Arthur & George - Julian Barnes - ebook + książka

Arthur & George ebook

Julian Barnes

3,7

Opis

Wyjątkowa, oparta na faktach opowieść o winie i niewinności, o popełnionej zbrodni i śledztwie, które może uratować życie.

Arthur i George dojrzewają w dwóch różnych światach Anglii końca XIX wieku. Arthur Conan Doyle – lekarz, pisarz, twórca postaci Sherlocka Holmesa – wiedzie szczęśliwe życie, zdobywa uznanie i sławę. George Edalji – skromny, nieśmiały syn pastora hinduskiego pochodzenia z małej wioski w hrabstwie Staffordshire – zostaje prawnikiem. Ma jednak poważne kłopoty. Zagadkowe, tragiczne wydarzenia z Great Wyrley nieoczekiwanie połączą losy obu mężczyzn.

Nadzwyczajne… Pierwsza klasa… Wyśmienita opowieść! „New York Times"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 686

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału ARTHUR & GEORGE

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaAnna Ryder

KorektaMarianna Filipkowska

Copyright © Julian Barnes 2005 Copyright © for the Polish translation by Joanna Puchalska, 2019

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9540-3

CZĘŚĆ PIERWSZA

Arthur

Dziecko chce zobaczyć. Zawsze od tego się zaczyna i wtedy też się tak zaczęło. Dziecko chciało zobaczyć.

Umiał chodzić i był w stanie dosięgnąć klamki. Nie przyświecał mu żaden specjalny cel, była to zwykła instynktowna dziecięca turystyka. Drzwi są po to, żeby je popchnąć i otworzyć; wszedł do środka, stanął, popatrzył. Nikogo przy tym nie było, więc nikt go nie widział; odwrócił się i wyszedł, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Widok, który tam zobaczył, stanowił jego najwcześniejsze wspomnienie. Mały chłopiec, pokój, łóżko, zaciągnięte zasłony, przez które sączyło się popołudniowe światło. Nim opisał ten obraz publicznie, minęło sześćdziesiąt lat. Ile razy musiał przywoływać go w duchu, by wreszcie te niezliczone powtórzenia przybrały formę prostych słów, jakie posłużyły do jego opisu? I wciąż wszystko było tak wyraziste jak tamtego dnia. Drzwi, pokój, światło, łóżko i to coś leżące na łóżku: „biała woskowa rzecz”.

Mały chłopiec i zwłoki: w tamtych czasach spotkania takie wcale nie były rzadkością w Edynburgu. Wysoki poziom śmiertelności i życie w ciasnocie zapewniały wczesną naukę w tym względzie. Dom był katolicki, ciało należało do babki Arthura, niejakiej Katherine Pack. Być może ktoś umyślnie zostawił uchylone drzwi. Może temu komuś przyszedł do głowy pomysł, że należy zrobić wrażenie na małym chłopcu majestatem śmierci; albo też, bardziej optymistyczny wariant, pokazać mu, że śmierci nie ma się co bać. Dusza babci uleciała do nieba, zostawiając pustą łupinę ciała. Chce zobaczyć? No to niech zobaczy.

Spotkanie w zasłoniętym pokoju. Mały chłopiec i ciało. Wnuk, który dzięki darowi pamięci niedawno przestał być rzeczą, i babka, która utraciwszy atrybuty rozwijające się właśnie u dziecka, powróciła do tegoż stanu. Mały chłopiec stał i patrzył; ponad pół wieku później dorosły mężczyzna też zawsze patrzył. Czym była owa „rzecz” – lub, mówiąc precyzyjniej, czym było to, co stało się w wyniku tak zasadniczej przemiany, po której „rzecz” pozostała – miało z czasem nabrać dla Arthura ogromnego znaczenia.

George

George nie ma pierwszego wspomnienia i zanim ktokolwiek zdążył mu zasugerować, że wypadałoby je mieć, jest już za późno. Nie pamięta żadnych obrazów wyraźnie poprzedzających wszystko inne – żadnego brania na ręce, przytulania, śmiechu dorosłych czy karcenia. Jest świadomość, że było się jedynakiem, potem wiedza, że oto pojawił się Horace, ale nie ma poczucia pierwotnego lęku, kiedy po raz pierwszy pokazują mu braciszka, nie ma poczucia wygnania z raju. Ani pierwszego widoku, ani pierwszego zapachu: czy miałaby to być słodko pachnąca mama, czy rozsiewająca dokoła woń karbolu służąca.

Jest nieśmiałym, poważnym chłopcem, bardzo starającym się spełniać oczekiwania innych. Czasami czuje, że sprawia zawód rodzicom: posłuszne dziecko powinno wszak pamiętać, że od samego początku o nie dbano. Jednak rodzice nie czynią mu wyrzutów z powodu tej ułomności. I podczas gdy inne dzieci umieją nadrobić takie braki – na siłę wcisnąć we wspomnienia czułą twarz matki czy silne ramię ojca – George tego nie robi. Przede wszystkim brakuje mu wyobraźni. Czy nigdy jej nie miał, czy też jej rozwój został zahamowany przez jakieś wychowawcze posunięcia, to już pytanie z dziedziny psychologii, której jeszcze nie wynaleziono. George doskonale rozumie, kiedy ktoś inny coś opowiada – historię o Arce Noego, Dawidzie i Goliacie, wędrówce Trzech Króli – ale sam zupełnie nie ma twórczych zapędów.

