Arabska księżniczka - Jan Bratkowski - ebook
Opis

Meksykanka Luisa jest klasyczną psychopatką. Romanowi zajęło jednak kilka lat, żeby to odkryć. Zaraz potem ucieka przed nią do Polski, aby poszukać tam innej, spokojnej i odpowiadającej mu stylem życia kobiety. Poznaje Krystynę, z którą układa plany na przyszłość. Tymczasem Luisa przysięga mu zemstę. Czy romans z ważnym szefem meksykańskiej mafii powstrzyma ją? Czy zapomni o Romanie i jego ucieczce?

Dynamiczna akcja powieści toczy się w świecie przemocy i pieniędzy w Meksyku oraz w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Mimo słonecznego dnia, w pokoju było ciemno. Była już prawie dziesiąta rano, ale zasłony w oknie były zaciągnięte. Mała lampka w rogu nie dawała dosyć światła, żeby oświetlić dużą przestrzeń pokoju. W pomieszczeniu było mało mebli. Naprzeciw lampy stała szeroka trzyosobowa kanapa, mniej więcej pośrodku ściany przeciwległej do okna znajdował się niewielki stolik i dwa krzesła. W ścianie zarysowywał się ciemny kontur drzwi. Drugie drzwi znajdowały się w ścianie za kanapą.

Manito podniósł się z krzesła.

– Nie ma się co upierać, panie Ramirez – zwrócił się do mężczyzny siedzącego na krześle. – To jest dobra oferta. W sumie daję przeszło sto tysięcy dolarów. Niech pan popatrzy! Tutaj ma pan osiemset tysięcy pesos, a tutaj trzydzieści tysięcy dolarów – powiedział, wskazując na dwie leżące na stole koperty.

– Señor Jose, ten dom jest wart co najmniej dwieście tysięcy! – odpowiedział Ramirez, patrząc w kierunku kanapy, jakby szukał wsparcia u siedzącej tam żony. Ona jednak milczała, przytulając dwoje dzieci do swoich boków.

– Panie Ramirez, dom nie jest wart tyle, ile sprzedający żąda, tylko tyle, ile ktoś jest gotów za niego zapłacić. Jaka była wyjściowa cena i jak długo był wystawiony na sprzedaż?

– Przeszło rok, za cenę dwustu dwudziestu tysięcy dolarów.

– I co? Nie znalazł pan żadnego kupca za te pieniądze. Słyszałem, że ostatnio obniżył pan cenę do stu sześćdziesięciu tysięcy i nadal nie było chętnych. A przecież dzisiaj pan już wyjeżdża i jak pan przypilnuje sprzedaży? Ile pan płaci prowizji agentce? Dziesięć, piętnaście procent? Nawet jeśli dom pójdzie za sto sześćdziesiąt, to na rękę dostanie pan sto trzydzieści sześć, zakładając prowizję piętnastu procent, a przecież nikt nie zapłaci tych pieniędzy bez targu. Nie, panie Ramirez, to jest dobra oferta. Proponuję, żeby zadzwonił pan do agentki i odwołał sprzedaż. Weźmie pan pieniądze, pojedziemy do notariusza i załatwimy wszystko od ręki. Wyruszy pan do Stanów z żywą gotówką w ręku i ze spokojną głową.

– Señor Jose, niech pan chociaż dołoży dwadzieścia tysięcy! Za kwotę stu dwudziestu tysięcy dolarów to się zgodzę – odezwał się prawie błagalnym głosem Ramirez.

– Widzi pan, my nie jesteśmy bogaci – powiedział Manito, wskazując na dwóch mężczyzn stojących przy drzwiach. – Ja i moi koledzy z trudem zebraliśmy kwotę, którą panu oferuję. Musieliśmy się nawet zapożyczyć. A nie wierzę, że dostanie pan lepszą ofertę. To co, umowa stoi?

Ramirez z przerażeniem zauważył, że jeden z mężczyzn stojących w drzwiach wyciągnął broń – krótki, ciemny pistolet, który w półmroku wyglądał jak zabawka. Klik towarzyszący wyjmowaniu magazynka zabrzmiał w prawie pustym pokoju bardzo złowieszczo. Po chwili magazynek z trzaskiem powrócił na swoje miejsce. Kolejny trzask towarzyszył załadowaniu pocisku do lufy.

– To co, mamy umowę? – odezwał się znów Manito spokojnym głosem. – Proponuję, żeby przeliczył pan pieniądze.

Ramirez sięgnął po cieńszą kopertę, otworzył ją i wysypał na stół trzy równe pliki studolarowych banknotów, każdy owinięty banderolą.

