Armadale - Wilkie Collins - ebook + audiobook
Opis

Do niemieckiego kurortu Wildbad dociera bardzo chory pacjent, Anglik wraz z młodą żoną i małym synkiem. Kiedy okazuje się, że nie ma dla niego szans na ratunek, postanawia na łożu śmierci napisać do syna list, w którym opowiada swoje burzliwe losy, historię zbrodni, którą popełnił i zawiera ostrzeżenie na przyszłość. Jest przekonany, że nieodkupiona wina przechodzi z rodzica na jego potomstwo i że syn człowieka, którego zamordował, może kiedyś zagrozić jego własnemu synowi.

Los jednak chce, że drogi obu młodzieńców spotykają się. Między mężczyznami nawiązuje się szczera przyjaźń. Choć obaj głęboko wierzą w siłę braterstwa i dobro, różne dziwne zbiegi okoliczności, stale przypominają im o wiszącym fatum. Obaj przyjaciele będą musieli stawić czoła rozlicznym zasadzkom i intrygom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1214

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 30 godz. 21 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Johnowi Forsterowi –

w uznaniu zasług, jakie oddał literaturze książką Life of Goldsmith, i jako wyraz serdecznej pamięci o przyjaźni, która wiąże się z jednymi z najszczęśliwszych lat w moim życiu.

Ogół czytelników, na których życzliwe przyjęcie moje doświadczenie pozwala mi liczyć, doceni, mam nadzieję, każdą wartość, jaka może być zawarta w niniejszej opowieści, bez żadnych wstępnych błagań z mojej strony. Dostrzegą oni, jak sądzę, że nie została obmyślona naprędce ani skonstruowana niedbale. Ocenią ją odpowiednio i o nic więcej nie proszę.

Niektórzy czytelnicy będą, jak mam podstawy sądzić, miejscami zaniepokojeni, a może nawet urażeni odkryciem, że Armadale pod wieloma względami wykracza poza ciasne granice, w które, jeśli tylko mogą, są skłonni wtłaczać rozwój współczesnej beletrystyki.

Nic, co mógłbym powiedzieć tym osobom, nie pomoże mi lepiej niż czas, jeśli oczywiście moje dzieło przetrwa. Nie boję się, że mój zamiar będzie permanentnie niezrozumiany, pod warunkiem że jego realizacja oddaje mu sprawiedliwość. Oceniania według obliczonej na pokaz moralności dzisiejszych czasów, książka ta może wydawać się bardzo śmiała. Sądzona według ponadczasowej moralności chrześcijańskiej, jest to po prostu książka na tyle śmiała, aby mówić prawdę.

Londyn, kwiecień 1866 r.

PROLOG

I. PODRÓŻNI

Było to w dniu otwarcia sezonu w uzdrowisku Wildbad, w roku 1832.

Nad cichym niemieckim miasteczkiem gęstniały pierwsze cienie wieczoru, lada chwila miał się pojawić dyliżans. Przed drzwiami gospody, w oczekiwaniu na pierwszych gości tego roku, zgromadzili się trzej miejscowi notable w towarzystwie żon: burmistrz, jako przedstawiciel mieszkańców, lekarz, jako przedstawiciel wód, dziedzic, jako przedstawiciel własnego majątku. Poza tym doborowym gronem zbici ciasno na schludnym placyku przed gospodą zebrali się mieszkańcy miasta, a pomiędzy nimi tu i ówdzie mieszkańcy okolicznych wsi w swoich uroczych niemieckich strojach. Wszyscy spokojnie oczekiwali przybycia dyliżansu. Mężczyźni ubrani byli w krótkie, czarne kurtki, czarne, obcisłe spodnie do kolan i trójgraniaste kapelusze. Kobiety, o jasnych włosach splecionych ciasno w warkocze spływające po plecach, miały na sobie krótkie, wełniane suknie, których talie umieszczono skromnie w okolicy łopatek. Na obrzeżu tego zgromadzenia kłębiły się pulchne, płowowłose dzieci, podczas gdy, dziwnie z daleka od reszty mieszkańców, orkiestra zdrojowa oczekiwała kuracjuszy, aby zaintonować pierwszą w tym sezonie serenadę. Światło majowego wieczoru wciąż jeszcze jaśniało nad szczytami wielkich, lesistych wzgórz wznoszących się wysoko ponad miastem. Chłodny wietrzyk, który poprzedza zachód słońca, przynosił balsamiczną woń Czarnego Lasu.

– Panie dziedzicu – odezwała się żona burmistrza (zwracając się do dziedzica jego tytułem) – czy w pierwszym dniu sezonu oczekuje pan jakichś zagranicznych gości?

– Pani burmistrzowo – odrzekł dziedzic (z równym szacunkiem) – oczekuję dwóch. Napisali – jeden ręką sługi, drugi najwidoczniej własną – aby zamówić pokoje. Jak wnoszę po nazwiskach, obaj pochodzą z Anglii. Jeśli chce Pani, abym je wymówił, mój język temu nie sprosta; jeśli chce Pani, abym je przeliterował, oto one, litera po literze, najpierw pierwszy, potem drugi, w kolejności, w jakiej napisali. Pierwszy, wysoko urodzony nieznajomy (z tytułu pan), przedstawia się za pomocą ośmiu liter: A, r, m, a, d, a, l, e, jest chory i przybywa własnym powozem. Drugi, wysoko urodzony nieznajomy (z tytułu również pan), przedstawia się za pomocą czterech liter: N, e, a, l, jest chory i przybywa dyliżansem. Jaśnie pan o nazwisku ośmioliterowym pisze do mnie (ręką sługi) po francusku. Jaśnie pan o nazwisku czteroliterowym pisze po niemiecku. Pokoje obu czekają. Nic więcej nie wiem.

– Może – podsunęła żona burmistrza – pan doktor ma jakieś wiadomości od obu znamienitych nieznajomych lub któregoś z nich?

– Tylko od jednego, pani burmistrzowo, ale, ściśle mówiąc, nie od niego osobiście. Otrzymałem opinię lekarską na temat jaśnie pana o ośmioliterowym nazwisku. Jego przypadek wygląda na ciężki. Niech Bóg ma go w swej opiece!

– Dyliżans! – krzyknęło jakieś dziecko na skraju tłumu.

Muzycy chwycili za instrumenty, a całe zgromadzenie zamilkło. Z oddali, z głębi krętego leśnego wąwozu wieczorną ciszę przeszył słaby, ale czysty dźwięk dzwoneczków przy końskim zaprzęgu. Który powóz nadjeżdżał: prywatny powóz pana Armadale’a czy też kursowy dyliżans pana Neala?

– Grajcie, przyjaciele! – zawołał burmistrz do muzyków. – Dyliżansem prywatnym czy kursowym, oto nadjeżdżają pierwsi chorzy sezonu. Niech nas zastaną radosnymi!

Kapela zaintonowała skoczną melodię, a dzieci zebrane na placu zaczęły wesoło tańczyć w jej rytm. W tej samej chwili ich starsi towarzysze stojący przy wejściu do gospody rozstąpili się, odsłaniając widok, który rzucił pierwszy cień smutku na radość i piękno tej sceny. Przejściem, które się otwarło, posuwała się niewielka procesja krzepkich wiejskich dziewcząt, z których każda ciągnęła za sobą puste krzesło na kółkach. Czekały (i robiły na drutach, czekając) na porażonych nieszczęśników, którzy bezradni napływali w owym czasie całymi setkami, a dzisiaj nawet tysiącami, do wód Wildbad po ulgę w cierpieniu.

Podczas gdy orkiestra grała, dzieci tańczyły, gwar wielu głosów narastał, a młode, silne opiekunki nadciągających inwalidów w nieprzeniknionym skupieniu pochylały się nad swoimi robótkami, w żonie burmistrza utwierdzała się nienasycona ciekawość, jaką kobieta żywi wobec innych kobiet. Odciągnęła dziedziczkę na stronę i gorączkowo wyszeptała:

– Jeszcze słówko, szanowna pani, na temat tych dwóch nieznajomych z Anglii… Czy w listach wyrażają się jasno? Zabierają ze sobą jakieś damy?

– Ten w dyliżansie nie – odparła dziedziczka. – Ale ten w prywatnym powozie tak. Przyjeżdża z dzieckiem, z opiekunką i – zakończyła dziedziczka, zręcznie zachowując najbardziej interesującą wiadomość na sam koniec – z żoną.

Burmistrzowa rozpromieniła się, rozpromieniła się też doktorowa (która brała udział w naradzie), dziedziczka kiwnęła głową znacząco. W głowach całej trójki zaświtała naraz ta sama myśl: „Zobaczymy mody!”.

Minutę później tłum nagle się poruszył i chór głosów oznajmił, że podróżni są tuż-tuż.

W tym momencie ukazał się nadjeżdżający pojazd, kładąc kres wszelkim domysłom. To dyliżans jechał długą ulicą prowadzącą do placu; dyliżans (pokryty olśniewająco świeżą warstwą żółtej farby), wiozący pierwszych kuracjuszy w tym sezonie pod drzwi gospody. Spośród dziesięciu podróżnych, którzy opuścili środkowy i tylny przedział powozu (wszyscy pochodzili z różnych zakątków Niemiec), trzech musiało zostać wyniesionych, po czym posadzono ich na krzesłach na kółkach, aby następnie przewieźć do kwater w mieście. Przedni przedział miał tylko dwóch pasażerów – pana Neala i jego służącego. Nieznajomy (którego choroba najwidoczniej ograniczała się do niedowładu jednej stopy), wsparty z obu stron pomocnym ramieniem, zdołał względnie łatwo zejść po stopniach powozu. Kiedy już z pomocą laski stanął pewnie na bruku, rzucając niezbyt cierpliwe spojrzenia w kierunku orkiestry witającej go dźwiękami walca z opery Der Freischutz, jego widok ostudził nieco entuzjazm przyjaznego grona, które wyszło mu na spotkanie. Mieli przed sobą szczupłego, wysokiego, poważnego mężczyznę w średnim wieku, o chłodnych stalowych oczach i wydatnej górnej wardze, nawisłych brwiach i wysokich kościach policzkowych, mężczyznę, który wyglądał na tego, kim w istocie był – Szkota w każdym calu.

– Gdzie jest właściciel hotelu? – zapytał po niemiecku.

Jego wypowiedź znamionowały bystrość ekspresji i lodowaty chłód tonu.

– Przyprowadzić lekarza – kontynuował, kiedy zobaczył dziedzica – chcę go widzieć natychmiast.

– Już tu jestem, szanowny panie – odezwał się lekarz, występując z grona towarzyszy – i oddaję się całkowicie do pańskiej dyspozycji.

