Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 296 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Arena 13 - Joseph Delaney

Pierwszy tom trylogii autora bestsellerowej serii Kronik Wardstone.

Witajcie na Arenie 13. To tutaj zmagają się ze sobą najlepsi wojownicy, których nigdy nie opuszcza widmo śmierci.

Leif pragnie tylko jednego: stać się najlepszym wojownikiem na osławionej Arenie 13. To tutaj bowiem odbywają się zakłady o to, który z zawodników zostanie ranny jako pierwszy, a który polegnie w walce. O życiu lub śmierci każdego zawodnika decyduje okrutny Hob, rozkoszujący się widokiem mężczyzn zmagających się ze sobą na Arnie 13. To on sprawuje władzę nad losem każdego stającego do walki mężczyzny.

Największym marzeniem Leifa jest zemsta na okrutnym Hobie. Młody mężczyzna chce zniszczyć człowieka, który doprowadził do śmierci całej jego rodziny. Ma zamiar podjąć walkę, nawet jeśli przypłaci ją życiem.

Opinie o ebooku Arena 13 - Joseph Delaney

Fragment ebooka Arena 13 - Joseph Delaney

Tytuł oryginału: ARENA 13

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Typografia na okładce i stronie tytułowej

w wydaniu polskim: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Redakcja: Ewa Holewińska i Anna Pawłowicz

Skład i łamanie: EKART

Text copyright © Joseph Delaney 2015

First published by The Bodley Head

an imprint of Random House Children’s Publishers UK

a Penguin Random House Company

Cover illustration by James Fraser © Penguin Random House Children’s UK, 2015

Copyright for the Polish edition © 2016 by Wydawnictwo Jaguar

The right of Joseph Delaney to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.

Książka dla czytelników w wieku 10+

ISBN 978-83-7686-468-6

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

Dla Marie

Umarli śnią.

Śnią o świecie Nymy, gdzie pozbawieni nadziei błądzą w mrocznych labiryntach,

szukając tego, czego nigdy nie zdołają znaleźć.

Lecz dla nielicznych, bardzo nielicznych, rozbrzmiewa wurd.

To wurd, który wzywa ich z powrotem do świata życia.

Przeklęci będą dwakroć narodzeni.

Prolog

W cytadeli o trzynastu iglicach mieszka Hob. Stale łaknie krwi.

Będziemy dawać mu krew, póki w niej nie utonie.

Amabramdata: genthajska księga proroctw

Hob czeka na kobietę w ciemności; czeka tuż za rzeką, pod drzewami, gdzie nie sięga słabe światło księżyca. Dwakroć węszy w powietrzu, badając je niepewnie, póki wietrzyk nie przynosi mu ostrej woni krwi. Teraz czuje jej smak na języku.

Shola jest sama. Męża i dziecko zostawiła w domu, na farmie na szczycie wzgórza. Jej syn śpi; mąż, Lasar, w żaden sposób nie może jej teraz pomóc.

Zew jest silny, mocniejszy niż kiedykolwiek. Shola musi odpowiedzieć na wezwanie Hoba. Opuszcza ją własna wola, nogi same niosą po zboczu aż do rzeki. Wie dokładnie, dokąd się udać. Zrzuca buty, unosi suknię do kolan i zaczyna brodzić w płytkiej wodzie, w stronę ciemności czekającej pod drzewami. W pewnym momencie traci równowagę i o mało nie wywraca się na śliskich kamieniach. Woda jest zimna, pieści jej stopy, muskając niczym jedwabny szal, lecz Shola czuje, jak czoło pali ją w gorączce i jak zasycha jej w ustach.

Kobieta toczy wojnę sama z sobą. Jakaś część jej pragnie pozostać z rodziną, szybko jednak odrzuca tę myśl. Jeśli nie przyjdzie na wezwanie, Hob wespnie się na wzgórze i zabije jej syna.

Już tym groził.

A mąż nie zdoła obronić dziecka.

Lepiej poddać się woli Hoba.

Tego wieczoru po zachodzie słońca Lasar zniósł ze strychu sfatygowaną skórzaną walizeczkę i kuśtykając, podszedł do kuchennego stołu. Położył ją na blacie, ze środka wyjął dwie klingi o ozdobnych rękojeściach, wykutych na kształt wilczych głów.

To były miecze do trigladiusa, te same, którymi niegdyś, całe życie temu, walczył na Arenie 13.

– Nie idź do niego! – Jego głos przepełniał gniew. – Ja pójdę za ciebie. Dziś rozrąbię go na strzępy!

– Nie! – zaprotestowała Shola. – Pomyśl o naszym synu! Jeśli nie pójdę, Hob go zabije. Groził tym już wielokrotnie. Wiesz, że nawet gdybyś zdołał zabić go dziś w nocy, jutro zastąpi go kolejny. Nie możesz walczyć z nimi wszystkimi. Zwłaszcza ty musisz o tym wiedzieć! Proszę! Błagam! Pozwól mi pójść do niego.

W końcu, ku uldze Sholi, Lasar ustąpił i schował miecze do skórzanego futerału. Gdy to robił, płakał.

Teraz, wstępując w cień, Shola widzi zarys sylwetki Hoba na tle nieba. Jego oczy połyskują w ciemności jaśniej od gwiazd. Jest wielki, większy niż kiedykolwiek wcześniej.

Staje przed nim, dygocząc; serce wali jej w piersi, oddech trzepocze w gardle niczym dusza gotowa do ucieczki. Shola kołysze się, lecz nie upada. Hob zdążył już podejść bliżej i chwycić ją mocno za ramiona.

Po prostu wypije odrobinę krwi, powtarza sobie Shola. Jakiś czas serce będzie pracować ciężko, a nogi będą dygotać. Poczuje ból, ale wytrzyma. Będzie jak wielokroć wcześniej – wkrótce wszystko się skończy i znów wróci do domu.

Ale teraz jest inaczej. Nadeszła chwila, której zawsze się obawiała – to ostatni raz, gdy wezwał ją do siebie. Słyszała opowieści i wiedziała, że w końcu do tego dojdzie: pewnej nocy Hob nie pozwoli jej wrócić.

Jego zęby wbijają się jej w gardło bardzo głęboko – za głęboko. Ból jest gorszy niż kiedykolwiek wcześniej. Hob żłopie jej krew potężnymi, łapczywymi haustami.

Tak zaczyna się jej śmierć.

