Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 315 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Art & Soul - Brittainy C. Cherry

Nowa powieść autorki „Kochając pana Danielsa”.

W szkole średniej byłam młodą, niepozorną artystką. Nie zauważano mnie. Pomijano. Olewano. Teraz jestem Arią Watson... „Tą” dziewczyną. Jedna zła decyzja i zostałam zauważona – przypięto mi etykietkę puszczalskiej. Zostałam zdzirą. Śmieciem. I już nigdy nie będę niewidzialna.

Szczególnie dla Leviego Myersa. Był dziwnym chłopakiem o pięknej duszy, który zaakceptował i zrozumiał ukrytą w moim wnętrzu zbolałą dziewczynę. Nie planowałam się zakochać. Jednak czy mogłam oprzeć się jego obietnicom? Przebaczeniu? Przyszłości, o której już prawie przestałam marzyć?

Byliśmy rozbici. Poznaczeni bliznami. Byliśmy dziwni i piękni zarazem. Byliśmy dwiema zagubionymi duszami, które trzymały się jedynej rzeczy mogącej je spoić. Siebie nawzajem.

Opinie o ebooku Art & Soul - Brittainy C. Cherry

Fragment ebooka Art & Soul - Brittainy C. Cherry

Dla Babci.

Kocham Cię.

Tęsknię za Tobą.

Kocham Cię jeszcze bardziej.

Dusza bowiem barwi się wyobrażeniami.

~ Marek Aureliusz[1]

[1] Cytaty z Marka Aureliusza w przekładzie Mariana Reitera [przyp. tłum.].

barwa | rzeczownik, rodzaj żeński

1. Odcień, cecha nadająca charakter komuś lub czemuś.

2. Jej.

3. Moja.

4. Nasza.

ROZDZIAŁ 1

Levi, lat siedemnaście

Mama znów się zamartwiała. Zacząłem mieć wyrzuty sumienia, ponieważ nie podzielałem jej obaw.

Powiedziała, że ją porzucam, jednak starałem się jak mogłem, by zrozumiała, że było inaczej. Trzymałem komórkę w pewnej odległości od ucha, słuchając jej głosu pełnego niepotrzebnych, choć dobrze mi znanych obaw. Mama wszystkim martwiła się za bardzo, ciągle robiąc z igły widły. Moja ciotka, Denise, powtarzała jej nieustannie, że główną przyczyną rozpadu jej związków był błędny sposób rozumowania. „Właśnie dlatego nie ułożyło ci się z Kentem, Hannah. Odepchnęłaś go”, pouczała. „Właśnie dlatego z nikim się nie umawiasz, Hannah. Jesteś niestabilna emocjonalnie i boisz się bliskości”.

Denise od dwóch lat była mężatką, przez co najwyraźniej stała się związkowym guru.

– Nie chcę tylko, żebyś znowu cierpiał, Levi. – Mama westchnęła do słuchawki. Obwiniała siebie za mój wyjazd do Wisconsin, chociaż to ja podjąłem decyzję, że spędzę ten rok z ojcem. Nie widziałem go, odkąd skończyłem jedenaście lat, i miałem jakieś dziwne przeczucie, że jeśli nie spróbuję odbudować relacji z tym człowiekiem, to nigdy w pełni nie poznam własnego ojca. Poza tym mama potrzebowała wytchnienia. Ja również go potrzebowałem.

Od zawsze uczyłem się w domu, więc w pewnym momencie zaczęła traktować mnie tak, jakbym był jej drugą połówką. Niemal już z nikim nie rozmawiała, prócz Denise i mnie.

Denise powtarzała mi: „Nie jesteś dobry dla mojej starszej siostry, Levi Myersie. Wiem, że jesteś jej synem, jednak nie jesteś dla niej dobry”.

– Nic mi się nie stanie, mamo. – Nie powiedziała już nic więcej, lecz wyobraziłem sobie, jak zdenerwowana stuka paznokciami o najbliższą powierzchnię, sącząc lurowatą kawę. – Serio.

– Dobrze. Ale jeśli będzie ci u niego źle, to przeniesiesz się do Lance’a, prawda? Albo wrócisz do domu? – Umilkła na chwilę. – Wrócisz do domu, jeśli to będzie zbyt trudne, dobrze? – Oboje wiedzieliśmy, że tak naprawdę nie mieliśmy wyboru. Nie byłem dobry dla niej i dla jej zdrowia psychicznego. Miałem nadzieję, że będę lepszy dla ojca. Skinąłem głową, jak gdyby mogła mnie zobaczyć, a ona ciągnęła: – To gdzie teraz jesteś?

– Czekam na autobus do miasta.

– Autobus?

– Najwyraźniej tacie zepsuł się samochód.

Wymsknęło jej się kilka przekleństw, a ja skrzywiłem się z powodu jej oczywistej niechęci do mojego ojca. Trudno mi było sobie wyobrazić, że kiedyś byli zakochani. Nie za bardzo znałem tatę, a tych kilka rzeczy, które o nim wiedziałem, usłyszałem od matki. Dopóki nie skończyłem jedenastu lat, każdego lata przyjeżdżałem do niego na tydzień. Przysyłał mi kartki na święta i na urodziny; załączał do nich pieniądze i samoprzylepne karteczki z krótkimi wiadomościami. Nie było to nic wielkiego, jakieś życzenia wszystkiego najlepszego z okazji urodzin czy wesołych świąt w Boże Narodzenie. Wciąż miałem je wszystkie w pudełku po butach.