– Dziękuję – odrzekł pan Neal, patrząc na lekarza w taki sposób, w jaki inni patrzą na psa, gdy ten przybiega, słysząc gwizd. – Co się tyczy mojej sprawy, z chęcią skonsultuję się z panem jutro o dziesiątej rano. Tymczasem chciałbym tylko zostawić wiadomość, którą podjąłem się przekazać. Jadąc tutaj, wyprzedziliśmy powóz wiozący pewnego jegomościa, Anglika, jak mniemam, który wyglądał na poważnie chorego. Towarzysząca mu dama błagała, abym spotkał się z panem zaraz po przybyciu i wystarał o pańską fachową asystę przy wyjmowaniu pacjenta z powozu. Ich przewodnik miał wypadek i został z tyłu, a oni sami są zmuszeni jechać wolniej. Jeśli znajdzie się pan tu za godzinę, będzie w samą porę, aby ich przyjąć. Oto i cała wiadomość. Kim jest pan, który pragnie ze mną rozmawiać? Burmistrzem? Jeśli chce pan zobaczyć mój paszport, służący go panu pokaże. Nie? Chciałby pan powitać mnie na miejscu i zaoferować swoje usługi? Jest mi niezwykle miło. Jeśli ma pan władzę skrócić występ miejskiej orkiestry, wyświadczy mi tym grzeczność. Mam wrażliwe nerwy i nie lubię muzyki. Gdzie jest właściciel? Nie, chcę zobaczyć swoje pokoje. Nie chcę pańskiego ramienia, dam radę wejść na górę przy pomocy laski. Panie burmistrzu, panie doktorze, nie będziemy dłużej panów zatrzymywać. Życzę dobrej nocy.

Burmistrz i lekarz patrzyli, jak Szkot kuśtyka po schodach, i obaj kręcili głowami w niemej dezaprobacie. Panie jak zwykle poszły o krok dalej i nie przebierając w słowach, otwarcie wyraziły swoje zdanie. Sytuacja, z jaką miano do czynienia (przynajmniej jeśli chodzi o nie), to skandaliczny przypadek mężczyzny, który minął je bez cienia uwagi. Pani burmistrzowa była w stanie wyjaśnić podobną zniewagę jedynie przyrodzoną dzikością barbarzyńcy. Pani doktorowa wyraziła jeszcze bardziej zdecydowaną opinię, twierdząc, że wynika ona z wrodzonego bestialstwa tego wieprza.

Godzina oczekiwania na powóz wlokła się i na zbocza wzgórz cicho zakradła się noc. Jedna za drugą pojawiały się gwiazdy, a w oknach gospody zamigotały pierwsze światełka. Kiedy zapadł zmrok, ostatni maruderzy opuścili plac. Potężna cisza lasu spłynęła na dolinę, nagle i osobliwie wyciszając opustoszałe miasteczko.

Godzina oczekiwania minęła, a postać lekarza, niecierpliwie spacerującego tam i z powrotem, nadal stanowiła jedyną żywą duszę pozostałą na placu. Zegarek doktora zdążył odmierzyć kolejne pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, nim przez ciszę nocy do jego uszu dotarł pierwszy odgłos zbliżającego się powozu. Wtoczył się na plac w tempie końskiego stępa i zajechał, tak jak mógłby zajechać karawan, przed drzwi gospody.

– Czy jest tu lekarz? – z głębi ciemnego powozu odezwał się po francusku kobiecy głos.

– Jestem tutaj, proszę pani – odparł lekarz, odbierając z dłoni dziedzica lampę i otwierając drzwi powozu.

Pierwszą twarzą, na jaką padło światło, była twarz kobiety, która przed chwilą przemówiła – młodej, smagłej piękności. Jej czarne, żywe oczy błyszczały od łez. Druga wydobyta z mroku twarz należała do starej, wysuszonej Murzynki, siedzącej naprzeciw damy na tylnym siedzeniu. Trzecią była twarz małego dziecka śpiącego na kolanach Murzynki. Szybkim, zniecierpliwionym ruchem dama dała znak piastunce, aby pierwsza wysiadła z dzieckiem z powozu.

– Proszę, niech je pani zabierze – zwróciła się do dziedziczki. – Proszę zaprowadzić je do ich pokoju.

Kiedy spełniono jej prośbę, wysiadła. Wtedy też światło po raz pierwszy padło na przeciwległą stronę powozu i oczom zebranych ukazał się czwarty podróżny.

Leżał bezwładnie na materacu, oparty o nosze. Spod czapki wymykały mu się w nieładzie długie włosy. Szeroko otwarte oczy bez ustanku błądziły niespokojnie. Reszta twarzy była równie wyzuta z wszelkich oznak uczuć i myśli jak twarz człowieka martwego. Patrząc na niego teraz, nie sposób było odgadnąć, kim mógł niegdyś być. Ołowiany stupor jego oblicza sprawiał, że każde pytanie o wiek, pozycję społeczną, usposobienie i wygląd, na które mogła kiedyś odpowiedzieć owa twarz, trafiało w nieprzeniknioną ciszę. Nic teraz przez niego nie przemawiało prócz wstrząsu, który poraził go śmiercią za życia. Wzrok lekarza zadał pytanie jego dolnym kończynom, a śmierć za życia odpowiedziała: tu jestem. Wzrok lekarza, przesuwając się uważnie wzdłuż jego dłoni i ramion, pytał wyżej i wyżej, aż do mięśni wokół ust, a śmierć za życia odparła: nadchodzę.

W obliczu tak bezwzględnego i strasznego nieszczęścia pozostawało jedynie milczenie. Nieme współczucie było wszystkim, co można było ofiarować kobiecie łkającej przy drzwiach powozu.

Kiedy niesiono go na noszach przez hotelowy hol, jego rozbiegany wzrok padł na twarz żony. Spoczął na niej przez chwilę i wtedy chory przemówił.

– Dziecko? – wydusił po angielsku, z wolna i niewyraźnie.

– Dziecko jest bezpieczne na górze – odparła cicho.

– Mój pulpit?

– Mam go tutaj. Spójrz! Nie powierzę go nikomu. Sama się nim opiekuję w zastępstwie ciebie.

Uzyskawszy tę odpowiedź, chory po raz pierwszy zamknął oczy i więcej się nie odezwał. Delikatnie i zręcznie wniesiono go na górę, przy czym z jednej strony towarzyszyła mu żona, z drugiej zaś (złowieszczo milczący) lekarz. Dziedzic i służba, którzy odprowadzali gościa, widzieli, jak otwarły i zamknęły się za nim drzwi pokoju, słyszeli, jak kobieta wybuchła histerycznym płaczem, gdy tylko została sama z lekarzem i chorym, widzieli, jak pół godziny później lekarz wyszedł z pokoju, a jego rumiana zwykle twarz była pobladła. Zaraz też zaczęli gorączkowo go wypytywać, ale na wszystkie pytania otrzymali tylko jedną odpowiedź:

– Poczekajcie, aż zobaczę go jutro. Dziś o nic nie pytajcie.

Wszyscy znali lekarza i wiedzieli, że jego pośpieszne wyjście po tych słowach nie wróży nic dobrego.

W ten oto sposób dwaj pierwsi angielscy goście przybyli do uzdrowiska Wildbad w sezonie 1832 roku.

II. NIEWZRUSZONA STRONA SZKOCKIEJ NATURY

Następnego ranka o dziesiątej pan Neal, czekając na wizytę lekarza, którą sam wyznaczył na tę godzinę, spojrzał na zegarek i ku swemu zdumieniu odkrył, że czeka na próżno. Zbliżała się jedenasta, gdy drzwi wreszcie się otwarły i doktor wszedł do pokoju.

– Wyznaczyłem pańską wizytę na dziesiątą – odezwał się pan Neal. – W mojej ojczyźnie człowiek medycyny jest człowiekiem punktualnym.

– W mojej ojczyźnie – odparł lekarz bez cienia złośliwości – człowiek medycyny jest dokładnie taki sam jak inni ludzie: jest zdany na łaskę losu. Proszę wybaczyć, że zjawiam się tak późno. Zatrzymał mnie bardzo niepokojący przypadek, mianowicie przypadek pana Armadale’a, którego powóz mijał pan wczoraj w drodze.

Pan Neal spojrzał na lekarza z cierpkim zdumieniem. W oczach doktora widać było niepokój, a w jego zachowaniu troskę, których Szkot nie potrafił wyjaśnić. Przez moment obaj stali naprzeciw siebie w milczeniu. Pochodzenie każdego z nich rysowało się wyraźnie na ich twarzach, dając efekt kontrastu. Twarz Szkota była podłużna i szczupła, surowa i o regularnych rysach, twarz Niemca – pulchna i rumiana, łagodna i bezkształtna. Pierwsza wyglądała tak, jak gdyby nigdy nie była młoda, druga – jak gdyby nigdy się nie starzała.

– Pozwolę sobie przypomnieć – rzekł pan Neal – że teraz zajmujemy się moim przypadkiem, nie zaś przypadkiem pana Armadale’a.

– Oczywiście – odparł lekarz, wciąż rozdarty pomiędzy pacjentem, którego przyszedł zbadać, a pacjentem, którego dopiero co opuścił. – Wszystko wskazuje na to, że cierpi pan na niedowład. Proszę pozwolić mi obejrzeć pańską stopę.

Dolegliwość pana Neala, jakkolwiek mogła mu się wydawać poważna, z punktu widzenia medycyny nie przedstawiała niczego szczególnego. Cierpiał na reumatyczne schorzenie stawu skokowego. Padły niezbędne pytania i odpowiedzi na nie, przepisano też stosowne kąpiele. W dziesięć minut później było już po konsultacji i pacjent w wymownym milczeniu oczekiwał na wyjście lekarza.

– Zdaję sobie sprawę – odezwał się z lekkim wahaniem doktor, wstając z miejsca – że się narzucam. Proszę jednak o pańską wyrozumiałość, gdyż muszę powrócić do tematu pana Armadale’a.

– Mogę wiedzieć, co pana do tego zmusza?

– Obowiązek, jaki mam jako chrześcijanin – odparł lekarz – względem umierającego człowieka.

Pan Neal drgnął. Ci, którzy odwoływali się do jego poczucia religijnego obowiązku, dotykali najbardziej czułego punktu w jego naturze.

– Pańska prośba zyskała moją uwagę – rzekł poważnie. – Słucham pana.

