Opis

Każdy dotyk ma swoją cenę.

Layla Shaw próbuje pozbierać kawałki swojego roztrzaskanego życia. Nie jest to łatwe w przypadku siedemnastolatki święcie przekonanej, że gorzej już być nie może. Co gorsza, z uwagi na tajemniczą moc, jaką włada dziewczyna, jej niewiarygodnie przystojny przyjaciel, Zayne, na zawsze pozostanie dla niej nieosiągalny.

Klan strażników, który od zawsze chronił Laylę, nagle zaczyna skrywać przed nią niebezpieczne sekrety. Do tego dziewczyna nie potrafi przestać myśleć o Rocie – grzesznym, seksownym, demonicznym księciu, który rozumie ją lepiej niż ktokolwiek.

Nagle moc Layli zaczyna się przekształcać, przez co może ona poznać smak zakazanego do tej pory owocu. W najmniej oczekiwanym momencie wraca do niej Roth, przynosząc wieści, które na zawsze mogą odmienić los dziewczyny. W końcu dostaje to, czego pragnęła, jednak na ziemi rozpętuje się piekło, liczba ofiar zaczyna wzrastać, a cena za szczęście może okazać się zbyt wysoka…

Czasami  trafiamy na dno tylko po to, by się od niego odbić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla tych, którzy nie przestają wierzyć,

którzy nie ustają w wysiłkach,

którzy nie tracą nadziei.

Rozdział 1

Dziesięć sekund po tym, jak pani Cleo rozpoczęła lekcję biologii, włączyła projektor i wyłączyła światła w sali, Bambi zdecydowała, że miejsce, w którym spoczywała do tej pory, owinięta wokół mojej talii, nie jest już wygodne.

Ślizgający się po moim brzuchu, bardzo aktywny, demoniczny tatuaż węża, nie był fanem siedzenia bez ruchu w jednej pozycji, zwłaszcza podczas nudnego wykładu na temat łańcucha pokarmowego. Zesztywniałam, powstrzymując się, by nie zachichotać niczym hiena, kiedy Bambi przesunęła się między moimi piersiami i oparła głowę w kształcie diamentu na moim ramieniu.

Minęło kolejne pięć sekund, nim wpatrzona we mnie Stacey zmarszczyła brwi. Posłałam jej wymuszony uśmiech, wiedząc, że Bambi nie skończyła się jeszcze mościć. O nie! Wysunęła rozdwojony język i połaskotała mnie po szyi.

Tłumiąc chichot, zakryłam ręką usta i poprawiłam się na krześle.

– Naćpałaś się czegoś? – zapytała cicho Stacey, odsuwając gęstą, ciemną grzywkę z oczu. – A może wystaje mi lewy cycek? Jako moja przyjaciółka powinnaś mi o czymś takim natychmiast powiedzieć.

Choć dobrze wiedziałam, że jej cycki zakryte były koszulką, a przynajmniej żywiłam taką nadzieję, bo koszulka miała dość głęboki dekolt, i tak na nią spojrzałam i opuściłam rękę.

– Twojemu cyckowi nic nie jest. Po prostu jestem… zniecierpliwiona.

Zmarszczyła nos, po czym skupiła uwagę na przodzie klasy. Wzięłam głęboki wdech i w duchu zaczęłam się modlić, by Bambi przez resztę zajęć pozostała na swoim miejscu. Kiedy była na mojej skórze, czułam się jak jakiś beznadziejny przypadek człowieka cierpiącego z powodu tików nerwowych. Kręcenie się co pięć sekund nie mogło przysporzyć mi popularności. Na szczęście przed zbliżającym się Świętem Dziękczynienia było chłodniej, mogłam więc nosić golfy i swetry z długim rękawem, czym ukrywałam obecność Bambi.

Cóż, przynajmniej dopóki nie postanowiła wypełznąć mi na twarz. Czasami lubiła to robić, gdy w pobliżu był Zayne. Był absolutnie wspaniałym strażnikiem – należał do rasy istot, które jeśli chciały, wyglądały jak ludzie, ale ich prawdziwą postacią była forma określana mianem gargulców. Zadaniem strażników była ochrona ludzkości i polowanie na wszystko, co zagrażało im w nocy… a także w dzień. Dorastałam z Zaynem i od lat kochałam go szczenięcą miłością.

Bambi przesunęła się, ogonem łaskocząc mnie po brzuchu.

Nie miałam pojęcia, jak Roth wytrzymywał, kiedy przemieszczała się po jego ciele.

Oddech uwiązł mi w ściśniętym gardle, a w piersi poczułam głęboki, rwący ból. Mimowolnie sięgnęłam po pierścień zawieszony na łańcuszku na szyi – ten, w którym wcześniej znajdowała się krew mojej matki, Lilith. Uspokajałam się, czując pod palcami jego chłodny metal. Nie ze względu na więź rodzinną, ponieważ tak naprawdę nie miałam z matką kontaktu, ale dlatego, że wraz z Bambi był ostatnim ogniwem łączącym mnie z Astarothem, pretendentem do piekielnego tronu, który niedawno uczynił najmniej demoniczną rzecz na świecie.

„W chwili, w której cię odnalazłem, zagubiłem siebie.”

Roth poświęcił się i przytrzymał Paimona – gnojka pragnącego wskrzesić rasę wybitnie paskudnych demonów, w diabelskiej pułapce, która wszystko, co się w niej znajdzie, wysyła wprost do piekła. Zayne próbował powstrzymać Paimona przed ucieczką, ale Roth… zajął miejsce Zayne’a.

A teraz znajdował się w miejscu tortur, zwanym ognistymi kotłami.

Pochyliłam się i oparłam ręce na chłodnym blacie, całkowicie nieświadoma wykładu prowadzonego przez panią Cleo. Łzy zapiekły mnie w gardle, gdy popatrzyłam na puste krzesło stojące przede mną, które nie tak dawno należało do Rotha. Zamknęłam oczy.

Dwa tygodnie. Mniej więcej trzysta trzydzieści sześć godzin, tyle minęło od tamtej nocy w starej sali gimnastycznej – i ani sekunda nie była dla mnie łatwa. Bolało, jakby wydarzyło się to zaledwie wczoraj. Wątpiłam, czy za miesiąc lub nawet za rok będę czuła się lepiej.

Najtrudniejsze były dla mnie te wszystkie kłamstwa. Stacey i Sam zadawali setki pytań, gdy Roth nie pojawił się w szkole po nocy, kiedy odnaleźliśmy MniejszyKlucz Salomona (zwany również Lemegetonem – antyczną księgę zawierającą potrzebne nam odpowiedzi na temat wszystkiego, co związane było z moją matką) i zostaliśmy złapani przez Abbota (lidera waszyngtońskiego klanu strażników, który adoptował mnie, gdy byłam mała). W końcu przestali pytać, ale pozostała tajemnica, którą przed nimi ukrywałam, a byli przecież moimi najlepszymi przyjaciółmi.

Pomimo łączącej nas przyjaźni oboje nie wiedzieli, kim byłam – półstrażniczką i jednocześnie półdemonem. Żadne też nie wiedziało, że Roth nie chorował na grypę ani nie zmienił szkoły. Choć czasem łatwiej mi było myśleć w ten sposób – wmawiać sobie, że chodzi do innej szkoły, zamiast dręczyć się myślą o miejscu, do którego naprawdę trafił.

Ucisk z gardła przeniósł się do mojej piersi, podobnie jak palące uczucie nieustannie wrzące w moich żyłach. Było to pragnienie, by odebrać duszę, przekleństwo, które odziedziczyłam po matce, a które przez ostatnie dwa tygodnie nie zmalało ani odrobinę. Zdolność do odebrania duszy każdej posiadającej ją istocie była przyczyną, dla której nigdy wcześniej nie zbliżyłam się do żadnego chłopaka.

Dopóki nie poznałam Rotha.

Biorąc pod uwagę fakt, że był demonem, problem świetlistej duszy u niego nie istniał. Po prostu takowej nie posiadał. I w przeciwieństwie do niemal całego klanu strażników, a nawet Zayne’a, Roth nie przejmował się tym, że mieszały się we mnie dwie rasy. On akceptował mnie taką, jaka byłam.

Przecierając dłońmi oczy, przygryzłam wnętrze policzka. Kiedy w mieszkaniu Rotha znalazłam mój naprawiony i wyczyszczony łańcuszek – ten, który podczas napaści zerwał mi Petr, strażnik, który okazał się być moim przyrodnim bratem – trzymałam się nadziei, że jednak nie trafił do ognistych kotłów, że jakimś cudem uciekł. Jednak z każdym dniem nadzieja ta malała niczym płomień świecy w środku huraganu.

