Wydawca: Egmont Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 306 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ars Dragonia - Joanna Jodełka

Szesnastoletni  Sebastian Pitt przybywa do Poznania na pogrzeb dziadka, który umarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Chłopak próbuje się odnaleźć w nieznanym sobie otoczeniu. Nie ułatwia mu tego ojciec, z którym nigdy nie łączyły go dobre stosunki. W dodatku okazuje się, że to wcale nie Robert Pitt powiadomił syna o śmierci dziadka. Komu zależało na tym, by chłopak pojawił się w mieście właśnie teraz? Może tajemniczej Lunie, ratującej go z opresji? Albo podejrzanemu mężczyźnie, który zostawia po sobie ślady dziwnej, zielonej mazi?

Opinie o ebooku Ars Dragonia - Joanna Jodełka

Fragment ebooka Ars Dragonia - Joanna Jodełka

© Joanna Jodełka

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2014

Redakcja: Agnieszka Trzeszkowska, Justyna Żebrowska

Korekta: Anna Jutta-Walenko, Anna Sidorek, Katarzyna Paśnicka

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Projekt okładki i stron tytułowych: Izabella Marcinowska

Ilustracje w środku: Piotr Walichnowski

Zdjęcia na okładce: © Shutterstock

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0432-7

Skład i łamanie: GJ-studio Grażyna Janecka

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Portale dzielą się na:

proste (tzw. niestabilne), umożliwiające poruszanie się w dwuczasie osobom znającym zasadę tworzenia tafli krótkotrwałej, i złożone (tzw. sterowalne), które są osobnymi strukturami pozwalającymi na przemieszczanie się i zmianę form energii i bytów. Mają one swoich niezależnych strażników, ideologię i charakter.Zostały stworzone przez pierwszych Nadarchitektów.

Nikt nie wie, dokąd mogą prowadzić…

Mariusz Bajsert, ARS DRAGONIA – tworzenie światów, t. I, rozdz.VI, Zasada działania portali

Prolog

Pokój tonął w mroku. Paliła się tylko metalowa lampka nad małym biurkiem. W jej świetle widać było unoszące się w powietrzu drobinki kurzu, szamoczącą się ćmę i poobgryzane paznokcie u rąk trzymających starą książkę.

ROZDZIAŁ 1TA HISTORIA ZACZYNA SIĘ OD TERAZ

Eleonora Ramke chwyciła się za głowę. Ciepły wieczór idealnie nadawał się na spacer z psem. Zdziwiła się więc bardzo, gdy nagle poczuła świst powietrza, który targnął misternie upiętym wielkim kokiem, tak że połowa siwych włosów opadła jej na oczy. Kobieta odgarnęła je z oburzeniem. Rozejrzała się gniewnie dookoła, szukając sprawcy, ale nikogo nie zauważyła. Ulica była prawie pusta, w niektórych oknach starych kamienic na Limanowskiego paliły się już światła. Eleonora omiotła okolicę podejrzliwym spojrzeniem, dopóki nie ujrzała gałęzi chwiejących się nad głową.

– Wracamy do domu! Będzie padać! – zawyrokowała, gdy w sklepowej szybie supermarketu dostrzegła swoje potargane włosy i liść na głowie. Strzepnęła go. Poprawiła szeroki szal. Zrobiła krok do przodu i stanęła. Smycz, na której prowadziła pieska, nagle się naprężyła. Kobieta odwróciła głowę i otworzyła szeroko oczy, dziwiąc się po raz drugi. Jej mały biały maltańczyk usiadł na chodniku i z całych sił zaparł się przednimi łapami. – Się moje maleństwo wiatlu psestlasyło? – zapytała cienkim głosem, nachylając się nad zwierzakiem. – Cy tego paskuda? – dodała, gdy kątem oka zobaczyła burego kundla z długim tułowiem na krótkich łapach. – Poczekamy, aż sobie pójdzie, niedobly... – oznajmiła, biorąc pieska na ręce. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nagle zamilkła.

Drugą stroną ulicy biegł jakiś człowiek, wymachując rękami. Wyłonił się z mroku i dopiero w świetle latarni Eleonora zobaczyła go dokładnie. Miał na sobie rozchełstaną białą koszulę, która wyglądała na porwaną. Był siwy i zgarbiony, strasznie dyszał, przewracał się, wstawał, ale próbował biec dalej. Najwyraźniej przed kimś uciekał, choć nikt go nie gonił. W końcu stanął i zaczął kręcić się w kółko, zasłaniając twarz rękami, jakby się przed czymś bronił i odganiał coś, co przygniatało go do ziemi. Ale tam również nic nie było! Eleonora Ramke widziała to wyraźnie. Zerwał się tylko wiatr. Musiała odgarnąć włosy z oczu, żeby lepiej widzieć, i cały czas przytrzymywać je ręką, bo po ulicy zaczęły wirować drobne śmieci, unosząc się wysoko w powietrze. Cofnęła się pod ścianę.

– Zostaw mnie! – krzyknął starzec, gdy przewrócił się już na ziemię. – Nie dacie rady! – wołał, próbując dźwignąć się z kolan. – Nie uda wam się...! Nigdy! To nie wasz czas... On... – wykrztusił resztką sił. Potem zaczął się wić, wbijając rozczapierzone palce w twarz. W końcu skulił nogi i znieruchomiał. – Saros... Saros...

Eleonora usłyszała jeszcze raz charczący głos staruszka, gdy leżał już twarzą do ziemi.

