Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa - Margalit Fox - ebook + książka

Arthur Conan Doyle i sprawa morderstwa ebook

Margalit Fox

4,2

Opis

Nie ma nic równie mylącego jak "oczywisty fakt".
sir Arthur Conan Doyle – Przygody Sherlocka Holmesa


Sir Arthur Conan Doyle znany jest głównie jako twórca najsłynniejszego duetu detektywistycznego w historii literatury, czyli postaci Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Niewielu jednak wie, że ten szanowany dżentelmen i pisarz na początku XX wieku wcielił się w detektywa i zajął sprawą morderstwa.

W 1908 roku bogata kobieta została zamordowana w swoim domu w Glasgow. Sprawcą uznano Oscara Slatera – żydowskiego imigranta. Pomimo nieoczywistych dowodów świadczących o jego winie, został on osądzony i skazany.

Arthur Conan Doyle, oburzony niesprawiedliwością, wszczął własne dochodzenie. Używając metod i umiejętności, którymi obdarzył swoich literackich bohaterów, przeanalizował akta sprawy, zeznania i wypowiedzi świadków. Odkrył manipulację policji i prokuratorów, zgłębił środowisko Oscara Slatera i z ogromną determinacją dążył do poznania prawdy.

Margalit Fox łączy fascynującą historię prawdziwej zbrodni sprzed ponad stu lat z aktualnymi tematami. To porywająco napisane true crime osadzone u schyłku malowniczej epoki wiktoriańskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (24 oceny)
11
8
3
2
0

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału:

Conan Doyle for the defense. The True Story of a Sensational British Murder, a Quest for Justice, and the World’s Most Famous Detective Writer

Copyright © 2018 by Margalit Fox. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o. 2019

 

 

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Magdalena Owczarzak

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: Crown Copyright, NRS, HH15/20/11

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

eISBN 978-83-66381-88-9

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci D.J.R. Brucknera,

racjonalisty, humanisty, człowieka pióra

 

 

 

 

 

 

 

 

NOTA AUTORKI

 

 

 

 

W poświęconych mu publikacjach sir Arthur Conan Doyle pojawia się raz jako „Doyle”, a raz jako „Conan Doyle”. Idąc w ślady jego biografa, Russella Millera, który pisze, iż jego bohater „otrzymał podwójne nazwisko Conan Doyle”[1], konsekwentnie nazywam go tutaj oboma nazwiskami. (Syn Conana Doyle’a, Adrian, postąpił tak samo w krótkich wspomnieniach o ojcu z roku 1946, zatytułowanychThe True Conan Doyle)[2].

Ze względu na zwięzłość językową generalnie pomijałam w tej książce tytuły grzecznościowe – doktor, pan, pani itp. Zrobiłam jeden wyjątek: jest nim Marion Gilchrist, osiemdziesięciodwuletnia mieszkanka Glasgow, której morderstwo zapoczątkowało całą tę historię. We wszystkich wcześniejszych sprawozdaniach z tej sprawy, łącznie z tym spisanym przez Conana Doyle’a, nieodmiennie funkcjonuje ona jako „panna Gilchrist”, więc zdecydowałam, żeby ze względu na jej czasy, miejsce, w którym żyje, oraz dostojny wiek tak właśnie ją tytułować.

Przeliczniki walut pojawiające się w przypisach w całej książce, odnoszące wartość funta szterlinga z początku dwudziestego wieku do współczesnej wartości funta i dolara, powstały na podstawie historycznego poziomu inflacji oraz kursów wymiany walut na początku roku 2018, kiedy książka trafiła do druku.

Na końcu książki znajduje się spis jej głównych bohaterów.

 

 

 

 

 

 

 

 

WPROWADZENIE

 

 

 

 

Było to jedno z najgłośniejszych morderstw epoki. Na początku dwudziestego wieku zelektryzowało Wielką Brytanię, a wkrótce także cały świat. Historia ogniskowała się wokół arystokratycznej ofiary, skradzionych diamentów, międzykontynentalnej obławy i przebiegłej pokojówki, która wiedziała o wiele więcej, niż była skłonna powiedzieć. Jak pisał sir Arthur Conan Doyle w roku 1912, była to „najbrutalniejsza i najokrutniejsza zbrodnia, jaką kiedykolwiek odnotowano w tych mrocznych annałach, z których kryminolodzy czerpią materiał do swych studiów”[3].

A jednak mimo całej mrocznej atmosfery i mimo tysięcy słów napisanych przez Conana Doyle’a na ten temat zbrodnia ta nie była dziełem fikcji. Dotyczyła prawdziwych wydarzeń: zabójstwa, za które ścigano, osądzono, skazano i niemal powieszono niewinnego człowieka. Ta niesprawiedliwość, wedle słów Conana Doyle’a, „pozostanie na zawsze w kryminologii klasycznym przykładem niekompetencji i zatwardziałości urzędowej”[4]. Sprawa ta miała go pochłaniać – jako prywatnego detektywa, publicznego bojownika, a wreszcie oddanego kronikarza – przez dwie ostatnie dekady życia.

Cała ta historia – nazwana szkocką sprawą Dreyfusa – koncentrowała się wokół morderstwa bogatej mieszkanki Glasgow, popełnionego w przededniu świąt Bożego Narodzenia roku 1908. Następnej wiosny Oscar Slater, niemiecki Żyd i hazardzista, który niedawno zjawił się w Glasgow, został postawiony przed sądem i uznany za winnego zbrodni. Jego nazwisko stało się tak znane, że przez wiele następnych lat fraza „See you Oscar” utrzymywała się w slangu Glasgow jako skrót od rymowanego powiedzonka „See you later, Oscar Slater”[5].

Jak jednak pokazały dochodzenia garstki obrońców Slatera, jego sprawa nie była wolna od prokuratorskich i sędziowskich błędów, manipulowania świadkami, pomijania dowodów uniewinniających i przekupstw mających wymusić składanie fałszywych zeznań. Jak stwierdził Conan Doyle, „była to odrażająca zmowa, w której równą rolę odgrywały głupota i nieuczciwość”[6]. Pewien dobry policjant musiał pożegnać się z karierą, po tym jak głośno dał wyraz wątpliwościom dotyczącym przebiegu śledztwa i procesu.

W maju 1909 roku, po zaledwie godzinnej naradzie ławników, Oscar Slater został uznany za winnego i skazany na śmierć. Z powodu wątpliwości opinii publicznej jego wyrok zamieniono na dożywocie ciężkich robót – zaledwie czterdzieści osiem godzin przed tym, jak miał wkroczyć na szafot. Przez następne osiemnaście i pół roku pozostawał uwięziony, w dużej mierze zapomniany, w surowym, targanym wiatrem zakładzie karnym na północy kraju, który pewnego dnia miano nazwać „szkockim gułagiem”[7] – w więzieniu Jego Królewskiej Mości w Peterhead.

Dzień za dniem w przeszywającym mrozie i w palącym upale Slater ciosał niekończące się bloki granitu. Znosił też dickensowską dietę złożoną z chleba, bulionu i kleiku. Często lądował w izolatce. Powiedział, że jeśli spędzi za kratami dwadzieścia lat, odbierze sobie życie[8].

I nagle, w roku 1927, Slater został zwolniony. Wyrok skazujący skasowano w kolejnym roku. Ten ciąg wydarzeń zapoczątkowała tajna wiadomość, którą zdołał wysłać z więzienia w roku 1925. Przeszmuglowana wiadomość – gorączkowa prośba o pomoc – adresowana była do Conana Doyle’a.