Gdy świat przed oczami ciemnieje, wspomnienia męża i dziecka przemykają w umyśle kobiety i zalewa ją fala smutku i tęsknoty. Walczy ze sobą, starając się je przegnać. Wspomnienia niosą wyłącznie ból.

I kiedy pogrąża się w ciemności, czuje coś jeszcze straszniejszego. Zupełnie jakby czyjaś ręka sięgnęła wprost w głąb niej, by pochwycić, wykręcić i oderwać; sięgając poza serce, poza ciało wyrywa z niej niczym ząb samą esencję istnienia.

Zupełnie jakby coś wysysało z niej duszę.

Niektórzy zwą go Starym Hobem. Inni szepczą przerażonym dzieciom imię Puk. Jeszcze inni zwą go Gębą albo Żarłokiem. Kobiety nazywają go Kłem.

Każde z tych imion oznacza koszmar.

Podobny stwór zasługuje tylko na to, by porąbać go na kawałeczki i rozrzucić na wietrze.

Ale ludzie są słabi i przerażeni, i Hob tutaj rządzi.

To jest bowiem Midgard, kraina pokonanych i upadłych.

To Miejsce, w Którym Mieszkają Ludzie.

Walka na kije

Człeka można zranić kijem,

Ale wurd mocarniej bije.

Kompendium starożytnych ballad i opowieści

Patrzyłem, jak dwaj kijarze czujnie okrążają się nawzajem. Jasnowłosy chłopak był wysoki i szybki – miejscowy mistrz, przyjmujący wszystkie wyzwania. Zdążyłem już zobaczyć, jak z łatwością pokonał czterech przeciwników. Piąty sprawiał mu więcej kłopotu. Przysadzisty i muskularny, reagował zaskakująco szybko.

Wszyscy walczący byli parę lat starsi – oceniałem, że mają siedemnaście, osiemnaście lat – i znacznie roślejsi ode mnie. Zastanawiałem się, czy zdołałbym pokonać mistrza? Czy jestem dość dobry?

Walczący wymienili już ciosy, ale żaden nie trafił w punktowane miejsce: uderzenie w twarz bądź głowę oznaczało natychmiastowe zwycięstwo.

Walczyli na śmietnisku na obrzeżach miasta, pośrodku kręgu podnieconych widzów, krzyczących i wymachujących rękami, w których ściskali bilety zakładów, kupione od konika, oglądającego starcie z daleka. Większość tłumu tworzyli ludzie młodzi – nastolatki, jak ja sam – ale zdarzali się też tacy w średnim wieku, demonstrujący podobny entuzjazm, krzyczący na potęgę i kibicujący jednemu z kijarzy.

Zakłady przeciw mistrzowi wiązały się z dużym ryzykiem: najczęściej traciło się pieniądze, choć jeśli przypadkiem się wygrało, otrzymywało się czterokrotność stawki. Sam nie obstawiłbym przeciw temu mistrzowi – mimo zręczności przeciwnika wyglądało na to, że jego zwycięstwo jest pewne.

Zresztą nawet gdybym chciał, nie mógłbym się założyć, bo nie miałem ani grosza. Wędrowałem od niemal dwóch tygodni i dopiero co przybyłem do miasta Gindeen. Od ponad dnia nic nie jadłem i doskwierał mi rozpaczliwy głód. Dlatego właśnie przyszedłem obejrzeć walki. Miałem nadzieję wziąć w nich udział. Konik planował starcia tak, by zarobić na zakładach, ale płacił tylko zwycięzcy.

Nagle niski, umięśniony chłopak zrezygnował z ostrożności i zaatakował szaleńczo, spychając przeciwnika do tyłu. Przez kilka sekund zdawało się, że agresja i szybkość się opłacą. Jednak wysoki blondyn ruszył naprzód i rąbnął mocno kijem prosto w usta tamtego.

Gdy wypolerowane drewno uderzyło o ciało i zęby, rozległ się głuchy trzask, a potem miękkie plaśnięcie.

Przegrany poleciał chwiejnie w tył, wypluwając odłamki zęba. Z ust polała mu się krew, plamiąc koszulę.

Walka dobiegła końca. Nadeszła moja kolej – a przynajmniej miałem taką nadzieję.

Dołączyłem do niewielkiej kolejki widzów, czekających na odbiór wygranych. W końcu dotarłem na czoło, patrząc na konika. Przewiązał ukośnie pierś błękitną szarfą, znakiem swojego fachu – speca od hazardu. Dzięki mocnej szczęce i zmrużonym oczom sprawiał wrażenie twardziela. Co więcej, nos miał paskudnie złamany i przypłaszczony.

– Gdzie twój bilet? – spytał ostro. – Pospiesz się, nie mam całego dnia.

Gdy się odezwał, ujrzałem szczerby i pieńki połamanych zębów, świadczące, że sam walczył niegdyś jako kijarz.

– Nie przyszedłem się zakładać – oznajmiłem. – Chcę wziąć udział w walce.

– Jesteś z południa, co? – zadrwił.

Przytaknąłem.

– Nowy w Gindeen?

Skinąłem głową.

– Walczyłeś wcześniej na kije?

– Mnóstwo razy. – Patrzyłem mu prosto w oczy, starając się nie mrugnąć. – Zwykle wygrywam.

– Czyżby? – roześmiał się. – Jak cię zwą, chłopcze?

– Mam na imię Leif.

– Cóż, nie brak ci jaj, Leif, przyznaję. Więc dam ci tę szansę. Możesz walczyć jako następny. Widzom spodoba się nowa krew!

Poszło łatwiej, niż się spodziewałem.

Poprowadził mnie na środek kępy ubłoconej trawy i położył lewą dłoń, wielką i mięsistą na mojej głowie. Potem wskazał wysokiego blondyna – jego poprzedni przeciwnik zdążył już zniknąć. Konik wezwał jasnowłosego gestem, wskazując, by stanął po prawej stronie.

– Rob znów zwyciężył! – zawołał. – Czy ktokolwiek pokona tego chłopaka? Cóż, może w końcu nadszedł ten czas… Oto Leif, nowy w mieście. Walczył już wcześniej na południu. Walczył i zwyciężał! Może przybysz z prowincji pokaże wam, miastowym, kilka sztuczek. Chodźcie zatem, przyjmuję zakłady!

Minęło parę chwil, nim ktokolwiek zareagował. Ponad dwieście par oczu oceniało mnie uważnie; część widzów uś-miechała się szeroko, inni patrzyli z nieskrywaną wzgardą.

