Opis

Świat artesanów jest przepełniony krwawymi potyczkami. Zasady są proste – kto wygrywa, ten ma władzę. Co się wydarzy, jeżeli ognistowłosa księżniczka jednego z czterech żywiołów postanowi porzucić swoje na pozór beztroskie życie? Jun zmierzy się z obcymi jak dotąd dla niej siłami, tocząc bój nie tylko o władzę, ale i o przetrwanie. Opanowanie mocy, którą została obdarowana dziewczyna, stanie się kluczową bronią w starciu z rywalami. Jest to opowieść o miłości, władzy i dążeniu do celu. Komu zaufa księżniczka? Obcemu wojownikowi czy oddanemu słudze rodziny? Osadzona w magicznym świecie akcja pokazuje losy artesanów żywiołów i istot spoza krain Dandelionu, a historie bohaterów są splecione ze sobą w niezwykły i nieprzewidywalny sposób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


„Artesan Ognia” to książka oparta na wspólnej historii z okresu wczesnego dzieciństwa, które dzieliłam wraz z autorką. Nigdy nie śmiałam nawet marzyć, że zostanie wydana w postaci powieści o nowej, niesamowicie przyciągającej czytelnika fabule. Fantastyka nietypowa, inna i oryginalna autorstwa mojej przyjaciółki – Anity Gierak. Po prostu musicie ją przeczytać!

Autorka strony „Reyline w Japonii”.

Czy w bajkowym świecie fantasy można wymyślić coś nowego? Anita Gierak udowadnia, że tak i robi to w naprawdę niezły sposób. „Artesan Ognia” wciąga już od pierwszych stron w swoją skomplikowaną sieć wielu kłamstw, tajemnic i niebezpieczeństw. Polecam! Takie książki aż chce się czytać!

Adriana Rak - autorka, blog „Tajemnicze książki”

Copyright © by Anita Gierak 2019All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja i korekta: Aneta Grabowska

Korekta: Adriana Rak

Projekt okładki: Magdalena Zielińska

Skład i łamanie: Wydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN 978-83-66070-47-9

Wydawnictwo [email protected]

Podziękowania

Szczególnie podziękowania dla Zuzanny Aleksandry Manerowskiej za wymyślenie postaci takich jak: Nomito Hayashi wraz z historią jego rodziny oraz Cedrica. Odgrywałaś je w naszym dzieciństwie jako charaktery, które wykorzystałam w książce. To nasza wspólna wyobraźnia poprowadziła tę opowieść tak daleko

Podczas pisania książki dostałam mnóstwo słów zarówno wsparcia, jak i krytyki. Wiele osób wierzyło we mnie i za to dziękuję moim przyjaciołom, a w szczególności:

Natalii - za pierwsze czytanie pięćdziesięciu stron książki. Wszelkie sugestie, rady i pomysły, które mi dałaś, były niezastąpione.

Paulinie - dziękuję za pokochanie moich bohaterów i przeżywanie razem ze mną ich historii, jak i za pomoc w pracy nad książką i Twoje zaangażowanie.

Agnieszce - za relacjonowanie mi każdego rozdziału książki i za to, ile razy mnie rozbawiłaś tym do łez. Na pewno nigdy tego nie zapomnę.

Mojej drugiej Paulinie - za to, że zawsze byłaś, jesteś i nigdy nie odmawiasz, kiedy potrzebuję pomocy.

Mamo i Tato - dziękuję, że od dziecka wpajaliście mi czytanie książek i za podsuwanie ich pod nos nawet wtedy, kiedy uparcie się przed tym wzbraniałam. Coś, czego nie lubiłam kiedyś robić, przerodziło się w moją pasję i może to był główny czynnik, który wpłynął na to, że napisałam własną historię.

Gorące podziękowania również dla całego zespołu wydawnictwa WasPos za poświęcony czas, zaangażowanie i przede wszystkim za szansę.

Rozdział I

Tej nocy nikt w domu nie mógł zasnąć. Stałam przy wyjściu na balkon i wyczekiwałam świtu. Wiatr walił z ogromną siłą w okna, a deszcz spływał stróżkami po szybie. Coraz ciężej było mi na sercu, gdyż wiedziałam, że za parę godzin opuszczę to miejscebezpowrotnie.

Na chwilę odwróciłam się od okna i spojrzałam na mój pokój. Nie było w nim nic szczególnego – białe ściany, na środku łóżko, a po prawej stronie niewielkie szafki. Nie stała tu wielka garderoba na piękne suknie ani toaletka, gdzie trzymałabym perfumy i wszelkiego rodzajukosmetyki.

Nie miałam żadnych wspomnień związanych z tym miejscem. Na łóżku leżał spakowany bagaż podręczny niewielkich rozmiarów, a obok broń. Mój ulubiony miecz – starannie wybity w ogniu, cienki i lekki, idealnie dopasowany do mojej dłoni. Były tam jeszcze dwa sztylety, z którymi się nie rozstawałam. Rzadko używałam broni, ale czułam się bezpieczniej, mając ją przy sobie. Mój wzrok znowu zatrzymał się na widoku za oknem, gdzie na głównym placu rezydencji stała nieduża fontanna z wyrzeźbionymi w skale dwoma smokami, zwróconymi w moim kierunku pyskami. Czasami miałam wrażenie, że mnie obserwują. Przebiegłam wzrokiem ostatni raz po ich wystających szponach i ostrych zębach. Objęłam się ramionami i czekałam cierpliwie, aż słońce zacznie powoli wstawać zza drzew, które otaczały mury domu. To był pierwszy raz. Moja pierwsza samotnawyprawa.

– Panienko Jun, jużczas.

To była służąca, Nana, która cicho zapukała do drzwi. Obróciłam się w jej stronę, wydając z siebie cichewestchnięcie.

– Pan się niecierpliwi – dodała po chwili. – Najwyższa pora, by siępożegnać.

Pożegnanie. Czy rzeczywiście na zawsze? Patrzyłam w jej duże oczy, milcząc uparcie. Ukłoniła się nisko, a ja odwróciłam wzrok, udającobojętność.

Wzięłam swoje rzeczy z łóżka i podałam je młodej kobiecie, która czekała, by je ode mnie odebrać. Patrzyła w podłogę, kiedy podeszłam do niej, wręczając mój mały ekwipunek. W dalszym ciągu się nieodzywałam.

Przeszłam przez próg i zaczęłam się oddalać wąskim, drewnianym korytarzem. Deski cicho trzaskały pod naciskiem ciężkichbutów.

Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc ten dźwięk. Mój pokój znajdował się na samej górze rezydencji, droga na dół zajmowała mi zawsze dobre parę minut. Schodząc po starych schodach po raz ostatni, obserwowałam portrety przodków, które wisiały sztywno na ścianie, dokładnie na linii mojego wzroku. Napotkałam nieugięte spojrzenia, twarze wyprane z emocji. Koronę, tę samą, którą nosił mój ojciec. Mężczyźni, to głównie byli mężczyźni. Piękni, ognistowłosi książęta Lumien w krainieDandelionu.

***

Minęły długie miesiące, odkąd opuściłam ściany własnego pokoju, ale uczucie pustki w sercu nie ustępowało ani na chwilę. Otworzyłam oczy, kiedy za oknem zerwała się burza, a biały piorun przeciął niebo za szybą. Zawsze w deszczowe noce nie mogłam zasnąć. Przekręciłam się na drugi bok i leżałam chwilę w bezruchu. Przetarłam oczy ze zmęczenia, a następnie wstałam z łóżka po szklankę wody. Siedziałam potem z pustym naczyniem w ręku i obejmowałam dłonią wilgotne od potuczoło.

Moje rozmyślania i bezmyślne gapienie się w ścianę przerwało cichepukanie.

Byłam znużona tym ciągłym nachodzeniem mnie każdej nocy. Podenerwowana podreptałam do drewnianych drzwi, otwierając je zimpetem.

– Czego? – warknęłam. – Mówiłam ci, żebyś mnie nienachodził.

Nie dokończyłamzdania.

Wrzące emocje ostudził zimny wiatr, który uderzył mnie przy otwieraniu drzwi oraz osoba w nich stojąca. Nie było tam Erana, a starsza, wystraszona kobieta. Miała czerwone i napuchnięte oczy, pełne lęku. Na mój widok cofnęła się o kilka kroków i padła mi do stóp. Zakłopotana kucnęłam przy niej i próbowałam pomóc jej wstać. Zimny bruk musnął moje kościste kolana, kiedy usiłowałam podnieść nieznajomą z ziemi. Wichura szalała na dworze, a moje czerwone włosy rozwiało na wszystkie strony. Przez wilgoć biała koszula nocna zaczęła przylegać mocno do mojego ciała. Starsza kobieta uparcie klęczała na kamiennej posadzce i w żaden sposób nie byłam w stanie jej zmusić do tego, abywstała.

– Ja przepraszam, tak bardzo przepraszam… – Łkała głośno. – Ale moja córka, proszę jejpomóc.

– Co się dzieje z pani córką? – zapytałam łagodnie. – Dlaczego pani takpłacze?

Objęłam ją ramieniem i próbowałam jeszcze raz podciągnąć do góry. Bezskutecznie.

– Ktoś ją ugodził nożem. – Płakała. – Pani jest uzdrowicielką… Proszę, niech pani cośzrobi.

Uzdrowicielka? To było zbyt wiele nawet jak na standardy tego miasta. Nie zaprotestowałam jednak, żeby nie zdenerwować jeszcze bardziej zapłakanejkobiety.

– Gdzie mam iść? – zadałam pytanie po krótkimnamyśle.

– Zachodnia część miasta, dziesięć minut pieszo stąd – mówiła szybko. – Błagam, ona nie jest w stanie iść do szpitala. Pani jest jedyną osobą, która teraz niepracuje.

Złapała mnie mocno za rękę i spojrzała głęboko w oczy. Wstała z klęczek i wyczekiwała mojej reakcji. Była cała przemoczona, ubrana w łachmany, a buty, które nosiła, ledwo zakrywały jej palce u stóp. Nie zastanawiałam się już ani chwili dłużej nadodpowiedzią.

– Dobrze – zgodziłam się. – Chodźmy.

Zanim wyszłam z obcą kobietą na zewnątrz, założyłam trzewiki, które stały w progu drzwi wejściowych. Na białą koszulę nocną zarzuciłam brązowy płaszcz, beztrosko rzucony wcześniej na podłogę. Ciężko wzdychając, podążyłam za nią w milczeniu. Ta sytuacja nie była dla mnie niczym nowym, choć za każdym razem czułam ogromne zakłopotanie. Bardzo często w środku nocy ludzie przychodzili do mnie i prosili o pomóc. W małej miejscowości, takiej jak ta, nie było wielu uzdrowicieli, a szpital był przepełniony ofiarami konfliktu, który miał teraz miejsce na opuszczonych ziemiach Sanbory. Nie byłam lekarzem, ale pod okiem pielęgniarek wiele się nauczyłam przez te parę miesięcy. Potrafiłam opatrywać rany oraz dawkować niektóre leki. Moja rola na tym się kończyła, bo na naukę w akademii nie mogłam sobiepozwolić.

Krople deszczu spływały mi po policzkach, a długie włosy lepiły się do szyi. Spojrzałam na kobietę, która szła tuż obok. Płakała. Nie wiedząc, co powinnam powiedzieć, po prostu milczałam. Czy na miejscu byłoby ją teraz pocieszać? Często zadawałam sobie pytania, na które do końca nie znałam odpowiedzi. To wszystko było dla mnie takie nowe. Kontakt z ludźmi okazywał się dla mnie trudny, a udawanie kogoś, kim naprawdę nie byłam, było jeszczetrudniejsze.

Gdy dotarłyśmy do domu starszej kobiety, widok, jaki tam zastałam, był bardzo przygnębiający. Schronieniem dla niej i jej córki była zwykła dziura zabita dechami, a nie prawdziwy dom. Jedna mała izba z dwoma łóżkami i niewielka kuchnia. To wszystko, co zobaczyłam. Mury nie były nawet na tyle szczelne, aby chronić je przed deszczem. Zazgrzytałam zębami, patrząc na kałużę, która widniała na środku brudnej od kurzu i pyłu podłogi. Wciąż nie potrafiłam uwierzyć w to, że ludzie muszą żyć w takich warunkach. Potrząsnęłam jednak głową, nie po to tuprzyszłam.

Na jednym z łóżek leżała zwinięta w kłębek dziewczyna. Wydawała się niewiele młodsza ode mnie. Podeszłam bliżej i położyłam dłoń na jej czole. Tak, jak myślałam, była cała rozpalona. Pot spływał jej po całej twarzy, a oczy miała czerwone od łez. Długie, czarne włosy przyklejały się jej do twarzy i ciała, a brązowe oczy utkwiła we mnie. Kątem oka zauważyłam, jak niewielka stróżka krwi cieknie na podłogę. Podążając wzrokiem w górę, domyśliłam się, że dziewczyna została zraniona poważniej, niż opisała to jej matka. Kto mógł skrzywdzić tak drobną, ślicznąistotę?