Wierzyłam, bardziej niż w cokolwiek na tym świecie, że gdyby Roth mógł do mnie wrócić, już by to zrobił, a to oznaczało…

Kiedy zakłuło mnie serce, otworzyłam oczy i powoli wypuściłam trzymane w płucach powietrze. Obraz nieco się rozmazał przez napływające mi do oczu łzy. Zamrugałam kilkukrotnie i poprawiłam się na krześle. Cokolwiek wyświetlał projektor, nie miało dla mnie sensu. Coś związanego z cyklem życia? Nie, to było w Królu Lwie. Najwyraźniej miałam oblać te zajęcia. Pomyślałam, że powinnam przynajmniej coś zanotować, sięgnęłam więc po długopis i…

Z przodu klasy ktoś odsunął krzesło, szurając po podłodze metalowymi nogami, które wydały przeraźliwy pisk. Chłopak poderwał się, jakby ktoś podpalił mu tyłek. Otaczał go niewielki, żółtawy blask – jego aura. Tylko ja byłam w stanie to zobaczyć, ale u niego migała chaotycznie, pojawiała się i znikała. Zdolność widzenia ludzkich aur – widm dusz – nie była dla mnie nowością. Występowały w przeróżnych kolorach, czasami stanowiły mieszaninę więcej niż dwóch, ale nigdy wcześniej nie widziałam, by którakolwiek tak mrugała. Rozejrzałam się po sali, w której inne dusze również słabo migotały.

Co, u diabła?

Pani Cleo stanęła nieruchomo z ręką nad projektorem i zmarszczyła brwi.

– Deanie McDaniel, co ty, u licha ciężkiego…

Dean obrócił się twarzą do dwóch siedzących za nim chłopaków. Opierali się na krzesłach, mieli skrzyżowane na piersiach ręce i identyczne uśmieszki na twarzach. Usta Deana były zaciśnięte w wąską linię, a policzki czerwone. Opadła mi szczęka, gdy oparł rękę na blacie ławki, a drugą zwinął w pięść i uderzył w twarz dzieciaka siedzącego za nim. Uderzenie rozeszło się echem po całej klasie, po czym rozległo się kilka jęków zaskoczenia.

Do jasnej anielki!

Natychmiast się wyprostowałam, a Stacey uderzyła dłońmi o naszą ławkę.

– O cholera – szepnęła, gapiąc się na uderzonego przez Deana chłopaka, który poleciał w lewo i niczym worek ziemniaków wylądował na podłodze.

Nie znałam zbyt dobrze Deana. Do licha, nie byłam pewna, czy przez cztery lata chodzenia do jednej szkoły zamieniłam z nim choćby kilkanaście słów, ale był cichy i wycofany, wysoki i szczupły, przypominał Sama.

Zapewne nie był dzieciakiem, którego typowalibyście jako pierwszego do bitki – w dodatku z dużo większym kolesiem.

– Dean! – krzyknęła pani Cleo, jej pulchne piersi podskoczyły, gdy ruszyła przez klasę, by włączyć światło. – Co ty…?

Drugi chłopak wystrzelił z krzesła jak strzała, dłonie zacisnął w masywne pięści.

– Popieprzyło cię? – Okrążył ławkę, jednocześnie zdejmując zapinaną bluzę. – Chcesz się bić?

Sprawy zawsze przybierały poważny obrót, gdy ubranie lądowało na podłodze.

Dean parsknął śmiechem i przeszedł na front. Krzesła zaczęły piszczeć, gdy uczniowie odsuwali mu się z drogi.

– Och, właśnie mam zamiar dobrze się zabawić.

– Walka! – krzyknęła podekscytowana Stacey, grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu komórki. Kilkoro innych uczniów zrobiło to samo. – Muszę to nagrać.

– Chłopcy! Natychmiast się uspokójcie. – Pani Cleo uderzyła ręką w ścianę, wciskając guzik interkomu łączący ją wprost z dyżurką. Rozległ się sygnał, po czym ktoś odebrał. – W sali dwieście cztery natychmiast potrzebuję ochrony!

Dean rzucił się na przeciwnika i powalił go na podłogę. W szamotaninie rąk i nóg polecieli na sąsiednią ławkę. Z tyłu klasy byłyśmy bezpieczne, ale i tak wstałyśmy z miejsc. Dreszcz przebiegł mi po skórze, kiedy Bambi bez ostrzeżenia postanowiła się poruszyć, łaskocząc mnie ogonem po brzuchu.

Stacey wyciągnęła się, stając na palcach, najwyraźniej próbując ustawić telefon pod odpowiednim kątem.

– To…

– Okropne? – podsunęłam, wzdrygając się, gdy chłopak wyprowadził porządny cios, który sprawił, że głowa Deana poleciała w tył.

Stacey, patrząc na mnie, uniosła brwi.

– Miałam powiedzieć: niesamowite.

– Ale oni… – Dosłownie podskoczyłam, kiedy drzwi do klasy otworzyły się z hukiem i uderzyły w ścianę.

Ochroniarze wbiegli do sali, zmierzając wprost do walczących. Jeden umięśniony mężczyzna objął Deana i odciągnął go od drugiego ucznia. Pani Cleo biegała wokół niczym nakręcony koliber, obiema rękami ściskając swój tandetny, znoszony naszyjnik.

Ochroniarz w średnim wieku uklęknął przy powalonym chłopaku. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że kolega z klasy nie ruszał się, odkąd upadł na podłogę. Poczułam niepokój, co nie miało nic wspólnego z tym, że Bambi znów się poruszyła, układając się na moim brzuchu. Ochroniarz pochylił się i przysunął głowę do klatki piersiowej chłopaka.

Nagle odsunął się i sięgnął po mikrofon na ramieniu. Jego twarz była biała jak kartki w moim zeszycie.

– Przyślijcie karetkę. Mam tu nastolatka, najprawdopodobniej siedemnaście czy osiemnaście lat. Widoczne sińce na czaszce. Nie oddycha.

– O Boże! – szepnęłam, ściskając rękę Stacey.

W sali zapanowała cisza, wszystkie podekscytowane rozmowy ucichły. Pani Cleo przystanęła przy biurku, jej policzki poruszały się przy każdym oddechu. Stacey wciągnęła gwałtownie powietrze i opuściła telefon.

Nagłą ciszę zakłócił Dean, który odrzucił głowę w tył i zaczął się śmiać, podczas gdy drugi ochroniarz wyprowadzał go siłą z klasy.

***

Stacey założyła swoje długie do ramion, czarne włosy za uszy. Nawet nie tknęła leżącej na talerzu pizzy ani nie upiła wody ze stojącej przed nią puszki. Ja również. Przyjaciółka myślała zapewne o tym samym, co ja. Dyrektor Blunt wraz z pedagogiem szkolnym, na którego nigdy nie zwracałam uwagi, pozwolili uczniom zdecydować, czy chcą wrócić do domu.

Ja nie miałam podwózki. Morris, kierowca klanu, złota rączka i w ogóle niesamowity facet, nadal nie mógł mnie odbierać, odkąd ostatni raz jechaliśmy razem i potrącił nas opętany mężczyzna w taksówce. A nie chciałam budzić Zayne’a czy Nicolaia – pełnokrwiści strażnicy przez większość dnia spali, pogrążeni w głębokim letargu w swych kamiennych formach. Stacey natomiast nie chciała siedzieć w domu ze swoim braciszkiem. Tkwiłyśmy zatem na stołówce.

Choć żadna z nas nie miała apetytu.

– Mam traumę – powiedziała, biorąc głęboki wdech. – Poważnie.

– Ale ten chłopak nie umarł – odparł Sam z ustami pełnymi pizzy. Okulary w drucianych oprawkach zsunął na czubek nosa. Kręcone, brązowe włosy opadały mu na czoło. Jego dusza, słaba mieszanka żółci i błękitu, migotała podobnie jak wszystkie inne dzisiejszego poranka, mrugając niczym świąteczne lampki choinkowe. – Słyszałem, że reanimowano go w karetce.

– Ale to nadal nie zmienia faktu, że widziałyśmy kolesia, który przywalił drugiemu tak mocno, że ten zmarł na naszych oczach – wyjaśniła Stacey, wytrzeszczając oczy. – Przegapiłeś ten szczegół?

Sam przełknął kęs pizzy.

– Skąd wiesz, czy naprawdę umarł? Fakt, że jakiś tam ochroniarzyna stwierdził, że uczeń nie oddychał, wcale nie znaczy, że to musiała być prawda. – Zerknął na mój talerz. – Będziesz to jadła?

Pokręciłam głową, bo zabrakło mi słów.

– Częstuj się. – Chwilę później złapał za kawałek pizzy z pepperoni leżący na moim talerzu. Uniósł głowę i spojrzał mi w oczy. – Dobrze się czujesz? – zapytałam.

Skinął głową, przeżuwając.

– Przepraszam. Wiem, że brzmię, jakbym mu nie współczuł.

– Tak myślisz? – mruknęła oschle Stacey.