Nie czuje się z tego powodu winny, ponieważ rodzice nie uważają tego za wadę. Kiedy mówią, że jakieś dziecko w wiosce ma „za dużo wyobraźni”, jest to najwyraźniej rozumiane jako nagana. Wyżej na tej drabinie są „blagierzy” i „kłamcy”; najgorsze zdecydowanie jest dziecko, które „łże jak najęte” – od takich trzeba się trzymać jak najdalej. George’a nigdy nie poucza się, by mówił prawdę: oznaczałoby to, że potrzebuje takiej instrukcji. Sprawa jest o wiele prostsza: oczekuje się od niego, że będzie mówić prawdę, ponieważ na plebanii nie ma innej możliwości.

„Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”: tyle razy słyszy to z ust ojca. Droga, prawda i życie. Idziesz swoją drogą przez życie, mówiąc prawdę. George wie, że nie o to dokładnie w Biblii chodzi, ale w miarę jak dorasta, taki właśnie te słowa mają dla niego wydźwięk.

Arthur

W przypadku Arthura istniał normalny dystans między domem a kościołem; każde z tych miejsc na swój sposób wypełnione było postaciami, opowieściami i zasadami postępowania. W zimnym kamiennym kościele, dokąd chodził raz w tygodniu i gdzie modlił się na klęczkach, był Bóg, i Jezus Chrystus, i dwunastu apostołów, i dziesięć przykazań, i siedem grzechów głównych. Wszystko zaś było uporządkowane, odpowiednio ujęte i ponumerowane, jak pieśni kościelne, modlitwy i wersety z Biblii.

Rozumiał, że to, czego go tam uczą, jest prawdą; ale jego wyobraźni bliższa była inna, równoległa wersja świata, którą poznawał w domu. Historie opowiadane przez matkę zawsze działy się w dawnych czasach, ale były tak pomyślane, by uczyć go odróżniania dobra od zła. Stała przy kuchni, z włosami zatkniętymi za uszy, mieszając owsiankę; on tylko czekał na ten moment, kiedy przerwie mieszanie, postuka łyżką w garnek i zwróci w jego stronę swoją okrągłą, uśmiechniętą twarz. Podczas opowieści szare oczy cały czas wpatrywały się w niego intensywnie, a głos wznosił się i opadał, czasami cichnąc lub całkiem zamierając, gdy dochodziła do szczególnego momentu opowieści, w którym niewysłowione męki lub niewysłowiona radość stawały się udziałem nie tylko bohatera i bohaterki, ale i słuchacza.

„I wtedy rycerz zawisł bezradnie nad jamą pełną węży, które syczały i pluły, podczas gdy ich wijące się sploty ściskały mocno bielejące kości poprzednich ofiar...”.

„A wtedy nikczemnik o sercu czarnym jak smoła, z ohydnym przekleństwem na ustach, wyciągnął zza cholewy sekretny sztylet i rzucił się w stronę bezbronnej...”.

„A wtedy dziewczyna wyjęła szpilkę z włosów i złoty płaszcz spłynął z okna w dół, pieszczotliwie muskając po drodze ściany zamku, aż do bujnej zielonej trawy, na której stał...”.

Arthur był żywym, upartym dzieckiem i nie potrafił długo usiedzieć bez ruchu; jednak kiedy mama brała do ręki łyżkę do mieszania owsianki, zastygał w stanie cichego transu – jakby nikczemnik z jej opowieści wrzucił mu do jedzenia tajemne ziele. Małą kuchnię zaludniali rycerze i damy, odbywały się pojedynki, pomyślnie kończyły się niebezpieczne wyprawy, szczękały zbroje, chrzęściły kolczugi; i zawsze najważniejszy był honor.

Opowieści te miały związek, czego najpierw nie rozumiał, ze starą, drewnianą, stojącą obok łóżka rodziców skrzynią, w której trzymano dawne rodzinne papiery. Były tam inne zupełnie historie, bardziej przypominające szkolne zadania domowe: o książęcym domu Bretanii, irlandzkiej gałęzi Percych w Northumbrii i o jakimś Packu, który prowadził brygadę Waterloo[1], a był to stryj białej woskowej rzeczy, której Arthur nigdy nie zapomniał. Z opowieściami miały jeszcze związek lekcje heraldyki, których udzielała mu matka. Z kuchennego kredensu wyciągała spore płachty tektury, pomalowane i pokolorowane przez jednego z wujów w Londynie. Objaśniała mu herby, a potem kazała opisywać ich tarcze. A on musiał recytować jak tabliczkę mnożenia: godła, tarcze, korony, klejnoty, panoplia, labry.

W domu nauczył się dodatkowych przykazań oprócz tych dziesięciu, które znał z kościoła. Jedno brzmiało: „Odwaga wobec silnych, pokora wobec słabych”, a drugie: „Rycerskość wobec kobiet wysokiego i niskiego stanu”. Wydawało mu się, że te muszą być ważniejsze, ponieważ pochodzą bezpośrednio od mamy; ponadto wymagały stosowania w praktyce. Arthur niewiele w życiu widział poza najbliższym otoczeniem. Mieszkanie było małe, pieniędzy niewiele, matka przepracowana, ojciec nieobliczalny. Wcześnie w dzieciństwie złożył przysięgę, a wiedział dobrze, że przysięgi nie wolno łamać: „Na starość, mamusiu, będziesz miała aksamitną suknię, złote okulary i wygodny fotel przy kominku”. Arthur doskonale widział początek tej opowieści – w tym miejscu był teraz – oraz jej szczęśliwe zakończenie; tylko części środkowej na razie brakowało.

