Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 849 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Argentyna - Adam Szczepański

Drogi potencjalny czytelniku, czy zdarzyło ci się przejechać właściwy przystanek/zapomnieć o bardzo ważnym spotkaniu/zalać sąsiadów/przypalić zupę, dlatego, że akurat odziany w kutą zbroję dowodziłeś garstką ostatnich sprawiedliwych stawiającą czoła daleko liczniejszym hordom podwładnych jakiegoś strasznie mrocznego indywiduum?

A może tobie, droga potencjalna czytelniczko, przydarzyło się to samo, podczas gdy akurat byłaś więziona w szklanej wieży, czekając na księcia na białym rumaku, który w imię miłości porwałby cię sprzed nosa złego czarnoksiężnika? Cóż, jeśli tak, ta historia niestety nie jest dla was. Bowiem tym razem kobiety, choć piękne, wcale nie są niewinne i czyste, a rycerze nie okazują się dostatecznie głupi by ryzykować życie w obronie niewieściej czci.

Ale jeżeli masz już dość nieskazitelnie krystalicznych postaci - śmiało ruszaj w drogę wraz z bohaterami Argentyny. W daleką drogę, której celem nie będzie uratowanie świata ani nawet przemienienie żadnej zaczarowanej żaby w księżniczkę, a zwyczajne pragnienie napchania własnej kiesy, podlewane żądzą władzy i sławy.

Jednak z małych pobudek nierzadko rodzą się wielkie przygody - dlatego bądź pewny, że nie ominą was zaciekłe boje, pościgi i ucieczki, złoto - tracone i zdobywane, intrygi, zdrady, przyjaźnie, a nawet miłość. Kto wie, jeśli okażecie się dość przebiegli, może wyjdziecie z tego cało. Choć, bądźmy szczerzy, na waszym miejscu specjalnie bym na to nie liczył. Lecz dość gadania, przyjaciele, czas ruszać! A jako że postacie z którymi przyjdzie wam wędrować nigdy nie odmawiają dwóch rzeczy - kielicha i modlitwy - wypijmy strzemiennego. Do dna!

Gotowiście? No to w drogę.

Opinie o ebooku Argentyna - Adam Szczepański

Fragment ebooka Argentyna - Adam Szczepański

ADAM SZCZEPAŃSKI

ARGENTYNA

Copyright by Adam Szczepański & e-bookowo 2009 Projekt okładki, grafika: Adam Szczepański

ISBN 978-83-61184-34-8

www.e-bookowo.plKontakt:wvdawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

TRZY SŁOWA OD AUTORA

Po pierwsze, w tej opowieści nie ma smoków. Ba, smoków – gorzej! Nie ma nawet jednego, cherlawego smoczątka. Przykro mi, ale nie. Po prostu. Dlatego, miłośnicy złych gadzin i szlachetnych rycerzy, by zmniejszyć wasze rozczarowanie lojalnie uprzedzam: smoków brak (rycerze owszem, zdarzają się, chociaż niekoniecznie szlachetni).

Po drugie, potencjalny czytelniku, wiedz, że wymyślanie tej historii sprawiało mi przyjemność. Niestety nie oznacza to, że automatycznie i ty, czytając, odczujesz podobną

satysfakcję, jaką mnie sprawiło pisanie, choć oczywiście tego Ci życzę. Czuj się ostrzeżony.

Po trzecie, mam obowiązek wspomnieć, że Argentyna powstała z kilku powodów, także z miłości do muzyki. Dlatego tu i ówdzie da się znaleźć nawiązania do takich i innych twórców oraz ich muzycznych „dzieci”. Również w tytule. Nie zdradzę konkretów, tym bardziej, że nie ma to większego znaczenia dla samej treści, ale są tam. I już.

Po ostatnie wreszcie, być może ta historia nigdy by nie powstała, gdyby nie konstruktywne zainteresowanie niektórych osób. Dlatego poniższe zdanie jest tu jak najbardziej na miejscu.

Magdaleno, Bartolomeo: to w jakimś sensie również i wasza opowieść.

„Śmierć jest dobra. Wobec wszystkiego zła, które dzieje się na świecie śmierć jest człowiekowi najlepszym przyjacielem”

M. W.

PROLOG

Padało. Niebo z ziemią łączyła jedna wielka ściana wody. Na szczęście nie co dzień zdarzają się podobne ulewy. Ale zdarzają się. Być może w górze szalejący wiatr targał właśnie koronami drzew, ale tu, na dole, słyszalny był tylko szum deszczu. Huk właściwie. Strugi wody zamieniły wąską drogę, jaką w tym miejscu stawał się leśny, niebrukowany trakt w wielkie bajoro. Rozmywały natychmiast jakiekolwiek ślady, ograniczały widoczność. Dwaj wędrowcy parli przed siebie przekonani, że znajdują się na właściwym szlaku chyba tylko dlatego, że, choć niechętnie, powoli rozstępowała się przed nimi ściana drzew. Wszystko dokoła bardziej przypominało koryto potoku niż jakikolwiek dukt. Przemoczeni, z pochylonymi głowami, w lepiących się do ciał opończach uparcie brnęli naprzód. Szare kaptury skrywały twarze przed deszczem, a jedyną rzeczą, jakiej nie dało się ukryć był pokaźnych rozmiarów topór, którego kształt odciskał się wyraźnie przez grzbietnie odzienie tęższego z ludzi. Ubiór podróżnych – liche, szare opończe, na które narzucono równie liche płaszcze – kazał wnioskować o ich niskim stanie. Zaś skrzętnie kryty na szerokich barach oręż nasuwał podejrzenia, co do szemranej profesji wędrowców.

Nie przystanęli, mimo że deszcz nie zelżał ani na chwilę. Widocznie cel, ku któremu zmierzali wart był tego, by podążać doń bez względu na warunki. Przeciętny człowiek dawno poszukałby schronienia pod pniem jakiegoś drzewa. Dookoła nie brakowało tych potężnych, leśnych olbrzymów, gotowych dać osłonę przygodnym wędrowcom. To zacieśniały się wokół pieszych, to znów czmychały na boki, tworząc w swym pląsie gęsty szpaler, jednak nie dość ciasny by zakryć trakt przed padającym deszczem. Ludzie szli wolno, krok za krokiem pogrążając się w błotnistej mazi, obarczeni ciężarem nasiąkniętych wodą ubrań.

Wąska droga wiła się wśród zarośli jak żmija, niespodziewanie wychodząc na średnich rozmiarów polanę, teraz wyglądającą raczej na mały staw. Na środku majaczył duży kształt, przy którym krzątały się jakieś postacie. Mężczyźni podeszli bliżej, niezauważeni, bowiem tamci ani razu nie spojrzeli w ich kierunku. Naganna nieostrożność. Teraz tajemniczy kształt okazał się wozem, a zajęci nim ludzie żołdakami. Dość pospolitymi, sądząc po skórzanych napierśnikach nabijanych z rzadka metalowymi guzami. Ludzie wielmoży byliby w blachach od stóp do głów. I byłoby ich więcej niż dwóch. Wędrowcy spojrzeli po sobie. Tamci wyglądali na silnych mężczyzn, ale i pielgrzymi nie byli ułomkami: jeden wysoki, choć szczupły, drugi potężny w barach, krzepki. Dwóch na dwóch. W oczach tego który dźwigał topór, pojawił się błysk podniecenia, ale jego towarzysz widocznie znał to spojrzenie.

– Nie – szepnął. – Obejdziemy się bez walki. Pozwól mi mówić.

– O czym tu rozprawiać? Wyrżniemy ich jak kwoki – mruknął tamten.

– Po mojemu. Tym razem zrobimy po mojemu. Więc wstrzymaj swoje żądze na inną okazję. I lepszy cel.

Przez chwile mierzyli się spojrzeniami, w końcu topornik uległ, wyraźnie niezadowolony. W samą porę, gdyż wozowi właśnie odwrócili się w ich stronę.

– Bądźcie pozdrowieni, szlachetni panowie! – krzyknęła zakapturzona postać podnosząc rękę w geście powitania. – Jesteśmy pątnikami, zmierzamy do opactwa na Sarniej Górze. Czyimście orszakiem i jak mogą się wam przysłużyć nasze liche osoby?

Odpowiedzią było milczenie. Na twarzach żołdaków malowało się niezdecydowanie.

W końcu starszy z nich, z posiwiałą już brodą, burknął opryskliwie:

– Pojazd jest pana Mellona, a siedzi w nim jego czcigodna małżonka. Przysłużyć się owszem, możecie, pomagając wypchnąć wóz z tego przeklętego bagna, psia mać.

– W takim razie spotka nas wielki zaszczyt, radością będzie wypychać powóz samego pana Mellona – odrzekł pątnik, choć o Mellonie słyszał pierwszy raz w życiu i mógłby przysiąc, że taki on szlachetny jak i woły lub inne bydlęta, których handlem pewnie się trudnił, jako że powóz wyglądał na własność jakiegoś kupca.

Brodacz, wyraźnie uspokojony, skinął pobłażliwie, po czym donośnie krzyknął w stronę otaczających polanę zarośli:

– W porządku, chodźcie!

Z gęstwiny wyłoniło się jeszcze dwóch żołdaków, odzianych podobnie jak ich towarzysze. Obaj trzymali napięte kusze. Na znak dowódcy zbliżyli się i przestali mierzyć w zakapturzonych przybyszów. Pielgrzym zmrużył oczy. Więc jednak wcale nie byli nieostrożni. Z wyższością spojrzał na swego olbrzymiego kompana.

– Wyrżniemy ich jak kwoki – mruknął drwiąco. – Mało brakowało a sam byłbyś kapłonem, durniu. Prawdę rzekłszy nadałbyś się.

– Nie jest powiedziane, że by trafili – odburknął zaczepiony.

– Oczywiście, nie jest. Ale żeby ktokolwiek chybił z takiej odległości, musiałbyś mieć równie mało ciała co rozumu. A niestety, druhu, akurat masy ci nie brakuje.

Oczy olbrzyma rozbłysły gniewnym blaskiem, nagłym ruchem zwrócił się w stronę towarzysza, zapewne z zamiarem odpowiedzi, a może i wymierzenia policzka za usłyszaną obelgę. Zrobił to jednak na tyle gwałtownie, że potężnym barkiem trącił zbliżającego się ku nim żołdaka. Pewnie nie całkiem zdawał sobie sprawę ze swej ogromnej siły, bowiem w przeciwnym razie poruszałby się z lekkością motyla, rezygnując z wszelkich gwałtownych ruchów. Żołdak runął w błoto. To, co dla pątnika było mimowolnym trąceniem dla niego okazało się potężnym ciosem. Pozostali wzięli to za atak, wszystko, co nastąpiło później, stało się w mgnieniu oka.