Poczułam w głowie tępy ból, więc sięgnęłam po wodę. Potrzebowałam kofeiny. Musiałam też dowiedzieć się, o co, do licha, chodziło z migającymi od rana aurami. Kolor otaczający człowieka określał charakter jego duszy: biały oznaczał duszę zupełnie czystą, pastelowe barwy, najbardziej powszechne, zazwyczaj wskazywały dusze dobre, zaś ciemniejsze, zdecydowane kolory – dusze o charakterze bardzo wątpliwym. A jeśli człowiek w ogóle nie posiadał aury, znaczyło to, że należał do drużyny mroku.

A konkretnie, że był demonem.

Nie oznaczałam ich już – była to moja kolejna fajna zdolność, którą zawdzięczałam mieszanym genom. Dotknięcie demona było równoznaczne z umieszczeniem na jego ciele neonu, przez co strażnikom łatwiej było wyłowić ich z tłumu.

Nie sprawdzało się to jednak w przypadku demonów wyższej kasty. Im niewiele mogłam zrobić.

To nie zajście z Paimonem sprawiło, że przestałam oznaczać demony. Wprawdzie po nocy w starej sali gimnastycznej Abbot dał mi szlaban na resztę życia, ale oznaczanie demonów nie wydawało mi się już czymś właściwym, zwłaszcza teraz, kiedy wiedziałam, że wiele z nich mogło być nieszkodliwych. Kiedy już to robiłam, zwracałam uwagę na infernale, ponieważ były niebezpieczne i gryzły ludzi, ale impy zostawiałam w spokoju.

Prawdę mówiąc, zmianę w zwyczaju mojego oznaczania zawdzięczam Rothowi.

– Ci dwaj idioci prawdopodobnie zadzierali z Deanem – ciągnął Sam, kiedy w nanosekundę pożarł pizzę. – Pewnie miał ich dosyć.

– Ludzie zazwyczaj nie mają pięści, które mogą być śmiercionośną bronią – odparła Stacey.

Moją uwagę odwrócił dzwoniący telefon. Pochyliłam się i wyjęłam go z plecaka. Kąciki moich ust uniosły się odrobinę, gdy zobaczyłam, że to wiadomość od Zayne’a, jednak ból w głowie nieustannie się wzmagał.

NICK CIĘ ODBIERZE. KIEDY WRÓCISZ, PRZYJDŹ DO SALI TRENINGOWEJ.

Ach, trening. Mój żołądek fiknął niewielkiego koziołka, co często się zdarzało na myśl o trenowaniu z Zaynem, ponieważ w pewnym momencie przy demonstracji chwytów i uników robił się spocony i zdejmował koszulkę. I cóż, nawet jeśli mocno cierpiałam po stracie Rotha, widok Zayne’a bez koszulki był czymś, na co zawsze z utęsknieniem czekałam.

Poza tym Zayne zawsze wiele dla mnie znaczył. Zawsze będzie. To się wcale nie zmieniło. Kiedy zostałam po raz pierwszy przywieziona do siedziby klanu, byłam przerażona i schowałam się w szafie. To Zayne namówił mnie, bym z niej wyszła, trzymając niezbyt nowego misia, którego ochrzciłam Pan Glutek. Od tamtego czasu nie opuszczałam chłopaka. Cóż, przynajmniej dopóki nie pojawił się Roth. Zayne był moim jedynym sojusznikiem – jedyną osobą, która wiedziała, kim byłam i… Boże, był przy mnie, był moją opoką nawet przez ostatnie tygodnie.

– Tooo… – Sam przeciągnął to słowo, podczas gdy ja wysłałam Zayne’owi szybkie „OK” i wrzuciłam komórkę z powrotem do plecaka. – Wiedziałyście, że kiedy rodzi się wąż z dwoma głowami, obie walczą ze sobą o pokarm?

– Co? – zapytała Stacey, ściągając brwi w dwie poziome linie.

Sam skinął głową i uśmiechnął się nieznacznie.

– Tak. To jakby walka na śmierć i życie… z samym sobą.

Z jakiegoś powodu przestałam być tak bardzo spięta, gdy Stacey prychnęła śmiechem i powiedziała:

– Twoja zdolność przyswajania nieistotnej wiedzy nie przestaje mnie zadziwiać.

– Właśnie dlatego mnie kochasz.

Stacey zamrugała, a róż odmalował się na jej policzkach. Spojrzała na mnie, jakbym w jakiś sposób miała jej pomóc z niedawno odkrytą fascynacją Samem. Byłam ostatnią osobą na ziemi, która mogłaby udzielać rad dotyczących płci przeciwnej. Do tej pory całowałam się tylko z jednym chłopakiem.

I był demonem.

Więc…

Roześmiała się głośno, po czym złapała za puszkę z wodą.

– Nieważne. Jestem zbyt fajna, by kogoś kochać.

– Właściwie… – Sam wyglądał, jakby miał podzielić się z nami jakimś przypadkowym kawałkiem wiedzy na temat miłości, kiedy ból mocno ścisnął moją czaszkę.

Ostro wciągnęłam powietrze, przyciskając dłonie do oczu, które wcześniej zamknęłam z powodu palącego jak ogień uczucia. Było natychmiastowe i silne, minęło równie szybko, jak się pojawiło.

– Laylo? Dobrze się czujesz? – zapytał Sam.

Wolno skinęłam głową, opuściłam ręce i otworzyłam oczy. Sam gapił się na mnie, ale…

Przechylił głowę na bok.

– Zbladłaś trochę.

Patrząc na niego, poczułam zawroty głowy.

– Ty…

– Ja? Co? – Zmarszczył czoło i zerknął na Stacey. – Co ja?

Sama nic nie otaczało – ani jedna wstążka błękitu czy żółci. Moje serce przyspieszyło, gdy popatrzyłam w stronę Stacey. Jej jasnozielonej aury również nie było. Mogło to oznaczać, że nie mieli… Nie, przecież Sam i Stacey mieli dusze. Dobrze o tym wiedziałam.

– Laylo? – zapytała cicho Stacey, dotykając mojej dłoni.

Obróciłam się i rozejrzałam po zatłoczonej stołówce. Wszyscy wyglądali normalnie, oprócz tego, że nie otaczała ich żadna poświata. Nie mieli wokół siebie miękkich, pastelowych kolorów. Moje serce waliło jak młotem, a pot zrosił mi czoło. Co się dzieje?

Poszukałam wzrokiem Evy Hasher, z której aurą byłam zbyt dobrze zaznajomiona, i znalazłam ją siedzącą kilka stolików od nas, otoczoną grupą, którą Stacey nazywała watahą zdzir. Obok niej siedział też Gareth, jej przechodni chłopak. Pochylał się, a ręce opierał na stole. Wpatrywał się w blat czerwonymi, szklącymi się oczyma. Lubił imprezować, ale nie pamiętałam, bym widziała go naćpanego w szkole. Wokół niego również nie było poświaty.

Wróciłam spojrzeniem do Evy. Normalnie tę seksowną brunetkę otaczała fioletowa aura, zwiastując, że niedługo jej dusza będzie pozostawiała wiele do życzenia. Zawsze czułam wielkie pragnienie, by zakosztować jej esencji.

Ale przestrzeń wokół niej była przezroczysta.

– O Boże – szepnęłam.

Stacey ścisnęła moją rękę.

– Co się dzieje?

Znów popatrzyłam na przyjaciółkę, która nadal nie miała aury. Następnie na Sama, który również jej nie miał. Nie widziałam już ani jednej duszy.

Rozdział 2

Reszta popołudnia minęła w oszołomieniu. Stacey i Sam przyzwyczajeni byli do gwałtownych zmian mojego nastroju i nagłego znikania, a choć nie podobała mi się ta myśl, tak właśnie było. Żadne nie naciskało, bym wyjaśniła swoje dziwaczne zachowanie.

Kiedy zobaczyłam Nicolaia czekającego na mnie przed wejściem do szkoły, wiedziałam, że moje umiejętności wyczuwania pomiotów piekielnych poszły się bujać. Strażnicy posiadali czyste dusze – piękną białą poświatę, która smakowała jak niebo. Nawet Petr miał czystą duszę, choć był najgorszym strażnikiem, jakiego znałam, no i próbował mnie zabić.

Jednak Nicolaia, strażnika, który był tak dobry, jak Zayne, nie otaczała dziś jego jasna aura. Z szeroko otwartymi oczami wskoczyłam do czarnego escalade’a i zamknęłam za sobą drzwi.

Nicolai zerknął na mnie z ukosa. Rzadko się uśmiechał, odkąd przy porodzie stracił żonę i swoje jedyne dziecko, jednak przy mnie przeważnie był pogodny, choć jego stosunek zmienił się tej nocy, kiedy klan przyłapał mnie z Rothem.

– Dobrze się czujesz? – zapytał, patrząc na mnie błękitnymi oczami, identycznymi jak u Zayne’a. Wszyscy strażnicy mieli takie zjawiskowe niebieskie oczy, które wyglądały niczym letnie niebo tuż przed burzą. Moje były jasnoszare, jak gdyby pozbawione koloru, co było skutkiem płynącej we mnie demonicznej krwi.