Jednak nastał rok, gdy przestały przychodzić. Powiedział mamie, że lepiej będzie, jeśli nie będę go odwiedzał, chociaż nigdy nie podał przyczyny. Moim celem na ten rok było znalezienie odpowiedzi, dlaczego nie chciał moich wizyt i dlaczego przestał pisać. Zamierzałem dołożyć wszelkich starań, by rozwikłać zagadkę tego, co zaszło między nami.

– Zadzwonię do Lance’a i poproszę, żeby cię podwiózł.

– Mamo, nie. Lance jest w pracy. I to nic takiego.

Lance był moim wujkiem, bratem taty i jedynym powodem, dla którego matka pozwoliła mi spędzić ten rok z ojcem. Pomógł mi ją przekonać, że ta przeprowadzka może się wszystkim nam przysłużyć. Obiecał mnie pilnować.

Chociaż nie potrzebowałem, żeby to robił. Nie byłem już dzieckiem, a mieszkając z matką, naoglądałem się wystarczającego chaosu, by przetrwać rok z ojcem. Musiałem szybko dorosnąć i stać się mężczyzną, bo w naszym życiu z mamą takowego brakowało.

Oparłem się o słupek na przystanku autobusowym, rzuciłem torbę podróżną na ziemię, po czym oparłem o nią futerał ze skrzypcami.

– Już w porządku. I tak autobus już jedzie – skłamałem. Trzymałaby mnie przy telefonie dłużej, niż chciałbym rozmawiać. – Zadzwonię później, dobrze?

– Dobrze. Zadzwoń później. Albo ja do ciebie zadzwonię. Zadzwonię, co? Aha, Levi?

– Tak?

– Kocham cię po wszystkie czasy.

Powtórzyłem te słowa, które kierowała do mnie, odkąd sięgałem pamięcią. Z jakiegoś powodu miała przedziwne zamiłowanie do piosenki Love You Till The End, zespołu The Pogues, więc przez całe moje życie ten utwór przynajmniej raz dziennie odtwarzany był w naszym salonie.

Jadąc autobusem, zastanawiałem się, jakiego rodzaju muzyka wypełniała dom ojca.

Mogłem się założyć, że nie The Pogues.

Najwcześniejszy autobus zmierzający w stronę domu taty wysadził mnie na przystanku oddalonym od mojego celu o dwadzieścia minut spacerem. Nie przeszkadzało mi to, poważnie – no może oprócz ciemnych chmur wiszących mi nad głową. Zaczęło mżyć, kiedy byłem w połowie drogi, przyspieszyłem więc i ni to marszem, ni to biegiem pognałem przed siebie.

W końcu dotarłem do domu ojca. Na trawniku zobaczyłem jego samochód: miał uszkodzoną maskę, zbity jeden reflektor i nikt nie pofatygował się, by zamknąć drzwi od strony kierowcy. Na ganku migotało światło, które ledwie przyciągało muchy i ćmy. W ogrodzie stał leżak, który wyglądał tak, jakby nikt nie używał go od lat siedemdziesiątych, a na brązowiejącej trawie leżało nadjedzone danie z mikrofali.

Najlepsze, co mogło spotkać ten trawnik, to deszcz, który właśnie padał.

Wszedłem na drewniany ganek, który skrzypiał i piszczał przy każdym, nawet najmniejszym, ruchu. Istniała realna szansa, że rozpadnie się od samego mojego ciężaru.

Czarne drzwi były uchylone, więc nie zawracałem sobie głowy pukaniem.

– Tato?

Nie dostałem odpowiedzi.

Wszedłem do przedpokoju, z którego zobaczyłem go w salonie na kanapie. Przynajmniej dom jest czysty, w przeciwieństwie do trawnika. Nogi taty zwisały poza oparcie, a dźwięk, jaki się stamtąd dobywał, podpowiadał mi, że ojciec śpi.

– Tato. – Obrócił się, ale nie obudził.

Po tych wszystkich latach patrząc na niego, miałem mieszane uczucia. Byłem szczęśliwy, smutny, rozżalony i zły, wszystko naraz. Miałem ochotę krzyczeć na niego za to, że mnie opuścił, i uściskać, bo pozwolił mi wrócić po całym tym czasie.

Pragnąłem, by powiedział, że tęsknił, by przeprosił i wyjaśnił, dlaczego nie odzywał się przez ostatnie lata.

Jednak najbardziej chciałem, by się obudził.

Odchrząknąłem, jednocześnie próbując zapanować nad emocjami.

– Tato – powiedziałem, tym razem głośniej, trącając jego nogi podeszwą swojego niebieskiego trampka. Mruknął coś, po czym obrócił się twarzą do kanapy. – Żartujesz sobie? – wymamrotałem pod nosem, nim rzuciłem na niego torbę. – Tato!

Usiadł i się skrzywił.

– Co, u diabła? – Potarł zmęczone oczy. Zacisnął dłonie w pięści i uniósł głowę, by na mnie spojrzeć. – Ty to zrobiłeś?

– Tak. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć, że przyjechałem.

Podrapał się po szpakowatej brodzie, po czym znów się położył twarzą do kanapy.

– Twój pokój jest na końcu korytarza po prawej. – Nie minęło dużo czasu, nim ponownie chrapał.