Strzelec wymierzył w wielką postać, jednak drugi z wędrowców zgrabnym ruchem podbił mu kuszę i bełt chybił celu, przeszywając zasłonę i wpadając do środka powozu. Chwilę potem kusznik leżał na ziemi rozpłatany potężnym ciosem topora, podobnie jak jego towarzysz, który nie miał dość przytomności umysłu by od razu złożyć się do strzału. Kosztowało to życie. Olbrzym obrócił się teraz w stronę siwobrodego, który szarżował nań z dobytym mieczem. Podniósł go, ale ciąć już nie zdołał uderzony od dołu z ogromna siłą. Ostrze topora przebiło trzewia wychodząc z tyłu, a siła ciosu rzuciła żołdakiem o ścianę powozu. Mokre deski zatrzeszczały. Topornik potraktował przygwożdżonego jeszcze uderzeniem głową, choć nie było to już konieczne. Odsunął się i wyszarpnął oręż. Śmiertelnie rżnięty najemnik rzężąc osunął się na ziemię. Zabójca podszedł do tego, którego na początku tak pechowo przewrócił. Udawanie nieprzytomnego w niczym mu nie pomogło. Dał się słyszeć nagły świst i nieprzyjemny chrupot. Kałuża, w której leżał nieszczęśnik zabarwiła się purpurowo. Wszystko stało się tak szybko, że siedzący na koźle woźnica nie zdołał jakkolwiek zareagować, nawet nie krzyknął. Nadeszła jego kolej. Próbował zasłonić głowę ramieniem. Bardzo naiwnie. Towarzysz rzeźn i-ka, z obrzydzeniem przyglądający się masakrze, podszedł do powozu i otworzył drzwiczki. W środku, w nienaturalnej pozie, siedziała starsza kobieta z otwartymi ustami i szyją przebitą bełtem własnego obrońcy.

– Brawo – klasnął. – Brawo.

– No, co? Nie miałem tego w planie. Czysty przypadek. A później już się potoczyło.

– Pięknie. Po prostu pięknie, bezmyślna góro mięsa!

– Owszem, pięknie. A wiesz, co teraz zrobię? – zapytał siłacz.

– Ciekawym. Zjesz ich?

– Nie – potężny mężczyzna zdawał się nie zwracać uwagi na złośliwego kompana.

– Oto, co zrobię.

Rozłożył szeroko ręce i uniósł głowę ku niebu. Strugi wody obmywały twarz, którą, co teraz było widać, okalała gęsta, ruda broda. Powietrze rozdarł dziki, zwierzęcy okrzyk triumfu.

– Cholerny barbarzyńca – zaklął chudzielec.

Topornik uważnie popatrzył na towarzysza.

– Złamał ci ktoś kiedyś nos? – zapytał.

– Nos nie. Serce.

– Wzruszające. Ale wierz mi, drogi przyjacielu, że złamany kichol boli bardziej, choć krócej.

Chudy odsunął się na bezpieczną odległość mamrocząc pod nosem coś bardzo nieprzyzwoitego.

– Nie zapominaj, że gdyby nie ja ten bełt tkwiłby w twojej szyi – rzekł wskazując ręką na otwarte drzwiczki powozu. Widać jednak groźba złamania nosa wywarła pożądany skutek.

– Nie jest powiedziane, że by trafił – w głosie topornika było zdecydowanie za mało ciepła, jak na kogoś, kto jest wdzięczny za ocalenie życia.

Jego towarzysz złapał się za głowę.

– Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z konsekwencji? Ta awantura ściągnie nam na karki strażników grodowych, ludzi Mellona i licho wie, kogo jeszcze. Chyba, że… Tak! Tak właśnie zrobimy – oczy człowieka rozświetliło olśnienie. – Słuchaj. Na pewno ów Mellon wysłał sługi na spotkanie żony, kiedy tylko ulewa zaczęła się na dobre. Zatem nie możemy iść naprzód. A i na przełaj przez las będzie zbyt ryzykownie. Znajdą powóz i ściągną grodowych. Nam się spieszy. Dlatego zawrócimy lasem, wzdłuż traktu. Deszcz nie będzie padał wiecznie, ale póki co pozaciera ślady. Przy odrobinie szczęścia trafimy na jakichś kupców albo pielgrzymów. Miniemy ich niezauważeni, a potem znów zawrócimy, dogonimy i dołączymy. To da nam dowód niewinności, bo jeśli nawet ktoś by pytał

– skoro podążaliśmy za nimi, z zajściem na polanie nie możemy mieć nic wspólnego. Nawet gdybyśmy nie spotkali żadnych przygodnych towarzyszy, a grodowi trafią na nasz trop, to i tak mamy szansę żeby się wyłgać – cóż bowiem mogli sprawić dwaj pątnicy w starciu z pachołkami szlachetnego pana Mellona hahahaha… Zwłaszcza, że dopiero zmierzają w stronę zdarzenia. Będziesz tylko musiał lepiej kryć tę swoją zabaweczkę… – zatrzymał wzrok na dwuręcznym toporze. – Tak więc cofamy się, żeby potem z powrotem się cofnąć, a wszystko to żeby ruszyć naprzód, zrozumiałeś?

– Nie.

– Czego ja się spodziewałem… Ty słuchać uważnie: tobie podążać za mną, teraz rozumieć?

– Złamał ci ktoś kiedyś nos?

– Już pytałeś.

Ulewa nadal chłostała ciemny las, tak jak kat chłoszcze nieszczęsnego skazańca. Miarowe uderzenia nie słabły nawet na chwilę. Raz dwa, raz dwa… Drzewa broczyły wodą, spływającą po pniach aż do samej ziemi, podobnie jak plecy męczennika spływają krwią na skutek powtarzanych uderzeń. Raz dwa, raz dwa… Coraz zajadlej i gwałtowniej, w oczekiwaniu na krzyk bitego, starającego się nie zawyć z bólu, nie stracić przytomności, nie przegrać. Raz dwa, raz dwa… Nieprzerwanie.

Ale las milczał. Hardo. I groźnie. Do czasu, kiedy jego dumny spokój zakłóciło wreszcie najbardziej drapieżne i niepokorne ze zwierząt: człowiek. Ciszę rozdarł ochrypły śpiew, choć tak naprawdę brzmienie bardziej przypominało głos dzikiego, śmiertelnie rannego zwierza.

Dziecię suki, synu wieprza

Śmierć dla ciebie jest najlepsza

Naprzód Północ, hej!!

Lej się jucho, lej!

Psie niegodny ani zdania

Do umarłych zstąp mieszkania

Naprzód Północ, hej!!

Lej się jucho, lej!

Ognia! Mordu! Gwałtu! Krwi!

Wszystko to ku mojej czci!

Naprzód Północ, hej!!

Lej się jucho, lej!

Wysoki pielgrzym spojrzał ze zgrozą na ryczącego towarzysza.

– Jeżeli zamierzasz ściągnąć na nas naprawdę wielkie kłopoty, bardzo cię proszę, zaśpiewaj jeszcze parę strof tej uroczej piosenki. Ale jeśli jakimś przypadkiem masz jednak inny zamiar… Bądź tak dobry i racz zamilknąć… Milcz!

– Będę śpiewał żałobną pieśń, żeby te psy mogły trafić do Krainy Wiecznej Nocy. Mają do tego prawo – w głosie niewprawnego skalda było tyle pewności, że jakakolwiek perswazja nie miała sensu.

– Tak? Jakoś wcześniej nie śpiewałeś…

– Wcześniej nie było święta Moldtir. A dziś jest. Za każdego zabitego ten, który go powalił musi odśpiewać nokturn. Czyli mnie zostały jeszcze cztery. Właśnie dlatego w dzień Moldtir w moich stronach nie przeprowadza się żadnych bitew. Byłyby zbyt kłopotliwe.

– Ładna mi elegia… "Ognia! Mordu!…". Taki miły obyczaj rodem z mroźnej Północy?

– Tak, właśnie tak. Pochwała męstwa. I świadectwo tego, że legli z bronią w ręku, jak mężczyźni. To uprawnia do przekroczenia bram świata wiecznego odpoczynku, gdzie czeka na nich przyjęcie stosowne do tego, jakimi byli wojownikami. – Topornik snuł swój wywód z poczuciem wyższości, nie zaszczycając kompana nawet spojrzeniem. – Tam skąd pochodzisz nie macie zapewne podobnych zwyczajów? – prychnął wzgardliwie.

– Owszem, podobnych nie. Chociaż i my wierzymy, że śmierć nie jest końcem. I też mamy pieśni żałobne. Ale w przeciwieństwie do twojej, moja "Kraina Wiecznej Nocy" jest ciepła i słoneczna.

– Pff to dobre dla bab. I jak niby nazywa się ta kraina? Babiniec? Białogłów? Nie-wiastowo?

– Argentyna – wysoki udał, że nie dostrzega drwiny. – Nazywa się Argentyna. A wielka rzeka La Plata oddziela po śmierci tych, którzy za życia byli wrogami. Tak by każdy mógł zaznać spokoju. Po swojej stronie.

– Tak? A jeśli, przypuśćmy, mam przyjaciela. I ten przyjaciel jest też twoim przyjacielem, ale jest wrogiem innego twego przyjaciela, który z kolei jest moim przyjacielem, ty zaś jesteś mym wrogiem. Wtedy po której stronie rzeki się znajdziemy?

Twarz zagadniętego rozjaśnił mimowolny uśmiech.

– Nie traktuj tego dosłownie, siłaczu. To tylko wyobrażenie. Jak jest naprawdę przekonasz się kiedyś, kiedy nadejdzie twój czas.

– Myślę, że ty przekonasz się pierwszy. Doświadczysz, że nie ma żadnej Argentyny. Jest chłód, ciemność i Kraina Wiecznej Nocy.

– Może i masz rację… Ale może jej nie masz.

– Mam. A teraz bądź tak dobry i zanuć jakąś pieśń z tego swojego Ar… Babińca. Dla tych dzielnych chłopców, którzy mieli nieszczęście spotkać mnie na swojej drodze.

Wysoki zawahał się. Jednak po chwili zaczął melodyjnie nucić, najpierw bardzo cicho, później już nieco głośniej. Głos miał czysty i kojący.

Nienawidziłem cię Nienawidziłem, ale to już nieważne Długa droga przed tobą Słońce, szum morza i wiatr

Już rozumiesz?

Ta kraina…

Otwórz oczy

Nowe życie się zaczyna

Buenos Aires, Argentyna

Smutek? Szczęście? La Plata!

Śnij swój sen

Wiesz…

Nic się nie stało Wstaje kolejny dzień Już wiesz? Nic się nie stało Nie nienawidzę cię

– Dokładnie tak, jak myślałem. Typowy babiniec – mruknął rudobrody. Poszli. Deszcz ciągle padał.

TAM I Z POWROTEM, I ZNOWU TAM, A Z POWROTEM JUŻ NIE

1

Nie sądźcie albowiem sami możecie zostać osądzeni, jak mądrze stoi w pewnym bardzo starym Piśmie. My jednak, jako ludzie niepostępujący zwykle zgodnie z kanonami mądrości, jakkolwiek postępowanie takie można by nazwać głupim, lub – bardziej dyplomatycznie – nieroztropnym, właśnie sądzić będziemy. Sądźmy, więc. A sądzimy, że czas najwyższy, by przybliżyć zacnym czytelnikom tajemnicze postacie, które dane im było spotkać deszczowego dnia w leśnej głuszy. Pora uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić godności owych panów, profesje, powód i cel ich wędrówki, a może, któż to wie, nawet coś więcej. Zdradźmy zatem. By jednak było to możliwe na początku przyjdzie nieco cofnąć się w czasie, do momentu, gdy obaj mężczyźni wiedzieli o sobie tyle, co mnich o zmatuzie. Znaczy, przynajmniej teoretycznie, niewiele. Zaś wy, dobrzy ludzie, podążajcie bacznie za naszą opowieścią.

Skryba odłożył pióro, zadowolony z siebie. Przez chwilę wpatrywał się w szeregi liter, stojących równo, jedne za drugimi, niczym karne wojsko. Jego myśli pobiegły w całkiem innym kierunku. Wojaczka, awantury, przygody, miłości… Ech, młodość… Nie wrócisz się, oj nie wrócisz…

Przez moment myślał o tym z żalem. Dość długo by odczuć brzemię minionych lat i nie aż tyle, żeby pogrążyć się w smutku. W sam raz, aby móc napełnić stojący obok kubek.

