzaju nudności i bólów głowy. Poza tym udało nam się sprawić, by sesja w Animusie stała się dla obiektu jeszcze bardziej integralnym doświadczeniem.

– To bardzo ekscytująca wiadomość, także dla mnie osobiście – powiedział Simon. – Za moment sami zrozumiecie dlaczego.

Odwrócił się do tablicy i jaskrawoczerwonym flamastrem napisał na niej: ANIMUS. Pod spodem narysował dwie ukośne strzałki; pierwsza skierowana była w lewo, druga w prawo.

– Dotychczas wykorzystywaliśmy Animusa przede wszystkim do zbierania informacji na temat miejsca ukrycia Fragmentów Edenu.

Templariusze mieli jeden zasadniczy cel – pragnęli kierować rozwojem ludzkości. Aby go osiągnąć, korzystali z rozmaitych narzędzi. Do najważniejszych należały Fragmenty Edenu: relikty dawnej cywilizacji, znanej jako Isu, Prekursorzy lub też po prostu jako Pierwsza Cywilizacja. Była ona znacznie starsza od cywilizacji ludzkiej, co więcej, to właśnie przedstawiciele Pierwszej Cywilizacji stworzyli rasę ludzką i przez pewien czas wykorzystywali ludzi w charakterze niewolników. Relikty technologii Prekursorów mogły obdarzyć swoich posiadaczy rozmaitymi wyjątkowymi zdolnościami, pozwalając im kontrolować innych. Wartość tych przedmiotów wykraczała poza tradycyjne kryteria w rodzaju wartości „historycznej” czy „ekonomicznej”. Templariusze mogli poszczycić się największą na świecie kolekcją Fragmentów Edenu, jednak nawet oni posiadali ich stosunkowo niewiele. W dodatku niektóre z reliktów pozostających w rękach Zakonu były uszkodzone lub też z jakichś innych powodów nie nadawały się do użytku.

– Kiedy dowiadywaliśmy się o istnieniu jakiegoś Fragmentu Edenu, na przykład ze wzmianki w starym manuskrypcie – ciągnął dalej Simon – albo kiedy docierały do nas informacje o osobie mającej związek z reliktem, natychmiast rozpoczynaliśmy poszukiwania.

Simon pod strzałką skierowaną w lewo napisał: INFORMACJA. Pod spodem dopisał: 1. FRAGMENTY EDENU, a jeszcze niżej: a) LOKALIZACJA.

– Jedną z metod tych poszukiwań była analiza materiału genetycznego, pozyskiwanego od klientów oraz lojalnych pracowników Abstergo Industries.

Na samym dole Simon dopisał: i. KLIENCI I PRACOWNICY.

– Drugim obszarem naszego zainteresowania było gromadzenie informacji na temat naszych odwiecznych wrogów, asasynów. Zależało nam na tym samym, co w przypadku Fragmentów Edenu, czyli na wytropieniu miejsca ich pobytu.

Simon zapisał na tablicy: 2. ASASYNI, a pod spodem, tak jak poprzednio, dopisał: a) LOKALIZACJA oraz: i. KLIENCI I PRACOWNICY.

– Wszystko to pięknie. Zdobyte przez nas informacje pozwoliły poszerzyć wpływy Zakonu oraz poprawić wyniki finansowe naszej firmy.

– Czuję, że zaraz usłyszymy jakieś „ale” – stwierdziła Reider.

– Mam nadzieję, że Hathaway nie zamierza zasugerować, żebyśmy zrezygnowali ze zabierania tych informacji? – Ton głosu, jakim Laetita England zadała to pytanie, był zwodniczo spokojny.

– W żadnym wypadku – zapewnił ją Simon. – Jestem jednak przekonany, że Animus może stać się dla Zakonu jeszcze bardziej użyteczny. Możemy wykorzystać go w sposób, w jaki dotąd nie próbowaliśmy. Moim zdaniem to nowe podejście przyniesie nam z czasem równie wielkie korzyści jak zdobywanie Fragmentów Edenu.

Simon ponowie odwrócił się w stronę tablicy i pod drugą ze strzałek napisał: WIEDZA.

– Może wam się wydawać, że informacja jest wiedzą. Ale żeby dane stały się użyteczne, potrzebna jest znajomość kontekstu. Na przykład ktoś mógłby powiedzieć, że istnieje pewne miejsce, w którym znajdują się ziemia, kamienie, woda oraz drewno. Jednak dopiero kiedy uświadomimy sobie, że ta woda to ocean, ziemia i kamienie to skaliste wybrzeże, a drewno to elementy omasztowania statku, informacja zostanie osadzona w odpowiednim kontekście. Surowe dane staną się dla nas użyteczne i na ich podstawie wywnioskujemy, że prawdopodobnie mowa jest o miejscu, w którym spoczywają wyrzucone przez morze szczątki statku.

– Jestem bardzo zapracowanym człowiekiem, Simonie – odezwał się Rikkin. – Jeśli nie przejdziesz szybko do rzeczy, to twój statek prawdopodobnie pójdzie na dno, zanim zdąży wyruszyć w dziewiczy rejs.

Simon poczuł, że jego uszy robią się gorące; musiał przyznać, że użyta przez Rikkina metafora była całkiem zgrabna.

– Chodzi mi o to, że potrafimy wykorzystywać nowoczesne technologie i dysponujemy komputerami, które są w stanie rozwiązywać podobne zagadki. Ale powinniśmy docenić także znaczenie czynnika ludzkiego. Za chwilę do tego wrócę. Kiedy już zaczniemy wykorzystywać Animusa nie tylko do zbierania danych i gromadzenia informacji, ale także do zdobywania wiedzy, ze wszystkimi jej subtelnościami, to otworzą się przed nami zupełnie nowe możliwości.

Kolejny raz podszedł do tablicy i pod słowem WIEDZA napisał: FRAGMENTY EDENU.

– Dzięki informacjom wiemy co, i wiemy gdzie. Możemy zidentyfikować i odszukać artefakt. Ale dopiero wiedza na temat artefaktu pozwoli nam zrozumieć, jakie są jego właściwości, jak wykorzystywano go w przeszłości oraz… jak go naprawić.

Simon pogrubił litery w trzech ostatnich słowach. Pozostali członkowie Wewnętrznego Sanktuarium wpatrywali się w tablicę – niektórzy z powątpiewaniem, inni z entuzjazmem, jeszcze inni z nieskrywaną niechęcią. Simonowi udało się przykuć uwagę słuchaczy i zamierzał to wykorzystać.

– Zastanówmy się teraz, w jaki sposób wiedza może nam pomóc w walce z asasynami. Dzięki niej poznamy nie tylko odpowiedź na pytanie o to, kto należał do Bractwa w określonym czasie oraz gdzie dzisiaj szukać jego członków. Dowiemy się także, kim oni są. Zrozumiemy, co sobą reprezentują. Dowiemy się, co jest ważne dla nich i dla ich Bractwa. Prześledzimy, jak zmieniały się ich systemy wartości na przestrzeni wieków. Nauczymy się nimi manipulować. Poznamy najskuteczniejsze sposoby na to, by ich złamać. Kiedy wreszcie zaczniemy doceniać wiedzę, a nie tylko surowe dane i suche informacje, to kto wie, co uda nam się odkryć. Tak naprawdę sami nie wiemy, czego jeszcze nie wiemy. Jak widzicie, możliwości są nieograniczone.