– Ciebie też miło widzieć.

Wszedłem do swojej sypialni, w której znalazłem świeżo posłane łóżko oraz komodę, na której leżały ręczniki i przybory do kąpieli.

Przynajmniej o mnie pomyślał.

Na podłodze stało kilka kartonów z moimi rzeczami, które przysłała mama. Nic więcej.

Mój telefon zadzwonił, na ekranie pokazało się imię Lance’a.

– Słucham?

– Cześć, Levi! Dotarłeś cały i zdrowy? Wiem, że Kent miał cię odebrać z lotniska, ale i tak chciałem się upewnić.

– Tak, już jestem. Samochód taty się zepsuł, więc przyjechałem autobusem, ale jakoś dotarłem.

– Młody, trzeba było do mnie dzwonić, przyjechałbym po ciebie.

– Dałem radę, wiedziałem, że pracujesz. To nie była trudna wyprawa.

– Następnym razem, jak będzie ci czegoś trzeba, nie wahaj się i dzwoń. Rodzina jest ważniejsza niż praca, prawda? Rozpakowujesz się? Kent się tobą zajął?

– Właściwie to śpi.

Lance umilkł na chwilę.

– Tak, ostatnio często mu się to zdarza. Na pewno nic ci nie trzeba? Jedzenia? Towarzystwa? Jedzenia i towarzystwa? Mogę przyjechać i zagadać cię na śmierć. – Roześmiał się.

– Nie, serio, nie trzeba. Chyba się po prostu rozpakuję.

– Dobra, ale zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebował, bez względu na porę.

– Dzięki, Lance.

– Nie ma sprawy, kolego. Do zobaczenia.

Odłożyłem telefon, usiadłem na łóżku i zagapiłem się na puste ściany. Nie mogłem nazwać tego miejsca domem. Czułem się tu obco. Z mamą mieszkaliśmy w Alabamie, a naszym domem była chata w lesie. Jedyną dobrą rzeczą tutaj był ogród otoczony drzewami. Bez tych drzew i wspomnień o ojcu prawdopodobnie czułbym się tu jak na Plutonie.

Otworzyłem jedno pudło i wyjąłem z niego płyty, całą kolekcję najróżniejszych gatunków muzycznych. Z łatwością mogłem w niej znaleźć jazz, jak również płytę Jaya Z oraz The Black Crowes. Mama była muzykiem i wierzyła, że warto zapoznać się z każdym gatunkiem. W ciągu dnia słuchaliśmy wszystkiego, co się dało, właściwie w naszym domu rzadko panowała cisza.

Dom ojca milczał.

W kolejnym kartonie znajdowały się rozmaite książki naukowe: encyklopedia, słowniki pojęć oraz dwutomowa edycja słownika oksfordzkiego. Uczyłem się w domu i mama codziennie kazała mi przeglądać te wydania i znajdować w nich dziesięć słów, których jeszcze nie znałem, abyśmy mogli używać ich we wspólnie pisanych piosenkach. W innych pudłach znajdowały się serie: Harry Potter, Igrzyska Śmierci, Opowieści z Narnii, wszystkie książki Stephena Kinga oraz dziesiątki innych pozycji.

Zacząłem kartkować jeden ze słowników.

chcieć | czasownik modalny niedokonany

1. Pragnąć lub życzyć sobie kogoś lub czegoś;

2. Potrzebować kogoś lub czegoś;

3. Mieć chęć na coś.

Chciałem, by tata chciał mnie choć trochę. Chciałem, by mama nie chciała mnie tak bardzo. Chciałem być chciany, ale nie chciany za bardzo.

Zamrażarka pełna była gotowych dań. Na półkach w lodówce leżały kanapki z wędlinami, owoce, resztki pizzy, stało piwo taty i piwo korzenne[2].

Przynajmniej pamiętał o moim ulubionym napoju.

Na kolację zjadłem ohydne ziemniaki i pieczeń, popijając to wszystko dwiema butelkami piwa korzennego. Tata jadł to samo, ale w innym pokoju. Przez resztę wieczoru trzymałem się od niego z dala, poszedłem do lasu pomimo deszczu. Wysoko, między powykręcanymi gałęziami drzew znajdował się domek, który wspólnie zbudowaliśmy, gdy miałem dziewięć lat. Wydawało mi się, że był większy, najwyraźniej tak właśnie działają wspomnienia – nie zawsze oddają stan faktyczny.

Na pniu widniały wyryte nasze inicjały, a pod nimi słowa: „Siedziba mężczyzn”.

Przeciągnąłem palcami po każdym słowie.

Nie pamiętałem rycia tych liter.

Zacząłem się zastanawiać, o czym jeszcze zapomniałem w związku z tym miejscem.

Wspiąłem się po mokrych, choć nadal dość stabilnych szczeblach na drzewo i usiadłem w ciasnym domku, w którym pełno było pajęczyn, martwych robaków i starych puszek po piwie. W rogu stał wysłużony odtwarzacz, na którym słuchaliśmy z tatą naszych ulubionych płyt, kiedy się tu wygłupialiśmy i zbijaliśmy bąki.

Bez namysłu wcisnąłem guzik odtwarzania, jednak sprzęt był tak samo martwy jak robaki.

Usiadłem przy oknie ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i zagapiłem się na padający deszcz.

Deszcz zawsze przypominał mi o mamie.

Może zaczynałem trochę za nią tęsknić.