Kiedy patrzyłam na niego tępo, na przystojnej twarzy Nicolaia odmalowało się zdziwienie.

– Laylo?

Zamrugałam, jakbym wychodziła z transu i spojrzałam na ludzi tłoczących się na chodniku. Niebo nadal było zachmurzone od niedawnego, chłodnego deszczu, a chmury wciąż nabrzmiałe wilgocią. Pośród przechodniów nie potrafiłam dostrzec ani jednej aury. Pokręciłam głową.

– Nic mi nie jest.

Nie rozmawialiśmy podczas długiej jazdy, która przeciągała się z powodu remontu mostu. Korki zawsze stanowiły problem w tym mieście. Kiedy woził mnie Morris, również się nie odzywał – nigdy się nie odzywał – ale udawałam, że prowadzę z nim konwersację. Z Nicolaiem było to jeszcze bardziej niezręczne. Zastanawiałam się, czy nadal uważał, że zdradziłam klan, pomagając Rothowi odnaleźć Lemegeton, i czy jeszcze kiedykolwiek się do mnie uśmiechnie.

Wydawało się, że minęło pół godziny i dziesięć lat, nim samochód wtoczył się na podjazd naszej posiadłości. Jak zwykle złapałam plecak i otworzyłam drzwi. Robiłam to tak wiele razy, że nie patrzyłam, gdzie stawiam stopę. Znałam chodnik prowadzący na ganek, wiedziałam, gdzie są stopnie.

Ale gdy wysiadłam, moja noga trafiła jedynie na powietrze. Tracąc z zaskoczenia równowagę, wyrzuciłam ręce w górę i runęłam w przód. Plecak poleciał na bok, a ja opadłam na dłonie. Bambi przesunęła się bez ostrzeżenia, zwinęła się wokół mojej talii, jakby chroniąc mnie przed rozpłaszczeniem się na ziemi.

Naprawdę była pomocna.

Podparłam się, nim pocałowałam chodnik, przesuwając rękami po śliskim, popękanym kamieniu. Zdarłam naskórek na dłoniach i poczułam ból.

Nicolai w rekordowym czasie wysiadł z auta i znalazł się przy mnie, przeklinając głośno.

– Nic ci nie jest, mała?

– Aua! – jęknęłam, klęcząc i unosząc zranione dłonie. Prócz wstydu, że poruszałam się jak jakaś trójnożna gazela, nic mi nie było. Zaczerwieniłam się, przygryzłam wargę, by nie rzucić jakiegoś przekleństwa, które cisnęło mi się na usta. – Nic mi nie jest.

– Jesteś pewna? – złapał mnie za ramię i pomógł wstać. W chwili, w której mnie dotknął, Bambi postanowiła zmienić pozycję, więc poczułam, jak wspina mi się po szyi, by sięgnąć szczęki. Nicolai również ją zauważył, więc natychmiast cofnął rękę. Odchrząknął i wbił we mnie wzrok. – Zdarłaś sobie skórę.

– Uleczą się. – I to w kilka godzin. Miałam nadzieję, że do tego czasu Bambi zdecyduje się przesunąć w jakieś mniej widoczne miejsce. Żaden ze strażników, z miliona różnych powodów, nie lubił na nią patrzeć. – Co się stało z tym chodnikiem?

– Nie mam pojęcia – powiedział Nicolai, patrząc na pęknięty szary kamień. – Może to przez deszcz?

– Dziwne – mruknęłam, zauważając plecak w kałuży. Westchnęłam, podeszłam do niego i wyciągnęłam go z błota.

Nicolai podążył za mną schodami.

– Jesteś pewna, że nic ci się nie stało? Mogę poprosić Jasmine, by sprawdziła twoje ręce.

Nie miałam pojęcia, dlaczego Jasmine, członkini nowojorskiego klanu strażników, nadal tutaj przebywała. Nie żebym miała z tym jakiś problem. Za to jej siostra Danika, piękny, pełnokrwisty gargulec pragnący dzieci z Zaynem, była zupełnie inną bajką. Jednak, biorąc pod uwagę to, co zaszło między mną a Rothem, nie miałam prawa być zazdrosna.

Mimo wszystko czułam gorycz za każdym razem, kiedy widziałam tę ciemnowłosą piękność. Podwójne standardy były do bani, ale mnie służyły.

– Serio. Nic mi nie jest – powiedziałam, czekając aż Geoff, ukryty gdzieś w podziemiach posiadłości, otworzy drzwi. – Najwyraźniej nie mam koordynacji ruchowej.

Nicolai nie odpowiedział i – dzięki Bogu i puchatym cherubinkom – drzwi w końcu stanęły otworem. Ostrożnie, by nie trafić na niespodziewaną dziurę w podłodze, postawiłam plecak w korytarzu i popędziłam schodami do swojego pokoju.

Dobre wieści były takie, że z nich nie spadłam, a Bambi nie wspięła mi się na twarz, tylko na powrót zwinęła się na moim ciele.

Korki i mój upadek opóźniły nieco spotkanie z Zaynem. Zastanawiałam się, jak skupię się na treningu, skoro najwyraźniej zepsuł mi się umysł.

Dlaczego nie widziałam dusz? I co to oznaczało?

Musiałam o tym komuś powiedzieć – może Zaynowi, lecz z pewnością nie jego ojcu. Nie ufałam już Abbotowi. Nie, odkąd odkryłam, że cały czas wiedział, kim byli moi rodzice. I byłam pewna, że on również mi nie ufał.

Wyciągnęłam z komody spodnie od dresu i podkoszulek, po czym rzuciłam ubrania na łóżko. Chodząc po pokoju w skarpetkach, rozpięłam jeansy i naciągnęłam sweter, by zdjąć go przez głowę. Naelektryzowałam tym włosy, więc te połamane stanęły dęba. Zayne wiedziałby, co zrobić. Odkąd Roth…

Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się i wpadł przez nie Zayne.

– Nicolai powiedział… Jezu Chryste.

Zastygłam w bezruchu przy łóżku, a moje oczy były wielkości spodków. Cholera jasna. Sweter nadal wisiał owinięty wokół mojej ręki, ale na sobie miałam jedynie biustonosz – czarny – i rozpięte jeansy. Nie wiedziałam, czy kolor mojego stanika stanowił jakąkolwiek różnicę, ale stałam na środku pokoju z otwartymi ustami.

Zayne zatrzymał się i podobnie jak w przypadku Nicolaia, nie zobaczyłam wokół niego perlistej poświaty. Jednak w tym momencie byłam zajęta raczej tym, co widział Zayne: mną, stojącą przed nim w samym biustonoszu – i to czarnym.

Jego piękne niebieskie oczy rozszerzyły się, a źrenice stały się pionowe. Pofalowane, jasne włosy, których dawno nie obcinał, rozsypały się, przysłaniając jego kości policzkowe. Również rozchylił pełne usta.

Przez dziesięć lat mieszkaliśmy razem. Był ode mnie starszy o cztery lata i idealizowałam go jak każda młodsza siostra, ale żadne z uczuć, które żywiłam do Zayne’a, przynajmniej w ciągu ostatnich lat, nie było siostrzane. Pragnęłam go, odkąd byłam na tyle dojrzała, by potrafić docenić jego twardy jak skała brzuch.

Jednak Zayne zawsze był i zawsze będzie dla mnie niedostępny.

Był pełnej krwi strażnikiem i choć nie mogłam teraz zobaczyć jego duszy, wiedziałam, że ją miał, i że była czysta. Zayne wcześniej nie miał problemu ze zbliżaniem się do mnie, jednak związek z kimś, kto posiadał aurę, mógł być niebezpieczny, biorąc pod uwagę fakt, że mogłam go zamienić w bezduszne monstrum.

Poza tym jego ojciec oczekiwał, że utworzy parę z Daniką.

Bleee…

W tej chwili jednak potencjalne plany spłodzenia dzieci z Daniką zostały usunięte z tego pokoju. Zayne patrzył na mnie, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział, a ja, szczerze mówiąc, nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy mógł mnie widzieć choć w kostiumie kąpielowym, nie wspominając o biustonoszu. Starałam się nie myśleć o czerwonych majtkach w grochy wystających spod rozpiętych spodni.

I wtedy uświadomiłam sobie, na co się gapił.

Natychmiast oblałam się rumieńcem, który pod spojrzeniem Zayne’a rozlał się na szyję i niżej. Czułam, jak ogon Bambi poruszał się na moich plecach. Owinęła się wokół mojego pasa, jej długie ciało znajdowało się między innymi na moim mostku. Głowa spoczywała na mojej prawej piersi, jakby ta była jej osobistą poduszką, tuż obok na łańcuszku wisiał pierścień.

Zayne śledził wzrokiem tatuaż, a ja skuliłam się i jeszcze bardziej zaczerwieniłam. Co musiał myśleć na widok tak odsłoniętej Bambi? Czy przypominała mu o tym, jak bardzo się od niego różniłam? Nie chciałam tego wiedzieć.