– Niech pan liczy, niech pan się nie krępuje – powiedział Manito. Starał się, żeby nie brzmiało to zbyt nagląco. – Tak czy inaczej, notariusz będzie musiał pieniądze przeliczyć i sprawdzić autentyczność banknotów. W drugiej paczce są pesos.

Ramirez sięgnął po drugą kopertę.

– Jak powiedziałem, tutaj ma pan osiemset tysięcy pesos.

Koperta była bardzo gruba. Ramirez wytrząsnął z niej na stół osiem równych plików banknotów. Były większe od tych dolarowych. Każdy składał się z pięciuset banknotów o nominale dwustu pesos.

– Jak mówiłem, notariusz to sprawdzi i przeliczy, to jego obowiązek, ale może pan zrobić to również sam, jeśli pan sobie życzy. Osiem plików po sto tysięcy – powiedział Manito, dotykając pieniędzy. – Rozumiem, że mamy umowę, panie Ramirez – dodał po chwili. – Proponuję zatem, żebyśmy teraz poszli do notariusza. Zdążyłem go już uprzedzić, że przyjdziemy, i wszystkie dokumenty będą na nas czekały gotowe. Cenę pozwoliłem sobie podać notariuszowi już wcześniej. Wiedziałem, że się pan zgodzi. Pańska żona i dzieci pozostaną tutaj, będą czekać w towarzystwie moich ludzi na nasz powrót.

Ramirez z ociąganiem wstał z krzesła. Był niewysokim mężczyzną, jednak o pół głowy przewyższał Manita.

– Cała sprawa nie powinna nam zająć więcej niż godzinę – powiedział Manito, zwracając się do kobiety. – Jeśli pani lub dzieci będziecie czegoś potrzebować, proszę się nie krępować, Enrique i Bertoldo pomogą pani, z czymkolwiek sobie pani życzy.

– Wręczę to panu w obecności notariusza – Manito ponownie zwrócił się do Ramireza, wkładając banknoty z powrotem do kopert, a następnie pod pachę. – Poprowadzę, chodźmy.

Obaj wyszli drzwiami w ścianie za stolikiem. Prowadziły one do holu i do wyjścia z domu. Bertoldo, który do tej pory cały czas bawił się pistoletem, schował broń do wewnętrznej kieszeni marynarki, przeszedł przez pokój i stanął przy drzwiach, którymi wyszli. W pokoju zapanowała cisza. Enrique pozostał na swoim miejscu, przy drzwiach prowadzących do kuchni. Spojrzał na kobietę. Była bardzo ładną, szczupłą szatynką, w wieku ponad trzydziestu lat. Miała owalną twarz, którą okalały gęste, sięgające do ramion włosy. W jej oczach czaił się strach. „Zdecydowanie pociągająca” – ocenił kobietę Enrique. Dzieci – dziesięcioletni chłopiec po jej lewej stronie i wysoka dziewczynka po prawej – kurczowo trzymały się matki. Ich ręce obejmowały matkę w talii, głowa chłopca spoczywała na jej lewej piersi. Dziewczynka wyglądała na nie więcej niż dwanaście lat, jej głowa spoczywała na ramieniu matki.

– Życzy pani sobie czegoś? – zapytał grzecznie Enrique.

– Dziękuję – powiedziała. – Może dam dzieciom trochę soku.

– Mam przynieść, czy pójdzie pani ze mną? – spytał.

– Proszę przynieść – odpowiedziała, czując przerażenie dzieci. – Na stole w kuchni znajdzie pan zgrzewkę małych kartoników z sokiem jabłkowym. A na podłodze pod stołem są litrowe kartony soku. Proszę przynieść dwa małe i poczęstować się dużymi, jeśli któryś z panów ma ochotę. Szklanki są na stole.

Było już po wpół do pierwszej, kiedy Manito i Ramirez wrócili do domu. Tym razem Ramirez trzymał obie koperty pod pachą. Wyglądał na mniej zestresowanego, nawet uśmiechnął się uspokajająco do żony. Twarz Manita również wyrażała zadowolenie. Rozejrzał się uważnie po pokoju, kobieta z dziećmi nadal siedziała na kanapie, natomiast Bertoldo i Enrique stali przy drzwiach.

– Myślę, że to by było na tyle – powiedział Manito, nie zwracając się szczególnie ani do Ramireza, ani do jego żony. – Za chwilę będziecie państwo mogli już jechać. Musi pan jeszcze tylko zadzwonić do agentki nieruchomości i powiadomić ją, że dom został sprzedany. Proszę to zrobić teraz, chciałbym przy tym być. Nie chcę, żeby mnie tu nachodziła czy wydzwaniała po pańskim wyjeździe. Proszę dzwonić, tylko bez żadnych zbędnych komentarzy.