Ale wspomnień… Wspomnień nikt mu nie zabierze.

Uśmiechnął się. A potem, zaczerpnąwszy tęgi łyk grzańca, na powrót zasiadł do pisania.

***

Człowiek pchnął ciężkie, dębowe drzwi, z pewnością pamiętające lepsze czasy, po czym wkroczył do ciemnej salki. Przechodząc przez próg musiał schylić głowę. Nie przypuszczał, że drzwi pamiętają aż tak dobre lata – kiedy ludzie bywali znacznie mniejsi, nim duma i pycha rozsadziły ich do obecnych rozmiarów. Sam mężczyzna był dumny. Bardzo dumny. Nic więc dziwnego, że urósł wielki niby puszczański dąb. Większość ludzi sięgała najwyżej jego brody, a wzrostem dorównywali mu tylko najtęźsi mężowie. Choć wysoki, był dość wątłej budowy. Pozbawiony szerokich barów i rozłożystego torsu, właściwych ludziom robiącym mieczem. Posturą bardziej przypominał skrybę lub medyka. Wrażenie to potęgowała twarz – spokojna, myśląca – i oczy. Pełne blasku. Szare. Mądre. I… Złe? Może. Jedynym szczegółem niepasującym do znachora czy pisarczyka była blizna na policzku, jak sam twierdził pozostałość po młodzieńczym pojedynku. Ale w rzeczywistości, o czym wiedział tylko on jeden, świadectwo niewprawnego obchodzenia się z brzytwą. Ciemne, dość krótkie włosy zlewały się z półmrokiem panującym w ciasnej komnacie, tak, że w pierwszej chwili trudno było rozeznać, czy nie kryje ich jakieś wymyślne nakrycie głowy. Człowiek, lat ponad trzydziestu, nie nosił brody, tak częstej w tych okolicach. W ogóle nie wyglądał jak miejscowy. Na pewno nie wyróżniał go ubiór, który nie przedstawiał się ani niezwykle, ani imponująco. Mężczyzna odziany był w skórzane spodnie i taki sam kaftan, skromny strój, nasuwający na myśl łowcę lub przewodnika. Zatem co, jeśli nie przyodziewek, sprawiało, że zdawał się wyglądać osobliwie? Może twarz – przystojna facjata medyka, niezniszczona nadmierną skłonnością do uciech? Miękki, wilczy chód? A może duma? Nie sposób było orzec w pierwszej chwili.

Owszem, wchodzący był dumny, ale na stokroć bardziej pysznego wyglądał osobnik siedzący na dębowej, okrytej niedźwiedzimi skórami ławie. Równie wysoki, co przybysz, a do tego jeszcze niezwykle potężny. Można by rzec, że to jakiś górski niedźwiedź zrzuciwszy futro wkroczył do świata ludzi. Rozłożyste ramiona, bardziej przypominające pniaki niż członki ludzkie, świadczyły o niepospolitej sile. Twarzy mężczyzny nie znaczyły blizny, nie potrzebował jednak świadectwa o stoczonych pojedynkach, na pierwszy rzut oka było widać, że odbył ich niemało. Zwycięskich. Okrągłe oblicze okalała gęsta, ruda broda, niestrzyżona ani nieukładana od dawien dawna. Bardziej niż ludzki zarost przypominała leśną głuszę, w której czatować może nie lada licho. Trudno by określić wiek rudobrodego. Równie dobrze mógł mieć na karku czterdzieści, jak i dwadzieścia wiosen. Zabobonny człowiek zapewne pomyślałby, że ten mężczyzna musiał być równie ogromny już w chwili narodzin i że powiła go jakaś mityczna olbrzymka. Mętne niebieskie oczy świadczyły o skłonności do hulanek, lecz nie o głupocie, często właściwej podobnym osiłkom. Zarówno ubiór, jak sposób bycia wskazywały na przybysza z dalekiej Północy, słynącej z takich zabijaków, pałających żądzą mordu i rabunku. Rudobrody miał lekko w czubie. Właśnie opróżnił, zapewne któryś już raz, stojący przed nim dzban i teraz ocierał mokre usta wierzchem dłoni. Na stole prócz dzbana leżał duży, poszczerbiony już nieco topór dwuręczny. Na ławie obok olbrzyma siedział starzec, skromnie odziany, lecz niepospolitego stanu, o czym świadczył sposób, w jaki trzymał głowę. I drogie pierścienie na palcach. Dużo drogich pierścieni. Długie siwe włosy opadały mu na czoło, pozwalając obserwować innych, jednocześnie ukrywając własne spojrzenia. Pod ścianą za plecami starca stało dwóch krzepkich pachołków, nie tak wysokich jak przybysz i nie tak tęgich jak właściciel topora, za to wspartych na pokaźnych rozmiarów mieczach. Byli odziani w barwy pana de Xour. Piersi zdobił im jego herb – wilczy łeb na zielonym polu. Taki sam znak widniał na kaftanie siwowłosego. I na tarczy zawieszonej wysoko na ścianie. Całości wystroju ciasnej izby dopełniały porozrzucane tu i ówdzie niedźwiedzie skóry oraz kilka świec dających skąpe światło. Czuło się wilgoć. Mało przyjemne pomieszczenie. Stary wskazał przybyłemu miejsce przy stole. Mężczyzna skinął głową i usiadł w milczeniu.

– Dziękuje, że panowie zechcieli przyjąć zaproszenie – zaczął siwowłosy. – Zdążyłem właśnie dojść do porozumienia w kwestii zapłaty z panem Ark. Z panem – wskazał na przybyłego – wszystko uzgodniliśmy już przedtem. Także cel misji. Sposób realizacji mnie nie interesuje. Czas jest ważny, ale niedecydujący. Wtajemniczy pan w szczegóły swojego kompana? – bardziej rozkazał niż spytał.

– Mamy ukraść pewien rękopis – wolno zaczął wysoki. Jego przyjemny głos z pewnością już niejedną niewiastę przyprawił o szybsze bicie serca.

– Odzyskać – wtrącił się stary. – Odzyskać. Ta księga należy do mojego zleceniodawcy, a jedynie w wyniku pewnych okoliczności, o których panowie nie potrzebują wiedzieć, znalazła się w bibliotece hrabiego Mafrebois, w Igzandburgu, stolicy hrabstwa. Skąd też panowie ją odzyskają. Bo tak właśnie się stanie, nieprawdaż?

– Tak się stanie – sucho przytaknął chuddy. – W każdym razie – podjął – mamy odzyskać pewien rękopis. Pan, jak sądzę, będzie odpowiedzialny za szczegółową stronę przedsięwzięcia – znacząco spojrzał na topór. – Ja natomiast mam się zając częścią hmmm… Ogólniejszą.

– Czyli? – opryskliwie przerwał rudowłosy olbrzym.

– Czyli przeprowadzeniem nas do siedziby hrabiego, obmyśleniem sposobu dotarcia do jego księgozbioru, a następnie znalezieniem tam pożądanego dzieła. Bowiem nie sądzę żeby znał pan język, w którym zostało sporządzone.

– Czyli?

– Czyli starogracki.

– A jest taki język?

– Owszem, jest. – Uważny obserwator dostrzegłby w oczach mówiącego cień obraźliwej wyższości, ale topornik nie był uważnym obserwatorem. Ani trzeźwym.

– Czyli, jak rozumiem, krótko mówiąc jestem od czarnej roboty: krew, bitki i niebezpieczeństwa, a jaśnie pan będzie sobie przesiadywał w bibliotece?

– W skrócie – przerwał cierpko starzec. – Nie odpowiada to panu, panie Ark?

– Za tę cenę… – niedźwiedź czknął potężnie. – Za tę cenę pasuje mi wiele. Nawet to, że podano mi tu tak podłe piwo. W dodatku w lilipucich ilościach.

Oczy starca zwęziły się na chwilę, jednak trwało to bardzo krótko.

– W dalsze szczegóły wprowadzi pana towarzysz – rzekł stary po dłuższej przerwie. – A teraz – przesunął wzrokiem po obydwu najemnikach – mniemam, że możemy uścisnąć sobie ręce.

Uścisnęli.

Olbrzym stał przed starą myśliwską chatą, gdzie przed chwilą dobijali targu. Budynek był wiekowy i zaniedbany. W dodatku leżał na uboczu, otoczony lasem, oddalony od głównych dróg. To, że właśnie takie miejsce wybrano na podobne spotkanie mogło świadczyć tylko o jednym – komuś bardzo zależało na dyskrecji. Topornik rozglądał się obojętnie. Nie dostrzegł niczego, co mogłoby wzbudzić jego zainteresowanie. Nic dziwnego, bowiem na dziedzińcu nie było ani trunków i misy mięsiwa, ani krągłej dziewki do wychędożenia, ani nawet przeciwnika, którego mógłby zmasakrować. Jedynie pałętający się pies. A tego brodacz nie miał ochoty zabijać ani jeść. A już na pewno nie chędożyć. Z rezygnacją utkwił wzrok w drzwiach wejściowych, gdzie spodziewał się ujrzeć swego nowego wspólnika. Nie zawiódł się.

– Oto pański nowy przyodziewek – rzekł chudy, wyjmując z niesionego wora szary płaszcz i opończę tej samej barwy. – Zechce się pan weń przebrać? Od teraz jesteśmy pątnikami. To nam znacznie ułatwi podróż. Konie zostawimy tutaj, wędrujemy pieszo. Przede wszystkim zależy nam na tajemnicy, a dostaliśmy godziwą zapomogę. – Brzęknął całkiem sporym mieszkiem. – Chyba, że zacny pan ma inny pomysł? – dodał kpiąco, widząc niezdecydowanie rębajły.

– Skończmy z tymi uprzejmościami, bo gdy będziemy w opresji nim zdołasz wyrzec swoje „zacny panie” ktoś rozpłata twą delikatną gębę na dwoje. Zacny panie.

– Dobrze. Więc jak cię zwać, Ark? – kpiarz znacząco spojrzał na topór. – Łamacz kości? Pogromca? Posępny żniwiarz? Miażdżyciel?

Brodacz przez chwilę zastanawiał się czy nie pokazać wesołkowi, z kim ma do czynienia. Ale otrząsnął się z pogardą. Z dwójki potencjalnych ofiar bardziej godny wydawał mu się leżący nieopodal pies.

– Tauzaniusz – odpowiedział ochrypłym głosem. – Tauzaniusz Ark.

– Jallt – z godnością odparł wysoki.

– Przez ile el?

– Bardzo śmieszne. W tej części Cesarstwa, z której pochodzę Jallt oznacza "cień". Dla złodzieja to dobre imię.

– Cóż… Niech tak będzie. Twoja godność, twoja rzecz. Ale zanim przyoblekę się w mnisie łachy, racz mi wyjaśnić jak ogólnie widzisz naszą przyszłą sprawę? W końcu ja jestem tylko od drobnostek – sarknął Ark, z wielką uwagą obserwując swe paznokcie.

Złodziej zadumał się. Czy myślał na ile się odsłonić? Co nowy kompan powinien, a czego nie musi wiedzieć? A może po prostu szukał odpowiednich słów? W każdym razie upłynęła długa chwila nim zdobył się na odpowiedź.