[2]  Amerykańskie piwo korzenne zwykle nie zawiera alkoholu, dlatego pijają je też dzieci i młodzież [przyp. red.].

ROZDZIAŁ 2

Aria, lat szesnaście

Powinnam już spać.

Jednak deszcz uderzający o dach domu z bezlitosną siłą sprawiał, że nie mogłam zmrużyć oka. Obróciłam głowę, by spojrzeć na zegarek elektroniczny stojący na stoliku nocnym. Czerwone światło nieustannie przypominało mi o tym, dlaczego powinnam już zasnąć.

Była druga dwadzieścia dwie.

Podniosłam się nieco i oparłam plecami o zagłówek. Odrzuciłam na bok brzoskwiniowo-brązową kołdrę i westchnęłam. Wsadziłam kciuk do ust i zaczęłam obgryzać i tak już krótki paznokieć.

Nie znosiłam spokoju panującego w domu. Nie podobało mi się to, że wszyscy domownicy potrafili spać przy dźwiękach burzy przetaczającej się nad Mayfair Heights. Nie mogłam znieść faktu, że zapewne śnili o pięknych, szczęśliwych chwilach, podczas gdy ja siedziałam w łóżku, zbyt drobiazgowo nad wszystkim się zastanawiając.

Wstałam i zamknęłam drzwi, do których poprzyczepiane były niektóre moje rysunki i wspólne zdjęcia z rodziną. Wycięte litery A R I A rozwieszone nad drzwiami do pokoju miały pokazywać, jaka jestem wyluzowana.

Albo wręcz przeciwnie.

Wsunęłam stopy w stare jasnozielone klapki. Przerzuciłam pasek torby z frędzlami przez ramię i wymknęłam się przez okno na parterze. Nie wykazałam się rozumem na tyle, by na podkoszulkę i spodenki od piżamy włożyć choć kurtkę. Nocne sierpniowe powietrze było chłodne, do tego deszcz wcale nie ułatwiał sprawy. Gdy dotarłam do skrzyżowania, byłam przemoczona od stóp do głów.

Zastanowiłam się przez chwilę i zdecydowałam iść skrótem przez lasek pana Myersa, znajdujący się przy końcu ulicy. Pomysł wydawał się dobry, póki nie zaczęłam brodzić w zabłoconej trawie, przez co moje klapki z jasnozielonych stały się ciemnobrązowe.

Okrutna burza dawała mi się we znaki, niemal tak bardzo, jak umysł, który poniewierał serce. Wiedziałam, że głupotą było wychodzenie z domu tak późno w nocy, jednak gdy się ma zbolałe serce, wokół istnieje niewielu ludzi, którzy potrafią je ochronić.

Dotarłam na skraj lasu i westchnęłam z ulgą, kiedy stanęłam na ziemi pana Myersa. Jego dom był jedyny po tej stronie drogi i bardzo przypominał swojego lokatora: był zniszczony. Jednokondygnacyjny, z całym mnóstwem usterek, wliczając w to migające na ganku światło, pękniętego krasnala stojącego obok skrzynki na listy i poobijany samochód, który wyglądał na starszy niż ten należący do mojego dziadka.

Pan Myers mnie nie znał i zapewne tak było lepiej. Był typem człowieka, którego nie miałam potrzeby poznawać. Mama mówiła, że był samotnikiem z sąsiedztwa. Tata nie był aż tak wyrozumiały i nazywał go głupim dupkiem. Tydzień wcześniej pan Myers wjechał w skrzynkę pocztową pani Sammie na Ever Road. Większość ludzi zgłosiłaby to na policję, jednak pani Sammie powiedziała, że ten człowiek powinien poczytać Biblię i porozmawiać z Jezusem. Kiedy już wycofał auto, zrobiła mu nawet kanapkę.

Po drugiej stronie ulicy zauważyłam, że na ganku domu Simona pali się światło.

Dzięki Bogu.

Simon był moim najlepszym – i jedynym – przyjacielem. Znaliśmy się od kołyski. Nasze mamy się przyjaźniły, więc Simonowi i mnie również przeznaczona była zażyłość. Myślę, że nasi rodzice byli lekko rozczarowani, gdy się w sobie szaleńczo nie zakochaliśmy i nie doczekaliśmy się wspólnego szczęśliwego zakończenia. Simonowi bardziej podobały się blond pasma niż moje kasztanowe włosy, a ja leciałam na chłopaków, którzy mówili, że jestem urocza, po czym przestawali mnie zauważać; zatem nasz romans nigdy się nie ziścił.

Deszcz był lodowaty. Starałam się jak mogłam, by zakryć przemoczoną, prześwitującą białą koszulkę, kiedy przemykałam się przez ogródek Simona i stukałam w okno jego pokoju, z nadzieją, że nie obudzę jego rodziców. Owszem, nasze rodziny się przyjaźniły, gdyby jednak pani Landon znalazła mnie w takim stroju u Simona, skończyłoby się to zapewne milutką sesją terapeutyczną.

Stojąc w kałuży, drżałam.

Simonowi zeszło kilka minut, nim się obudził i mnie zobaczył. Zamrugał parę razy, po czym przetarł zaspane oczy. Otworzył w końcu okno, więc wdrapałam się przez nie, czego nie robiłam od lat.

Simon został przy oknie, by je zamknąć. Dwa razy je sprawdził, po czym sprawdził po raz trzeci, a następnie – dla pewności – sprawdził raz jeszcze.