– Nie będę nadużywał pańskiej uprzejmości – odparł lekarz, wracając na krzesło. – Postaram się mówić tak zwięźle, jak tylko potrafię. Przypadek pana Armadale’a przedstawia się pokrótce następująco: większość życia spędził w Indiach Zachodnich. Było to, jak sam stwierdził, życie dzikie i występne. Wkrótce po zwarciu małżeństwa, jakieś trzy lata temu, zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy postępującego paraliżu i lekarze zalecili mu wypróbować terapeutyczne właściwości europejskiego klimatu. Opuściwszy Indie Zachodnie, pan Armadale przebywał głównie we Włoszech, ale stan jego zdrowia nie poprawił się. Zanim nastąpił ostatni atak choroby, przeniósł się do Szwajcarii, a stamtąd wysłano go tutaj. Tyle wiem z odczytanej opinii lekarskiej, resztę mogę dopowiedzieć na podstawie własnego doświadczenia. Pan Armadale został skierowany do Wildbad zbyt późno, jest praktycznie nieboszczykiem. Paraliż szybko rozprzestrzenia się na górną połowę ciała, a choroba objęła już dolną część kręgosłupa. Może jeszcze poruszać nieco rękami, ale nie jest w stanie nic utrzymać w palcach. Nadal mówi, ale jutro lub pojutrze może obudzić się niemową. Jestem szczerze przekonany, że został mu w najlepszym razie tydzień życia. Na jego własną prośbę powiedziałem mu, możliwie najoględniej i najdelikatniej, to, co właśnie powtarzam panu. Efekt był piorunujący. Pacjent zareagował tak gwałtownym wzburzeniem, że oszczędzę panu jego opisu. Pozwoliłem sobie zapytać, czy jego sprawy nie zostały zamknięte. Nic podobnego. Jego testament jest w rękach wykonawcy w Londynie, a on sam zostawia żonę i dziecko dobrze zaopatrzonych na przyszłość. Moje następne pytanie okazało się celniejsze, trafiło w sedno: „Czy jest coś, co nie daje panu spokoju i co chciałby pan zrobić przed śmiercią?”. Wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi, które bardziej niż jakiekolwiek słowa powiedziało „tak”. „Czy mogę panu jakoś pomóc?” „Owszem. Muszę coś napisać. Czy może pan sprawić, że będę w stanie utrzymać pióro?”

Równie dobrze mógłby mnie prosić o dokonanie cudu. Mogłem tylko zaprzeczyć. „Jeśli podyktuję słowa”, ciągnął, „czy mógłby pan je spisać?” Raz jeszcze musiałem odmówić. Rozumiem trochę po angielsku, ale nie potrafię mówić ani pisać w tym języku. Pan Armadale rozumie francuski, gdy ktoś mówi powoli (tak jak ja), ale nie mówi w tym języku, niemieckiego zaś nie zna w ogóle. W tej sytuacji powiedziałem to, co każdy inny by powiedział: „Dlaczego zwraca się pan do mnie? W pokoju obok ma pan do dyspozycji panią Armadale”. Zanim zdążyłem podnieść się z krzesła, aby ją sprowadzić, powstrzymał mnie, nie słowami, ale wzrokiem pełnym przerażenia, który siłą zaskoczenia przygwoździł mnie do miejsca. „Z pewnością”, rzekłem, „pańska żona jest najwłaściwszą osobą do spełnienia pańskiego życzenia”. „Ostatnią pod słońcem!” – odparł. „Jak to?” – zapytałem – „prosi pan mnie, cudzoziemca i nieznajomego, aby spisać pod dyktando słowa, które chce pan zataić przed żoną?!” Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy bez chwili wahania odrzekł: „Tak!”. Siedziałem w milczeniu, zdezorientowany. „Jeśli nie potrafi pan pisać po angielsku”, rzekł, „proszę znaleźć kogoś, kto potrafi”. Próbowałem oponować. Wybuchnął potwornym, zawodzącym płaczem, wyrażającym nieme błaganie, podobne błaganiu psa. „Ciii, ciii”, uspokajałem go, „znajdę kogoś”. „Dzisiaj!”, wybuchnął, „zanim zawiedzie mnie mowa, jak zawiodła mnie ręka”. „Dzisiaj, za godzinę”. Zamknął oczy, natychmiast się uspokoił. „Czekając na pana”, powiedział, „chciałbym zobaczyć mojego chłopca”. Mówiąc o żonie, nie okazywał wzruszenia, ale kiedy prosił o spotkanie z dzieckiem, na jego policzkach dostrzegłem łzy. Moja profesja nie zatwardziła mi serca tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Wyszedłem po dziecko z sercem tak ciężkim, jakbym wcale nie był lekarzem. Obawiam się, że może pan to odebrać jako słabość z mojej strony…

Lekarz spojrzał błagalnie na pana Neala. Równie dobrze mógłby spojrzeć na skałę w Czarnym Lesie. Pan Neal stanowczo nie pozwalał, aby jakikolwiek lekarz w chrześcijańskim świecie wywabił go poza obszar czystych faktów.

– Proszę kontynuować – rzekł. – Zdaje się, że nie powiedział mi pan jeszcze wszystkiego, co ma do powiedzenia?

– Z pewnością rozumie pan teraz cel mojej wizyty? – odparł tamten.

– Cel jest wreszcie zupełnie jasny. Prosi mnie pan, abym w ciemno związał się ze sprawą, która jak na razie jest w najwyższym stopniu podejrzana. Odmawiam udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi, dopóki nie dowiem się więcej, niż wiem teraz. Czy uznał pan za konieczne powiadomić żonę tego człowieka o tym, co między wami zaszło, i poprosić ją o wyjaśnienie?

– Oczywiście, że uznałem to za konieczne! – odrzekł lekarz, urażony uwagą na temat swojego poczucia przyzwoitości, którą zdawało się zawierać pytanie. – Jeśli kiedykolwiek widziałem kobietę pełną uwielbienia i współczucia dla męża, była nią nieszczęsna pani Armadale. Gdy tylko zostaliśmy sami, usiadłem przy niej i ująłem ją za rękę. Czemuż by nie? Jestem stary i brzydki, mogę sobie pozwolić na takie poufałości.

– Przepraszam – odezwał się nieprzenikniony Szkot. – Pozwolę sobie zauważyć, że gubi pan wątek opowieści.

– Bardzo możliwe – odparł lekarz, odzyskując dobry humor. – Nieustanne gubienie wątku leży w zwyczaju mojego narodu, w zwyczaju pańskiego zaś najwyraźniej leży nieustanne odnajdywanie go. Jakże niezwykły przykład porządku wszechświata i odwiecznej stosowności rzeczy mamy przed sobą!

– Wyświadczy mi pan grzeczność, raz na zawsze ograniczając się do faktów? – nalegał pan Neal, marszcząc niecierpliwie brwi.

– Mogę spytać dla własnej wiadomości, czy pani Armadale powiedziała panu, co też jej mąż chciałby, abym napisał, i z jakiego powodu nie pozwala jej pisać zamiast siebie?

– Oto i mój zgubiony wątek, dziękuję, że go pan znalazł! – odparł lekarz. – Usłyszy pan, co miała mi do powiedzenia pani Armadale, własnymi słowami pani Armadale. „Powód, dla którego zamyka przede mną swoje zaufanie” – rzekła – „jest tym samym, dla którego zawsze zamykał przede mną swoje serce. Jestem żoną, którą poślubił, ale nie kobietą, którą kocha. Kiedy się ze mną żenił, wiedziałam, że inny mężczyzna zabrał mu kobietę, którą kochał. Myślałam, że uda mi się sprawić, że o niej zapomni. Miałam nadzieję, kiedy go poślubiałam. Miałam znów nadzieję, kiedy urodziłam mu syna. Czy muszę panu mówić, jak skończą moje nadzieje – sam pan widział”. (Błagam, niech pan poczeka! Nie zgubiłem znów wątku, podążam za nim krok w krok). „Czy to wszystko, co pani wie?” – spytałem. „Wszystko, co wiedziałam” – odparła – „do niedawna. Kiedy byliśmy w Szwajcarii i kiedy jego choroba zbliżała się do najgorszego stadium, przypadkiem dotarły do jego uszu wieści o tamtej kobiecie, która jest cieniem i goryczą mego życia, wieści, że ona (tak jak i ja) urodziła swojemu mężowi syna. W chwili, gdy dokonał tego odkrycia – nieistotnego odkrycia, jeśli w ogóle takie było – zdjął go paniczny strach: nie o mnie, nie o siebie, ale o własne dziecko. Tego samego dnia (nie mówiąc mi ani słowa) posłał po lekarza. Okazałam się małoduszna, podła, może pan to nazwać, jak chce – podsłuchiwałam pod drzwiami. Usłyszałam, jak mówi: »mam coś do powiedzenia synowi, kiedy będzie na tyle duży, aby mnie zrozumieć. Czy dożyję tej chwili? Lekarz nie potrafił powiedzieć nic pewnego«. Tej samej nocy (nadal nie mówiąc mi ani słowa) zamknął się w swoim pokoju. Co inna kobieta potraktowana tak jak ja zrobiłaby na moim miejscu? Zrobiłaby to co ja – znów by podsłuchiwała. Słyszałam, jak mówi sam do siebie: »nie dożyję chwili, w której będę mógł mu powiedzieć. Muszę napisać to, zanim umrę«. Skrob, skrob, skrob – słyszałam, jak jego pióro zgrzyta o papier. Słyszałam, jak jęczy i szlocha, pisząc. Zaklinałam go na Boga, aby mnie wpuścił. Okrutne pióro skrobało: skrob, skrob, skrob. Ten dźwięk służył za całą jego odpowiedź. Czekałam przy drzwiach godzinami, nie wiem dokładnie, jak długo. Nagle pióro umilkło. Nic już nie słyszałam. Zaczęłam szeptać cicho przez dziurkę od klucza, mówiłam, że jestem zmarznięta i zmęczona czekaniem, mówiłam: »kochanie, wpuść mnie!«. Nie odpowiadało mi nawet okrutne pióro – odpowiadała mi cisza. Całą siłą wątłych dłoni waliłam w drzwi. Przyszli służący i wyważyli je. Było już za późno, nieszczęście się stało. Podczas pisania tego nieszczęsnego listu nastąpił wylew. Znaleźliśmy go nad tym nieszczęsnym listem sparaliżowanego, w stanie, w jakim pan go widzi teraz. Słowa, które chce, aby pan spisał, są tymi, które napisałby sam, gdyby wylew poczekał do rana. Od tamtej chwili do dziś w liście pozostało puste miejsce i o wypełnienie tego pustego miejsca właśnie pana poprosił”. Tymi słowami przemówiła do mnie pani Armadale, w nich zawiera się sedno tego, co mam do przekazania. Proszę, niech pan teraz powie, czy wreszcie udało mi się trzymać wątku? Czy wyłuszczyłem panu konieczność, która sprowadza mnie tu znad łoża śmierci pańskiego rodaka?

– Jak na razie – powiedział pan Neal – pokazał mi pan tylko, że się ekscytuje. To zbyt poważna sprawa, aby traktować ją tak, jak pan ją teraz traktuje. Wmieszał mnie pan w tę historię i chciałbym mieć jasny obraz sytuacji. Proszę nie podnosić rąk, pańskie ręce nie mają tu nic do rzeczy. Jeśli mam mieć swój udział w dokończeniu tajemniczego listu, pytanie o jego treść jest jedynie wyrazem uzasadnionej przezorności. Wygląda na to, że pani Armadale wtajemniczyła pana w nieskończoną liczbę intymnych szczegółów, odwdzięczając się, jak myślę, za pańską uprzejmość wyrażoną wzięciem jej za rękę. Czy mogę spytać, co była w stanie powiedzieć panu o liście męża w takim kształcie, w jakim zdołał go napisać?