– Rzecz widzę tak: najął nas de Xour lub ktoś z jego najbliższego otoczenia. Widziałeś herby? Wilcze łby. Nie sądzę, aby ktokolwiek silił się na taką mistyfikację. Zresztą de Xour czy nie – ani nas to ziębi ani grzeje, ważne żeby zapłacił. Wiedzą, że tylko to nas obchodzi. Przynajmniej mnie – spojrzał badawczo na brodacza, a nie dostrzegając sprzeciwu ciągnął dalej. – Księga musi być cenna, w przeciwnym razie nie szukano by drogich zawodowców. Mam się za takiego, a i tobie przyjdzie to przyznać. Prędzej lub później. Wyglądasz na tęgiego rębajłę, więc jak mniemam miano dobrego najemnika dotyczy również ciebie, choć mamy różne profesje. Widać, że zleceniodawcy bardziej niż na czasie zależy na dyskrecji, tak więc w żadnym razie Mafrebois nie może wiedzieć, do kogo wyfrunie jego biały kruk. Najlepiej żeby wcale nie dostrzegł braku księgi, przynajmniej nie od razu. Zresztą zobaczymy, nie wiem przecież jak jej strzegą. Te żebracze łachy dostaliśmy żeby zbytnio nie zwracać na siebie uwagi. Piesza wędrówka będzie dłuższa, lecz pozostanie niezauważona. Drogę znam. A twój oręż uchroni mnie przed zbyt wczesnym zakończeniem podróży. Nim zawitamy na zamek Mafreboisa, z zapchlonych pielgrzymów przyjdzie nam przeobrazić się w wojowników – broń i szaty dostaniemy od zaufanego leśniczego, dzień jazdy od celu. Opłaca go nasz najemca. Po mieście łatwiej będzie poruszać się zbrojnym niż pątnikom. Na miejscu zorientuję się, jak dotrzeć do biblioteki hrabiego. To potrwa, ale mamy środki – wymownym ruchem poklepał się po sakiewce. – Powrót odbędziemy w ten sam sposób, dlatego nie zniszcz nadto płaszcza, pielgrzymie. Stary będzie tu przybywał każdej pełni, co miesiąc od dzisiaj. Ze złotem i końmi. Tyle wiem. Reszta wyjaśni się sama.

– Złodzieju…

– Tak?

– Zawrzyj pysk. Za dużo gadasz.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Dwaj mężczyźni, mimo ciepła odziani w pielgrzymie płaszcze, z uporem przedzierali się przez leśną gęstwinę. Gałęzie bujnie rozrośniętych krzewów co chwilę wściekle smagały ich twarze, biorąc odwet za wtargnięcie do swego ustronnego królestwa. A była to trudna przeprawa, okupiona licznymi zadrapaniami, przebiegająca wśród przekleństw, jakimi tęższy z ludzi raczył niewzruszone zastępy drzew i krzewów. Oraz swego towarzysza, mężnie sunącego w pierwszej linii i jego familię do siódmego pokolenia, tak wstecz, jak w przód. Jednak Jallt nie odpowiadał. Zdążył zauważyć, że wszelkie tłumaczenia tylko podsycały gniew osiłka. Przekleństwa przycichły, kiedy leśna gęstwina nieco się przerzedziła, ale Ark ostatecznie zamilkł dopiero, gdy w końcu wyszli na względnie wygodną drogę. Po chwili kluczenia wśród zarośli pełniący rolę przewodnika Jallt wyprowadził niesfornego kompana na małą, ocienioną polankę.

– Tu się zatrzymamy – ocenił. – Zasłużyliśmy na odpoczynek.

Zwalisty olbrzym rozsiadł się na ziemi bez słowa sprzeciwu. Jallt przycupnął obok. Obaj mężczyźni sprawiali wrażenie mocno zmęczonych. Siedzieli nie odzywając się do siebie. Twarze błyszczały od potu, a szare stroje kleiły się do pleców. Rudobrody przyłożył do zaschniętych warg bukłak z wodą i pił chciwie.

– Powoli, Ark – zaśmiał się złodziej. – Wyglądasz jakbyś zatopił się w ustach jakiejś słodkiej dziewicy. Tymczasem muszę cię rozczarować, drogi przyjacielu: masz przed sobą tylko skórzany worek. Rozumiem, że to niewielka różnica w porównaniu z „damami”, z jakimi pewnie przychodziło ci obcować… Ale zawsze różnica, prawda?

– Po pierwsze, chłystku – Tauzaniusz wściekłym ruchem odsunął bukłak od ust – nie jesteś moim przyjacielem. Po drugie kobiety są od tego by je chędożyć, choć jak rozumiem tobie wystarczy, jak to wy, modni panowie nazywacie, sztuka pocałunku. Spijanie nektaru rozkoszy – zarechotał obleśnie. – No, więc ja go nie pijam. Ale przecież jestem tylko ciemnym barbarzyńcą – zakpił. – W końcu po trzecie: jeszcze jedna taka uwaga, a sprawię, iż pożałujesz żeś się urodził. Zrozumiałeś?

Mężczyzna nie odezwał się. Zrozumiał. Każdy by zrozumiał widząc jak potężnymi argumentami dysponuje oponent. Dwa wielkie niedźwiedzie łapska potrafią przekonać do wszystkiego.

– Po czwarte wreszcie – ciągnął Ark zadowolony z wrażenia, jakie wywarły jego słowa – do diabła z taką podróżą.

– Jeszcze mi podziękujesz za wszystkie niewygody – mruknął chudy.

– Żebyś się nie zdziwił. „Idziemy tędy dla bezpieczeństwa, zależy nam na tajemnicy, musimy być jak cienie, niewidoczni, bezszelestni” – przedrzeźniał. – Ciekawe, czy pan tajemniczy w swej wielkiej mądrości pomyślał o jakiejś strawie? Czy może znów mamy być cieniami? Wszak one nie jedzą, nieprawdaż?

– Owszem, pan tajemniczy myśli o wszystkim – odpowiedział zaczepiony. W przeciwieństwie do siłaczy, którzy zdają się nie myśleć wcale, przemknęło mu przez głowę.

– Chodź, zobaczysz nasz posiłek, marudny człeku.

– Ohohoho idziemy na poszukiwania? Pozwól, że zgadnę. Borówki? A może grzyby? Tak, to zaiste rozwiązuje wszelkie problemy, nie mam więcej pytań.

– Ark – wysoki szybko ocenił, czy znajduje się poza zasięgiem ramion niedźwiedzia – zamknij się. I chodź za mną.

– Oczywiście niewidocznie i bezszelestnie?

– Oczywiście. Przynajmniej na ile to możliwe – dodał spoglądając krytycznie na wielkie cielsko towarzysza.

Porzucili polanę, pogrążając się w gęstwinie. Jallt możliwie cicho przemykał pod pniami potężnych drzew, delikatnie rozsuwał zasłonę wysokich traw, uważał by nie trzasnęła żadna niepotrzebna gałązka, nie zaszumiał ani jeden zbędny liść, mimo że Tauzaniusz Ark dość skutecznie niweczył jego wysiłki. Wreszcie zatrzymali się w cieniu wielkiego dębu. Złodziej gestem nakazał milczenie. Sięgnął do pasa i wydobył drewnianą piszczałkę, podobną do tych, jakich używają wiejscy pastuszkowie.

– Ach, już rozumiem – szepnął rudy. – Będziemy karmić nasze zmysły. Piękno duchowych doznań starczy nam za jadło. To doprawdy doskonały pomysł. Ciekawym, co też przygotowałeś w menu na kolejne dni? Haft? Malunki? A może teatr? Jesteś geniuszem, wybacz, że cię nie doceniałem.

Chudy bez słowa ponownie sięgnął pod fałdy płaszcza, wyciągając niewielki woreczek. Rozsupłał go i wyjął dwa maleńkie kolce, które włożył do ust. Nim Ark ponownie zaczął szydzić grajek szybko dmuchnął w piszczałkę. A potem jeszcze raz.

– Już możesz mówić, żartownisiu – rzekł prostując się, po czym ruszył w stronę pobliskiego krzaku leszczyny. Przyklęknął i podniósł z trawy dwa dorodne króliki. – Oto twoje duchowe doznania – zaśmiał się.

Uśmiechnął się raz jeszcze widząc głupią minę towarzysza.

– Tak, tak panie Ark, to nie zwykła piszczałka. A to nie jest zwykły woreczek – klepnął w pas.

– Dmuchawka? Zatrute kolce? To i my się strujemy.

– Nie, nie zatrute. Nasączone silnym środkiem nasennym, to wszystko.

– Więc króle nie są martwe?

– Teraz już są – Jallt skrzywił się złośliwie, skręcając karczki śpiących zwierząt. – Mój drogi, jak mawiają banici wszelkiej maści: dobry król, to martwy król.

Ciemną noc rozjaśniał nieco blask niewielkiego ogniska. Dwaj siedzący przy nim ludzie szczelnie otulili się płaszczami, mimo że dnie były ciepłe, wieczorami chłód dawał się już dobrze we znaki. Nad żywo skaczącym płomieniem wolno obracał się pieczony królik. W powietrzu czuć było zapach smakowitego mięsa.

– No? Nadal masz zamiar narzekać, żarłoku? – Myśliwy z kamienną twarzą patrzył na topornika w zastraszającym tempie pochłaniającego swoją porcję. I tylko w wesoło roziskrzonych oczach można było wyczytać, jak bardzo bawi go niedawne zdarzenie. Ciągle jeszcze widział zdziwioną twarz barbarzyńcy, w momencie, gdy on, Jallt, podnosił z ziemi upolowaną zwierzynę. O tak, zaskoczył go… I zaskoczy jeszcze nie raz, był tego pewien.

– Oczywiście – mlasnął rudobrody. – Oczywiście, że tak. Upoluj tą swoją świstałką dzika, wtedy porozmawiamy. Wyglądam na kogoś, kogo syci byle królik? Nie wydaje mi się – cedził niewyraźnie, nie przestając jeść. Zęby łapczywie rozrywały mięso, a tłuszcz spływał gęsto po kudłatej brodzie. Na pewno tego człowieka nie mogła zaspokoić taka porcja. Ale też każdy, patrząc jak ów je, musiałby rzec, że "nie smakuje mi" w ustach rudobrodego byłoby wierutnym łgarstwem.

– Prawdę rzekłszy – ciągnął Ark jedząc – mięso jest żylaste i niedopieczone. To musiała być stara sztuka.

– Więc nie smakuje ci? – drugi z mężczyzn uśmiechnął się wyrozumiale.

– Ani, mlask, ani trochę.

Człowiek nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę, zdejmując znad ognia drugą pieczeń. Powoli, jakże odmiennie od brodacza, zatopił zęby w delikatnym mięsie. Nie było ani żylaste, ani niedopieczone, o czym zresztą dobrze wiedział. Bawił go jego przekorny towarzysz.

Typowy okaz, myślał. Jeśli tylko w walce faktycznie jest taki, za jakiego się uważa, nie pomyliliśmy się co do niego ani trochę. A wierzę, że nie pomyliliśmy się.

Zauważył, że podświadomie, nie wiedzieć, czemu, zaczyna czuć sympatię do tego prostackiego najemnika. No, przynajmniej cień sympatii. Cień cienia.

– Złodzieju – odezwał się olbrzym, nie przerywając jedzenia. – Powiedz mi, co ty właściwie potrafisz skoro nie walczysz wręcz? – słowa wyrzeczono tak lekceważącym tonem, jakby każdy nieposiadający tej umiejętności był niewart istnienia. W gruncie rzeczy Ark właśnie tak uważał.

– Umiesz kraść – być może, zabijać króliki – powiedzmy, chodzić po chaszczach – gajmy na to. Ale naprawdę nie władasz mieczem? Więc cóż jeszcze robisz? Gotujesz? Bawisz dzieci?

– Nieźle szyję.