Większość chłopców przynajmniej by mi się przyjrzała, ponieważ moja przemoczona podkoszulka przykleiła mi się do piersi, na których nie miałam biustonosza, jednak Simon nawet nie zerknął. Do tego nie miał okularów, a bez nich był ślepy jak kret. Kiedyś, gdy byliśmy młodsi, zastał mnie, gdy przebierałam się w jego pokoju. Wtedy miał na nosie okulary i natychmiast spojrzał na moją klatkę piersiową. Przez kolejne dwa miesiące rumienił się za każdym razem, gdy na mnie patrzył.

– Dobrze się czujesz? – zapytał z odrobiną niepewności w głosie. Jeśli istniał ktoś, kto martwił się o mnie bardziej niż rodzice, to był to Simon. Był w tych swoich obawach naturalny – miał też ku nim dobry powód: ciężką przeszłość, przez którą mógł zamartwiać się nieco bardziej niż inni.

– Po prostu mi zimno – odpowiedziałam, nie chcąc denerwować go jeszcze bardziej.

– O drugiej w nocy postanowiłaś się wybrać na spacer, tak?

– Tak.

– W ulewnym deszczu?

– Nie był ulewny, gdy wychodziłam – skłamałam.

– Jestem pewien, że jednak był.

– Ale myślałam, że się uspokoi.

– Powinnaś sprawdzić prognozę.

– Następnym razem sprawdzę.

– Przyniosę ci jakieś ręczniki i mokrą szmatkę, żebyś mogła zetrzeć błoto ze stóp. Brudzisz mi dywan. – Nie wydawał się zezłoszczony błotem na podłodze, ale i tak wiedziałam, że było wręcz przeciwnie.

Poszedł do łazienki, a ja w tym czasie starałam się stać bez ruchu, żeby nie nabrudzić jeszcze bardziej.

Wrócił z ręcznikami, po czym otworzył dolną szufladę komody i wyjął moją piżamę, którą zawsze u niego trzymałam. Podał mi ją, po czym obrócił się, by dać mi nieco prywatności. Zdjęłam wszystkie mokre rzeczy i włożyłam przez głowę czystą koszulkę.

– Będziesz musiała przynieść więcej swoich ciuchów do komody, jeśli planujesz się do mnie wprowadzić – stwierdził z sarkazmem, choć wyjątkowo uroczo. – Powiedz tylko kiedy.

Na trupio blade nogi założyłam suche spodenki, po czym wygładziłam je palcami.

– Możesz się odwrócić.

Podszedł do komody, gdzie zawsze odkładał okulary. Otworzył etui i na zielone oczy założył szkła. Jego rude włosy sterczały tu i ówdzie, inne były całkowicie przyklapnięte. Wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie osobę imieniem Simon: był szczupły, wysoki; przypominał kujona, choć był też na swój sposób przystojny.

– Ogoliłaś prawą stronę głowy? – zapytał, patrząc na moją nową fryzurę.

– Tak, podoba ci się?

Przechylił głowę na lewo i przyjrzał mi się z innej perspektywy, po czym nadal patrząc, przechylił głowę na prawo.

– Jest… artystycznie. I to bardzo.

– Nie podoba ci się. – Naprawdę tak było. Nie dziwiło mnie to.

– Nie, nie. Podoba mi się – stwierdził, co było kłamstwem. Simon, jeśli chodziło o wygląd, lubił rzeczy jak najbardziej normalne. Nienawidził się wyróżniać, ale wiedział, że przyjaźni się z artystką, która wizerunkowo zawsze będzie się nieco wyróżniała.

Uśmiechnęłam się, słysząc jego kłamstwo; podeszłam do krzesła przy biurku i usiadłam. Jego pokój nie był tak pełen kolorów jak mój. Raczej sprawiał wrażenie nudnego. Płócienny dywan i perłowo białe ściany. Jedynymi kolorowymi akcentami były plakaty z ulubionych gier.

Simon przykucnął na dywanie i zaczął ścierać błoto.

– Przepraszam za to, Si.

Śmiał się cicho, aż mu drgały ramiona.

– Wiesz, jak mawiają: nie ma lepszego sposobu na wyleczenie nerwicy natręctw niż ubłocony dywan. – Opadł na kolana i zaczął mocniej szorować.

Pochyliłam się, opierając łokcie na kościstych kolanach. Starając się nie krzywić, zapytałam:

– Jak leci? – Simon zawsze był przewrażliwiony na punkcie swoich rzeczy, choć nigdy nie sądziłam, że jest to prawdziwy problem. Zazwyczaj wydawało się, że irytują go drobiazgi.

Kiedy byliśmy mali, jego zabawki musiały być ustawione przodem w odpowiednim kierunku. Dźwięk w telewizorze musiał być ustawiony na liczbę z czwórką na końcu. Widelce zawsze musiały być oddzielone od łyżek. To były doprawdy drobiazgi, jednak im byliśmy starsi, tym bardziej potęgował się problem Simona z cyfrą cztery. Stół w jadalni zawsze musiał być nakryty dla czterech osób, nawet jeśli posiłek jadło tylko dwoje ludzi. Wszystkie zamki w drzwiach i oknach musiały zostać czterokrotnie sprawdzone.

Simon usiadł na piętach, westchnął i otarł czoło.