Simon cofnął się o krok i przyjrzał się zapiskom na tablicy.

– Oczywiście te cele pozostaną dla nas pierwszoplanowe – powiedział i zakreślił flamastrem słowo INFORMACJA oraz widniejące pod nim dopiski. – Ale kiedy już zrobimy pierwszy krok i zmienimy nasze podejście do zastosowania Animusa, będziemy mogli wykorzystać go do rozpoznawania ukrytych prawidłowości. Będziemy w stanie dostrzec powtarzające się wzorce. Odkryjemy na nowo dawno zapomniane teorie, idee i wynalazki. Raz na zawsze rozwikłamy wielowiekowe tajemnice. Poznamy prawdy ukryte za mitami, legendami i ludowymi podaniami. To wszystko, a nawet jeszcze więcej, stanie się możliwe, jeśli tylko poszerzymy zastosowanie Animusa i otworzymy nasze umysły.

– Nasze umysły są już wystarczająco otwarte – odezwał się Kilkerman, który siedział z dłońmi splecionymi na pękatym brzuchu. Z jego oczu zniknęły wesołe iskierki. – Analizujemy uważnie wszystkie informacje, które udaje nam się zdobyć. Możesz mi wierzyć.

– Wierzę. Chodzi o to, że nieznacznie większym kosztem możemy osiągnąć znacznie lepsze rezultaty.

– Piętnaście lat temu prawie unicestwiliśmy naszych wrogów. I nie było nam do tego potrzebne twoje romantyczne, sentymentalne podejście – oznajmił Stearns.

Pobrzmiewająca w jego głosie pogarda sprawiła, że w całej sali powiało nagle chłodem.

– To prawda. Ale od tamtej pory o wiele trudniej jest nam wpaść na trop asasynów. Nasi wrogowie stali się sprytniejsi, bardziej kreatywni. My również musimy tacy być, jeśli chcemy ich powstrzymać.

– To, o czym mówisz, może wymagać czasu. A czas jest cenny – stwierdził z naciskiem Berg.

– Masz rację – przytaknął Simon. – I właśnie dlatego powinniśmy rozsądnie nim gospodarować. Obecnie trwonimy go na poszukiwanie kolejnych Fragmentów Edenu, chociaż mamy już w swoich zbiorach kilka artefaktów, które są uszkodzone, a także kilka takich, których działania nie rozumiemy. Musimy zacząć korzystać z Animusa bardziej precyzyjnie i zarazem w szerszym zakresie. Powinniśmy skoncentrować się na poszukiwaniu osób, których genotyp składa się w znacznej części z DNA Prekursorów i…

– Przecież to właśnie robimy – przerwał mu Alvaro Gramatica.

– Owszem, za pośrednictwem Abstergo Entertainment i działu kierowanego przez doktor Nakamurę – dodał Simon. – Zdajemy się na ludzi, którzy nie są templariuszami i sami nie wiedzą, czego dokładnie szukają. O ile bardziej efektywna byłaby godzina pracy Animusa, gdyby w sesji wzięło udział któreś z nas? Nasze DNA zawiera ogromne pokłady wiedzy, które wciąż pozostają niewykorzystane.

– Jedna godzina spędzona przez kogoś z nas w Animusie mogłaby przynieść rozwiązanie problemów, z których istnienia nie zdajemy sobie nawet sprawy – kontynuował Simon. – Prócz praktycznych korzyści zdobylibyśmy wiedzę, która jest bezcenna sama w sobie.

– Mówisz jak rasowy historyk. – W ustach Berga zabrzmiało to jak obelga.

Simon żachnął się mimowolnie.

– Udowodnię wam, że mam słuszność – powiedział i natychmiast pożałował swoich słów, które zawisły w powietrzu niczym zerwane z uwięzi balony.

Skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B – pomyślał i wziął głęboki oddech.

– Tak jak każdy z nas znam dobrze swój rodowód i wiem, że jeden z moich przodków walczył w armii Joanny d’Arc. Uważa się, że w posiadaniu Joanny znajdował się jeden z Mieczy Edenu… W naszym spisie figuruje on jako Fragment Edenu numer 25. Jestem zdania, że mógł to być ten sam miecz, który wcześniej należał do Jakuba de Molay.

– I który teraz znajduje się w moim gabinecie – dodał cichym, niskim głosem Rikkin. – Z historią tego miecza wiąże się wiele niewiadomych. Pewne jest tylko to, że należał do de Molaya. W czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej odnalazł go Wielki Mistrz naszego Zakonu François-Thomas Germain. Następnie miecz wpadł w ręce zabójcy Germaina, asasyna nazwiskiem Arno Dorian.

Simon skinął głową.

– Chciałbym spędzić nieco czasu w Animusie. Zamierzam uzyskać potwierdzenie mojej tezy, że jest to ten sam miecz, który został skatalogowany jako Fragment Edenu numer 25.

Rikkin pochylił się i oparł łokcie na stole. Jedną dłonią podpierał brodę, w drugiej trzymał filiżankę ze stygnącą kawą.

– Miecz de Molaya uległ uszkodzeniu, kiedy znajdował się w posiadaniu Germaina – przypomniał. – Nie wiemy, jakie właściwości posiadał, ale wszystko wskazuje na to, że bezpowrotnie je utracił.

– Powtórzę raz jeszcze: uważam, że z moją wiedzą historyczną będę w stanie ustalić, jak można go naprawić, pod warunkiem że będę mógł usiąść w fotelu Animusa i zobaczyć na własne oczy, w jaki sposób używano miecza.

Na ustach Rikkina pojawił się cień uśmiechu.

– W porządku, Hathaway – powiedział. – Przeprowadzimy test. Zgadzam się, żebyś poszedł tym tropem i przekonał się, dokąd cię doprowadzi. Jeśli za tydzień przedstawisz mi konkretne rezultaty eksperymentu, zaakceptuję nowy kierunek badań twojego działu i przyznam wam odpowiednie fundusze.

Simon poczuł, że zamiera w nim serce. Za tydzień? Rikkin uśmiechnął się nieco szerzej, tak jakby potrafił czytać w myślach świeżo upieczonego członka Wewnętrznego Sanktuarium.

– Zgoda – oświadczył po chwili Simon i wyprostował ramiona.

– Doskonale. – Rikkin odłożył na stół serwetkę, którą trzymał na kolanach, po czym wstał. – W takim razie lepiej zabieraj się do roboty.

Być może istniały bardziej obcesowe sposoby na zakończenie spotkania, ale w tym momencie żaden z nich nie przychodził Simonowi do głowy.

– I jeszcze jedno.

– Tak, proszę pana?

Rikkin i Kilkerman wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– To już nie jest „fotel” – powiedział Rikkin.

– Słucham?

– Wkrótce się przekonasz.

2

Simon znał dobrze gabinet Isabelle, ale teraz, gdy sam został jego gospodarzem, czuł się tu inaczej niż wcześniej.

