Arcymistrzowie. Złota era polskich szachów - Stefan Gawlikowski - ebook

Arcymistrzowie. Złota era polskich szachów ebook

Gawlikowski Stefan

4,0

Opis

Mało kto pamięta, że przedwojenna Polska była potęgą szachową. W 1930 roku nasza reprezentacja zdobyła złoty medal na olimpiadzie w Hamburgu. „Bombenmannschaft” - tak określała polską drużynę niemiecka prasa. Ta książka maluje niesamowite losy mistrzów z Hamburga i ich krajowych konkurentów – każdy z nich był geniuszem o barwnej osobowości. „Arcymistrzowie” opowiadają także o niezwykłej harmonii pomiędzy Polakami i polskimi Żydami w szachowym świecie II Rzeczpospolitej. Ale kres złotej ery był tragiczny – walec drugiej wojny światowej nie miał litości dla największych umysłów tamtych czasów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
1
2
1
0
0

Popularność




Redakcja:

Piotr Dziewit

Projekt okładki:

Barbara Niewiadomska

Zdjęcie autora na czwartej stronie okładki:

Sylwester Samluk

Korekta, projekt typograficzny i łamanie:

Agata Mościcka

ISBN 978-83-61808-84-8

© Copyright by Stefan Gawlikowski 2016

© Copyright by The Facto 2016

Wydawca:

The Facto Sp. z o.o.

ul. Skierniewicka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek

konwersja.virtualo.pl

Rodzinie poświęcam

Wstęp

W 1992 roku osiemdziesięciodwuletni Mieczysław Najdorf przyjechał do Warszawy z turnieju w Moskwie, który na żywo obserwował. Choć był zmęczony podróżą, zgodził się rozegrać w istniejącym wówczas klubie szachowym na Starym Mieście serię meczów blitzowych z czołowymi polskimi juniorami, którzy we wcześniejszych latach zdobyli medale w swoich kategoriach wiekowych w mistrzostwach świata lub Europy. Jakież to było dla mnie przeżycie, gdy jako czternastolatek mogłem zmierzyć się z taką legendą. Nasz rodak preferował nietypowe tempo – siedem minut na partię, jednakże akurat ze mną zgodził się na standardowe pięć minut. Do tej pory pamiętam kluczowe momenty tamtej partii: debiut, niezłą pozycję, którą uzyskałem, spokój i szybką grę mojego przeciwnika. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dla niego wszystko było oczywiste, tak lekko grał. Partię przegrałem, podobnie jak wszyscy moi koledzy i koleżanki, a nawet aktualny mistrz Polski (seniorów)!1 Usłyszałem kilka komplementów, że mam talent, że mam bardzo dobre zrozumienie pozycji, które z ust tak wielkiego rodaka brzmiały dla młodego adepta gry królewskiej szczególnie motywująco. Choć od tamtej pory odniosłem wiele sukcesów na arenie krajowej i międzynarodowej, grałem z mistrzami świata oraz zawodnikami najściślejszej czołówki światowej, to właśnie tamto spotkanie na Starym Mieście do tej pory ma w moim sercu specjalne miejsce. Było w nim coś mitycznego.

W 2006 roku los ponownie się do mnie uśmiechnął. Mieszkający w Buenos Aires zięć pana Mieczysława skontaktował się z moimi rodzicami, którzy odpowiadali za szachy w warszawskim klubie Polonia, proponując rozegranie meczu pomiędzy stolicami w celu uczczenia pamięci naszego wspólnego wielkiego szachisty2. Dzięki wyjazdowi do Argentyny miałem możliwość poznania rodziny Mieczysława Najdorfa, a także zobaczenia na własne oczy, gdzie lubił grywać w szachy i spędzać czas. W klubie, w którym Capablanca grał z Alechinem pamiętny mecz o mistrzostwo świata w 1927 roku, wiele rzeczy zachowało się w znakomitym stanie. Portrety grających, ten sam stolik z tymi samymi figurami. Najdorf przychodził tam wielokrotnie, dokonując na sześćdziesięciu czterech polach wyczynów magicznych, godnych tego miejsca.

Historyczne symultany na ślepo w latach 1943 i 1947 pokazują, jak wielkim szachistą był Najdorf. Dla większości obecnych zawodników czołówki krajowej, a nawet światowej, granie jednocześnie z co najmniej czterdziestoma przeciwnikami i uzyskanie tak korzystnych wyników byłoby niemożliwe. Jest to dobry zalążek do dyskusji o porównanie poziomu prezentowanego przez przedwojennych mistrzów z obecną czołówką krajową. W wartościach bezwzględnych poziom gry niezaprzeczalnie zwiększył się przez prawie wiek, jest to zauważalne w każdej fazie partii. Komputery nie pozostawiają tu złudzeń. Nie jest to szczególnie zaskakujące, gdyż podobne zjawisko można zaobserwować niemal w każdej dyscyplinie sportu. Rekordy kraju są lepsze niż wiek temu rekordy świata.