Nagle wszystko ucichło. Wiatr zamilkł. Opadały tylko liście z poruszonych powiewem drzew. Otworzyło się kilka okien i zapaliły się światła w kamienicy, przed którą leżał nieruchomy mężczyzna. Potem zbiegli się ludzie. Ktoś przewrócił go na plecy i sprawdził, czy oddycha. Nie oddychał. Kilka osób cofnęło się z przerażeniem, patrząc na przeraźliwie powykrzywianą i podrapaną do krwi twarz.

Eleonora Ramke stała z boku, w milczeniu głaszcząc swojego trzęsącego się pieska. Zaczekała na karetkę. Dowiedziała się, że lekarz stwierdził zgon niejakiego Edwina Pitta. Wysłuchała jeszcze, jak kilka osób zgromadzonych na miejscu zdarzenia podejrzewa atak serca albo ślepej kiszki. I gdy już wszyscy się rozeszli, Eleonora też ruszyła z miejsca, niosąc psa na rękach, bo sam nie chciał iść. Miała własną hipotezę na temat tego, co się stało. To był jakiś wariat, i tyle!

Gdy znalazła się przed swoją kamienicą, zobaczyła Irenę, która jak zwykle siedziała w oknie na parterze, owinięta pledem w wypłowiałe perskie wzory. Prawie nigdy nie rozmawiała z sąsiadką, choć Irena mieszkała tu dłużej od niej, a niektórzy nawet żartowali, że od zawsze. Na pewno była od Eleonory dużo starsza, bardziej pomarszczona i do tego dziwaczna. Miała długie siwe włosy, które strąkami spływały jej na ramiona, i właściwie zawsze taki sam wyraz twarzy. Niektórzy mówili, że dobrotliwy, ale Eleonora Ramke uważała, że zwyczajnie głupkowaty. Teraz jednak zapragnęła podzielić się z kimś niecodzienną wiadomością. W końcu nie każdego dnia ktoś pada trupem na ulicy.

– Wie pani, co się stało?! – zapytała Eleonora, robiąc tajemniczą minę i już chciała zacząć opowiadać, gdy sąsiadka obojętnie wzruszyła ramionami, kiwnęła głową i powiedziała:

– Wiem.

– To dobranoc! – burknęła zawiedziona Eleonora i odwróciła się na pięcie. Następna wariatka! – pomyślała, otwierając drzwi kamienicy przy Niegolewskich 24.

Z archiwumtajnych akt pruskich

Poznań 1901

Akta nr 23/35/10-09/1901

Ciąg dalszy sprawozdania z rozpracowywania niejawnej organizacji Ars Dragonia Architektów Wschodu.

Mimo przeniknięcia do struktur stowarzyszenia nie rozpoznano jego celów. Na dzień dzisiejszy można jedynie założyć, że wbrew wcześniejszym ustaleniom organizacja rozpoczęła działalność znacznie wcześniej, niż do tej pory sądzono. Pierwsi jej członkowie mogli pojawić się w Poznaniu tuż po wielkiej powodzi w 1888 roku. Należy więc przypuszczać, że to właśnie ONI – wykorzystując swoje wpływy w berlińskich władzach centralnych i bezpośrednią znajomość z rodziną cesarską – wpłynęli na zmianę wojskowych zakazów, które wcześniej nie pozwalały na rozwój miasta poza murami fortecy Poznań.

Nie trzeba przypominać, że decyzja o rozluźnieniu rygorów zabudowy wokół zewnętrznego pasa twierdzy nie spotkała się z akceptacją władz wojskowych najwyższego szczebla.

Wpływ organizacji na tę decyzję wymaga przeprowadzenia odrębnego śledztwa.

Wytyczne: należy dalej prowadzić wzmożoną inwigilację stowarzyszenia.

Szczególnym nadzorem zaleca się objąć powstające budynki przy Kaiserin Victoria Strasse 20a* i Augustastrasse 24*.

Kontynuować stałą obserwację

Paula Pitta i Bolesława Richelieu.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ * Grunwaldzka 20a i Niegolewskich 24

Sokół stanął na balkonowym gzymsie przy zachodniej wieży zamku. Z tej wysokości widział wszystko. Ani drgnął. Poruszały się tylko czarne szkliste oczy w złotych obwódkach i powiewała błękitnoszara peleryna opadająca mu na skrzydła. Czekał.

Nagle peleryna zaczęła się unosić. I jeszcze zanim go zobaczył, Sokół wiedział już, że ten, na kogo czeka, przybywa. Najpierw zza drzew wyłoniły się olbrzymie, czarne jak smoła skrzydła. Potem zaczęły hamować wyciągnięte do przodu potężne szpony. Po chwili pazury wbiły się w barierkę balkonu, a połyskujące w świetle księżyca pióra ułożyły się na grzbiecie, spływając z małego szarego tułowia, zakończonego jeszcze mniejszą szczurowatą głową.

– Salve, panie! – wycharczała szczurza mordka, szczerząc kilka rzędów zębów cienkich jak małe szpikulce.

– Salve – odpowiedział Sokół, unosząc dziób. – Czy to prawda? Edwin Pitt nie żyje? – zapytał po chwili.

Szczurza mordka potwierdziła skinieniem głowy, wybałuszając przy tym małe czerwone oczy.

– Mówił coś?

– Tak, panie... Mówił, że się wam nie uda... – oznajmił chrapliwie stwór. – Powtarzał też, że... że to nie wasz czas... – dodał niepewnie, patrząc, jak jego rozmówca odwraca głowę.

– A skąd wiesz, że mówił o nas? – syknął Sokół po chwili, wysuwając z dzioba rozdwojony język.

Stwór zapiszczał i skulił szczurowatą głowę. Pomiędzy wielkimi czarnymi skrzydłami widać było tylko małe, czerwone, łypiące naokoło ślepia.

Z głębi zamku dobiegł ironiczny głos:

– Ktoś odważył się wyeliminować Strażnika Smoczego Portalu przed Sarosem... i my o tym nie wiemy?