Trzymając oburącz ogromne pudło z książkami, przystanął na progu i rozejrzał się po swoim nowym biurze. Większą część ściany po lewej zajmowało pokaźnych rozmiarów okno, za którym rozciągał się widok na London Eye, Big Bena oraz Pałac Westminsterski, gdzie obradował brytyjski parlament. Drugie duże okno znajdowało się po prawej, bliżej biurka Isabelle, które teraz było biurkiem Simona. Przez okna wlewało się jasne światło, które wypełniało całe pomieszczenie. Na wyposażenie gabinetu składały się między innymi przepastne skórzane fotele, w których można było wygodnie umościć się z książką, oraz masywne regały z setkami grubych tomów. W powietrzu unosiła się intensywna woń starego papieru i skórzanych okładek; odurzający zapach przeszłości.

Simon minął fotele i podszedł do biurka; gruby dywan w kolorze głębokiej czerwieni tłumił odgłosy kroków. Simon postawił pudło na blacie. Isabelle nie poczyniła zbyt wielu wysiłków, by nadać gabinetowi osobisty charakter; Simon zauważył jednak na półkach kilka pustych miejsc, z których najwyraźniej usunięto przedmioty pozostawione przez jego poprzedniczkę. Gramatica miał żonę i dzieci, chociaż nigdy o nich nie wspominał – prawdopodobnie nawet ich nie widywał, zważywszy na to, ile godzin spędzał w laboratorium. Rikkin miał córkę Sofię, ale była ona dorosła i zdążyła już zostać pełnoprawną członkinią Zakonu. Jedynym znanym Simonowi wysokiej rangi templariuszem, który miał małe dziecko, był zimnokrwisty zabójca Berg – ojciec dziewczynki cierpiącej na mukowiscydozę. Simon wiedział o jej chorobie, ponieważ obietnica pomocy w leczeniu córki była główną przynętą, którą posłużyli się templariusze, by nakłonić Berga do wstąpienia w szeregi Zakonu.

Simon Hathaway nie miał dzieci, żony, dziewczyny ani nawet kota – i taki stan rzeczy najzupełniej mu odpowiadał.

Kursując w tę i z powrotem po korytarzu i przenosząc do gabinetu swoje rzeczy, Simon rozmyślał o terminie, jaki wyznaczył mu Rikkin. Na szczęście, zanim jeszcze przedstawił swoje plany członkom Wewnętrznego Sanktuarium, zdążył przeprowadzić solidną kwerendę. Życie Joanny d’Arc było dobrze udokumentowane i istniał cały szereg dotyczących jej osoby materiałów źródłowych – badanie takich tekstów stanowiło chleb powszedni dla każdego historyka. Simon miał nadzieję, że to pozwoli mu optymalnie wykorzystać przysługujący mu tydzień.

Joanna d’Arc.

To fascynujące, że jeden z jego przodków był towarzyszem broni Joanny. Simon nigdy nie miał bezpośredniej styczności z Animusem, nigdy też nie był działającym w terenie agentem Zakonu ani nie przeszedł treningu w ramach Programu Szkoleniowego Animi. Miał świadomość, że autorzy źródeł podstawowych rzadko bywali bezstronni w swoich opiniach. Wierzył jednak, że on, jako historyk, osoba zdystansowana wobec odległych zdarzeń, będzie w stanie zachować znacznie większy obiektywizm.

Włączył komputer i zalogował się do systemu. Na dużym, zawieszonym na ścianie ekranie pojawiło się logo Abstergo.

– Sala Animusa – powiedział głośno.

Simon stał przy biurku i wypakowywał z jednego z pudeł szklaną gablotkę, zawierającą rzadkie dwunastowieczne wydanie Żywotów równoległych Plutarcha, kiedy na ekranie pojawiła się twarz kobiety – głównego technika Animusa. Miała ciemne oczy i przyjazny uśmiech, a jej długie, lśniące włosy upięte były w schludny kok.

– Dzień dobry, profesorze Hathaway. Jestem Amanda Sekibo. W czym mogę panu pomóc?

– Witam, panno Sekibo. Nie mieliśmy jeszcze okazji bliżej się poznać, jestem nowym…

– Kierownikiem Działu Badań Historycznych – dokończyła za niego. – Doktor Kilkerman wiele nam o panu opowiadał. Nie możemy się doczekać, kiedy będziemy mogli zaprezentować panu nowy model Animusa. Co mogę dla pana zrobić?

– Przed godziną spotkałem się z panem Rikkinem – wyjaśnił. – Dostałem zgodę na wykorzystanie Animusa w moim dość pilnym projekcie. Sądziłem, że zostaliście o tym uprzedzeni. Jeśli to możliwe, chciałbym od razu umówić się na pierwszą sesję.

Sekibo zmarszczyła lekko brwi.

– Proszę chwileczkę zaczekać… Ach tak, rzeczywiście, otrzymał pan autoryzację na korzystanie z Animusa. Ale najpierw musi się z panem spotkać doktor Bibeau.

– Czym konkretnie zajmuje się pan doktor?

– Doktor Bibeau jest kobietą, panie profesorze. To jedna z naszych najlepszych psychiatrów.

Simon zjeżył się.

– Przeszedłem już cały szereg badań. Z pewnością nie ma potrzeby, żeby szanowna pani doktor marnowała swój cenny czas na…

– Przykro mi, profesorze, ale pan Rikkin wyraził się jasno. – Przepraszający wyraz twarzy Amandy Sekibo sugerował, że bez względu na to, co Hathaway powie, i tak nic nie wskóra.

Simon zdawał sobie oczywiście sprawę z tego, że korzystanie z Animusa wiązało się z ryzykiem. Sesje w Animusie w niczym nie przypominały doświadczeń znanych z tworzonych przez Abstergo Entertainment i wielokrotnie nagradzanych gier wideo, których masowa sprzedaż od lat przynosiła templariuszom ogromne zyski, a także wiele cennych informacji. Każda sesja w Animusie musiała być monitorowana, a w przypadku nowego modelu samo podłączenie użytkownika do urządzenia wymagało wykwalifikowanego personelu. Simon zdjął okulary i przycisnął kciuk oraz palec wskazujący do nasady nosa, po chwili westchnął i skinął głową.

– No cóż, naturalnie, szanuję decyzję pana Rikkina. Zaraz umówię się na spotkanie z doktor Bibeau.

Sekibo uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– Niestety, pani doktor przyleci ze Stanów dopiero dziś wieczorem. Podejrzewam, że będzie mogła spotkać się z panem jutro z samego rana.

– Rozumiem – powiedział Simon. Jakże by inaczej. – Jeszcze jedno. Chciałem się upewnić, czy pan Rikkin poinformował panią, że powinienem ukończyć mój projekt przed upływem tygodnia?

– Tak jest, panie profesorze. Kiedy tylko załatwi pan niezbędne formalności z doktor Bibeau, będzie mógł pan zaczynać.

– Świetnie – powiedział Simon i zakończył połączenie, po czym mruknął pod nosem: – Zostało mi sześć dni.

Opadł na wygodny skórzany fotel, w którym tyle razy widywał Isabelle Ardant. Odszukał nazwisko Bibeau w firmowej bazie danych, a następnie napisał do niej e-mail z prośbą, by punktualnie o siódmej trzydzieści rano zjadła z nim śniadanie w Temp’s.