Ale takie porównanie ma swoje ograniczenia, o których należy pamiętać. Obecne pokolenie szachistów może łatwiej wspiąć się na wysoki poziom między innymi dzięki twórczości przedwojennych mistrzów, popełnianym przez nich błędom i płynącej z tego nauki. Należy też pamiętać o tym, że łatwość trenowania, podróżowania, brania udziału w silnych turniejach międzynarodowych jest w XXI wieku nieporównywalna do tej, jaką mieli mistrzowie przedwojenni. Także komputery w mgnieniu oka pokazują błędy i najsilniejsze kontynuacje, a bazy danych liczą ponad sześć milionów partii. Fakt, że Arystoteles miałby obecnie kłopoty z ukończeniem szkoły podstawowej, nie przekreśla tego, że był jednym z największych naukowców w historii, a jego teoria czterech żywiołów była rewolucyjna jak na czasy, w których przyszło mu działać. Fakty są takie, że żadnemu powojennemu pokoleniu szachistów polskich, w tym mojemu, nie udało się osiągnąć takich sukcesów jak nasi wielcy poprzednicy. Dlatego osobiście zawsze podchodziłem z olbrzymim szacunkiem i sentymentem do ich osiągnięć, tym bardziej że wiele z rozegranych przez nich partii może do tej pory służyć jako doskonały materiał szkoleniowy.

Niestety, poza Najdorfem nie dane było mi spotkać się z żadnym innym z wielkich polskich szachistów okresu międzywojennego, czego wielce żałuję. Czasy, w których przyszło im żyć, były trudne, losy wielu z nich – tragiczne. Jedyne, co mi pozostało, to podziwiać ich osiągnięcia i twórczość szachową, którą do tej pory pokazuję podczas zajęć szachowym na The University of Texas Rio Grande Valley, gdzie pracuję jako trener szachowy. Co ciekawe, część idei, których byli twórcami, przetrwała próbę czasu i wiek później nawet za pomocą komputerów trudno byłoby wskazać lepsze kontynuacje. Wariant Najdorfa w Obronie sycylijskiej święci niebywałą popularność, o najlepszych partiach Akiby Rubinsteina Polski Związek Szachowy wydał niedawno książkę we współpracy z zawodnikami obecnej czołówki krajowej, wiele kombinacji do tej pory stanowi cenne źródło treningowe nawet dla arcymistrzów.

Cieszę się bardzo, że ta publikacja powstała, gdyż przedwojenny okres świetności szachów polskich do tej pory pozostaje powodem do chluby, podczas gdy współcześni miłośnicy gry królewskiej niewiele wiedzą o życiu i osobistych sukcesach twórców tamtej potęgi. Podczas ponad trzydziestoletniej kariery szachowej sam wielokrotnie chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o moich wielkich poprzednikach, poznać ich historie, perypetie życiowe, ciekawostki o nich. Często uświadamiałem sobie, że właściwie znam tylko nazwiska tych ludzi oraz wybrane rozegrane przez nich partie. Dzięki ciężkiej wielomiesięcznej pracy Stefana Gawlikowskiego udało się zebrać życiorysy najlepszych szachistów polskich okresu międzywojennego i doprowadzić do powstania tej publikacji, za co jestem mu wielce zobowiązany. Książkę przeczytałem jednym tchem.

Bartłomiej Macieja

arcymistrz szachowy

1 Dopiero po kilku godzinach zwycięstw z rzędu, zmęczony już wyraźnie podróżą i całodniowym harmonogramem Najdorf został wyzwany na nieplanowany wcześniej czteropartiowy pojedynek przez nową nadzieję szachów polskich Aleksandra Wojtkiewicza, który kilka lat wcześniej przyjechał do Polski z Rygi. Po zaciętej walce mecz zakończył się zwycięstwem Wojtkiewicza 3 : 1.

2 Ostatecznie Warszawa nieznacznie wygrała.

Trzech powojennych szachowych mistrzów świata – Bobby Fischer, Borys Spasski i Garri Kasparow – uznało, że szachy to życie. Łączył ich oprócz szachowego geniuszu fakt, że wszyscy trzej we wczesnym dzieciństwie utracili ojców. Czy jest możliwe, by właśnie to przesądziło o ich poświęceniu się sztuce szachowej? Czyżby walka przy szachownicy miała zrekompensować im wielką dziecięcą traumę?

Książka, którą pozwalam sobie zaproponować Czytelnikom, nie jest tylko o szachach. Jest to opowieść o szachistach reprezentujących Polskę na szachowych olimpiadach w okresie dwudziestolecia międzywojennego lub mających szansę być reprezentantami kraju. Jest to opowieść o ich życiu – tak szachowym, jak i tym codziennym, osobistym, rodzinnym, o wielkich sukcesach i porażkach, o ich poświęceniu się szachom, wreszcie o Holocauście, który unicestwił wielu z nich. Większość heroicznie zmagała się ze śmiertelnym zagrożeniem, tylko nieliczni pokazali słabość charakteru i zwykłą ludzką małość.

Czytelnik nie znajdzie w tej książce wielu zapisów partii szachowych i diagramów. Ale – dziwnym trafem – pozostał język szachów. Opowieść rozpoczyna się od bohaterów olimpiady w Hamburgu w 1930 roku, jedynych polskich złotych medalistów w całej, niemal wiekowej historii olimpiad szachowych. Wśród tych wielkich największym był Akiba Rubinstein, który przed pierwszą wojną światową był jedynym godnym przeciwnikiem ówczesnego mistrza świata Emanuela Laskera.

