Artefakt umysłu - Marian A. Nocoń - ebook

Artefakt umysłu ebook

Marian A. Nocoń

4,5

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Victor Moss jest majorem amerykańskiej armii, Novak zaś sierżantem i zaufanym człowiekiem majora. Łączą ich braterstwo broni i więzi przyjaźni. W czasie rutynowego patrolu na terenie Iraku dochodzi do incydentu, w wyniku którego w ręce sierżanta Novaka wpada stary notes. To zdarzenie zmienia ich życie. Victor podąża śladami notesu od Iraku, przez inne kraje, aż po Polskę. Poznanie prawdy staje się jego obsesją i jednocześnie misją, która doprowadza go do niesamowitego odkrycia.
Czy nić setonu – anagram notesu – pokieruje losami bohaterów niczym złota nić Ariadny i pozwoli sięgnąć po tajemnice biblijnej Mezopotamii?
Pierwszy tom thrillera oparty na historycznych i starożytnych artefaktach, gdzie rzeczywistość przeplata się z fikcją a intryga i tajemnice nie opuszczają Czytelnika, dając sporą dawkę emocji i zaskakujących zwrotów akcji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 457

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana wjakiejkolwiek formie iwjakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki istron tytułowych

Mariusz Banachowicz

Redakcja

Maria Brzyska / wschod-studio.pl

Korekta

Mateusz Tutka / wschod-studio.pl

Skład iłamanie

Krzysztof Abramowski / wschod-studio.pl

Grafiki na początkach rozdziałów

Mateusz Kaczoruk / wschod-studio.pl

Zdjęcie na okładce

© De Visu/Shutterstock

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób izdarzeń rzeczywistych jest wtej książce niezamierzone iprzypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2017

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. zo.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2017

tekst © Copyright by Marian Andrzej Nocoń

ISBN978-83-65684-61-5

Łatwiej jest znaleźć strumień aniżeli jego źródło.

Książkę dedykuję Krystynie Gieroskiej

Od Autora

Do napisania tej powieści skłoniła mnie pewna historia. Kilka lat temu na korytarzu miejskiej instytucji poznałem nieprzeciętnego człowieka. Od razu znaleźliśmy wspólny język. Gdy się dowiedział, że wydałem książkę, opowiedział kilka epizodów ze swojego żołnierskiego życia. Utrwalałem je sobie podczas licznych spotkań.

Wmiędzyczasie zapoznałem się znajnowszymi wynikami badań archeologicznych, które mnie zafascynowały.

Obie historie miały wspólne mianowniki. Połączyłem je, dodając szereg innych poznanych faktów iwymyślonych zdarzeń, ale nie oderwanych od rzeczywistości.

Pierwotnie tytułem książki był jedynie Seton. Później pod wpływem kilku zaprzyjaźnionych czytelniczek napisałem kolejne dwie części. Wten sposób powstała trylogia: Artefakt umysłu, Niezabliźniona nić iZatokowa dewiacja, spięta wspólną historią ibohaterami.

Dlatego nie wszystkie wątki są zakończone czy do końca wyjaśnione wItomie. Pozostawiłem trochę na później, bez szkody, jak myślę, dla biegu tej powieści.

Jak zawsze starałem się, aby dociekliwość czytającego została zaspokojona. Ale ocena należy do Ciebie.

Wtym miejscu dziękuję OIG OPOKA zPińczowa orazMILAGO Sp. zo.o. zChorzowa za pomocny patronat nad książką.

Specjalne podziękowanie składam również Iwonie Kurzeli oraz Ryszardowi Mikołajczykowi za zaangażowanie.

Prolog

Zanim Victor Moss, bo onim mowa, jako major amerykańskich komandosów wpadł wwir II Wojny wZatoce Perskiej, doświadczenie zdobywał wlicznych misjach specjalnych. Wystarczało mu ono do prowadzenia wojaczki, jednak już nie wzmaganiach zprzeciwnościami, jakie wywołało pojawienie się notesu.

Ze swoimi zapisami był on jak artefakt przywołany do rzeczywistości. Pobudzający umysł. Do tego stopnia, że zmienił losy Mossa iwielu ludzi. Zmienił iskonfrontował. Wciągnął swoją łamigłówką, robiąc ztwardzielaofiarę.

Victor mógł odnieść wrażenie, wczytując się wniezrozumiałe treści, że ma do czynienia zanagramami. „Seton” to anagram notesu. Ipodobnie jak długi opatrunek otej samej nazwie, splata ich historie na owiele dłużej, niż by chciał tego Victor.

Przesuwając palcem po zapisie klinowym, Moss odrabiał lekcję mezopotamskiej historii ze współczesnym przesłaniem. Wważnym momencie otworzyły się drzwi ioficer dyżurny poprosił go opójś­cie za sobą. Kiedy Moss wrócił znarady, po notesie nie było śladu, ale znalazły się inne poszlaki, które poprowadziły go ku zmianom. Czy lepszym?

Rozdział 1. Druga wojna perska

Irak, 2003 rok

Drobinki piasku pokrywały ceglanym kurzem okoliczny teren. Jedynie skorpiony mogły się tutaj czuć bezpiecznie, ale tylko nocą.

Ciężki wojskowy but zatopił się wpyle uniesionym przez liczny oddział. Tuż obok kropla potu spadła ztwarzy mężczyzny skupionego na muszce karabinu. Amerykański żołnierz celował wstronę ocienionego zaułka obok niskiej chałupy. Wtej zagubionej nad granicą, pozornie opustoszałej wiosce Mandali zapanowała dramatyczna cisza.

Wraz zkolegami ze specjalnego patrolu przeszukiwał sektor, czyhając na lokalnego dowódcę rebeliantów, który miał się tu ponoć schować. Obchodząc chałupę, zauważył mężczyznę przypominającego mułłę, jednak jego nerwowe ruchy kłóciły się ze spokojem, jaki powinien towarzyszyć modłom. Dostrzegłszy celującego weń żołnierza, zaczął nagle nerwowo się rozglądać, jak gdyby zamierzał uciec. Zbliska przypominał bardziej szmuglera antyków niż duchownego. Aci działali zwykle wkilkuosobowych grupach, zdeterminowani inieprzewidywalni.

Usłyszawszy donośny głos kaprala, mułła znieruchomiał. Trzeci zpodchodzących żołnierzy, nie czekając na obrót spraw, poprosił natychmiast owsparcie chłopaków zRangers.

Ich kilkuosobowy oddział przybył szybko, jednak mieszkańcy małej społeczności zdążyli już powychodzić zchałup. Gromadzili się wgrupki, jakby zamierzali coś uzgadniać. Uczony duchowny wykrzyczał kilka słów, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Mieszkańcy ruszyli wjego kierunku, grożąc przy tym pięściami przybyłym żołnierzom – najwyraźniej chcieli wziąć Araba wobronę. Coraz to nowi wyrastali jak grzyby po deszczu, przybliżali się do swego pobratymca. Na widok nadjeżdżających kolejnych żołnierzy przyśpieszyli. Mijały minuty wzajemnych obserwacji. Zgromadzeni wsłońcu ludzie zaczęli się burzyć, aatmosferę podgrzewał dodatkowo mułła. Gęstniejący tłum pokrzykiwał coraz groźniej, wygrażając energicznie pięściami wkierunku obserwujących ich Amerykanów. Dopiero przyjazne gesty armijnych kolegów pozwoliły uspokoić drżący na spuście karabinu palec kaprala stojącego najbliżej zgromadzonych.

– Co tu robisz?! – zapytał mułłę po arabsku sierżant, przybyły zoddziałem komandosów.

Tamten odpowiedział wjakimś rzadkim dialekcie. Kolejna próba nawiązania dialogu także nie przyniosła rezultatu.

– Zabierzmy go do bazy! – zaproponował żołnierz stojący obok kaprala, rozglądający się uważnie po tłumie rosnącym wsiłę.

– Zawołajcie tłumacza! – rozkazał kapral podkomendnemu. – Mam wrażenie, że to Madān.

– Kto taki? – spytał szeregowy.

– Arab Błotny! – krzyknął sierżant.

Obserwujący zachowanie żołnierzy mułła sięgnął nieoczekiwanie do kieszeni diszdaszy zbiałego lnu izaczął coś głośno wykrzykiwać, gestykulując drugą ręką.

– Uwaga! Granat! – wrzasnął któryś zszeregowych.

Zanim zdążyli cokolwiek zrobić, tamten odepchnął się od ściany stojącego tuż przy nim domu inabrawszy rozpędu, pobiegł wąskim przejściem wkierunku szerszej uliczki, rozpychając po drodze tłum gapiów. Zadziwiająco łatwo przedarł się przez kordon zaskoczonych jego determinacją rangersów. Patrzący na to zajście sierżant przełknął ślinę wwyschniętym gardle, apotem krzyknął:

– Zatrzymać mułłę!

Wtym momencie tamten lekko niczym nastolatek wskoczył na maskę stojącego obok wozu patrolowego. Odbił się jedną nogą od pokrywy silnika iprzeleciał nad szybą aż na tył pojazdu. Wszyscy umilkli, wpatrując się wmułłę zniedowierzaniem. Łatwość, zjaką poradził sobie zodgradzającym go kordonem naszpikowanym lufami, wymagała sportowych zdolności isporej odwagi. Duchowny uciekinier zwolnił, mając przed sobą otwartą drogę. Wyciągnął zrozmachem spod okrycia jakiś przedmiot.