Niech Bóg ma cię w swojej opiece, jeśli stracę przez ciebie choćby jeszcze jedną minutę w Animusie – pomyślał kwaśno, po czym kliknął „wyślij”.

DZIEŃ 2

Niewiele brakowało, by to Simon spóźnił się na spotkanie. Jego organizm, po przebytym ubiegłej nocy rytuale inicjacyjnym, postanowił nadrobić brak snu. Kiedy o godzinie siódmej dwadzieścia sześć Simon dotarł na umówione spotkanie, Victoria Bibeau czekała już na niego przed restauracją.

Nie był pewien, czego się spodziewać, ale z pewnością nie oczekiwał, że doktor Bibeau okaże się szczupłą kobietą z chłopięcą fryzurą i szerokim, ale szczerym uśmiechem. Zastanowiło go, jak to możliwe, że zupełnie nie wyglądała na zmęczoną po długiej podróży samolotem. Kiedy podali sobie ręce na powitanie, uścisk jej dłoni był zdecydowany, ale nie przesadnie mocny.

– Miło mi pana poznać, profesorze Hathaway – powiedziała z lekkim francuskim akcentem.

– Mam nadzieję, że lot był przyjemny.

– Owszem, dziękuję. Dobrze znowu być w Londynie. W Anglii herbata zawsze smakuje mi lepiej.

– Ma pani absolutną rację – odpowiedział.

Po tej wymianie uprzejmości oboje weszli do środka. W londyńskim kompleksie biurowym Abstergo znajdowały się trzy lokale gastronomiczne: bar Snack Shack, w którym można było szybko coś przekąsić, a także wypić filiżankę kawy lub herbaty; elegancka restauracja Bella Cibo, w której podejmowano wystawnie ważnych gości; a także restauracyjka Tempest in a Teapot, której nazwę skracano najczęściej do Temp’s. Serwowano tam jedynie lekkie śniadania, drugie śniadania oraz podwieczorki.

Temp’s było ulubionym lokalem Simona, przede wszystkim dlatego, że w porze lunchu i obiadu zajęty był zazwyczaj pracą.

– Dzień dobry, profesorze Hathaway – powitał ich kelner, trzymający tacę z dzbankiem herbaty, dwiema filiżankami, a także naczyniami z mlekiem, cytryną i miodem. Ustawił to wszystko na stoliku pomiędzy Simonem i Victorią. – Czy podać to co zwykle?

– Oczywiście – odparł Simon. – Poole, przedstawiam ci doktor Victorię Bibeau z Aerie w Stanach Zjednoczonych. Doktor Bibeau spędzi u nas najbliższy tydzień.

W oczach kelnera zamigotały wesołe iskierki.

– Bardzo mi miło, pani doktor. Skoro pracuje pani z profesorem Hathawayem, z pewnością będzie pani częstym gościem w Temp’s.

– Też mam takie wrażenie.

– Czy zamierza pani wyjeżdżać poza Londyn? O tej porze roku drzewa wyglądają naprawdę pięknie.

– Niestety, nie. Obawiam się, że obowiązki zatrzymają mnie w mieście.

– Wielka szkoda. Proszę koniecznie wpaść do nas na podwieczorek; w jesiennym menu mamy dyniowe ciasteczka i korzenną szarlotkę.

– Mam nadzieję, że uda nam się tu później zajrzeć – powiedziała z uśmiechem Victoria. – A na razie poproszę to samo co profesor Hathaway.

– Czyli dwa koszyki tostów i porcja bekonu – powiedział Poole, po czym skinął głową i oddalił się w stronę kuchni.

Bibeau dolała do herbaty mleka, a Simon uznał, że pora przejść do rzeczy.

– A zatem, pani doktor… dlaczego akurat pani?

Zanim Bibeau odpowiedziała na pytanie, upiła łyk herbaty.

– Mam duże doświadczenie w pomaganiu osobom, które po raz pierwszy wchodzą do Animusa – odparła w końcu.

– Rzeczywiście, czytałem o pani pracy w Abstergo Entertainment i w Aerie – przyznał Simon. Aerie było jedyną w swoim rodzaju placówką Abstergo, w której szkolono niewielką, doborową grupę młodych, dopiero wchodzących w dorosłość ludzi. Ich wyjątkowość polegała na tym, że ich genetyczne wspomnienia stawały się ważniejsze (i cenniejsze) wtedy, gdy przeżywali je razem, a nie osobno. – Ale ja przestałem być nastolatkiem już dość dawno temu, pani doktor.

– Zdaję sobie z tego sprawę. I proszę, mów mi Victoria – zaproponowała. – W Abstergo Entertainment miało miejsce pewne zdarzenie, które… no cóż, pod wieloma względami zmieniło moje życie. Miało to swoje dobre i złe strony. Ale najważniejsze jest to, że w całym Zakonie niewiele jest osób, które mają większą niż ja wiedzę na temat wpływu, jaki może wywierać Animus na ludzki mózg. Nie wiem, czy rozmawiałeś już o tym z doktorem Kilkermanem, ale Animus, z którego będziesz korzystał, to zupełnie nowy model. Na dobrą sprawę to wciąż jeszcze prototyp.

– Oczywiście, że rozmawiałem z Kilkermanem – żachnął się Simon. – I o ile wiem, Animus został ulepszony.

– Mimo to jesteś zupełnym nowicjuszem, a w dodatku masz tylko tydzień na to, by dowieść, że proponowane przez ciebie nowe podejście jest słuszne. A to oznacza, że będziesz musiał spędzić w Animusie sporo czasu. Postawmy sprawę jasno, Simonie, jestem ci potrzebna.

Do stolika zbliżył się Poole, niosący zamówione tosty oraz bekon. Simon przez chwilę sączył herbatę w milczeniu, po czym powiedział:

– Najwyraźniej czytałaś co nieco o mnie i o tym, czym się zajmuję.

– Och tak – przyznała Vicotria. – I kiedy będziemy razem pracować, chętnie dowiem się więcej o twoich koncepcjach. A teraz, zanim o to zapytasz, tak, przeczytałam również dokumentację twoich badań psychologicznych i mogę śmiało stwierdzić, że jesteś wyjątkowo zrównoważoną osobą. Nie spodziewam się zbyt wielu problemów.

– Ja nie spodziewam się żadnych.

Białe zęby Victorii błysnęły w uśmiechu.

– Cóż, w takim razie commençons.

– Niestety, nie znam francuskiego.

– Niewykluczone, że za dwa tygodnie to się zmieni. O ile w piętnastowiecznej Francji mówiło się po francusku – uzupełniła Victoria.

– W tamtym okresie posługiwano się średniofrancuskim… Ale jaki to ma związek ze mną?

– Czy słyszałeś o Efekcie Krwi?

– Och… oczywiście.

Efekt Krwi był jednym z możliwych efektów ubocznych przebywania w Animusie. Zdarzało się, że obiekt badań przejmował cechy osobowości, myśli, emocje, a czasem nawet zdolności fizyczne jednego ze swoich przodków.

– Mówię biegle po rosyjsku, hiszpańsku i arabsku, ale do czego mogłaby mi się przydać znajomość średniofrancuskiego?