Emanuel Lasker

(1868–1941) – niemiecki mistrz świata pochodzenia żydowskiego w latach 1894–1921. Urodził się w Berlinchen w ówczesnej Brandenburgii. Dzisiaj jest to polski Barlinek. Miał wielki talent matematyczny. Gdy przystępował do walki o tytuł mistrza świata miał dwadzieścia pięć lat, wielkie aspiracje, wielką odwagę i fantastyczny talent. Nie interesowały go szachowe fajerwerki, ale ostateczny sukces. Był praktykiem szczególnie groźnym w końcówkach. Zawsze walczył o wygraną. Był championem przez dwadzieścia siedem lat, co jest do dziś długością rekordową i prawdopodobnie jeszcze przez wiele lat nikt się do tego wyczynu nawet nie zbliży. Żywiołem Laskera była walka, był największym w historii psychologiem szachów. Przygotowywał się do walki w niekonwencjonalny sposób, na przykład grywał w japońską grę Go. Był także dżentelmenem przy szachownicy i potrafił zachować skromność, czasami nawet w dowcipny sposób. Przykładowo pochwalił książkę Dr. Lasker’s Chess Career autorstwa Freda Reinfelda i Reubena Fine’a, ale żałował, że autorzy nie zamieścili żadnej przegranej przez niego partii! W 1923 roku Lasker i Alechin podczas turnieju w Karlsbadzie spędzili razem dzień odpoczynku, grając bez przerwy przez dwanaście godzin partie szybkie (po dziesięć sekund na ruch). To był prawdziwy odpoczynek…

Słowa Gens una sumus (Jesteśmy jedną rodziną) to dewiza FIDE – Międzynarodowej Federacji Szachowej utworzonej podczas olimpiady w Paryżu w 1924 roku. A członków rodziny w czasach próby najczęściej spotyka podobny los. Druga wojna światowa była hekatombą dla polskich szachów, przesądzającą o spadku znaczenia tego sportu (czy też sztuki) w Polsce. Warto jednak pamiętać, że żadna inna dyscyplina nie przyniosła Polsce tylu medali w okresie przedwojennym, co właśnie szachy. A dyscyplina to ludzie, czyli bohaterowie tej opowieści.

Żydzi, masoni, szachiści, naziści

W Hamburgu na skwerze przy Moorweidenstrasse stoi trzymetrowej wysokości granitowy obelisk. To dzieło Ulricha Rückriema, niemieckiego rzeźbiarza, które powstało w 1983 roku ku czci hamburskich Żydów wywożonych w 1941 roku z tego właśnie miejsca do obozów zagłady na wschodzie. Lakoniczny napis na tablicy upamiętnia Holocaust w okresie nazistowskiej tyranii.

W sąsiedztwie obelisku przyciąga wzrok bogato zdobiony eklektyczny budynek o śnieżnobiałych ścianach. Powstał w latach 1905–1907, a jego twórcami byli architekci Gerhardt, Schomburgk i Strelow. Mieściła się w nim loża masońska Dolnej Saksonii (Provinzialloge von Niedersachsen). Gdy w 1937 roku na rozkaz Hitlera zlikwidowano masonerię w Niemczech, budynek przeszedł na własność miasta, a w 1941 roku zainstalowało się tam gestapo i SS1. Ze względu na bliskość stacji kolejowej i fakt, że budynek mieścił się w żydowskiej dzielnicy Grindel, postanowiono tu właśnie utworzyć punkt deportacyjny hamburskich Żydów. Transporty z niepodejrzewającymi niczego, a skazanymi na zagładę ludźmi miały odjeżdżać po cichu, by nie zakłócić normalnej pracy niemieckiej kolei – ważnego ogniwa gospodarki III Rzeszy.

Ale w roku 1930 loża masońska jeszcze prężnie działała i posiadała piękny budynek z dużą salą reprezentacyjną. Postanowił to wykorzystać kupiec Walter Robinow, którego dziad, nawiasem mówiąc, był polskim Żydem z wielkopolskiego Leszna. Od roku 1908 Robinow był prezesem Hamburskiego Klubu Szachowego, a od 1920 – Niemieckiego Związku Szachowego. Z okazji stulecia istnienia klubu Robinow wymyślił, że właśnie w Hamburgu odbędzie się olimpiada szachowa i że najlepszym miejscem na jej przeprowadzenie będzie budynek Provinzialloge von Niedersachsen. Miejsce było piękne i zaciszne. Zaciszne do tego stopnia, że pewna duńska wycieczka szukała go przez cały dzień i dotarła na pole bitwy szachistów w momencie, gdy większość pojedynków była już tego dnia zakończona.

Historia olimpiad szachowych była wówczas bardzo krótka. W 1924 roku przy okazji igrzysk olimpijskich w Paryżu grupa francuskich działaczy z Pierrem Vincentem na czele zorganizowała turniej o tytuł „Championa amatorów”. Wygrał go Łotysz Hermanis Matisons, a w punktacji drużynowej triumfowała Czechosłowacja. W dniu zakończenia rozgrywek powołano do życia Międzynarodową Federację Szachową (FIDE).

Na dokumencie inaugurującym działalność FIDE wśród 15 sygnatariuszy widniał także podpis Izaaka Towbina, przedstawiciela Polski, pomimo że Polski Związek Szachowy powstał trzy lata później. Towbin był warszawiakiem wyznania mojżeszowego, prawnikiem i kupcem, w momencie tworzenia FIDE miał dwadzieścia pięć lat. W Paryżu reprezentował Warszawskie Towarzystwo Zwolenników Gry Szachowej. W połowie lat 30. na łamach „Gazety Polskiej” Towbin stwierdził: „Szachy to nie sport, to sztuka i zawodowstwo w tej dziedzinie jest ze wszech miar pożądane”. Z tą opinią polemizowało wielu publicystów tamtych lat.