Po chwili zza balkonowego filaru wyłoniła się wysoka postać o małpiej twarzy zakończonej szerokim dziobem. Jej głowę okrywała biała peruka, której zaczesane do tyłu gładkie włosy spływały na ramiona, kończąc się ufryzowanymi na piersiach lokami. Gdy postać znalazła się na balkonie, w świetle księżyca zalśniły dwa rzędy złotych okrągłych guzików zdobiących purpurowy mundur.

– Jak to możliwe? – zapytał przybysz, spoglądając na szczurowatego stwora, który skulił się jeszcze bardziej.

– Witaj, Mizarze – powiedział Sokół, przymykając szkliste czarne oczy w taki sposób, że widać było tylko złote obwódki. – Każdy mógł się odważyć... – dodał cicho, po czym odwrócił się do szczurzej mordki ze słowami: – Jesteś już wolny.

Stwór momentalnie rozpostarł wielkie pierzaste skrzydła i zniknął w mroku.

– A który każdy miałby tyle siły? – Z dzioba Mizara wydobył się drwiący głos.

– Choćby jego brat Oskar – wysyczał Sokół, pokazując koniuszek rozdwojonego języka.

Mizar oparł się owłosionymi małpimi łapami o barierkę. Przez chwilę nic nie mówił, patrzył tylko na ciemne niebo, po czym odwrócił się i spojrzał na Sokoła.

– O co w tym wszystkim chodzi, Sokole?! – zapytał podniesionym głosem. – Brat Edwina, Oskar Pitt, siedzi w więzieniu od lat...

– Być może – przerwał mu Sokół złośliwym tonem, wysuwając z dzioba rozdwojony język. – Ale żyje! I zapewne ma sporo czasu na obmyślanie, jak się pozbyć brata, który go do tego więzienia wsadził.

– O ile mi wiadomo, dobrze go tam pilnują – odparł Mizar, drapiąc się pazurami po małpiej twarzy.

– Sprawdzałeś? – zapytał kpiąco Sokół i znów zmrużył szkliste oczy. – On miał motyw – powiedział i uniósł skrzydła tak, że błękitnoszara peleryna zaczęła falować w powietrzu.

– I to mnie właśnie martwi, Sokole... – odrzekł po chwili Mizar, drapiąc się tym razem po zmarszczonym czole. – Nie unoś się tak. Motyw to mamy my... a właściwie ty! – dodał, patrząc mu prosto w oczy. – Czy to nie dziwne, że akurat teraz, gdy zbliża się Saros i pojawia się możliwość przejęcia Smoczego Portalu, ginie jego Strażnik?

– Martwi cię to? – zasyczał Sokół, ponownie przysiadając na barierce.

– Podjąłem się szkolenia potencjalnego kandydata na Strażnika. Ale nie wyraziłem zgody na taką grę.

– I dobrze, bo ja w nic nie gram.

– Chciałbym ci wierzyć...

– I na tym poprzestańmy!

– Nikogo nie podejrzewasz?

– A to już moja sprawa!

Sokół znowu uniósł się nad barierkę, tak że patrzący na niego Mizar musiał zadzierać głowę.

– Czy Mistrz już wie?

– Sam go zapytaj – odparował Sokół i odfrunął w kierunku drzew.

– Jest jeszcze syn Edwina Pitta, Robert – krzyknął za nim Mizar, a Sokół zakręcił kilka kółek w powietrzu, po czym zawisł dokładnie naprzeciwko małpiej twarzy Mizara.

– Wiem o tym nie od dziś.

– A czy pomyślałeś, że w takich okolicznościach może się tu pojawić jeszcze jego wnuk? W końcu wnuk jest spadkobiercą... – zaczął Mizar.

– Jakoś do tej pory Robertowi Pittowi nie zależało na obecności syna tutaj – przerwał mu Sokół. – Poza tym chłopak nie zna naszego świata – dodał, robiąc kółko nad małpią głową Mizara.

– A jeśli ma dość talentu i mocy, by go poznać? Przecież jest... – podjął Mizar, wpatrując się w falującą mu przed oczami pelerynę, lecz przerwał, gdy zobaczył, że Sokół znowu przysiada na barierce, tym razem tyłem do niego.

– Ale go tutaj nie ma! Rób swoje! – nakazał mu Sokół, odwracając głowę. – I nie przejmuj się tak bardzo. Zajmiemy się i nim – powiedział przymilnym już tonem. – Jeśli przybędzie... – dodał, wzruszając piórami, po czym odleciał w mrok.

– Jak nazwisko? – zapytał łysy mężczyzna, patrząc w ekran monitora. – Zaraz sprawdzimy, gdzie ten bagaż mógł się zagubić – dodał i podrapał się po resztce włosów sterczących mu nad uchem.

– Se-Sebastian Pitt – odpowiedział chudy chłopak w czarnej bluzie z kapturem, nerwowo odgarniając znad czoła przydługą grzywkę, która tak samo jak reszta sięgających za ucho jasnych włosów sterczała we wszystkich kierunkach.

– Skąd pan do nas przyleciał? – zapytał mężczyzna, drapiąc się ołówkiem po głowie i ze znudzeniem patrząc na chłopaka, który mógł mieć około szesnastu lat.

Był raczej wysoki, lekko zgarbiony. Twarz miał pociągłą, z mocno zarysowaną szczęką, ciemniejsze od włosów grube proste brwi i smutne, trochę przymrużone czarne oczy. Kąciki ust mu opadały, nawet gdy się uśmiechał. Głowę chował w wysuniętych do przodu ramionach, a ręce trzymał w kieszeniach spodni.

– Z Palo-o-o-o Alto – burknął Sebastian, patrząc pod nogi.