Postawił krok w przód i spojrzał na mnie z intensywnością, którą odczułam niczym fizyczną pieszczotę. Coś się we mnie zmieniło i zażenowanie przekształciło się w wyraźne ciepło. Poczułam, jak serce bije mi z trudem, a mięśnie podbrzusza się zaciskają.

Wiedziałam, że muszę założyć sweter lub przynajmniej się nim zakryć, ale sposób, w jaki Zayne mi się przyglądał, sprawiał, że nie mogłam się poruszyć i… chciałam, by dalej to robił.

Aby zobaczył, że nie byłam już małą, ukrywającą się w szafie dziewczynką.

– Boże – powiedział z głębokim, niskim pomrukiem, odzyskując w końcu głos. – Jesteś piękna, Laylo. Wspaniała.

Moje serce fiknęło koziołka, ale uszy musiały chyba szwankować, ponieważ dobrze wiedziałam, że on nie mógł czegoś takiego powiedzieć. Owszem, wcześniej mówił, że jestem ładna, ale nigdy, że piękna – i nigdy nie nazwał mnie wspaniałą. Nie z moimi włosami tak jasnymi, że mogły uchodzić za białe, ani wyglądem lalki z oczami i ustami odrobinę za dużymi w stosunku do twarzy. To znaczy, nie byłam pasztetem czy coś, ale nie byłam też Daniką. Ona miała lśniące, czarne włosy, była wysoka i zgrabna. Była oszałamiająca.

A ja chwilę temu wypadłam z samochodu i z dystansu łatwo było uznać mnie za albinosa.

– Co? – szepnęłam, krzyżując ramiona na piersi, ze swetrem wciąż wiszącym na szyi.

Zayne pokręcił głową i podszedł – nie, podkradł się do mnie – stawiając każdy krok precyzyjnie i z wdziękiem tancerza, czego mu zazdrościłam.

– Jesteś piękna – powiedział z oczami lśniącymi cudownym odcieniem błękitu. – Nie sądzę, bym ci to kiedyś mówił.

– Nie mówiłeś, ale nie je…

– Nie zaprzeczaj. – Jego spojrzenie raz jeszcze opadło do miejsca, w którym spoczywała głowa Bambi, a powietrze wymknęło mi się ze świstem spomiędzy rozchylonych warg. Choć raz mój demoniczny kompan się nie poruszył. – Ponieważ jesteś piękna, Laylo.

„Dziękuję” uformowało mi się na końcu języka, wydawało się właściwe, by to powiedzieć, jednak żadne słowo nie opuściło moich ust, kiedy Zayne uniósł rękę. Wsunął palce pod ramiączko mojego biustonosza i zsunął mi je z ramienia. Kiedy poczułam na sobie jego dotyk, dreszcz wstrząsnął moim ciałem.

Uderzyła we mnie fala dziwnej zaborczości. Musiałam go mieć wyłącznie dla siebie, to było tak mocne i głębokie doznanie, że moje kolana stały się miękkie jak z waty, a oddech uwiązł mi w gardle. Kiedy Zayne zsunął mi ramiączko, palcami muskając skórę, poczułam głęboko zakorzenioną tęsknotę, która zarazem była obca. Głód, który czułam, ale…

Nasze spojrzenia się skrzyżowały, jego źrenice były teraz całkowicie pionowe. W ułamku sekundy zaschło mi w ustach, kiedy pomyślałam, że miał zamiar mnie pocałować. Każdy mięsień w moim ciele się napiął, przez co Bambi poruszyła ogonem na moich plecach. Tysiące fantazji – a miałam ich trochę, jeśli chodziło o Zayne’a – nie mogło przygotować mnie na tę chwilę. Zayne… był dla mnie wszystkim, a przed Rothem…

Roth.

Powietrze uleciało mi z płuc na myśl o złotookim demonie. Jego obraz tak łatwo stanął mi przed oczami – czarne niczym obsydian włosy, wystające kości policzkowe i usta wygięte w porozumiewawczym uśmieszku, który za każdym razem jednocześnie mnie wkurzał i ekscytował.

Jak mogłam stać tak z Zaynem, pragnąc, by mnie pocałował – a tego właśnie chciałam – kiedy dopiero co straciłam Rotha?

Ale tak naprawdę nigdy nie miałam Rotha, a pocałowanie Zayne’a nie było możliwe.

Z wielkim, jak mi się wydawało, wysiłkiem chłopak oderwał ode mnie wzrok i spojrzał przez ramię. Dobry Panie w niebiesiech, drzwi były otwarte. Każdy przechodzący mógł mnie zobaczyć. W biustonoszu – i to czarnym.

Ponownie poczułam ciepło oblewające mi twarz, po czym odsunęłam się i założyłam sweter. Obróciłam się i przygładziłam dłonią sterczące włosy. Miałam wrażenie, że moje policzki płonęły, jakbym opalała się podczas burzy słonecznej. Nie miałam zielonego pojęcia, co powiedzieć, kiedy drżącymi palcami zapinałam jeansy.

Zayne odchrząknął, ale kiedy się odezwał, jego głos nadal był głębszy i bardziej ochrypły niż zazwyczaj:

– Chyba powinienem najpierw zapukać, co?

Policzyłam do dziesięciu, po czym odwróciłam się do niego i nonszalancko wzruszyłam ramionami. Nadal na mnie patrzył, jakbym wciąż była półnaga.

– Ja ciągle tak do ciebie wpadam.

– Tak, ale… – Uniósł brwi i potarł policzek. – Przepraszam za to wejście i za… ee… gapienie się.

Znów poczułam się, jakbym wystawiała twarz na słońce. Usiadłam na krawędzi łóżka i przygryzłam wargę.

– Nic się nie stało. To tylko stanik, prawda? Nic takiego.

Usiadł obok i pochylił głowę w moją stronę. Gęste, złote rzęsy przysłoniły mu oczy.

– Tak, nic takiego. – Urwał, po czym odwrócił wzrok. – Przyszedłem, bo Nicolai powiedział, że przewróciłaś się przed domem.

O Boże! Całkowicie zapomniałam o tym upokarzającym upadku.

– Nic ci nie jest?

Uniosłam podrapane i zaczerwienione dłonie.

– Tak. Wszystko gra. Ale z chodnikiem coś się stało. Wiesz, dlaczego jest pęknięty?

– Nie. – Złapał mnie za prawą rękę. Delikatnie powiódł kciukiem po otarciu. – Kiedy rano wróciłem z polowania, był cały. – Uniósł rzęsy. – Byłaś u Jasmine, by spojrzała na twoje dłonie?

Chociaż to, że trzymał mnie za rękę było miłe, zabrałam ją i westchnęłam. Jasmine miała talent, jeśli chodziło o lecznicze zioła.

– Nic mi nie będzie. Dobrze wiesz, że do jutra nie będzie śladu.

Przyglądał mi się przez chwilę, po czym opadł na łóżko, opierając się na jednym łokciu.

– Właśnie dlatego tu przybiegłem. Myślałem, że bardziej się zraniłaś i przez to nie przyszłaś do sali treningowej.

Obróciłam się ku niemu, obserwując, jak wolną ręką sięgnął po Pana Glutka. Ustawił go w pozycji siedzącej między nami, a ja się uśmiechnęłam.

– Nicolai powiedział też, że dziwnie się zachowywałaś w samochodzie – dodał po chwili.

Strażnicy plotkowali jak przekupki na targu, ale ostatnio mieli powody, by być w stosunku do mnie podejrzliwymi. Założyłam włosy za uszy.

– Coś się dzisiaj wydarzyło.

Nadal trzymając misia, spojrzał na mnie.

– Co takiego?

Odkładając sprawę z czarnym biustonoszem na później, przysunęłam się do niego, a pamiętając o nadal otwartych drzwiach, ściszyłam głos:

– Nie wiem jak ani dlaczego tak się stało, ale na biologii obraz zaczął mi się rozmywać.

Zayne zmarszczył czoło.

– Szczegóły, proszę.

– Chodzi o dusze. Na biologii zauważyłam, że aury zaczynają tak jakby… migotać, a na lunchu całkowicie zniknęły.

– Całkowicie?

Przytaknęłam.

Zayne jednym płynnym ruchem usiadł prosto.

– Nie widzisz już dusz?

– Nie – szepnęłam.

– Nawet mojej?

– Żadnej. – Moje serce przyspieszyło, gdy wypowiedziałam to na głos. – Ani jednej. Jest jak przy demonach. Nic nikogo nie otacza.

Podwinął nogę, przysunął się do mnie i ściszył głos:

– I tyle? Zaczęły mrugać, po czym zniknęły?

Ponownie skinęłam głową, a mój żołądek związał się w supeł.

– Podczas lunchu poczułam bardzo silny ból głowy, więc zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, aury zniknęły. Tak po prostu.

– I nic innego się nie wydarzyło? – Kiedy pokręciłam głową, potarł pierś na wysokości serca. – Nie weszłaś w kontakt z żadnym… żadnym demonem?