– Pani Armadale nie była w stanie mi nic powiedzieć – odparł lekarz niespodziewanie oficjalnym tonem, co wskazywało, że jego cierpliwość się wyczerpuje. – Zanim uspokoiła się na tyle, żeby pomyśleć o liście, jej mąż zażądał go i kazał zamknąć w pulpicie. Wie, że od tamtej pory kilkakrotnie próbował go dokończyć i że za każdym razem pióro wypadało mu z ręki. Wie, że kiedy zawiodły wszelkie nadzieje powrotu do poprzedniego stanu, lekarze zalecili mu pokładać ufność w słynnych tutejszych wodach. Teraz już zdaje sobie sprawę z tego, że i te nadzieje są płonne, ponieważ wie, co powiedziałem dziś rano jej mężowi.

Mars, który już wcześniej zaczął pojawiać się na twarzy pana Neala, teraz jeszcze się pogłębił. Szkot patrzył na lekarza tak, jak gdyby osobiście został urażony.

– Im więcej myślę o roli, którą miałbym na pana prośbę odegrać – rzekł – tym mniej mi się ona podoba. Czy może stwierdzić pan z pewnością, że pan Armadale jest przy zdrowych zmysłach?

– Z tak wielką pewnością, jaka da się wyrazić słowami.

– Czy jego żona zgodziła się, aby przyszedł pan do mnie prosić o moją interwencję?

– Jego żona przysyła mnie do pana – jedynego Anglika w Wildbad – aby napisał pan w imieniu umierającego rodaka to, czego on sam nie może napisać i czego nikt inny tutaj z wyjątkiem pana nie jest w stanie zrobić.

Odpowiedź ta przyparła pana Neala do muru. Ale nawet w tej sytuacji Szkot nie dawał za wygraną.

– Chwileczkę! – rzekł. – Ujął pan to dobitnie. Upewnijmy się, czy ujął pan to również precyzyjnie. Upewnijmy się, że prócz mnie nie ma nikogo, kto mógłby podjąć się tego zadania. Zacznijmy od tego, że w Wildbad jest przecież burmistrz – człowiek piastujący oficjalną funkcję, która usprawiedliwiałaby interwencję.

– Drugiego takiego ze świecą szukać – odparł lekarz. – Ma jednak jedną wadę: nie zna żadnego języka prócz swojego własnego.

– W Stuttgarcie jest angielskie poselstwo – obstawał pan Neal.

– A od Stuttgartu dzielą nas całe mile lasu – zareplikował lekarz. – Jeśli poślemy teraz, możemy do jutra nie doczekać się pomocy poselstwa, a przy stanie, w jakim znajduje się jego zanikająca artykulacja, jutro możemy zastać go niemową. Nie wiem, czy jego ostatnie życzenia są życzeniami niegroźnymi dla jego dziecka i innych czy też życzeniami krzywdzącymi dla jego dziecka i innych, wiem jednak, że muszą być spełnione teraz albo nigdy i że jest pan jedynym człowiekiem, który może mu pomóc.

To otwarte oświadczenie położyło kres dyskusji. Ustawiło pana Neala pomiędzy dwiema możliwościami: wyrażeniem zgody i popełnieniem czynu nieroztropnego albo też odmową i popełnieniem aktu bezduszności. Przez kilka minut panowała cisza. Szkot uparcie się zastanawiał, Niemiec zaś uparcie go obserwował.

Obowiązek przerwania milczenia spoczywał na panu Nealu i po pewnym czasie pan Neal go podjął. Wstał z krzesła z poczuciem krzywdy czającym się w posępnym zmarszczeniu nawisłych brwi i wykrzywieniu linii wokół ust.

– Moje położenie zostało mi narzucone – rzekł. – Nie pozostaje mi nic innego, jak je przyjąć.

Impulsywna natura lekarza zbuntowała się wobec bezlitosnej lakoniczności i obcesowości tej odpowiedzi.

– Bóg mi świadkiem – wykrzyknął z zapałem. – Żałuję, że nie znam angielskiego na tyle, aby zająć pańskie miejsce przy łóżku pana Armadale’a!

– Wyjąwszy wezwanie Wszechmogącego na daremno – odparł Szkot – zgadzam się z panem w całej rozciągłości. Żałuję, że pan nie zna.

Nie rzekłszy więcej ani słowa, razem opuścili pokój – doktor przodem, pan Neal za nim.

III. WRAK FRACHTOWCA

Nikt nie zareagował na pukanie do drzwi, kiedy lekarz i jego towarzysz stanęli przed wejściem do przedsionka apartamentu pana Armadale’a. Weszli więc do środka bez zaproszenia, a zajrzawszy do salonu, stwierdzili, że jest on pusty.

– Muszę się zobaczyć z panią Armadale – rzekł pan Neal. – Odmawiam włączenia się w sprawę, dopóki pani Armadale osobiście nie wyrazi zgody na moją interwencję.

– Pani Armadale jest zapewne z mężem – odparł lekarz. Mówiąc to, podszedł do drzwi na końcu salonu, zawahał się i, odwróciwszy się ponownie, z niepokojem spojrzał na naburmuszonego towarzysza. – Zdaje się, że mówiłem nieco zbyt ostrym tonem, gdy wychodziliśmy z pańskiego pokoju. Z całego serca błagam o przebaczenie. Nim ta biedaczka wyjdzie z pokoju… czy pan… Czy wybaczy mi pan, jeśli poproszę go, aby traktować ją z najwyższą delikatnością i wyrozumiałością?

– Nie, proszę pana – odparł tamten szorstko. – Nie wybaczę. Jakie ma pan prawo sądzić, że brak mi delikatności i wyrozumiałości w stosunku do kogokolwiek?

Lekarz zrozumiał, że jego prośby są daremne.

– Jeszcze raz proszę o przebaczenie – powiedział z rezygnacją, po czym zostawił nieprzystępnego cudzoziemca samemu sobie.

Pan Neal podszedł do okna i zatrzymał się tam ze wzrokiem tępo utkwionym w oddali, zbierając myśli przed czekającą go rozmową.

Było południe. Słońce świeciło jasno. W całym maleńkim światku Wildbad panowało wiosenne ożywienie i radość. Od czasu do czasu pod oknem gospody przetaczały się ciężkie wozy powożone przez furmanów o czarnych twarzach, które wiozły z lasu cenny ładunek węgla drzewnego. Czasami ciśnięte w wartki nurt strumienia zwinnym i wężowym ruchem przepływały wzdłuż domów długie bale drewna. Luźno powiązane w niekończące się szeregi, niosąc na obu krańcach czujnie wyprostowanego flisaka w wysokich butach, z kijem w ręku, zdążały do odległego Renu. Wysoko ponad dwuspadowymi dachami drewnianych budynków stojących nad brzegiem rzeki piętrzyły się grzbiety gór, których krawędzie najeżone były czernią jodeł, a zbocza jaśniały świeżością połyskującej zieleni. W oddali, gdzie między łąkami a kępami drzew wiły się leśne ścieżki, przesuwały się tam i z powrotem, jak ruchome plamki światła, jasne, wiosenne suknie kobiet i dzieci szukających dzikich kwiatów. W dole, przy deptaku wzdłuż strumienia, otwarte punktualnie z początkiem sezonu stragany małego jarmarku mieniły się błyskotkami i trzepotały w balsamicznym powietrzu przepychem barwnych chorągiewek. Dzieci tęsknie wpatrywały się w to widowisko, opalone dziewczęta cierpliwie zajmowały się swymi robótkami, przechadzając się po deptaku, mijający się czwórkami i piątkami mieszkańcy miasteczka oraz spacerujący pojedynczo lub w parach goście uprzejmie pozdrawiali się nawzajem, uchylając kapeluszy, a chorzy i słabi wraz z innymi powoli wytaczali się na swoich wózkach prosto w blask radosnego południa, mając swój udział w błogosławionym świetle, które rozwesela, i w błogosławionym słońcu, które świeci na wszystkich bez wyjątku.

Na tę oto scenę Szkot patrzył oczami, które nie zauważały jej piękna, myślami pozostając daleko od wszystkich jej nauk. Przemyśliwał jedno po drugim słowa, które powinien wypowiedzieć, kiedy zjawi się żona umierającego. Jeden po drugim rozważał warunki, które mógłby postawić, zanim weźmie do ręki pióro przy łóżku jej męża.

– Przyszła pani Armadale – zabrzmiał głos doktora, wdzierając się nagle pomiędzy jego rozważania.

Natychmiast się odwrócił i w czystym świetle południa zobaczył przed sobą kobietę mieszanej, europejsko-afrykańskiej krwi, której rysy twarzy miały w sobie północną delikatność, zaś skóra południowe bogactwo barwy; kobietę w rozkwicie urody, poruszającą się z wrodzonym wdziękiem, patrzącą z wrodzonym zachwytem, której tęskne spojrzenie dużych, czarnych oczu spoczęło na nim z wdzięcznością, której drobna, śniada dłoń wyciągnęła się w jego stronę w niemym geście podziękowania, z pozdrowieniem, jakie przynależy przychodzącemu przyjacielowi. Po raz pierwszy w życiu Szkot dał się zaskoczyć. Każde słowo, będące wyrazem obronnej postawy, jakie zaledwie przed chwilą rozważał, pierzchło z jego pamięci. Jego po trzykroć nieprzenikniony pancerz zwykłej podejrzliwości, zwykłej samokontroli i zwykłej rezerwy, który nigdy nie znikał w obecności kobiety, spadł z niego teraz i sprawił, że Szkot padł na kolana jako człowiek podbity. Ujął wyciągniętą dłoń i skłonił się nad nią, oddając w milczeniu pierwszy w swym życiu autentyczny hołd płci przeciwnej.

Ona zaś zawahała się. Kobieca wnikliwość, która w bardziej sprzyjających okolicznościach w lot uchwyciłaby sekret jego zakłopotania, teraz ją zawiodła. Przypisywała jego dziwne zachowanie wobec siebie dumie, niechęci – każdej możliwej przyczynie prócz niespodziewanego objawienia się jej własnej urody.

– Nie wiem, jak panu dziękować – powiedziała nieśmiało, usiłując go sobie zjednać. – Próbując mówić, tylko pana zasmucę.

Warga zaczęła jej drżeć, cofnęła się nieco i odwróciła głowę w milczeniu. Lekarz, dotąd bez słowa przyglądający się scenie z kąta pokoju, zbliżył się, nim pan Neal zdołał mu przeszkodzić, i podprowadził panią Armadale do krzesła.

– Niech się go pani nie boi – wyszeptał ten poczciwy człowiek, lekko poklepując jej ramię. – W moich rękach był twardy jak żelazo, ale w pani, sądząc po jego wyglądzie, będzie miękki niczym wosk. Proszę powiedzieć mu to, co kazałem pani powiedzieć, i zaprowadźmy go do pokoju pani męża, zanim wróci mu kapryśny nastrój.