– Padnij! – krzyknął ktoś.

Terkot serii karabinowej ugiął większość nóg. Na oczach wpatrzonych wmułłę ludzi dosięgła go jedna zkul. Jego twarz zamarła wniemym krzyku, wyrażając coś pomiędzy bólem aoburzeniem. Wyjęty przedmiot wyleciał zręki, apostać straciła impet iupadła na gliniastą ziemię. Po chwili sierżant machnął ręką, nakazując bocznemu podejść do leżącego. Podkomendny wstał inisko pochylony spojrzał zdaleka na ciało iokoliczny teren. Wypalił wkierunku mułły. Kula, trafiając wpiasek, odrzuciła leżący obok przedmiot. Boczny odczekał moment. Kiedy odgłos wystrzału ucichł, żołnierz zaczął powoli podchodzić. Przy nieszczęśniku niczego niebezpiecznego nie znalazł. Jedynie ów przedmiot, który okazał się starym notesem zwytartymi okładkami. Zwiadowca rzucił go sierżantowi.

Bez sensu! – pomyślał wkurzony sierżant, wertując pożółkłe kartki.

Notes zawierał jakiś banalny plan codziennych zajęć oraz archaiczne zapiski. Sierżant spojrzał na swojego żołnierza, który dotykał szyi ofiary. Jego poziomy ruch ręką na wysokości gardła sprawił, że leżący na ziemi ludzie zaczęli wstawać icoś wykrzykiwać.

– Obróćcie go, ale ostrożnie! – rozkazał sierżant. – Może mieć granat pod sobą!

Żołnierz, położywszy się wzdłuż trupa, sięgnął ręką za jego przeciwne ramię, jakby chciał się do niego przytulić. Silne szarpnięcie obróciło zwłoki wjego stronę, tworząc znich tarczę. Na chwilę zrobiło się cicho. Minęło kilka długich sekund, po których szeregowy, głęboko oddychając, opuścił zwłoki. Rozbita twarz zabitego ponownie uderzyła okrwawy grunt, co jeszcze bardziej rozjuszyło miejscowych. Momentalnie poderwali się izaczęli coś wykrzykiwać, zacieśniając krąg wokół patrolu. Stojący nieopodal major, dowodzący oddziałem komandosów, rozkazał sierżantowi wycofać patrol zwiadowców, aciało mułły położyć na ziemi. Sierżant, złożywszy ręce jak do modlitwy, skierował je ku napierającemu tłumowi ikilkakrotnie nisko się ukłonił.

Pomogło. Motłoch nieco ostygł wswej zapalczywości, jednak co bardziej krewcy mieszkańcy zaczęli pokrzykiwać na cześć poległego bohatera. Dowódca machnął ręką na podoficera, nakazując ewakua­cję. Tamten skinął głową iprzekazał rozkaz pozostałym rangersom.

Wparę chwil został po nich jedynie kurz ciągnący się za transporterem mknącym wkolumnie wkierunku amerykańskiej bazy.

– Po co strzelałeś?! – Major potrząsnął ręką. – Tyle razy mówiłem, że macie trzymać nerwy na wodzy! – ganił ludzi sierżanta.

– To ten zpiechoty rąbnął tego tubylca – tłumaczył podoficer, wskazując na oddaloną grupkę żołnierzy.

– Peter. – Major popatrzył na niego z politowaniem. – Nie umiesz tych łapciarzy trzymać na wodzy? A gdyby posłali do Allacha kogoś ważnego, to co? Byłoby na nich czy na nas? – spytał retorycznie.

Pojazd podskoczył na wyboju, co przywróciło rezon strofowanemu sierżantowi.

– Myślałem, że jak wysyłają kogoś na taki patrol, to już ma jakieś doświadczenie, anie robi wgacie przy byle ruchu warg.

Śmiech pozostałych rozładował napięcie. Major popatrzył na ubawionych żołnierzy już bez irytacji.

– Na drugi raz mniej zakładaj, awięcej rób – spokojniej instruo­wał sierżanta. – Wtedy będzie mniej kłopotów. Atak prawdę mówiąc, nie miał chłop szczęścia.

– Tak jest – skwitował smutno podoficer.

Victor Moss, stosunkowo młody, ale doświadczony dowódca, znał żołnierską psychikę na wylot. Wprawdzie na otwartej wojnie był po raz pierwszy, jednak wcześniejsze misje specjalne wyrobiły wnim wilczy instynkt, który był teraz bardzo przydatny wprzeprowadzaniu dalekich zwiadów niewielkimi siłami. Przy tym żołnierze ufali mu, widząc wmajorze nie tylko komandosa zaprawionego wboju, ale też dowódcę potrafiącego wyratować ludzi zopresji. On sam czuł się znimi silnie związany inie nawykł ich narażać czy też pozostawiać na pastwę losu. Jego owdowiała matka mogła być zniego dumna, podobnie jak dalecy polscy krewni.

Oddział umilkł, przegryzając wszędobylski kurz itrawiąc ostatnie słowa dowódcy. Wstrząsani wybojami wiejskiej drogi, odpalali sobie wzajemnie papierosy.

– Peter, co właściwie powiedział ten pechowiec? – Moss wrócił do tamtej sytuacji.

Podkomendny na moment zmarszczył brwi.

– Coś ojakimś przesłaniu zMezopotamii – odparł po namyśle.

– To przecież te tereny – stwierdził mało odkrywczo major. – Isądzisz, że ztego powodu mógłby być taki nerwowy? – powątpiewał.

Zastanawiając się, spojrzał na swego sierżanta zuwagą, prowokując go niejako do refleksji. Znali się bowiem jak łyse konie, uczestniczyli przez lata wwielu wspólnych akcjach oraz bijatykach, iwiedział, że Peter Novak ponownie analizuje teraz dzisiejsze wydarzenia. Podobnie jak major, pomimo stosunkowo młodego wieku, także był doświadczonym żołnierzem iposiadał przydatną tutaj odwagę oraz przenikliwość.

– Wkońcu był to mułła czy zwykły Arab? – spróbował dociec sierżant, rozglądając się po pozostałych.

Paru żołnierzy wzruszyło ramionami, reszta utkwiła wzrok wwizjerach. Brak odpowiedzi skłonił Mossa do ponownego przejrzenia notesu zabitego. Szukał wnim czegoś, co mogłoby usprawiedliwić brak reakcji jego chłopaków, abyć może wyjaśnić także powód zachowania tamtego Araba. Miał też jeszcze przed sobą raport do sporządzenia inie mógł wnim pominąć przykrego incydentu. Przewaga pustych kartek notesu, przedzielonych nielicznymi notatkami, wydała mu się podejrzana wobec determinacji byłego właściciela.

Jeśli tamten pomyślał, że przyszliśmy po jego notes, to by pasowało, analizował Moss. Więc dlaczego mógł tak pomyśleć?

Przekładając strony kartka po kartce, wyczuł większą sztywność jednej znich. Były to bardzo starannie sklejone ze sobą dwie sąsiadujące karty, których komandoski nóż nie zdołał od razu rozwarstwić, czym zainteresował się nie tylko sierżant, ale też pozostali. Zciekawością zaczęli przyglądać się, jak ich dowódca próbuje zabawiać się wchirurga, usiłując nieporadnie rozciąć złączone strony sfatygowanego notesu. Przy każdym podskoku auta ostry jak brzytwa koniec stali odskakiwał od krawędzi pożółkłego papieru, po czym powoli wracał do grzbietu notatnika, gdzie kartki były przytwierdzone. Po trzecim razie siedzący naprzeciwko siebie komandosi zaczęli pokazywać palce, zawierając milcząco zakłady. Nie musieli zbyt długo czekać, major znalazł wkońcu rozwiązanie iprzyklejone do siebie kartki pod wpływem silnego dmuchania wich krawędź rozeszły się, ukazując rząd różnorakich znaczków wniczym nieprzypominających arabskiego pisma. Tak samo mężczyzna poradził sobie zkolejnymi sklejonymi kartkami, które znalazł wdalszej części notatnika. Potem przez moment zmęczony umysł dowódcy zastanawiał się, zczym właściwie ma do czynienia. Po jednym zkolejnych uderzeń opadających pośladków wtwarde siedzisko majorowi wypadł zręki notes.

Novak uprzedził swego dowódcę, podnosząc zpodłogi notatnik. Zamierzał od razu go oddać, jednak po strzepnięciu piasku zkart zatrzymał wzrok na otwartych stronach.

– O, pismo klinowe. – Nie krył zaskoczenia izzaciekawieniem zaczął wertować notes. – Wzwykłym kajecie takie zapisy? Po co?

– Może żeby zapisać coś, co autor zobaczył na glinianych tabliczkach – zasugerował major.

Na twarzy sierżanta pojawił się lekki uśmiech, ale zaraz zgasł iprzez kolejne chwile Novak uważnie wczytywał się kartka po kartce, obserwując zapisy zżyrokompasową umiejętnością neutralizowania nierówności drogi.