Ramirez wykonał polecenie.

– Zrobione – powiedział do Manita. – Pozwoli pan, że dokończymy pakowanie walizek i załadujemy wszystko do samochodu. Potrzebujemy jeszcze jakieś pół godziny, żeby się stąd wynieść. Chodźcie! – zwrócił się do żony i dzieci. – Pomożecie mi.

Manito gestem nakazał Enrique, żeby poszedł z nimi.

– Możesz już jechać – zwrócił się po chwili do Bertolda, gdy rodzina wyszła z salonu. – Spotkamy się tak, jak było umówione.

– Okej, szefie – odpowiedział Bertoldo i wyszedł.

Manito rozejrzał się po pokoju. Był duży i ładny – podobnie jak cały dom. Czuł zadowolenie z jego nabycia. Przymierzał się do tego już od dłuższego czasu, a właściwie od momentu, gdy dom został wystawiony na sprzedaż. Wiedział o planach Ramireza dotyczących wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Kiedy przyszedł tu pierwszy raz jako potencjalny klient, był urzeczony nie tylko domem, ale również ogrodem i umeblowaniem. Dom zbudowano na obrzeżach miasteczka San Nicholas de Obispo, odległego niecałe dziesięć kilometrów od Morelii, stolicy stanu Michoican. Uznał, że doskonale nada się na kryjówkę. Miasteczko liczyło może kilkaset mieszkańców, na pewno nie więcej niż dwa tysiące ludzi, i było całkowicie pod kontrolą mafii. Miało połączenie ze stolicą stanu, a jednocześnie było dostatecznie odizolowane od sąsiednich miast dzięki typowo górskiemu otoczeniu. Miało też łatwy dostęp do autostrady numer 15, która łączy Morelię z Guadelajarą. Dojazd do autostrady nie zabierał więcej niż pięć minut. Było położone na wysokości około dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza i miało łagodny klimat – ciepły i w miarę suchy.

„Będzie to również doskonałe miejsce na weekendowe wypady” – pomyślał. Zdecydował nie zgłaszać nabytku szefom mafii. Dom kupił za własne pieniądze. Będzie to prywatna własność. Martwił go tylko fakt, że Bertoldo i Enrique są współudziałowcami.

Wyszedł przed dom, podwórko porastała soczyście zielona trawa, z kwietnymi klombami po bokach. Zupełnie nie znał się na kwiatach, jednak ogród mu się podobał. „Trzeba będzie zatrudnić jakiegoś ogrodnika – pomyślał – żeby zachować go w takim stanie, w jakim jest. Huśtawki trzeba będzie usunąć, a postawi się tam stół ogrodowy”. Popatrzył z zadowoleniem na murowany grill pod szerokim zadaszeniem. Całe podwórko było zadbane i schludne.

– Są gotowi – wyrwał go z zamyślenia głos Enrique.

– Już idę – odpowiedział.

Wszedł z powrotem do domu. Przyszedł mu jeszcze jeden pomysł do głowy.

– Sr. Ramirez, co zamierza pan zrobić z meblami, które pozostały w domu?

– Mój brat ma przyjechać za kilka dni i je zabrać. Zatrzymaliśmy trochę mebli, żeby było na czym usiąść i spać do czasu naszego wyjazdu. Oprócz kanapy i stolika w salonie, w sypialni na górze są jeszcze dwa łóżka, a w kuchni stół i kilka krzeseł.

– Może będzie lepiej, jeśli je od pana odkupię? Wolałbym, żeby po pańskim wyjeździe nikt mi tu głowy nie zawracał. Ustalmy cenę, zapłacę i pan powie bratu, żeby się tu nie fatygował. Dam panu za to wszystko trzy tysiące pesos.

– Trzy tysiące to za mało, Sr. Jose. Oddam za dziesięć tysięcy.

– Dobrze. Pozwoli pan jednak, że obejrzę, co kupuję.