Wskazówek szukał u swego ulubionego pisarza, kapitana Mayne Reida. Wertował Przygody wojenne w Meksyku. Przeczytał Dolinę bez wyjścia i Ziemię ognistą: przygody młodego podróżnika, i Jeźdźca bez głowy. Bizony i Indianie kłębili mu się teraz w głowie razem z rycerzami w kolczugach i piechurami z brygady generała Packa. Jego ulubioną książką Mayne Reida byli Łowcy skalpów, czyli niezwykłe przygody w południowym Meksyku. Arthur na razie nie wiedział, jak zdobywa się aksamitną suknię i złote okulary; ale miał niejasne przeczucie, że być może konieczna okaże się obfitująca w niebezpieczeństwa podróż właśnie do południowego Meksyku.

George

Matka zabiera go raz w tygodniu w odwiedziny do wujecznego dziadka Compsona. Mieszkał niedaleko, pod niską granitową płytą, po której George’owi nie wolno chodzić. Co tydzień zaopatrują wazon wujecznego dziadka w świeże kwiaty. Przez dwadzieścia sześć lat Great Wyrley było parafią wuja Compsona; teraz jego dusza jest w niebie i tylko ciało leży na cmentarzu. Matka wyjaśnia to wszystko, wyjmując zeschnięte łodygi, wylewając brudną wodę i wstawiając świeże, jędrne kwiaty. Czasami George’owi wolno pomóc przy nalewaniu czystej wody. Matka mówi, że przesadna żałoba niegodna jest chrześcijanina, ale George tego nie rozumie.

Kiedy wuj matki poszedł do nieba, ojciec objął po nim urząd. Jednego roku ożenił się z matką, następnego dostał parafię, a jeszcze następnego roku urodził się George. Taka jest historia, którą mu opowiedziano, oczywista, prawdziwa i szczęśliwa, jak powinno być wszystko w życiu. W jego życiu jest też przez cały czas obecna matka, która uczy go liter i całuje na dobranoc; jest ojciec, często jednak nieobecny, ponieważ ciągle odwiedza starych i chorych parafian, albo pisze kazania lub je wygłasza. Jest plebania, kościół, budynek szkoły niedzielnej, gdzie uczy matka, ogród, kot, kury, kawałek trawnika, przez który przechodzą, idąc z plebanii do kościoła, i cmentarz. Oto cały świat George’a, dobrze znany.

Na plebanii wszędzie panuje cisza. Są modlitewniki, książki, robótki ręczne. Nie krzyczy się, nie biega, nie robi się w majtki. Ogień czasami jest głośny, podobnie noże i widelce, jeśli nie trzyma się ich jak należy; głośny jest też młodszy brat Horace, kiedy się pojawia. Ale to są wyjątki w świecie, który jest równie spokojny jak bezpieczny. Natomiast świat poza plebanią pełen jest niespodziewanych hałasów i niespodziewanych zdarzeń. Kiedy George ma cztery lata, zostaje zabrany na spacer wiejskimi drogami i po raz pierwszy widzi krowę. Nie tyle rozmiar zwierzęcia go przeraża, czy wzdęte wymiona, chwiejnie rozkołysane na linii jego wzroku, ile nagły głęboki ryk, jaki wydaje to coś bez żadnego wyraźnego powodu. Musi być pewnie w bardzo złym humorze. George wybucha płaczem, a ojciec wymierza krowie karę, uderzając ją patykiem. Wtedy zwierzę odwraca się bokiem, zadziera ogon i załatwia się. George jest zahipnotyzowany tym wylewem, dziwnym, miękkim odgłosem lądowania na trawie, i tym, jak nagle rzeczy wymknęły się spod kontroli. Ale matka odciąga go stamtąd za rękę, zanim zdąży się głębiej nad tym zastanowić.

Nie tylko za sprawą krowy – oraz licznych jej przyjaciół, jak koń, owca i świnia – George nieufnie odnosi się do świata poza murami plebanii. Większość tego, co słyszy o nim, przyprawia go o lęk. Ten świat pełen jest ludzi, którzy są starzy, chorzy i biedni, a to bardzo niedobrze, jak się takim jest, sądząc z zachowania ojca po powrocie do domu i ściszonego głosu; poza tym jest ktoś, kogo nazywają „górnicze wdowy”, czego George nie rozumie. Poza murami są chłopcy kłamcy oraz, jeszcze gorzej, tacy, którzy łżą jak najęci. W pobliżu jest też coś, co się nazywa kopalnia i skąd bierze się węgiel, którym się pali w piecu. George nie jest pewien, czy lubi węgiel. Pachnie brzydko, brudzi i głośno trzeszczy, kiedy się go ruszy pogrzebaczem, a dorośli każą się od niego trzymać z daleka, kiedy się pali; przynoszą go do domu na plecach ogromni, trochę straszni mężczyźni w skórzanych czapach. Kiedy ten zewnętrzny świat przysyła pukającego do drzwi gościa, George często aż podskakuje z lęku. Dlatego najlepiej mu będzie w domu, z matką, z bratem Horace’em i nową siostrzyczką Maud, dopóki nie przyjdzie czas, żeby pójść do nieba i spotkać się z wujecznym dziadkiem Compsonem. Jednak w duchu podejrzewa, że chyba się to nie uda.