Ja tymczasem zmierzyłem przeciwnika uważnym spojrzeniem. Jego biała koszula jaśniała w przedwieczornym słońcu, ciemne spodnie i skórzane buty musiały sporo kosztować. Natomiast moją zieloną kraciastą koszulę pokrywały plamy brudu po długiej wędrówce, a spodnie na lewym kolanie miały sporą dziurę. Ludzie patrzyli na moje buty, których podeszwy kłapały przy każdym kroku. Cerę miałem ciemniejszą niż ktokolwiek tutaj. Część widzów jedynie pokręciła głowami i odeszła.

Jeśli nikt nie zechce się zakładać, nie będę mógł walczyć. Potrzebowałem tej walki i musiałem wygrać.

Na szczęście, ku mojej uldze, wkrótce przed nami utworzyła się krótka kolejka i konik przyjął zakłady.

Potem pojawił się kolejny problem.

– Nie mam przy sobie kija do walki. Czy ktoś z obecnych mógłby mi go pożyczyć? – spytałem konika dostatecznie głośno, by zebrani również usłyszeli.

Własne kije zostawiłem w domu u mojego przyjaciela, Petera. Nie wyruszyłem do Gindeen, by zostać kijarzem – uważałem, że te czasy mam już za sobą.

Konik wywrócił oczami i zaklął pod nosem; część kolejki nagle odeszła, straciwszy zainteresowanie. Ale potem ktoś wsunął mi w prawą dłoń kij i chwilę później stanąłem naprzeciw mistrza, a zebrani utworzyli wokół nas krąg. Natychmiast przekonałem się, że mam przed sobą kolejny dylemat. Było późne popołudnie, słońce zniżało się na niebie. Patrzyłem prosto w ognistą kulę.

Przeciwnik ruszył ku mnie na ugiętych nogach, ciemna sylwetka na tle słonecznej tarczy. Zmrużyłem oczy, czekając na atak. Chłopak skoczył naprzód. Był szybki; ledwie uniknąłem ciosu. Uskoczyłem w lewo i zacząłem go okrążać, on wodził za mną spojrzeniem.

– Rob! Rob! Rob! – Tłum począł skandować jego imię.

Chcieli, żeby wygrał. Ja byłem kimś obcym.

Przesuwałem się nadal, aż w końcu słońce przestało mnie oślepiać i spojrzałem wprost w błękitne oczy. Tamten już nie kucał. Był naprawdę wysoki. Sięgał ręką znacznie dalej niż ja. Musiałem sprawić, by wciągnął się w starcie, a potem podejść blisko.

Znów zaatakował, a ja uskoczyłem; jego kij śmignął mi nad prawym ramieniem. Tym razem omal mnie nie trafił. A buty nie pomagały – z każdym krokiem oderwane zelówki ślizgały się na mokrej trawie.

Skup się, Leif, skup się, upomniałem się w duchu.

Kiedy znów zaatakował, okazałem się nie dość szybki. Wymierzył mi bolesny cios w prawą rękę; upuściłem kij.

Tłum natychmiast zaczął wiwatować.

Jedna z zasad pojedynków na kije brzmi, że cokolwiek się dzieje, nie wolno upuścić broni. Jeśli się to zrobi, to praktycznie koniec – przeciwnik może podejść bliżej i uderzyć, nie obawiając się riposty. Kij Roba trafił w nerw, tak że straciłem czucie w prawej ręce. Zwisała bezużytecznie.

Zacząłem ze sporą pewnością siebie – pamiętałem o wszystkich zwycięstwach w domu – może jednak błędnie oceniłem sytuację. Ostatecznie w mieście mieszkało znacznie więcej ludzi niż na wsi, z której pochodziłem. Logiczne zatem, że kijarzy też jest więcej i standardy będą wyższe.

Rob uśmiechał się; podszedł bliżej, unosząc kij. Zastanawiałem się, czy wyceluje w usta – jeśli tak, najpewniej stracę ząb.

Tłum znów zaczął skandować, coraz głośniej i głośniej.

– Uciekaj, króliczku! Uciekaj, króliczku! Uciekaj! Uciekaj!

Krzycząc, śmiali się. Chcieli, żebym się poddał i uciekł.

I faktycznie ucieczka stanowiłaby rozsądne wyjście. Po co czekać, aż dostanę w zęby?

Nigdy się nie dowiedziałem, czy Rob celował mi w czoło, czy też w usta. Zanurkowałem pod kijem, przeturlałem się tuż przy jego stopach, chwytając własny kij lewą dłonią. Nim zdążył się obrócić, zerwałem się z ziemi. Szybko zrzuciłem bezużyteczne buty – najpierw prawy, potem lewy. Czas jakby zwolnił biegu: słyszałem, jak kolejno lądują w trawie. Rozcapierzyłem palce u stóp, wbijając je w trawiastą powierzchnię. Tak lepiej. Mocniej uchwyciłem kij. Prawą rękę wciąż miałem zdrętwiałą, ale nieważne – idzie mi nią nieco lepiej, lecz lewą radzę sobie niemal równie dobrze. Mogę walczyć obiema.

Zaatakowałem.

Rob był szybki – ale ja także jestem szybki, i to bardzo. Może na bosaka nie poruszałem się tak sprawnie jak w porządnych butach, ale wystarczyło, by trafić go w prawy przegub, a potem wysoko w lewe ramię – nie dość mocno, aby zdrętwiało, zmuszając go do upuszczenia broni, udało mi się jednak go rozwścieczyć przeciwnika. Dokładnie tego chciałem.

Miałem dobre powody, by samemu się rozzłościć. Bolała mnie ręka, a w tłumie niewielu ludzi życzyło mi zwycięstwa. Postawiło na mnie zaledwie czterech. Lecz kijarz, któremu gniew zaćmiewa umysł, chyżym krokiem zbliża się ku porażce. Podczas walki zawsze próbowałem zachować zimną krew. Teraz widziałem, że mój przeciwnik jest wściekły. Najwyraźniej rzadko obrywał; może czuł wstyd, że doszło do tego na oczach kibiców, i pragnął się zemścić. Tak czy inaczej, zalazłem mu za skórę i zrobił się nieostrożny. Skoczył ku mnie, wymachując kijem, jakby chciał oderwać mi głowę od szyi.

Chybił trzykrotnie; za każdym razem odtańczyłem na bok, cofając się w trawie. Ale po trzeciej próbie nagle pomknąłem naprzód.