– Ja cię! – jęknął głośno gruby rudy chłopak, który do tej pory nie odrywał wzroku od książki, czytając ją w oczekiwaniu na swoją kolej w biurze zagubionego bagażu na lotnisku Poznań-Ławica.

Sebastian ledwo na niego spojrzał, a ten natychmiast podszedł i wyciągnął rękę.

– Jestem Eryk – odezwał się radośnie.

Sebastian zobaczył, jak na czerwonej pucołowatej twarzy rozlewa się szeroki uśmiech. Wyciągnął dłoń, choć wcale nie miał ochoty poznawać grubasa w pomarańczowej koszulce. Poza tym rudzielec mógł mieć najwyżej dwanaście lat.

– Sebastian – odpowiedział tym razem bez zająknięcia i niechętnie uścisnął spoconą rękę chłopaka.

– To super! – zapiszczał Eryk.

Sebastian wzruszył obojętnie ramionami i odwrócił się na pięcie.

– Aż tak daleko byłeś?! Dolina Krzemowa... technopolis... Zawsze chciałem tam pojechać.

– A ja nie-e-e! – mruknął pod nosem Sebastian.

– To gdzie odesłać bagaż? – Od niechcianej rozmowy uwolnił go łysy mężczyzna za biurkiem. – Jeśli się znajdzie oczywiście – dodał.

– Na-a-a-a... Siemiradzkiego dwa – odpowiedział mu chłopak przez zaciśnięte zęby, starając się mówić jak najszybciej, aby nie zacząć się jąkać w obecności wpatrzonego w niego rudego grubasa.

– Siemiradzkiego – powtórzył powoli mężczyzna. – Dziękuję, to wszystko.

– To super! – jęknął rudy chłopak, prawie podskakując.

– Co? – warknął Sebastian, odbierając od łysego papierowy kwitek.

– Mieszkam obok.

– Przykro-o-o mi! – odparł Sebastian i popatrzył na coraz głupszą minę Eryka.

Potem prychnął, odwrócił się i odszedł.

– Tak, Mistrzu, przyleciał. Nie myliłeś się – powiedział do telefonu gruby, wielki osiłek, spoglądając przez zaciemnione szyby samochodu. – Tak, obserwuję go... Tak – mówił, nie spuszczając wzroku z chudego chłopaka, który sterczał z rękami w kieszeniach przed halą przylotów lotniska Ławica.

Sebastian chwilę kręcił się w kółko. Stojąc przed budynkiem, rozglądał się za innym wyjściem z hali. Po chwili zrezygnował i przestał się łudzić. Wokół było niemal pusto, nie licząc kilku wychodzących pasażerów i jednej szczupłej kobiety w obcisłym czerwonym żakiecie, biegającej na szpilkach tam i z powrotem. Chłopak zerknął na zegarek. Dochodziła jedenasta w nocy. Nikt na niego nie czekał.

Ojciec nie przyjechał.

Sebastian spojrzał jeszcze raz na wyświetlacz telefonu. Dzwonił do ojca już dwa razy. Trzeci raz nie zamierzał. Nie chciało mu się słuchać uprzejmej telefonicznej informacji, że abonent jest aktualnie poza zasięgiem. Tak samo zresztą jak przez całe jego życie.

Był wściekły. Stał i patrzył na odjeżdżające taksówki. Miał pieniądze, ale nie potrafił ruszyć się z miejsca. Poczuł na policzkach krople deszczu, który właśnie zaczął padać. Mógł się schować pod zadaszeniem, ale nie chciało mu się nawet zrobić kroku. Rozpiął tylko suwak bluzy, choć było mu zimno. Na koszulce widniał napis: „Life sucks!”. Wybrał ją celowo. Miał wrażenie, że się przyda. Pomogło na chwilę. Potem znowu wszystko zaczęło mu krzyczeć w głowie: „Dlaczego nawet tego nie mógł zrobić?! Przysłał bilety i pieniądze, wraz z informacją o pogrzebie dziadka. Nie wysilił się na zbędne słowa, nawet na telefon. A teraz nie przyjechał!”.

– Dlaczego, f...k! – zaklął pod nosem.

Popatrzył na pozostawioną na murku puszkę, która właś­nie z niego spadła i poturlała mu się pod nogi. Kopnął ją z całej siły. Myślał, że przeleci przez pustą drogę, ale ona odbiła się od stojącej obok śmietniczki i uderzyła w duży czarny samochód terenowy, który stał zaparkowany po przeciwnej stronie ulicy. Chłopak nie wiedział, czy ktoś jest w środku, bo pojazd miał przyciemniane szyby. Pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy, była taka, żeby uciec, ale nagle pod samymi nogami Sebastiana prawie z piskiem opon zatrzymało się małe zielone auto. Szyba powoli zjechała w dół.

– No, wsiadaj! Zmokniesz! – Przed oczami mignął mu złoty łańcuszek na głębokim dekolcie kobiety w czerwonym żakiecie, która wychylała się w jego stronę. – Wsiadaj. Podwieziemy cię! – powtórzyła nieznajoma, radośnie potrząsając blond lokami.

Może i była ładna, miała okrągłą twarz, duże oczy i wąskie czerwone usta, ale też była znacznie od niego starsza. Se­bastian oniemiał i zdawało mu się, że zastygł z na wpół otwartymi ustami, nie wiedząc, co powiedzieć, i wtedy zobaczył, jak zza jej fotela wychyla się pucołowata twarz Eryka.

– Nie, wezmę taks-taks-taksówkę... – zaczął się jąkać, próbując zebrać myśli, bo nagle kątem oka dostrzegł, jak w czarnym samochodzie terenowym stojącym po drugiej stronie ulicy zapaliły się przednie światła.