Arthur

Nieustannie się przenosili: sześć razy w ciągu pierwszych dziesięciu lat życia Arthura. Rodzina się powiększała, a mieszkania się zmniejszały. Oprócz Arthura była jego starsza siostra Annette, młodsze siostry Lottie i Connie, młodszy braciszek Innes, a później siostry Ida i Julia zwana Dodo. Ojciec dobrze się spisywał, jeżeli idzie o przychodzenie na świat dzieci – było jeszcze dwoje, ale się nie uchowało – natomiast znacznie gorzej wychodziło mu utrzymywanie rodziny. Uświadomiwszy sobie dość szybko, że ojciec nigdy nie zapewni mamie odpowiednich wygód na starość, Arthur tym bardziej czuł się zdeterminowany, by samemu stanąć na wysokości zadania.

Jego ojciec – niezależnie od koligacji z książęcym rodem Bretanii – pochodził z rodziny artystów. Miał talent i był człowiekiem głęboko religijnym, ale był też niezwykle wrażliwy, a ponadto dość wątłej konstytucji. W wieku lat dziewiętnastu wyjechał z Londynu do Edynburga; pracował jako pomocnik geometry w Głównym Zarządzie Gmachów i Zabytków Publicznych Szkocji. Wcześnie wpadł w towarzystwo, które – sympatyczne wprawdzie – lubiło się jednak zabawić i sporo piło. Nie zrobił kariery w robotach publicznych ani w drukarni litograficznej George Waterman & Sons. Był uroczym nieudacznikiem, o łagodnej twarzy okolonej dużą, miękką brodą; do obowiązków podchodził z dystansem i w końcu pogubił się w życiu.

Nigdy nie bywał gwałtowny ani agresywny; był birbantem sentymentalnym, hojnym, mającym skłonności do rozczulania się nad sobą. Zamroczonego i chwiejącego się na nogach przeważnie przyprowadzali do domu dorożkarze, a ich natarczywe domaganie się zapłaty budziło dzieci; następnego ranka rozżalał się nad sobą, że kompletnie nie potrafi zadbać o tych, których przecież kocha najczulej. W końcu Arthura wysłano z domu, by nie był świadkiem następnego etapu upadku ojca; ale i tak zobaczył wystarczająco dużo, żeby wyrobić sobie pogląd na to, jaki może być mężczyzna i jaki powinien być. W opowieściach matki o rycerskości i miłości nie było miejsca dla pijanych ilustratorów.

Ojciec Arthura malował akwarele i usiłował choć trochę dorobić, sprzedając swoje prace. Na przeszkodzie stawała jego szczodra natura; na prawo i lewo rozdawał obrazki za darmo, w najlepszym razie brał za nie kilka pensów. Akwarele przedstawiały rzeczy bajkowe, niezwykłe, czasem nawet odrobinę straszne, i świadczyły o jego dość specyficznej naturze oraz poczuciu humoru. Najbardziej lubił malować elfy i te najbardziej zapamiętano.

George

George zostaje posłany do wiejskiej szkoły. Nosi wysoki nakrochmalony kołnierzyk z luźną muszką skrywającą wydatny guzik, kamizelkę sięgającą aż pod muszkę i marynarkę z wysokimi, prawie poziomymi klapami. Inni chłopcy nie są tak eleganccy: przeważnie ubrani są w szorstkie, dziergane w domu swetry albo źle dopasowane kurtki, odziedziczone po starszych braciach. Kilku ma wykrochmalone kołnierzyki, ale tylko Harry Charlesworth nosi muszkę jak George.

Matka nauczyła go liter, ojciec prostych działań arytmetycznych. Przez pierwszy tydzień siedzi z tyłu klasy. W piątek ma być sprawdzian i wtedy chłopcy zostaną usadzeni według inteligencji: zdolni z przodu, mniej rozgarnięci z tyłu; nagrodą za postępy w nauce jest zbliżenie się do nauczyciela, tego źródła poleceń, wiedzy, prawdy. Jest nim pan Bostock w tweedowej marynarce, wełnianej kamizelce i koszuli, której kołnierzyk spięty jest pod krawatem złotą szpilą. Pan Bostock nosi też brązowy filcowy kapelusz; podczas lekcji kładzie go na stoliku, jakby bał się choć na chwilę stracić go z oczu.

Podczas przerwy między lekcjami chłopcy wychodzą na coś, co szumnie nazywa się dziedzińcem, a co jest po prostu kawałkiem udeptanego trawnika, przylegającym do szkoły od strony pól uprawnych i kopalni. Chłopcy, którzy już się znają, od razu zaczynają się bić, ot tak sobie, żeby coś robić. George nigdy dotąd nie widział walczących chłopców. Kiedy się im przygląda, podchodzi do niego Sid Henshaw, jeden z najgorszych łobuziaków. Henshaw robi małpie miny: małymi palcami rozciąga usta, jednocześnie kciukami wyginając uszy w przód i w tył.

– Dzień dobry, mam na imię George. – Tak kazano mu mówić. Ale Henshaw dalej wydaje z siebie gulgoty i rusza uszami.