W 1927 roku w Londynie podczas pierwszej oficjalnej olimpiady szachowej zwyciężyli Węgrzy. Polacy nie startowali, gdyż były kłopoty z wysłaniem drużyny, a w końcu zbyt późno przesłano zgłoszenie i pedantyczni Anglicy nie dopuścili nas do gry. Rok później w Hadze drużyna polska w składzie: Kazimierz Makarczyk, Paulin Frydman, Teodor Regedziński, Mieczysław Chwojnik i Abram Blass wywalczyła III miejsce. Jednak zarówno w Londynie, jak i w Hadze możliwości startu pozbawieni byli zawodowcy. W tej sytuacji obradujący w stolicy Holandii V Kongres FIDE dokonał prawdziwej rewolucji i zmienił zasady startu na olimpiadzie szachowej, zrównując w prawach zawodowców i amatorów. To był przełom, na który czekał świat szachowy – na trzeciej oficjalnej olimpiadzie w Hamburgu w 1930 roku mogli już startować wszyscy najlepsi. W momencie, gdy zapadła ta decyzja, reprezentacja Polski natychmiast wyrosła na głównego faworyta turnieju, gdyż o sile polskich szachów w dwudziestoleciu międzywojennym decydowali przede wszystkim zawodowcy i to prawie wyłącznie żydowskiego pochodzenia. Tym sposobem w sali Provinzialloge von Niedersachsen polscy Żydzi święcić będą największy sukces polskich szachów zaledwie dekadę przed zagładą Żydów tak niemieckich, jak i polskich, którą upamiętnia dziś monument Ulricha Rückriema.

Bohaterowie olimpiady

Polski Związek Szachowy nie miał żadnych wątpliwości co do wysłania czterech najsilniejszych graczy do Hamburga. Kandydatury Akiby Rubinsteina, Ksawerego Tartakowera, Dawida Przepiórki i Kazimierza Makarczyka nie podlegały dyskusji. Początkowo rezerwowym2 miał być Teodor Regedziński, ale rzutem na taśmę wyprzedził go w wyścigu o miejsce w reprezentacji olimpijskiej Paulin Frydman, który tuż przed igrzyskami w wielkim stylu wygrał silnie obsadzone mistrzostwa Warszawy, a potem zatriumfował na turnieju w Sopocie. Aby wyjazd doszedł do skutku, potrzebne były pieniądze, i tu ogromną rolę odegrał Dawid Przepiórka, który wykorzystał kontakty w sferach rządowych oraz fakt wielkiego zainteresowania szachami ze strony tak Marszałka Józefa Piłsudskiego, jak i generała Kazimierza Sosnkowskiego. Pieniądze na wyjazd w formie subwencji przekazało Ministerstwo Spraw Zagranicznych, którym kierował August Zaleski. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że polecenie przyszło z Belwederu, czyli właśnie od Marszałka. Czy Komendantowi nie przeszkadzał fakt, że najlepszymi polskimi szachistami byli polscy Żydzi? Endecja zarzucała mu filosemityzm, ale Komendant twierdził, że nie jest ani anty-, ani filosemitą. On po prostu Żydów lubił3. Pięć lat później, po śmierci Piłsudskiego, na łamach „Szachisty” zamieszczono w nekrologu następujące słowa: „Zgon Wodza Narodu okrywa głęboką żałobą również Polski Świat Szachowy, który w Zmarłym traci swego Najdostojniejszego opiekuna. Marszałek Piłsudski był gorącym zwolennikiem gry szachowej i zawsze objawiał żywe zainteresowanie dla wszelkich przejawów życia szachowego w Polsce. Przed dwoma laty Marszałek wyraził Swą zgodę na przyjęcie godności Honorowego Prezesa Polskiego Związku Szachowego, ostatnio zaś użyczył Swego Wysokiego Protektoratu odbyć się mającej w Warszawie olimpiadzie. Niestety, nie było Mu już danem oglądać Turnieju Narodów w murach stolicy”4.

Walka w Hamburgu toczyła się od 13 do 27 lipca 1930 roku. Oprócz rywalizacji przy szachownicach były też rozrywki dla uczestników tej wspaniałej imprezy, między innymi zwiedzanie miasta, portu i wielkiego ogrodu zoologicznego Hagenbecka. Bankiet kończący olimpiadę odbył się w miejskim ratuszu, gdzie głównymi bohaterami byli złoci medaliści – reprezentanci Polski.

Startując w roli faworytów, biało-czerwoni mieli jednak poważnych konkurentów. Przede wszystkim drużynę Węgier z arcymistrzem Gézą Maróczym na czele, następnie gospodarzy osłabionych jednak brakiem arcymistrza Jefima Bogolubowa, który od swojego związku szachowego zażądał bardzo wysokiego honorarium startowego i gdy go nie otrzymał, po prostu ze startu zrezygnował. Wysoko ceniono także reprezentacje USA, Austrii i Czechosłowacji. Nasi mieli więc z kim walczyć i w efekcie losy złotego medalu rozstrzygnęły się w ostatniej – siedemnastej – rundzie.