Sir Arthur Conan Doyle, pisarz, lekarz, człowiek znany na całym świecie, niestrudzony obrońca uciśnionych, wierzył w niewinność Slatera od samego początku. Zaangażował się publicznie w sprawę w roku 1912, wykorzystując swój olbrzymi autorytet, by doprowadzić do zwolnienia Slatera. Z iście holmesowską przenikliwością rozłożył na czynniki pierwsze działania policji i oskarżycieli. A jednak mimo wpływów i poświęconej energii stanął, jak sam pisał, „naprzeciw kręgu zaangażowanych w politykę prawników, którzy nie mogli potwierdzić błędów policji, nie przyznając się równocześnie do własnych”[9]. Dlatego też wyrok oparty, jak zauważył jeden z komentatorów, na dowodach tak słabych, że w analogicznych okolicznościach „nie skazano by na lanie kota oskarżonego o zjedzenie śmietanki”[10], utrzymał się przez niemal dwie dekady, stając się jedną z najtragiczniejszych fars sądowych swojej epoki.

To, że historia ta nie skończyła się śmiercią Slatera w więzieniu, jest w głównej mierze zasługą Conana Doyle’a. Jako detektyw, pisarz, publicysta i zakulisowy gracz w najwyższych salonach brytyjskiej władzy Conan Doyle zrobił więcej niż ktokolwiek inny, by Slater odzyskał wolność, w sprawie, którą wielu obserwatorów uznało za beznadziejną. „Afera Slatera”, napisał jeden z biografów Conana Doyle’a, „dała Conanowi Doyle’owi szansę odegrania w Anglii podobnej roli, jaką Zola odegrał w sprawie Dreyfusa we Francji”[11][12].

Conan Doyle pozostaje znany jako autor prozy kryminalnej, ale w znacznie mniejszym stopniu pamięta się go jako bojownika – „rycerza przegranych spraw”[13], jak określił go jeden z brytyjskich kryminologów. Zanim zmarł w roku 1930, w wieku siedemdziesięciu jeden lat, zdążył dwukrotnie kandydować do parlamentu (bezskutecznie) i poprowadzić publiczne batalie w wielu różnych sprawach, takich jak reforma prawa rozwodowego, obnażenie belgijskich niegodziwości w Kongu, ułaskawienie swego przyjaciela Rogera Casementa, oskarżonego o zdradę. Pod koniec życia, co może wydawać się nielogiczne u człowieka obdarzonego tak przenikliwym umysłem, stał się również obrońcą życia pozagrobowego i spirytyzmu. Ciesząc się sławą twórcy Sherlocka Holmesa, być może najsłynniejszej postaci literackiej w całym piśmiennictwie Zachodu[14], Conan Doyle regularnie spotykał się z prośbami o rozwiązanie jakichś rzeczywistych zagadek – morderstw, zaginięć i tym podobnych – osiągając kilkakrotnie sukcesy jako detektyw amator.

Zanim jego ścieżki skrzyżowały się ze Slaterem, Conan Doyle zdążył już pomóc innej słynnej niesłusznie oskarżonej osobie – George’owi Edaljiemu, angielsko-hinduskiemu prawnikowi, uwięzionemu za okaleczanie zwierząt hodowlanych. Dochodzenie przeprowadzone przez Conana Doyle’a w tej sprawie stało się kanwą dla wielu utworów prozatorskich, między innymi dla powieści Juliana Barnesa z roku 2005 Arthur i George[15].

Historia Slatera, chociaż w grę wchodzi morderstwo, pozostaje mniej znana, być może dlatego, że jest znacznie bardziej skomplikowana niż inne prowadzone przez Conana Doyle’a sprawy. Nie ma w niej również nieskazitelnego podejrzanego ani czystości moralnej, jak w sprawie Edaljiego. O ile George Edalji był wykształconym profesjonalistą o nieposzlakowanym charakterze, o tyle Oscar Slater był jedynie uroczym łobuzem z kontynentu: bywalcem kabaretów i sal gier hazardowych, a oskarżano go również o to (choć nigdy mu tego nie dowiedziono), że zajmował się także sutenerstwem. Sam Conan Doyle uważał Slatera za szubrawca – nazwał go „podejrzanym włóczęgą”[16] – a w tych dwóch słowach kryją się całe tomy na temat stereotypów kulturowych epoki. Poza tym pod koniec życia Conan Doyle, twórca skrajnie racjonalnego Holmesa, stał się swego rodzaju pośmiewiskiem za sprawą swej żywiołowej obrony spirytyzmu. W rezultacie prasa i opinia publiczna skłonna była traktować wszelkie sprawy, których się podjął – w tym przypadek Slatera – ze sceptycyzmem, jeśli nie z otwartym szyderstwem.

A jednak sprawa ta miała być ostatnim dokonaniem Conana Doyle’a w dziejach jego zaangażowania w rozwiązywanie rzeczywistych zagadek kryminalnych – i było to naprawdę znaczne dokonanie. Historia jego długich wysiłków na rzecz uwolnienia Slatera pokazuje te cechy charakteru Conana Doyle’a, które sprawiły, że stał się on jedną z najjaśniejszych postaci swojej epoki: niestrudzoną gotowość wyruszenia do boju, poczucie honoru tak silne, że pozwalało mu wznieść się nad osobiste antypatie, znacznie większy niż u większości policjantów talent do racjonalnego rozumowania. O ile dzisiaj wiele niesłusznych wyroków obalono, wykorzystując badania DNA, o tyle Conan Doyle zdołał oswobodzić Slatera, korzystając zaledwie ze skrupulatnej obserwacji i rygorystycznej logiki – czyli dokładnie tych samych narzędzi, które rozsławiły stworzonego przez niego bohatera literackiego.

 

Arthur Conan Doyle na tropie. Twórca Sherlocka Holmesa i sprawa morderstwa opowiada historię o czterech obliczach. Po pierwsze, jest to opowieść o człowieku skazanym i uniewinnionym bez użycia nowoczesnych metod śledczych. Po drugie, jest to studium wyjątkowej metody dochodzenia, jaką Conan Doyle opisywał w opowieściach o Sherlocku Holmesie, a tutaj zastosował do prawdziwego morderstwa. Nie jest przypadkiem, że człowiek, który uratował Slatera, był zarazem autorem opowiadań detektywistycznych i lekarzem, bo zarówno dochodzenie śledczego, jak i proces leczenia wypływa z tego samego źródła, czyli ze sztuki stawiania diagnozy. Sztuka ta, sprowadzająca się do rozpoznawania, wykluczania i interpretowania ledwie widzialnych śladów w celu zrekonstruowania przeszłych zdarzeń, których nie widziało się na własne oczy (co Holmes trafnie nazwał „rozumowaniem wstecz”[17]), widoczna jest niemal we wszelkich działaniach podjętych przez Conana Doyle’a w sprawie Slatera.

Pomysłowość diagnostyczna, którą Conan Doyle wykorzystał w tej sprawie, została mu zaszczepiona przez Josepha Bella, profesora medycyny, który był pierwowzorem z krwi i kości Sherlocka Holmesa. Nauki Bella miały służyć Conanowi Doyle’owi w rozwiązywaniu wielu życiowych tajemnic – medycznych i kryminalnych. „Mam zdolności zarówno do obserwacji, jak i do dedukcji – mówi Holmes świeżo poznanemu Watsonowi. – Mam tę umiejętność już od dawna: ciąg myśli błyskawicznie przelatuje mi przez głowę i formułuję wniosek; niekiedy nawet nie uświadamiam sobie poszczególnych etapów tego procesu”[18].