Niektórzy chłopcy pochodzą ze wsi, z gospodarstw, i George myśli, że pachną jak krowa. Są też synowie górników i ci mówią trochę inaczej niż reszta. George uczy się imion swoich szkolnych kolegów: Sid Henshaw, Arthur Aram, Harry Boam, Horace Knighton, Harry Charlesworth, Wallie Sharp, John Harriman, Albert Yates...

Ojciec mówił mu, że znajdzie przyjaciół, ale on nie bardzo wie, jak się to robi. Pewnego ranka na podwórku zachodzi go od tyłu Wallie Sharp i szepcze:

– Ty nie jesteś swój gość.

George odwraca się.

– Dzień dobry, mam na imię George – powtarza.

Pod koniec pierwszego tygodnia pan Bostock sprawdza postępy w czytaniu, pisaniu i rachowaniu. W poniedziałek rano ogłasza wyniki i wtedy chłopcy zmieniają ławki. George dobrze czyta, gdy ma książkę tuż przed oczami, ale jego ortografia i arytmetyka pozostawiają wiele do życzenia. Nauczyciel każe mu zostać z tyłu. Nie lepiej idzie mu w następny piątek, w kolejny piątek jest to samo. W końcu trafia między chłopców z gospodarstw i z kopalni, którym jest wszystko jedno, gdzie siedzą, a wręcz uważają to za korzystne, gdy są dalej od pana Bostocka i mogą się źle zachowywać. George czuje się tak, jakby pomału był odpędzany od drogi, prawdy i życia.

Pan Bostock stuka w tablicę kawałkiem kredy.

– To, George, plus to (stuk) równa się ile (stuk, stuk)?

Wszystko w głowie mu się mąci i George zgaduje na chybił trafił. „Dwanaście” – mówi. Albo: „siedem i pół”. Chłopcy z przodu klasy śmieją się, chłopcy ze wsi dołączają do nich, jak już się połapią, że odpowiedź jest zła.

Pan Bostock wzdycha, kiwa głową i pyta Harry’ego Charleswortha, który zawsze siedzi w pierwszej ławce i cały czas trzyma rękę w górze.

– Osiem – mówi Harry. Albo: – Trzynaście i jedna czwarta.

Pan Bostock pokazuje wtedy głową w kierunku George’a, dając wszystkim do zrozumienia, jaki z niego głuptas.

Pewnego popołudnia, wracając na plebanię, George robi w majtki. Matka rozbiera go, wstawia do wanny, szoruje, ubiera ponownie i prowadzi do ojca. A George nie jest w stanie wytłumaczyć ojcu, dlaczego, chociaż ma prawie siedem lat, zachował się jak dzidziuś z pieluszką.

To się powtarza, potem znowu. Rodzice nie karzą go, ale ich wyraźne rozczarowanie pierworodnym – głuptas w szkole, dzidziuś w drodze do domu – jest wystarczającą karą. Głośno dyskutują przy nim na jego temat.

– To dziecko jest nerwowe po tobie, Charlotte.

– Ale to nie był jego pierwszy dzień.

– Przeziębienie też możemy wykluczyć, mamy przecież wrzesień.

– I niestrawność żołądka, skoro Horace’owi nic nie jest.

– Co nam zostaje?

– Jedyne, o czym piszą w książkach, to strach.

– George, czy ty się czegoś boisz?

George patrzy na ojca, na lśniącą koloratkę, na szeroką, pozbawioną uśmiechu twarz, na usta, które głoszą często niezrozumiałą dla niego prawdę z ambony kościoła św. Marka, i na czarne oczy, teraz domagające się prawdy od niego. Co ma powiedzieć? Boi się Walliego Sharpa i Sida Henshawa i innych, ale to by było skarżenie na nich. W każdym razie nie tego boi się najbardziej. W końcu mówi:

– Boję się, że jestem głupi.

– George – odpowiada poważnie ojciec. – Wiemy przecież, że wcale nie jesteś głupi. Matka i ja nauczyliśmy cię liter i podstawowych działań arytmetycznych. Jesteś zdolnym chłopcem. W domu umiesz liczyć, a w szkole nie? Czy możesz powiedzieć nam, czemu?

– Nie wiem.

– Czy pan Bostock uczy inaczej?

– Nie, ojcze.

– Czy się nie starasz?

– Staram się, ojcze. Umiem liczyć w zeszycie, ale nie umiem na tablicy.

– Charlotte, myślę, że powinniśmy pojechać z nim do Birmingham.

Arthur

Arthur miał stryjów, którzy widzieli powolny upadek swego brata i współczuli jego rodzinie. Zaproponowali więc rozwiązanie: trzeba wysłać Arthura na naukę do jezuitów. Miał dziewięć lat, kiedy wsadzono go do pociągu jadącego do Edynburga, a on płakał przez całą drogę aż do Preston. W Stonyhurst spędził najbliższe siedem lat, z wyjątkiem sześciu tygodni w każde wakacje, kiedy wracał do mamy i sporadycznie widywanego ojca.