Géza Maróczy

(1870–1951) – węgierski szachista, należał do najsilniejszych szachistów początku XX wieku. Wystarczy stwierdzić, że pomiędzy rokiem 1899 a 1908 startował w piętnastu turniejach i tylko raz był dalej niż na III miejscu. Reprezentował Węgry na trzech olimpiadach (1927, 1930 i 1933). Preferował pozycyjny styl walki, fantastycznie rozgrywał końcówki, wielokrotnie otrzymywał za swoje partie tak zwane nagrody „za piękność”.

Jefim Bogolubow

urodził się na Ukrainie w 1889 roku. Studiował teologię i rolnictwo, w końcu został szachowym zawodowcem. W 1929 roku stał się obywatelem niemieckim i wtedy zmienił pisownię swojego nazwiska. W latach dwudziestych startował w siedemnastu silnych turniejach i wygrał osiem z nich. Jego słabszą stroną był nadmierny optymizm w ocenie pozycji na szachownicy. Cierpiał na pewną odmianę megalomanii. W latach 1929 i 1934 dwukrotnie przegrał mecze o mistrzostwo świata z Aleksandrem Alechinem. Zmarł w 1952 roku.

Za dobrą wróżbę uznano wysokie (3,5 : 0,5) zwycięstwo Polaków na samym starcie, już w pierwszej rundzie, nad głównym konkurentem, czyli Węgrami. Na pierwszej szachownicy Rubinstein pokonał Maróczego. Przy rozgrywce pod względem fizycznym Maróczy wyglądał niepozornie w porównaniu ze swoim polskim rywalem, który przez cieniutkie okulary patrzył wyłącznie na szachownicę, a po ruchu odchodził od stolika, żeby nie przeszkadzać konkurentowi w rozmyślaniach nad kolejnym posunięciem. Rubinstein podczas gry był całkowicie odizolowany mentalnie od otaczającego go świata i prawdopodobnie dowiedział się o sytuacji na pozostałych szachownicach dopiero po kapitulacji rywala, która nastąpiła już po dwudziestym piątym ruchu białych. A tymczasem Ksawery Tartakower, grając czarnymi, męczył się przez pierwsze czterdzieści posunięć, usiłując wyrównać sytuację w partii, która przeszła w fazę końcówki hetmańskiej. Jednak w czterdziestym posunięciu jego rywal Sándor Takács popełnił katastrofalny błąd i szybko partię poddał. Dzięki temu Tartakower, sympatyczny okularnik i światowiec, mógł się oddać kolejnemu, po szachowej rywalizacji, ulubionemu zajęciu – obserwowaniu innych partii i wymyślaniu tematów na szachowe artykuły. Pewnie też zastanawiał się, czy nie warto by wyskoczyć do jakiegoś hamburskiego kasyna, żeby sprawdzić, jak trwałe jest szczęście, które miał przy szachownicy. Hazardowi Tartakower będzie niestety wierny przez całe swoje życie…

Wygrana Przepiórki i remis Makarczyka przesądziły o bardzo okazałym triumfie nad Węgrami, który od razu ustawił nas w roli bitego faworyta olimpiady.

Ale kolejne dwie rundy przyniosły tylko minimalne zwycięstwa nad Litwą i Łotwą (2,5 : 1,5). Swoją partię z Litwinem Scheinbergiem przegrał Makarczyk, a w następnej rundzie jedyną porażkę na tej olimpiadzie poniósł Tartakower, przegrywając z Vladimirsem Petrovsem. Ściskając dłoń rywala w geście kapitulacji, Tartakower powiedział: „Jeszcze Polska nie zginęła”, co skrupulatnie zanotował Marian Wróbel, korespondent Polskiej Agencji Telegraficznej na olimpiadę, a w przyszłości jeden z najwybitniejszych problemistów szachowych na świecie. Warto zapamiętać słowa Tartakowera, gdyż wielu antysemitów wywodzących się w latach 30. ze skrajnej prawicy oenerowskiej kwestionowało jego prawo do reprezentowania polskich barw. O losach meczu przesądziły zwycięstwa Rubinsteina i Makarczyka, przy czym ten drugi, przystojny brunet z wąsikiem, w bardzo elegancki i szybki sposób rozprawił się z A. Taubem.

Vladimirs Petrovs

urodził się w Rydze w roku 1907 i reprezentował Łotwę na wszystkich olimpiadach od 1928 do 1939 roku. Po aneksji Łotwy przez ZSRR w 1940 roku Petrovs zagrał w mistrzostwach ZSRR i kilku silnych turniejach. Gdy w 1941 roku Łotwę zajęli Niemcy, pozbawiony kontaktu z rodziną Petrovs pozwolił sobie na krytykę polityki Stalina wobec jego ojczyzny. Został aresztowany w 1942 roku i na podstawie art. 58 (działalność kontrrewolucyjna) skazany na dziesięć lat obozu. Zmarł na zapalenie płuc w Kotłasie w 1943 roku.

W czwartej rundzie Polska zremisowała z ekipą Stanów Zjednoczonych 2 : 2. Swoją pierwszą partię (po trzech zwycięstwach) zremisował Rubinstein. Z podziału punktów w tym meczu zadowolone były obie drużyny, gdyż zachowały miejsca w ścisłej czołówce olimpiady, zaledwie 0,5 punktu za niespodziewanie prowadzącą Rumunią.