Zignorowany Victor, przywykły do bycia autorytetem wśród swoich żołnierzy, poczuł się nieswojo itylko dlatego pozostawił to bez riposty, że miał dla Petera duży szacunek jako do sprawdzonego wboju żołnierza iprzyjaciela. Chcąc wyjść ztego bez problemów, zasiadł na stanowisku dowódczym, lustrując przez peryskop okoliczny teren. Intuicja kazała mu cofnąć przyrząd, gdy wprawnym okiem wyłowił na jednym ze wzgórz ruch punktu wielkości łepka od szpilki. Wykrzyknął od razu przez laryngofon do dowódców pozostałych pojazdów rozkazy potwierdzenia swoich obserwacji zzachowaniem pełnej gotowości oraz zwiększenia odstępów pomiędzy transporterami. Schylił głowę do przedziału, gdzie jedynie wciąż przykuty do notesu Novak nie był jeszcze pod bronią.

– Sierżancie! Ogłuchliście?!

Novak podniósł nieśpiesznie wzrok, jakby był winnym świecie, idopiero widząc irytację dowódcy, odłożył powoli notes do bocznego schowka. Potem, nadrabiając poprzednią opieszałość, wbłyskawicznym tempie minął bez słowa majora iwślizgnął się do wieżyczki obserwacyjnej, pozostawiając Mossa na tyłach. Ten, zaskoczony, obrócił się na pięcie iprzywarł znowu do peryskopu. Przez długie minuty wszyscy trwali na swoich stanowiskach, wypatrując ruchomych kamyków na zboczu lub rozbłysków ognia, nasłuchując pyknięcia moździerza. Nagle zprzeciwnej strony doszedł ich dźwięk uderzania grochu opancerz ikiedy odruchowo przesunęli się do wizjerów, aby zlokalizować przeciwnika, transporterem wstrząsnęło od bliskiego wybuchu.

– Zprawej ognia we wzgórza, zlewej zaporowym po pustyni! – wrzasnął major.

Rozległa się gwałtowna kanonada, zmieszana zrykiem silników na pełnym gazie, których spaliny wnikały wgęstniejącą zasłonę dymną pchaną sprzyjającym wiatrem, skrywającą kolejne pojazdy kolumny. Po pancerzu transportera przeleciało kilka kul, wywołując silny niepokój uschowanej pod nim drużyny. Sierżant skierował zpewną bezwładnością ciężki karabin maszynowy wstronę coraz liczniejszych ogników na wzgórzu, przeciągnął po nich długą serią. Po trzech minutach lufy działek umieszczonych nad górnymi pancerzami transporterów zaczęły wolno stygnąć, omiatane ciepłym powietrzem pustyni.

– Co ty wyprawiasz?! – Krzyk majora zadudnił wewnątrz pojazdu.

Peter milczał, zsuwając się na podłogę.

– Oberwałeś?! – zaniepokoił się Moss.

– Nie. Wszystko wporządku – wymamrotał.

– Brałeś coś?!

– Daj spokój. Przepraszam za rozkojarzenie – odparł Novak, nie ukrywając irytacji. Powrócił na wcześniejsze miejsce, wdrapując się tam zgorącej podłogi.

Przez chwilę jechali wmilczeniu, wpatrzeni wczubki swoich butów. Reszta drużyny spoglądała na nich, zaintrygowana tą ciszą nieprzystającą do napięcia, jakie przed chwilą narastało wpojeździe. Wkońcu Peter sięgnął po odłożony przed atakiem notes, by kontynuować odczytywanie starożytnych zapisów.

– Znalazłeś cokolwiek?! – nie wytrzymał Victor.

Peter oderwał niechętnie wzrok od sfatygowanego notatnika izamykając go, podał znamaszczeniem Victorowi, który pomimo unoszącego się wpojeździe kurzu widział, gdzie utknął jego kompan, iotworzył notes dokładnie na tej samej stronie. Novak spojrzał badawczo, wychylił się iwskazał palcem:

– Na przykład te dwa kliny to „Zet”, ate cztery pionowe to „A”.

– Aco znaczą?

– Wraz zinnymi beru.

– Beru? – powtórzył zdziwiony Victor.

– To miara kosmicznej odległości – wyjaśnił Peter. – Coś ponad kilometr. Iopisuje jakieś miejsce, ale nie wiem, czy na Ziemi, czy też wKosmosie. Wkażdym razie jego nazwa brzmi „ryba”.

– Jesteś tego pewien?

– Tak – odparł zprzekonaniem. – Ojciec był wPolsce archeo­logiem idopiero po przyjeździe do Stanów został historykiem, aby dostać jakąś robotę wszkole.

– Dobra. – Major spróbował trochę wyprostować przygarbione wtej ciasnocie plecy. – Sprawdziłeś, czy nie ma wtym jakichś informacji oszabrowaniu broni?

– Zapisanych pismem klinowym? – kpiąco zareagował sierżant, ale szybko dodał: – Poszukam we współczesnych zapiskach.

Major włożył notes do schowka i bez słowa wrócił do obserwacji terenu.

– Kapralu! Do dechy! Gnamy do swoich! – rozkazał kierowcy iklepnął go wramię.

Ten nacisnął gaz, zostawiając za pojazdem jeszcze większy tuman kurzu, zasłaniający transportery ciągnące ztyłu.

Po półgodzinnej jeździe dotarli do małej bazy polowej, ochraniającej prowizoryczne awaryjne lądowisko helikopterowe na wypadek ataku Irakijczyków. Kiedy major Moss wręczał pułkownikowi Johnsonowi raport zakcji wspierającej, spodziewał się ostrej reprymendy od przełożonego. Był niemal pewny, że złe wieści zdążyły dotrzeć do Johnsona przed nim.

– Majorze, przekażcie raport adiutantowi – usłyszał na wstępie od pułkownika. – Jutro się tym zajmę.

Johnson nie odrywał wzroku od pliku dokumentów spoczywających na łóżku polowym.

– Czy mogę się odmeldować?

Pułkownik skinął głową, wciąż tkwiąc wpapierzyskach. Major zasalutował sprężyście izrobił energiczny zwrot wtył ku wyjściu znamiotu. Zanim zdołał do niego dotrzeć, Johnson odezwał się:

– Słyszałem, że dałeś chłopakom za dużo swobody.

Moss, lekko pochylony pod stelażem namiotu, odwrócił się z wolna.

– To przypadkowa ofiara. Jeden zpiechociarzy… – próbował tłumaczyć.

– Victorze – przerwał mu Johnson, wciąż tkwiący nad papierzyskami. – Nie wiem, jak było, ale za całość zawsze odpowiada dowódca. Czyż nie?

Major spuścił wmilczeniu wzrok.

– To tak między nami. – Pułkownik nagle wstał energicznie złóżka ipodszedł do majora. – Podobno zabraliście mu jakiś modlitewnik. Czy coś takiego.

– Modlitewnik? – powtórzył zaskoczony Victor.

Tamten spojrzał na niego uważnie, po czym spytał:

– Gdzie go masz?

– To był raczej jakiś notes zplanami zakupów, anie modlitewnik. – Moss próbował jeszcze wyjaśniać, jednak wyciągnięta niczym taca dłoń pułkownika nie pozostawiała wątpliwości.

– Dobra. – Pułkownik potrząsnął ręką.

Victor zawahał się. Nie miał notatnika. Przygotował raport pod presją czasu inie zdążył jeszcze zapytać Petera, czy to on zabrał notes ze schowka.

– Ma go Peter, to jest sierżant Novak. Dałem mu go, aby spróbował coś interesującego wyłapać iprzetłumaczyć – wyjaśnił. – On studiował historię starożytną iarabistykę.

Twarz Johnsona stężała.

– Majorze, chcecie mi powiedzieć, że wasz sierżant będzie wam wyjaśniał listę zakupów jakiegoś bogatego Sumera?

– Nie rozumiem.

– Wiecie, że wszystkie takie zapiski trzeba od razu przekazać wywiadowi?

Victor znał rozkazy idomyślił się od razu, że musiał wdepnąć na jakąś minę.

– Panie pułkowniku – zaczął oficjalnie – taki miałem zamiar, ale zaintrygowało mnie pismo klinowe na jednej zkartek, aponieważ Novak coś otym wie, to postanowiłem najpierw to odszyfrować, powierzając mu zeszyt.

Johnson spuścił wzrok, ważąc jego słowa. Po chwili odrzekł tonem belfra:

– Wporządku. Ale na drugi raz nie baw się wodkrywcę, Victor. Rozumiesz?

Podniesiony do góry palec wskazujący pułkownika Moss potraktował poważnie. Odkąd zaczął służyć pod dowództwem John­sona, nie miał znim zatargów ichciał, aby tak pozostało. Uznał więc, że jakiś tam notes wobec wojennej zawieruchy nie powinien być powodem do napięć, dlatego zaproponował:

– Pułkowniku, zaraz poproszę sierżanta Novaka, by przekazał mi ten notatnik. Przyniosę go za chwilę.

– Za pięć minut chcę mieć tu ich obu – rozkazał zniecierpliwiony Johnson.