Przybyli z Holandii jezuici przywieźli stamtąd program nauczania i dyscyplinę. Wykształcenie obejmowało siedem dziedzin wiedzy – geometrię, arytmetykę, podstawy języka, gramatykę, składnię, poezję i retorykę – na każdą przeznaczony był jeden rok. Był to typowy program szkoły prywatnej, składający się z geometrii euklidesowej, algebry i wykształcenia klasycznego, którego zasady wpajane były biciem „dla waszego dobra”. Instrument używany do tego celu – kawał grubej gumy w kształcie podeszwy – także pochodził z Holandii i nazywał się tolley. Jedno jezuickie uderzenie wystarczało, by dłoń spuchła i zmieniła kolor. Zwykła kara przewidziana dla większych chłopców miała wymiar dziewięciu uderzeń w każdą rękę. Potem grzesznik ledwo był w stanie przekręcić gałkę klamki w drzwiach gabinetu, w którym odbywała się egzekucja.

Nazwa tolley, jak wyjaśniono Arthurowi, wzięła się od łacińskiego fero – „ja znoszę, wytrzymuję” – którego odmiana brzmi fero, ferre, tuli, latum. Tuli – zniosłem, wytrzymałem, przecież tolley to coś, co musimy znosić, no nie?

Dowcip był równie mało finezyjny jak kara. Zapytany, jak widzi swoją przyszłość, Arthur przyznał, że myśli o tym, by zostać inżynierem lądowym.

– Prędzej szczurem lądowym – odparł ksiądz. – Bo na inżyniera raczej się nie zapowiadasz.

Arthur wyrósł na wysokiego młodzieńca o donośnym głosie, dla którego największym pocieszeniem była szkolna biblioteka, a największym szczęściem – boisko do krykieta. Raz na tydzień chłopcy mieli obowiązek pisania do domu, co większość uważała za jeszcze jedną karę, a co dla Arthura było nagrodą. Przez godzinę zwierzał się matce, przelewając wszystko na papier. Mógł sobie być i Bóg, i Jezus, i Biblia, i jezuici, i tolley, ale autorytetem, któremu najbardziej wierzył i w pełni się podporządkowywał, była niepozorna, lecz mimo to głównodowodząca mama. Ekspert we wszystkich sprawach, od ubioru do ognia piekielnego. „Noś flanelową bieliznę – radziła mu. – I nie wierz w żadne kary wieczne”.

To ona także, choć mimo woli, wskazała mu drogę do popularności. Szybko zaczął opowiadać szkolnym kolegom historie o rycerzach i romansach, jakie słyszał znad wzniesionej łyżki do mieszania owsianki. Podczas deszczowych, wolnych od zajęć dni stawał na ławce, a słuchacze tłoczyli się dokoła na podłodze. Pamiętając, jak robiła to mama, wiedział, kiedy zawieszać głos, jak przeciągać opowiadanie, jak przerywać w najbardziej pasjonującym momencie, obiecując resztę następnego dnia. Był wyrośnięty i wiecznie głodny, więc jako podstawowe wynagrodzenie za opowiadanie przyjmował ciastka. Ale czasami nagle urywał w najciekawszym momencie i kontynuował dopiero, gdy dostał jabłko.

I tak odkrył bardzo ważny związek między sztuką narracji a nagrodą.

George

Okulista nie zaleca okularów małym dzieciom. Lepiej niech wzrok chłopca przystosuje się w sposób naturalny. A na razie powinien siedzieć z przodu klasy. George zostawia z tyłu wiejskich chłopców i zostaje posadzony obok Harry’ego Charleswortha, który niezmiennie jest najlepszy na klasówkach. Szkoła nabiera teraz sensu; George widzi, w co pan Bostock stuka kredą na tablicy, i już więcej nie robi w majtki po drodze do domu.

Sid Henshaw nadal stroi małpie miny, ale George ledwo to zauważa. Sid Henshaw to tylko głupi chłopak z wioski, który śmierdzi jak krowa i pewnie nawet nie umiałby napisać „krowa”.

Pewnego dnia Henshaw rzuca się na George’a na podwórku, uderza go silnie i nim George zdoła oprzytomnieć, ściąga mu muszkę i ucieka. George słyszy śmiech. Po powrocie do klasy pan Bostock pyta go, gdzie się podziała jego muszka.

I tu pojawia się problem. George wie, że to źle wpędzić kolegę w kłopoty. Ale wie też, że jeszcze gorsze jest kłamstwo. Ojciec wyraża się bardzo jasno i stanowczo w tej sprawie. Jak raz się zacznie kłamać, wkracza się na ścieżkę grzechu i nic już człowieka nie powstrzyma, aż w końcu kat zakłada stryczek na szyję. Nikt aż tyle mu nie powiedział, ale tak właśnie George to zrozumiał. Więc nie może skłamać panu Bostockowi. Najpierw szuka wyjścia z sytuacji – co być może również jest złem, gdyż to początek kłamstwa – potem jednak wprost odpowiada na pytanie.

– Sid Henshaw uderzył mnie i mi ją zabrał.

Pan Bostock wyciąga Henshawa z ławki za włosy, bije go, dopóki chłopak nie zaczyna wyć, wraca z muszką George’a i robi klasie wykład na temat kradzieży. Po szkole Wallie Sharp staje George’owi na drodze, a kiedy ten chce go wyminąć, mówi:

– Ty nie jesteś swój gość.

George skreśla Walliego Sharpa z listy kandydatów na przyjaciela.