Odzyskała słabnące zdecydowanie i pokonała pół drogi dzielącej ją od okna, wychodząc naprzeciw panu Nealowi.

– Doktor, mój drogi przyjaciel, powiedział mi, że jedynym powodem, dla którego wahał się pan tu przyjść, jestem ja – rzekła, przy czym jej głowa lekko pochyliła się, a cera pobladła. – Jestem głęboko wdzięczna, ale błagam, niech pan o mnie nie myśli. Życzenie mojego męża… – jej głos się załamał, dzielnie odczekała i odzyskała panowanie nad nim. – Życzenie mojego męża w ostatnich chwilach jego życia jest również moim życzeniem.

Tym razem pan Neal był na tyle opanowany, aby jej odpowiedzieć. Cichym, poważnym głosem poprosił, aby nic więcej nie mówiła.

– Wcześniej chciałem jedynie okazać pani wyrozumiałość – powiedział. – Teraz chcę jedynie oszczędzić pani wszelkiego cierpienia.

Kiedy to mówił, na jego bladej twarzy z wolna pojawił się żywszy odcień. Miał przed sobą jej oczy, wpatrzone w niego z życzliwą uwagą, i ze wstydem pomyślał o tym, co rozważał przy oknie, zanim przyszła.

Lekarz dostrzegł swoją szansę. Otworzył drzwi do pokoju pana Armadale’a i stanął przy wejściu bez słowa. Pani Armadale weszła do środka jako pierwsza. Minutę później drzwi ponownie się zamknęły i pan Neal stanął wobec zobowiązania, które zostało mu narzucone – bez możliwości odwrotu.

Pokój urządzony był w fantazyjnym, kontynentalnym stylu, a do środka wpadały ciepłe promienie słońca. Na suficie wymalowano kupidyny i kwiaty, białe wstążki podtrzymywały zasłony w oknach, na wyściełanym aksamitem gzymsie kominka tykał elegancki złocony zegar, na ścianach błyszczały lustra, a dywan upstrzony był kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Pośród tego odświętnego wystroju, blasku i światła leżał sparaliżowany człowiek. Jego spojrzenie wędrowało niespokojnie, twarz była pozbawiona życia, głowa podparta wysoko stosem poduszek, a bezwładne ręce spoczywały na pościeli jak ręce nieboszczyka. U wezgłowia łóżka stała ponuro i milcząco stara, pomarszczona, czarna piastunka, na narzucie zaś, między wyciągniętymi ramionami ojca, leżało dziecko w białej sukience pochłonięte nową zabawką. Gdy otwarły się drzwi i pani Armadale wprowadziła gości do środka, chłopiec przerzucał zabawkę – żołnierzyka na koniu – tam i z powrotem ponad bezwładnymi ramionami po swojej prawej i lewej stronie, podczas gdy wzrok ojca podążał za nią tam i nazad z ukradkową i niestrudzoną czujnością dzikiego zwierzęcia, na którą strach było patrzeć.

W chwili, gdy pan Neal ukazał się w drzwiach, niespokojne oczy zatrzymały się, podniosły i popatrzyły na nieznajomego pytająco. Nieruchome wargi mozolnie wykonały wysiłek, aby się poruszyć. Niezgrabnie, niezdecydowanie wyartykułowały pytanie, które bezgłośnie zadały już oczy:

– Czy to pan?

Pan Neal postąpił w stronę łóżka, podczas gdy pani Armadale się od niego odsunęła i wraz z lekarzem czekała w odleglejszej części pokoju. Kiedy nieznajomy się zbliżył, dziecko podniosło wzrok, trzymając w ręku zabawkę, otwarło szeroko jasnobrązowe oczy w chwilowym zdumieniu, po czym na nowo podjęło swe zajęcie.

– Zaznajomiono mnie z pańskim smutnym położeniem – odezwał się pan Neal – i przychodzę, aby zaoferować swoje usługi, usługi, których nikt prócz mnie, jak poinformował mnie pański doktor, nie jest w stanie panu dostarczyć w tym dziwnym miejscu. Nazywam się Neal. Jestem radcą prawnym w Edynburgu i śmiem twierdzić, że jeśli chodzi o mnie, żadne zaufanie, którym zechce mnie pan obdarzyć, nie zostanie zawiedzione.

Oczy pięknej żony chorego już go nie mieszały. Mówił do bezradnego męża cicho i poważnie, bez zwykłej szorstkości i z głębokim współczuciem w głosie, co robiło najlepsze możliwe wrażenie. Widok łoża śmierci sprowadził nań opanowanie.

– Czy chciałby pan, abym coś dla niego napisał? – podjął, nie mogąc doczekać się odpowiedzi.

– Tak! – odrzekł umierający, a w jego oku gniewnie zabłysła niecierpliwość, której język nie był w stanie wyrazić. – Moja ręka już zawiodła, a moja mowa zawodzi. Niech pan pisze!

Zanim miał czas przemówić, pan Neal usłyszał szelest sukni i pośpieszne skrzypienie kółek na dywanie za swoimi plecami. Pani Armadale przesuwała sekretarzyk w stronę nóg łóżka. Jeśli miał obwarować się zabezpieczeniami własnego pomysłu, które sprawią, by w przyszłości nie ucierpiał z powodu następstw tego, co miało się zdarzyć, teraz był na to czas. Nadal odwracając się plecami do pani Armadale, w możliwie najprostszy sposób sformułował zapobiegawcze pytanie:

– Zanim wezmę pióro w dłoń, czy mogę pana zapytać, co też takiego chciałby, abym napisał?

Gniewny wzrok paralityka rozpalał się coraz bardziej. Jego wargi rozwarły się i znowu zamknęły. Nie odpowiedział.

Pan Neal spróbował kolejnego zapobiegawczego pytania, tym razem idącego w innym kierunku:

– Kiedy już napiszę to, co pan chce – zapytał – co należy z tym dalej zrobić?

Tym razem padła odpowiedź:

– Proszę zapieczętować to w mojej obecności i wysłać do mojego wy…

Mając kłopot z wyartykułowaniem słowa, nagle zamilkł i żałośnie spojrzał w twarz pytającego, prosząc o podpowiedzenie słowa.

– Czy ma pan na myśli wykonawcę pańskiej ostatniej woli?

– Tak.

– Domyślam się, że chodzi o list, który mam nadać?

Nie było odpowiedzi.

– Mogę spytać, czy ten list zmieni pański testament?

– Nic z tych rzeczy.

Pan Neal namyślał się przez chwilę. Atmosfera tajemnicy gęstniała. Jedynym z niej wyjściem, jak na razie, była droga ledwie zarysowana przez dziwną historię niedokończonego listu, którą lekarz powtórzył mu słowami pani Armadale. Im bliżej był nieznanego zobowiązania, tym bardziej złowieszczo wydawało mu się ono grozić czymś poważnym. Czy może zaryzykować jeszcze jedno pytanie, nim podejmie nieodwracalne zobowiązanie? W chwili, gdy wątpliwość ta przeszła mu przez myśl, poczuł, jak jedwab sukni pani Armadale muska go od strony najbardziej odległej od jej męża. Jej delikatna, ciemna dłoń spoczęła miękko na jego ramieniu, a duże, afrykańskie oczy spojrzały na niego z potulnym błaganiem.

– Mój mąż bardzo się niepokoi – wyszeptała. – Czy zechce pan złagodzić jego niepokój, zajmując miejsce przy sekretarzyku?

To z jej ust padła prośba – z ust osoby, która miała wszelkie powody, aby się wahać, z ust żony, której mąż nie wtajemniczył w swój sekret! Większość mężczyzn, znalazłszy się w sytuacji pana Neala, porzuciłaby z miejsca wszelkie środki ostrożności. Szkot porzucił wszystkie prócz jednego.

– Napiszę to, co pan chce, abym napisał – zwrócił się do pana Armadale’a. – Zapieczętuję to w pana obecności i własnoręcznie wyślę wykonawcy pańskiej ostatniej woli. Jednak angażując się w to przedsięwzięcie, muszę prosić, aby pan pamiętał, że działam w ciemno. Proszę wybaczyć fakt, że zastrzegam sobie całkowitą swobodę działania, kiedy już pańskie życzenia dotyczące listu zostaną spełnione.

– Czy daje pan słowo?

– Jeśli chce pan mojego słowa, dam je panu, pod warunkiem, o którym właśnie wspomniałem.

– Przyjmuję pański warunek i proszę dotrzymać danego słowa. Mój pulpit – dodał, po raz pierwszy zwracając się do żony.

Skwapliwie przemierzyła pokój w kierunku pulpitu leżącego na krześle w kącie. Wracając, dała przelotnie znak Murzynce, która stała bez ruchu, ponura i milcząca, w miejscu, które zajmowała od początku. Posłuszna nakazowi, kobieta zbliżyła się, aby zabrać dziecko z łóżka. Ledwie je dotknęła, wzrok ojca – dotychczas skupiony na pulpicie – przeskoczył na nią z kocią zręcznością.

– Nie! – powiedział.

– Nie! – zawtórował mu głosik chłopca, który nadal oczarowany był zabawką i nadal cieszył się ze swego miejsca na łóżku.

Murzynka opuściła pokój, dziecko zaś, tryumfując, poczęło tratować żołnierzykiem z góry na dół pościel, która leżała zmiętoszona na piersi ojca. Na ten widok przez piękną twarz matki przebiegł skurcz zazdrości.

– Czy mam otworzyć pulpit? – spytała, równocześnie odpychając szorstko zabawkę.

Odpowiedziało jej spojrzenie męża, które powiodło jej rękę do miejsca pod poduszką, gdzie ukryty był klucz. Otwarła pulpit, ukazując jego zawartość: małe kartki rękopisu spięte razem.

– To te? – spytała, wyjmując je.

– Tak – odparł. – Możesz odejść.

Siedzący przy sekretarzyku Szkot i doktor, szykujący w kącie pobudzającą miksturę, spojrzeli na siebie z niepokojem, którego żaden z nich nie potrafił ukryć. Padły słowa, które wypędziły żonę chorego z pokoju. Czas nadszedł.

– Możesz już iść – powtórzył pan Armadale.

Spojrzała na dziecko, wygodnie rozłożone na łóżku, i popielata bladość z wolna ogarnęła jej twarz. Przeniosła wzrok na nieszczęsny list, który stanowił dla niej nieprzenikniony sekret i pełne zazdrości podejrzenie. Myśl o tej drugiej kobiecie, będącej cieniem i goryczą jej życia, ścisnęła jej serce. Oddaliwszy się o kilka kroków od łóżka, zatrzymała się i zawróciła. Uzbrojona w podwójną odwagę płynącą z miłości i rozpaczy, przylgnęła ustami do policzka umierającego męża i po raz ostatni zaczęła go błagać. Jej gorące łzy kapały mu na twarz, kiedy szeptała:

– Och, Allan, pomyśl, jak bardzo cię kochałam! Jak bardzo starałam się, aby cię uszczęśliwić! Pomyśl, jak niedługo przyjdzie mi cię stracić! O, miły mój, nie odsyłaj mnie!