Marian Wróbel

(1907–1960) był obok Dawida Przepiórki najwybitniejszym polskim kompozytorem szachowym (tak w języku szachistów nazywa się tego, kto układa zadania szachowe), a w latach 1947–1949 dzięki zwycięstwom w tak zwanych championatach światowych uznawany był za mistrza świata w kompozycji szachowej. W 1930 roku był sprawozdawcą prasowym z olimpiady w Hamburgu. Po wojnie, w 1947 roku, wraz z Tadeuszem Czarneckim i Stanisławem Gawlikowskim założyli miesięcznik „Szachy”. W latach 50. Marian Wróbel mieszkał wraz z żoną na warszawskim Mariensztacie. Pamiętam, że z okien mieszkania na parterze widać było kolorowe malwy prawie wchodzące do pokoju. O ich wygląd dbała żona szachisty, do której najbliżsi mówili Doda (niestety, nie pamiętam jej prawdziwego imienia). Marian Wróbel cierpiał na nieuleczalną chorobę kręgosłupa. Zmarł w kwietniu 1960 roku. Został pochowany na cmentarzu bródnowskim. Początkowo jego grób zdobiła granitowa płyta, na której wyrzeźbiono szachownicę oraz umieszczono figury i piony, odtwarzając pozycję jednego z najsłynniejszych zadań tego arcymistrza szachowej kompozycji. Niestety, złodzieje dość szybko figury skradli i trzeba było pozycję po prostu wyryć w granicie.

Kolejne rundy były bardzo pomyślne dla naszej drużyny. Najpierw wygrana z Rumunią 3 : 1 (zwycięstwa Rubinsteina z A. Baratzem i Frydmana z H. Taubmannem), a potem wielki triumf (4 : 0) nad silną drużyną Szwecji podtrzymały realne szanse na końcowy sukces. W meczu ze Szwedami Rubinstein pokonał największą gwiazdę szwedzkich szachów – Gideona Ståhlberga. Tartakowerowi upiekł się błąd w partii z Berndtssonem, który wkrótce sam popełnił decydującą pomyłkę i partię przegrał. Przepiórka i Makarczyk po walce wygrywają odpowiednio ze Stoltzem i Lundinem i mamy wielkie zwycięstwo nad bardzo trudnym rywalem.

W kolejnej rundzie remisujemy z Niemcami (podobnie jak w meczu z USA padły cztery remisy, ale Tartakower długo próbował wywalczyć zwycięski punkt dla Polski, rozgrywając partię z Fritzem Sämischem), a potem wygrywamy 3,5 : 0,5 z Norwegią i wychodzimy na prowadzenie w turnieju, o pół punktu przed Holandią. Wygrana Węgrów z USA 3 : 1 pozwoliła naszym bratankom włączyć się do walki o końcowy sukces, chociaż w tym momencie turnieju ustępowali nam aż o 3,5 punktu.

Kolejne cztery rundy to huśtawka nastrojów w polskim obozie. Najpierw przegrana z ważnym w tym momencie konkurentem, czyli Holandią (1,5 : 2,5), i w efekcie utrata prowadzenia na rzecz zwycięzców. Przy remisach na pierwszych trzech szachownicach o losach meczu zadecydowała przegrana Frydmana z D. Noteboomem. Była to pierwsza porażka Polaków w turnieju. Równolegle wysoko wygrywają swoje mecze Węgrzy oraz Niemcy i sytuacja w czołówce robi się bardzo napięta. W kolejnej rundzie po ciężkiej walce remisujemy z Austrią (nie było w tym meczu ani jednego remisu – wygrali Rubinstein z H. Kmochem i Tartakower z H. Müllerem, przegrali Przepiórka z E. Eliskasesem i Makarczyk z J. Lokvencem), Węgrzy zdobywają 4 punkty na Hiszpanach, a Amerykanie gromią Niemców (3,5 : 0,5). Holendrzy niespodziewanie ulegają Litwie 3 : 1 i na czoło tabeli wysuwają się Węgrzy, o pół punktu przed Polską. Kolejne dwie rundy to nasze wygrane z Danią (2,5 : 1,5) i Anglią (3 : 1), ale w tabeli o 0,5 punktu wyprzedzają nas Węgrzy i reprezentacja Czechosłowacji, która w dwóch rundach straciła tylko 0,5 punktu.

Trzynasta runda okazuje się pechowa dla Polski, gdyż przegrywamy 1,5 : 2,5 z prowadzącą Czechosłowacją. W geście poddania musieli wyciągnąć ręce Przepiórka i Frydman. Ale to nie my mieliśmy największego pecha w tej rundzie. Amerykanie sensacyjnie przegrali mecz z Austrią 0 : 4 i mieli już 3 punkty straty do prowadzącej w tabeli Czechosłowacji.

Na szczęście dla Polaków kończy się wreszcie kryzys formy i w kolejnych rundach nasi szachiści grają rewelacyjnie. Najpierw pokonujemy Hiszpanię 4 : 0, potem Francję 3,5 : 0,5, a w przedostatniej rundzie triumfujemy 4 : 0 nad Islandią. Jednak to nie oznacza jeszcze zdobycia Pucharu Hamiltona-Russela5 – tradycyjnej przechodniej nagrody dla triumfatora olimpiady – gdyż punktów nie tracą również Węgrzy, którzy przed ostatnią rundą wyprzedzają nas o 0,5 punktu. Zajmujący III miejsce w tabeli Niemcy mają cztery punkty straty do Polski, więc wiadomo, że złoto może przypaść tylko nam lub Węgrom.