Rzadko odczuwa brak tego, czego nie ma. Rodzina nie bierze udziału w życiu miejscowej społeczności, a George nie potrafi sobie wyobrazić, na czym miałoby to polegać, ani tym bardziej nie zna powodu ich wyobcowania czy też przyczyny niepowodzenia. Nigdy nie chodzi do innych chłopców do domu, więc skąd ma wiedzieć, jak wygląda życie gdzie indziej? Jest samowystarczalny. Nie ma pieniędzy, ale też ich nie potrzebuje, tym bardziej kiedy dowiaduje się, że miłość do nich jest korzeniem wszelkiego zła. Nie ma zabawek i nie tęskni do nich. Nie jest zbyt sprawny fizycznie i nie ma dobrego wzroku, nie może więc brać udziału w grach i zabawach; nigdy nie grał w klasy i zawsze uchyla się przed rzuconą w jego stronę piłką. Wystarcza mu braterska zabawa z Horace’em, bardziej ostrożna z Maud i jeszcze ostrożniejsza z kurami.

Świadom jest, że większość chłopców ma przyjaciół – w Biblii są Dawid i Jonatan, a nieraz widział, jak Harry Boam i Arthur Aram siedzą razem blisko siebie na skraju podwórka i pokazują sobie jakieś przedmioty wyjmowane z kieszeni – ale jemu nic takiego się nie zdarza. Czy powinien coś zrobić, a może to oni powinni coś zrobić? Tak czy owak przede wszystkim chce się przypodobać panu Bostockowi i nie jest specjalnie zainteresowany tym, co myślą o nim chłopcy, którzy siedzą za nim.

W pierwszą niedzielę miesiąca przychodzi do nich na herbatę cioteczna babka Stoneham; głośno dzwoni wówczas filiżanką o spodek, a pomarszczone wargi pytają go o przyjaciół.

– Harry Charlesworth – odpowiada zawsze. – Siedzi obok mnie.

Kiedy trzeci raz daje tę samą odpowiedź, babka odstawia głośno filiżankę na spodek, marszczy brwi i pyta:

– Ktoś jeszcze?

– Inni to śmierdzący chłopcy ze wsi – odpowiada.

Spojrzenie, jakie cioteczna babka posyła ojcu, mówi mu, że powiedział coś nie tak, jak trzeba. Przed kolacją zostaje wezwany do gabinetu. Ojciec stoi przy biurku, mając za sobą cały autorytet wiary.

– George, ile masz lat?

Tak się często zaczyna rozmowa z ojcem. Obaj znają odpowiedź, ale George musi jej udzielić.

– Siedem, ojcze.

– Jest to wiek, w którym można się spodziewać po tobie inteligencji i umiejętności oceny. Więc pozwól, George, że zadam ci następujące pytanie: Czy myślisz, że w oczach Boga jesteś ważniejszy niż chłopcy, którzy mieszkają na wsi?

George wie, że poprawna odpowiedź brzmi „nie”, ale nie ma ochoty powiedzieć tego od razu. Czy bowiem na pewno chłopiec mieszkający na plebanii, którego ojciec jest pastorem i którego wujeczny dziadek też był pastorem, nie jest ważniejszy dla Pana Boga niż chłopak, który nigdy nie chodzi do kościoła i jest głupi i okrutny jak Harry Boam?

– Nie – odpowiada wreszcie.

– To dlaczego mówisz, że ci chłopcy śmierdzą?

Tu jest mniej oczywiste, jak powinna brzmieć poprawna odpowiedź. George rozważa tę kwestię. Poprawna odpowiedź, jak go uczono, to mówienie prawdy.

– Ponieważ tak jest, ojcze.

Ojciec wzdycha.

– A jeśli tak jest, George, to dlaczego?

– Dlaczego co, ojcze?

– Dlaczego twoim zdaniem śmierdzą?

– Bo się nie myją.

– Nie, George, jeśli śmierdzą, to dlatego, że są biedni. My jesteśmy szczęśliwi, bo stać nas na mydło i ręczniki, mamy łazienkę i nie żyjemy pod jednym dachem ze zwierzętami domowymi. Oni są pokornymi tej ziemi. Powiedz mi zatem taką rzecz: kogo Bóg kocha bardziej, pokornych czy tych, których przepełnia pycha?

To jest łatwe pytanie, nawet jeśli George nie za bardzo zgadza się z odpowiedzią.

– Pokornych, ojcze.

– Błogosławieni cisi, George. Wiesz przecież.

– Tak, ojcze.

Ale coś w nim buntuje się przeciwko wypływającemu stąd wnioskowi. Nie uważa, żeby Harry Boam i Arthur Aram byli cisi. Jakoś też trudno mu uwierzyć, by to Harry Boam i Arthur Aram w ramach boskiego planu mieli w końcu posiąść ziemię. Nie bardzo zgadza się to z poczuciem sprawiedliwości George’a. W końcu to tylko śmierdzący chłopcy ze wsi.

Arthur

Szkoła w Stonyhurst zaproponowała, że umorzy czesne, jeśli Arthur zdecyduje się zostać księdzem; ale mama odrzuciła tę propozycję. Jej syn był ambitny, miał zdolności przywódcze oraz szanse na przyszłe członkostwo w reprezentacji krykieta. Żadnego ze swych dzieci nie widziała w roli duchownego. Arthur zaś był świadom, że raczej nie miałby szans wywiązać się z obiecanych złotych okularów, aksamitnej sukni i fotela przy kominku, gdyby ślubował życie w ubóstwie i posłuszeństwie.