W badanej przez Conana Doyle’a sprawie Slatera można wyróżnić poszczególne etapy. Opublikowane przez niego relacje, a także zachowane listy w tej sprawie pokazują modusoperandi wybitnie w stylu Holmesa. Metoda Conana Doyle’a polegała na wyszukiwaniu detali, których znaczenie umknęło innym śledczym, wskazywaniu błędów logicznych policji i oskarżycieli, poszukiwaniu dowodów negatywnych i zrozumieniu ich znaczenia, a wreszcie, jak powiedziałby Holmes, na próbie obserwowania, a nie tylko patrzenia. Wszystkie te metody miały zostać wykorzystane do poluzowania ogniwo po ogniwie łańcucha poszlakowych dowodów, który zaciśnięto Slaterowi wokół szyi.

Po trzecie, niniejsza książka szkicuje portret samego Slatera, który w nielicznych poprzednich relacjach opisujących tę sprawę, pozostawał podejrzanie nieobecny, był jak nierozwiązany szyfr w centrum opowieści o swoim własnym życiu. Ta książka próbuje zapełnić tę pustkę, czerpiąc z serii poruszających listów, wymienianych przez ponad dwadzieścia lat przez uwięzionego Slatera – pod wieloma względami prawdziwego imigranckiego everymana – z trzema pokoleniami jego kochającej, żyjącej w Niemczech rodziny[19].

W korespondencji przeważa ton słodko-gorzki. Widzimy w nich refleksyjnego, ujmującego człowieka, usiłującego trzymać się swojej wiary w miejscu, gdzie przez większość czasu był jedynym Żydem. Widzimy człowieka rozdartego między chęcią poddania się losowi a potrzebą podtrzymywania resztek nadziei. Uderza też obraz człowieka, który zdaje się powoli osuwać w szaleństwo. Jeszcze bardziej poruszający jest fakt, że nawet po uwolnieniu Slaterowi nie miało być już dane kiedykolwiek ujrzeć rodziny: stracił bowiem obywatelstwo niemieckie i nie mógł wrócić do domu. Chociaż jednak ta niemożliwość musiała być bardzo bolesna, to na dłuższą metę prawdopodobnie ocaliła mu życie.

Po czwarte, książka Arthur Conan Doyle na tropie. Twórca Sherlocka Holmesa i sprawa morderstwa zajmuje się kwestią, która przez ponad stulecie dręczyła wielu obrońców Slatera: Dlaczego, skoro już po tygodniu policja w Glasgow wiedziała, że Slater jest niewinny, nadal go prześladowała i niemal wpędziła do grobu?

Odpowiedź na to pytanie mówi wiele o stanie kryminologii na początku dwudziestego wieku: sprawa Slatera rozgrywała się w chwili dla tej dziedziny wiedzy przełomowej, co ostatecznie zadziałało raczej przeciw oskarżonemu. Jego historia pozwala również zrozumieć wiktoriański sposób myślenia – przypadek Slatera, będący „w rozkroku” między dziewiętnastowieczną staroświeckością a niepokojami dwudziestowiecznej nowoczesności, jest przede wszystkim opowieścią o moralności wiktoriańskiej. Chociaż opowieść ta zaczęła się w czasach edwardiańskich i trwała aż do epoki jazzu, to bez wątpienia jest ona produktem tego, co nazwano „przedłużonym wiekiem dziewiętnastym”[20], trwającym aż do wybuchu pierwszej wojny światowej albo nawet dłużej.

W tym okresie doszło do gwałtownych zmian społecznych, takich jak znaczący rozwój nauki i medycyny, narodziny nowoczesnej policji, a także powstanie literatury kryminalnej. Żadna komisja nie byłaby w stanie wyłonić bardziej reprezentatywnego przedstawiciela tej epoki niż Conan Doyle. Ta sama epoka spoglądała jednak z tęsknotą wstecz, do czasów, gdy nie znano jeszcze rzezi wojennych i innych wątpliwych dokonań nauki. Conan Doyle, wysławiający zarazem liberalizm i tradycjonalizm, z oddaniem nawracający ludzi zarówno na metodę naukową, jak i istnienie świata duchów – co wobec niepewności niesionej przez nowoczesność stało się również udziałem wielu mu współczesnych – jak żadna inna postać publiczna w pełni uosabiał janusowe oblicze swojej epoki.

Rozwijająca się przez dwie dekady historia Slatera zamyka jak w kapsule to, co najbardziej chwalebne w moralności tamtej epoki – odwagę, uczciwość, wierność rozumowaniu naukowemu – a także sporo z tego, co w niej najmniej godne pochwały – uprzedzenia klasowe, pruderię, ksenofobię, nacjonalizm i antysemityzm. To właśnie troska o honor, reputację i dżentelmeńskie zachowanie miały motywować do działania, tego szlachetnego i wręcz przeciwnie, wielu bohaterów tej opowieści, łącznie z Conanem Doyle’em i Slaterem. Ich splatające się historie osiągają punkt kulminacyjny w 1929 roku, kiedy relacja obu mężczyzn, dotąd wzajemnie korzystna, zakończyła się, jak to określił Conan Doyle, „bolesnymi i plugawymi konsekwencjami”[21], związanymi właśnie ze sprawą honoru.

Na samym dnie książka Arthur Conan Doyle na tropie. Twórca Sherlocka Holmesa i sprawa morderstwa opowiada o sile identyfikacji klasowej: o stanowiących marne narzędzie diagnostyczne szybkich ocenach, które w każdej epoce służyły oddzieleniu „nas” od „nich”. Sprawa Slatera pokazuje zwłaszcza, jak takie brutalne podziały – takie wyodrębnianie inności – odzwierciedlają dominujący głos epoki i uwypuklają lęki dominującej kultury. Historia Slatera to przykład, jak ustawodawstwo i sądownictwo mogą ucieleśniać podobne uprzedzenia.

Zawierając wiktoriańskie namiętności i uprzedzenia, sprawa ta staje się niezwykłym podwójnym zwierciadłem tamtych czasów. Co więcej (czego nie podejrzewałam, zaczynając sześć lat temu pracę nad tą książką), historia Slatera, ukazująca fundamentalny spór między rozumem z jednej strony a tym szczególnym rodzajem bezrozumności, jakim są uprzedzenia etniczne – co wyraźnie uwidacznia się w zjawisku społecznym nazywanym „urasowieniem przestępczości”[22] – stała się również zwierciadłem bardzo dokładnie odbijającym naszą epokę.

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG: WIĘZIEŃ 2988

 

 

 

 

Dwudziestego trzeciego stycznia 1925 roku William Gordon, ostatnio znany jako więzień 2988, został zwolniony z więzienia JKM w Peterhead, wiktoriańskiej fortecy na surowym północnowschodnim wybrzeżu Szkocji[23]. Gordon najprawdopodobniej nie zapisałby się w żaden sposób w historii, gdyby nie ważny anatomiczny szczegół: nosił sztuczną szczękę. Tamtego dnia za jego sztuczną szczęką znajdował się zawinięty w ciasny rulon, otoczony sreberkiem, by nie zawilgotniał, liścik od innego osadzonego. Chociaż strażnicy więzienni dokładnie przeszukali Gordona, nikomu nie przyszło do głowy, by sprawdzać zwolnionemu dziąsła. W ten sposób na świat wydostała się wiadomość, która niemal trzy lata później miała ostatecznie zaowocować zwolnieniem Oscara Slatera z dożywotnich ciężkich robót[24].