Przez sekundę był odsłonięty. Wykorzystałem sposobność.

Mogłem uderzyć go w usta, powtarzając to, co zrobił z poprzednim przeciwnikiem. Niektórzy kijarze działają brutalnie i lubią zadawać możliwie największe obrażenia. Ja natomiast bardzo lubiłem walkę na kije i wolałem szlifować szybkość i zręczność wiodące do zwycięstwa niż zadawać ciosy kończące starcie.

Uderzyłem zatem Roba z minimalną siłą, trącając go w czoło. Nie popłynęła nawet krew.

Wystarczyło.

Rob wyglądał na oszołomionego. Tłum ucichł.

Wygrałem. Tylko to się liczyło.

Płacąc za walkę, konik uśmiechał się.

– Dobry jesteś. Bardzo szybki! – rzucił. – Wróć jutro o tej samej porze, a znajdę ci jeszcze lepszego przeciwnika.

– Może – odparłem z uśmiechem, wyłącznie z grzeczności. Nie miałem zamiaru tu wracać, moje plany nie obejmowały walki na kije.

Teraz mogłem kupić strawę i zostało mi jeszcze trochę grosza – dość, by naprawić u szewca buty.

Noc spędziłem w stodole na skraju miasta. Zerwałem się o świcie i umyłem przy ulicznej pompie, starając się wyglądać najlepiej jak to możliwe. Czekało mnie spotkanie z Tyronem, jednym z najważniejszych ludzi w Gindeen.

Zdobyłem zwycięski niebieski bilet, dający prawo do szkolenia u najlepszego nauczyciela – a to oznaczało Tyrona.

Chciałem, by wyszkolił mnie do walki na Arenie 13.

Tyron zbrojmistrz

Kogo bogowie chcą zniszczyć, przeklinają obłędem. Kogo bogowie chcą nagrodzić, błogosławią szczęściem.

Amabramsum: genthajska księga mądrości

– Usiądź, usiądź! – polecił Tyron niecierpliwie, wskazując krzesło naprzeciw biurka.

Gdy tylko posłuchałem, gwałtownie pokręcił głową i spojrzał na otwarte drzwi za moimi plecami.

– Nie chcemy, by ktokolwiek usłyszał o naszych sprawach, chłopcze.

Miał rację. Byliśmy w publicznym budynku, biurach administracji Koła, i na korytarzach roiło się od ludzi.

Zamknąwszy drzwi, po raz drugi usiadłem, czekając, aż Tyron coś powie. Ze wszystkich sił starałem się zachować cierpliwość. Wczesnym rankiem wręczyłem mu niebieski bilet, wyjaśniając, czego pragnę; teraz dzieliło nas zapewne pół godziny od zachodu słońca. Miał dość czasu, by podjąć decyzję.

Co postanowi? I dlaczego to trwa tak długo?

W pokoju nie było okien: z sufitu zwieszał się trójramienny, drewniany kandelabr, grube żółte świece płonęły spokojnie w nieruchomym powietrzu. Czułem woń łoju i potu.

Tyron przesuwał papiery, przeszukując wielkie biurko o obitym skórą blacie. Moje krzesło było znacznie niższe od jego siedziska i nawet gdybym dorównywał mu wzrostem, wciąż patrzyłby na mnie z góry. Wiedziałem, że to nie przypadek.

Mogłem wręczyć zwycięski bilet każdemu z trenerów w Gindeen, ale wybrałem Tyrona. Wszyscy w całym kraju uważali, że jest najlepszy. Nawet u mnie w domu powtarzano jego imię. Wyglądał inaczej, niż sobie wyobrażałem: masywny, o rumianej twarzy i siwiejących włosach przyciętych bardzo krótko, by ukryć fakt, że z przodu zaczynają rzednąć. Na jego twarzy odbijał się charakter: oto ktoś, kto mnóstwo przeżył i sporo wie.

– Posłuchaj, zdobyłeś sobie prawo, chłopcze – rzekł teraz, unosząc mój bilet – i nie mogę ci tego odmówić. Ale jak wiele jest warte?

Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Nie można sprzedać zwycięskiego biletu ani wymienić go na pieniądze. Był ważny tylko po sprawdzeniu i podpisaniu przez zarządcę domów hazardu, a że dopilnowałem tego, zatem tylko ja sam mogłem z niego skorzystać.

– Przypuśćmy, że zamiast tego znalazłbym ci porządny termin? – podsunął Tyron, a mnie ścisnęło się serce. – U uczciwego rzemieślnika. Miasto rozwija się i bogaci. Zostałbyś budowniczym bądź cieślą, i za pięć lat, po ukończeniu terminu, mógłbyś całkiem dobrze zarabiać. Mieć konkretny fach. Wystarczy tylko schować ten bilet do kieszeni i zapomnieć o nim. Opłacę nawet twój termin, dach nad głową i utrzymanie – i nie będziesz mi winien ani grosza.

Zastanawiałem się, czemu chce to zrobić? Czemu tak bardzo zależało mu, żeby się mnie pozbyć, że gotów był opłacić mi utrzymanie? Ostatecznie to, o co prosiłem, nie kosztowałoby go ani grosika – domy hazardu co roku sponsorowały pięciu uczniów, częściowo opłacały to tysiące biletów sprzedawanych pełnym nadziei młodzikom – albo ojcom, kupującym je w ich imieniu. Niebieskie bilety sporo kosztowały.

Arena 13 w Gindeen przyciągała ludzi szukających podniety i szansy na zdobycie sławy, okazji do zarabiania prawdziwych pieniędzy bez dożywotniego wiązania się z jakimś fachem lub, co gorsza, mozolenia się wśród niewykwalifikowanych robotników. Dlatego właśnie ja też pragnąłem tam walczyć – choć miałem jeszcze inny, bardziej osobisty powód, którego nie byłem na razie gotów ujawniać nikomu, nawet Tyronowi.

– I co powiesz? – spytał. – Jaki fach wybierzesz?

– Chcę pracować u pana – powtórzyłem. – Chcę się nauczyć walczyć na arenie.

– Powtórz, jak masz na imię? – rzucił ostro Tyron.

Odetchnąłem głęboko i po raz trzeci przekazałem tę samą informację.

– Nazywam się Leif – przypomniałem.

Wstał z krzesła.