W jej imieniu błagały słowa, błagał pocałunek. Wspomnienie miłości, którą został obdarzony i której nigdy nie odwzajemnił, poruszyło serce gasnącego mężczyzny jak nic innego od dnia ślubu. Z jego piersi wyrwało się głębokie westchnienie. Spojrzał na nią i zawahał się.

– Pozwól mi zostać – wyszeptała, jeszcze mocniej przyciskając twarz do jego twarzy.

– To ci tylko sprawi ból – odszepnął.

– Nic nie sprawia mi większego bólu niż to, że mnie odsyłasz!

Czekał. Widziała, że się zastanawia, i czekała również.

– Jeśli pozwolę ci na chwilę zostać…?

– Tak, tak!

– Czy odejdziesz, kiedy ci powiem?

– Tak.

– Przyrzekasz?

Więzy krepujące mu dotąd język zdały się chwilowo rozluźnić, aby dać ujście gwałtownemu wybuchowi niepokoju, który nasunął mu to pytanie. Wypowiedział owe zaskakujące słowa tak, jak jeszcze nigdy nie wypowiedział żadnych innych.

– Przyrzekam – powtórzyła, i, opadając na kolana przy łóżku, żarliwie ucałowała jego dłoń.

Obaj nieznajomi znajdujący się w pokoju zgodnie odwrócili twarze. W ciszy, jaka teraz zapadła, jedynym dźwiękiem było ciche szemranie dziecięcej zabawki przesuwanej tam i z powrotem po pościeli.

Lekarz pierwszy przerwał bezruch, jaki ogarnął wszystkich zebranych. Podszedł do pacjenta i z niepokojem zaczął go badać. Pani Armadale powstała z klęczek i, zaczekawszy najpierw na pozwolenie męża, przeniosła kartki rękopisu wyjęte z pulpitu na stolik, przy którym czekał pan Neal. Rozpalona i podniecona, piękniejsza niż kiedykolwiek, w gwałtownym ożywieniu, jakie ją ogarnęło, przystanęła przy nim i podając mu list, wykorzystała okazję, aby z właściwym kobiecie brakiem opanowania własnych impulsów wyszeptać:

– Proszę przeczytać list od początku. Muszę go usłyszeć!

Jej oczy błysnęły pałającym żarem wprost w jego oczy, jej oddech omiótł mu policzek. Zanim zdołał cokolwiek odpowiedzieć czy pomyśleć, była już z powrotem przy mężu. W krótkiej chwili, w której przemówiła, jej uroda zdołała podporządkować Szkota jej woli. Zmarszczył czoło i z niechęcią uznając własną niemożność przeciwstawienia się jej, przewrócił kartki listu. Spojrzał na puste miejsce, gdzie pióro wypadło z dłoni piszącego, pozostawiając kleks, wrócił do początku i wypowiedział słowa działające na korzyść żony, które ona sama włożyła mu w usta:

– Może chciałby pan dokonać jakichś poprawek – zaczął, całą swoją uwagę pozornie skupiając na liście, podczas gdy wszystko wskazywało na to, że na powrót ogarnia go kwaśny nastrój. – Czy mam odczytać to, co już pan napisał?

Pani Armadale, siedząca przy wezgłowiu łóżka z jednej strony, oraz lekarz, z palcami na pulsie pacjenta, siedzący z drugiej, czekali z niepokojem, którego źródło było dla każdego z nich zupełnie inne, na odpowiedź. Pan Armadale przeniósł badawczy wzrok z dziecka na żonę.

– Będziesz tego słuchać? – zapytał.

Rytm jej oddechu przyśpieszył, jej dłoń zakradła się i ujęła jego dłoń, skłoniła głowę w milczeniu. Mężczyzna zamilkł, namyślając się w duchu i nie spuszczając oka z żony. Wreszcie podjął decyzję i dał odpowiedź:

– Niech pan czyta – rzekł – i przerwie, kiedy powiem.

O pierwszej odezwał się dzwon wzywający gości do gospody na wczesny obiad. Do wnętrza pokoju wdarł się wesoły odgłos szybkich kroków i szmer głosów zbierających się przed budynkiem, kiedy pan Neal rozpostarł przed sobą rękopis i odczytał pierwsze jego zdania, które brzmiały następująco:

„Kieruję ten list do mojego syna, kiedy ten osiągnie wiek, w którym będzie go w stanie zrozumieć. Straciwszy wszelką nadzieję, że dożyję czasów, w których zobaczę, jak mój chłopiec staje się mężczyzną, nie pozostaje mi nic innego, jak spisać tu wszystko to, co w przyszłości chętnie bym mu powiedział osobiście.

W pisaniu listu przyświecają mi trzy cele. Po pierwsze, ujawnić okoliczności, które towarzyszyły zamążpójściu angielskiej damy, mojej znajomej, na wyspie Maderze. Po drugie, odkryć prawdę na temat śmierci jej męża, która nastąpiła wkrótce potem na pokładzie francuskiego frachtowca »La Grace de Dieu«. Po trzecie, ostrzec mojego syna przed grożącym mu niebezpieczeństwem – niebezpieczeństwem, jakie powstanie z grobu jego ojca, gdy jego prochy pokryje ziemia.

Historia zamążpójścia angielskiej damy zaczyna się w momencie, kiedy odziedziczyłem wielką posiadłość rodu Armadale i przybrałem ich nieszczęsne nazwisko.

Jestem jedynym żyjącym synem świętej pamięci Mathew Wrentmore’a z Barbadosu. Przyszedłem na świat w rodzinnej posiadłości na wyspie i już jako dziecko straciłem ojca. Moja matka była we mnie ślepo zapatrzona, niczego mi nie odmawiała i pozwalała mi żyć wedle własnego widzimisię. Dzieciństwo i młodość minęły mi na próżnowaniu i pobłażaniu samemu sobie, wśród ludzi – w większości niewolników oraz mieszańców – dla których moja wola była prawem. Wątpię, czy w całej Anglii istnieje mężczyzna mojego urodzenia i pozycji, który byłby równie wielkim ignorantem jak ja. Wątpię, czy w całym świecie znalazłby się drugi młodzieniec, którego namiętnościom równie obce byłyby wszelkie granice jak moim w owym czasie.

Moja matka miała romantyczne obiekcje wobec niewyszukanego imienia mojego ojca. Na chrzcie otrzymałem imię Allan na cześć bogatego kuzyna ojca, świętej pamięci Allana Armadale’a, który posiadał majątek w naszej okolicy, największy i najbardziej dochodowy na wyspie, i który zgodził się zostać moim ojcem chrzestnym za pośrednictwem pełnomocnika. Pan Armadale nigdy nie ujrzał swojego majątku w Indiach Zachodnich. Mieszkał w Anglii i, wysławszy mi zwyczajowy podarunek z okazji chrztu, całymi latami nie utrzymywał kontaktów z moimi rodzicami. Pan Armadale odezwał się ponowie dopiero, kiedy skończyłem dwadzieścia jeden lat. Z tej okazji matka otrzymała od niego list, w którym pytał, czy żyję, i (jeśli tak) proponował ni mniej, ni więcej, tylko uczynienie mnie spadkobiercą swojego majątku w Indiach Zachodnich.

I tak los uśmiechnął się do mnie wyłącznie z powodu złego prowadzenia się jedynego syna pana Armadale’a. Młodzieniec ten okrył się niewybaczalną hańbą, opuścił dom jako banita i od tamtej pory ojciec wyrzekł się go raz na zawsze. Nie mając wśród najbliższych innego męskiego krewnego, który mógłby zostać jego dziedzicem, pan Armadale pomyślał o synu swojego kuzyna i swoim chrześniaku i zaoferował swój zamorski majątek mnie, a po mnie moim spadkobiercom, lecz pod jednym warunkiem – że ja i moi dziedzice przyjmiemy jego nazwisko. Propozycja została zaakceptowana z wdzięcznością i podjęto odpowiednie kroki prawne, aby zmienić moje nazwisko w kolonii i w ojczyźnie. Następną pocztą dotarła do pana Armadale’a wiadomość, że warunek został spełniony. Poczta zwrotna przyniosła wieści od prawników. Testament zmieniono na moją korzyść i w tydzień później śmierć mojego dobroczyńcy uczyniła ze mnie największego właściciela ziemskiego i najbogatszego człowieka na całym Barbadosie.

Było to pierwsze z serii wydarzeń. Kolejne nastąpiło sześć tygodni później.

W tym czasie zwolniła się posada urzędnika w majątku. Zgłosił się na nią młodzieniec w moim wieku, niedawno przybyły na wyspę. Przedstawił się jako Fergus Ingleby. We wszystkim kierowałem się impulsem, nie znałem innego prawa niż własny kaprys, a nieznajomy spodobał mi się od chwili, kiedy pierwszy raz go ujrzałem. Odznaczał się manierami dżentelmena i posiadał niewymownie pociągające przymioty towarzyskie, z jakimi, będąc niedoświadczonym, nigdy się jeszcze nie spotkałem. Kiedy dowiedziałem się, że dostarczone przez niego pisemne referencje dotyczące jego charakteru zostały uznane za niezadowalające, interweniowałem i naciskałem, aby otrzymał posadę. Moja wola była prawem i tak też się stało.

Mojej matce Ingleby od początku się nie podobał i nie ufała mu. Kiedy odkryła, że zażyłość między nami gwałtownie rośnie, że dopuściłem tego podwładnego do kręgu najbliższych towarzyszy i powierników (przestawałem z podwładnymi całe życie i podobało mi się to), zaczęła podejmować kolejne wysiłki, aby nas rozdzielić, ale na darmo. Doprowadzona do ostateczności, postanowiła spróbować jeszcze jednego – namówić mnie na podróż, którą często rozważałem – podróż do Anglii.

Zanim porozmawiała ze mną na ten temat, zdecydowała się zainteresować mnie pomysłem zobaczenia Anglii od nieco innej strony. Napisała list do starego przyjaciela i swego dawnego adoratora, świętej pamięci Stephena Blancharda, mieszkańca Thorpe Ambrose w hrabstwie Norfolk, właściciela ziemskiego i wdowca, ojca dorosłych dzieci. Później odkryłem, że musiała napomknąć o ich dawnym przywiązaniu (utemperowanym, jak sądzę, przez rodziców obu stron) i że prosząc pana Blancharda o przyjęcie syna po przyjeździe do Anglii, wypytywała jednocześnie o jego córkę, co wskazywało na ewentualność małżeństwa jednoczącego obie rodziny, o ile młoda dama i ja przypadlibyśmy sobie do gustu. Pasowaliśmy do siebie pod każdym względem, a wspomnienie matki o jej dziewczęcym przywiązaniu do pana Blancharda sprawiało, że perspektywa małżeństwa jej syna z córką dawnego wielbiciela jawiła się jako najpomyślniejsza i najszczęśliwsza perspektywa, jaką mogła sobie wyobrazić. Nie wiedziałem o tym wszystkim, dopóki na Barbados nie dotarła odpowiedź pana Blancharda. Wtedy matka pokazała mi list i otwarcie przedstawiła mi pokusę, której celem było rozdzielić mnie i Fergusa Ingleby.