– Mógłbyś brylować na przyjęciach – zażartowała Victoria, uśmiechając się szeroko, ale zaraz dodała poważnym tonem: – Tak naprawdę przyswojenie nowego języka nie nastąpiłoby od razu. Nie sądzę też, żebyś opanował go w sposób biegły. Czasami Efekt Krwi bywa korzystny. Obiekt zyskuje nowe umiejętności, na przykład znajomość sztuk walki albo obcego języka. Ale muszę cię uprzedzić, że Efekt Krwi może być też wyjątkowo niebezpieczny. Na pewno słyszałeś o Obiekcie Czwartym i Obiekcie Czternastym i o tym, jak straszne były konsekwencje Efektu Krwi w obu tych przypadkach. Ja miałam niestety okazję zobaczyć coś podobnego na własne oczy.

Victoria spochmurniała i ściszyła głos.

– Pewien analityk pracujący dla Abstergo Entertainment zaczął przejawiać niezdrowe zainteresowanie przedmiotem swoich badań. W końcu nabrał przekonania, że jest reinkarnacją Arna Doriana, asasyna żyjącego w czasach rewolucji francuskiej.

– Nie był to najprzyjemniejszy okres w dziejach świata – stwierdził Simon. – Co się z nim stało?

– Postanowił dokonać sabotażu. Zniszczył bezcenne wyniki badań: wykasował pliki, zniszczył twarde dyski, spalił swoje notatki. Zakon próbował go powstrzymać, ale on stawił opór. – Victoria zacisnęła wargi.

Simon pojął, co to oznacza.

– Rozumiem. Przykra sprawa. Utrata tylu danych… Czy udało się wam odtworzyć przynajmniej część z nich?

Victoria posłała mu spojrzenie, którego znaczenia nie potrafił odgadnąć.

– W pewnym stopniu – odparła. – Tak czy inaczej, według mojej wiedzy większość problemów, jakie sprawiał nam Animus, została już rozwiązana. Przynajmniej taki był nasz cel. A to oznacza, że naszym głównym zmartwieniem pozostaje Efekt Krwi. Dopóki ludzie są tylko ludźmi, nie sądzę, by udało się całkowicie go wyeliminować.

Kiedy kończyli powoli śniadanie, Victoria zapytała Simona o jego hobby.

– Jestem templariuszem, a templariusze nie mają hobby – odparł niechętnie.

Victoria nie dała się zbyć. Wyznała, że sama w wolnych chwilach zajmuje się garncarstwem i bierze udział w maratonach.

– Ale nie jednocześnie – dodała ze swoim charakterystycznym, szerokim uśmiechem. – Hobby pomaga mi oczyścić umysł ze zbędnych myśli i skupić się na ciele. Ty też musisz mieć coś, co sprawia ci przyjemność.

Simon przyznał w końcu, że ma słabość do wypraw na ocean.

– Żeglujesz? – zapytała Victoria.

– Nurkuję. Lubię penetrować wraki. – Simon umilkł na chwilę. – Lubię też odnajdywać ukryte przejścia. W Londynie jest ich całe mnóstwo.

Victoria popatrzyła na niego z szacunkiem.

– Zyskujesz przy bliższym poznaniu, Simonie Hathawayu.

Simon zastanowił się nad tym przez moment, po czym westchnął.

– Prawdę mówiąc, nie sądzę. Myślę, że jestem dokładnie takim nudziarzem, na jakiego wyglądam – powiedział, a następnie skierował rozmowę na czekające ich zadanie; opowiedział szczegółowo o tym, co chciałby osiągnąć i streścił historię miecza, który stanowił główny przedmiot ich zainteresowania. – Jeśli wasz analityk zajmował się Arnem Dorianem, to całkiem możliwe, że już ten miecz widziałaś. Przez pewien czas należał do François-Thomasa Germaina. Dopóki Germain nie został… hm, zlikwidowany przez Doriana.

Simon wyciągnął z teczki tablet i przesłał Victorii niektóre ze swoich notatek, w tym listę wydarzeń z życia Joanny d’Arc, które uważał za szczególnie warte odtworzenia na podstawie wspomnień swojego przodka.

Victoria zauważyła, że w oparciu o listy powinni opracować algorytm, który pozwoli im najefektywniej wykorzystać dostęp do Animusa.

– Co właściwie wiesz na temat tamtego okresu? – zapytał Simon, machając jednocześnie do Poole’a i dając mu znać wymownym gestem, że przydałby im się kolejny dzbanek herbaty.

– Obawiam się, że niewiele. Przydzielono mnie do tego projektu niecałe dwadzieścia cztery godziny temu. Ale już miałam okazję się przekonać, że wcale nie muszę być biegła z historii, by skutecznie pomagać analitykom. Znajomość podstawowych faktów na pewno by mi jednak nie zaszkodziła.

Simon postarał się ukryć irytację. Co prawda, posiadał tytuł profesora, ale uczenie innych zawsze było dla niego jedynie źródłem frustracji. Nie uśmiechało mu się udzielanie Victorii korepetycji z historii piętnastowiecznej Francji.

– Cóż – powiedział, uśmiechając się nieszczerze – mamy pełen dzbanek herbaty, więc spróbujemy krok po kroku omówić najważniejsze sprawy. W roku 1428, w którym Joanna d’Arc po raz pierwszy pojawiła się na scenie historii, o tym, kto jest „prawowitym królem” Francji, decydowały polityczne rozgrywki, silna armia, dynastyczne mariaże oraz nieoczekiwane zgony. Wojna stuletnia (która w rzeczywistości ciągnęła się przez sto szesnaście lat) trwała wówczas już dziewiątą dekadę. Król Henryk V, którego imię rozsławił Szekspir, dokonał żywota sześć lat wcześniej, w wieku trzydziestu pięciu lat. Nie dane mu było zginąć chwalebną śmiercią na bitewnym polu, został powalony przez dyzenterię, zbierającą śmiertelne żniwo zarówno wśród koronowanych głów, jak i wśród ludzi z gminu. Król Francji Karol VI, który przeszedł do historii pod dwoma różnymi przydomkami, jako „Umiłowany” (na ten przydomek prawdopodobnie faktycznie sobie zasłużył), a także jako „Szalony” (na ten przydomek zasłużył sobie w stu procentach), przeżył swojego angielskiego rywala o zaledwie dwa miesiące.

Delfin Karol, czyli przyszły król Karol VII, którego Joanna pragnęła osadzić na francuskim tronie, początkowo był tak naprawdę dopiero czwartym w kolejności kandydatem do dziedziczenia korony po swoim ojcu. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie królem, i czuł się wyjątkowo niepewnie w roli delfina. Nie pomagały mu plotki rozpowszechniane przez Anglików i Burgundczyków. Burgundczycy byli francuskimi zwolennikami księcia Burgundii Filipa, którzy sprzymierzyli się z Anglikami…

– Oui – przerwała mu Victoria, spoglądając na niego z rozbawieniem. – Myślę, że wiem, kim byli Burgundczycy.