– Po co! – żachnęła się kobieta. – Wsiadaj – dodała z uśmiechem.

– Chodź tu koło mnie! – zawołał Eryk, usiłując otworzyć swoje drzwi, ale nie mógł się poruszyć, przypięty mocno naciągniętymi pasami.

Sebastian zastanawiał się, czy nie dać mu się przez chwilę pomęczyć, ale kobieta znowu wychyliła się i krzyknęła:

– Tu nie można się zatrzymywać!

Chłopak spojrzał jeszcze raz w kierunku terenówki. Postanowił nie ryzykować publicznej awantury nie wiadomo z kim i wsiadł.

– Widzisz, jak dobrze, że mieszkamy obok siebie – powiedział Eryk, uśmiechając się od ucha do ucha. Z tej radości zrobił się cały czerwony.

Sebastian tylko kiwnął głową.

– To dlaczego powiedziałeś, że ci przykro? – zapytał Eryk.

– Długo-oo nie-e-e-e mówiłem po polsku – wyjąkał Sebastian, widząc podejrzliwą minę kobiety, która zerkała na nich w lusterku samochodowym.

– Aha – rzucił ze zrozumieniem Eryk. – Po mnie przyjechała mama, a twoja...

– Moja nie żyje – odpowiedział jednym tchem.

Kobieta z przerażeniem obejrzała się na niego, jednocześ­nie kręcąc kierownicą. Samochód wjechał na krawężnik.

– Jezu! – wrzasnęła, gdy już znalazła się na drodze. – Zostawiłam torebkę! – wyjaśniła i zawróciła samochód.

Zrobiła to w miejscu, w którym na pewno nie można było zawracać. Sebastian w panice chwycił się fotela, bo prawie otarła się o maskę dużego czarnego samochodu, któremu zajechała drogę. Wszystko trwało ułamki sekund, ale chłopak był niemal pewien, że to ta sama terenówka, którą wcześniej widział na lotnisku. Odwrócił się, aby jeszcze się jej przyjrzeć, ale auto musiało pojechać dalej prosto, a oni znaleźli się na przeciwnym pasie.

– Jak na czerwiec mamy wyjątkowo zimną noc – powiedziała kobieta, gdy tylko ponownie znalazła się na środku jezdni. – Zazwyczaj jest cieplej – dodała, skręcając znowu na lotnisko.

Gdy wybiegła z samochodu, Sebastian zastanawiał się przez moment, czy nie uciec, ale tylko odwrócił głowę i zaczął ostentacyjnie patrzeć przez okno, po którym spływały grube krople deszczu.

Eryk za wszelką cenę próbował skłonić go do rozmowy:

– A wiesz, że ten nasz zespół Johow-Gelände, no, na Łazarzu, gdzie mieszkamy...

Sebastian nie zamierzał wysłuchiwać historii o lokalnych zespołach. Popatrzył na rudzielca z politowaniem.

– Bo... bo ja się tym interesuję – wyjaśnił nieśmiało Eryk.

Za oknem rozlegał się coraz głośniejszy huk lądującego samolotu, więc Sebastian opuścił szybę. Eryk próbował go zaczepić jeszcze raz czy dwa, ale on nie odpowiadał, udając, że nie słyszy. Zamknął okno dopiero, kiedy zobaczył czerwony żakiet matki Eryka.

– O, znalazła się, właściwie to w dobrym miejscu się zgubiła... – zaczęła świergolić uradowana kobieta, gdy tylko wsiadła do samochodu. – Bardzo się cieszę, że Eryk zyskał przyjaciela – dodała po chwili, uruchamiając silnik.

– Nie-e-e sądzę – powiedział cicho Sebastian i uśmiechnął się szeroko.

Kobieta nie dosłyszała jego odpowiedzi, ale obserwując go w lusterku, też się uśmiechnęła. Eryk usłyszał i zacis­nął usta.

Sebastianowi było wszystko jedno. W milczeniu odwrócił głowę i patrzył przez okno. Z początku miasto wyglądało w miarę normalnie, choć ulice zdawały mu się ciasne, a domy niskie. Nie tak je zapamiętał. Zresztą niewiele pamiętał.

Był małym chłopcem, gdy stąd wyjechał. Przez te wszystkie lata przyzwyczaił się do szerokich arterii i nowych szklanych budowli. Kiedy zjechali z głównej drogi, było jeszcze gorzej. Same wąskie i ciasne uliczki. Sebastianowi wydawało się, że zaczynają się kręcić wokół niego, że otaczają go cegły z małymi okienkami.

– Mamo, którędy ty jedziesz? – wyrwał go z zamyślenia Eryk, gdy zatrzymali się, czekając, aż jakiś samochód wyjedzie z bramy kamienicy.

Kobieta zaczęła się gorączkowo tłumaczyć. Sebastianowi nie chciało się słuchać ich rozmowy. Znowu wyglądał przez okno. Widział wysokie drewniane drzwi do kamienicy, wciś­nięte między strzeliste kamienne kolumny. Nad drzwiami znajdowała się dziwna głowa w hełmie, a nad dwiema kolumnami – rzeźby. Przysunął twarz do samej szyby, żeby lepiej im się przyjrzeć. Zdawało mu się, że wyglądają jak małe nagie bobasy trzymające coś w rękach.

– To Dom Tramwajarza, z neobarokową dekoracją – wyjaśnił Eryk, pochylając się w jego stronę i wciskając rudą głowę w okno po stronie Sebastiana. Ten pomyślał, że jeśli grubas przysunie się jeszcze bliżej, to on nie wytrzyma i wbije mu łokieć w brzuch. – Wtedy często w dekoracjach pojawiały się takie putta...