List pana Blancharda został nadany z wyspy Madery. Z powodu złego stanu zdrowia lekarze wysłali go tam dla wypróbowania tamtejszego klimatu. Była z nim córka. Na wstępie listu pan Blanchard zapewniał, że z całego serca podziela nadzieje i życzenia mojej matki, po czym proponował, żebym (jeśli mam zamiar wkrótce opuścić Barbados) zatrzymał się na Maderze w drodze do Anglii i odwiedził go w miejscu jego tymczasowego pobytu. Jeśli byłoby to niemożliwe, podawał datę, kiedy zamierza wrócić do Anglii i kiedy z pewnością otrzymam gościnę w jego własnym domu w Thorpe Ambrose. Wreszcie przepraszał, że nie pisze dłuższego listu, tłumacząc się złym wzrokiem i nadmieniając, że sprzeciwił się zaleceniom lekarza, ponieważ nie mógł odmówić sobie przyjemności napisania do starej przyjaciółki własnoręcznie.

Jakkolwiek grzecznie sformułowany, list jako taki nie wywarł na mnie większego wrażenia. Prócz listu było jednak coś jeszcze: dołączony do niego miniaturowy portret panny Blanchard. Na odwrocie jej ojciec napisał na wpół żartobliwie, na wpół z czułością: »Nie mogę prosić córki, by jak zwykle oszczędziła me oczy, nie mówiąc jej o Twoich zapytaniach i nie narażając dziewczęcej nieśmiałości na rumieniec. Dlatego wysyłam ją w postaci podobizny (bez jej wiedzy), aby sama za siebie odpowiedziała. To wierna podobizna dobrej dziewczyny. Jeśli spodoba jej się Twój syn i jeśli mnie też się spodoba, czego jestem pewien, możemy jeszcze doczekać chwili, kiedy nasze dzieci staną się tym, czym my sami kiedyś mogliśmy być – mężem i żoną«. Moja matka wręczyła mi miniaturę wraz z listem. Portret od razu złapał mnie za serce – nie wiem dlaczego, nie wiem, w jaki sposób – tak jak nic innego nie złapało mnie wcześniej.

Głowy tęższe niż moja mogłyby przypisać niezwykłe wrażenie, jakie wywarł na mnie portret, nieuporządkowaniu umysłu, jakiego w tym czasie doświadczałem, zmęczeniu czczymi rozrywkami, jakie zaczęło mnie ogarniać od kilku miesięcy, nieokreślonej tęsknocie za nowymi zainteresowaniami i świeżymi nadziejami, jaką zmęczenie owo mogło wywołać. Ja sam nie wdawałem się w tak trzeźwą autoanalizę; wierzyłem wtedy w przeznaczenie, nadal w nie wierzę. Wystarczyła mi świadomość, że pierwsze przeczucie istnienia w mojej naturze czegoś więcej niż zwierzęce instynkty wzbudziła twarz tej dziewczyny patrząca na mnie z obrazka tak, jak jeszcze nigdy nie patrzyła na mnie żadna kobieta. W tym łagodnym spojrzeniu, w możliwości poślubienia tej delikatnej istoty, widziałem zapisane swoje przeznaczenie. Portret, który tak nieoczekiwanie i w tak dziwnych okolicznościach trafił w moje ręce, był niemym posłańcem szczęścia będącego w zasięgu ręki, przysłanym, aby ostrzegać, zachęcać, pobudzić mnie, zanim będzie za późno. Włożyłem sobie miniaturę na noc pod poduszkę. Następnego ranka znów na nią spojrzałem. Przekonanie, którego nabrałem poprzedniego dnia, było równie silne. Przesąd (możecie tak to nazwać) nieodparcie wskazywał mi drogę, którą mam pójść. W porcie czekał statek, który za dwa tygodnie miał odpłynąć do Anglii, zatrzymując się po drodze na Maderze. Na ten statek kupiłem bilet”.

Do tego momentu czytający doszedł bez żadnych przeszkód. Gdy jednak wypowiadał ostatnie słowa, z jego głosem zmieszał się inny głos, cichy i łamiący się:

– Czy ona była białą kobietą – zapytał głos – czy ciemną jak ja?

Pan Neal zatrzymał się i podniósł wzrok. Lekarz nadal siedział przy wezgłowiu łóżka, z palcami mechanicznie uczepionymi pulsu pacjenta. Dziecko, pozbawione południowej drzemki, bawiło się nową zabawką coraz bardziej ospale. Wzrok ojca śledził je z wytężoną i nieustającą uwagą. Jednak od początku opowieści w słuchaczach zaszła widoczna zmiana. Pani Armadale wypuściła z rąk dłoń męża i siedziała z twarzą odwróconą od niego. Gorąca, afrykańska krew płonęła czerwonym rumieńcem na jej śniadych policzkach, gdy uparcie powtarzała pytanie: „Czy była białą kobietą czy ciemną jak ja?”.

– Białą – odparł jej mąż, nie patrząc w jej kierunku.

Jej dłonie splotły się na podołku i zaczęły wykręcać nawzajem. Nic już nie powiedziała. Nawisłe brwi pana Neala złowrogo opadły, kiedy podejmował opowieść. Doświadczył potężnego niezadowolenia – złapał się na tym, że po cichu jej współczuje.

„Powiedziałem – ciągnął autor listu – że Ingleby został moim najbliższym powiernikiem. Żal mi było go opuszczać, bolały mnie jego wyraźne zdziwienie i zmartwienie na wieść o moim wyjeździe. Pragnąc się usprawiedliwić, pokazałem mu list oraz miniaturę i wyznałem prawdę. Zainteresowanie, jakie wzbudził w nim portret, wydawało się nie mniejsze niż moje własne. Wypytywał mnie o rodzinę i majątek panny Blanchard z troską prawdziwego przyjaciela. Zyskał też jeszcze większy szacunek i zaufanie z mojej strony tym, że usunął się w cień i gorąco zachęcał mnie, abym nie ustawał w drodze do nowego celu. Kiedy się rozstawaliśmy, byłem w dobrym zdrowiu i wyśmienitym nastroju. Nim spotkaliśmy się następnego dnia, niespodziewanie zmogła mnie choroba, która groziła utratą zarówno zmysłów, jak i życia.

Nie mam żadnych dowodów przeciwko Ingleby’emu. Na wyspie znalazłaby się niejedna kobieta, którą niewybaczalnie skrzywdziłem i której zemsta mogła mnie do tej pory dosięgnąć. Nikogo nie oskarżam. Mogę tylko powiedzieć, że życie uratowała mi stara, czarna piastunka, która przyznała potem, że użyła znanej odtrutki na bardzo popularną w tych stronach murzyńską truciznę. Kiedy nadeszły pierwsze dni rekonwalescencji, statek, na który kupiłem bilet, dawno już odpłynął. Kiedy spytałem o Ingleby’ego, okazało się, że zniknął. Przedstawiono mi dowody na jego niewybaczalne zaniedbania, wobec których nawet moja słabość do niego była bezsilna. Został wyrzucony z biura w pierwszych dniach mojej choroby i nie wiadomo było o nim nic więcej ponad to, że opuścił wyspę.

Przez cały okres choroby portret znajdował się u mnie pod poduszką. Przez cały okres rekonwalescencji był moją jedyną pociechą, kiedy myślałem o przeszłości, i jedyną nadzieją, kiedy wybiegałem myślami w przyszłość. Żadne słowa nie opiszą, jak bardzo owładnęło mną początkowe wyobrażenie potęgowane upływem czasu, samotnością i cierpieniem. Matka, która miała swój interes w wyswataniu mnie, była zaskoczona niespodziewanym sukcesem własnego planu. Napisała do pana Blancharda, informując go o mojej chorobie, ale nie otrzymała odpowiedzi. Teraz podjęła się napisać ponownie, pod warunkiem że zobowiążę się nie opuszczać jej, zanim całkowicie nie wyzdrowieję. Moja niecierpliwość nie uznawała żadnych ograniczeń. Kolejny statek stojący w porcie stwarzał okazję wyjazdu na Maderę. Powtórna lektura listu pana Blancharda upewniła mnie, że nadal zastanę go na wyspie, jeśli tylko natychmiast wykorzystam okazję. Nie zważając na prośby matki, uparłem się, że popłynę drugim statkiem, i tym razem kiedy wypływał, byłem na jego pokładzie.

Zmiana dobrze mi zrobiła, morskie powietrze postawiło mnie na nogi. Po niespotykanie szybkiej przeprawie znalazłem się u celu podróży. W piękny, spokojny wieczór, którego nigdy nie zapomnę, stanąłem samotnie na brzegu z jej podobizną ukrytą na piersi, mając przed sobą białe mury domu, o którym wiedziałem, że w nim mieszka.

Zacząłem spacerować wzdłuż granic posiadłości, aby uspokoić się, nim wejdę na jej teren. Odważyłem się zajrzeć do ogrodu przez furtkę i zarośla i zobaczyłem w nim damę, przechadzającą się samotnie po trawniku. Obróciła twarz w moją stronę i ujrzałem pierwowzór mojego portretu, spełnienie moich marzeń! Pisanie o tym teraz jest bezcelowe i gorzej niż bezcelowe. Powiem tylko, że każdą obietnicę, jaką wizerunek złożył mojej wyobraźni, żywa kobieta spełniła w moich oczach w chwili, gdy pierwszy raz ją ujrzałem. Powiem tyle – i nic więcej.

Byłem zbyt podniecony, by ujawniać się w jej obecności. Wycofałem się niedostrzeżony i skierowałem ku głównemu wejściu, a tam poprosiłem o widzenie z jej ojcem. Pan Blanchard udał się do swojego pokoju i nikogo nie przyjmował. Słysząc to, zebrałem się na odwagę i zapytałem, czy mogę prosić pannę Blanchard. Służący uśmiechnął się. »Moja młoda pani nie jest już panną Blanchard« – odrzekł. »Wyszła za mąż«. Niejeden mężczyzna na moim miejscu, słysząc te słowa, padłby jak rażony piorunem. Krew we mnie zawrzała i w szale rzuciłem się służącemu do gardła. »To kłamstwo!« – krzyknąłem, zwracając się do niego tak, jakby był jednym z niewolników w mojej posiadłości. »To prawda« – rzekł tamten, siłując się ze mną. »Jej mąż jest teraz w domu«. »Kto to taki, łajdaku?« Sługa odpowiedział, rzucając mi w twarz moje własne nazwisko: »Allan Armadale«.

Teraz domyślacie się już prawdy. Fergus Ingleby był owym wydziedziczonym synem, którego nazwisko i dziedzictwo przejąłem. I teraz Fergus Ingleby wyrównał ze mną rachunki za pozbawienie go prawa pierworództwa.