– Gdzie cię boli? – spytałam, delikatnie odgarniając jej włosy zczoła.

– Brzuch… – wydyszała ciężko dziewczyna. – Boli mniebrzuch.

Odchyliłam kołdrę i mój niepokój wzrósł, gdy zobaczyłam wielką, czerwoną plamę, którą dziewczyna kurczowo trzymała obiema rękami. Całe prześcieradło było mokre i lepkie od gęstej krwi. Młoda kobieta lekko się trzęsła, ale wydawała się być raczej spokojna, mimo swojego ciężkiego stanu. Przełknęłam nerwowo ślinę i zaniemówiłam na dobrąminutę.

– Kto ci to zrobił? – spytałam, podwijając jej tunikę do góry. – Musimy tozgłosić.

– Nie… Nie mogę nic powiedzieć – mówiła trzęsącym się głosem. – To mojawina.

Musiała być czymś wystraszona. Dość dziwne wydawało mi się to, że nie chce wskazać swojego oprawcy, jednak nie naciskałam. W obecnej sytuacji nie mogła za dużo powiedzieć. Kiedy zobaczyłam ranę z bliska, wiedziałam, że nie dam rady jej pomóc. Dziewczyna była przebita na wylot, a krew bardzo mocno sączyła się z otwartej dziury na brzuchu. Ktoś musiał z wielkim okrucieństwem przekręcić w niej miecz kilka razy. Usiadłam na skraju łóżka, by potem z powrotem dokładnie przyjrzeć się ranie. Nie można było nazwać tego zwyczajnym skaleczeniem. Ktoś, kto to zrobił, nie machał mieczem tak po prostu w lewo i prawo. Celem było zabicie jej na miejscu. A jednak udało jej się uciec. Niech to szlag! Miałam do czynienia z profesjonalistą i na samą myśl, że ktoś taki krąży po mieście, przeszły mnie ciarki. Zacisnęłam dłonie w pięści, nie czując, że ranię się własnymi paznokciami. W tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie nic zrobić, a bezsilność zawsze bolała mnienajmocniej.

Schyliłam głowę, zaciskając wargi. Pokręciłam głową na znak, że moja rola się tutaj kończy. Matka dziewczyny, która stała tuż za mną, stłumiła krzyk i podbiegła do córki, odpychając mnie lekko na bok. Nie mogłam nic zrobić. Ostatnio często to sobie powtarzałam. Przez chwilę siedziałam odwrócona do kobiet plecami, a kiedy spojrzałam na nie jeszcze raz, dziewczyna na łóżku już nieżyła.

– Przykro mi – powiedziałam głuchym głosem. – Jej rana była zbytpoważna.

Wiedziałam, że żadne słowa już nie pomogą i nie zwrócą jej dziecku życia. Widok kolejnej umierającej osoby, odkąd się tu przeprowadziłam, był niezwykle przygnębiający. Wojna zawsze niesie za sobą mnóstwo ofiar. Jednego tylko nie potrafiłam zrozumieć – co młoda, niewinna dziewczyna musiała zrobić, że została tak bestialskopotraktowana?

Wracając do domu, dalej nie mogłam się pozbyć z głowy niepokojących myśli. Czyżby ktoś zabijał dlazabawy?

Noc była ciepła, lecz niespokojna. Gdzieś w zaułkach było słychać szepty i odgłosy bijatyk. Co, jeśli ja byłabym na miejscu tej dziewczyny? Czy umiałabym się obronić? Spojrzałam na niebo, które zdążyło się uspokoić. Gwiazdy, choć dobrze widoczne, nie cieszyły dzisiaj swym widokiem. Krew, czułam ją ciągle narękach.

***

Kolejny dzień minął mi bardzo monotonnie – na tym, co zwykle robiłam. Moja praca w szpitalu ograniczała się do bardzo podstawowych rzeczy. Kiedy nie miałam co robić, to po prostu wychodziłam i wracałam kolejnego dnia. Mimo trudu bycia poza domem doceniałam każdą chwilę samotności i upajałam się nią, póki mogłam. Rzadko przed tym wyjazdem opuszczałam okolice domu, więc tak naprawdę nic nie wiedziałam o świecie ani o ludziach. Moje pierwsze próby interakcji z innymi kończyły się porażką, a posadę w szpitalu dostałam cudem. Brakowało rąk do pracy, ale nikt nie chciał być odpowiedzialny za nowegopracownika.

Miasto Yvoon za dnia było bardzo przyjemnym miejscem. Ludzie bali się dzisiejszych, niepewnych czasów, ale mimo to zdawali się być szczęśliwi. Nie wiem tylko, dlaczego wybrałam akurat to miejsce, a nie inne. Słyszałam, że na kontynencie jest wiele ciekawszych miast, również takich, gdzie nie ma konfliktów. Czasami myślałam, że po prostu chciałam udać się najdalej, jak tylko mogłam. Z braku czasu i wiedzy wybrałam akurat ten kawałek ziemi. Nie żałowałam, byłam tylko lekkozagubiona.

Włożyłam ręce do kieszeni i mijałam kolejne ruchliwe uliczki. Ludzie śmiali się i głośno rozmawiali ze sobą, dzieci przebiegały obok mnie, trącając moje ciało. Jakby mnie tu nie było. Chyba tak się właśnie czułam. Wróciła do mnie tamta noc i krew spływająca ciurkiem na podłogę z białej pościeli. Zamordowana, ewidentnie została zamordowana. Podniosłam głowę wysoko i obrzuciłam wzrokiem budynki, które mijałam. Wszystkie do siebie podobne, drewniane domki z małymi ogródkami. Byłam teraz w tej lepszej dzielnicy, w której sama zresztą mieszkałam. Tamta dziewczyna mieszkała w zimnej izbie. Westchnęłam głośno, świadoma, że zadręczam się tym zbytdługo.

Kiedy szłam tak pogrążona we własnych myślach, nagle ktoś złapał mnie mocno za rękę. Odwróciłam się napięta jak struna, ale to był tylko Eran. Moje ciało od razu się rozluźniło i przybrało niedostępną pozę. Przystanęłam na minutę, marszczącbrwi.

– Nie mówiłam, że nie chce cię widzieć? – spytałam szorstko. – Nie dajesz mi spokoju… Proszę, odejdźjuż.