Wychodząc znamiotu, major poprawił beret. Rozejrzał się izauważył jakieś zamieszanie. Intensywność zmian zachodzących na okolicznych odcinkach frontu sprawiała, że wszystkiego można się było spodziewać itych kilka minut upułkownika wystarczyło, aby na plac apelowy Victor wkroczył lekko zdezorientowany. Dopiero od napotkanego porucznika dowiedział się, że Johnson rozkazał pobrać broń ciężką.

Upłynął kwadrans zmitrężony na bezowocnych poszukiwaniach sierżanta, gdy ogłoszono alarm bojowy iokazało się, że pułkownik bez informowania majora rozkazał wyjechać batalionowi wpościg za jakimś doborowym oddziałem irackim – nie wyciągając tego dnia konsekwencji wobec Victora. Moss ostał się wbazie sam wraz ze swoimi zmęczonymi ludźmi oraz oddziałem wartowniczym. Wykorzystał to, przeczesując niewielki wkońcu obóz. Podejrzewał, że Peter mógł się gdzieś zaszyć, aby przetłumaczyć tekst lub zwyczajnie zdrzemnąć się po wielogodzinnym patrolu. Kiedy minął kolejny kwadrans iMoss nie znalazł podoficera, podzielił się problemem ze swym porucznikiem, któremu sierżant Novak bezpośrednio podlegał, ale tamten zmieszany otwarcie przyznał, że dopóki nie będzie nowych rozkazów, pozwolił żołnierzom odpoczywać inie wydawał nikomu żadnych dodatkowych poleceń. Wyznał też szczerze, że myślał, iż Novak jest umajora, bo powszechnie wiedziano oich braterstwie broni. Moss uśmiechnął się krzywo, zastanawiając się, co ztym fantem zrobić. Przecież pułkownik mu nie podaruje.

Dziwne, pomyślał, wciąż stojąc przed wyczekującym porucznikiem. Zawsze mi zgłaszał oddalenia. Zapomniał?

Daleka salwa oraz świst przelatujących tuż obok kul przerwały dalsze rozważania. Kto żyw złapał za broń izaczęła się walka. Major Victor Moss jako najwyższy stopniem oficer objął dowodzenie obroną obozu, mając ledwie jeden pluton wobec dużej siły ognia Irakijczyków. Wpierwszym momencie odparli atak, jednak zastosowanie przez wrogów ostrzału czołgowego nie pozostawiało Amerykanom dużego pola manewru, tym bardziej że pułkownik Johnson mógł nadejść zodsieczą dopiero za parę godzin, aśmigłowce były wciąż zaangażowane wbitwie pod Nadżafem. Wymiana ognia trwała dość długo iprawdopodobnie obóz zostałby zdobyty, gdyby nie stojące wodwodzie trzy gąsienicowe wyrzutnie rakiet MLRS, które zasypały gradem pocisków napastliwe towarzystwo. Gdy opadł pył, po żywych Irakijczykach nie było już śladu. Na piasku pozostało kilkunastu poległych wotoczeniu kilkudziesięciu wraków ciężarówek iczołgów oraz wielu lejów, niektórych oddalonych od pobojowiska. Atakujący równie szybko się rozpłynęli, jak pojawili, choć teraz kurzyło się za nimi tak bardzo, że nie musieli stosować nawet zasłony dymnej.

Moss odetchnął zulgą, obserwując przez lornetkę ich odwrót, jednak miał wrażenie, że był to dobrze przeprowadzony atak wyćwiczonej wboju jednostki ipomimo dużej siły broni odwetowej Amerykanów Irakijczycy uniknęli poważniejszych strat. Opadający tuman odsłonił dalekie leje po szeregu zbyt niecelnych strzałów rakiet, co mogło świadczyć ozakłócaniu przez atakujących sygnału GPS nakierowującego pociski.

Co tu, ulicha, robili iczego chcieli? – zastanawiał się Victor, odprowadzając wzrokiem tyły irackich ciężarówek.

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, jako że wywiad wojskowy także nic nie wiedział otej jednostce. Przypuszczano, że był to rozbity oddział chcący uzupełnić zapasy paliwa. Jednak majorowi Mossowi nie przypadło do gustu takie wytłumaczenie. Straty amerykańskie były niewielkie, biorąc pod uwagę zaskoczenie oraz sporą przewagę wludziach idobrze skoordynowany atak przeciwnika ztrzech stron. Pochylony nad mapą sztabową, Victor wciąż zastanawiał się nad powodem tego ataku. Wdodatku tamci zdołali się tutaj niepostrzeżenie przedostać mimo wcześniejszego oczyszczania terenu zrozbitych jednostek irackich.

– Przecież nie ma tutaj niczego ważnego – Moss próbował doszukać się logiki uprzeciwnika. – Przebijali się do Bagdadu? Chcieli podnieść morale dzięki zwycięstwu przez zaskoczenie?

Gdy wydał stosowne rozkazy mające zachować gotowość bojową na wypadek kolejnego ataku, zdołał nieco ochłonąć. Przypomniał sobie oPeterze.

– Dyżurny! – zawołał podkomendnego.

– Tak jest, majorze!

– Wezwijcie sierżanta Novaka!

– Rozkaz! – Żołnierz odwrócił się na pięcie izniknął za drzwiami jadalni.

Moss zdążył osuszyć kubek kawy, nim wdrzwiach pojawił się ponownie dyżurny.

– Majorze, nigdzie go nie ma!

– Jak to nie ma? – udał zaskoczenie Victor.

– Przeszukałem pół obozu inic.

– To przeszukaj drugie pół!

– Tak jest!

Po trzeciej kawie usłyszał niechciany meldunek, że sierżant jest nieosiągalny, ponieważ pojechał zgrupą stabilizacyjną pułkownika. Victor uzmysłowił sobie, że to pierwsze naruszenie dyscypliny przez wypróbowanego wboju druha. To wystawienie ich wojennej przyjaźni na próbę niesubordynacji mocno go zaniepokoiło idało do myślenia.

Oporanku obudził go warkot motorów. Kiedy spotkał się zpułkownikiem, dowiedział się, że sierżant Novak zaginął wakcji, awraz znim notes. Zwyjaśnień Johnsona wynikało, że zgodził się wziąć sierżanta na ochotnika zuwagi na jego ponoć dobrą znajomość okolicznego terenu.

– Dlaczego mnie otym nikt nie poinformował? – Major szukał odpowiedzi upułkownika.

– Nie było na to zbytnio czasu. Ponieważ mój adiutant nie mógł pana znaleźć, aja chciałem porozmawiać zNovakiem, zabrałem go ze sobą – odrzekł Johnson.

– Jest pan, pułkowniku, zadowolony?

Dowódca spojrzał lodowato iodpowiedział szorstko:

– Rozumiem pana, majorze, ale niech pan nie zapomina, do kogo mówi.

Po twarzy niższego stopniem żołnierza przemknął grymas niezadowolenia.

– Dobrze sobie pan poradził ztym irackim atakiem – zmienił ton Johnson. – Asierżanta odnajdziemy. Proszę się nie martwić.

Wezwany do poszukiwań helikopter nic jednak nie znalazł, dlatego Victor Moss postanowił sam pojechać na rekonesans. Johnson nie wyraził zgody, tłumacząc, że jest to zbyt niebezpieczne ion nie może pozwolić na taką brawurę.

Wyglądało więc na to, że major będzie musiał biernie czekać na wieści oPeterze. Minął cały dzień, jednak ani Novaka, ani notesu nie odnaleziono.

– Czy wie pan, po co Irakijczycy mieliby brać sierżanta do niewoli? – spytał majora pułkownik.

– Nie mam pojęcia. Skąd takie podejrzenie?

– Nie ma ciała ani żadnego sygnału – wyjaśnił dowódca obozu idodał: – Amoże zdezerterował?

– Panie pułkowniku! – oburzył się natychmiast Victor. – Novak?! Nigdy!

Johnson bacznie przyglądał się swemu zastępcy, wypuszczając zust papierosowy dym.

– Taki pan jest pewny, majorze?

– Tak – odparł bez zastanowienia Moss.

– Dobra, wrócimy jeszcze do tego, ateraz jest pan wolny – oznajmił krótko pułkownik.

Nazajutrz osytuacji powiadomiono kontrwywiad, asierżanta uznano za zaginionego.

Jednak nie dano za wygraną. Ważniaki zkontrwywiadu zaczęły patrzeć na Mossa zlekka podejrzliwie. Sprawa przybrała niekorzystny obrót, gdy ujawniono podczas przesłuchania, że porucznik majora Mossa zezwolił sierżantowi Novakowi zabrać ze sobą dodatkowy prowiant oraz odbiornik lokalizacji wterenie – GPS. Kiedy Victor dowiedział się otym, od razu chciał to wyjaśnić ze swoim oficerem, jednak tamten dostał wcześniej rozkaz od Johnsona ipojechał zmisją poszukiwawczą. Moss najpierw zbaraniał, ale gdy jego sierżanci zaczęli mu donosić, że nie mogą dalej kryć swego kolegi, wyczuł, że sprawa zaczęła śmierdzieć. Gdy wieczorem pułkownik Johnson odsunął go niespodziewanie od dowodzenia, zrozumiał, że sytuacja jest poważna.