O ile poprzednie wysiłki na rzecz uwolnienia Slatera podejmowali prawnicy, o tyle ta ostatnia, rozpaczliwa próba została zapoczątkowana przez samego Slatera. Podał Gordonowi notatkę, zapisaną ołówkiem na kawałku brązowej bibułki, w czasie spotkania więziennego klubu dyskusyjnego[25]. Potajemny liścik był najbezpieczniejszym sposobem komunikacji między nimi; jak większość brytyjskich więzień tego czasu Peterhead narzucało przymusową ciszę[26]. Pilnowani przez całą dobę przez uzbrojonych strażników więźniowie mogli rozmawiać z innymi więźniami tylko w sprawach bezpośrednio związanych z wykonywaną pracą[27]. Przed rokiem 1925 Slater był już karany za rozmowę z innym więźniem poprzez kratkę wentylacyjną między celami[28].

Liścik Slatera, dziś zblakły i rozpadający się, przechowywany jest w Mitchell Library w Glasgow. Napisany z użyciem specyficznego słownictwa, interpunkcji i składni list brzmi następująco:

 

Gordon, mój chłopcze, życzę ci w każdej mierze jak najwięcej szczęścia, a jeśli miałbyś chęć, proszę, zrób dla mnie, co się da. Przekaż angielskiej opinii publicznej swoją opinię na mój temat, w sensie osobistym i w każdym innym aspekcie. Byłeś przez 5 lat w bliskim kontakcie ze mną, więc jesteś odpowiednią do tego osobą.

Przyjacielu, trzymaj się z dala od więzień, a zwłaszcza od tej zapomnianej przez Boga dziury. Żegnaj, Gordon, możliwe, że już się nie spotkamy, żyjmy jednak w nadziei, iż może stać się inaczej.

Twój przyjaciel,

Oscar Slater

 

PS Proszę nie zapomnij napisać lub spotkać się z Connan D.[29]

 

To, że Gordon spełnił prośbę Slatera, można wywnioskować z dalszej korespondencji, czyli z anonimowego listu, który dotarł do Peterhead w połowie lutego. W zaadresowanym do Slatera piśmieczytamy:

 

Tylko kilka linijek, by cię rozweselić. Masz oddanych przyjaciół w świecie zewnętrznym, którzy robią dla ciebie, co w ich mocy, nie możesz więc tracić nadziei. Sir Arthur Conan Doyle prosił, by ci przekazać, że sympatyzuje z tobą i z całych sił stanie po twojej stronie… Chcielibyśmy przeczytać kilka słów od ciebie, jeśli wolno ci pisać. Tymczasem bądź dobrej myśli i nie trać nadziei, bądź pewien, że robimy dla ciebie, co się da[30].

 

Władze więzienne podejrzewały, że nadawcą listu jest Gordon, zdecydowały się więc go zatrzymać. Slater nic o tym nie wiedział, ale dzięki swej nerwowej notce osiągnął cel: skłonił Conana Doyle’a – który od dawna z niestrudzoną energią, ale ze zniechęcającymi rezultatami, próbował podważyć wyrok Slatera – by ponownie, po raz ostatni, zajął się tą sprawą.

 

Zbrodnia, która niemal zaprowadziła Oscara Slatera na szubienicę, była – wedle słów dwudziestowiecznego autora – „morderstwem, często opisywanym jako bezprecedensowe w annałach historii kryminalnej”[31]. Cechowało ją skrajne okrucieństwo, ofiara była osobą wyrafinowaną i zamożną, a także w dużej mierze ekscentryczną. Znajdując się pod silną presją, by rozwiązać tę sprawę, policja szybko ogłosiła, iż znalazła podejrzanego: trzydziestosześcioletniego Oscara Slatera, który w tym samym roku przyjechał do Glasgow ze swą młodą francuską kochanką, teoretycznie piosenkarką rewiową, ale w praktyce prawdopodobnie prostytutką.

W oczach edwardiańskiego Glasgow Slater wydawał się pod każdym względem idealnym oskarżonym. Był obcokrajowcem – urodził się w Niemczech – a w dodatku Żydem. Jego żywot ocierającego się o półświatek dandysa obrażał wrażliwość ówczesnej epoki; Slater na przemian twierdził, że jest dentystą i dostawcą kamieni szlachetnych, sądzono jednak, że głównym źródłem jego dochodów jest hazard. Jeszcze przed morderstwem był śledzony przez policję z Glasgow, która miała nadzieję, że uda się go aresztować za stręczycielstwo. (W pruderyjnej mowie owego czasu zarzut, jaki chciano mu postawić, określany był jako „niemoralne prowadzenie gospodarstwa domowego”).

Proces Slatera odbył się w Edynburgu w maju 1909 roku, a oskarżenie oparto na poszlakach i ewidentnie sfabrykowanych dowodach. „Poszlaki mogą być mylące – pisał Conan Doyle. – Może się wydawać, że wyraźnie na coś wskazują, a jeśli nieco zmienisz punkt widzenia, okazuje się, że równie niewątpliwie świadczą o czymś całkiem innym”[32]. Słowa te wypowiada Sherlock Holmes w opowiadaniu Tajemnica Boscombe Valley z roku 1891. Biorąc pod uwagę sprawę Slatera, brzmią one jak proroctwo.

Przysięgli naradzali się przez siedemdziesiąt minut, zanim uznali Slatera za winnego, a sędzia skazał go na śmierć przez powieszenie. Wyrok był w fatalny sposób ostateczny, w ówczesnej Szkocji nie istniały bowiem sądy apelacyjne. (Zdarzające się od czasu do czasu ułaskawienia należały do prerogatyw monarchy brytyjskiego). Zanim trzy tygodnie później wyrok zamieniono na dożywocie, Slater zdążył już wydać instrukcje na temat własnego pochówku. Przetransportowany do Peterhead, przemierzał swą maleńką celę, wykuwał granit i pomstował na swych prześladowców przez niemal całe dwie kolejne dekady.

 

Pod koniec roku 1911 lub na początku 1912 prawnicy Slatera poprosili Conana Doyle’a, by poparł ich wysiłki. Chociaż pisarz, sam będąc Szkotem, potępiał niegodny styl życia skazańca, to szybko uznał, że cała ta sprawa jest plamą na brytyjskim honorze. Z właściwą sobie przenikliwością zbadał zbrodnię, dochodzenie i proces. W 1912 roku napisałThe Case of Oscar Slater (Sprawa Oscara Slatera) – zjadliwe podsumowanie całej historii. Wystosował szereg listów do brytyjskich gazet. Zredagował, opublikował i opatrzył bezkompromisowym wstępem książkęThe Truth About Oscar Slater (Prawda o Oscarze Slaterze), napisaną w roku 1927 przez dziennikarza Williama Parka. Zabiegał o pomoc pośród najpotężniejszych ludzi w Wielkiej Brytanii.

Ułaskawienie nadeszło wreszcie w listopadzie 1927 roku. Rok później, kiedy w Szkocji ustanowiono sądy apelacyjne – co stało się częściowo pod wpływem działań Conana Doyle’a – sprawa Slatera powróciła na wokandę, a stawiane mu zarzuty ostatecznie oddalono. Pisarz i Slater spotkali się twarzą w twarz tylko raz, właśnie podczas tego procesu, który Conan Doyle relacjonował dla jednej z brytyjskich gazet. Później zaś, po triumfalnym zakończeniu sprawy, nastąpiło gorzkie publiczne zerwanie.

Wszystkie te wydarzenia tworzą długi i bolesny ciąg zapoczątkowany przez niezwykłe zajście, do którego doszło w Glasgow w grudniu 1908 roku, mniej więcej na tydzień przed śmiercią Marion Gilchrist i ponad tydzień wcześniej, niż Slater w ogóle dowiedział się o jej istnieniu. Chociaż ten fakt przez lata nie był powszechnie znany, panna Gilchrist miała wówczas powiedzieć co najmniej jednej osobie, iż wie, że zostanie zamordowana.