– Posłuchaj, Leifie. Ja ciebie nie chcę. – Jego głos zabrzmiał donośnie, dźwięczała w nim gniewna nuta. – Czemu miałbym dać ci miejsce, skoro dziesiątki chłopców o dowiedzionych zdolnościach już i tak tłoczą mi się pod drzwiami? Przepisy głoszą, że zwycięski bilet daje ci prawo do szkolenia, ale niekoniecznie szkolenia u mnie. Po prostu próbujesz spełnić swe marzenia, jak wielu innych chłopców z prowincji. W rzeczywistości to życie nie wygląda tak, jak przypuszczacie. Ani trochę. Założę się, że nawet nie widziałeś wnętrza Koła ani żadnej z aren.

Spuściłem głowę. Miał rację. Po raz pierwszy odwiedziłem Gindeen.

– Przybyłem tu dopiero wczoraj, nie miałem jeszcze szansy niczego obejrzeć.

– Kto cię tu przywiózł? – dopytywał Tyron. – Czyim wozem przyjechałeś?

– Nikt mnie nie przywiózł.

– Nikt? Zaraz powiesz, że przyszedłeś pieszo.

– Owszem, przyszedłem.

– Co takiego? Całą drogę z Mypocine?

Przytaknąłem.

Tyron ze zdumieniem uniósł brwi. Sądziłem, że coś doda, ale nie.

– Opowiedz mi o swoim bilecie, chłopcze – rzekł zamiast tego. – Kto za niego zapłacił. Twój ojciec?

– Mój ojciec nie żyje, matka także.

– Cóż, przykro mi to słyszeć, ale zadałem ci pytanie. A kiedy zadaję pytanie, oczekuję odpowiedzi.

– Dwa tygodnie temu w Mypocine zjawił się kupiec – wyjaśniłem. – Miał wielką karawanę pięciu wozów, ludzie zbiegli się z daleka, żeby wymienić się bądź pohandlować. Późnym popołudniem mężczyźni zaczęli pić, a on do nich dołączył. Po jakimś czasie zaproponował, by miejscowi chłopcy urządzili dla niego pokaz, a on da nagrodę zwycięzcy. Zaczęliśmy zatem walczyć na kije, trzech przeciw jednemu. Jak zwykle wygrałem, ale srodze się zawiodłem, gdy nagrodą okazał się jedynie niebieski bilet na loterię…

– Chwileczkę – przerwał mi Tyron. – Co powiedziałeś?

Zdawało mi się, że mówiłem jasno, ale powtórzyłem.

– Powiedziałem, że się zawiodłem, bo wygrałem tylko niebieski…

– Nie, nie to, wcześniejsze dwa słowa przyciągnęły moją uwagę. Powiedziałeś, że wygrałeś „jak zwykle”. Dobrze usłyszałem?

Przytaknąłem. Nie przechwalałem się, jedynie mówiłem prawdę.

– Byłem najlepszym kijarzem w Mypocine: mistrzem. Od czternastych urodzin tylko raz przegrałem, było wtedy mokro i pośliznąłem się na błocie, choć to żadne tłumaczenie. Jeśli chce się wygrać, nie wolno się pośliznąć.

– A teraz ile masz lat?

– W zeszłym tygodniu skończyłem piętnaście.

– I zazwyczaj walczyłeś przeciw trójce chłopców?

Przytaknąłem.

– Tak, najczęściej jeden na trzech, tak jak laki na Arenie 13. Ale od czasu do czasu jeden na jednego.

– Opowiadaj dalej. Powiedziałeś, że rozczarowała cię nagroda. Dlaczego?

– Bo po prostu nie mam szczęścia – wyjaśniłem. – I nigdy nie miałem. Tylko pięć ze wszystkich tysięcy kupionych co roku biletów zapewnia wygraną. Ale naczelny szeryf wyciągnął mój z loteryjnej kuli. Wygrałem! Natychmiast ruszyłem do miasta. Jak wspominałem, całą drogę przeszedłem pieszo i dopiero wczoraj dotarłem na miejsce.

– Ten kupiec… – Opisz go! – polecił Tyron.

– Był wysoki, mocno zbudowany, chyba w pana wieku, miał rude włosy i rudą brodę.

Tyron westchnął ciężko, głęboko; wyraz jego twarzy sugerował, że znał opisanego przeze mnie człowieka.

Zapadła niezręczna cisza, toteż szybko zakończyłem swoją historię.

– Szedłem całą drogę z Mypocine: czy to nie dowodzi, jak bardzo mi zależy, by tu zostać i walczyć na arenie? Chcę się szkolić u najlepszego trenera i dlatego wybrałem pana! Pragnę być jednym z największych walczących, odnosić największe sukcesy, marzę o tym od dzieciństwa. Proszę dać mi szansę. Będę służył u pana bez zapłaty, póki nie przekona się pan, co potrafię.

– Co masz na myśli?

– Dopóki nie zobaczy pan, jak walczę.

– Nie możesz walczyć, póki nie przejdziesz szkolenia, a powiedziałem już, że nie jestem gotów cię szkolić. Nie będę zatem dłużej tracić czasu. Uciekaj już, chłopcze! Idź, zawracaj głowę komuś innemu – warknął Tyron, wskazując drzwi.

Wstałem i odsunąłem krzesło, przepełniony sprzecznymi emocjami. Przez chwilę wpatrywałem się w niego, w końcu odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę drzwi.

– Hej! – zawołał gospodarz. – Łap!

Gdy się odwróciłem, wyrwał coś zza skórzanego pasa i cisnął we mnie.

To był sztylet.

Leciał w powietrzu, wirując, jego klinga połyskiwała w blasku świec, gry raz po raz obracał się w powietrzu. Skupiony, zauważyłem, że zmierza w punkt o pełną piędź od mojej głowy. Tyron nie chciał mnie zranić, jedynie przestraszyć. To była próba.

Uniosłem rękę i złapałem sztylet w locie, potem wróciłem do biurka i położyłem go na czarnej skórze, rękojeścią ku niemu. Następnie powoli, z rozmysłem ukłoniłem się.

Kiedy znów uniosłem głowę, Tyron patrzył mi prosto w oczy. Dopiero po długiej chwili znów się odezwał.

– Cóż, Leifie, właśnie zasłużyłeś na odwiedziny w Kole. Ale nic więcej. Mam dwuletniego wnuka, który potrafi równie dobrze łapać.

Odór krwi

Znakiem zwycięstwa jest rytualne nacięcie na ręce pokonanego zawodnika.