Chłopak odwrócił się powoli od okna i popatrzył na Eryka tak, jakby chciał go zabić.

– Putta to takie aniołki niby... – zaczął tłumaczyć Eryk, wracając na swoje siedzenie. – Takie niesforne dzieciaki.

Sebastian zasłonił uszy rękami. Pochylił się i oparł głowę na kolanach. Miał dosyć. Zrobiło mu się duszno. Chciał wysiąść, ale bał się zapytać, jak długo jeszcze będą jechali. Nie wiedział, ile czasu upłynęło, zanim samochód nagle zatrzymał się przed kamienicą.

– To tutaj? – spytała matka Eryka, parkując samochód.

– Nie-e-e-e-e wiem, chyba tak – odrzekł Sebastian, podnosząc głowę i spoglądając przez okno.

– Tu – potwierdził Eryk. – A co robisz jutro? – zapytał z prośbą w głosie i ułożył usta w podkówkę.

– Ju-u-u-utro będę... na-a-a pogrzebie!

Miał wrażenie, że pulchny Eryk zaraz się rozpłacze, ale nie było mu go żal. Chwycił za klamkę.

– A będę mógł do ciebie wpaść? – zapytał Eryk, gdy Sebastian otwierał drzwi.

– Pewnie... spadaj, kie-e-edy chcesz – odburknął i wysiadł.

Deszcz ściekał mu po twarzy, gdy patrzył na zamknięte drzwi kamienicy numer dwa przy ulicy Siemiradzkiego.

Dziewczyna w różowych trampkach i zielonej sukience w kwiatki wytężyła wzrok. Stała przed wejściem do kamienicy przy Kilińskiego 5 i akurat całowała się z chłopakiem. Było przed północą, trochę padało, za to nikt nie chodził po ulicy, więc całowali się od kilku minut. Od czasu do czasu zerkała tylko na to, co się dzieje dookoła, i teraz właśnie zobaczyła, że w ich stronę zmierza jakiś mężczyzna. Zastanawiała się, czy to ktoś znajomy, ale po sekundzie była już pewna, że go nie zna. A znała wszystkich mieszkańców kilku przylegających do Kiliń­skiego wildeckich ulic. Mężczyzna był elegancko ubrany – w czarną marynarkę i tego samego koloru podkoszulek. Mógł mieć czterdzieści parę lat, bo ciemne, wijące się w różnych kierunkach włosy przy skroniach były już siwe. Grube ciemne brwi przedzielały dwie wyraźne zmarszczki. Nieznajomy miał podkrążone oczy i zaciśnięte usta, których kąciki opadały. Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie oburza go ich zachowanie i czy zaraz nie palnie im kazania. Odsunęła się od chłopaka i już chciała odezwać się pierwsza, gdy mężczyzna zniknął. I to powoli, jakby rozpłynął się w powietrzu. Oniemiała. Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie, spoglądając uważnie w tamtym kierunku, ale nikogo już nie było. Zamrugała ze zdziwienia, a potem potarła oczy ręką.

– Wpadło ci coś do oka? – spytał chłopak.

Nie usłyszał odpowiedzi, więc spojrzał w górę. Stali przy drzwiach, nad którymi znajdowały się dwie kamienne gło­wy brodatych starców w czapkach. Ta bezpośrednio nad nimi skruszyła się już niemal doszczętnie. Prawie nie miała twarzy.

– Może to tynk się sypie z tej, no, rzeźby na ścianie? – zapytał po chwili.

– O czym ty mówisz? – krzyknęła dziewczyna, mrugając z niedowierzaniem.

– Pytam, czy coś ci wpadło do oka.

– Chyba ktoś! – wrzasnęła i odsunęła się od chłopaka na metr.

– Zdradzasz mnie?! – krzyknął jej prosto w twarz.

– Spadaj! Masz chyba jakieś zwidy! Idę do domu! – odgryzła się dziewczyna i trzasnęła za sobą drzwiami kamienicy przy Kilińskiego 5.

Z archiwumtajnych akt pruskich

Poznań 1903

Akta nr 45/37/03-07/1903

Z przesłuchania Antoniego Piontka

Antoni Piontek – pomocnik murarza, lat 54 – sam stawił się na komisariacie policji. Nieskładna opowieść, a przede wszystkim stan, w jakim wyżej wymieniony próbował złożyć zeznania, sprawiły, że odesłano go do domu pod groźbą zamknięcia w areszcie za zakłócanie porządku w stanie nietrzeźwym.

Notatka policyjna zawierająca ostatni adres zatrudnienia zwolnionego z pracy pomocnika murarza trafiła w ręce oficera operacyjnego. Nowo budowany obiekt jest objęty obserwacją. Antoniego Piontka natychmiast powtórnie przesłuchano.

Zeznał on, że pracując przy budowie nowo powstającej kamienicy przy Bülowstrasse 5*, podczas spożywania alkoholu ukrył się za paletami z cegłą w jednym z pokoi na trzeciej kondygnacji. Tam też zasnął. Gdy się przebudził, było już ciemno. Z początku myślał, że na budowie nikogo już nie ma. Następnie usłyszał głosy. Wśród nich rozpoznał głos Jana Raczyborskiego, sztukatora, również zatrudnionego przy budowie kamienicy.

(Według najnowszej wiedzy operacyjnej zdobytej w wyniku rozpracowywania tajnej organizacji Ars Dragonia Architektów Wschodu to właśnie Janowi Raczyborskiemu powierzono ostatnio wykonanie jakiegoś wyjątkowego zadania. Niestety, nie udało się ustalić, czego to zadanie miałoby dotyczyć).