Major poczuł się dotknięty takim traktowaniem. Sam miał za sobą nienaganną służbę iwierzył, że podejrzenia dotyczące sierżanta Novaka były nie na miejscu. Peter służył ujego boku, będąc jednocześnie przyjacielem, uratował mu kiedyś życie. Znając determinację ispryt druha, Victor nie mógł po prostu uwierzyć wjego zaginięcie. Dezercji nie przyjmował nawet do wiadomości. To sprawiło, że nie potrafił bezczynnie czekać, aż ktoś odnajdzie podwładnego. Czuł się za niego odpowiedzialny imiał dług wdzięczności. Wziął więc ze sobą sekcję: sześciu najlepszych zabijaków ipsa tropiciela. Urobienie dowódcy warty graniczyło zcudem, ale głos oficera martwiącego się oswojego żołnierza zrobił silne wrażenie. Major miał czas do świtu. Wskoczył zsekcją do opancerzonego samochodu ipod osłoną nocy wyjechali wgórzysty teren. Tam, gdzie po raz ostatni widziano sierżanta.

Noktowizor nie ujawnił żadnego życia wzasięgu wzroku. Wysiedli iwzajemnie się ubezpieczając, poszli za podjętym przez psa tropem.

– Dziwne – szepnął przewodnik.

– Co takiego? – spytał major.

Przewodnik jednak milczał, obserwując zachowanie czworonoga kręcącego się wkółko.

– Wykrztuś to wreszcie zsiebie! – rozkazał zniecierpliwiony major.

– Wygląda tak, jakby tutaj wrócił – tłumaczył przewodnik, kręcąc głową.

– Jak to wrócił? – Moss również był zaskoczony.

Wilczur stanął, wyczuwając ludzkie emocje.

– Pies od razu podjął trop, nawet bez powąchania rzeczy Petera, co jest dość dziwne, zwłaszcza na ruchomych piaskach, gdzie wiatr zasypuje ślady wciągu godzin – wyjaśnił przewodnik. – Wygląda to tak, jakby sierżant wrócił po coś, co wcześniej zakopał.

Mówiąc to, pokazał dołek na piasku. Pies jakby chciał potwierdzić słowa swego pana, zaszczekał parę razy, kiedy ten skończył. Moss podszedł ostrożnie do tego miejsca, przyświecając sobie latarką, ale niczego nie zdołał dostrzec.

– Majorze, lepiej wtym nie grzebać. Nie wiadomo, co jest tam zakopane – ostrzegł jeden zżołnierzy. – Równie dobrze może to być mina.

Kiepska widoczność stwarzała jeszcze dodatkowe ryzyko. Victor spojrzał więc przed siebie na rozległą, szarą pustynię iprzyłożył do oczu lornetkę. Inni nie poszli wjego ślady. Stali tak przez chwilę. Wkońcu Moss opuścił przedmiot, spoglądając wsiną dal.

– Daj mu jeszcze raz czapkę – rozkazał zdeterminowany.

– Majorze, chce pan tam teraz iść? – zapytał zaniepokojony podporucznik.

– Możemy jeszcze go dogonić! – żywiołowo zareagował Moss. – Może nas potrzebuje?

– Panie majorze, niech pan spojrzy za siebie.

Nadchodził świt itrzeba było się zwijać. Victor oprzytomniał, widząc słabe światło nad horyzontem – wiedział, że wciągu dnia są łatwym celem. Spojrzał raz jeszcze przed siebie, na szarą pustynię. Jednak poruszał się tam tylko piasek, unoszony przez pierwsze powiewy rozgrzanego powietrza. Musieli wracać, by wejść do bazy bez rozgłosu.

Dochodzenie wsprawie zaginięcia sierżanta już biegło. Jedynie nienaganna dotąd służba iświetna reputacja Mossa jako oficera liniowego uchroniły go od aresztu.

Moss wrócił do namiotu wkurzony. Nie umiał ukryć złości również przez następne dni. Topił gniew wszklanicy iprzesiadywał godzinami ułącznościowców lub nad mapą wswoim namiocie. Teraz już nie przypominał tego nieco rubasznego na co dzień dowódcy, który umiał rozmawiać zżołnierzami idowodzić trudnymi akcjami. Chodził struty, zdawkowo odpowiadając na pytania swoich żołnierzy. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Męczony przesłuchaniami kontrwywiadu ibrakiem zajęcia czuł, jak topnieje jego zaangażowanie, azarazem gotowość bojowa. Bezczynność spalała Victora nie mniej niż tutejsze słońce. Mając za dużo wolnego czasu, coraz częściej rozmyślał nad prawdopodobnymi scenariuszami zaginięcia kolegi oraz oswojej drodze. Zwykle kiedy śledztwo grzęzło, atak najwyraźniej się stało, bowiem nie tylko zaprzestano przesłuchań, ale także wyjechał ostatni zoficerów kontrwywiadu, przywracano oficera do służby lub go przenoszono. Majora Mossa jednak nietypowo pozostawiono wzawieszeniu na frontowym odcinku. Parokrotnie prosił Johnsona oprzywrócenie do służby, ale tamten zasłaniał się decyzjami generalicji. Minął tydzień, po którym pułkownik pozwolił majorowi dowodzić plutonem wartowniczym, wyciszając sprawę. Moss miał duże doświadczenie wlikwidacji strażników przeciwnika, toteż przydzielony mu pluton szybko ochrzczono „sowami”. Victor nie czerpał ztego powodu specjalnej satysfakcji, awręcz przeciwnie: traktował swą funkcję jako tymczasowe zajęcie. Kolejny tydzień upłynął na rutynowych zajęciach wartowniczych, bez wieści ozaginionym sierżancie. Moss coraz bardziej przyzwyczajał się do zmiany swego położenia.

Tymczasem wskutek decyzji politycznych obóz został przekazany Polakom imajora przeniesiono do Bagdadu, przydzielając mu drużynę żołnierzy świeżo sprowadzoną ze Stanów. Formalnie powinien nimi dowodzić podporucznik, anie major, jednak Johnson uznał przydział za odpowiedni do skali zagrożenia. Moss miał tu niewiele do powiedzenia. Od teraz miał się zająć stabilizowaniem sytuacji wirackiej stolicy. Kontakt zpułkownikiem także osłabł, akiedy major starał się znim spotkać, tamten był stale zajęty. Victor zaczął więc nabierać podejrzeń, że Johnson chce się go pozbyć, ito bynajmniej nie wzwykły sposób. Mógł przecież znaleźć pretekst iprzenieść go do innego pułku lub odesłać do kraju, anie przydzielać do patrolowania miasta zkilkudziesięcioma żołnierzami ledwie przygotowanymi do takich zadań. Postanowił więc na siebie uważać iwłożyć więcej wysiłku wdalsze szkolenia podległych mu żołnierzy. Kilkakrotnie ocaliło to życie patrolującym, araz jemu samemu, gdy niespodziewanie zostali zaatakowani koło szpitala nad Tygrysem przez niewielki oddział iracki.

Ale prawdziwy strach poczuł podczas jednego zpołudniowych patroli, którym dowodził, wykonując rozkaz pułkownika, by dotrzeć do mostu Shuhada nad Tygrysem, gdzie miało się kręcić koło przęsła kilkudziesięciu cywili podejrzanych ozamiar jego wysadzenia. Gdy przybył na miejsce zplutonem, wokół nic się nie działo. Sprawdzili most, przeszukali teren inie znaleźli niczego podejrzanego, nawet pudła lub podobnej pułapki. Odwołał więc większość ze swoich żołnierzy, pozostawiając zaledwie kilku na moście, tak na wszelki wypadek. Kiedy ostatni raz upewniał się, czy wszystko jest wporządku, zauważył grupkę kobiet szybko idących wzdłuż bazaru. Zawołał do nich, żeby się zatrzymały, jednak one szły dalej. Wtedy rozkazał swojemu bocznemu wystrzelić wpowietrze. Kobiety stanęły ajedna znich odwróciła się iruszyła wich kierunku. Wtedy major podniósł do góry rękę, pokazując, by stanęła. Nie zareagowała. Kiedy zarepetowali broń, zwolniła, wyciągając dłoń wpowitalnym geście. Znajdujący się obok sierżant stanął na drodze kobiety zzamiarem jej zatrzymania. Ona jednak zdołała zgrabnie go ominąć i, bę­dąc już blisko majora, wyciągnęła coś zkieszeni irzuciła wprost pod jego nogi. Upadła, aza nią niemal wszyscy. Moss, widząc odbezpieczony granat, złapał go iwrzucił do Tygrysu. Detonacja wyrzuciła nad wodę odłamki, które nie robiąc nikomu krzywdy, spadły zpowrotem. Irakijka od razu została aresztowana. Zprzesłuchania wynikało, że chciała się zemścić za zabitych braci. Po zapoznaniu się ze złożonym przez majora Mossa raportem pułkownik Johnson wjego obecności wkurzył się izadzwonił do wywiadu, opieprzając oficera odbierającego telefon. Przez kilka następnych dni Moss zakładał cięższą kamizelkę kuloodporną.

Pewnego ranka wyszedł na rutynowy obchód straży. Kiedy dochodził do najbardziej wysuniętego posterunku dzielnicy, zauważył dwóch mężczyzn wychodzących zpobliskiej bramy domu. Jego uwagę zwrócił jeden znich, którego chód igestykulacja przypominały mu jako żywo zachowanie Petera.