Ostatnia runda była dość nerwowa, ale głównie dla Węgrów. Rubinstein, Tartakower i Przepiórka wygrywają swoje partie. Węgrzy ryzykują i przegrywają mecz z Holandią 1,5 : 2,5. W tej sytuacji Kazimierz Makarczyk z lepszej pozycji proponuje Finowi Rasmussonowi remis. Polska ma 48,5 punktu, Węgry – 47, Niemcy – 44,5. Zdobywamy nie tylko puchar, ale i olimpijskie złoto.

Złoty puchar, najcenniejsze trofeum olimpiad szachowych, odbiera z rąk organizatorów kapitan naszej drużyny Dawid Przepiórka. Dobrze się stało, że ten zaszczyt przypadł właśnie jemu, gdyż był on światowcem w każdym calu, świetnie znał kilka języków i miał olbrzymie zasługi dla polskich szachów, a dodatkowo od lat, jeszcze w okresie zaborów, podkreślał na każdym kroku swoją polskość. Rubinstein też miał olbrzymie zasługi sportowe, ale był bardzo nieśmiały i nerwowy, a pod względem popularyzacji szachów w Polsce nie mógł się z Przepiórką równać (w dodatku od paru lat mieszkał w Belgii). Tartakower zaś reprezentował polskie barwy dopiero od trzech lat.

NaszBombenmannschaft, jak określali polską drużynę przed startem Niemcy, wypełnił postawione przed nim zadanie. W niemieckiej księdze olimpijskiej poświęconej rywalizacji hamburskiej autorzy napisali, że zaawansowana wiekiem drużyna polska może i ustępowała fizycznie innym reprezentacjom, ale właśnie koło czterdziestki osiąga się apogeum intelektualne i ta przewaga Polaków przesądziła o ich triumfie. Na łamach miesięcznika „Świat Szachowy” (lipiec–sierpień 1930) tak podsumowano wyczyn drużyny: „musimy stwierdzić, że głównemi triumfatorami są Rubinstein i Tartakower, którzy grali tak jak wielcy mistrzowie grać powinni, Rubinstein ukończył turniej bez przegranej, Tartakower przegrał tylko jedną partię […]. Dalsi nasi reprezentanci starali się dostroić do dwu czołowych zawodników, osiągając dobry wynik procentowy […] Widzimy więc, że nasi reprezentanci nie zawiedli zaufania, dając ze siebie wszystko, co w danych warunkach było możliwe. Kapitanem drużyny był p. S. Rotmil, który również wziął na siebie cały ciężar spraw technicznych ekspedycji”.

W podobny sposób ocenił występ Polaków mój ojciec Stanisław Gawlikowski w Olimpiadach szachowych6, podając, że Rubinstein uzyskał aż osiemdziesiąt osiem i dwie dziesiąte procent punktów na pierwszej szachownicy, a Tartakower siedemdziesiąt pięć procent na drugiej. Patrząc na przebieg tej olimpiady, chyba nikt nie przypuszczał, że będzie to jedyne jak dotąd polskie zwycięstwo olimpijskie w historii naszych szachów. Dlaczego tak się stało? To jeden z wątków naszej opowieści. Opowieści o losach reprezentantów z Hamburga, ich krajowych konkurentów, o tragedii polskich szachistów w czasie drugiej wojny światowej, wreszcie o niezwykłej harmonii pomiędzy Polakami i polskimi Żydami w szachowym, polskim świecie dwudziestolecia międzywojennego, świecie, który bezpowrotnie przeminął.

Arcymistrz jest chory

Złoty medal olimpijski w drużynie i najlepszy wynik indywidualny to efekty gry Rubinsteina w Hamburgu. Nikt nie przypuszczał, że srebrny medal z drużyną na następnej olimpiadzie w Pradze będzie ostatnim wielkim sukcesem naszego najwybitniejszego szachisty – Akiby Kiwelowicza Rubinsteina. Choroba psychiczna, najprawdopodobniej antropofobia połączona z depresją, nie pozwalała mu na kontynuowanie kariery, której nie powstydziłby się żaden z mistrzów świata.

Pochodził z klasycznego sztetla, w języku jidysz – żydowskiego miasteczka, w którym często gmach synagogi był jedynym murowanym budynkiem. Niektóre źródła podają, że urodził się w ubogiej rodzinie żydowskiej w 1882 roku w Stawiskach, w guberni łomżyńskiej. Jednak na nagrobku Rubinsteina w Belgii, który w 1961 roku postawili ojcu synowie, umieszczono jako datę urodzin 1 grudnia 1880 roku. Za prawidłową uważa ją znany badacz dziejów szachów Anglik Ken Whyld, wychodząc słusznie z założenia, że to raczej dzieciom należy wierzyć w tej kwestii. Z pewnością synowie znali lepiej od innych poprawną datę urodzin ojca, przekazaną im choćby w domowych rozmowach i podczas obchodów rocznicowych. Przypuszczalnie Akiba, wkraczając w świat szachów, odmłodził się o dwa lata, aby uniknąć służby wojskowej. Ciekawe, że rok 1880 jako datę urodzin Rubinsteina podaje księga turniejowa z Londynu 1922 roku. Widocznie Rubinstein nie miał już wtedy powodów, żeby się odmładzać.