– Co się nagle zmieniło? – odparł zdezorientowany. – Zbywaszmnie.

– Jeszcze parę dni temu nie wiedziałam, że masz inną kobietę – mruknęłam. – Puszczaj, zanim cięuderzę.

Wyraźnie zmieszany Eran szybko puścił moje ramię. Stojąc naprzeciwko mnie, patrzył w moim kierunku ze skruchą w oczach. Lewą ręką pocierał nerwowo szyję. Zaśmiałam się. Najwidoczniej takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Był kruczoczarnym, muskularnym facetem. Bardzo przystojnym, dość zabawnym, ale nie wiązałam z nim wielkich nadziei. Był kobieciarzem, wiedziałam o tym, odkąd go poznałam, ale chyba się przeliczyłam, sądząc, że wybierze mnie spośród tylu innych pięknychdziewczyn.

– Przepraszam, miałem cipowiedzieć…

– Nie tłumacz się. – Westchnęłam. – I przestań mnie już nachodzić, proszę.

– Zależy mi na tobie – odparł hardo. – Nie możemy po prostu zacząć odnowa?

– Niechcę.

Chciał coś dodać, ale uciszyłam go gestem ręki, jeszcze raz na niego spojrzałam i poszłam dalej, nie zwracając uwagi na to, co mówił za moimi plecami. Potraktowałam Erana szorstko, mając nadzieję, że to ostudzi jego entuzjazm. Nie kochałam go, był mi obojętny tak samo, jak i wcześniej. Wróciłam do marszu, zapominając o tej sytuacji i ponownie znalazłam się myślami gdzieś indziej. Znowu cofnęłam się do tamtejnocy.

Słońce zachodziło, kiedy dotarłam do domu. Mieszkałam przy nieruchliwej drodze na obrzeżach miasta. Okolica była jedną ze spokojniejszych tutaj, miałam też stosunkowo niewielu sąsiadów. Mój dom był skromnie urządzony i dość mały. Nie potrzebowałam większego, zwłaszcza że nie zostanę tutaj na zawsze. Usiadłam na łóżku i patrząc w okno, dalej rozmyślałam. Jak cudownie byłoby mieć zwyczajne życie. Dom, praca, odpoczynek, gdzieś w środku brakowało mi tego zawsze. Rodzina… No właśnie – rodzina, czy jej też mi brakowało? Ciężko powiedzieć, bo nie wiem, jak wygląda prawdziwa, kochająca się rodzina, ale tęskniłam czasem do mojego rodzinnego domu i dwóch smoków, które na mniepatrzyły.

Nagle coś przykuło moją uwagę. Zauważyłam, że na biurku leży list. Poczułam niepokój, który zbierał się w okolicy brzucha. Ktoś wszedł do mojego domu, a ja dopiero teraz to spostrzegłam po kopercie leżącej na blacie. Otwierałam drzwi kluczem czy były otwarte? Okna były zamknięte? Mój niepokój przeradzał się w panikę. Szybko zgarnęłam list z biurka i zaczęłam rozdzierać kopertę – od ojca. Wypuściłam powietrze ześwistem.

Spodziewaj się mojej wizyty za kilkadni.

– Przyjeżdżaj, kiedy chcesz, tak bardzo chce cię widzieć… – powiedziałam z przekąsem wgłosie.

Zgniotłam papier w kulkę i rzuciłam nim o ścianę. Żadnego podpisu „Tata”.

Wyszłam z domu, trzaskając drzwiami, wściekła jak diabli. Może wydawać się to dziwne, ale nikogo tak mocno nie nienawidziłam, jak mojego ojca. Idąc przed siebie, panikowałam w myślach, że kochany tatuś dowie się, że nie zrobiłam nic z tych rzeczy, o które mnie prosił. Opuszczenie domu nie było moim kaprysem, wiązało się z tym wiele poleceń, jakie musiałam wykonać, żeby mój ojciec czuł się pewniej. Pozycja naszej rodziny od pewnego czasumalała.

Nie zrobiłam nic, aby wybadać jakiegoś Artesana i miałam cichą nadzieję, że ojciec już o tym nie wspomni, a ja nigdy nie wrócę do domu i nie będę musiała się przed nim tłumaczyć. Odkąd opuściłam ziemie należące do naszej rodziny, nie używałam swoich zdolności, broń także rzuciłam na dno szafy. Chociaż do normalności było mi daleko, to starałam się zachowywać pozory tego, że jestemzwyczajna.

Po kilku minutach szybkiego marszu usiadłam na skraju ławki w niewielkim parku, nieopodal mojego domu. Łzy płynęły strumieniami po moich policzkach, a płacz przerodził się w szloch. Ciężko jest uciec przed swoim przeznaczeniem, a ja dopiero teraz zaczęłam rozumieć wagę tych słów. Ludzie, którzy przechodzili obok mnie, stawali przez chwilę, parę kroków od miejsca, w którym siedziałam. Nikt jednak nie odważył się podejść i spytać, czy wszystko w porządku. Wszyscy machali ręką i szli dalej, prostą drogą przed siebie. Zanim się uspokoiłam, minęło dobre pół godziny, a ja błądziłam wzrokiem po przyrodzie, która mnie otaczała. Zwyczajny park, dużo drzew, zieleni, małych dzieci bawiących się obok w piaskownicy. Tak bardzo chciałam, żeby takie zwykłe rzeczy stanowiły mojącodzienność.

Poczułam, jak coś spada mi na głowę – niewielkie okruchy kory i trochę liści. Otrzepałam czarną tunikę, a włosy przeczesałam parę razy ręką. Po chwili znowu byłam cała w piachu i liściach. Poirytowana wstałam z zamiarem pójścia z powrotem do domu, kiedy usłyszałam cichy śmiech nad swoją głową. Co u diabła? Odchyliłam głowę do przodu, a następnie znowu do tyłu, oczyszczając ją z paprochów. Ależ to było wkurzające! Po tej czynności spojrzałam w górę – na drzewo rosnące obok ławki, na której przed chwilą siedziałam. Na jednej z gałęzi wysokiego dębu siedział młody mężczyzna. Zaczęłam analizować go od pasa w górę, nigdy go nie widziałam. Wydawało mi się to dość dziwne, ponieważ w tej małej mieścinie na pewno bym go już wcześniejzauważyła.

Dum, dum, dum.