– Sierżancie! – Nie mógł się powstrzymać.

Jeden znich nawet zwolnił na moment, lekko skręcając głowę, jednak już po chwili powiedział coś do towarzyszącego mu mężczyzny iprzyśpieszyli kroku.

– Peter! Nie poznajesz mnie?!

Jednak tamci nie zareagowali. Zaraz zniknęli wnajbliższej bramie przeciwległego domu.

– Żołnierze, osłaniajcie mnie! – krzyknął Moss do wartowników ipobiegł wtamtym kierunku.

Zatrzymał się uprogu ispojrzał wgłąb niedużego tunelu. Nikogo jednak tam nie było. Wycofał się natychmiast. Zdał sobie sprawę, że to, co zrobił, było głupie, bo gdyby tamci byli przebierańcami zarmii irackiej, to już na pewno by nie żył.

Co się ze mną dzieje? – zezłościł się na siebie. Miał dotychczas osobie lepsze mniemanie.

– Chyba się starzeję – skomentował na gorąco do osłaniających. – Zdawało mi się, że zobaczyłem kumpla.

Żołnierze wymienili porozumiewawcze spojrzenia, przyjmując wyjaśnienia bez komentarza.

Od tego momentu wątpliwości Victora zaczęły narastać. Rozkojarzony, parę dni później został ranny wjednym zincydentów ulicznych itrafił do szpitala polowego. Na szczęście rana ramienia była powierzchowna, ale zamiast wrócić na pole walki, Moss trafił prosto do garnizonu we Włoszech, apóźniej przerzucono go do spokojnej jednostki wNiemczech. Tam miał dużo czasu, znowu za dużo, jak na kogoś, kto był potrzebny armii.

Przechadzał się wcywilnym ubraniu po niemieckim Ramstein-­Miesenbach, stanął, żeby zapalić papierosa. Po pierwszym wdechu wypełniającym płuca spojrzał mimochodem na witrynę małego sklepu. Jeszcze wczoraj miał pewność, że rzucił palenie. Dzisiaj niczego nie był pewien. Patrzył na swoje odbicie palacza izastanawiał się, jak długo będzie znowu musiał walczyć ztym nałogiem?

Zwolna, przez szklany obraz samego siebie, przeniknął wzrokiem wgłąb sklepu. Jego uwagę przykuło kilka wystawionych książek. Wśród nich jedna szczególnie go zainteresowała. Na okładce widniał tytuł wjęzyku arabskim, zktórym miał okazję obcować wIraku. Victor wszedł do środka wnadziei, że przywiezie sobie może jakąś pamiątkę ztej wojny. Słabo świecąca żarówka lampy stojącej na biurku nie mogła rozproszyć mroków pomieszczenia. Było pusto. Drewniana lada, sterty starych książek, bibelotów, posążków iwszechobecny smród stęchlizny odstręczały zapewne poten­cjalnych klientów. Minęło kilka minut, ajeszcze nikt nie wyszedł zzaplecza.

– Jest tu kto?! – zawołał izniecierpliwiony zlustrował zaniedbane wnętrze antykwariatu.

Nikt jednak nie odpowiedział. Obrócił się na pięcie, zamierzając wyjść. Kątem oka znowu dostrzegł tę książkę. Zmienił zamiar. Zainteresowała go tak bardzo, że chciał ją wziąć do ręki. Gdyby nie ona, już by wyszedł.

– Czy ktoś tu obsługuje?! – zapytał donośniej.

Omal nie podskoczył zwrażenia, kiedy spod lady wychylił się tuż obok niego stary antykwariusz.

– Wczym mogę pomóc, oficerze? – zapytał zkamienną powagą.

– Co pan! Wchowanego się pan bawisz?! – odreagował Victor.

– Widziałem, że patrzył pan na książki na wystawie. Podać którąś?

Zanim Moss zdążył poprosić owypatrzony wolumen, poczuł miły zapach wanilii, zupełnie niepasujący do tego miejsca.

– Chciałbym zobaczyć tę. – Wskazał palcem na arabską książkę.

– Proszę bardzo.

Sprzedawca, nie śpiesząc się, otworzył witrynę iwyjął wskazany egzemplarz. Położył go na blacie zwyraźnym dostojeństwem.

– Interesuje się pan orientem? – spytał zzainteresowaniem, obserwując uważnie reakcję klienta, jakby chciał oszacować jego zamożność.

– Trochę.

– Studiował pan orientalistykę lub arabistykę?

– Nie.

– Abył pan wIraku? – dociekał sprzedawca.

– Dlaczego akurat tam?

– Mam nosa iznam się na ludziach – odparł starzec.

Victor wziął książkę do ręki, przerzucił kilkanaście kartek. Mig­nął mu jakiś akapit na przypadkowej stronie. Jednak wzrok powędrował wyżej, ponad książkę. Na półce, na ciemnym tle Moss dostrzegł kontury jakby znajomego przedmiotu. Przyjrzał się zaintrygowany. Zauważył coś, co przypominało pamiętny notes.

To ten? Serce zabiło mu mocniej.

Przyjrzał się mu. Był podobny do tego, który dał Novakowi.

– Czy mogę zobaczyć ten notes?

– Jaki notes? – Antykwariusz nawet nie próbował śledzić spojrzenia klienta.

– Ten leżący po prawej stronie na półce. – Victor pokazał palcem.

– Niestety nie – odparł zdecydowanie starzec.

– Dlaczego? Może go kupię.

– Nie jest na sprzedaż – stanowczo oświadczył antykwariusz.

– Jak mnie zainteresuje, to dobrze zapłacę – naciskał Moss.

– Nie jest mój – wyjaśnił sprzedawca izasłoniwszy go sobą, dodał: – Zapomniał go jakiś klient.

– Rozumiem. – Moss próbował ukryć niecierpliwość.

Ciarki przeszły mu po plecach na samą myśl, że notatnik może być tym samym, który…

Czuł, jak sprawa notesu wciąga go niczym bagno icoraz trudniej mu się temu przeciwstawić.

– Ajak wyglądał jego właściciel ikiedy tu był?

Posiwiały antykwariusz spojrzał na niego uważnie spod grubych szkieł.

– Apan zpolicji? Bo myślałem, że wojskowy.

Zbity zstropu Victor zawahał się na moment. Skąd to wie? Przecież nigdy tu nie byłem, przemknęło mu przez myśl.

– To był… to jest mój… – szukał odpowiedniego słowa.

– Pan wybaczy, ale nie interesują mnie pana prywatne sprawy. Kupuje pan tę książkę?

– Jaka jest jej cena?

– To stosunkowo nowa pozycja. Pięćset euro – wycenił sprzedawca.

– Ama pan coś starszego?

– Co pan przez to rozumie?

– Zczasów perskich – sprecyzował Amerykanin.

– Potrzebuje pan dla siebie czy na prezent?

– Dla siebie.

Antykwariusz opuścił wzrok na trzymaną przez Victora książkę iwyjaśnił:

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale mam wrażenie, że sam pan nie wie, czego szuka.

– Tak, ma pan rację – odparł zmieszany Victor. – Szukam prezentu dla mojego znajomego, który jest znawcą tej literatury.

– To proszę spytać go dokładnie, czego poszukuje, aja postaram się spełnić jego oczekiwania.

– Jasne – skwitował Victor. – Adla siebie poproszę coś zXVIII wieku.

Sprzedawca, odziwo, nie starał się wepchnąć mu towaru, wręcz przeciwnie. Moss odnosił wrażenie, że starzec odracza moment sprzedaży. Tak jakby zbyt mocno przywiązał się do zgromadzonego księgozbioru. Ponownie zaczął się bacznie przyglądać klientowi. Nie ufał mu.

– Acoś bliżej?

– Kroniki morskie.

Antykwariusz chwilkę się zastanawiał, po czym równie cicho, jak się pojawił, zniknął na zapleczu.

Victor wyszedł zapalić. Niedopałek porzucony przez niego na ulicy zdążył spopielić się do reszty. Moss wrócił do antykwariatu izniecierpliwiony dłuższym oczekiwaniem na właściciela, spytał:

– Czy ma pan już coś dla mnie?

– Jeszcze chwilkę cierpliwości. – Usłyszał głos dochodzący gdzieś zgłębi pomieszczenia, zza brązowej kotary. – Szukam dla pana podobnego artefaktu jak ten notes. Zagubionej iodnalezionej książki, bo tego chyba pan tak naprawdę szuka. Prawda?

– Wpewnym sensie.

– Wpewnym sensie, mówi pan – odpowiedział zzaplecza antykwariusz. Dodał jakby do siebie, ściszonym głosem: – Taak. Nad nim może się pochylać tylko tęgi umysł.

Victor znów spojrzał na notes, sięgnął po niego. Chciał przewertować choć kilka stron, lecz szuranie nóg starego antykwariusza tuż za kotarą spłoszyło go i notatnik wylądował w kieszeni spodni.

– Nie mogę dłużej czekać – rzucił, odchodząc. – Proszę nie szukać!

Energicznym ruchem godnym pantery skoczył do wyjścia. Złapał za klamkę, ta nie ustąpiła. Spróbował ponownie, ztym samym efektem, iuznał, że najwidoczniej została zablokowana.

Ato spryciarz ze starego! – przemknęło mu przez myśl.