Choć w walce śmierć przeciwnika nie jest celem, wypadki się zdarzają.

Podręcznik trigladiusa

Gdy podążałem za Tyronem pustymi, wąskimi ulicami Gindeen, robiło się już ciemno, choć deszcz, lejący bez przerwy od chwili mojego przybycia do miasta, w końcu ustał. Serce ciążyło mi w piersi jak ołów. Owszem, miło będzie odwiedzić Koło, ale pragnąłem więcej, znacznie więcej…

Wciąż była wczesna wiosna i całymi dniami do miasta wjeżdżały karawany wozów zaprzężonych w masywne konie pociągowe. Pozostawiały na ulicach świeże koleiny. Wzdłuż domów biegły drewniane chodniki, ale wiele było w kiepskim stanie, brakowało im desek, a inne spróchniały; sterty śmieci przegradzały niektóre dzielące je alejki. Wszystko to nie przypominało zupełnie wielkiego miasta z moich wyobrażeń: spodziewałem się imponujących budynków, porządku i czystości.

Czekając, aż Tyron podejmie decyzję, przez część dnia obserwowałem ruch uliczny. Niektóre wozy wyładowano do pełna węglem bądź drewnem, inne, kryte brezentem, wiozły pełnych nadziei, ambitnych mieczników z prowincji.

Dziś zaczął się sezon trigu, który miał potrwać aż do wczesnej jesieni. Mój ojciec, który walczył w Gindeen, opowiadał mi, że w tym czasie liczba mieszkańców miasta niemal się podwaja.

Słońce wciąż jeszcze nie zaszło, lecz z naszego miejsca wysoko na zboczu ulice zdawały się pogrążone w mroku, który rozjaśniały tylko nieliczne latarnie wiszące na hakach. Miałem wrażenie, że ktoś obserwuje nas z cienia. Może Tyron też to czuł, bo przyspieszył kroku, maszerując szybko.

Nagle kątem oka dostrzegłem jakiś ruch; po mojej lewej potworny cień zafalował na całą szerokość alejki.

Zatrzymałem się gwałtownie. Czy to mógł być Hob?

Wciąż stałem jak przyrośnięty. Tyron odwrócił się, z irytacją marszcząc brwi.

– Co się stało, chłopcze?

Wskazałem cień i gniew zniknął z jego twarzy. Ostrożnie postąpił krok w głąb alejki, na moment przystanął, a potem wezwał mnie do siebie, wskazując ręką okno, które, jak teraz widziałem, stanowiło źródło strasznego zjawiska.

Na całej mrocznej ulicy tylko w nim płonęło światło, przez szczelinę między zasłonami ujrzałem, jak ktoś wygląda na zewnątrz. Miał szeroką twarz o tępych, brutalnych rysach, spłaszczony nos, usta otwarte i bezzębne. Płomyk świecy rzucał na ziemię cień owego mężczyzny, zniekształcony tak bardzo, że nie przypominał już człowieka, lecz raczej mrocznego, groteskowego ogra. On sam był wielki i choć bezzębny, wciąż w pełni sił.

Świeca stała za jego plecami; teraz odwrócił się i sięgnął po nią, wyjmując ją z lichtarza, przysunął płomyk do ust jakby zamierzał go zjeść, a potem całym jego ciałem wstrząsnął nagły paroksyzm. Mężczyzna ściągnął usta, wydął policzki i zdmuchnął świecę, pogrążając pomieszczenie w nieprzeniknionej ciemności.

– Zobaczyłem wielki cień i pomyślałem, że to Hob – powiedziałem. – Przepraszam.

– Nie masz za co przepraszać. Kto wie, to mógł być Hob – wyszeptał Tyron, znów przyspieszając kroku. – Z całą pewnością krąży gdzieś w taką noc – podjął. – Słyszałem o nim wiele historii, większość to zwykłe przesądy, ale często oparte na prawdzie.

Hob był dżinem, nękającym cały Midgard, choć to miasto stanowiło jego główną siedzibę. Mieszkał w cytadeli na wzgórzu, wysoko nad Gindeen. To właśnie strach przed Hobem sprawiał, że ludzie znikali po zmroku z ulic. Nie skomentowałem słów Tyrona. Wiedziałem wszystko o Hobie. Bo kto nie wiedział?

Szliśmy dalej w milczeniu.

Miasto wzniesiono na zboczach wielkiego wzgórza. Budynki zbudowano z drewna, jak niemal wszystko w Midgardzie. W istocie Gindeen było jedynym miastem w moim kraju; Mypocine, leżące daleko na południe, gdzie się urodziłem, miało najwięcej mieszkańców poza stolicą, ale w porównaniu z nim wciąż było malutkie. Nigdy nie widziałem tylu domów, podobnego labiryntu ulic. Mimo to sam zdołałbym trafić do Koła. Była to najbardziej imponująca budowla, górująca wysoko nad miastem; mógł z nią konkurować jedynie wielki, ciemny masyw rzeźni na wschodzie.

To właśnie w Kole mieściło się trzynaście aren, tam też miały swe główne siedziby domy hazardu. Był to najważniejszy ośrodek aktywności w mieście, które swój dobrobyt w znacznej mierze zawdzięczało pojedynkom na arenie i hazardowi. Wszelkie inne bogactwa pochodziły z otaczających je farm oraz bydła sprzedawanego na targach i zaganianego do rzeźni, by wykarmić mieszczan.

Koło było ogromną, okrągłą drewnianą konstrukcją, zakrzywione ściany strzelały w niebo niczym urwisko, zwieńczone wysoką, miedzianą kopułą, obecnie skąpaną w rdzawym blasku ostatnich promieni zachodzącego słońca. Okazało się znacznie większe, niż to sobie wyobrażałem, i jego widok zaparł mi dech w piersi. Samo miasto mnie rozczarowało, ale ogrom tej budowli wykraczał poza moje najśmielsze imaginacje.

W górze nad Kołem krążył złowieszczo co najmniej tuzin czarnych sępów. Szybowały powolnymi spiralami na tle słońca. Powiadano, że za dnia sępy żerują w rzeźniach i wokół wozów z mięsem, ale gdy słońce zapada się w toń Zachodniego Oceanu, niczym harpie opadają na kopułę, tłocząc się tam, gdy ktoś ma zginąć na Arenie 13.

Zbliżywszy się do wejścia do Koła, zauważyłem paru rosłych mężczyzn w błękitnych mundurach, czuwających po obu stronach bramy; zerknęli na mnie krzywo, choć Tyron bez wahania wkroczył do środka, jakby w ogóle ich tam nie było.