 

 

 

 

 

 

 

 

KSIĘGA PIERWSZA:

 

DIAMENTY

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

ODGŁOS KROKÓW NA SCHODACH

 

 

 

 

Na przełomie wieków w Glasgow żyła starsza pani, którą mało kto lubił. Nazywała się Marion Gilchrist, a 21 grudnia 1908 roku, w ostatnim dniu jej życia, pannie Gilchrist – uczciwej, onieśmielającej, pobożnej kobiecie o doskonałym zdrowiu i nieskazitelnych manierach – brakowało zaledwie kilku tygodni do osiemdziesiątych trzecich urodzin.

Miasto, w którym żyła, było rozległym, złowieszczym miejscem pełnym brukowanych ulic, sadzy i wilgoci. Industrializacja sprawiła, że Glasgow się rozrosło, jak wiele innych metropolii na Zachodzie. Miasta, z powietrzem czarnym od węgla, karmiły się pobliskimi wsiami; wszędzie wykwitły przedmieścia, do których po ciężkim dniu pracy wracali przedstawiciele solidnej klasy średniej, a mężczyźni i kobiety ze wsi, gorzej sytuowani od nowych mieszkańców przedmieść, również ciągnęli do miasta w poszukiwaniu pracy. W 1900 roku Glasgow, zamieszkiwane przez ponad 750 000 ludzi, stało się drugą co do wielkości, po Londynie, metropolią Wielkiej Brytanii[33].

Pod koniec dziewiętnastego wieku, kiedy brytyjskie miasta zaludniły się nowymi mieszkańcami, wskaźniki przestępczości znacznie wzrosły, a zasiedziali mieszczanie zaczęli odczuwać nowy, miejski, typowo nowoczesny lęk. Dla klasy średniej i wyższej lęk ów wywołany był głównie pragnieniem ochrony mienia przed mieszkańcami miasta, którym daleko było do mieszczan – klasą pracującą, biedotą, nowymi imigrantami oraz Żydami. Wszystkie te grupy postrzegano jako siły zanieczyszczające społeczeństwo, zagrożenie, które należało szybko powstrzymać.

Gazety i czasopisma tej epoki wyrażały te niepokoje językiem chętnie sięgającym po metaforę najazdu. Wiosną 1909 roku, po tym jak Slatera skazano za zabójstwo panny Gilchrist, wiele periodyków opisywało w takiej poetyce jego zjawienie się na brytyjskiej ziemi, a jedna z nich porównywała go do wampira, korzystając z wieloletniej tradycji pisania w ten sposób o Żydach.

„Obca rasa właśnie wkroczyła – pisał tego roku »Bailie«, szanowany magazyn z Glasgow. – Wielka Brytania (…) z otwartymi ramionami przyjęła szumowiny z zagranicy (…) łajdackie krety grasują teraz w naszej społeczności”. Gazeta „Edinburgh Evening News” napisała, że proces Slatera „rzucił upiorne światło w mrok naszych wielkich miast, gdzie tego typu nikczemnicy uprawiają swój proceder. Ukazał całą trzódkę obcych wampirów, pozbawionych sumienia, pełzających w mrocznych głębinach pod warstwami cywilizowanego społeczeństwa”[34].

 

Nawet jak na standardy swojej przerażonej epoki Marion Gilchrist była kobietą wyjątkowo przerażoną. Urodziła się w Glasgow 18 stycznia 1826[35], jako córka Jamesa Gilchrista, odnoszącego sukcesy inżyniera. W późniejszych latach, po śmierci matki, panna Gilchrist, która nigdy nie wyszła za mąż, pozostała w domu, by opiekować się ojcem. Zanim umarł, najwyraźniej zdołała go przekonać, by zapisał jej lwią część majątku; w rezultacie była o wiele bogatsza niż jej rodzeństwo.

Panna Gilchrist miała gromadę siostrzenic i siostrzeńców, ale najwyraźniej o nich nie dbała, tak jak oni o nią. „Panna Gilchrist nie miała dobrych kontaktów z krewnymi – powiedziała policji po morderstwie jej mieszkająca w pobliżu siostrzenica Margaret Birrell. – Niewielu ludzi, jeśli w ogóle ktokolwiek, ją odwiedzało”[36].

Pośród nielicznych osób utrzymujących ciepłe relacje z panną Gilchrist znajdowała się jej była pokojówka, Maggie Galbraith Ferguson, i jej córka, Marion Gilchrist Ferguson, nazwana na cześć dawnej pracodawczyni swej matki. Dwudziestego listopada 1908 roku, na miesiąc przed śmiercią, panna Gilchrist zmieniła testament. Poprzednia wersja, spisana ledwie pół roku wcześniej[37], dzieliła jej majątek – wyceniany na ponad 15 000 funtów[38], zawierający biżuterię, obrazy, meble, srebra i znaczne sumy gotówki[39] – pomiędzy siostrzenice i siostrzeńców. Nowa wersja przyznawała majątek Maggie i Marion Ferguson.

 

Przez niemal trzydzieści lat, aż do swojej śmierci, panna Gilchrist żyła wygodnie i niemal w całkowitej samotności w dużym mieszkaniu przy West Princes Street 49, szerokiej alei, która przecina północne centrum Glasgow z północnego zachodu na południowy wschód. Stojące wzdłuż alei wiktoriańskie domy przez długi czas zamieszkiwała klasa średnia i wyższa średnia. Okolica ta u progu dwudziestego wieku była zaciszną i elegancką oazą. Po morderstwie, jakby chcąc podkreślić, jak nieodpowiednie było to, że panna Gilchrist padła ofiarą przestępstwa, gazety rozpisywały się szczegółowo na temat szlachetności tej części miasta.

Panna Gilchrist mieszkała sama, jeśli nie liczyć służącej, dwudziestojednoletniej Szkotki, Helen Lambie. Opisywano ją jako „sympatyczną, pogodną, przesądną i bezmyślną dziewczynę”[40]. Lambie, zwana Nellie, pracowała dla panny Gilchrist przez trzy lata. Wedle wszystkich świadectw obie kobiety dobrze się dogadywały, co ciekawe jednak, poprzednia pracodawczyni Lambie opisywała ją jako „bardzo dobrą pracownicę domową, lecz niemal niepiśmienną, dość pośledniej umysłowości, bardzo przebiegłą i zupełnie niegodną zaufania w jakiejkolwiek kwestii”[41]. Przez dwa dziesięciolecia po morderstwie panny Gilchrist zachowanie Lambie sugerowało, że wie ona o zbrodni więcej, niż chciała zdradzić – być może włącznie z tożsamością prawdziwego zabójcy.

Południowowschodni odcinek West Princes Street, gdzie stał dom panny Gilchrist, nazywano również Queen’s Terrace, a jej adres niekiedy podawano jako Queen’s Terrace 15. Mieszkała w trzypiętrowym zgrabnym budynku wzniesionym około 1850 roku; jej mieszkanie zajmowało całe pierwsze piętro. Mieszkanie na parterze („główny dom”, jak się to wówczas określało w Szkocji) zajmowała rodzina muzyków nazwiskiem Adams: matka, dorosły syn Arthur i gromadka dorosłych córek[42]. Ich mieszkanie miało osobne wyjście na ulicę, z adresem Queen’s Terrace 14, sąsiadujące z wejściem panny Gilchrist. Mieszkanie na drugim piętrze, dokładnie nad mieszkaniem panny Gilchrist, było zimą 1908 roku puste.