Wtedy usłyszał za plecami spokojny głos:

– Proszę silniej nacisnąć. To stary zamek ilubi się zacinać.

Moss chwycił oburącz za klamkę iponownie silnie ją nacisnął. Omały włos nie upadł, gdy klamka tym razem łatwo się poddała, otwierając drzwi.

Zrobił ze mnie bałwana! – pomyślał wzłości, stojąc na progu.

Ztrudem uśmiechnął się na pożegnanie isięgnął do drugiej kieszeni. Wyciągnął zwitek dolarów inie przeliczając, położył na parapecie okna wystawowego tuż przy wyjściu.

– To zaliczka – bąknął, wbijając wzrok wpodłogę.

Wyszedł. Zkażdym krokiem uświadamiał sobie, jak głupio postąpił.

Jutro oddam – ztym postanowieniem przyspieszył, kierując się wstronę jednostki.

Po wieczornym capstrzyku usiadł wygodnie za biurkiem wpokoju oficera dyżurnego. Wyciągnął nogi na blat itrzymając papierosa, położył notes na nogach. Okadził go wielokrotnie dymem, odwlekając zajrzenie do środka, jakby zobawy znalezienia czegoś niewygodnego. Kiedy żar papierosa dosięgnął filtra, Victor zgasił go na podeszwie, rzucając peta niedbale na podłogę. Wziął notes izaczął się mu przyglądać. Był bardzo podobny do tamtego. Miał równie podniszczoną skórzaną okładkę pamiętającą jeszcze początki minionego wieku. Zciemnobrązowego lica zzagiętymi rogami wyzierało kilka jaśniejszych rys ukazujących solidną grubość skórzanej oprawy. Na kartkach drobne arabskie pismo przysłaniały ciemne plamy powstałe na pierwszy rzut oka zwysokiej temperatury. Po następnych, już wolnych od skazy zorientował się, że przegląda notes od końca. Odwrócił go izobaczył zapisane jakieś zdania, terminy igodziny. Pamiętał to pismo zmisji arabskich.

Na marginesie jednej zkart zanotowane były wnietypowy sposób wyrazy, tworzące pomiędzy sobą luki, aprzecież miejsca tam było niewiele itaki styl zapisu stanowił swoistą rozrzutność. Na kilku innych stronach było podobnie. Przełknął ślinę.

Wtakim razie po co te luki? – pomyślał, sięgając zwyczuciem po szklankę whisky. Nie odrywając wzroku od zapisków, przybliżył jednocześnie notes pod lampę turystyczną oświetlającą pokój. Kiedy przełknął alkohol, zobaczył, jak ogrzana kartka ujawnia wowych lukach brakujące wyrazy kreślone innym arabskim pismem. Po kilku minutach zaczęły blednąć, aż znowu całkiem znikły. Że też się chciało komuś zadawać sobie taki trud, pomyślał, sprawdzając kolejnych kilkanaście kartek zpodobnym sposobem zapisu marginalizowanych pozornie adnotacji.

Victor przyśpieszył wertowanie notesu, szukając wśród notatek pisanych tym samym charakterem tych dwóch, które być może wpłynęły na ostatnie wydarzenia, amoże na coś jeszcze. Bez trudu natrafił na zapiski pismem klinowym, gdyż karty, na których się znajdowały, wyróżniały się na tle innych grubością izostały wszyte wsamym środku tak, jakby od samego początku przeznaczono dla nich to miejsce. Dzięki grubszym kartom pismo wyglądało bardzo plastycznie, jakby ryte na glinianej tabliczce, tak że można było zobaczyć kreski zwgłębieniami tworzącymi kliny wróżnych układach, ale pisane wzdłuż poprzecznych linii.

Lepsze od zdjęcia – trafnie ujął to wmyślach. Zaschło mu wgard­le. Położył notes otwartymi stronami na blacie stolika iwyszedł na korytarz. Nalał sobie czarnej lury zwanej tutaj kawą iznów sięg­nął po notes. Za plecami usłyszał delikatne drganie drzwi pokojowych. Spojrzał wtym kierunku, lecz nikt się nie pojawił.

– Wejść! – rzucił po wojskowemu.

Ale nikt się nie odezwał ani nie wszedł. Nastała cisza. Victor odczekał chwilę, nasłuchując, iwtedy obok przejechała jakaś ciężarówka, wywołując ponowne drżenie drzwi. Rozluźnił się iwrócił do czytania. Kilkanaście kartek wśrodku było pustych. Podłożył notes pod lampę, bacznie obserwując płaszczyznę jednej znich. Jak na marginesach innych, na tej też zaczęły się pojawiać pojedyncze litery łączące się znastępnymi tak, że tworzyły ostatecznie zdania oraz całe wersy. Najwidoczniej temperatura żarówki ujawniła kolejną tajemnicę notesu.

– Onie… – Zaintrygowanie zmieszało się zwizją ogromu czekającej go pracy.

Drobne, ciasne pismo wymagało wielu żmudnych godzin. Chcąc nie chcąc, wziął kartkę papieru izaczął spisywać literę po literze. Przerwało mu gwałtowne otwarcie drzwi imeldunek podoficera:

– Panie majorze! Trzecia iczwarta drużyna zostały postawione wstan alarmu! Wyjazd za pięć minut!

Moss mocno zniekształcił stawianą właśnie literę. Szybko zbierał myśli.

– Co jest, kapralu?

– Pułkownik zwołuje wszystkich oficerów na odprawę iprosi też pana onatychmiastowe zameldowanie się uniego.

– Zrozumiałem. Możecie odmaszerować.

Jeszcze drzwi się domykały, aon już stał na równych nogach. Dopiął oraz obciągnął bluzę, potem założył beret ipobiegł do dowódcy.

Był to tylko próbny alarm. Kiedy wrócił po kwadransie do siebie, od razu zauważył, że notes zbiurka zniknął! Stojąc jeszcze wdrzwiach, błyskawicznie zlustrował pokój – szukając śladów obecności złodzieja. Puścił klamkę ipodbiegł do okna. Było zamknięte, podobnie jak zamek wdrzwiach. Zawołał dyżurnego.

– Czy ktoś wchodził do mojego pokoju?

– Tak.

– Kto?

– Tłumacz Rahman.

– Co to za jeden?

– Pracuje przy misjach bliskowschodnich. Powiedział, że pilnie potrzebuje pan jakiegoś notesu. Wpuściłem go. Poszedł znim do sztabu wraz zeskortującym żołnierzem. Nie pozwoliłbym sobie na brak nadzoru – usprawiedliwiał swoje postępowanie dyżurny, widząc zdenerwowanie oficera.

Moss zaczął sobie przypominać sytuację wbaraku sztabowym, kiedy wszedł tam jakiś cywil oarabskich rysach. Zerknął na zebranych ispytał, czy był wzywany. Przeczące ruchy głów oficerów wypchnęły go za drzwi.

– Psiakrew! – wrzasnął. – Tyle razy mówiłem, żeby nie wpuszczać nikogo do pokoju podczas mojej nieobecności!

Tamten odruchowo mrugnął powiekami imilcząc, odczekał chwilę.

– Mówił, że to ważne iże owszystkim pan wie, majorze.

– Szukaj go, choćbyś miał przeszukać cały garnizon!

– Rozkaz!

Obawy potwierdziły się. Tłumacz wyparował inikt nie potrafił tego wyjaśnić. Jedynie próba opuszczenia koszar przez Rahmana stanowiła jakiś trop.

Nazajutrz Moss spotkał się przypadkowo zpułkownikiem Coshem na korytarzu kwatermistrzostwa.

– To już pan wie? – zagadnął zaskoczony Cosh.

– Co takiego?

Pułkownik, widząc reakcję majora, spojrzał wkierunku obserwujących ich ukradkiem żołnierzy.

– Proszę przyjść do mnie za kwadrans – oznajmił krótko, nie patrząc Mossowi woczy.

Kiedy Victor przyszedł oczasie do sekretariatu pułkownika, jego samego jeszcze nie było. Niezorientowana sierżantka poprosiła go ochwilę cierpliwości, którą zabrało mu przyglądanie się nie tylko jej zgrabnym palcom stukającym na komputerowej klawiaturze. Wchodzący nagle Cosh musiał to wychwycić, bo uśmiechnął się lekko iod razu poprosił sekretarkę okawę, idąc do swego pokoju. Pytanie oliczbę filiżanek zbył milczeniem, machnąwszy do majora zapraszającym gestem.

– Majorze, po co panu ten notes? – zapytał na wejściu.

– Mam nadzieję dzięki niemu odnaleźć sierżanta Novaka.

Badawcze spojrzenie Cosha nie zdradzało zaskoczenia. Siadając niedbale na biurku, sięgnął po teczkę zrozkazami do podpisu iprzeglądając je, powiedział:

– Powiem panu wprost.

Po tych słowach odłożył teczkę, ścierając ztwarzy resztki uprzejmości.

– Nie życzę sobie prywatnego śledztwa wmojej jednostce, atym bardziej robienia zamieszania zpowodu jakiegoś dezertera. Zrozumiano?!

– Panie pułkowniku…

– To rozkaz – uciął Cosh. – Rozumiemy się?

– Tak jest. – IMoss od razu przeszedł do obrony: – Mogę odejść?