– Nigdy nie będę miał dziewczyny ani żadnej nie przelecę, co? Będę czterdziestoletnim prawiczkiem.

– Nie wygłupiaj się – powiedziałam. – W swoim czasie przelecisz.

– Prawda. I będzie to wyglądało jak: „Hej, kociaku, byłoby świetnie, gdybyś mi tylko pozwoliła cztery razy założyć i ściągnąć gumkę, zanim zaczniemy się bzykać”. A ona odpowie: „Jasne, nie ma problemu”.

Parsknęłam śmiechem.

– Masz rację. Nigdy żadnej nie przelecisz.

Simon popatrzył na mnie zmrużonymi oczyma, po czym wrzucił szmatkę do kosza na brudy. Podszedł do szafki nocnej i cztery razy wycisnął z tubki płyn do dezynfekcji rąk.

– Jesteś wredna.

– Też cię kocham. – Uśmiechnęłam się. Moje włosy nadal były mokre od deszczu, więc zaczęłam je splatać. – Słuchaj, jeśli będziesz prawiczkiem na dzień przed swoimi trzydziestymi dziewiątymi urodzinami, przyjdę do ciebie i będziemy uprawiać seks. Nawet pozwolę ci cztery razy dotknąć moich cycków.

Spojrzał na moje piersi i rozchylił usta. Jego policzki odmalowały się szkarłatem.

– Może będę chciał dotknąć ich sześć razy. Albo dziesięć. Kto wie, jak do tego czasu rozwinie się mój problem.

– Czasami wyłazi z ciebie prawdziwy facet.

– I nie zapominaj o tym. – Wskoczył na łóżko i poprawił okulary na nosie. – Planujesz udawać, że jak gdyby nigdy nic postanowiłaś odwiedzić mnie o tej porze, czy od razu porozmawiamy o tym, co cię gryzie?

– Po czym wnioskujesz, że coś mnie gryzie?

Uniósł brew. Serce zabiło mi mocniej, gdy wzięłam torebkę i usiadłam z nią na jego łóżku. Skrzyżowałam nogi i zacisnęłam usta.

Wyjęłam papierowy ręcznik i rozłożyłam go na kołdrze.

Znów sięgnęłam do torebki.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Cztery.

Na papierowym ręczniku ułożyłam cztery plastikowe testery, po czym przyglądałam się, jak powietrze uchodzi z płuc Simona. Milczał, przez co zrobiło mi się niedobrze.

– Czy to…?

Skinęłam głową.

– I są…?

Ponownie skinęłam.

Specjalnie dla mojego przyjaciela zrobiłam aż cztery testy. Cóż, dla jego i dla własnego samopoczucia.

– Skąd na to wzięłaś? – zapytał, wiedząc, że nigdy nie miałam kasy nawet na lody czy czekoladę.

– Oszczędzałam, pilnując ostatnio Grace i KitKat. I możesz mi wierzyć, dostrzegam ironię, że zarobiłam na to, niańcząc dzieci.

Cztery różne testy. Cztery różne marki. Cztery różne dni. I cztery pasujące do siebie wyniki.

Simon, niezdolny nic wymyślić, opadł na łóżko i zasłonił ręką usta.

– Aria… proszę, powiedz to, bo póki żadne z nas nie ubierze tego faktu w słowa, wydaje się to nieprawdą.

– Jestem w ciąży. – Wypowiedzenie tego zapiekło mnie w gardle, a kiedy słowa wydostały się z moich ust, poczułam się niedorzecznie samotna.

– Kiedy? Z kim?

– W wakacje. Z chłopakiem.

– Nie wspominałaś o żadnym chłopaku. – Simon był bardzo ciekaw, ale ja nie chciałam wchodzić w szczegóły na temat własnego upokorzenia i zadurzenia się w niewłaściwym facecie.

– Stwierdziłam, że nie był wart wspominania.

Simon nie wiedział, co powiedzieć. Ja również.

Siedzieliśmy w ciszy aż do piątej pięćdziesiąt sześć. Burza minęła. Wiedziałam, że muszę wrócić do domu, nim rodzice wstaną do pracy. Obiecałam im, że za dwadzieścia dolców popilnuję siostrzyczek.

Wygramoliłam się przez okno Simona i podziękowałam za to, że przy mnie siedział i ani razu nie spojrzał z wyrzutem.

– Masz zamiar je urodzić? – szepnął Simon.

Wzruszyłam ramionami. Nie myślałam poważnie o swojej ciąży, po tym, jak nasikałam na cztery różne testy i przekazałam mu tę wiadomość.

– Moi rodzice wpadną w szał.

Simon zmarszczył brwi. Dobrze wiedział, jak zaczną z tego powodu świrować. Zwłaszcza tata.

– Gdybyś czegoś potrzebowała, daj mi znać.

Posłał mi nieznaczny, smutny uśmiech. W posiadaniu przyjaciół jest coś wspaniałego. Nieustannie przypominają, że tak naprawdę nie jesteśmy sami.

Wracałam przez lasek pana Myersa; mniej więcej w połowie drogi przystanęłam i spojrzałam w niebo. Słońce budziło się, ziewając i powoli rozciągając promienie po drzewach, rozgrzewając liście, które wkrótce spadną na ziemię.