To było bicie mojego serca, które przyspieszyło, gdy tylko spojrzałam na jego twarz. Był to najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam – wprost oniemiałam z zachwytu. Oczarowana nie mogłam oderwać od niego wzorku i przejść obojętnie. Bladoniebieskie oczy błądziły po linijkach książki, którą trzymał w szczupłej, bladej dłoni. Jego lekko rozczochrane, blond włosy kołysały się na wietrze i nawet z tej odległości widziałam, że były starannie przycięte. Nieskazitelna, blada twarz wskazywała na wysokie urodzenie tego chłopaka. Kiedy zdałam sobie sprawę, że gapię się na niego całą wieczność, odwróciłam się i zaczęłam iść powoli w swoją stronę. Pokusa była jednak zbyt duża. Stanęłam w miejscu i pobłądziłam oczami do niego jeszcze raz. Obserwowałam, jak powoli zaczął unosić wzrok znad książki i kierować go w mojąstronę.

Właśnie wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Szkliste, szaroniebieskie oczy patrzyły wprost na mnie. Wyczułam falę mocy, która uderzyła w moim kierunku. Tylko ja mogłam to wyczuć. Wiatr musnął moją szyję i rozwiał włosy. Otworzyłam lekko usta, aby wydać z siebie cichy dźwięk przerażenia. Cofnęłam się o dwa kroki. Jego puste spojrzenie przekuło mnie na wylot, a ja – wystraszona jak nigdy dotąd – po prostu uciekłam. Bałam się tychoczu.

***

Zegar na szafce nocnej wybił północ, a ja wciąż myślałam tylko o przerażającym, bladym spojrzeniu. Znowu przeszedł mnie dreszcz po całym ciele. Coś było nie w porządku. Usiadłam na skraju łóżka i oparłam łokcie na kolanach. Po chwili namysłu zaczęłam się powoli ubierać, zakładając w pośpiechu koszulę, która wisiała na krześle. Postanowiłam pójść do pobliskiego baru z zamiarem zdobycia jakichś informacji, a przy okazji również napicia się piwa. Ubrana cała na czarno nie rzucałam się w oczy, idąc ciemną uliczką. Był już koniec tygodnia, a po mieście krążyło wielu nieprzyjaznych ludzi. Latarnie wzdłuż każdej ulicy zapalał pewien starszy człowiek, który chodził z pochodnią. Co jakiś czas na patrolu było widać maszerujących wartowników. Nie musiałam obawiać się o własne bezpieczeństwo, ale znowu zaczęły mnie nachodzić myśli o dziewczynie z raną w brzuchu. Jaki potwór mógł coś takiego zrobić? Wchodząc do baru na końcu mojej ulicy, napotkałam spojrzenia mężczyzn siedzących przy ladzie i kobiet, które nie wydawały się być zachwycone moją obecnością. Karczmy w takich miejscach raczej nie należały do najprzyzwoitszych miejsc, lecz kiedy chodziło o lokalne plotki, to zawsze tutaj mogłam dowiedzieć się najwięcej. Usiadłam gdzieś z boku przy wolnym stoliku i zaczęłamnasłuchiwać.

– Słyszeliście o tej dziewczynie, która zmarła parę dni temu? – spytała głośno pewna okrągła blondynka stojąca nieopodal mnie. – Podobno uzdrowicielka jej wcale nie pomogła, tylko zostawiła ją na pastwęlosu!

Cóż za wrednebabsko…

Starałam się nie pokazywać po sobie żadnych emocji, jednak moje kostki na dłoniach pobladły od zaciskania. Nie mogłam dać się wyprowadzić zrównowagi.

– Matka z rozpaczy odebrała sobieżycie!

Tłum słuchał jej jak zaklęty. Wszystkie rozmowy ucichły, a oczy zebranych powędrowały na mnie. Czyli wiedzieli, że tam byłam. Prychnęłam głośno i odrzuciłam głowę nabok.

– Skoro tak wszystko dobrze wiesz, to może powiesz, kto ją zabił? – warknęłam, wstając od stołu. – To, co mówisz, jest nieprawdą. Nie dało się jejpomóc.

Podeszłam do oskarżającej kobiety i zatrzymałam się naprzeciwko, żeby spojrzeć jej w twarz. Była trochę niższa ode mnie, a jej wścibskie, małe oczy świdrowały mnie od góry dodołu.

– Przejezdna!

Odwróciła się do pozostałych i zaczęła się ze mnie głośno śmiać wraz z tłumem. Co ulicha?

– Nie wiesz, kochanie, że jest tylko jedna osoba, która mogła to zrobić? – spytała z udawanym, miłym tonem. – Naprawdę się niedomyślasz?

Zmieszałam się. Nie miałam pojęcia, o kim ona mówi. Czyli wszyscy wiedzieli, kto był mordercą i nic z tym niezrobili?

– Hayashi, kochanie. To jest jegomiasto…

Wypluła mi to w twarz, a ja oniemiałam. Stali bywalcy tego miejsca wrócili do picia i śmiali się dalej. Blondynka jeszcze przez chwilę mierzyła mnie wzrokiem, a potem odeszła. Zamówiłam piwo przy barze i usiadłam na swoim krześle. Nie wiedziałam, jak teraz wyglądam, ale domyślałam się, że na mojej twarzy musiał malować sięszok.

– Nie przejmuj się, wiesz, jacy są ludzie. Jutro o wszystkim zapomną. – To była Mon, moja dobra koleżanka z pracy. – Czasami sama nie wierzę, że są takokrutni.

– A co ty robisz w takim miejscu? – zapytałam, uśmiechając się blado. – Przykro mi, że musiałaś tego słuchać. Naprawdę chciałam pomóc tejdziewczynie.

– O to samo mogę zapytać ciebie. – Zaśmiała się wesoło. – Wracając do tej dziewczyny, nie bierz za to odpowiedzialności. Musiała wejść bez pozwolenia do domu Hayashiego. Wiem, że chciałaśpomóc.

Mówiąc to, usiadła naprzeciwko mnie przy stole. Jej długie włosy zaplecione w warkocz opadły na stołek razem znią.

– Tak się nazywa ten właścicielmiasta?

Nie spotkałam się jeszcze z takim nazwiskiem. Spojrzałam na brudną szybę i na uliczkę, która znajdowała się za oknem. Usłyszałam bębnienie długich paznokci Mon o drewnianyblat.

– Jun, najrozsądniej będzie o nim nie mówić – powiedziała cicho. – Nie ma potrzeby, żebyś zawracała sobie nim głowę. Napijmy się, dobrze?

– Ale…

– To zwiastuje tylko kłopoty. – Spojrzała na mnie porozumiewawczo. – Zapomnij otym.

– Nie wiem, czypotrafię.