Kłopoty są również z pisownią jego imienia. Wszyscy znają go jako Akibę, jednak hebrajska litera „bet” jest wieloznaczna. Może być przedstawiona jako „b”, „v” lub „w”. W najbardziej „czystym” tłumaczeniu na język niemiecki imię Rubinsteina powinno więc brzmieć Akiwa. Takiej też pisowni używał sam mistrz, gdy składał autograf.

Ojciec szachisty był rabinem, ale zmarł na krótko przed narodzinami syna. Ponieważ matka miała już liczną gromadkę dzieci, więc nowo narodzonym malcem zajęli się dziadkowie. I to oni, chcąc wykierować wnuka na ścieżkę kariery ojca, czyli bycie rabinem (wtedy przedmiot marzeń każdej niemal rodziny żydowskiej), wysłali go do szkoły talmudycznej w Białymstoku. Miał czternaście lat, gdy zobaczył tam swoich dwóch kolegów grających w szachy. Bardzo szybko, wraz z poznaniem prawideł gry, zaciekawienie zamieniło się w pasję, której pozostał wierny praktycznie przez całe życie. Zgłębianie ksiąg talmudycznych zastąpił studiami nad szachami, a kieszonkowy komplet szachów miał zawsze przy sobie i używał go przy każdej nadarzającej się okazji. W Białymstoku najczęściej można go było spotkać w kawiarni pani Trojskiej (a może Troickiej), pochylonego nad szachownicą. To tutaj – znając już zasady gry – prosił o szachowe lekcje inżyniera (czy też biznesmena) Szmula Wilsona, który po latach twierdził, że odkrył szachowy talent Rubinsteina.

Ale szachowy Białystok był wówczas zaściankiem, a Akiba Rubinstein szukał możliwości rozwoju. Stąd decyzja o przeprowadzce około 1901 roku do Łodzi, która obok Warszawy była najsilniejszym szachowym ośrodkiem na ziemiach polskich. W głąb Rosji Rubinsteina raczej nie ciągnęło, gdyż wszyscy Żydzi mieli jeszcze w pamięci pogromy, których początek miał miejsce w latach 80. XIX wieku7. Apogeum tych pogromów miało dopiero nadejść w Kiszyniowie w 1903 roku. Żydzi przemieszczali się ze wschodu na zachód, a tereny polskie wydawały im się ziemią obiecaną, gdzie można było liczyć na opiekę możnych, żyć bez pogromów i robić interesy. Nic dziwnego, że niektóre polskie ośrodki miejskie miały ponad trzydzieści procent ludności pochodzenia żydowskiego. Wypada zacytować tu starą legendę znaną ze źródeł niemieckich:

„I widział Izrael jak ciągle powtarzają się jego cierpienia, jak mnożą się zakazy, wzmagają prześladowania, jak wielka staje się niewola, jak z powodu panującego zła nieszczęście goni nieszczęście, jak mnożą się akty wypędzenia, i nie mógł już dłużej wytrzymać z powodu tych, którzy go nienawidzili. Wyszedł więc na drogę, patrzył i pytał o ścieżki tego świata, która jest słuszna, którą powinien pójść, aby znaleźć wreszcie spokój. Wtedy z nieba spadła kartka: Idźcie do Polski!

Poszli więc do Polski […] znaleźli w Polsce las, którego drzewa były pokryte napisami, a na każdym drzewie był traktat z Talmudu. To był las kawęczyński, który ciągnie się aż do Lublina. Są też tacy, którzy wierzą, że również nazwa kraju pochodzi ze świętego źródła, z języka Izraela. Gdy Izrael bowiem tam dotarł, powiedział: »po-lin«, co oznacza: »tu przenocuj!«. I mieli na myśli, tu chcemy przenocować, zanim Bóg znowu pozwoli zebrać się rozproszonemu ludowi Izraela”8.

Rubinstein wzbudził spore zainteresowanie, gdy wkroczył do łódzkich kawiarni szachowych przy ulicy Piotrkowskiej, Roszkowskiego i Ulrycha, ubrany w tradycyjny żydowski chałat. Szybko jednak przekonano się, że ten młody gracz porzucił, ze znakomitym skutkiem, studia talmudyczne dla studiów nad szachami i że właśnie szachy stały się tą religią, którą zaczął wyznawać. Był jednak pewien kłopot – Rubinstein miał tylko żydowskie wykształcenie talmudyczne, a nie miał wcale świeckiego. Doskonale posługiwał się językiem polskim, rosyjskim i niemieckim, ale tylko w mowie. Pisząc, najprawdopodobniej popełniał sporo błędów, których rzecz jasna się wstydził. Dlatego pozwalał wyręczać się innym; w późniejszym czasie jego sekretarzem była żona. Stąd brak jakichkolwiek prac o charakterze autobiograficznym. Badacze sądzą, że nawet analizy partii przypisywane Rubinsteinowi spisywane były podczas jego monologu.

Legenda głosi, że podczas pierwszej wizyty w Łódzkim Towarzystwie Zwolenników Gry Szachowej (ŁTZGSz) niespełna dwudziestoletni Rubinstein zasiadł do stolika, przy którym siedział już Henryk Salwe, wyzwał go na pojedynek i partię wygrał. Tu trzeba dodać, że Hersz (Henryk) Salwe był najwybitniejszym szachistą Łodzi tamtych lat, a profesor Tadeusz Wolsza w Słowniku biograficznym szachistów polskich nazwał go „jednym z najbardziej zdumiewających graczy w dziejach polskich szachów”9 między innymi