– Ahahahah naprawdę? Mogę liczyć, że w razie czego załatasz moje nogawice?

– Z łuku. Nieźle szyję z łuku.

Tauzaniusz z zaciekawieniem spojrzał w szare oczy. Miał dodać coś obraźliwego, ale nie zrobił tego. Sam nie wiedział czemu.

Ogień dogasał. Na niebie lśniły srebrne gwiazdy.

Jallt nie drzemał już od dobrych kilkunastu minut. Leżał otulony płaszczem i szczegółowo obmyślał plan marszruty na nowy dzień. Spanie na gołej ziemi nie należało do najprzyjemniejszych, ale mężczyzna nie był wybredny. Mimo tego plecy dawały znać, że przywykły do wygodniejszego posłania, a nogi ciążyły po uprzednio przebytej drodze. Starzejesz się przyjacielu, przemknęło przez głowę przewodnika. Na policzkach czuł rześkość poranka, zapowiadał się chłodny dzień. To dobrze, myślał, niełatwo wędrować w upale. Zwłaszcza z tak uciążliwym balastem.

„Balast”, jak złodziej nazwał Arka, był bez wątpienia uciążliwy. Skoro świt oświadczył, że idzie na prawdziwe łowy, bowiem nie ma zamiaru zadowalać się byle czym. Wojownik musi jadać jak wojownik, orzekł.

Jallt doskonale wiedział, że siłacz niczego nie osiągnie, nie miał przecież wnyków czy sideł. Jak również łuku, kuszy, ani czegokolwiek pozwalającego poważnie myśleć o skutecznym polowaniu. Topór mógł być śmiercionośny na polu walki, ale w tych warunkach, czym olbrzym zdawał się zupełnie nie przejmować, był całkiem bezużyteczny. No, chyba że brodacz napatoczyłby się na jakiegoś zabłąkanego niedźwiedzia. Cóż, wyglądał na takiego, co gotów szarżować na króla puszczy i z gołymi rękami. A jeśli nagle wyłoni się z gęstwiny niosąc niedźwiedzie łapy? Uśmiechnął się do tej myśli. Zdążył już zauważyć, że z Tauzaniuszem wszystko jest możliwe.

Jakby na potwierdzenie coś poruszyło się w zaroślach. Czyżby, więc naprawdę…?

Zaszumiały drzewa oddzielające polanę od leśnego traktu, zafalowały krzewy. Z rozstępującej się ściany zieleni wychynął jeździec, za nim drugi. Jallt błyskawicznie zerwał się na równe nogi. I wtedy zorientował się, że z przeciwnej strony wjechali dwaj inni konni. Pierwszą myślą było to, jak mógł nie usłyszeć odgłosu kopyt, jak mógł dać się podejść w równie dziecinny sposób? Jeden rzut oka starczył za odpowiedź – wszystkie wierzchowce miały nogi owinięte szmatami. Wygląd jezdnych nie pozostawiał wątpliwości. Rozbójnicy. Jallt znał takich jak oni. Grasują po lasach napadając na podróżnych. Przypuszczał jednak, że trzymają się główniejszych szlaków. Jak widać nie zawsze. Nie wziął tego pod uwagę. A powinien był. Duży, bardzo duży błąd.

Był sam i miał przed sobą czterech rzezimieszków, którzy z pewnością nie zamierzali pytać go o zdrowie. Jeśli nie liczyć ukrytego w rękawie noża, nie miał nawet broni. A jeźdźcy owszem, mieli. Jeden z nich posiadał łuk. Drugi właśnie zdejmował z pleców kuszę. Poza tym każdy z mężczyzn nosił krótki miecz, typowy raczej dla wschodnich krain, wypisz wymaluj łup zdobyty na jakichś egzotycznych kupcach.

Ubiór i uzbrojenie jezdnych były dość niezwykłe, jeśli idzie o przeciętnych zbrojnych, natomiast zupełnie normalne dla ludzi żyjących z rabunku, kompletujących broń i przyodziewek z tego, co udało im się zdobyć podczas zbójeckich wypadów. Misternie plecione kolczugi kontrastowały z prostymi kołpakami, barwne kapy, przeznaczone raczej do tego by przyciągać spojrzenia prostych mieszczek, z drogimi płaszczami, charakterystycznymi dla ludzi wyższego stanu, a złote ozdoby z portkami używanymi przez myśliwych. Nadto najbardziej oddalony z konnych dzierżył włócznię, a najbliższy Jallta trzymał w ręku nahaj. Rabuś z biczem uśmiechał się okrutnie, pewny uciechy, mordu, a może i zdobyczy. Choć tego ostatniego najmniej, bowiem pielgrzymi ubiór ofiary nie dawał wielkich nadziei.

Lecz na polanie był ktoś jeszcze. Ktoś, kogo żaden z obecnych nie mógł dostrzec. Odległy o kilkanaście kroków, za krzakami, oparty o pień starej lipy stał Tauzaniusz Ark, zimno przyglądając się całemu zajściu. Był pewny jednego: widzi przed sobą cztery trupy. Martwych jeźdźców. Zacisnął mocno dłoń na rękojeści topora. Mimo że oręż był dwuręczny Ark z łatwością władał nim także jednym ramieniem. Podniósł broń nad głowę. Za chwilę ciśnie ją w plecy tego psa, który mierzył z kuszy do jego towarzysza. Poleje się krew. Jaka cudowna myśl. Już zaraz, za moment…

Ale wstrzymał się. Nie, jeszcze nie teraz. Poczeka… Chce zobaczyć jak ten pyszałek Jallt wije się przed konnymi błagając o litość. Jak trzęsie się ze strachu. A później, kiedy już krew napastników wsiąknie w ziemię, on, Tauzaniusz, okaże mu swą pogardę. Pogardę, na którą ktoś walczący językiem a nie mieczem bez wątpienia zasługuje.

Tymczasem człowiek z nahajem bez pardonu natarł na złodzieja, niemal obalając go na ziemię.

– Szlachetni panowie, cóż to? – zaskamlał napadnięty. – Miejcie cześć dla pątnika! Bożego pielgrzyma, zmierzającego do grobu męczennika Teodota!

– Ależ mamy, mamy – jeździec zaśmiał się złowieszczo. – I zaraz z panem pielgrzymem obejdziemy się po bożemu. Ściągniemy z niego skórę, jak ongiś ściągnięto z rzeczonego Teodota. Naśladownictwo świętego – bardzo to godne. Ciesz się, bracie, albowiem pomagamy ci zbawić duszę – rechotał wielki zbój. Jego łysa czaszka lśniła w promieniach rannego słońca.

Zawtórowały mu głośne śmiechy pozostałych.

– Błagam czcigodni panowie, darujcie, nie jestem pielgrzymem, okłamałem was. Jestem biedakiem, który żebraczką i graniem zarabia na kęs chleba. Nie dbam o Teodota, psia jego mać, tylko o życie, choćby najpodlejsze. Nie mam pieniędzy, na co wam moja śmierć?

Tauzaniusz przyglądał się rozpaczliwym wysiłkom wspólnika ze szczerym obrzydzeniem.

– Twoja śmierć nas zabawi – zupełnie zimno powiedział łysy. Już się nie śmiał.

– Zapewniam, o dzielni, że znam dużo zabawniejsze sztuki, dajcie mi tylko szansę, pozwólcie, niech wam zagram. Nawet książętom podobało się moje muzykowanie – płaczliwy głos wzbudziłby litość w niejednym sercu. Ale z reguły podobne prośby nie wywołują współczucia. Bowiem ci, których by poruszyły nigdy nie doprowadzą do konieczności ich użycia, zaś ludzie będący w stanie posunąć się tak daleko mają zbyt zimne serca aby baczyć na błagania.

Łysy, wyglądający na herszta, popatrzył pytająco na pozostałych.

– Dobrze, zagrasz klecho, zagrasz. I zatańczysz – zarechotał trzaskając biczem tuż obok pielgrzyma.

Co chwilę siekł ziemię dookoła zwinnie uskakującego mężczyzny, ku wielkiej radości reszty napastników.

– No? Graj! Graj!! – ryczał rabuś.

Jallt wydobył piszczałkę i układając palce przygotowywał się do pierwszych taktów swojego, jak powinien przypuszczać, ostatniego koncertu w życiu. Niezgrabne ruchy nie znamionowały sprawnego grajka, co nie mogło ujść uwadze oprawców. Wyśmiewali i lżyli przerażonego biedaka. Nie wiedzieli, że nerwowe gesty miały służyć osłabieniu czujności. Nie pojęli, że rozdygotane ręce wykonują jak najbardziej kontrolowane ruchy. Nie dostrzegli, jak sięgają woreczka za pasem, nie zauważyli kolców wydobytych stamtąd złodziejskimi palcami. Cóż, lata ćwiczeń.

I gdy tylko pątnik wreszcie dmuchnął w instrument wydarzyło się coś całkiem niespodziewanego, przynajmniej dla napastników. Prawie w tej samej chwili kusznik i łysy przywódca bandy bez przytomności runęli z koni. Zanim pozostała dwójka zdołała zrozumieć, co się stało, Jallt z błyskawicznie dobytym nożem rzucił się pod nogi najbliższego wierzchowca, prędzej niż dosiadający go strzelec zdążył założyć strzałę. Desperacko unikając kopyt, wślizgnął się pod konia, raniąc zwierzę w brzuch. Rumak zarżał przeraźliwie, osuwając się na trawę. Omal nie przygniótł śmiałka, jednak ten szczęśliwie zdołał przetoczyć się po ziemi, gubiąc tylko piszczałkę. Koń upadł razem z jeźdźcem. Zanim zaskoczony zbój zdążył wyplątać stopy ze strzemion, pielgrzym stanął na nogi i ugodził go nożem prosto w serce. Choć szczęśliwie pozbył się trzech przeciwników, nie widział szans w starciu z ostatnim, uzbrojonym we włócznię. Zwłaszcza teraz, kiedy nie miał już po swojej stronie atutu zaskoczenia. Rzucił się do rozpaczliwej ucieczki. Przynajmniej tak sądził rabuś, wściekle poganiając konia. Jallt gnał, co tchu, mając wroga za plecami. Przed nim leżał jeden z tych, których trafiły wcześniej nasenne kolce. Wydawało się, że minie ciało i zanurkuje w zarośla albo spróbuje dosiąść zluzowanego wierzchowca. Jednak on runął całym swym ciężarem na pozbawionego przytomności kusznika. Potknął się? Jeśli tak, to w najgorszym momencie. Czwarty z napastników wrzeszcząc dziko galopował z włócznią gotową do pchnięcia. Tratowana ziemia bryzgała spod kopyt. W zaroślach Ark podniósł topór do rzutu.

Ale Jallt wcale się nie potknął. Więcej, dokładnie zaplanował swój upadek. Znalazł to, czego szukał i teraz ze spokojem odwrócił się w stronę atakującego jeźdźca. W rękach trzymał kuszę. Dało się słyszeć nagły trzask. Zwolniony bełt trafił w pierś. Człowiek spadł na ziemię, kilka kroków przed swą niedoszłą ofiarą. Kopyta wierzchowca przemknęły tuż obok głowy strzelca.