– Możecie.

Wzburzony zrobił zwrot iusłyszał zza swoich pleców:

– Rozumiem pana, ale są od tego procedury istosowne służby.

Victor, nie odwracając się, kiwnął energicznie głową iwyszedł bez słowa.

Kiedy ochłonął, postanowił pomimo wszystko odwiedzić ponownie antykwariusza.

Po dłuższym kluczeniu uliczkami starej dzielnicy odnalazł swój cel, ale antykwariat był zamknięty. Na drzwiach wisiała tabliczka: Nieczynne zpowodu choroby.

Gdyby nie poczucie winy, zapewne dałby sobie ztym spokój, mając wtych okolicznościach wygodne usprawiedliwienie, jednak potrzeba zwrócenia notesu zmusiła Victora do dołożenia starań oznalezienie mieszkania starca. Niestety, sąsiadujący zantykwariatem sklepikarze wzruszali bezradnie ramionami, podobnie urzędnicy ratusza, zasłaniający się zachowaniem poufności danych osobowych. Traf sprawił, że idąc ulicą, Moss dostrzegł listonosza wręczającego komuś paczkę. Zastosowany argument zwrotu ważnego notesu izakładka wpostaci banknotu zdołały przekonać doręczyciela poczty do ujawnienia miejsca zamieszkania antykwariusza. Niestety, drzwi domu były zam­knięte na głucho. Zrezygnowany Victor wrócił więc do jednostki, rozważając po drodze konieczność pogodzenia się zlosem.

– Ktoś opana pytał, majorze – przywitał go oficer dyżurny.

– Dziewczyna? – spytał zaczepnie Moss z szelmowskim uśmiechem.

– Przeciwnie. Jakiś starzec. Powiedział, że jest mu pan coś winien.

– Coś winien? Psiakość! Dopiero co go szukałem! – skomentował niepocieszony Victor idopytał: – Zostawił coś? Telefon, adres?

Jak wynikało zmeldunku dyżurnego, starzec najpierw wypytywał oto, kim mógł być jego klient, agdy nie otrzymał odpowiedzi, opisał pożyczony przedmiot izażądał, aby go jak najszybciej zwrócono na adres antykwariatu.

Victor miał złe przeczucia.

Podziękował za meldunek izaciskając zęby, poszedł do siebie. Kolejne dni upłynęły mu na intensywnych ćwiczeniach poligonowych. Gdy wrócił do jednostki, dowiedział się podczas przesłuchania, że antykwariusza znaleziono zastrzelonego zpistoletu. Zginął akurat wtedy, kiedy Moss był pod jego domem. Victorowi od razu przypomniała się inna ofiara notesu. Tłumaczył, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią starca, ajedyną pobudką, jaką się kierował, idąc do antykwariusza, był zamiar zwrócenia mu notesu. Wyjaśnił, że nieszczęsnego dnia nawet go nie widział. Na poparcie swych słów położył przed przesłuchującym go żandarmem zwykły notes, który przygotował sobie wcześniej. Aby wyglądało to jeszcze dobitniej, położył także swój pistolet. Tylko amerykański status uchronił go przed aresztowaniem, jednak dostał znowu rozkaz pozostawania wjednostce do czasu dalszych rozstrzygnięć. Leżąc na łóżku, nie mógł doszukać się jakiegoś głębszego związku pomiędzy nim, notesem aśmiercią starca. Sama myśl, że antykwariusz mógłby ponieść karę za utratę notatnika, wywołała wnim wyrzuty sumienia.

Kilka następnych dni upłynęło na przesłuchaniach, które męczyły Victora wdwójnasób. Na szczęście nikt nie widział jego ianty­kwariusza razem wferalną godzinę, aco lepsze, jeden ze sklepikarzy wyznał, że zobaczył Mossa, jak szedł samotnie oddaloną ulicą prowadzącą do jednostki. Ostatecznie badania balistyczne wykluczyły zpodejrzeń jego broń, co pozwoliło na zwolnienie go zaresztu garnizonowego.

Nie był to jednak koniec sprawy. Jeszcze tego samego dnia pułkownik poprosił go do siebie, oznajmiając:

– Cenię sobie pana kwalifikacje jako żołnierza, ale nie chcę mieć dalszych kłopotów. – Dowódca spojrzał na Mossa, dodając: – Wprawdzie my nie podlegamy jurysdykcji władz niemieckich, ale nie możemy sobie pozwolić nawet na cień podejrzeń itworzenia dyplomatycznych problemów.

Skąd to nagłe przeczulenie? – pomyślał major. Milczał jednak, czekając na dalszy ciąg.

– Wysyłamy pana do domu – usłyszał wyrok. – Ma pan jakieś pytania?

– Tak, panie pułkowniku.

– Słucham, tylko krótko.

– Czy mogę się czuć wpełni oczyszczony? Ikiedy nastąpi wyjazd?

– Tak. Kartotekę masz czystą, ale ostatnie teorie, które wokół ciebie krążą, zaczynają żyć własnym życiem. Wylatujesz dzisiaj wnocy.

– Czy mogę poprosić odwa, trzy dni zwłoki?

– Chcesz się jeszcze bardziej pogrążyć?! Wykluczam taką możliwość.

Major wstał izasalutował.

– Mogę odmaszerować?

– Nie wolno ci opuszczać koszar, majorze, iproszę czekać wswoim pokoju.

Nagle surowa twarz dowódcy złagodniała.

– Postaraj się przez jakiś czas unikać smrodu. Powodzenia – rzucił na pożegnanie.

Moss wszedł do swojego pokoju wściekły. Czuł, że wStanach dostanie wnajlepszym razie biurową pracę wsztabie za marny żołd, ito nie wiadomo na jak długo, amiał do spłaty kredyt za dom na Florydzie, wktórym mieszkała matka.

– Niech to szlag trafi! – wycedził przez zęby.

Ochłonął wdrodze do kasyna. Szukał towarzystwa, aszczególnie jednego zzaprzyjaźnionych oficerów, aby rozładować emocje.

– Coś się stało? – spytał kompan zkorpusu oficerskiego, widząc jego posępną minę.

– Przekazuję ci obowiązki.

– Dlaczego?

– Lecę do domu. Nie chce mi się długo otym mówić, ale to tak dla ciebie: coś plącze się za mną inie wiem co.

– Możesz odwołać się do generała – doradzał kolega. – Znam jego adiutanta.

Major przetrawił propozycję, przełykając drinka, iwkońcu zoporami na nią przystał. Pożegnali się, wierząc, że sprawa zostanie odkręcona. Po sporządzeniu raportu Victor przekazał go wskazanemu oficerowi. Rozpoczął pakowanie swoich rzeczy tak na wszelki wypadek, bo dopóki odwołanie nie zostanie uznane, miał wracać do Stanów. Było tego zresztą niewiele, więc po pięciu minutach worek był gotowy. Moss położył się na łóżku, nerwowo podkładając dłonie pod kark.

Wzorowa, piętnastoletnia służba, odznaczenia… – szacował swe atuty. Czyżby jakiś rzekomy incydent ze starym „molem książkowym” miałby przekreślić moje dokonania? – dumał, błądząc wzrokiem po suficie.

Chodziła po nim mucha. Po chwili sfrunęła prawie pionowo na podłogę. Zciekawości Moss powędrował za nią wzrokiem izauważył coś białego leżącego tuż przy dolnej krawędzi szafki. Ze szczeliny pomiędzy meblem apodłogą wystawał niewielki róg papieru. Victor usiadł na łóżku ipomyślał, że to kopia jego ostatniego raportu. Papier jednak był pożółkły.

– Nie. To nie może być mój raport.

Klęknął przy skrawku. Paznokciem wysunął kartkę zapisaną odręcznym arabskim pismem.

– Skąd się tu, do licha, wzięły te zapiski?

Kilkanaście słów opisywało jakieś miejsce. Słysząc odgłos zbliżających się kroków, szybko włożył kartkę do górnej kieszeni munduru.

Dopinał guzik, gdy ktoś energicznie otworzył drzwi. Victor spojrzał wtamtym kierunku: wpokoju pojawił się Cosh ipatrzył na tapczan. Widząc puste miejsce, zamierzał wyjść, jednak coś go tknęło izajrzał za drzwi.

– A, tu pan jest! – zauważył ironicznie. – Chowa się pan przede mną?

– Sznurowadło – wyjaśnił major, klepnąwszy but.

– Co to ma znaczyć? – Pułkownik wyciągnął raport, którego kartka lekko drgała wjego ręku.

Moss domyślił się, że zapewne chodzi oodwołanie do generała.

– Zależy mi na służbie liniowej, anie biurowej – odparł, wstając.

Najwidoczniej trafił wczuły punkt Cosha, bo ten zmienił ton na mniej szorstki.

– Nie lubię, jak podlegli mi oficerowie działają za moimi plecami, ale tym razem zrobię wyjątek izapomnę osprawie.

– Czy mogę zatem liczyć na zmianę rozkazu?

Pułkownik położył dłoń na jego ramieniu izagryzł wargę.

– Zobaczymy – wymówił prawie szeptem, jakby się bał, że go ktoś usłyszy.

Wyszedł. Pozostawiony samemu sobie Victor zaczął szacować swoje szanse.