– Nie – odparłam pospiesznie. – Natychmiast bym ci o tym powiedziała.

Przez chwilę widać było grymas na jego twarzy, przez co poczułam ucisk w piersi. Oczywiście, że nie spodziewał się, że mu o tym powiem. Przez dwa miesiące okłamywałam go na temat Rotha.

– Nie masz powodu, by mi wierzyć, bo już wcześniej cię okłamałam. – Przełknęłam z trudem ślinę, kiedy odwrócił spojrzenie. Widziałam, jak zacisnął zęby. – I przepraszam za to, ale myślałam…

– Myślałaś, że to, co robisz, jest właściwe, dlatego zdecydowałaś się nam o nim nie mówić, jak i o tym, że szukasz Lemegetonu – powiedział cicho, nie wspominając imienia Rotha. – Rozumiem. Staram się nie mieć ci tego za złe.

Podciągnęłam nogi i przyciągnęłam je do piersi.

– Wiem.

Spojrzał na mnie, a po kilku chwilach jego twarz odrobinę złagodniała.

– Dobrze. Zatem nic więcej się nie wydarzyło, tak? – Wypuścił z płuc powietrze i pokręcił głową. – Nie wiem. Nie mam kogo zapytać. Nie ma innego…

– Demona?

– Tak. Nie ma innego demona w pobliżu, który potrafiłby to, co ty, więc pozostaje nam niewiele możliwości.

Moja matka potrafiła zobaczyć dusze, a przynajmniej tak mówił Roth. Nie żebym mogłam ją zapytać, skoro była uwięziona gdzieś w piekle.

– Może to przejściowe – powiedział Zayne, odsuwając pasmo niemal białych włosów z mojej twarzy. – Nie panikujmy, póki nie będziemy mieć pewności, dobrze?

Pokiwałam głową, ale w duchu już zaczynałam panikować.

– Nie będę mogła oznaczać.

Zayne przechylił głowę na bok.

– I tak ostatnio tego nie robiłaś, więc to ostatnia rzecz, którą powinnaś się martwić, Laleczko.

– Nie powiesz o tym Abbotowi, prawda?

– Nie, jeśli tego nie chcesz. – Zamilkł na chwilę. – Ale dlaczego nie chcesz, by wiedział?

Wzruszyłam ramionami, nie chciałam rozmawiać o jego ojcu. Zayne go kochał i ufał mu.

Chłopak przyglądał mi się przez chwilę, po czym wyciągnął się na boku na łóżku. Podał mi rękę i uśmiechnął się do mnie.

– Chcesz olać trening?

Treningi były ważne. Dzięki nim mogłam obronić własny tyłek, gdybym wpadła na jakieś demony, ale i tak przytaknęłam. Wzięłam go za rękę i pozwoliłam, by mnie do siebie przyciągnął. Leżeliśmy tak przez kilka chwil, ja na plecach, on na boku.

Ostrożnie trzymał mnie za rękę, by nie podrażnić otartej skóry.

– Jak tam ostatnio z twoim pragnieniem?

Westchnęłam.

– Bez zmian.

Po chwili milczenia Zayne zapytał:

– Jadasz normalnie?

Zmarszczyłam brwi i odchyliłam głowę, by na niego spojrzeć.

– Dlaczego o to pytasz?

Nie odpowiedział od razu.

– Schudłaś, Laylo.

Wzruszyłam ramionami.

– To dobrze.

– Nie musisz się odchudzać. – Niewielki uśmiech odmalował mu się na twarzy, ale nie sięgnął oczu. – Wiem, że ostatnie dwa tygodnie były dla ciebie ciężkie.

Coś ścisnęło mnie za serce, a emocje przytkały gardło. Ostatnimi czasy nie było wesoło i przytulnie, za to mrocznie i tragicznie. Nigdy wcześniej nie straciłam nikogo bliskiego, przynajmniej tego nie pamiętałam. Nie wiedziałam, jak przeżyć żałobę i żyć dalej. Brak Rotha odczuwałam niczym zatrzaskujące się przed moim nosem drzwi do życia, o którym nie śmiałam marzyć.

Co się z nim teraz działo? Czy był torturowany? Czy cierpiał? Tak wiele razy zadawałam sobie te pytania, że dźwięczały niemilknącym echem w mojej głowie.

– Wiem, że ci na nim zależało – powiedział Zayne, splatając razem palce naszych dłoni. – Ale nie zapominaj o mnie. Jestem przy tobie. Zawsze będę.

Jęknęłam.

Pochylił głowę i po krótkiej chwili dotknął ustami mojego policzka. Tylko Zayne, świadomy, co mogłam zrobić z jego duszą, ośmielał się być ze mną tak blisko.

– W porządku?

– Tak – szepnęłam, zamykając oczy z powodu znajomego uczucia palenia. – Nie zapomnę.

Rozdział 3

Do czasu lunchu następnego dnia nadal nie widziałam dusz. Jednak na zajęciach z literatury, kiedy ja udawałam, że się skupiam, a nauczyciel rozwodził się nad konsekwencjami nierozważnej miłości Romea i Julii, wpadł mi do głowy pewien pomysł.

Od kilku dni nie widziałam żadnego demona, może więc w ich obrazie też będzie coś nie tak. Miało to sens. Tak jakby. Jeśli ludzie nagle mieli niewidoczne dusze, może zobaczę też jakąś różnicę w wyglądzie demonów, które od początku dusz nie posiadały.

Kiedy Stacey układała na talerzu swoje brokuły w uśmiechniętą buźkę, wysłałam Nicolaiowi krótkiego SMS-a, by odebrał mnie z Dupont Circle. Otrzyma wiadomość, gdy się obudzi, a ponieważ nie wiedział, co się ze mną działo, nie będzie to dla niego podejrzane. Z Zaynem byłaby zupełnie inna historia, ale opowiem mu wszystko, kiedy wrócę do domu.

– Nie było dzisiaj żadnych ekscesów na biologii? – zapytał Sam, rozdzielając brokuły plastikowym widelcem.

Stacey pokręciła głową.

– Nie, ale pani Cleo też nie było.

– Biedna kobieta pewnie miała zawał. – Przepchnęłam moje warzywa obok tajemniczego mięsnego kawałka. – Pan Tucker miał dziś zastępstwo.

Stacey uśmiechnęła się do mnie.

– A on jest młody i przystojny.

– Serio? – zapytał Sam. Nim Stacey zdążyła odpowiedzieć, pochylił się w przód i potarł kciukiem o jej policzek.

Stacey zamarła.

Ja również.

Sam uśmiechnął się i znów powiódł palcem po jej policzku.

– Już. – Usiadł z powrotem prosto.

– Już? – mruknęła Stacey.

Zaczęłam się śmiać.

– Rzęsa – wyjaśnił, patrząc jej w twarz. – Wiedziałaś, że rzęsy wyłapują kurz z naszych oczu?

– Mhm. – Stacey skinęła głową.

Zaśmiał się.

– Nie, nie wiedziałaś.

– Tak – szepnęła.

Roześmiałam się, zerkając na Sama. Podobało mi się to, że Sam w końcu zaczął okazywać jej jakieś zainteresowanie. Od dwóch lat wiedziałam, że się w niej podkochiwał.

Ta myśl sprawiła, że do głowy wpadł mi kolejny pomysł. Dobrze będzie odłożyć sprawę demonów na bok i wyjść gdzieś, zrobić coś… normalnego.

– Co porabiacie w weekend?

Stacey zamrugała i odsunęła gęstą grzywkę z czoła.

– Mam zmianę przy braciszku zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, dlaczego pytasz?

– Myślałam, że moglibyśmy obejrzeć razem jakiś film czy coś takiego.

– Jestem wolna przez większość przerwy świątecznej. – Posłała Samowi zaskakująco nieśmiały uśmiech. – A ty?

Sam bawił się nakrętką wody.

– Ja zawsze mam czas. – Spojrzenie jego ciemnych oczu przeskoczyło na mnie. – Dlaczego nie zaprosisz Rotha?

Serce ścisnęło mi się w piersi, a szczęka opadła, ale z moich ust nie padły żadne słowa. Cóż, ta propozycja uderzyła mnie prosto w twarz.

Sam spojrzał na Stacey.

– Ee, chyba powiedziałem coś złego. Nie spotykacie się już? Założyłem po prostu, że zmienił szkołę.

Boże, jakżebym chciała, by o to chodziło.

– Nie… rozmawiałam z nim od jakiegoś czasu.

Sam się skulił.

– Ooo, przepraszam. – Wbił wzrok w mój pusty talerz.

Stacey szybko skierowała rozmowę na plany dotyczące filmu, a kiedy wyszliśmy ze stołówki, zmierzając na kolejną lekcję, oparła się o szafkę w pobliżu mojej i ze współczuciem zacisnęła usta.

– Sam niezbyt dobrze radzi sobie w kontaktach z ludźmi, wiesz?

Prychnęłam, wyciągając z szafki książkę do historii.