Złodziej leżał dysząc ciężko, zlany zimnym potem. Bał się, co nie przeszkodziło mu zachować do końca przytomności umysłu. Zresztą strach to żaden wstyd, w końcu każdy, kto nie jest kompletnym idiotą czegoś się boi. Jallt najbardziej obawiał się śmierci i zapomnienia. Nie panicznie, tak jak lękają się niektórzy. Po prostu nie chciał umierać, jeszcze nie teraz. Nawet taki barbarzyńca jak Tauzaniusz musiał się czegoś bać. Oczywiście z pewnością nie śmierci. Zatem czego? Może tego, że nie zakończy żywota na polu bitwy? Starości? W każdym razie na pewno istniało coś takiego. Ale to w niczym nie zmieniało faktu, że rudowłosego nie było, kiedy złodziej go potrzebował. Wspaniale. Po prostu świetnie. Do diabła z takim wspólnikiem.

O tym myślał Jallt, powoli dochodząc do siebie. Rozszerzone źrenice wracały do swych naturalnych rozmiarów, oddech stawał się równy, spokojny. Tylko palce ciągle drżały.

Odrzucił kuszę podnosząc ciążącą głowę. Mętnym spojrzeniem omiótł polanę, przed oczami przesunęła się bezładna mieszanina różnych tonów zieleni. Na chwilę stracił ostrość widzenia, zamknął oczy. Gdy je otworzył ujrzał Arka wychodzącego z zarośli. Szedł poważny i milczący. Jallt za wszelką cenę starał się ukryć drżenie rąk, nie dać satysfakcji rudobrodemu. Wiedział, że musi to zrobić, musi… Nie udało się.

Olbrzym zauważył rozdygotane dłonie, nim złodziej z wyraźnym trudem zdołał zacisnąć je w pięści. Miejsce powagi znów zajął ten nieco lekceważący wyraz twarzy.

– Ohoho, baliśmy się? Przestań się trząść jak kurczak, tchórzu. Ani przez moment nic ci nie groziło. Byłem tuż obok, za krzakami. Chociaż nie wiem po co, takie ścierwa niczego nie potrafią zrobić dobrze. Nawet zasiec kogoś tak… – przez moment szukał odpowiedniego słowa. – Hmm… Ciebie.

Wysoki powoli pozbierał się z ziemi, z trudem opanowując drżenie rąk. Zagryzł wargi niemal do krwi.

– Ty purpurowy, spasiony świński zadzie zza krzaka! – wysyczał ze złością.

Tauzaniusz uśmiechnął się z zadowoleniem. Szybko się uczy, pomyślał. Po czym uderzył zuchwalca w brzuch.

Choć Ark szczerze starał się by cios był lekki, złodziej, osunąwszy się na kolana, przez pewien czas nie potrafił wstać. Na twarzy malowało się cierpienie. Obdzierany ze skóry Teodot nie mógł wyglądać bardziej męczeńsko. Jallt bardzo wolno dochodził do siebie. Długo stał oparty o drzewo, z trudem łapiąc powietrze. Drugi błąd dzisiejszego dnia. Najpierw dał się zaskoczyć zbójom, teraz powiedział o jedno słowo za dużo. A właściwie o sześć słów. Bolesna lekcja.

W końcu, wciąż z grymasem bólu, powolnym krokiem podszedł do nieprzytomnych rabusiów. Przyjrzał się łysemu, po czym kucnął przy drugim z mężczyzn i wprawnym ruchem poderżnął mu gardło.

– Na rycerza to raczej byś się nie nadawał, Jallt – topornik uśmiechnął się cierpko. Po raz pierwszy nazwał towarzysza jego imieniem. Tamten, widać nauczony doświadczeniem, nie odpowiedział.

Brodacz znów się uśmiechnął. Tak, od teraz ten marny, bezimienny pył, niewładający mieczem, nie wart tego by o nim wspominać, zyskał nieco w jego oczach. Nadal był godnym pogardy śmiesznym chudzielcem, w rozumieniu Tazuaniusza niezdatnym właściwie do czegokolwiek. Ale przynajmniej był już godzien by za każde zuchwałe słowa Ark potraktował go tak, jak zasługiwał na to ktoś posiadający imię.

Nie wiedząc o tym, złodziej wykonał malutki krok do zyskania sobie szacunku barbarzyńcy. Najmniejszy i najtrudniejszy. Pierwszy.

2

Wielki jastrząb majestatycznie płynął po niebie, rzucając czarny cień na nieskończone morze lasu, rozciągające się głęboko w dole. Skrzydła, o rozpiętości ponad dwóch łokci, zdawały się nie wykonywać żadnej pracy. Był jak statek pchany naprzód samą siłą wiatru, który wydyma żagle, wprawiając w ruch całą konstrukcję. Drapieżna sylwetka ptaka przywodziła na myśl korsarski okręt. Aż chciało się rzec, że zakrzywiony dziób pruje chmury niczym piracka łajba fale. Lecz niebo pozostawało bezchmurne. Krystalicznie czyste. Błękitne. Jedyne w swoim rodzaju. Właśnie na takie widoki poeci wynajdywali dziesiątki kunsztownych określeń. Niepotrzebnie zresztą, ponieważ nie istniały słowa mogące oddać uczucie budzące się w sercu na widok nieba o podobnym odcieniu. Nie można tego opisać, to się czuło. Po prostu. Nie każdemu dane było doświadczyć takiego wzruszenia, które z reguły rozpalało ludzi o większej wrażliwości, patrzących w górę nie tylko w obawie czy zanosi się na deszcz. Chociaż czasem nawiedzało i mruków. Samotników, nie nawykłych do uśmiechu, o oczach przesłoniętych bielmem na to, co naprawdę ważne. I wtedy nawet oni na chwilę odzyskiwali jasność spojrzenia. I niejednemu przemykało przez myśl: "to najlepsza rzecz, jaką w życiu widziałem". Magia błękitnego nieba. Właśnie to poczułby ktoś, kto tu i teraz podniósłby głowę. Obojętnie – dumnie czy nie. Nieistotne czy z nadzieją.

Jastrząb, chwilowy władca czarownych przestworzy, mógł obserwować bezkresne połacie lasu. Choć gdyby tylko jego bystry wzrok przebił się przez ten zielony kobierzec, ptak ujrzałby coś daleko bardziej interesującego.

Na trawie pod starą lipą leżał łysy mężczyzna. Lub raczej jego położono. Brutalnie rozciągnięto krępując ręce z tyłu, w ten sposób, że plecami opierał się o drzewo. Nogi miał przywiązane do palików z ociosanych gałęzi, wbitych w ziemię na wysokości kostek. Usta wypychał knebel. Na spoconej twarzy przysiadła natrętna mucha. Człowiek nie był w stanie jej przegnać, tak samo jak nie mógł otrzeć spływającej kropli potu. Ale nie to było jego największym zmartwieniem.

– Słuchaj mnie uważnie – Jallt nachylił się nad przytomnym już zbójem. – Nie puścimy cię wolno, dobrze o tym wiesz. Możesz jednak dostać pewną szansę, to zależy tylko od ciebie. Jeśli powiesz wszystko co chcę wiedzieć, pozostaniesz tu żywy. Związany i zakneblowany, ale żywy. Jeżeli będziesz miał wielkie szczęście ktoś cię znajdzie, może twoi towarzysze, których jak sądzę masz, i to całkiem niedaleko. Lecz kiedy nie usłyszę niczego albo co gorsza zorientuję się, że skłamałeś, poderżnę ci gardło, rozumiesz? Mrugnij, jeśli tak.

Mężczyzna mrugnął bez chwili wahania.

– Doskonale – złodziej był bardzo spokojny, w jego głosie nie było śladu okrucieństwa. Jednak nie było w nim także krzty litości. – Oczywiście moja oferta niesie ryzyko strasznego końca… Możesz umrzeć z głodu, wyczerpania, mogą cię rozszarpać dzikie zwierzęta… Ale daje też nadzieję. Jedyną, jaką możesz dostać. Więc jak? Porozmawiamy? W zamian za życie? Mamy różne upodobania, mnie twoja śmierć nie zabawi. Ale i niewzruszy. Wyjmę ci knebel, spróbuj krzyknąć, a zarżnę jak warchlaka. Zgadzasz się? Mrug nij.

I tym razem rabuś wykonał polecenie, choć nie od razu, tak jakby namyślał się przez chwilę.

– Mądry z ciebie człowiek – Jallt ostrożnie wyjął szmatę, przykładając nóż do grdyki łupieżcy.

Tauzaniusz stał z boku, z rękami skrzyżowanymi na potężnych piersiach i dość obojętnie przyglądał się całemu przesłuchaniu.

– A teraz – chłodno rzekł wysoki, zbliżając twarz do ucha skrępowanego jeńca – opowiedz, co tu robiliście i jak trafiliście na nasz ślad?

Rozbójnik, uwolniony od knebla, zaniósł się gwałtownym kaszlem, po którym nastąpiła chwila ciszy. Powoli zaczynał oddychać swobodnie. Wreszcie odparł chrapliwym głosem:

– Żyjemy tu. A was nie trudno znaleźć, paliliście ogień. Dym był widoczny z daleka. Myśleliśmy tylko, że mamy sprawę z samotnym wędrowcem. Zasadziliśmy się po obydwu stronach polany. To było łatwe.

– Jak widać tylko to – prychnął Jallt, niezadowolony, że przypomniano mu własną nieostrożność. – Żyjecie? Znaczy co? Napadacie w dzień, a nocą przemieniacie się w wilki i niedźwiedzie? Tu nikt nie żyje, oprócz dzikiej zwierzyny. Nie kłam, ponawiam pytanie. Trzeci raz nie powtórzę – zimna stal mocniej przylgnęła do szyi rabusia.

– Tu, czyli w całym lesie. Łupimy w różnych miejscach, po napadzie przenosząc się z bardziej ludnych szlaków w dzikie ostępy.

– A kogóż to napadliście, skoro teraz zaszywacie się w tej okolicy? Księcia? Króla?

– Poborcę podatkowego.

– Poborcę… fiu fiu, toż to większa zbrodnia niż gdyby zamordować cesarza – zakpił. – Daleko to było?

– Przy głównym trakcie, pięć dni drogi stąd na południowy wschód.

– Zadźgali poborcę – na twarzy chudego mężczyzny pojawił się uśmiech. – A niby jak zdołaliście tego dokonać? W czterech? W dziesięciu? Dwudziestu? Poborcy podatkowi podróżują pod silną eskortą. Ciężkozbrojnych. Jeden taki wart co najmniej pięciu podobnych tobie łachudrów.

– Jeden z naszych jest równy jednemu ciężkozbrojnemu, zapamiętaj to, psi synu – mimo rozpaczliwego położenia łysy najwyraźniej nie zapomniał czym jest duma.

– Doprawdy? Czemu więc leżysz tu, spętany jak cielę? Czy nie powinienem być teraz na twoim miejscu?

– Widocznie tyś wart czterech spośród nas – odrzekł nieco ciszej, opuszczając głowę na piersi.

Jallt wyprostował się spoglądając na Tauzaniusza z wyraźną satysfakcją.

– Zarżnij go z miejsca, łże jak pies – Ark lekceważąco machnął ręką. – Co ten strach robi z ludźmi… – z politowaniem pokręcił głową. Przez chwilę sprawiał wrażenie kogoś, kogo cała sprawa nie obchodzi już ani trochę, ale nagle widocznie zmienił zdanie, żwawo podchodząc do skrępowanego człowieka. Nachylił się tak, że jeniec mógł poczuć na twarzy gorący, niezbyt świeży oddech barbarzyńcy.

– A ja, panie zbóju? Ilu twoich kamratów jestem wart?

Mężczyzna nie należał do strachliwych, ale nawet najodważniejsi tracą rezon czując na szyi oddech dzikiego zwierza. Zwłaszcza jeżeli leżą związani jak baleron. A tak właśnie leżał rabuś. I tak dyszał Ark. Niczym bestia. Błyskając zębami, ciężko i równie smrodliwie.