Aby dostać się do mieszkania panny Gilchrist, odwiedzający musiał pokonać kilka stopni schodów, przejść przez wejściowe drzwi pod numerem 15 i wejść na westybul czy klatkę schodową, zwaną w Szkocji „skrytką”. Wewnątrz wchodziło się po schodach prowadzących na wyższe piętra. Pojedyncze schody prowadziły pod drzwi wejściowe mieszkania panny Gilchrist. Wchodziło się do przestronnego hallu. Na lewo znajdowała się jadalnia, z której okien rozciągał się widok na West Princes Street. Jak reszta mieszkania, jadalnia wykończona była ciężkimi wiktoriańskimi meblami i obrazami w ozdobnych ramach. Na prawo wchodziło się do salonu, na tyłach zaś znajdowała się kuchnia, bawialnia, dwie sypialnie i łazienka. Panna Gilchrist spała w mniejszej z dwóch sypialni, wykorzystując tę większą jako pokój gościnny i garderobę. To właśnie w tym pomieszczeniu miała się rozpocząć dramatyczna sprawa Slatera, panna Gilchrist tam bowiem przechowywała większą część biżuterii.

Jak na kobietę tej epoki i klasy społecznej panna Gilchrist żyła dość skromnie, jeśli nie liczyć jednej słabości – biżuterii. Przez wiele lat zgromadziła ogromną kolekcję, w skład której wchodziły pierścionki wysadzane diamentami, szmaragdami i rubinami, bransoletki ze złota, srebra, pereł i turkusów, naszyjniki z pereł i diamentów, diamentowe kolczyki i wiele innych rzeczy. Szczególną słabość zdawała się mieć do broszek, w jej kolekcji znajdowało się ich cale mnóstwo: broszki wysadzane perłami, onyksami, granatami, rubinami i topazami, trzy diamentowe broszki w kształcie gwiazdek, a także, co miało okazać się zgubne dla Slatera, wysadzana diamentami broszka w kształcie półksiężyca[43]. Po śmierci panny Gilchrist jej kolekcję złożoną z niemal stu sztuk biżuterii wyceniono na jakieś 3000 funtów[44][45].

„Rzadko nosiła biżuterię i najwyżej jedną rzecz na raz – napisał Conan Doyle w 1912 roku. – Ta rzadka przyjemność czerpana z posiadania kosztowności podszyta była strachem, wielokrotnie mówiła, że boi się, iż może zostać napadnięta i obrabowana”[46]. Aby popsuć szyki włamywaczom, panna Gilchrist chowała biżuterię w dziwacznych miejscach, rezygnując z sejfu w bawialni na rzecz szafy w pokoju gościnnym, gdzie ukrywała klejnoty między warstwami ubrań albo w „oddzielnej kieszeni ze sznureczkiem”, jak pisał brytyjski dziennikarz Peter Hunt w swojej książce na temat tej sprawy w roku 1951[47]. Jeszcze inne przedmioty przypinała do zasłon lub wsuwała je do kieszeni sukien[48].

Zmieniła też swoje mieszkanie w prawdziwą fortecę. „Przeciw (…) niepożądanym gościom panna Gilchrist podjęła szereg robiących wrażenie zabezpieczeń” – pisał Hunt.

 

Okna na tyłach były cały czas zamknięte. Na drzwiach wejściowych znajdowały się trzy zamki – jeden zwyczajny, jeden patentowy i jeden Chubb. Dodatkowo zamontowano zasuwę i łańcuch. Zamknięte na wszystkie te zamki drzwi były praktycznie nie do sforsowania.

Ktokolwiek chciał dostać się pod numer 15, musiał zadzwonić dzwonkiem na dole, przed drzwiami na ulicę. W hallu mieszkania panny Gilchrist znajdowała się dźwignia otwierająca zamek w drzwiach na dole. Dzięki temu, słysząc dzwonek, panna Gilchrist mogła otworzyć drzwi na dole ze środka swojego mieszkania, uchylić drzwi i zobaczyć, kto idzie na górę. Jeśli gość wyglądał podejrzanie, miała w razie potrzeby mnóstwo czasu, by wrócić do mieszkania i zatrzasnąć przed nim drzwi. Istnieją świadectwa mówiące, iż będąc sama w domu, nie wpuszczała nikogo, kto nie posłużył się wcześniej ustalonym sygnałem[49].

 

Panna Gilchrist ustaliła również sygnał ze swymi sąsiadami z dołu, państwem Adams. Powiedziała im, że gdyby kiedykolwiek znalazła się w niebezpieczeństwie i potrzebowała pomocy, będzie stukać trzy razy w podłogę[50]. Wieczorem 21 grudnia 1908 roku Adamsowie mieli pierwszy i ostatni raz usłyszeć to stukanie.

 

Jesienią 1908 roku Oscar Slater – hazardzista, dandys i niefrasobliwy podróżnik – przyjechał do Glasgow. Wcześniej zatrzymywał się w tym mieście co najmniej dwukrotnie na samym początku dwudziestego stulecia. Po opuszczeniu Niemiec w młodym wieku mieszkał też w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu i Brukseli[51]. W roku 1901, w czasie swojego pierwszego udokumentowanego pobytu w Glasgow, poślubił mieszkankę tego miasta, Mary Curtis Pryor[52], alkoholiczkę, która nieustannie domagała się od niego pieniędzy[53]. Slater wkrótce się z nią rozstał i znów zaczął podróżować, używając licznych fałszywych nazwisk, między innymi po to, aby Mary nie mogła go wyśledzić. Wiadomo, że w 1905 roku ponownie na moment osiadł w Glasgow, po czym znowu zwinął manatki[54].

Dwudziestego dziewiątego października 1908 roku Slater zjawił się więc w Glasgow najprawdopodobniej po raz trzeci. Kilka dni później dołączyła do niego jego kochanka Andrée Junio Antoine (w towarzystwie nazywana Madame Junio, a przez przyjaciół Antoine) oraz ich pokojówka, Catherine Schmalz[55]. Kilka kolejnych tygodni Slater spędził na osiedlaniu się w mieście, mimowolnie wykuwając pierwsze ogniwa łańcucha poszlak, który niebawem miał zacisnąć mu się wokół szyi. Pod fałszywym nazwiskiem Anderson wynajął mieszkanie przy St. George’s Road 69, ciągnącej się z północy na południe arterii w centrum Glasgow, przecinającej również West Princes Street. Budynek oddalony był nieco ponad pięć minut spacerem od domu panny Gilchrist. To miała być pierwsza poszlaka.

Dziesiątego listopada Slater wybrał się do sklepu z narzędziami, gdzie kupił kilka niedrogich rzeczy do wyremontowania nowego mieszkania[56]. Właśnie one – przede wszystkim włączony do zestawu mały młotek – miały stać się drugim ogniwem łańcucha poszlak. Na początku grudnia, chcąc naprawić zegarek, Slater wysłał go pocztą do Denta, londyńskiego zegarmistrza. To miało okazać się trzecim ogniwem.

Do tego czasu Slater zdążył też odwiedzić miejscowy lombard, gdzie za 20 funtów zastawił wysadzaną diamentami broszkę w kształcie półksiężyca[57]. To miało być czwartą i najbardziej obciążającą poszlaką.

Tej jesieni w domu panny Gilchrist i w jego okolicach zaczęły się dziać dziwne rzeczy. We wrześniu 1908 roku jej terrier irlandzki zachorował i zdechł; Helen Lambie była przekonana, że przypadkiem zjadł coś trującego, starsza pani sądziła jednak, że w grę nie wchodził żaden przypadek. A później, przez pierwsze trzy tygodnie grudnia, jak miało później przyznać ponad tuzin mieszkańców okolicy, widywano mężczyznę szwendającego się po West Princes Street[58]. Wyglądało na to, że obserwuje dom panny Gilchrist.