– Wygląda na to, że nieco się poprawił.

– Robi to małymi kroczkami. – Zaśmiała się, ale szybko umilkła. – Miałam nadzieję, że powiesz mi, o co chodzi, ale już dłużej nie potrafię czekać. Co się stało miedzy tobą a Rothem? Wydawało się, że żyć bez siebie nie potraficie. Miałaś spędzić z nim noc, a zostałaś przyłapana i…

– Naprawdę nie chcę o tym rozmawiać – stwierdziłam, zamykając drzwi szafki. Mijało nas wielu ludzi. Dziwnie było na nich patrzeć bez tych otaczających ich, lśniących poświat. Wygładziłam dłońmi swoje czarne rajstopy. – Nie chcę poruszać tego tematu, bo to…

– Trudne? Za wcześnie? Rozumiem. – Przechyliła głowę na bok i wzięła głęboki wdech. – Tak więc, Sam…?

Przechodząc na bezpieczniejszy grunt, uśmiechnęła się.

– Tak?

– Dobra. – Przysunęła się do mnie. Nagle znikąd uderzyła we mnie fala nadziei. Było to tak silne uczucie, że aż się odsunęłam. Ciemne oczy Stacey rozpaliły się, kiedy zniknęło z nich oczekiwanie. – Dobra. Czy tylko mnie się wydawało, czy Sam do mnie zarywał?

Pokręciłam głową, rozpraszając dziwne uczucie.

– Chyba tak.

– Dobry ruch z tym filmem. – Ruszyłyśmy do klasy, idąc obok siebie. – Jestem dumna, że to wymyśliłaś.

– Nie rozumiem, dlaczego się z nim po prostu nie umówisz. – Zwolniłam, gdy zbliżyłam się do sali historycznej. – Nigdy wcześniej nie miałaś z tym problemu.

– No tak. – Odchyliła głowę i się skrzywiła. – Ale on jest inny. To Sam. On interesuje się komputerami, książkami i innymi mądrymi rzeczami.

Roześmiałam się. Sam był kujonem – słodkim kujonem.

– A ty?

Westchnęła, po czym uśmiechnęła się szeroko.

– Ja interesuję się nim.

– Więc właśnie w tym rzecz, prawda?

– Chyba tak. – Spojrzała na swoją czerwoną koszulkę bez rękawków, którą miała założoną pod długim swetrem, a której dekolt odsłaniał wypukłości jej piersi. – Na plastyce zaś odkryje, że interesuje się cyckami. Życz mi szczęścia.

– Powodzenia. – Zerknęłam w jej dekolt. – Nie żebyś go potrzebowała.

Puściła do mnie oko.

– Wiem.

Kiedy Stacey odeszła, obróciłam się, by wejść do klasy i zamarłam. Zmarszczyłam czoło. Naprzeciw drzwi do łazienki stał chłopak, tuląc dziewczynę. Nie potrafiłam stwierdzić, kim są ani gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Opierali się o ścianę. Dziewczyna obejmowała chłopaka nogą w pasie, a jego biodra… Wow.

Pomyślałam, że mają zamiar zrobić dziecko.

Pewnie będą mieli przerąbane. Takie obściskiwanie się nie było dozwolone. Nawet trzymanie się za ręce było niepożądane.

Jednak… trener Dinkerton, ceniony mistrz naszej drużyny futbolowej, przeszedł tuż obok nich. I nawet nie mrugnął. Nawet nie zwrócił uwagi, gdy parka zniknęła w drzwiach damskiej toalety.

Co tu się, u licha ciężkiego, działo?

***

Kiedy lekcje się skończyły, z golfem owiniętym wysoko wokół szyi przemykałam zatłoczonym chodnikiem w kierunku Dupont Circle. Kurtka byłaby dobrym pomysłem. Krótka jeansowa spódniczka i rajstopy nie chroniły przed chłodem i wilgotnym wiatrem, ale nie planowałam chodzić po mieście.

Wokół mnie ludzie przechodzili w tę i we w tę. Żadnej widocznej duszy. Dwie godziny mojego zaimprowizowanego eksperymentu minęły i poniosłam sromotną klęskę. Wydawało mi się, że obok transformatora zauważyłam kilka impów, które uwielbiały psuć różne rzeczy – elektronikę, konstrukcje, lubiły podpalać – ale trudno mi było to stwierdzić z całą pewnością. Nie przysporzyły żadnych szkód i nie potrafiłam ich wyłowić z tłumu. Mogli być też ludźmi czekającymi na możliwość przejścia przez ulicę.

Mrok zaczynał spowijać miasto, uliczne latarnie migotały, rzucając cienie na mieszaninę starych i nowoczesnych budynków ciągnących się wzdłuż ulicy.

Przyciskając plecak do biodra, pospieszyłam w kierunku parku, trzymając się blisko sklepowych witryn. Niechętnie musiałam przyznać, że paranoja była niczym idący ze mną ramię w ramię przyjaciel. Wcześniej zawsze mogłam liczyć na swoją zdolność widzenia dusz i wyławiania z tłumu demonów, więc nigdy nie doskonaliłam naturalnego instynktu strażników do ich wyczuwania. Teraz co jakiś czas czułam na karku dziwny dreszcz, ale nie wiedziałam, czy to ów instynkt ostrzegał mnie o obecności demona. Było to odczucie podobne do tego, kiedy jest się obserwowanym.

Z tego, co wiedziałam, każdy mijający mnie przechodzień potencjalnie mógł być infernalem lub demonem wyższej kasty. Może zwyczajnie nie potrafiłam wyczuwać demonów, podobnie jak strażników. Boże, byłoby do bani, gdyby tak właśnie się stało. Musiałam wykombinować, co stanowiło problem, ale gdzie mogłabym znaleźć grupę demonów, która nie chciałaby mnie zabić?

Wpadł mi do głowy kolejny pomysł.

Budynek przy Palisades, gdzie znajdował się loft Rotha. Wydawał się być zasiedlony przez demony, ale czy mogłam tam wrócić? Czy potrafiłabym stawić czoło wszystkim tym emocjom, będąc tak blisko miejsca, w którym kiedyś mieszkał? Nie byłam pewna, ale musiałam spróbować. Może jutro po szkole przekonam Zayne’a, by mnie tam zawiózł. Nie będzie zachwycony, ale zrobi to dla mnie.

A może jutro obudzę się i znów będę widziała dusze?

Rany, ile to razy już pragnęłam być normalna według strażniczych standardów? A teraz, kiedy byłam tego bliska, martwiłam się tym i…

Postać pojawiła się znikąd, była zaledwie cieniem wyłaniającym się z uliczki, poruszającym się zbyt szybko, bym zdążyła krzyknąć. W jednej chwili spacerowałam chodnikiem, by w kolejnej zostać wciągniętą do ciemnego, wąskiego zaułka. Wybuch agresji rozpalił mnie od wewnątrz, po czym zmienił się w lodowaty, kłujący strach, kiedy zostałam uwolniona z czyjegoś mocnego uchwytu. Poleciałam jakiś metr do tyłu. Mój plecak uderzył w śmietnik, a ja wylądowałam tyłkiem na zimnym betonie.

Oszołomiona rozejrzałam się przez kurtynę jasnych włosów i dostrzegłam dwoje intensywnie niebieskich oczu z pionowymi źrenicami wpatrzonych we mnie.

– Demonie – syknął, unosząc sztylet. – Przygotuj się na powrót do piekła.

Rozdział 4

Matko Boska.

Przez chwilę nie mogłam się ruszać. To był strażnik w ludzkiej postaci – ledwie ludzkiej postaci – którego widziałam po raz pierwszy. Doskonale wiedziałam, gdzie chciał wbić ten sztylet. Strażnicy odsyłali demony do piekła tylko w jeden sposób – dźgając prosto w serce.

Chociaż ścięcie głowy działało równie dobrze.

Chwilowy paraliżujący strach ustąpił miejsca instynktownemu działaniu. Przypomniałam sobie wszystkie godziny treningów. Natychmiast wstałam, ignorując ból pleców. Odskoczyłam w bok, gdy niegodziwe ostrze przecięło powietrze.

– Czekaj! – wrzasnęłam, znów odskakując, kiedy ponownie się na mnie zamachnął. – Nie jestem demonem.

Strażnik uśmiechnął się szyderczo. Wyglądał młodo, ale go nie znałam, co znaczyło, że nie był członkiem waszyngtońskiego klanu.

– Masz mnie za głupka? Śmierdzisz na kilometr.

Śmierdziałam? Opierając się pokusie, by się obwąchać, obeszłam zielony śmietnik, mając nadzieję na rozmowę ze strażnikiem.

– Jestem tylko w części demonem. Nazywam się Layla Shaw. Mieszkam z…

Wystrzelił w przód, a ja się obróciłam. Sztylet opadł, rozcinając mi sweter i skórę na ramieniu. Jęknęłam, gdy poczułam piekący ból w zakończeniach nerwowych.