– Dz… dziesięciu – wystękał człowiek, choć chyba wcale nie chciał tego powiedzieć.

Tauzaniusz uśmiechnął się z zadowoleniem. Właśnie to pragnął usłyszeć. Każdy lubi, kiedy mu schlebiają, zasłużenie czy nie. A akurat w tej pochwale nie było ziarna przesady.

– Masz rację – przytaknął Jallt. – Kłamie, szuja. Nie ma po co dłużej tracić czasu.

Ale topornik powstrzymał go ruchem dłoni.

– Moja ocena była pochopna. Ten człowiek rzeczywiście stwarza wrażenie zestrachanego łgarza, jednak po bliższym zbadaniu stwierdzam, że jego słowa zawierają dużo prawdy.

– Twoja ocena była pochopna? Więc przyznajesz, że czasem mylisz się co do ludzi? – Jallt uśmiechnął się przebiegle.

– Raz na sto – najemnik zorientował się, że wpada we własne sidła. – Albo rzadziej.

– Ale jednak. Jaśnie pan Ark bywa omylny – powtórzył złodziej, nie bez złośliwej satysfakcji. – Ach, byłbym zapomniał, to za psiego syna – warknął, wymierzając jeńcowi siarczysty policzek.

– A teraz, dobry człowieku – kpiący ton nie pozwalał mieć złudzeń, czy braniec rzeczywiście mógł uchodzić za dobrego człowieka – racz jeszcze przedstawić nam, w jakiej liczbie napadliście nieszczęsnego poborcę?

Mężczyzna przygryzł krwawiącą wargę, przez chwilę zastanawiając się czy odpowiedzieć. Ostrze błyszczące w ręku oprawcy pomogło mu podjąć właściwą decyzję.

– W czterdzieści koni. Później podzieliliśmy się na grupy po czterech ludzi. Każda uciekła w inną stronę. W odpowiednim czasie wódz zbierze nas wszystkich, nie wiem dokładnie jak i gdzie, nikt tego nie wie. W każdym razie nie prędzej niż za dwie pełnie. Ale zawsze tak jest i zawsze dociera do tych co przeżyli, sprawiedliwie dzieląc łupy.

– Nie pytałem cię o to – Jallt surowo spojrzał w twarz jeńca. – Nadgorliwość jest źle widziana. I ani trochę nie pomaga mi uwierzyć w twoją historię. Jak niby zwie się ten wasz wszechwiedzący i prawy dowódca?

Drab spojrzał ponuro w szare oczy.

– Annikki Elesz.

Złodziej spoważniał.

– To trochę uwiarygodnia twą opowieść.

– Kto to jest ten Annikki? – wtrącił się Ark.

– Ta, nie ten. Niezwykła kobieta. I przeklęta. Przez podróżnych oczywiście. Dowodzi hordą napadającą każdego, kogo tylko warto napaść na obszarze Puszczy Askiej. Godna respektu, w żadnym razie nie możemy jej lekceważyć. A skoro ten zacny człowiek sam z siebie powiedział nam, że banda zbierze się nie wcześniej niż za dwie pełnie, należy przypuszczać, że będzie całkiem odwrotnie – popatrzył na jeńca swoimi chytrymi ślepiami. – Kłamczuszek – uśmiechnął się. – Ale niezbyt wyrafinowany.

– Baba? Mamy bać się baby? Chyba zwariowałeś, Jallt.

– Ta baba, jak raczyłeś nazwać tę piękną acz niebezpieczną niewiastę, ma na swoim koncie więcej trupów niż cesarska żona kochanków. Wierz mi, że to wystarczająco dużo by omijać ją z daleka. Z bardzo daleka.

– Powiedz mi jeszcze – znów zwrócił się do związanego mężczyzny – czy wiesz gdzie jest najbliższa czwórka? Wyczuję jeśli skłamiesz.

Rabuś zawahał się. Chwila milczenia zdawała się nie mieć końca.

– Wiem. Na zachód. Kilka godzin drogi stąd.

Długo patrzyli sobie w oczy, łupieżca wytrzymał spojrzenie. W końcu pielgrzym uznał, że ów mówi prawdę.

– To właściwie wszystko co chciałem wiedzieć – rzekł, ponownie wpychając knebel w usta bandyty. – Obiecałem ci życie, ale chyba sam rozumiesz, że zostawienie cię tutaj na pastwę dzikich zwierząt byłoby wyjątkowo nieludzkie. Perspektywa pożarcia żywcem to coś bardzo niemiłego – mówił wolno, patrząc w oczy rozszerzane strachem i chęcią sprzeciwu. – Dlatego… Dlatego lepiej będzie tak – szybkim ruchem poderżnął jeńcowi gardło. Knebel skutecznie stłumił charkot konającego.

– Pozwól, że zaspokoję ciekawość – odezwał się topornik tonem, w którym nie dało się znaleźć odrobiny ciekawości. – Czy choć przez chwilę zamierzałeś dotrzymać słowa danego temu durniowi?

– Nie.

– Tak też myślałem. Byłbyś dobrym władcą – w głosie barbarzyńcy było tyle ironii, że gdyby miała jakąś wartość można by nią napełnić skarbce wszystkich władców świata. I jeszcze sporo by zostało.

– Do tego nie wystarczy łamanie obietnic, Tauzaniuszu. Gdyby tak było istnieliby sami możni, nie mający nad kim sprawować swych tyrańskich rządów. Trzeba czegoś więcej – klarował złodziej, wielkodusznie puszczając mimo uszu drwinę towarzysza.

– Tak? Niby czego?

– Gdybym posiadł taką wiedzę, czy naprawdę sądzisz, że byłbym tutaj?

– Gdybyś ją posiadł, sądzę, że już dawno leżałbyś w ziemi, zakłuty przez wiernych i kochających poddanych. Boś bydlę.

– I to, mój drogi, jest właśnie ten raz na sto, kiedy się mylisz.

Ark nie odpowiedział.

Słońce z trudem przebijało się przez gęste listowie, tworząc wymyślne malowidła na soczystej murawie. Natura jest najdoskonalszym z istniejących artystów.

Zapewne nie nadeszło jeszcze południe, ale tu, na dole, ciężko byłoby stwierdzić to z całą pewnością. Korony starych drzew, władców lasu, przepuszczały tylko nieliczne promienie słońca, pozwalając im rozlewać się leniwie u podnóża grubych korzeni. Tak jak jedynie wybrani mają szczęście padać plackiem przed tronami ziemskich królów.

Światło, któremu udało się przebić przez gąszcz liści i gałęzi, zostawiało na trawie powłóczyste cienie, budując dziwaczne obrazy. Na tyle niejednoznaczne, że każdy mógłby interpretować je zgodnie z własną wyobraźnią. Oczywiście gdyby miał na to czas i ochotę. Dwaj mężczyźni nie mieli. Zbytnio pochłaniało ich uprzątanie trupów. Żart najwyższego malarza, bez różnicy jak go nazywać – siłami przyrody czy bogiem: prawdziwie martwa natura na tworzonym płótnie. Bardzo martwa natura. Rzec by można, że martwa na amen.

Przekonanie towarzysza o konieczności uprzątnięcia ciał przyszło Jalltowi z dużym trudem. Nie robił tego z szacunku do zabitych czy jakichś innych wyższych pobudek. Po prostu zdawał sobie sprawę, że bezpieczniej będzie ukryć zwłoki przed wzrokiem przypadkowych wędrowców lub co gorsza kompanów poległych. Owo ukrycie, na które tak sarkał Tauzaniusz, ograniczyło się do przeniesienia trupów w pobliskie krzaki. Złodziej wiedział, że to niewystarczający środek ostrożności. Że należałoby zakopać martwych i jak najdokładniej zatrzeć ślady walki. O czymś podobnym barbarzyńca nie chciał jednak słyszeć. Ba, zagroził nawet, że jeśli Jallt sam porwie się na coś takiego, on, Ark, obiecuje mu, że zostanie zakopany razem ze swoimi ofiarami. Bowiem chowanie poległych wrogów uważał za oznakę słabości. I żadne względy bezpieczeństwa nie mogły wpłynąć na zmianę tego zdania. Dlatego chudy poprzestał na wyniesieniu ciał, zadowolony, że chociaż zachowuje pozory i częściowo uspokaja sumienie. Konie rozpędzili. Jednak nie można było łudzić się, że baczny tropiciel nie odgadnie przebiegu wydarzeń i nie odnajdzie trupów. A gdy zaczną się rozkładać odszuka je nawet ślepiec.

Kiedy skończyli, topornik przeciągnął się znudzony.

– Co teraz? Jak mniemam możemy wyruszać skoro posprzątaliśmy bałagan tak nieopatrznie narobiony przez pana przezornego – zwrócił się do wspólnika, jak zwykle z nutą złośliwości w głosie. Obaj mieli w zwyczaju rozmawiać ze sobą w ten sposób.

– Dobrze mniemasz – złodziej nie podjął wyzwania. Nie wyglądał na skorego do kłótni. Był zmęczony i najchętniej ległby w cieniu jakiegoś drzewa. Jednak bliskość zabitych nie pozwalała na takie rozwiązanie.

– Wybacz ciekawość, ale w którą stronę podążymy? – Ark nie zamierzał tak łatwo rezygnować z okazji do choćby drobnej utarczki.

– Skoro, jak twierdził ten łysy dureń, najbliżsi rozbójnicy są o kilka godzin stąd na zachód, to my, prosto jak w pysk strzelił, ruszymy w dokładnie odwrotnym kierunku. Na wschód. Tym bardziej, że i tak właśnie tam wypada nasza droga.

– Otóż nie.

– Co?

– Nie zgadzam się. Zresztą skąd wiesz, że ten pies nie zełgał? Uwierzyłeś mu na słowo, Jallt. Na słowo!

– Nie okłamał mnie. Widziałem to w jego oczach. Posiadam coś takiego jak instynkt. Wiesz co to instynkt, barbarzyńco?

– Hehehehe instynkt… – Ark śmiał się głośno i szczerze. – Widział to w oczach… A w oczętach ilu dziewoi widziałeś bezkresne oddanie, które po czasie okazywało się płoche? U ilu ludzi dostrzegłeś szacunek i przyjaźń, wynikające z tego, że byłeś im potrzebny. I niknące w jednej chwili, gdy tylko przestawali cię potrzebować? W ilu oczach widziałeś błaganie o litość, które, gdybyś go usłuchał, zmieniłoby się w błysk nienawiści? Nie wierzę, że jesteś aż tak naiwny, Jallt. Może on też miał instynkt – rzekł wskazując na krzaki, gdzie porzucili trupy. – I może w twoim spojrzeniu widział obietnicę życia. Niespełnioną obietnicę.

– Nie rozumiesz… – spokojnie odparł wysoki, nie patrząc na towarzysza. – I nie zrozumiesz. Owszem, myliłem się wiele razy, jak każdy. Nie potrafię bezbłędnie stwierdzić czy ktoś kłamie, czy nie. Ale umiem to zrobić z dużym prawdopodobieństwem. Bardzo dużym. Innymi słowy ufam instynktowi, a ten mówi mi, że rabuś gadał prawdę. Dlatego właśnie pójdziemy tam – pokazał ręką na wschód.

– Ty może pójdziesz. My na pewno nie.

– Co?!

– Właśnie to. Po pierwsze nie mam ochoty słuchać twojego ciągłego komenderowania. Nikt nie powiedział, że stoisz nade mną. Jesteśmy tu na równych prawach. Po drugie skoro ty mogłeś się zabawić, ja też mogę. Przyda mi się trochę ćwiczeń. Poza tym myślę, że to będzie całkiem zabawne urozmaicenie w tej nużącej podróży.