„Ten »obserwator« widywany był o różnych porach, w różnych strojach – pisał Peter Hunt. (Jak zeznał jeden ze świadków, pewnego razu mężczyzna pojawił się w spodniach w kratkę, płowych getrach i brązowych butach). – Co do jego wyglądu było sporo niejasności. Ktoś mówi, że miał wąsy, ktoś inny, że nie miał, jeden twierdził, że mężczyzna nie mówił z obcym akcentem, inny, że sprawiał wrażenie obcokrajowca”[59].

W połowie grudnia, jakiś tydzień przed zabójstwem panny Gilchrist, wzburzona Helen Lambie złożyła wizytę swej dawnej pracodawczyni, Agnes Guthrie. Jak później wspominała Guthrie, Lambie mówiła dużo o najnowszych zdarzeniach w domu panny Gilchrist. „Poinformowała mnie, że w domu panny Gilchrist działy się rzeczy nadzwyczajne – wspominała Guthrie. – Opowiadała mi wiele o dziwactwach swej pracodawczyni. Panna Gilchrist miała mnóstwo biżuterii i w nietypowy sposób ukrywała ją w całym domu, pod dywanami itp. Powiedziała Helen, iż jest pewna, że jakiś człowiek chce ją zamordować, a pies został celowo otruty”[60].

Najbardziej zaskakujące było jednak to, co Lambie wyznała w późniejszej rozmowie z Guthrie – i potwierdziła również siostrzenicy panny Gilchrist, Margaret Birrell, zaraz po morderstwie[61]. Panna Gilchrist nie obawiała się wcale jakiegoś nieznajomego, tylko kilku ludzi, których znała bardzo dobrze.

 

W poniedziałkowe popołudnie 21 grudnia 1908 roku panna Gilchrist wyszła z mieszkania, by popłacić rachunki, i wróciła około wpół do piątej na herbatę[62]. Tego samego wieczoru – przy deszczowej pogodzie[63] – za pięć siódma, jedna z sióstr Adams, Rowena Adams Liddell, wracała do Queen’s Terrace ze swoją matką. Gdy zbliżyły się do frontowych drzwi, ujrzały „obserwatora” wpatrującego się w budynek. W odpowiedzi na pytania prokuratora w czasie procesu Slatera zeznała:

 

Zanim dotarłam do drzwi wejściowych, ujrzałam jakiś ciemny kształt opierający się o balustradę, tuż pod oknami jadalni mojej matki (…). Spojrzałam na niego otwarcie – niemal niegrzecznie – i dokładnie przyjrzałam się jego twarzy. Nie widziałam tylko oczu. Miał długi nos z charakterystycznym spadkiem o tutaj [wskazała na grzbiet nosa]. Rzadko się taki spadek widuje. Miał bardzo jasną cerę; nie ziemistą ani bladą, tylko raczej w kolorze kości słoniowej. Był bardzo ciemny, gładko ogolony, bardzo szeroki tutaj [wskazała na kości policzkowe albo skronie]. Kołnierz miał opuszczony. Miał bardzo zwyczajną czapkę, chyba z brązowego tweedu. Wyglądał bardzo przyzwoicie (…). Minęłam go i jeszcze spojrzałam przez ramię. Odsunął się od balustrady i zniknął[64].

 

Minutę czy dwie przed siódmą Helen Lambie wyszła z domu pracodawczyni, by kupić jej wieczorną gazetę. Planowała wrócić z gazetą i wyjść na zakupy. Od panny Gilchrist, która siedziała w jadalni przy kominku i czytała czasopismo, Lambie dostała pensa na gazetę i pół suwerena na inne wydatki[65]. Wzięła pensa, ale pół suwerena zostawiła na stole w jadalni, po czym wyszła z mieszkania.

„Lambie wzięła ze sobą klucze, zamknęła drzwi do mieszkania, zamknęła drzwi wejściowe na dole i jakieś dziesięć minut zajęło jej pójście po gazetę – pisał Conan Doyle. – Właśnie to, co stało się w trakcie tych dziesięciu minut, tworzy tragedię i tajemnicę, która wkrótce miała przyciągnąć uwagę opinii publicznej”[66].

Dokładnie pod mieszkaniem panny Gilchrist, Arthur Montague Adams, czterdziestoletni flecista i sprzedawca instrumentów muzycznych, pakował właśnie prezenty świąteczne[67]. O siódmej wieczorem Adams, jego siostra Rowena oraz druga siostra Laura usłyszeli głośny łoskot z góry. Po chwili dobiegły ich trzy ostre stuknięcia.

Aby dotrzeć do mieszkania panny Gilchrist, Adams musiał wyjść przez własne drzwi frontowe przy Queen’s Terrace 14 i zadzwonić dzwonkiem do zamkniętych drzwi pod numerem 15. Na zewnątrz ze zdziwieniem stwierdził, że drzwi są otwarte. Wszedł po schodach na piętro panny Gilchrist i pociągnął za sznurek dzwonka przy drzwiach jej mieszkania. Zeznał później, że dzwonił „z całych sił – donośnie”. Nikt nie odpowiedział. Nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku ze środka, Adams usłyszał coś jakby odgłos łamanego drewna. Założył, jak później powiedział, że to Lambie „łamie patyki w kuchni” na podpałkę[68]. Nie usłyszał nic więcej, wrócił więc do swojego mieszkania i powiedział swoim siostrom, że najwyraźniej wszystko w porządku.

Tymczasem siostry słyszały odgłosy tak gwałtowne, iż miały wrażenie, że sufit „może się zawalić”[69]. Bardzo zdenerwowane ponownie wysłały Adamsa na górę. Na piętrze Adams znów pociągnął za sznurek dzwonka. Już miał ponownie sięgnąć ręką do dzwonka, kiedy około 19.10 zobaczył, jak Lambie idzie po schodach z gazetą w ręku. Zdziwił się na jej widok, bo był przekonany, że przez cały czas znajdowała się w kuchni panny Gilchrist.

Lambie zeznała później, że wchodząc na górę, na dwóch dolnych schodkach ujrzała mokry od deszczówki ślad butów. Była przekonana, że nie widziała go wcześniej, kiedy wychodziła. Gdy dotarła na piętro, również zaskoczył ją widok Adamsa. „Nigdy nie bywał w naszym domu – powiedziała – zdziwiłam się więc, widząc go tam”.

Kiedy Lambie otwierała drzwi mieszkania panny Gilchrist, Adams powiedział jej o niepokojących odgłosach. Zdawała się tym nie przejmować. „To pewnie bloczki” – powiedziała, sugerując, że musiał spaść wiszący w kuchni na bloczkach sznur z praniem. Adams powiedział jej, że na wszelki wypadek zostanie przy drzwiach.

Wspominał później, że kiedy Lambie otworzyła drzwi, natychmiast weszła do przedpokoju. (Lambie pamiętała to inaczej: twierdziła, że została na progu). Niezależnie od tego, gdzie stała, dojrzała stamtąd dobrze ubranego mężczyznę zbliżającego się w jej kierunku od strony pokoju gościnnego panny Gilchrist; oświetlenie gazowe, zgaszone, kiedy wychodziła, teraz było zapalone. Mężczyzna wyszedł z mieszkania, beztrosko mijając Lambie i Adamsa, po czym zszedł po schodach. Oboje zeznali później policji, że na ubraniach mężczyzny nie było widać śladów krwi[70].