Nie jest wiadome, kto jeszcze był uczestnikiem opisywanego przez Antoniego Piontka nocnego spotkania, gdyż ten z obawy przed zwolnieniem z pracy nie wyszedł z ukrycia.

Z fragmentów zapamiętanej przez świadka rozmowy wynika jedynie, że trzecia kondygnacja ma być przeznaczona na więzienie. Raczyborski przekonywał pozostałych, że moc i energię z przenikającego się świata już pochwycono i teraz pozostaje tylko nadać formę i odpowiedni kształt strażnikom władającym aresztem.

Świadek Antoni Piontek utrzymuje, że widział tę moc w postaci jasności i „czegoś, co mu zapierało dech w piersiach” i „przygniatało go do podłogi”, chociaż ani na sekundę nie wychylił się z ukrycia do czasu opuszczenia kamienicy przez Raczyborskiego i towarzyszących mu dwóch osób. Wtedy Antoni Piontek wyszedł z kryjówki.

Dalsze zeznania Antoniego Piontka są niespójne i nader emocjonalne, głównie z powodu wciąż utrzymującego się stanu upojenia alkoholowego u przesłuchiwanego.

Z tego, co udało się zrozumieć, świadek utrzymuje, że widział ogromne jaszczurki, skrzydlate stwory, lwy i brodatych starców w czapkach z dzwonkami. Wszystko to razem wirowało.

Antoni Piontek ponownie się ukrył, tym razem za nowo wstawionym piecem kaflowym. Tam znaleźli go rano koledzy, którzy przyszli do pracy. Według ich późniejszych zeznań wcisnął się tam tak mocno, że ciężko go było zza tego pieca wyciągnąć. Za spożywanie alkoholu w miejscu pracy i przebywanie bez zezwolenia w nocy na terenie budowy Antoni Piontek został dyscyplinarnie zwolniony. Następnie w stanie nietrzeźwym pojawił się na komisariacie.

Na dzień dzisiejszy trudno stwierdzić, w jakim stopniu przesłuchiwany cierpi na delirium tremens.

Bezwzględnie zaleca się powtórne przesłuchanie świadka.

Odręczny dopisek z dnia 05.07.1903 r.:

Po południu z rzeki Warty wyłowiono zwłoki Antoniego Piontka.

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _* Kilińskiego 5

Może właśnie tu należało rozpocząć poszukiwania mordercy mojego ojca, pomyślał Robert Pitt na wspomnienie tego, jak wyglądała krusząca się głowa Strażnika kamienicy przy Kilińskiego 5. Tam się rozpadają, tu znikają, zdołał już tylko westchnąć w duchu, przecierając ręką zmarszczone czoło.

Był nieprzytomny ze zmęczenia. Od trzech dni prawie nie spał, tylko chodził, rozmawiał, rozpytywał i analizował, kto mógł zabić jego ojca. Rany, jakie odniósł zmarły, mogły wskazywać co najmniej na kilkunastu sprawców, ale najważniejsze pytanie brzmiało: kto odważył się podjąć taką decyzję?! Kto miał tyle siły?

Robert wiedział, że Sokół za wszelką cenę pragnie opanować Smoczy Portal, ale czy zdobyłby się na coś takiego? Gdy ujrzał kruszącego się Strażnika, przestraszył się, że stryj Oskar może mieć z tym coś wspólnego. Miał ku temu powody. Ale najbardziej przerażała Roberta myśl, że to morderstwo jest częścią większego planu, którego nie rozumiał, a z którym będzie się musiał zmierzyć sam, bez ojca.

Przeniknął na drugą stronę i ruszył prosto pod drzwi aresztu. Stał i patrzył, jak z potężnego niegdyś Strażnika uchodzi resztka energii. Profos prawie nie miał twarzy, a to, co z niej zostało, dziwacznie lśniło. Po splecionych w dwie siwe wstęgi wąsach i brodzie nie było już śladu, a znicz nad głową Strażnika tlił się tylko nikłym ogniem.

To koniec jednego z ostatnich Profosów, pomyślał Robert, widząc kroplę perlącą się na koniuszku jego nosa.

Na szczęście drugi Strażnik czuwał po przeciwnej stronie drzwi. Jego płomień świecił jasnym światłem, a stare mądre oczy patrzyły przenikliwie, bacznie obserwując wszystko, co działo się wokół.

Robert ostrożnie podszedł do drzwi. Znajdowała się w nich krata utworzona z długich łodyg zakończonych makówkami, które nieustannie się kołysały. Wiedział, że nie powinien podchodzić za blisko. Makówki mogły wypluć z siebie niewidoczne prawie ziarenka, które zdołałyby uśpić każdego. Na bardzo długo. Nawet na lata, jeśli wystarczająco głęboko przeniknęłyby do wnętrza ofiary. A gdy dostawały się do oka, wywoływały sen na jawie – nawet do końca życia.

Robert ukłonił się, gdy tylko rośliny przechyliły swoje nabrzmiałe główki w jego stronę.

– Salve, Wielki Strażniku – przemówił.

– Witam cię, Robercie – odrzekła postać znad drzwi.