Opuszczając chłodne, spokojne, puste ulice, przeżyłem wstrząs – nagle znalazłem się w gorącym, hałaśliwym, zatłoczonym wnętrzu Koła. Niemal czułem w ustach smak potu. Wszędzie roiło się od widzów, przepychających się i szturchających, donośny pomruk rozmów odbijał się echem od wysokiego sklepienia. W głowie zakręciło mi się z podniecenia; nigdy wcześniej nie widziałem tak wielu ludzi stłoczonych w jednym miejscu i próbujących na próżno przepchnąć się w tłumie poprzez kolejki. Zatrzymywali się tylko po to, by wymienić monety na bilety – wiedziałem, iż oznacza to, że stawiali na najbardziej prawdopodobnych zwycięzców na różnych arenach.

Na chwilę przystanąłem, przyglądając się wnętrzu gigantycznej kopuły.

To był poważny błąd.

Kiedy znów spojrzałem przed siebie, Tyron niemal zniknął mi z oczu, a wprost ku mnie zmierzał potężny człowiek o ponurej twarzy, przepasany czerwoną ukośną szarfą. Za pasem miał pałkę i byłem niemal pewien, że nie zamierza przywitać mnie przyjaźnie.

Czy chodzi o mój strój?, zastanawiałem się. Mężczyzna patrzył na mnie gniewnie, tak jak strażnicy przy wejściu. Zauważyłem kolejkę przed bramą Koła – może w odróżnieniu od zbrojmistrzów zwykli ludzie musieli płacić za wstęp?

Tyron w ostatniej chwili zawrócił i złapał mnie.

Mężczyzna ukłonił mu się.

– Proszę wybaczyć. Nie zdawałem sobie sprawy, że jest z panem.

Mój towarzysz jedynie pozdrowił go krótkim skinieniem głowy i tamten odszedł szybko.

– Czerwone szarfy to oznaka szeryfa reprezentującego dyrektoriat Koła – wyjaśnił Tyron. – Wewnątrz Koła to oni stanowią prawo. Na zewnątrz, jak widziałeś, to zadanie gwardii protektora, rosłych mężów w niebieskich mundurach. To na nich musisz uważać.

Protektor rządził naszym krajem. Rzadko widywano go poza pałacem. Ci, którzy mieli okazję go ujrzeć, twierdzili, że wygląda jak mężczyzna w średnim wieku, ale spekulowano co do jego pochodzenia; niektórzy wierzyli, że to jeden z dżinów. Z całą pewnością żył zbyt długo jak na zwykłego człowieka.

– Przed dzisiejszym dniem nie widziałem zbyt wielu gwardzistów – wyjaśniłem.

– Pewnie nie, na prowincji rzadko się ich spotyka. Tutaj jest jednak inaczej, zupełnie inaczej: w koszarach na północ od miasta mieszka ich kilka tysięcy. Nie wychylaj się i nigdy nie patrz im w oczy, to podstawa. Nudzą się i czasami to jedyny powód, by się ciebie uczepili.

Tyron poprowadził mnie wąskimi drzwiami do stromych kamiennych schodów.

– Chodź za mną, chłopcze – polecił i ruszył w dół. – Nim odwiedzimy którąkolwiek z aren, chcę żebyś zobaczył coś innego.

U stóp schodów otwierała się wielka piwnica, ponura krypta oświetlona jedynie samotnym migoczącym ogarkiem przy drzwiach.

Tyron chwycił go i pomaszerował w kierunku długiej ławy pod przeciwległą ścianą. W ustach zaschło mi ze strachu, bo na ławie leżało coś, co wyglądało jak kilka trupów.

Czy byliśmy w kostnicy? Po co Tyron mnie tu przyprowadził? Sądziłem, że mamy oglądać walki.

– Oto część należących do mnie laków. – Tyron gestem wskazał ławę. – Używają ich zawodnicy z Areny 13, którzy walczą dla mnie.

Poczułem się głupio. Oczywiście, że to laki. Mimo wszystko ogarnął mnie głęboki niepokój. Dostrzegłem, że część z nich okrywają płachty, ale Tyron poprowadził mnie ku jednemu odzianemu w pełną zbroję. Leżał na wznak, w kolczudze, hełmie, masce i metalowych płytach na ramionach, rękach, piersi i kolanach.

W Mypocine poznałem ludzi, którzy, jak mój ojciec, pracowali w Gindeen i mieli styczność z lakami. Jednak ich opowieści nie przygotowały mnie na to, co wstrząsnęło mną najbardziej – ohydny smród bijący od owych stworów.

Otaczała je odrażająca mieszanina woni: zwierzęcy odór kojarzący się z mokrym psem, a także smród gnijącej roślinności i spleśniałej słomy. Towarzyszył im także słaby fetor odchodów. Zastanawiałem się, co jedzą laki i czy kiedykolwiek się je myje. Tak mało o nich wiedziałem.

– To simolakrum, ale wszyscy nazywają je skrótowo lak. Stwór stworzony na podobieństwo człowieka. Jego ciało przypomina nasze: skaleczone – krwawi, uderzone – sinieje, umysłem natomiast bardzo różni się od nas. Nie jest świadomy tak jak my, jego zachowanie i działania warunkuje i kontroluje specjalny język wzorów, tak zwana Nyma – język kontrolowany przez ludzi.

Większość z tego, co mówił Tyron, już wiedziałem, ale słuchałem uważnie, złakniony nawet odrobiny informacji.

– Miecznikom nie wolno nosić zbroi na arenie – ciągnął Tyron. – Ale z lakami jest inaczej. Temu brakuje jednego ważnego fragmentu, spójrz.

Lak miał potężną muskularną szyję – w miejscu, które wskazywał Tyron, ujrzałem pionową szczelinę na odsłoniętym gardle, ciemnofioletową ranę, kontrastującą z białą skórą.

– To szczelina gardłowa – w niej kryje się gniazdo, które do niej pasuje. – Tyron schylił się i podniósł dużą obrożę, splunął na wąskie, metalowe gniazdo i wcisnął je ostrożnie w szczelinę w gardle stwora. Gdy to zrobił, z głębi brzucha laka wyrwał się jęk.

Następnie Tyron zatrzasnął obrożę wokół szerokiej szyi, wciąż pozostawała w niej szczelina czekająca na klingę, teraz chroniła ją jednak metalowa wkładka.