Nie byłam gotowa na ten poranek. Nie byłam gotowa na powrót do domu. Nie byłam przygotowana na to, że jutro rozpocznie się pierwszy dzień szkoły, a ja będę „tą” dziewczyną. Dziewczyną, która zacznie nosić obszerne ubrania, by ukryć powiększający się brzuch. Dziewczyną, która będzie postrzegana nie przez pryzmat artystycznego talentu, ale złej decyzji. Dziewczyną, która wpadła, będąc w szkole średniej.

Oparłam się plecami o drzewo, pozwalając, by poranny wietrzyk całował mnie po policzkach.

– Hej, hej, nie bój się.

Cichy głos sprawił, że się odwróciłam. Rozejrzałam się po lesie, szukając jego źródła. Głos mówił dalej, ale było jasne, że słowa nie są przeznaczone dla mnie.

– Jesteś piękny.

Te słowa zdecydowanie nie były kierowane do mnie. Kiedy ludzie o mnie mówili, zwykle było to coś w stylu: „O. Aria. Jesteś taka… wyjątkowa” lub „Jesteś taka chuda, zjedz hamburgera”, albo „Coś ty, u licha, zrobiła tym razem z włosami?!”.

Kilka metrów przede mną znajdował się chłopak; kucał przed jeleniem. Oczy zwierzęcia były wielkie i czujne, chociaż ono samo nie było na tyle przerażone, by uciekać. Nigdy wcześniej nie widziałam tego gościa, jednak wydawał się być w moim wieku. Znałam wszystkich w Mayfair Heights – nawet jeśli oni mnie nie zauważali – więc dziwne, że jego twarzy nie kojarzyłam. Miał czapkę, spod której wystawały kosmyki włosów koloru czekolady i niewielki zarost na policzkach. Do tego szafirowa koszulka, sprane jeansy i luźno zawiązane niebieskie trampki.

W dłoni wyciągniętej w kierunku jelenia trzymał jagody.

– Będą ci smakować – obiecał. Zauważyłam, że za każdym razem, gdy się odzywał, przeciągał wyrazy. Nie pochodził stąd – byłam tego pewna. Na końcu każdego jego zdania pojawiał się południowy akcent; ton jego głosu był kojący.

Jeleń zrobił krok na przód, przysunął się do chłopaka. Ciekawość wzięła nade mną górę, liczyłam na to, że jeleń nawiąże kontakt z nieznajomym.

Można tak karmić jelenie? Serio?

Chciałam odwrócić wzrok, ale jednocześnie chciałam nadal patrzeć. Cofnęłam się, nastąpiłam na jakąś gałązkę, przez co jedną nogą uderzyłam w drugą, aż straciłam równowagę i klapnęłam na tyłek. Jeleń się spłoszył i rzucił się do ucieczki w przeciwnym kierunku.

– Szlag! – syknął chłopak, rzucając jagody na ziemię, po czym otarł ręce o spodnie. Zaśmiał się i powiedział: – Było blisko.

Przygryzłam wargę i zaczęłam się podnosić, przez co połamałam jeszcze więcej gałązek. Gość obrócił się w moim kierunku zdziwiony tak samo jak jeleń. Jego początkowe zakłopotanie z powodu mojej obecności ustąpiło miejsca zadowoleniu.

Uśmiechnął się do mnie brązowymi oczami, w ślad za nimi poszły jego usta.

Odchrząknęłam i obdarowałam go przepraszającą miną.

Podchodząc do mnie, patrzył mi w twarz. Czekał, aż coś powiem, ale nie wiedziałam co, więc milczałam. Wyciągnął do mnie rękę, ale jej nie przyjęłam i sama wstałam. Uśmiechał się do mnie, gdy otrzepywałam tyłek z liści.

– Wszystko dobrze? – zapytał.

Skinęłam jedynie głową.

Jego uśmiech nie znikał. Czy on potrafi się nieuśmiechać?

– W porządku – powiedział. – To do zobaczenia. – Podszedł do domku na drzewie i zaczął się wspinać po szczeblach. Kiedy był już na górze i zniknął w jego wnętrzu, zaczęłam się rozglądać na wszystkie strony, zastanawiając się, czy naprawdę istniał. Choć przecież wiedziałam, że musiał być prawdziwy, ponieważ na mokrej trawie nadal leżała kupka jagód.

ROZDZIAŁ 3

Aria

Nie było niedzieli, w którą moja rodzina nie jadłaby wspólnie obiadu. W tygodniu rodzice pracowali najczęściej na różne zmiany, więc wspólne posiłki nie wchodziły w grę. Wyjątek stanowiły niedziele; jadaliśmy wtedy zawsze razem przy stole w jadalni, ponieważ mama i tata uważali, że przynajmniej raz w tygodniu powinniśmy nadrobić zaległości życia rodzinnego przy domowym posiłku.

Mama puściła w obieg miseczkę z rogalikami.

– O! Mam wieści! Aria, dzwonił pan Harper, by poinformować o wystawie, na którą deklarowałaś się kilka miesięcy temu. Powiedział, że twoja praca będzie wystawiona jako główny eksponat w muzeum sztuki. Brzmiało to poważnie. – Głos mamy ociekał dumą i uznaniem. Nie przeszkadzało jej, że bardziej żyłam sztuką niż ona medycyną. Była rodzicem, który wierzył, że dziecko powinno iść własną drogą.

Miseczka z rogalikami trafiła do moich rąk, ale podałam ją Mike’owi, nie podzielając ekscytacji matki.