W jego ocenie jezuici wcale nie byli tacy źli. Uważali, że natura ludzka jest ogólnie słaba, i ta nieufność wydawała się Arthurowi usprawiedliwiona: wystarczyło popatrzeć na ojca. Rozumieli także, że grzeszność wcześnie daje o sobie znać. Chłopcom nie wolno było nawet na chwilę zostać samym; na spacerach zawsze towarzyszył im wychowawca; co noc ciemna postać obchodziła dormitoria. Nieustanny nadzór mógł wprawdzie stłamsić osobowość i obniżyć samoocenę, jednak dzięki niemu niemoralność i przemoc, tak powszechne w innych szkołach, tu przejawiały się w stopniu minimalnym.

Arthur wierzył, tak ogólnie, że Bóg istnieje, że chłopcy kuszeni są przez grzech i że wielebni ojcowie mają rację, bijąc ich tolleyem. Kiedy przychodziło do poszczególnych artykułów wiary, po cichu dyskutował na ich temat ze swoim przyjacielem Partridge’em. Partridge szczerze mu zaimponował, kiedy przyjął jedno z najszybszych podań Arthura i błyskawicznie, nim ktokolwiek zauważył, schował piłkę do kieszeni, a następnie odwrócił się, udając, że patrzy w ślad za piłką wybitą na aut. Partridge lubił wodzić za nos kolegów, nie tylko na polu krykietowym.

– Czy masz świadomość, że doktryna Niepokalanego Poczęcia stała się artykułem wiary dopiero niedawno, w 1854 roku?

– Powiedziałbym, że dosyć późno, co, Partridge?

– Pomyśl tylko. Kościół całe wieki debatował nad tym dogmatem i przez cały ten czas zaprzeczanie mu nie było herezją. A teraz jest.

– Hm.

– I dlaczego Rzym postanowił, tyle czasu po całej aferze, zdegradować udział ziemskiego ojca Maryi w całej sprawie?

– No dlaczego?

Ale Partridge już przeszedł do doktryny o nieomylności papieża, ogłoszonej pięć lat wcześniej. Czemu wszyscy papieże ubiegłych wieków mogli się mylić, a obecni i przyszli byli nieomylni? No właśnie, czemu? – powtórzył jak echo Arthur. Ponieważ, ciągnął Partridge, była to bardziej kwestia polityczna niż teologiczna. A wszystko miało związek z obecnością wpływowych jezuitów w Watykanie.

– Idź precz, szatanie – odpowiadał czasem Arthur.

– I tu się mylisz. Ja tylko chcę umocnić twoją wiarę. Kościół każe nam postępować drogą absolutnego posłuszeństwa. Jak tylko pojawia się zagrożenie, natychmiast zaostrza się dyscyplinę, co działa skutecznie, ale na krótko, i nie sprawdza się na dłuższą metę. Jak tolley. Dziś dostałeś w skórę, więc jutro będziesz grzeczny i pojutrze też. Ale wspomnienie tolleya nie wystarczy na całe życie. Mam rację czy nie?

– Kto wie, może i wystarczy.

– Za rok, dwa wyjedziemy stąd i tolley przestanie być straszakiem Na grzech można się uodpornić tylko dzięki racjonalnym argumentom, a nie poprzez strach przed fizycznym bólem.

– Wątpię, czy racjonalne argumenty trafiłyby do niektórych naszych kolegów.

– A zatem tolley jest niezbędny. Tak jak w życiu. Musi być więzienie, ciężkie roboty i kat.

– Ale jakie widzisz konkretne zagrożenia dla Kościoła? Mnie się wydaje, że jest bardzo silny.

– Nauka. Rozpowszechnianie laickiego nauczania. Zniesienie państwa papieskiego. Utrata politycznych wpływów. Nadejście dwudziestego wieku.

– Dwudziesty wiek. – Arthur zamyślił się na chwilę. – Jakoś nie potrafię sięgać myślą aż tak daleko. Będę po czterdziestce, gdy zacznie się nowy wiek.

– I będziesz kapitanem angielskiej drużyny.

– Wątpię. Ale na pewno nie będę księdzem.

Arthur nie był jeszcze całkiem świadom, że jego wiara słabnie. Jednak postrzeganie siebie w obrębie Kościoła całkiem gładko przeszło w postrzeganie siebie poza nim. Przekonał się, że rozum i sumienie nie zawsze wszystko akceptują. W ostatnim roku szkoły kazanie miał ojciec Murphy. Wysoko na ambonie, rozpalony do czerwoności, kapłan groził oczywistym i pewnym potępieniem wszystkim, którzy pozostają poza Kościołem. Czy ich wykluczenie było rezultatem niegodziwości, świadomego wyboru, czy zwykłej ignorancji, konsekwencje są takie same: pewne i nieuniknione potępienie na całą wieczność. Tu nastąpił rozległy opis mąk piekielnych i rozpaczy, specjalnie tak pomyślany, by wstrząsnąć owieczkami; Arthur przestał słuchać. Mama powiedziała mu przecież, jak to jest naprawdę; patrzył na ojca Murphy’ego jak na bajarza, któremu się już nie wierzy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Generał Denis Pack, dowódca 9. brygady Korpusu Rezerwowego pod Waterloo (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).