– Teraz szczelina została lekko rozchylona, by przyjąć miecz – tłumaczył Tyron. – Dzięki wkładce z metalu nie kaleczy on ciała, zwykle zostawia tylko lekki siniak.

Metal chroni miękkie ciało i ułatwia czyste wprowadzenie ostrza. Wówczas oczywiście gniazdo nieco przesuwa i uciska przełyk, powodując dyskomfort. Większość uważa, że dzięki temu lakom zależy na jak najszybszym zwycięstwie. To zawsze ostatnia część nakładanej zbroi – i pierwsza, którą się zdejmuje.

Kiedy miecznik wbija klingę w gniazdo na gardle, powoduje natychmiastowe wyłączenie układu nerwowego pokonanego laka. Nazywamy to finiszem – ale w odróżnieniu od istoty ludzkiej lak nie umiera; wystarczy wyjąć miecz i użyć wurda, a odzyska przytomność, gotów do kolejnej walki.

Mimo że czułem się niezręcznie, pomyślałem, że jeśli chcę walczyć na arenie, będę musiał przywyknąć do pracy z podobnymi stworami.

Tyron położył teraz dłoń na metalowej zbroi, okrywającej czoło laka.

– Ocknij się – polecił cicho.

Stwór usiadł gwałtownie, unosząc długie ręce, jak człowiek budzący się ze snu. Odetchnął głęboko, w wąskiej poziomej szczelinie w przesłaniającej twarz zbroi ujrzałem szybko mrugające oczy. Wyglądał groźnie – serce ścisnęło mi się boleśnie i odkryłem, że mimo woli cofam się o krok. Na szczęście Tyron chyba tego nie zauważył, bo wciąż skupiał wzrok na laku.

– Autotest! – warknął. – Właśnie poleciłem lakowi, by sprawdził dokładnie swój umysł i ciało. W tej chwili przegląda skomplikowane wzory, umożliwiające mu walkę na arenie.

Przytaknąłem, choć tak naprawdę w ogóle nie rozumiałem, co do mnie mówi. Po raz pierwszy od opuszczenia domu czułem się przytłoczony postawionym sobie wyzwaniem. Wyraz mojej twarzy najwyraźniej to zdradził, bo Tyron uśmiechnął się.

– Z czasem uczniowie poznają owe procedury, lecz z początku pracują z lakami, które poddano już wzorowaniu i wyszkolono.

– Czy on nas widzi? – spytałem nerwowo, obserwując poruszające się szybko oczy laka.

– O tak, widzi doskonale. A także myśli. Ale to wzory determinują owo myślenie. Nie jest świadomy tak jak my. Niektórzy ludzie sądzą, że nazywamy je lakami, bo są jak figury z laki, pozbawione świadomości i rozumu, ale to stek bzdur. Pięćset lat temu mistrzowie rzemieślnicy wywzorowali świadome laki – równie żywe i rozumne, jak ty czy ja. My już tego nie umiemy, wiedza ta niestety z czasem zanikła. Lak jest szybszy i silniejszy od człowieka, ale musisz pamiętać, że nie jest rozumny, więc nie przejmuj się tym. Tak czy siak, chłopcze, chodźmy teraz zerknąć na parę aren.

Opuściliśmy piwnicę i po schodach wróciliśmy na górę. Tam musieliśmy przecisnąć się przez tłum i znów ogarnęło mnie podniecenie. Tyron wskazał ręką wyżej.

– Nad tym sufitem mieści się wielka, okrągła hala. Tam właśnie wywiesza się Listy z imionami zawodników, którzy mają stoczyć walkę. Na trzecim poziomie piętro podzielono jakby szprychami koła na trzynaście stref walki – wyjaśnił. – Do każdej z nich wchodzi się z korytarza między murami zewnętrznymi.

Z trudem słyszałem słowa Tyrona – nie tylko trącali nas przechodzący w pośpiechu, rozkrzyczani ludzie, ale też z daleka dobiegał ryk tłumu, zaśpiewy i wiwaty, a także coś, co przypominało rytmiczne walenie w bęben.

Tyron poprowadził mnie do pierwszej strefy i przekonałem się, że każda z owych cząstek ma dwa poziomy. Pod nami rozciągała się pozbawiona okien, drewniana skrzynia otwarta od góry. Widzowie stali nad nią, oglądając z góry całe starcie.

Dołączyliśmy do tłumu przepychającego się, by zająć jak najlepszą pozycję w stromym amfiteatrze. Stojących z przodu napierający ludzie przyciskali do metalowych poręczy ochronnych; wydało mi się, że lada moment połamią im żebra, albo stanie się coś jeszcze gorszego. Ucieszyłem się, że Tyron pozostał z tyłu.

Niemal wszyscy widzowie okazali się mężczyznami; zachowywali się szorstko i głośno, wykrzykując wyzwiska i spluwając na arenę w dole. Wśród zebranych rozchodziły się fale gniewu bądź podniecenia, jakby tworzyli oni jedną wielką bestię o tysiącach grzbietów i jednym maleńkim umyśle.

Tyron zmusił mnie, żebym spojrzał w dół, poza głowy widzów.

– Tu właśnie wszystko się dzieje, chłopcze.

Niewielka kwadratowa arena liczyła sobie najwyżej dziesięć kroków na dziesięć. Na jej środku ujrzałem dwie potężne, stąpające ciężko postaci, odziane w proste zbroje z brązu. Walczący zderzyli się, blokując szaleńczo ciosy i wymachując rękami, uderzając się głowami i rycząc donośnie.

– Na tej arenie można całkiem sporo zarobić – oznajmił Tyron, krzycząc mi wprost do ucha. – Niektórzy z moich uczniów skupiają się wyłącznie na wzorowaniu podobnych stworzeń. Jeśli zatem została ci jeszcze choćby krztyna mózgu, nie ma potrzeby, byś przekraczał próg Areny 13. Pozwól lakom załatwić to za ciebie. Na wszystkich innych arenach laki walczą ze sobą nawzajem, ludzie w ogóle nie biorą w tym udziału. Jedynie na Arenie 13 narażają własne życie.

Dwie walczące postaci w dole wyglądały tak samo jak stwór, którego oglądaliśmy w piwnicy. Trzymając mnie za ramię, Tyron odciągnął mnie od balkonu z powrotem na długi, skręcający korytarz. Szliśmy w prawo, mijając otwarte drzwi, wiodące na inne areny.