Stało się to tak szybko, że nie mogłam go powstrzymać.

Poczułam chęć zmiany postaci, a moja skóra zrobiła się zbyt ciasna. W tej samej chwili Bambi zaczęła się poruszać w miejscu, w którym do tej pory odpoczywała. Wystrzeliła w powietrze, między strażnikiem a mną zawisła chmura czarnych kropek.

Uderzyło we mnie déjà vu.

Kropki opadły na ziemię i zaczęły się łączyć, formując gęstą masę, która uniosła się, przybierając kształt węża.

Nigdy wcześniej nie widziałam tak dużej Bambi.

Była wyższa ode mnie i szersza niż pierś strażnika, syknęła niczym para wypuszczana z silnika i odchyliła się w tył, szykując do ataku.

Strażnik zaklął i odsunął się w bok, po czym przykucnął. Jego ciało zaczęło się zmieniać, rozpoczynając przemianę od umięśnionej piersi.

– Tylko w części demonem? Masz adiutora.

– Tak, ale to nie jest to, o czym myślisz. – Krew kapała z mojej ręki, kiedy przysunęłam się do Bambi. Serce waliło mi jak młotem, gdy otworzyła paszczę, ukazując zęby wielkości mojej dłoni. Zerknęłam ku wyjściu z zaułka. W każdej chwili ktoś mógł tu zajrzeć i o ile obecności strażnika nie byłoby ciężko wytłumaczyć, o tyle wąż rozmiarów samochodu terenowego to zupełnie inna bajka. – Proszę. Pozwól mi wyjaśnić. Nie jestem z tych złych.

– Nie pierwszy raz demon mówi coś takiego. – Strażnik okrążył Bambi, a jego skóra stała się ciemnoszara.

Wąż uderzył, strażnikowi ledwie udało się uniknąć bezpośredniego trafienia.

– Bambi! Nie! – poleciłam.

Wąż wyprostował się raz jeszcze, jego potężne ciało mocno się napięło.

– Nie zjadaj strażnika! – powiedziałam, oddychając ciężko z bólu. – Wszyscy potrzebujemy…

Strażnik ruszył w przód i znalazł się pod Bambi, gdy i ona się rzuciła. Teraz wyglądał tylko w połowie jak człowiek, ponieważ nie skończył przemiany w gargulca. Zobaczyłam poruszające się w powietrzu ostrze. Odepchnęłam się od ziemi i rzuciłam na niego. Dałam nura pod jego ramieniem, kiedy opuszczał sztylet. Obróciłam się i wbiłam mu stopę w plecy. Strażnik upadł na kolano.

– Proszę, przestań – wydyszałam, nadal starając się zapobiec katastrofie. – Jesteśmy po tej samej…

Strażnik odwrócił się i znów się na mnie rzucił.

Nie udało mu się.

Wąż uderzył w niego niczym kula, celując prosto w głowę.

– Bambi!

Za późno.

Jęknęłam, zacisnęłam powieki i zakryłam usta dłońmi. Skurczył mi się żołądek, gdy boczną uliczkę wypełniły odgłosy chrupania. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia z zaułka. Ludzie przechodzili w obydwu kierunkach, na szczęście nieświadomi tego, co się tutaj działo.

Usłyszałam donośny dźwięk przełykania, więc istniała spora szansa, że zwymiotuję. Spojrzałam w dół, złapałam się za lewe ramię i skrzywiłam z bólu. Ciemny kolor mojego swetra maskował krew, ale szkarłatne krople kapały mi na dłoń. Przygryzłam wargę, kiedy zaczęło mi się kręcić w głowie, zamknęłam oczy.

Ostatnio miałam pecha do ciemnych alejek.

Bambi szturchnęła mnie w biodro. Wzięłam głęboki wdech i popatrzyłam na nią. Jej czerwony, rozdwojony język śmignął w powietrzu, kiedy znów mnie trąciła. Rozejrzałam się po zacienionym miejscu. Poza szczurami byłyśmy tu tylko my.

– O Boże – mruknęłam, ze zmieszaniem klepiąc węża po głowie. – Naprawdę zjadłaś strażnika.

Moje życie naprawdę się skomplikowało.

***

Na dnie plecaka udało mi się znaleźć starą, jedwabną apaszkę. Wytarłam w nią rękę, po czym zawiązałam na ramieniu, by powstrzymać krwawienie i nie zachlapać Nicolaiowi skórzanej tapicerki.

Nic mu nie powiedziałam, bo co miałam powiedzieć? Strażnik próbował mnie zabić. Być może wykrwawiłabym się na śmierć, ale Bambi zjadła go na kolację. Tak, zapewne byłoby to subtelne jak tona cegieł wysadzona dynamitem.

Skupiałam się więc na tym, by nie zemdleć. Kiedy tylko dotrę do domu, znajdę Zayne’a i… Bóg jeden wie, co potem.

Potrzebowałam POŚZS – Programu Ochrony Świadków Zabijania Strażników.

Zaciskałam zęby, by nie jęczeć za każdym razem, gdy trafialiśmy na dziurę, czułam się coraz gorzej. Przecież rana nie mogła być aż tak głęboka. Przynajmniej miałam nadzieję, że taka nie była, ale – niech to szlag – czułam, że cała moja lewa ręka to jakiś zimny kawałek mięsa.

Do domu wpadłam jak burza i poślizgnęłam się, stając w korytarzu. Wydawało się, że głębokie, męskie głosy dochodziły z każdego zakamarka posiadłości. Zdezorientowana, zajrzałam do salonu.

Stała tam Jasmine, obejmując wysokiego strażnika z grubymi, falowanymi, kasztanowymi włosami. Trzymał na rękach ich córkę, Izzy. Dwulatka była w ludzkiej formie, ale dwa ciemne różki wystawały spomiędzy jej loczków, a małe skrzydełka zwisały z tyłu różowej koszulki. Drake, brat bliźniak Izzy, wspinał się po nogach mężczyzny, chrząkając za każdym razem, gdy spadał.

Wrócił Dez.

Co oznaczało, że Jasmine i Danika wkrótce wyruszą do domu, ponieważ cały ich klan wrócił i nie musiał już dłużej szukać bezpiecznego schronienia w naszej posiadłości. Jej.

Dez z dziwnym wyrazem na swojej przystojnej twarzy rozejrzał się wokół. Kiedy jego spojrzenie wylądowało na mnie, rozluźnił nieco ramiona, jednak napięcie w nim pozostało.

– Layla – powiedział, uśmiechając się, kiedy podał Izzy Jasmine. Po chwili pochylił się i podniósł Drake’a, następnie przytulił go do szerokiej piersi. – Miło cię widzieć.

Zamrugałam powoli i rzuciłam plecak obok stolika stojącego w korytarzu. Nadal trzymając apaszkę, zmusiłam się do uśmiechu.

– Cześć. Co… co u ciebie?

– Dobrze. Wyglądasz…

Głosy się nasiliły, po czym drzwi do gabinetu stanęły otworem. Obróciłam się, poruszając się jakby we mgle. Wyszedł kolejny nieznany mi strażnik, który natychmiast zatrzymał się na mój widok. Podobnie jak ten w zaułku alejki i Dez, również był młody. Prawdopodobnie był po dwudziestce.

– Co do…? – powiedział, sięgając za siebie.

Och, na miłość boską, jeśli wyciągnie sztylet, chyba się sama zabiję.

– Maddox. – Dez ruszył w przód, trzymając Drake’a na rękach, podczas gdy maluch chwycił grubiutkimi paluszkami jego włosy. – To jest Layla.

Ostrzeżenie w głosie Deza sprawiło, że Maddox wyprostował się, jakby ktoś wsadził mu metalowy pręt w kręgosłup. Krótko skinął głową, po czym minął mnie tak szerokim łukiem, że można by pomyśleć, iż cierpiałam na jakąś chorobę zakaźną.

– Widziałeś Tomasa? – zapytał Maddox, patrząc na mnie kątem oka. – Poleciał do miasta. Wrócił już może?

– Nie – odparł Dez. Stojąca za nim Jasmine zmarszczyła brwi, przyglądając mi się. Wiedziałam, że swoimi zmysłami była w stanie wyczuć moje zranienie. Była cholernie dobrym uzdrowicielem. Kimś, kogo bardzo potrzebowałam, ale najpierw musiałam się stąd wydostać. – Jestem pewien, że niedługo wróci – dokończył Dez.

Miałam naprawdę bardzo złe przeczucie, kim jest Tomas… a raczej kim był. O Boziu. Zaczęłam się wlec w kierunku schodów, ale moją uwagę zwrócił głęboki, ochrypły śmiech Zayne’a.

Chłopak był w gabinecie z ojcem oraz z Geoffem, naszym specem od spraw technicznych i innych gadżetów. Byli tam również inni członkowie naszego klanu. Abbot siedział za biurkiem, rolował między palcami cygaro. Nie było zapalone. Nigdy ich nie palił, po prostu lubił się nimi bawić.