– Ach tak, oczywiście, masz rację. Przepraszam. Wróćmy do naszej historii. Matkę Karola, Izabelę Bawarską, oskarżano o rozwiązłość i posiadanie licznych kochanków. Jednym z nich miał być jej własny szwagier. Karolowi zarzucano, że jest nieślubnym dzieckiem, podważając tym samym jego prawa do tronu…

– Czy Karol Szalony był naprawdę jego ojcem?

– Tak się obecnie uważa. W ówczesnych kronikach są wyraźne wzmianki o tym, że miał charakterystyczny nos Walezjuszy.

Potem Simon zaczął mówić o zaproponowanych przez niego zmianach w funkcjonowaniu jego działu. Większość z tego, o czym opowiedział Victorii, stanowiła streszczenie prezentacji, jaką poprzedniego dnia przeprowadził przed Wewnętrznym Sanktuarium. Tym razem wspomniał jednak o czymś, co wcześniej przemilczał.

– Joanna d’Arc miała co najmniej trzy miecze – powiedział. – Nasze zadanie nie będzie zatem takie proste, jak moglibyśmy sobie tego życzyć.

– A więc przedstawiłeś Rikkinowi podkoloryzowaną wersję tej historii?

– Tylko odrobinę – stwierdził z naciskiem. – Mam przeczucie, który z tych mieczy jest tym właściwym. Poza tym jestem bardzo ciekaw, czego jeszcze się dowiemy. Miecz jest dla mnie tylko jednym z powodów.

Zanim skończyli posiłek, Simon zdążył pogodzić się z myślą, że Victoria będzie mu towarzyszyć w poszukiwaniach. Skoro już koniecznie musiał mieć przy sobie niańkę, która będzie trzymać go za rękę podczas jego wyprawy w przeszłość, to Victoria wydawała się całkiem znośną kandydatką do tej roli.

Winda, którą można się było dostać do podziemnej części londyńskiej siedziby Abstergo – w tym do pomieszczeń, w których Simon został przyjęty w szeregi Zakonu, a ostatnio do Wewnętrznego Sanktuarium – zatrzymywała się jedynie na niektórych piętrach budynku. To, na którym się aktualnie znajdowali, do nich nie należało. Musieli więc skorzystać z innej windy i wjechać na górę, do tej części biurowca, którą zajmował Dział Badań Historycznych, a następnie przesiąść się do windy kursującej do podziemi. Wyszli z Temp’s i w nieco niezręcznym milczeniu oczekiwali na przyjazd windy. Kiedy drzwi w końcu się rozsunęły, Simon stanął twarzą w twarz z drobną kobietą o sięgających do ramion włosach; były one zupełnie czarne, za wyjątkiem jednego pasemka, pofarbowanego buntowniczo na wiśniowy kolor.

Na widok Simona brązowe oczy kobiety rozszerzyły się nieco.

– Simon – powiedziała. – Co za miła niespodzianka. Dawno cię nie widziałam.

– Tak, to prawda. Pozwól, że ci kogoś przedstawię. To doktor Victoria Bibeau. Przyjechała tu na kilka tygodni, żeby pomóc mi pozałatwiać pewne sprawy w moim dziale. Victorio, to Anaya Chodary. W przeszłości była agentką terenową, ale teraz jest jednym z naszych najlepszych „białych kapeluszy”.

W pierwszej chwili Victoria wyglądała na zdezorientowaną, ale szybko zrozumiała, co kryje się pod tym dziwnym określeniem.

– Etyczni hakerzy.

– Niektórzy uważają to za oksymoron, ale lubię, kiedy nas tak nazywają – powiedziała Anaya i uścisnęła dłoń Victorii.

– Wasz wkład w funkcjonowanie Abstergo jest nieoceniony. Jestem przekonana, że uchroniłaś nas od niejednej katastrofy.

– Dziękuję – odparła Anaya. – Robię, co w mojej mocy. Wiem, że Simon zawsze się spieszy, więc nie będę was dłużej zatrzymywać. – Ponownie spojrzała na Simona. – Cieszę się, że na ciebie wpadłam. Kilka dni temu znalazłam twój sweter. Ten niebieski, o którym myślałeś, że go zgubiłeś.

Simon przez moment nie wiedział, o czym mowa, aż nagle sobie przypominał.

– Och! Racja.

– Chcesz, żebym ci go odesłała? – zapytała.

– Nie, nie kłopocz się. Zanieś go do Armii Zbawienia albo w inne podobne miejsce. I tak mam za dużo ubrań. – Wszedł do windy i zanim drzwi się zamknęły, skinął Anayi głową. – Cześć!

Simon wcisnął przycisk i winda zaczęła się wznosić, szumiąc przy tym cicho. Victoria milczała przez chwilę, a potem zapytała:

– Co między wami zaszło?

Simon spojrzał na nią z ukosa.

– Skoro już musisz wiedzieć, nic szczególnie ekscytującego. Zwyczajne rzeczy. Praca, obowiązki i tak dalej. Nie muszę ci chyba mówić, ile wyrzeczeń wymaga bycie templariuszem.

– Zwłaszcza takim, który ma rangę Mistrza i jest członkiem Wewnętrznego Sanktuarium.

– Wiesz o wszystkim, co? – bąknął wyraźnie zbity z tropu Simon.

– Uznano… że powinnam o tym wiedzieć. Swoją drogą, niektórym templariuszom udaje się mieć partnerów i rodziny.

– Mnie nie. I o ile dobrze pamiętam, ty również nie należysz do tych nielicznych szczęśliwców.

Spodziewał się, że Victoria poczuje się urażona, ale ona tylko się roześmiała.

– Celna uwaga, Simonie.

3

Sala Animusa znajdowała się kilka pięter pod ziemią. W Abstergo bezpieczeństwu zawsze nadawano najwyższą rangę. Korporacja stosowała rozmaite środki ostrożności, począwszy od tak oczywistych, jak wyposażenie pracowników w elektroniczne klucze, aż po utrzymywanie niewidzialnej armii hakerów, dowodzonej przez błyskotliwą Anayę Chodary – wszystko to miało służyć zapewnieniu Abstergo bezpieczeństwa pod każdym względem.

Kiedy drzwi windy się rozsunęły, oczom Simona ukazała się przestronna, wysoka na dwie kondygnacje sala. Pod wszystkimi czterema ścianami rozmieszczone były projektory wyświetlające trójwymiarowe obrazy, przed którymi siedzieli ubrani w białe kitle technicy. Simon zerknął w ich kierunku i zobaczył mnóstwo małych, trójwymiarowych postaci, odgrywających swoje przeszłe losy przed oczami techników, którzy rejestrowali i analizowali obserwowane wydarzenia. W sali znajdowała się także imponująca kolekcja bezcennych antyków, które łagodziły surowość ścian z szarego betonu i chromowanej stali. W eleganckich przeszklonych gablotach wyeksponowano zabytkowe miecze, posążki egipskich, greckich i rzymskich bóstw, a także sztandary, tarcze, kielichy oraz naczynia w kształcie rogów.

Uwagę Hathawaya przykuł jednak przede wszystkim Animus. Na sam jego widok jasnoniebieskie, przesłonięte okularami oczy Simona zrobiły się okrągłe z wrażenia.