– To dla twojego bezpieczeństwa – warknęła mało przyjaźnie. – Zaufajmi.

Zlustrowałam wzrokiem jej poważną twarz i już nic niepowiedziałam.

Reszta mojego pobytu w barze minęła bardzo przyjemnie, poruszałyśmy wygodne dla nas obu tematy, a na mojej twarzy znowu zawitał uśmiech. Ta dziewczyna była aniołem, jej towarzystwo zawsze pozytywnie na mnie wpływało. Nie minęła nawet godzina, a dzięki niej naprawdę udało mi się na chwilę zapomnieć o tym morderstwie. Mon była pierwszą osobą, jaką tutaj poznałam i zawsze starała się być dla mnie dobra. Dzięki niej dostałam pracę w szpitalu, była dla mnie jak starsza siostra, której nigdy niemiałam.

– Powinnaś pójść się położyć. Przypominam, że jutro rano musisz być w pracy – powiedziała, kiedy wyszłyśmy z baru. – Nie bierz na siebie odpowiedzialności za wszystko, co się tutajdzieje.

– Nie boisz się? – zapytałam. – Jesteś tak samo bezbronna, jak tamtadziewczyna.

Zielone oczy wpatrywały się na mnie z naganą. Nie spuściłam wzroku, chciałam znać każdy szczegół, o którym wcześniej nie miałampojęcia.

– I tak samo, jak ty – burknęła. – Każdy tutaj jest bezbronny wobec niego. Odpuść, bo skończysz gorzej niżona.

– Masz rację, pójdę już. – Uśmiechnęłam się do niej najżyczliwiej, jak tylko umiałam. – Mon, dziękuję zawszystko.

***

Do szpitala wbiegłam spóźniona. Rzadko mi się to zdarzało, ale wczorajszy wieczór w barze dał o sobie znać. Bezsenność również doskwierała mi z dnia na dzień coraz bardziej. Wściekła na siebie wpadłam przez główne drzwi białego budynku i popędziłam dalej. Miałam jeszcze niedopiętą koszulę i rozczochrane włosy. Na korytarzu złapała mnie uzdrowicielka, która była także moją przełożoną. Popatrzyła na mnie z dezaprobatą i mruknęła coś kąśliwego pod nosem, po czym odezwała się bezpośrednio domnie.

– Jun, izba przyjęć, ranna kobieta. Sprawdź jejstan!

Od razu pobiegłam tam, gdzie kazała. Szpital nie był zbyt duży, ale dzięki jego dyrektorowi wszystko było zadbane, a personel bardzo dobrze wyszkolony. Biegłam białym korytarzem, im bliżej będąc izby, tym głośniejsze słysząc krzyki i jęki. Nie uznałabym tego za coś dziwnego, gdyby na środku holu nie stała zakrwawiona kobieta. Podbiegłam do niej szybko, chwytając ją wpasie.

– Co pani jest? Proszę się nieruszać!

Zaczęła osuwać się na ziemię. Nie miałam tyle siły, aby utrzymać ją w pionie, więc powędrowałam razem z nią na podłogę. Jej twarz wydała mi sięznajoma.

– Mi też nie pomożesz, ty cwanalisico!?

Poznawałam ten głos i te sprytne, małe oczy, które teraz mnie świdrowały od góry do dołu. Skąd ona miała siłę, żeby jeszcze krzyczeć? Patrząc na jej formę dzisiaj, zauważyłam, że w nocy miała się o wielelepiej.

– Jun, odsuń się, ja się tymzajmę.

Do izby wkroczyła moja przyjaciółka, Mon, która miała na sobie nieskazitelnie biały fartuch i rękawiczki. W porównaniu do mnie wyglądała obłędnie, mimo nieprzespanejnocy.

– Dam sobie radę – zapewniłam ją. – Przeniosę ją dosali.

– Wykluczone.

Mon przeszła obok mnie i zawołała jeszcze dwie pielęgniarki, żeby pomogły jej przetransportować kobietę. Poczułam się pominięta, ale nie zareagowałam. Patrzyłam, jak wynoszą pulchną blondynkę z korytarza, sama stojąc na jego środku. Nie wiedząc za bardzo, co powinnam ze sobą zrobić, zaczęłam sprzątać czerwoną plamę krwi, która została na podłodze. Błąkałam się po szpitalu jak duch, póki nie natrafiłam na salę, w której znajdowała sięranna.

Przed drzwiami czekałam już od dwóch godzin, ale dalej nie było żadnej wieści o kobiecie z baru. Minęła kolejna godzina i ciągle nie otrzymałam jakiejkolwiek informacji. Mon też nie wychodziła ze środka. Nie zdążyłam się nawet przyjrzeć rannej, aby stwierdzić, czy jej stan był aż tak poważny. Obudziła mnie pielęgniarka wychodząca z pokoju naprzeciwko. Musiałam przysnąć na trochę. Nic dziwnego, bardzo późno wczoraj się położyłam. Otarłam oczy i wstałam. Sala, w której opatrywali kobietę, była już pusta. Świetnie, przespałam to, jak wychodzili. Złapałam pielęgniarkę, która szła w tej chwili obokmnie.

– Wiadomo, co się stało z tą ranną blondynką? Była tutaj… – Wskazałam palcem na pustepomieszczenie.

– Umarła na stole. Przykro mi, jeśli to była twojaznajoma.

Stanęłam jak wryta. Czułam się odpowiedzialna już za dwa życia w przeciągu paru dni. Co się mogło stać, że po kilku godzinach, odkąd widziałam tę kobietę, została tak poważnie zraniona? Wyszłam ze szpitala, dalej pogrążona we własnychmyślach............

Dziedziniec przede mną był pusty, a dwie małe ławki jeszcze mokre od niewielkiej, porannej mżawki. Usiadłam na jednej z nich i myślałam. Nie wiem, ile czasu tam spędziłam, ale w pewnym momencie przysiadła się do mnie Mon, której biały uniform był lekko poplamiony krwią. Na jej drobnej twarzy malowało się zmęczenie, ale w zielonych oczach widziałam coś jeszcze. Czyżbyzłość?

– Została dźgnięta nożem, nie miała szans naprzeżycie.

– Dla… Dlaczego? – Tylko tyle byłam w stanie wykrztusić. – Pamiętasz ją? Przecież jeszcze parę godzin temu nic jej niebyło…

– Jun, po prostu to zostaw – powiedziała zirytowana. – Tak już tutajjest.