– Myślałam, że się ucieszysz. – Mama lekko zmarszczyła brwi. – Wydawało mi się, że chciałaś tego.

Nie zareagowałam.

– Aria, matka mówi do ciebie – powiedział tata ostrym głosem, chociaż patrzył ponad stołem na telewizor wyświetlający kanał sportowy. Tata potrafił wspierać mamę, nawet kiedy wydawało się, że nie zwraca na nic uwagi. Jakby miał szósty zmysł, potrafił włączyć się do rozmowy w odpowiednim czasie.

– Jestem w ciąży – stwierdziłam nonszalancko, wkładając łyżkę groszku do ust. Te słowa padły, jakby były czymś zupełnie normalnym. Jakbym od miesięcy starała się zajść w ciążę z ukochanym. Jakby to był kolejny etap wynikający logicznie z mojego życia.

Mike zamarł z rogalikiem w dłoni, patrząc to na mamę, to na tatę. Moja młodsza siostra Grace wytrzeszczyła oczy. Najmłodsza KitKat rzuciła groszkiem w tatę, ale to akurat było normalne, ponieważ miała roczek i zawsze rzucała w niego groszkiem.

Podejrzewałam, że ich reakcje były adekwatne do tego, co dwadzieścia sekund temu powiedziałam.

Żałowałam, że nie jestem niewidzialna.

Zamknęłam oczy.

– Żartuję. – Roześmiałam się, świadoma nagłej ciszy, która zapadła w jadalni. Wbiłam widelec w przyrządzoną przez mamę pieczeń. Wyraz twarzy wszystkich zmiękł, jakby minął im pierwszy wstrząs.

– Żartujesz? – wydusiła mama.

– Żartuje – westchnął Mike.

– Żartuje? – zapytał tata.

Grace porozumiewawczo skinęła głową.

– Oczywiście, że żartuje.

KitKat zachichotała, ale przecież ona albo się śmiała, albo płakała, albo rzucała groszkiem.

– Tak – mruknęłam, a głos zaczął mi drżeć. Nie mogłam na to pozwolić. – Nie żartuję.

Tata, nadal niezwykle spokojny, przekrzywił głowę.

– Mike, Grace, weźcie KitKat na górę.

– Ale…! – zaczął sprzeczać się Mike. Chciał mieć miejsce w pierwszym rzędzie, gdy rodzice napadną na mnie z powodu złych decyzji. Zazwyczaj to on miał kłopoty z powodu picia i imprezowania z kumplami z drużyny futbolowej, więc zapewne dla odmiany miło było, gdy to nie na niego patrzyli karcąco. Ja zawsze byłam grzecznym dzieckiem, które się dobrze uczyło i co semestr przynosiło same piątki. W porównaniu do niego, mój młodzieńczy bunt był niewielki: obcięte maszynką włosy i zbyt gruba warstwa kredki do oczu były jedynymi oznakami mojej porywczości i szaleństwa – aż do dzisiaj.

Tata zwrócił pozornie spokojne spojrzenie w kierunku Mike’a. To dość szybko powstrzymało brata od dalszej argumentacji. Wyjął KitKat z wysokiego krzesełka i wyszedł z pomieszczenia.

Rozmowa przy stole w jadalni przybrała niekorzystny obrót, więc pomyślałam, że najpierw powinnam powiedzieć o wszystkim mamie. Była pediatrą, pracowała z dziećmi, więc może by zrozumiała. Jednak zamiast tego, starałam się nonszalancko podejść do sprawy i zdecydowałam rzucić problemem przy ojcu.

Nie był pediatrą.

Nie miał „podejścia” do dzieci.

Był hydraulikiem.

Ponad czterdzieści godzin tygodniowo miał do czynienia z ludzkimi brudami. Zatkane toalety, zlewy, zardzewiałe rury – on to wszystko naprawiał.

Co oznaczało, że przy kolacji irytowały go brudy innych. W tym moje.

– Aria, jesteś w ciąży? – syknął tata, jego twarz z każdą mijającą sekundą czerwieniała coraz bardziej. Łysina na czubku głowy świeciła się i niemal parowała ze złości. Ojciec nie mówił za wiele. Nigdy nie miał powodu, by podnosić na nas głos. Wszyscy byliśmy dobrze wychowani. Nawet gdy Mike pił i imprezował, tata karcił go stonowanym głosem. Jeszcze trzy minuty temu nie miał z nami większych problemów.

Nie odpowiedziałam na jego pytanie. Co tylko pogorszyło sytuację.

– W ciąży?! – ryknął i uderzył pięścią w stół, przewracając solniczkę. Zacisnęłam dłonie, wbijając w nie paznokcie i niechcący przygryzłam policzek. Niebieskie oczy taty pełne były rozczarowania, a jego usta przybrały taki grymas, że i mnie zrobiło się smutno.

– Adam – upomniała go mama, niezadowolona ze sposobu, w jaki podniósł na mnie głos. – Chcesz, żeby sąsiedzi usłyszeli?

– Wątpię, by miało to jakiekolwiek znaczenie, bo jestem pewien, że i tak niedługo zobaczą!

Wydzierał się na mnie, czym byłam przerażona.

– Krzyk na niewiele się tu zda – sprzeczała się mama.

– Mówienie cicho tak samo – odpowiedział ojciec.

– Nie podoba mi się twój ton, Adamie.

– A mnie się nie podoba, że nasza szesnastoletnia córka jest w ciąży!