Zrozumiał, co miał na myśli Rikkin, kiedy mówił, że Animus to już nie jest fotel. Nowy model Animusa, lśniący i doskonały – Simon nie miał wątpliwości, że taki właśnie się okaże – nie został wyposażony w żaden rodzaj siedziska. Skonstruowano go w taki sposób, by obejmował ciało swojego użytkownika.

W rezultacie powstało niezwykłe połączenie nowoczesnej technologii z niepokojącym dziełem sztuki. Podwieszona do sufitu, składająca się z ruchomych segmentów konstrukcja przypominała wykonany z metalu ludzki szkielet, z kręgosłupem, ramionami, nogami – krótko mówiąc, było tam wszystko, oprócz głowy. Simon podejrzewał, że całość dopełnia jakiś hełm. Masywna metalowa obręcz służyła utrzymywaniu użytkownika w pozycji wyprostowanej, a liczne, solidnie wyglądające pasy miały zagwarantować, że jego ciało przez cały czas pozostawać będzie w kontakcie z metalowym szkieletem.

Amanda Sekibo zauważyła Simona oraz Victorię i podeszła, by się z nimi przywitać.

– Profesorze Hathaway, doktor Bibeau, witamy w Sali Animusa – powiedziała. – Co pan sądzi o naszym nowym modelu?

– Przypomina trochę przyrządy, którymi w swoim czasie posługiwali się inkwizytorzy, nieprawdaż?

Na widok miny, jaką zrobiła Amanda Sekibo, Victoria wtrąciła pospiesznie:

– To znacznie bardziej zaawansowany model od tego, którym dysponujemy w Aerie. Bóle głowy powinny występować stosunkowo rzadko, a może nawet wcale. Prawdopodobnie nie grożą ci też wymioty.

– Cudownie – mruknął Simon.

– Chciałabym, żeby dzieciaki w Aerie również mogły korzystać z takiego Animusa. Mam nadzieję, że już niedługo będę w stanie im to obiecać – powiedziała Victoria, po czym zwróciła się do Sekibo: – Jeśli to możliwe, chciałabym dowiedzieć się nieco więcej na temat sterowania.

– Oczywiście, pani doktor.

– Proszę, mów mi Victoria.

Simon zaczął się zastanawiać, czy jest ktoś, komu doktor Bibeau pozwala zwracać się do siebie inaczej jak po imieniu. Dreptał za Victorią i Amandą, puszczając mimo uszu te fragmenty dyskusji obu kobiet, kiedy posługiwały się technicznym żargonem, i przysłuchując się uprzejmie, kiedy omawiały znane mu kwestie. Gdyby rozmowa toczyła się przy stole, Simon zapewne bębniłby palcami po blacie. Wydawało mu się, że upłynęła cała wieczność, zanim Victoria w końcu podziękowała Amandzie za wyjaśnienia. Sekibo podeszła następnie do członków swojego zespołu i delikatnie poklepała ich po ramionach, dając im znak, by wyłączyli monitory. Miniaturowe awatary zniknęły, a cały personel po cichu udał się do windy.

Simon i Victoria zostali sami.

– Jesteś gotowy? – zapytała Victoria.

– Aby oddać się żelaznej dziewicy w objęcia?

– Nie nazwałabym tak Animusa. Myślę, że nie doceniasz postępu, jaki udało nam się osiągnąć w porównaniu z wcześniejszymi modelami. To, co tutaj widzisz, to Animus 4.35. Stanowi rozwinięcie technologii zastosowanych w modelu 4.3, z którego korzysta nasza placówka w Madrycie. Wprawdzie Animus 4.3 umożliwia użytkownikowi głębszą immersję, ale samo przygotowanie do sesji wymaga znacznie bardziej inwazyjnych procedur. W modelu 4.35 nie muszę na przykład wykonywać nakłucia rdzeniowego.

– Och. Rozumiem. – Simon odetchnął głęboko. – No dobrze, zaczynajmy… lepiej zrobić to dziś niż jutro, jak mawiała Joanna d’Arc.

Podeszli do Animusa. Simon umieścił stopy na podnóżkach, po czym wsunął ciało w specjalną uprząż, która wydawała się wytrzymała, a przy tym zaskakująco lekka. Victoria zapięła metalową obręcz, która objęła Simona w pasie. Simon ostrożnie przeniósł ciężar ciała najpierw na jedną, a potem na drugą nogę. Nacisk sprawił, że podnóżki poruszyły się płynnie, zupełnie tak, jakby pod stopami Simona znajdowały się pedały zaawansowanego technicznie steppera albo trenażera eliptycznego.

– Mam wrażenie, że ta machina sprawdziłaby się w charakterze sprzętu do ćwiczeń – powiedział z udawaną powagą Simon.

Victoria zaśmiała się.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak intensywne będą twoje ćwiczenia. Powinnam chyba założyć ci krokomierz – stwierdziła, zaciskając pasy i zapinając klamry uprzęży. – Podczas sesji będziesz miał całkowitą swobodę ruchów. Twoje ciało, wspomagane przez uprząż i egzoszkielet, będzie wiernie naśladowało ruchy twego przodka. Ale podczas sesji nie będziemy odtwarzali jego poczynań minuta po minucie. Przedział czasu, który nas interesuje, wynosi od trzech do czterech lat, a my mamy do dyspozycji zaledwie tydzień.

My. Victoria, jak gdyby nigdy nic, weszła w rolę uczestnika jego projektu badawczego. Simon postarał się odegnać ogarniającą go irytację. Victoria miała monitorować przebieg sesji, a także omawiać z nim ich rezultaty. Simonowi potrzebny był asystent, co do tego nie miał wątpliwości. Victoria jednak zaczynała się zachowywać nie jak asystentka, tylko jak pełnoprawny partner.

Simon nie przepadał za pracą zespołową, ale zdawał sobie sprawę, że tym razem będzie potrzebował pomocy. Victoria raz jeszcze upewniła się, czy wszystkie pasy są należycie zapięte, po czym kiwnęła z zadowoleniem głową. Simon uświadomił sobie, jak bardzo jest teraz bezradny. Może to i lepiej, że nie będzie pracował w pojedynkę.

– Hmm – mruknął, szarpiąc lekko jeden z krępujących go pasów. – Zastanawiam się, jaka jest procedura na wypadek, gdybyś w trakcie sesji dostała zawału.

Victoria ponownie się roześmiała; jej śmiech był pogodny i szczery.

– Rozlegnie się alarm, drzwi zostaną odblokowane i po kilku sekundach zjawi się na miejscu personel medyczny. Prędzej czy później ktoś powinien cię uwolnić.

– Wspaniale.

– W Abstergo obowiązuje zasada, że osoba przebywająca w Animusie powinna być przez cały czas nadzorowana. Oczywiście, jeśli byłbyś gotowy zaryzykować poważne obrażenia, mógłbyś nie zapinać ostatniego pasa na plecach i przeprowadzić symulację bez niczyjej pomocy. – Szeroki uśmiech zniknął z twarzy Victorii. – Odradzałabym jednak takie eksperymenty. Uwierz, że wiem, o czym mówię. Jeden z dzieciaków, z którymi pracuję w Aerie, jest częściowo sparaliżowany.

– Ha. Rozumiem. No cóż, wszystko gotowe?