Strażnik schylił głowę, a wtedy poruszyły się dwa dzwoneczki sterczące po obu stronach jego czapki. Zadźwięczały cicho, prawie niesłyszalnie, ale to wystarczyło, by podniósł się alarm wokół aresztu. Ze zniczy buchnęły płomienie, a Robert Pitt przysłonił oczy i ledwo utrzymał równowagę, bo potężny podmuch cofnął go o kilka metrów. Dwa wiatry – Anemo i Anemo, które strzegły okien aresztu – nadęły się teraz, wyrzucając z siebie potężne masy powietrza. Skrzydła, które wyrastały im z ust, nadawały powietrzu kierunek i sprawiały, że wszystko wirowało wokół budynku, tworząc barierę nie do przejścia. Mimo przysłoniętych oczu Robert zdążył dojrzeć jeszcze dwa zielone Amfibiosy przypominające kameleony. Amfibiosy rozłożyły błoniaste palce i przylepione do ścian obiegły cały budynek, po czym zniknęły. Domyślił się, że zaraz wrócą – sprawdzą tylko wszystkie kanały wodne i ziemne wokół aresztu oraz pod nim, a potem podejdą do niego. Nie mylił się. Wkrótce poczuł je przy swoich nogach. Starał się stać nieruchomo. Oblazły go dwa naraz, czuł błoniaste łapy na twarzy i plecach. Przed oczami widział tylko złote końcówki ich ogonów, kształtem przypominające tulipany. Nawet nie mrugnął okiem. Wiedział, że są ostre jak brzytwa i nasączone jadem, od którego drętwiało serce.

Nagle, jak na zawołanie, Amfibiosy zlazły z niego i prawie jednocześnie przylepiły się z powrotem do ściany aresztu. W tym samym momencie ustał ruch powietrza. Wiatry Anemo i Anemo w jednej chwili pochłonęły wirujące powiewy i przestały ruszać skrzydłami. Wszystko ucichło. Oględziny zostały zakończone. Płomień nad głową Profosa znowu świecił spokojnie i na tyle jasno, że Robert dostrzegł w kącie okratowanego okna twarz starszego mężczyzny.

– Co cię tu do nas sprowadza, Robercie? – zapytał uprzejmie Profos.

Tym razem jego głowa się nie poruszyła, usta również pozostały niemalże nieruchome. Tylko siwa zapleciona broda powiewała lekko, kołysząc się tak samo jak łodygi tworzące kratę w drzwiach.

– Muszę z nim porozmawiać... – zaczął Robert, przygotowując się do wyjaśnienia, dlaczego właśnie teraz, po tak długim czasie, chce się spotkać z więźniem.

– Skoro musisz – przerwał mu potężny Profos i w tej samej chwili otworzyły się drzwi jednego z najpilniej strzeżonych niegdyś aresztów.

Robert ukłonił się i zdziwiony zrobił krok do przodu, nie podejrzewał bowiem, że pójdzie mu tak łatwo.

– Twój ojciec Edwin Pitt też musiał... – odezwał się Strażnik, a Robert zdrętwiał.

– Mój ojciec był tutaj? Naprawdę – wykrztusił ze zdu­mieniem.

Do tej pory był pewien, że ojciec nie widział się z bratem od osiemnastu, a może nawet od trzydziestu sześciu lat. Robert nie miał pojęcia, dlaczego ojciec go odwiedził. Po co chciał się z nim spotkać? Nigdy wcześniej nie wspomniał synowi o tym, że ma jakąkolwiek sprawę do stryja Oskara. Robert się przestraszył. Ostatnio ojciec w ogóle mało mówił, a on zwrócił na to uwagę dopiero wtedy, gdy było za późno.

– Tak. Był tu przed tobą – odpowiedział po chwili Profos, przyglądając mu się uważnie. – Czy wciąż jesteś pewien, że musisz wejść do środka?

Mężczyzna skinął głową. Teraz był tego pewien bardziej niż wtedy, gdy zdecydował się tu przyjść. Podszedł do drzwi i czekał przez chwilę, aż makówki przestaną się kołysać. Gdy ułożyły się w równych rządkach, nad głową gościa zaczęła powiewać wstęga z napisem „Salve”. Przekroczył próg aresztu i kamiennymi schodami poszedł na górę. Otworzyły się przed nim kolejne drzwi, a potem następne, które powiodły go do małego pokoju z książkami. Tam na drewnianym fotelu siedział stryj Oskar. Spojrzeli na siebie. Robert miał wrażenie, że stryj prawie się nie zestarzał. Może tylko włosy mu posiwiały, choć brwi pozostały kruczoczarne. Oskar miał takie samo przenikliwe spojrzenie małych czarnych oczu jak Edwin. Tyle że widać w nich było szaleństwo i obsesję.

– Wiesz, dlaczego przyszedłem? – zapytał Robert i poczuł, że mimowolnie zaciska szczęki.

– Witam cię, bratanku – odezwał się stryj Oskar, pochylając głowę. – Ja przecież nic nie wiem – dodał bezradnie, rozkładając chude, pomarszczone ręce.

Robert wcale nie był tego taki pewien. Przyszedł tu po to, aby się o tym przekonać. Patrzył na przygnębionego sta­ruszka, który od wielu, wielu lat – i tu, i tam – przebywał w zamknięciu. Wiedział też, że dwa wiatry nieustannie robią szum, nie dopuszczając do celi żadnych głosów z zewnątrz. Stryj Oskar potrafił być jednak wyjątkowo groźny i prze­biegły.

– Nie wiesz zatem, że twój brat nie żyje? – zapytał Robert, starając się, by w jego głosie nie rozbrzmiały emocje, by nie zadrżał mu głos.

Usiłował wyczytać z twarzy stryja jak najwięcej, ale nic nie dostrzegł. Obaj długo milczeli.

– Nie wiedziałem – odezwał się stryj, opuszczając głowę. – Ale akurat o tym niepotrzebnie mi powiedziałeś... – do­rzucił, cały czas patrząc w podłogę. – Nie będzie mi z tym lżej. – Znów milczał przez chwilę. – Jak zmarł? – zapytał w końcu ciszej.

– Na pewno chcesz wiedzieć? – W głosie Roberta zabrzmiała nieskrywana ironia.

Jego ojciec był jedną z osób, które skazały Oskara na to więzienie. Bracia nie mieli więc powodów do wzajemnej sympatii.

– Mów, skoro