– Chcesz mi powiedzieć, że jest więcej takich przypadków? – Oniemiałam. – Mon, tu chodzi też o naszebezpieczeństwo.

– Możliwe, że komuś zaszkodziła swoją paplaniną – odparła wyprowadzona z równowagi Mon. – Nie martw się o nas, nic nam niegrozi.

– I tylko dlatego, że powiedziała parę słów za dużo, została zabita? – prychnęłam. – Mon, przecież to jakieśszaleństwo!

– Lepiej zastanów się nad tym, co właśnie mówisz. Zacznij uważniej dobierać słowa i nie wtrącaj się do spraw tegomiejsca.

– To jakieś ostrzeżenie? – zapytałamzdezorientowana.

– Posłuchaj mnie teraz, bo nie będę się powtarzać. Nigdy nie idź do jego domu, nie mów o nim, nie patrz się na niego – mówiła w pośpiechu. – Rozumiesz, o co michodzi?

Nie tylko ten cały Hayashi dopuszczał się takich zachowań. Było to powszechnie znane i akceptowane wśród wysokich klas. Tylko jedna rzecz była dla mnie zagadką. Dlaczego sam sobie brudziłręce?

– Gdzie on mieszka? – spytałam od niechcenia. – Będę unikać tegomiejsca.

Kłamstwo. Kolejnekłamstwo.

– Parę minut pieszo lasem od zachodniej bramy. – Westchnęła ciężko. – Posłuchaj mnie chociaż ten jedenraz.

Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem i poszłam w stronę wyjścia z dziedzińca. Bingo. Mieszkał całkiem niedaleko odemnie.

Wróciłam do domu i przebrałam się. Na dnie szafy leżała torba, do której nie zaglądałam ani razu, odkąd przyjechałam. Były tam moje spodnie do jazdy konnej oraz luźna, kremowa koszula. Zakładając to na siebie, przejrzałam się w lustrze. Już dawno nie wyglądałam tak żałośnie. Choć nie schudłam ani kilograma, moja twarz wydawała się być bardziej wciągnięta niż zwykle. Strój leżał idealnie, był szyty na miarę rok temu. Czerwone włosy związałam w warkocz, a do butów włożyłam dwa sztylety. Jeszcze raz powędrowałam wzorkiem do szklanej tafli, a do ręki wzięłam miecz. Wyglądałam, jakbym szła stoczyć bitwę, a w mojej głowie nie było nawet sensownejstrategii.

Po zmierzchu wyszłam z domu. Postanowiłam pójść dłuższą drogą, nie chcąc się rzucać w oczy przechodniom. Chciałam się zabezpieczyć na wypadek, gdybym spotkała w tłumie właśnie jego. Z tego, co udało mi się wywnioskować, każdy, kto szedł drogą od zachodniej bramy, trafiał wprost pod jego drzwi. Wolałam tego uniknąć i iść, widząc jego teren gdzieś z boku. Nie chciałam zresztą wchodzić do środka, miałam w planie poobserwować go parę dni i upewnić się, że jest tą osobą, która dopuściła się dwóch brutalnych morderstw. Mój ojciec pewnie bardzo się ucieszy, kiedy usłyszy, że trafiłam na kogoś takiego. Jeśli dobrze pójdzie, nie dożyje do końca tegotygodnia.

Droga przez las była długa – ani śladu żywej duszy, a już na pewno żadnego domu. Okłamała mnie? Jeśli tak, przejdę przez cały teren za wioską, aby tylko go znaleźć. Dom tak bogatego człowieka musiał się czymś wyróżniać, na pewno był większy i miał sporą działkę. W tych czasach nikogo nie było stać na takie luksusy, tylko zamożni ludzie posiadali domy i piękne ogrody. Ci, którzy władali żywiołami, mogli sobie pozwolić na jeszcze więcej. Świat był tak brutalnie zbudowany, że tylko najsilniejsi mieli w rękach władzę ipieniądze.

Szłam już kolejne dziesięć minut i powoli zaczęłam wątpić, że w ogóle dotrę do jakiejkolwiek posiadłości. Las w tym miejscu stawał się coraz gęstszy i przerażający. Chociaż księżyc świecił dzisiaj mocno, to drzewa zdawały się tłumić całe światło. Przywołałam niewielką kulę ognia, którą mieściłam w dłoni, żeby widzieć przynajmniej to, co jest parę metrów przede mną. Potknęłam się po raz setny i poirytowana zeszłam trochę na bok ze ścieżki, by usiąść gdzieś w krzakach. Niemądrym byłoby rozpalać teraz ognisko, ale z moją małą kulą mogłam przez chwilę tak posiedzieć. Nie dawała dużo światła. Spojrzałam za siebie. Nic. Ten las był upiornie cichy, nawet świerszcze zdawały się być martwe. Po chwili spoczynku znowu ruszyłam wydeptaną wcześniej drogą. Iskra nadziei pojawiła się zaledwie po paru minutach, kiedy dostrzegłam słabe światło za gęstą leszczyną. To na pewno pochodnie – stwierdziłam, kiedy podeszłam bliżej. Jeszcze parę małych kroków oddzielało mnie – jak mniemałam – od domuHayashiego.

Nagle stanęłam jak zaklęta. Zobaczyłam coś, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To, co stało przede mną, nie było domem ani rezydencją. To była po prostu ogromna willa, która mogła nawet rywalizować o miano pałacu. Pochodnie idealnie oświetlały cały budynek, choć wydawał się być on trochę mroczny. Wszystkie elementy ozdobne – nad oknami, na dachu i przy werandzie – idealnie dopracowano. Wszystko pokryte złotem, naprawdę to było złoto! Ogromna willa mogła sobie spokojnie liczyć jakieś kilkanaście pomieszczeń. Okna były długie i kończyły się szpicem u góry. Wszystkie starannie zasłonięte długimi firanami i tylko w niektórych pomieszczeniach u dołu przebijało słabe światło. Dziedziniec był równie duży, ale wydawał się dość zaniedbany. Krzewy i trawa nie były przycinane od paru miesięcy. Główna droga od drzwi kierowała się do masywnej, czarnej bramy, obecnie lekko uchylonej. Czyżby to było zaproszenie, panie Hayashi? Zaśmiałam się w duchu. Dalej byłam schowana za drzewem i czujnie obserwowałam, czy na podwórku nie kręcą się jego ludzie. Po dłuższej obserwacji doszłam do wniosku, że wokół domu nie ma ani jednej żywej duszy. Gdzie służba istrażnicy?