– Ależ nie możemy się rozdzielać! A tam nam wcale nie po drodze. Tym bardziej, że to niebezpieczne. Zapomniałeś, o co idzie? Dyskrecja! Przede wszystkim tajemnica!

– Nie musimy się rozdzielać. Możesz iść ze mną, o ile obiecasz nie tykać żadnego z napotkanych zbrojnych. Są moi. A co do tajemnicy… Chcesz wiedzieć, gdzie mam twoją tajemnicę, Jallt?

Nie chciał.

Złodziej wlókł się ospale, tak jakby jego nogi z każdym krokiem tonęły w bagnie. Był wielce niezadowolony. Z tego, że Ark się przeciwstawił, że wyśmiał jego przeczucie, łamał wszelkie podstawowe zasady bezpieczeństwa, w końcu że wymógł na nim zmianę trasy. Bo właśnie tak się stało. Przewodnik uległ. Nie miał innego wyjścia. Musiał trzymać się tego olbrzymiego, brutalnego najemnika, jeśli nie chciał aby ich zadanie zakończyło się, nim tak naprawdę na dobre się rozpocznie. A zdawał sobie sprawę, że bez Tauzaniusza, choć na razie sprawiał same kłopoty, byłoby trudniej. Dużo trudniej.

Dlatego markotnie człapał w ślad za nim, wbijając wzrok to w ziemię, to w szerokie plecy towarzysza, i klnąc przy tym pod nosem na czym świat stoi.

Czuł, że ten bałwan wpakuje ich w nie lada kłopoty. Bo i kto normalny, będąc na ich miejscu, pchałby się na zachód?

Ale Ark najwyraźniej nie był normalny. Dlatego z całym zapałem podążał właśnie na zachód, taranując swym masywnym cielskiem wszystkie napotykane przeszkody.

Obojętnie roztrącał zarośla gęsto zastępujące obraną drogę. Jallt byłby gotów przysiąc, że brodacz, gdyby tylko zechciał, mógłby z równą łatwością obalać wyrastające przed nimi drzewa. Takie wyjaśnienie nasunęłoby się każdemu, kto widziałby jak maszerował najemnik. Niczym taran. Nieustępliwie i wyzywająco wobec otaczającej natury. On nie omijał drzew z konieczności, jak robią to zwyczajni ludzie. Wielkodusznie pozwalał im trwać, nie miażdżąc swą potężną klatką piersiową.

Naprzód, nieustannie naprzód. Na zachód! Zachód. Zachód? Czy aby na pewno? O ile na początku topornik zmierzał dokładnie w tym kierunku, to teraz, zatoczywszy szeroki łuk, kierował się prosto na… Wschód. Właśnie tam, gdzie przewodnik pragnął go zaprowadzić. Chudy zamyślił się. Czyżby Tauzaniusz zmienił plany? Nie, niemożliwe. Czyżby, więc… Ale przecież nie mógł zabłądzić, wszak nawet dziecko umie odróżniać strony świata, a co dopiero wojownik żyjący z oręża, nawykły do obcowania z nieprzyjazną przyrodą. Jallt nie wiedział, co o tym myśleć. Postanowił się upewnić, chowając wątłą nadzieję pod maską obojętności, najgłębiej jak tylko umiał.

– Powiedz mi – odezwał się niedbale – dlaczego podążamy w tym kierunku?

– Już ci tłumaczyłem – tym razem Ark nie był zgryźliwy jak zawsze. Widocznie perspektywa walki wprawiała go w lepszy humor. – Dlatego, że żądam respektowania podstawowych praw najemnika. A jedno z nich mówi: każdy z najętych jest zobowiązany stosować środki ochrony zbiorowej, a nadto używać przydzielonych środków ochrony indywidualnej oraz odzieży i obuwia roboczego, a także narzędzi pracy, zgodnie z ich przeznaczeniem. Widzisz, co to jest? – podetknął wielki topór pod nos towarzysza. – To jest moje narzędzie pracy. I będę go używał do tego, do czego nadaje się najlepiej. Do zabijania. A żeby zabijać należy iść właśnie tam, gdzie idziemy. Na zachód.

– Dobrze, już dobrze – złodziejem wstrząsnął niemy chichot. Więc jednak zgubił drogę, dureń. – Wyszło na twoje, niech będzie. Ale skąd masz pewność, że zmierzamy we właściwą stronę? Że idziemy na zachód, a nie, dajmy na to, południe?

Tauzaniusz uśmiechnął się wyrozumiale.

– Widzisz grajku, my, ludzie Północy posiadamy coś takiego jak…

– Instynkt?

– Intuicja.

– Aha.

Pielgrzym miał ochotę wybuchnąć śmiechem, ale opamiętał się. Nie chciał wyprowadzać towarzysza ze stanu błogiego przekonania o nieuchronności napotkania leśnych rabusi. Ten osioł gotów by jeszcze zawrócić. Wiedział już, czemu barbarzyńcy z Północy, dzicy i mężni, nie podbili dotąd żadnej z tutejszych krain. Z taką orientacją cud, że potrafili trafiać łyżką do własnej miski. O ile potrafili.

Teraz odzyskał humor. Nie wlókł się już daleko w tyle, a że i Tauzaniusza nie opuszczał dobry nastrój, obaj ochoczo maszerowali przed siebie.

– Złodzieju – najwidoczniej topornik nie zamierzał wędrować w ciszy – my tu gadu, gadu, o przeczuciach, o przygodzie, walce, ale gdzie, powiedz mi, rzecz najbardziej zajmująca? Najistotniejsza? Gotująca krew w żyłach? Gdzie, proszę ja ciebie, białogłowy? O ile mnie pamięć nie myli nie widzieliśmy żadnej od momentu rozpoczęcia naszej podróży. A ja i wiele dłużej, wyjąwszy tę wieśniaczkę, którą… Hmm… Ten tego… Jak by to powiedzieć… W każdym razie tak sobie myślę, że w tych borach długo jeszcze żadnej nie zobaczymy. Zatem kiedy nie możemy sobie… Hem… Popatrzeć, może byśmy chociaż pogwarzyli, hę?

– Prawi mężowie nie rozmawiają o takich sprawach przez szacunek do niewiast. Rozumiem, że nie wiesz, co to takiego, lubieżniku.

– Ależ źle mnie zrozumiałeś. Nie miałem na myśli niczego zdrożnego. Chciałbym wiedzieć jak tacy wykwintnisie jak ty zabierają się do podobnych rzeczy, to wszystko. Pomyśl sobie, że siedzisz gdzieś w większym gronie, wśród grzecznych panien, z których jedną pragniesz poznać nieco… Hmm bliżej. O czym rozprawiasz? Powiedzmy, że jestem właśnie taką zasłuchaną pannicą. Mów do mnie, bardzie, spraw by me serce oszalało na twym punkcie.

– Ark…

– Tak?

– Jesteś chory.

– O bogowie, za grosz fantazji. Wyobraźnia, Jallt, wyobraź to sobie. Zaserwuj jedną z tych łzawych skaldzich opowiastek, o których tyle się gada. To lepsze niż słuchanie stukotu dzięcioła. Choć znając ciebie pewnie niewiele. Ale zawsze.

Mężczyzna zastanowił się. W sumie, czemu nie? Wolał to niż ciągłe utyskiwania, do czego osiłek dość skutecznie go przyzwyczaił.

– Dobrze. Tylko pamiętaj, że sam tego chciałeś – chrząknął niepewnie. – Słuchajcie uważnie ekhm… Przyjaciele. – Wczuwał się w rolę. Oczami wyobraźni widział krąg ludzi zebranych w komnacie, wokół paleniska, i siebie na poczesnym miejscu. – A zwłaszcza pani, złotowłosa Klotyldo – w wyobrażeniu złodzieja zwalista postać Tauzaniusza zaczęła nabierać kształtów drobnej jasnowłosej dziewczyny. – Zwłaszcza pani. W pewnym ogrodzie rosła malwa. Gwoli ścisłości rosło tam wiele rzeczy: porzeczki, czereśnie, jabłonie, buraki, kapusta, selery, pietruszki a nawet dynie. Były tam też kwiaty. Przeróżne, od bratków, poprzez tulipany, nasturcje, dzwonki, aż do róż. Także malwy. Wśród nich i ta wspomniana na początku. Nie była bynajmniej jakimś nad

zwyczajnym okazem, godnym tego by o nim mówić – ot, zwykła malwa, jakich wiele. W ogrodowej hierarchii dużo ważniejsze miejsca zajmowały inne kwiaty, a nawet, o zgrozo, warzywa. A nad wszystkim czuwał stary ogrodnik. Początkowo malwa marzyła o tym, żeby ogrodnik poświęcał jej jak najwięcej uwagi, jak najwięcej czasu. Chciała być dla niego najważniejsza. Najważniejsza nie tylko ze wszystkich malw, ale i z całego ogrodu. Marzyła o tym, by pielęgnował ją swoimi dużymi dłońmi, o grubych, niezdarnych palcach. Żeby podziwiał piękno, sycił wzrok widokiem. Ale ogrodnik w natłoku codziennych obowiązków nie pamiętał o jej istnieniu. Od oglądania kwiatów ważniejsze były przecież prace ogrodowe. Kto by myślał o malwach, mając na głowie warzywa i owoce? Samo podlewanie dużego sadu kosztowało tyle sił, że jedyną rzeczą, o której marzył była chwila odpoczynku. Zrozumienie tego przyszło malwie z wielkim trudem. Ale zrozumiała. Już nie chciała mieć go wyłącznie dla siebie, teraz wystarczyłoby tylko trochę czasu spędzanego przy niej. Każdego dnia oczekiwała mniej i mniej. Żeby, chociaż poświęcił jej tyle uwagi, ile kalafiorom. Tyle ile cebuli. Choć chwilkę. Maleńką. Taką tylko dla malwy. Może udałoby się zmieścić ją miedzy groch a pomidory? Albo może między sałatę i ogórki? Nie dostała nawet tego. Nie dostała nic.

A potem przyszło lato i malwa kwitła. Była piękna. Co prawda nie bardziej niż i n-ne malwy, ale mimo to piękna. Każdy listek, każdy płatek zdawał się krzyczeć: spójrz jestem tu cała tylko dla ciebie, czekam. Lecz on nie słyszał. A ona czekała. Czekała. I czekała… Jak długo? Całe wieki – przynajmniej malwie tak się wydawało. Aż pewnego dnia ogrodnik nie przyszedł sam. Przyprowadził dziecko. Wnuczka. Wesołego, ciekawskiego chłopczyka. I kiedy dziadek zajmował się zwykłą pracą, chłopak swobodnie biegał po ogrodzie, wynajdując sobie różne interesujące zajęcia. Oczywiście interesujące dla kogoś, kto nie skończył jeszcze sześciu lat. Pociągało go to swoiste królestwo. Zatrzymał się na trochę i przed rabatą.

– Ojej, jakie piękne kwiatki – powiedział spoglądając na malwy. – Jak się nazywają, dziadku?

– Malwy.

Chłopczyk wyciągnął rączkę i zerwał jeden z kwiatów. Przyglądał mu się przez chwilę z rozdziawioną buzią, po czym upuścił na ziemię i pobiegł, szukając sobie nowej, ciekawszej zabawy. Malwa leżała podeptana małymi trzewikami. Ale przez moment była dla kogoś piękna. Ważna. Tylko przez chwilę… Ale jednak.

Czy warto było czekać? Może warto… Może…

A może nie.