– Jeszcze tylko hełm – odparła Victoria. – Za jego pośrednictwem będziemy mogli komunikować się podczas sesji.

Stanęła za Simonem i założyła mu hełm na głowę. Poczuł się tak, jakby znalazł się w komorze deprywacyjnej. Pogrążył się w całkowitej ciemności; nie docierały też do niego żadne dźwięki. Było to dość osobliwe doznanie. Nagle Simon drgnął – usłyszał głos Victorii, który wydawał się dobiegać z wnętrza jego głowy.

Wygodnie ci?

Simon poruszył się ostrożnie i ku własnemu zaskoczeniu stwierdził, że czuje się całkiem komfortowo. Powiedział o tym Victorii.

W tej chwili powinna otaczać cię kompletna ciemność – ciągnęła Victoria. – Pierwsze, co zobaczysz, to Korytarz Pamięci. Dzięki niemu oswoisz się z symulacją. Na razie możemy rozmawiać zupełnie swobodnie, ale kiedy symulacja się rozpocznie, komunikacja będzie znacznie utrudniona.Za każdym razem będziemy zaczynać od Korytarza Pamięci, ale podczas pierwszej sesji ten etap jest szczególnie ważny. Nie martw się. W porównaniu z poprzednimi modelami synchronizacja powinnaprzebiegać całkiem gładko.

Ciemność zaczęła stopniowo się rozpraszać; atramentowa czerń ustąpiła miejsca mglistej szarości. Simon przypomniał sobie, jak przed kilku laty wybrał się na wycieczkę w góry Szkocji. Kiedy wspinał się na szczyt Ben Nevis, mgła zaczęła gęstnieć wokół niego w zawrotnym tempie. Zarówno wtedy, jak i teraz Simon miał wrażenie, że otacza go chmura, która osiada na ziemi. Nagle to wrażenie spaceru w chmurach pogłębiło się za sprawą oślepiających błysków, przypominających błyskawice. Chmura zaczęła falować i pulsować. Simon przyglądał się zafascynowany, jak obłok zmienia kształt, tak jakby próbował upodobnić się do budynku albo do pnia drzewa, a może do góry Ben Nevis.

Wyciągnął przed siebie rękę i spojrzał na swoją dłoń. Simon miał smukłe dłonie o długich palcach; jedyną pracą, jaką wykonywały, było pisanie na maszynie i wertowanie starych ksiąg. Od czasu do czasu zdarzało mu się co najwyżej poplamić palce atramentem. Teraz jednak miał przed oczami dłonie, które były krzepkie, zgrubiałe i poznaczone wieloma bliznami. Paznokcie były nadłamane, a ogorzała od słońca skóra była znacznie ciemniejsza od bladej niczym mleko skóry na dłoniach Simona. Opuścił wzrok i poddał się dalszym oględzinom. Miał na sobie beżową wełnianą tunikę, upstrzoną licznymi łatami i jeszcze liczniejszymi plamami. Jego nogi obleczone były w niebieskie rajtuzy, a stopy obute w proste skórzane trzewiki. Na głowę naciągnięty miał kaptur z krótką, okrywającą ramiona pelerynką.

Potarł palcami prawej dłoni skrawek szorstkiej tkaniny, z jakiej uszyto pelerynkę. Lewą dłonią dotknął twarzy i poczuł pod opuszkami kępki rzadkiego młodzieńczego meszku. Jego wargi rozciągnęły się w niezbyt mądrym uśmiechu.

– Bonjour, Gabrielu Laxarcie – powiedział.

Bardzo wyraźne podobieństwo – zabrzmiał głos Victorii. – Gdybym zobaczyła was obu w jednym pomieszczeniu, od razu bym się zorientowała, że jesteście spokrewnieni.

– To takie niezwykłe?

Nie, ale ludzie często bywają zaskoczeni tym, jak bardzo są niepodobni do swoich przodków – odparła. – Masz około siedemnastu lat. Pomagasz swojemu ojcu, Durandowi Laxartowi, w…

– Tak, wiem, w prowadzeniu gospodarstwa. Jaką mamy datę?

Jest czwartek, pierwszy dzień maja, rok 1428. Pomyślałam, że zaczniemy od samego początku. Idź i poruszaj się trochę. Przez ten czas symulacja zdąży się załadować.

Simon czuł się dziwnie, nosząc cudze ciało tak, jak nosi się ubranie. Gabriel był szczupły – no dobrze, to Simon był szczupły, a Gabriel był po prostu chudy – ale silny, a jego ruchy były lekkie i zwinne. Simon chwycił długą drewnianą pałkę. Bez trudu udawało mu się młócić nią powietrze niczym cepem, kiedy jednak spróbował zadawać nią ciosy w taki sposób, w jaki zadaje się je włócznią albo mieczem, kij wypadł mu z ręki.

Najwyraźniej Gabriel nie jest jeszcze templariuszem – skomentowała ironicznie Victoria. – Posłuchaj uważnie, bo to bardzo ważne. Jesteś tylko pasażerem. Nie opieraj się wspomnieniom ani nie próbuj ich zmieniać. Nie zmuszaj Gabriela, by robił lub mówił rzeczy, które nie leżą w jego naturze. W przeciwnym razie dojdzie do desynchronizacji, a to coś bardzo nieprzyjemnego.

– Jak to? Chcesz powiedzieć, że ten jaguar wśród animusów nie potrafi sobie z tym poradzić?

Animus nie jest wehikułem czasu, Simonie. Nie możesz zmienić przeszłości, a jeśli spróbujesz to zrobić, urządzenie przypomni ci o swoich ograniczeniach w bardzo dosadny sposób. Można powiedzieć, że każda brutalna ingerencja w przeszłość wywoła równie brutalną reakcję. Wspominałeś o tym, że Gabriel był nieślubnym dzieckiem i dopiero niedawno zamieszkał ze swoim biologicznym ojcem. To powinno ci pomóc. Niewiele osób miało okazję go poznać, więc nawet jeśli zaczniesz zachowywać się w nietypowy dla niego sposób, nikt nie powinien zwrócić na to uwagi.

Simon skinął głową. Stygmatyzacja bękartów była wówczas stosunkowo nowym zjawiskiem; nie było więc nic zaskakującego w tym, że parający się rolnictwem Laxartowie przyjęli pod swój dach krzepkiego młodzieńca. To, że Gabriel pochodził z nieprawego łoża, wyjaśniało zarazem, dlaczego Simonowi nie udało się znaleźć w materiałach źródłowych żadnych wzmianek na jego temat. Nieślubne dzieci, o ile nie wyróżniły się czymś szczególnym, rzadko bywały uwzględniane w historycznych przekazach. Drzewa genealogiczne nie lubią przypadkowych gałęzi.

W czasie gdy Victoria tłumaczyła Simonowi zasady obowiązujące w Animusie, falująca mgła zaczęła nabierać konkretnych kształtów, a jednolitą szarość zaczęły zastępować błękity i zielenie. Przed oczami Simona rozciągały się teraz szmaragdowozielone łąki, na których pasły się krowy i owce. Za jego plecami biegła wyboista droga i stały drewniane chaty. Znajdował się na obrzeżach niedużej wioski.