„Ani przez chwilę nie podejrzewałem niczego złego – zeznał później Adams. – Zobaczyłem, że mężczyzna idzie zupełnie spokojnie, póki mnie nie minął, a wtedy pomknął jak piorun i dopiero to wzbudziło moje podejrzenia”[71]. Tymczasem Lambie poszła prosto do kuchni, sprawdziła bloki i krzyknęła do Adamsa, że wszystko z nimi w porządku. Wówczas ruszyła do pokoju gościnnego.

„Gdzie jest twoja pani?” – spytał Adams. Lambie weszła do jadalni. „Och, proszę tu przyjść!” – krzyknęła[72].

„Ich oczom ukazała się biedna staruszka; leżała na podłodze niedaleko krzesła, na którym po raz ostatni widziała ją służąca – pisał Conan Doyle. – Jej stopy zwrócone były w kierunku drzwi. Leżała na dywaniku przy palenisku, a na jej głowę zarzucono skórzany dywanik. Jej obrażenia były przerażające, zmiażdżono jej niemal wszystkie kości twarzy i czaszki. Pomimo tych przerażających ran żyła jeszcze kilka minut, zmarła, nie zdradzając żadnych oznak przytomności”[73]. Panna Gilchrist otrzymała tak ciężkie ciosy, że na fotografiach z sekcji zwłok widać twarz, która sprawia wrażenie, jakby nigdy nie należała do istoty ludzkiej[74].

Adams ruszył prędko w dół po schodach i dalej przez drzwi na ulicę[75]. Zobaczył kilka osób na West Princes Street i podbiegł do nich, nigdzie jednak nie mógł dostrzec intruza. Wkrótce na ulicy znalazły się też Lambie i siostry Adams. Mężczyzna popędził po policję i lekarza; Lambie pobiegła kilka przecznic na zachód do domu siostrzenicy panny Gilchrist, Margaret Birrell. To, co Lambie jej wówczas powiedziała – mimo że obie kobiety zaprzeczały później, że taka wymiana zdań się odbyła – wywarło znaczny wpływ na całą sprawę.

Lambie wróciła do mieszkania panny Gilchrist tego samego wieczoru. Adams zdążył już sprowadzić lekarza (przypadkiem noszącego również nazwisko Adams) i konstabla policji. Po zbadaniu ciała panny Gilchrist dr John Adams obejrzał również jadalnię, która była zalana krwią. Szukając narzędzia zbrodni, natknął się na ciężkie krzesło z jadalni, którego tylna lewa noga ociekała krwią. Nogi krzesła w kształcie wrzeciona, jak zauważył lekarz, odpowiadały kształtem wrzecionowatym ranom na ciele panny Gilchrist. „Dr Adams uznał, że obrażenia powstały w wyniku licznych ciężkich ciosów krzesłem – napisał Hunt. – Jeśli morderca stał nad ciałem ofiary, to mógł zadawać ciosy z wielką, ale niekontrolowaną siłą. To by tłumaczyło zarówno rozległość ran, jak i brak krwi na ciele samego mordercy, mógł bowiem być do pewnego stopnia osłonięty siedzeniem krzesła, znajdującego się między nim a ciałem ofiary”[76].

W ciągu wieczoru na scenie pojawił się łańcuszek policjantów z Glasgow. Ze względu na ich dalszą rolę w śledztwie przeciw Slaterowi warci wymienienia są inspektor John Pyper, który zjawił się na miejscu o 19.55, oraz wysoki funkcjonariusz John Ord, szef miejscowej dochodzeniówki, który przybył na miejsce później tego samego wieczoru.

Pyper zbadał miejsce zbrodni. Okulary do czytania panny Gilchrist i jej czasopismo znajdowały się na stole w jadalni. Pół suwerena leżało na dywaniku obok jej ręki. Poza jadalnią nie znaleziono żadnych śladów krwi. W przedpokoju nie było śladów walki, frontowe drzwi nie zostały sforsowane siłą. W pokoju gościnnym znajdował się otwarty siłą drewniany kuferek, w jakim kobiety epoki wiktoriańskiej trzymały przybory do szycia. Jego zawartość – różne papiery – leżała rozrzucona na podłodze. Zabójca, który najwyraźniej zapalił lampę gazową w pomieszczeniu, zostawił zapałki. Zapałki (jak na ironię – firmy Runaway) nie były marki używanej w tym domu[77]. Na toaletce w pokoju gościnnym stał spodek, na którym znajdowało się kilka sztuk biżuterii, tej, jaką panna Gilchrist trzymała na widoku. Chociaż większość biżuterii, w tym zegarek i kilka pierścionków, pozostała na miejscu, Lambie powiedziała Pyperowi, iż zniknęła wysadzana diamentami broszka w kształcie półksiężyca, warta jakieś 50 funtów[78].

Pyper wypytywał Adamsa i Lambie o mężczyznę, który na ich oczach wyszedł z mieszkania. Adams był krótkowidzem i nie miał na sobie okularów, mógł więc opisać intruza tylko ogólnie jako „przystojnego i gładko ogolonego”, noszącego „ciemne spodnie i lekki płaszcz”. Lambie powiedziała, że nie widziała twarzy mężczyzny i nie byłaby w stanie go zidentyfikować. Zeznała, że mężczyzna miał na sobie szary płaszcz długości trzy czwarte i okrągły płócienny kapelusz[79].

O 21.40 policja z Glasgow wydała pierwszy wewnętrzny komunikat dotyczący zbrodni:

 

Starsza pani została zamordowana w swoim domu przy Queen’s Terrace 15, dzisiaj pomiędzy 19.00 a 19.10 przez mężczyznę w wieku od 25 do 30 lat, prawdopodobnie gładko ogolonego. Miał na sobie długi szary płaszcz i ciemny kapelusz.

Motywem morderstwa mógł być rabunek, ponieważ w sypialni na podłodze znaleziono kilka otwartych pudeł: zniknęła sporych rozmiarów złota broszka w kształcie półksiężyca, wysadzana diamentami. Ma duże diamenty na środku, zmniejszające się w stronę wierzchołków, może znajdować się w posiadaniu mordercy. Diamenty mają srebrną oprawę. Nie znaleziono żadnych śladów mordercy. Konstable proszeni są o powiadomienie sprzedawców biletów na stacjach kolejowych, morderca może mieć ślady krwi na ubraniu. Po otwarciu powiadomić lombardy w sprawie broszki i mieć na nie oko[80].

 

Przez kolejne dwa dni nie pojawiły się żadne ślady. W tym czasie Oscar Slater, prawdopodobnie nie wiedząc nic o zbrodni, przygotowywał się do wyjazdu z miasta. W 1908 roku Glasgow, miasto uzależnione od produkcji i handlu, znajdowało się w stanie ciężkiego kryzysu[81]. Czasy były trudne nawet dla hazardzistów. Tej jesieni, otrzymawszy list od starego kumpla z Ameryki z zaproszeniem do San Francisco, Slater zaczął planować podróż tam przez Liverpool i Nowy Jork[82].

W dniach przed wypłynięciem Slater domykał swoje sprawy w Glasgow. Znalazł najemcę, który przejął jego mieszkanie przy St. George’s Road. Odwiedził fryzjera, by odebrać swoje przybory do golenia – w tych mniej dbających o higienę czasach wielu mężczyzn przechowywało u fryzjera własną brzytwę. Fryzjerowi powiedział o swoich planach podróżnych[83]. Wysłał pięć funtów rodzicom w Niemczech jako prezent świąteczny. Żeby zebrać gotówkę na podróż, próbował spieniężyć część swego dobytku, między innymi kwit zastawu diamentowej broszki w kształcie półksiężyca.