Aby wyjaśnić, co nie znaczy usprawiedliwić, mój udział w wydarzeniach, jakie nastąpiły po przybyciu na Maderę, konieczne jest opisanie okoliczności, w których dokonano oszustwa.

Jak wyznał sam Ingleby, dowiedziawszy się o śmierci ojca i odziedziczeniu przeze mnie majątku, przybył na Barbados z mocnym zamiarem ograbienia i okaleczenia mnie. Moja lekkomyślna ufność podsunęła mu lepszą okazję, niż mógłby sobie wymarzyć. Poczekał, aż wpadnie mu w ręce list, który moja matka napisała do pana Blancharda na początku mojej choroby, następnie sprowokował własne zwolnienie z zajmowanego stanowiska i popłynął na Maderę tym właśnie statkiem, który miał zabrać mnie. Przybywszy na wyspę, odczekał, aż statek odpłynie w dalszą drogę, po czym pojawił się u pana Blancharda – nie pod przybranym nazwiskiem, którego będę tu używał w odniesieniu do niego, ale pod nazwiskiem, które z całą pewnością było w równym stopniu jego, jak i moje: »Allan Armadale«. Na początku oszustwo nie przedstawiało większych trudności. Musiał rozprawić się tylko z niedomagającym starszym mężczyzną (który nie widział mojej matki przez pół życia) i niewinną, niczego niepodejrzewającą dziewczyną (która nigdy jej nie widziała). Będąc zaś u mnie na służbie, dowiedział się wystarczająco dużo, aby odpowiedzieć na tych kilka pytań, które mu zadano, równie gładko, jak sam bym to zrobił. Jego wygląd, maniery, podejście do kobiet, inteligencja i spryt dokonały reszty. Udało mu się zdobyć przychylność panny Blanchard, gdy ja leżałem zmożony chorobą. Kiedy rozmarzałem się nad jej wizerunkiem w pierwszych dniach rekonwalescencji, on uzyskał zgodę pana Blancharda na zawarcie małżeństwa, jeszcze zanim on i jego córka opuszczą wyspę.

Do tego momentu problemy ze wzrokiem pana Blancharda sprzyjały oszustwu. Zadowalał się przekazywaniem wiadomości do mej matki i otrzymywaniem na nie odpowiedzi, które były w porę zmyślane. Kiedy jednak zalotnik został przyjęty, a dzień ślubu wyznaczony, poczuł się zobowiązany napisać do swojej starej przyjaciółki, prosząc o jej oficjalną zgodę i zapraszając ją na wesele. Sam zdołał napisać tylko połowę listu. Dokończyła go, pod dyktando, panna Blanchard. Tym razem nie było mowy o wyprzedzeniu poczty i Ingleby, będąc pewien miejsca, jakie zajmuje w sercu swojej ofiary, zastąpił jej drogę, kiedy wychodziła z listem z ojcowskiego pokoju, i wyznał jej prawdę. Nadal była niepełnoletnia, a sytuacja poważna. Jeśli wysłano by list, nie pozostawało nic innego, jak czekać, a potem rozstać się na zawsze albo uciec w okolicznościach, w których wykrycie ucieczki było rzeczą niemal pewną. Na jakikolwiek statek by nie wsiedli, jego cel był z góry znany, zaś w porcie czekał szybki jacht, którym pan Blanchard przybył na Maderę i który miał go zabrać z powrotem do Anglii. Jedynym wyjściem wydawało się kontynuowanie oszustwa poprzez ukrycie listu i wyznanie prawdy po ślubie. Jakich metod perswazji użył Ingleby, w jaki nikczemny sposób wykorzystał jej miłość i ufność, aby sprowadzić ją do swojego poziomu – tego nie wiem. Z pewnością jednak zdeprawował ją. List nigdy nie dotarł do adresatki, a zaufanie ojca zostało ostatecznie zawiedzione za wiedzą i zgodą córki.

Pozostawało jedynie sfabrykować odpowiedź mojej matki, na którą czekał pan Blanchard i która miała nadejść w swoim czasie, przed wyznaczonym dniem ślubu, pocztą. Ingleby miał ze sobą skradziony list mojej matki, brakowało mu jednak zręczności pozwalającej na podrobienie charakteru pisma nadawcy. Panna Blanchard, jakkolwiek wyraziła zgodę na bierny udział w szalbierstwie, nie chciała mieć czynnego udziału w oszukiwaniu ojca. Wobec tej trudności Ingleby znalazł pod ręką narzędzie w postaci sieroty, zaledwie dwunastolatki, o nad wiek rozwiniętych zdolnościach, którą panna Blanchard obdarzyła romantyczną przyjaźnią i którą przywiozła z Anglii, aby uczyła się na jej pokojówkę. Niecna zręczność dziewczyny usunęła ostatnią przeszkodę na drodze do oszustwa. Widziałem podrobione przez nią pod okiem Ingleby’ego i (jeśli mam wyznać haniebną prawdę), za wiedzą jej pani, pismo mojej matki i jestem przekonany, że sam dałbym się na nie nabrać. Widziałem potem tę dziewczynę i krew we mnie wrzała na jej widok. Jeśli jeszcze żyje, biada tym, którzy jej ufają! Jest najbardziej fałszywą i bezlitosną istotą, jaką nosiła ziemia.

Sfałszowany list utorował drogę małżonkom i kiedy dotarłem do ich posiadłości, byli już (jak zgodnie z prawdą powiedział służący) mężem i żoną. Moje przybycie jedynie przyśpieszyło wyznanie, jakie oboje zgodzili się uczynić. Ingleby bez cienia wstydu wyznał prawdę własnymi ustami. Nie miał nic do stracenia – był żonaty, a majątek żony znajdował się poza zasięgiem jej ojca. Pomijam wszystko to, co działo się później – rozmowę z córką i z ojcem – aby przejść do następstw. Przez dwa dni dzięki wysiłkom świeżo upieczonej małżonki i pastora, który udzielił ślubu, udawało się utrzymać mnie z dala od Ingleby’ego. Trzeciego dnia zastawiłem pułapkę z większym powodzeniem i oto znalazłem się sam na sam z człowiekiem, który śmiertelnie mnie zranił.

Wspomnij na moje nadużyte zaufanie, wspomnij na to, jak udaremniono jedyny szlachetny cel w moim życiu, wspomnij na tkwiące głęboko w mojej naturze dzikie namiętności, jeszcze nigdy nieujarzmione, a potem sam wyobraź sobie, co między nami zaszło. Muszę tylko powiedzieć, jaki był koniec. Tamten był wyższy i silniejszy ode mnie i wykorzystał swoją przewagę z zajadłością brutala. Uderzył mnie.

Pomyśl o ranach, jakich doznałem z rąk tego człowieka, a potem pomyśl o znaku, jaki jego pięść odcisnęła na mojej twarzy!

Zwróciłem się do angielskiego oficera, który był moim towarzyszem podróży w drodze na Barbados. Wyznałem mu prawdę i zgodził się ze mną, że nieunikniony będzie pojedynek. W tamtych czasach pojedynki odbywały się według ściśle określonych reguł, które zaczął mi objaśniać. Przerwałem mu.

»Wezmę pistolet w swoją prawą dłoń«, powiedziałem, »a on weźmie pistolet w swoją. Jeden kraniec chusteczki wezmę w lewą dłoń, a on weźmie drugi kraniec w swoją i ponad tą chusteczką odbędzie się pojedynek«.

Oficer wstał i spojrzał na mnie tak, jakby doznał osobistej obrazy.

»Prosi mnie pan, abym był obecny przy morderstwie i samobójstwie«, rzekł. »Odmawiam sekundowania panu«.

Opuścił pokój. Gdy tylko wyszedł, spisałem słowa, które wypowiedziałem w obecności oficera, i wysłałem je przez posłańca Ingleby’emu. Czekając na odpowiedź, usiadłem przed lustrem i spojrzałem na znak na twarzy. »Niejeden mężczyzna miał krew na rękach i na sumieniu z błahszego powodu«, pomyślałem.

Posłaniec przyszedł z odpowiedzią od Ingleby’ego. Wyznaczał spotkanie na godzinę piętnastą następnego dnia, w odludnym miejscu w głębi wyspy. Postanowiłem już, co zrobię, jeśli mi odmówi, jego list zwolnił mnie z tego strasznego zamierzenia. Czułem wdzięczność wobec niego – tak, nieskończoną wdzięczność – za to, że go napisał.

Następnego dnia udałem się na miejsce. Nie było go tam. Czekałem dwie godziny, nie pojawił się. W końcu dotarła do mnie prawda. »Kto raz okazał się tchórzem, zawsze nim będzie«, pomyślałem. Zawróciłem do domu pana Blancharda. Zanim tam dotarłem, ogarnęło mnie nagłe przeczucie i zboczyłem w kierunku portu. Nie myliłem się, port był miejscem, do którego należało się skierować od razu. Statek odpływający tego popołudnia do Lizbony był dla niego okazją do wyjazdu wraz z żoną i tym samym umknięcia mi. Odpowiedź, jaką dał na moje wyzwanie, miała na celu jedynie odciągnięcie mnie w głąb wyspy. Raz jeszcze zaufałem Fergusowi Ingleby’emu i raz jeszcze jego lisi spryt okazał się dla mnie zgubny.

Spytałem mego informatora, czy pan Blanchard dowiedział się już o wyjeździe córki. Odkrył ten fakt, ale dopiero po odpłynięciu statku. Tym razem postanowiłem uczyć się przebiegłości od Ingleby’ego. Zamiast iść do domu pana Blancharda poszedłem najpierw sprawdzić jego jacht.

Statek wyjawił mi to, co jego właściciel mógłby ukryć – prawdę. Zastałem go w ferworze przygotowań do rejsu. Cała załoga była na pokładzie, z wyjątkiem kilku marynarzy, którym pozwolono zejść na ląd i którzy oddalili się w głąb wyspy, nikt dokładnie nie wiedział dokąd. Kiedy odkryłem, że kapitan prowadzi zaciąg na statek, aby uzupełnić braki w załodze najlepszymi ludźmi, jakich mógł pozyskać w tak krótkim czasie, natychmiast powziąłem decyzję. Dobrze orientowałem się w wymaganych obowiązkach, ponieważ miałem własną łódź i sam żeglowałem. Pośpieszyłem do miasta, przebrałem się w płaszcz i kapelusz marynarza, po czym wróciłem do portu i zgłosiłem się na ochotnika jako członek załogi. Nie mam pojęcia, co kapitan widział w mojej twarzy. Odpowiedzi, jakich udzieliłem na jego pytania, zadowoliły go, ale przyglądał mi się z wahaniem. Brakowało jednak rąk do pracy i to zdecydowało, że zostałem przyjęty. W godzinę później dołączył do nas pan Blanchard, którego odprowadzono do kajuty, jako że cierpiał niemiłosiernie na ciele i umyśle. W godzinę potem byliśmy na pełnym morzu, mając nad głowami bezgwiezdne niebo, a za plecami rześką bryzę.