Przeszłam kilkanaście kroków w bok, aby zobaczyć, co jeszcze znajdowało się na posesji. Szybko wróciłam do miejsca, w którym wcześniej stałam. Tył domu wydawał się nie być już ogrodzony bramą, a drugie drzwi wejściowe prowadziły prosto do lasu. To dość dziwne, nie byłam w stanie określić, czym się kierował ten mężczyzna, budującdom.

Resztę nocy spędziłam w krzakach, parę metrów od głównej bramy, nie zauważając niczegoniepokojącego.

Obudziłam się nad ranem, gdy do moich uszu dobiegł głośnykrzyk.

Wstałam jak oparzona i od razu podeszłam bliżej, skąd miałam lepszy widok na budynek. Dostrzegłam tylko, jak drewniane drzwi mocno się zatrzaskują. Przestraszyłam się, że znowu mógł okaleczyć jakiegoś nieproszonego gościa. Jak to możliwe, że nie zauważyłam, by ktoś wchodził? Głupia jestem! Zamiast obserwować czujnie sytuację, ucięłam sobie drzemkę! To był chyba ten czas, kiedy powinnam zainterweniować. Bałam się jak diabli, ale nie mogłam pozwolić, żeby kolejnej osobie stała się krzywda. Przynajmniej to sobie terazwmawiałam.

Serce wyrywało mi się z piersi, kiedy przekroczyłam próg bramy. Szybkim krokiem pokonałam odległość do drzwi. Co mam, do cholery, zrobić? Zapukać? Przepraszam, czy nie zabił pan przypadkiem kolejnej osoby? Uspokój się, Jun, weź oddech. Zapukałam wielką, metalowąkołatką.

– Przepraszam, wydawało mi się, że usłyszałam krzyki dobiegające stąd. Czy wszystko wporządku?

Zero odzewu. Cisza.

– Halo?

Dobra, wiem, że tam jesteś, draniu. Otwieraj, jeśli masz chociaż odrobinę przyzwoitości! Odczekałam parę minut, ale nikt nie odpowiadał. Znowu nastała grobowa cisza. Nie byłam w stanie powiedzieć, czy się nie przesłyszałam, ale zamykające się drzwi na pewno widziałam. Nacisnęłam klamkę i dom stanął przede mną otworem. Zamarłam, w duchu miałam nadzieję, że będą zamknięte na cztery spusty. Zostawiłam miecz przed wejściem, z przeświadczeniem, że gospodarz nie okaże się psychopatą, a ja wchodząc do czyjegoś domu, nie będę wyglądać niczym cichyzabójca.

Nim się spostrzegłam, mężczyzna ugodził mój lewy bok. Cholera, był szybki jak błyskawica! Uskoczyłam w ostatniej chwili. Gdyby nie te parę centymetrów, to pożegnałabym się ze światem. Kiedy upadłam na podłogę, widziałam tylko jego nogi. Kopnęłam w nie bez zawahania i przeturlałam się na bok. Chłopak wbił miecz w ścianę, przy której stał. Tylko dzięki temu udało mu się utrzymać równowagę. Dobrze ci tak, palancie.

Wstałam szybko i odsunęłam się na bezpieczną odległość. On w tym czasie wyjął miecz wbity w mur, robiąc przy tym pokaźną rysę na całej długości ściany. Spojrzał się na mnie, a mi zrobiło się zimno. Na jego twarzy przez parę sekund malowało się zaskoczenie, ale szybko przeobraziło się w furię. Byłam w takim samym szoku jak on. To ten sam blondyn, którego spotkałam wparku.

Ku mojemu zaskoczeniu rzucił miecz na ziemię i otarł sobie brudną od krwi dłoń o długi, czarnypłaszcz.

– Przyszłaś sama czy ktoś cię tu przysłał? – zapytał.

Głos miał spokojny, dość niski, lecz chłód bił od niego nakilometr.

– Nie twójinteres.

– Złaodpowiedź.

Mogłam pomyśleć, zanim to powiedziałam, bo moja bezczelność nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Stał spokojnie przy białej ścianie, opierając się o niądłonią.

– Nazwisko? – spytał jakby odniechcenia.

Teraz miałam szansę wyjść. Ruszyłam w kierunku drzwi, ale zamknął je przede mną lekkim kopniakiem. Ile to mu zajęło? Sekundę?

– Nie tak szybko – powiedział poirytowany. – Gadaj, kim jesteś, bo nie wyglądasz na zwykłądziewczynę.

Nogi zaczęły mi się trząść ze strachu. Zraniony bok dawał o sobie znać, a ja spojrzałam w dół. Krew ściekała mi już pokostkach.

– Boisz się? – zapytał, opierając się o mnie. – Dobrze, to znak, że będziesz jużrozsądniejsza.

Bałam się jak jasna cholera. Stał dalej za mną, a ja nie miałam odwagi się odwrócić. Poczułam silne pociągnięcie z tyłu głowy. Chciałam się wyrwać, kiedy odwrócił mnie twarzą do siebie i przyparł do ściany, nie puszczając przy tym moim włosów, które mocno trzymał wgórze.

– Drań – wysyczałam. – Nie musisz wiedzieć, kimjestem.

Jego usta ułożyły się w koci uśmiech. Obdarzyłam go wściekłym spojrzeniem, odważyłam się nawet spojrzeć mu w oczy. Wzrok blondyna był czujny, wąskie źrenice poszerzyłysię.

Zaczęłam się wyrywać. Chwyciłam jego dłoń dwoma rękami i zaczęłam go szarpać. Nie wyglądał na silnego, ale jego chwyt był naprawdę mocny. Parsknął mi śmiechem w twarz, chyba zapewniałam mu rozrywkę, siłując się. Nie kontrolowałam się do końca, więc ogień wystrzelił spod moich palców i oparzył go w nadgarstek. Wystraszona niezamierzonym wyciekiem własnej mocy wzięłam głęboki wdech. W końcu się uwolniłam, a on tylko syknął cicho z bólu i spojrzał się na mnie z drwiącymuśmieszkiem.

– Tak, jak myślałem. – Przeszył mnie chłodnym spojrzeniem. – Artesan Ognia zawitał do mojejwioski.

Nic więcej nie słyszałam, bo udało mi się otworzyć drzwi i przez nie wybiec. Byłam pewna, że powiedział coś jeszcze, ale nie czekałam ani chwili dłużej. Nie próbował mnie zatrzymać – wręcz przeciwnie, dał mi szansę na to, żebym mogła uciec. Biegłam przed siebie, nie odwracając się ani razu. Po długim dystansie stanęłam i złapałamoddech.