Manito rzucił okiem na zużytą kanapę stojącą w salonie. Nie wyglądała na wartościową. Wiedział, że Ramirez kłamie, bo to właśnie on kupił przez podstawionego człowieka wszystkie oryginalne meble z mieszkania. Tej kanapy tam nie było. Domyślił się, że Ramirez po sprzedaniu oryginalnych mebli przywlókł jakiegoś grata na czas do wyjazdu. „Pewnie dostał ją gdzieś za darmo” – pomyślał. Na pewno nie potrzebował tego śmiecia, jednak ważniejsze było, żeby po przejęciu domu nikt się po nim nie kręcił. Zdecydował się więc kupić wszystko, co pozostało, niezależnie od ceny, a następnie wyrzucić bądź znaleźć dla nich jakiś użytek. Przeszedł się po domu. Na górze, w dwóch małych sypialniach, znalazł dwa niewielkie łóżka, w sam raz dla nastolatków, a w głównej sypialni szeroki materac, leżący bezpośrednio na podłodze. Jedynie sześcioosobowy stół i krzesła w kuchni przedstawiały jakąś wartość.

– Raczy pan żartować! – zwrócił się do Ramireza po powrocie do salonu. – Przecież tu nic nie ma! Trzy tysiące to za dużo, ale dam panu cztery, żeby zakończyć transakcję. – Wyciągnął portfel i odliczył pieniądze.

Ramirez przyjął zapłatę bez słowa.

– Proszę teraz zadzwonić do brata i poinformować go, że wszystko zostało sprzedane i żeby tu nie przyjeżdżał.

Ramirez wykonał polecenie.

– Oto klucze od domu – powiedział do Manita, podając mu pęk kluczy, gdy tylko skończył rozmawiać z bratem.

– Widzę, że jesteście już gotowi – powiedział Manito, biorąc klucze. – Poproszę was jeszcze o jedną przysługę. Mój kolega Bertoldo musiał wcześniej wyjechać i zabrał nasz samochód. Podrzucicie mnie i Enrique do Tacicuaro? To jest po drodze, jakieś cztery kilometry stąd. Zakładam, że jedziecie na zachód, żeby wjechać na autostradę przy wjeździe z Capuli. Jeśli tak, to jest to dobry plan. Może nadłoży pan pięć kilometrów, ale w ten sposób uniknie pan przejazdu przez Morelię i w sumie zyska pan na czasie. Wierzę, że w pana vanie znajdzie się miejsce dla nas wszystkich.

Ramirez bez słowa podszedł do auta. Rodzina też zaczęła wsiadać. Enrique polecił dzieciakom usiąść na fotelach z tyłu vana, natomiast sam usiadł obok kobiety w środkowym rzędzie. Miejsce obok kierowcy pozostawił dla Manita. Ramirez wyprowadził samochód na ulicę i poczekał, aż Manito zamknie drzwi i bramę.

– Jestem naprawdę zobowiązany za tę przysługę – powiedział Manito, siadając na fotelu z przodu.

Jechali w milczeniu, oddalając się od miasteczka. Wąska asfaltowa droga wiodła przez zalesiony wąwóz. Po kilku minutach jazdy zauważyli pick-upa stojącego na poboczu drogi.

– Jest i nasze auto. Proszę zatrzymać się za tym samochodem, tam wysiądziemy – powiedział Manito.

Ramirez zatrzymał się kilka metrów za pick-upem. Był to ten sam czarny chevy silverado, którym Manito przyjechał ze swoimi towarzyszami do jego domu.

– Dziękuję bardzo. Jesteśmy na miejscu – powiedział Manito, a po chwili dodał: – Została nam jeszcze tylko jedna sprawa do załatwienia.

Po tych słowach Manito i Enrique niemal równocześnie wyciągnęli broń. Kilka sekund później kierowca ciężarówki wysiadł i podszedł do drzwi vana od strony kierowcy. Ramirez z przerażeniem rozpoznał w nim Bertolda.

– Proszę wysiadać! – rozkazał Manito, zwracając się do Ramireza.

Bertoldo otworzył drzwi. On również trzymał w ręku pistolet.

– Señor Jose, nie róbcie nam krzywdy! – błagał Ramirez.

Dzieci zaczęły głośno płakać, natomiast kobieta, oszołomiona, wyglądała na spokojną.

– Jazda, niech pan wysiada! – rozkazał Bertoldo. – Dalej pojedzie pan ze mną. Rodzina pojedzie za nami.

Bertoldo prawie na siłę wyciągnął Ramireza z auta. Chwycił go za ramię i przystawił mu pistolet do głowy.

– Idziemy! – pociągnął go w kierunku ciężarówki.

W tym samym czasie wysiadł Manito. Obszedł vana, chwycił Ramireza za ramię z drugiej strony i również przystawił mu pistolet do głowy. Bertoldo puścił więźnia i usiadł na miejscu kierowcy. Manito natomiast poprowadził Ramireza do siedzenia pasażera i zmusił go do zajęcia miejsca.

– Tylko spokojnie, jeśli nie chce pan, żeby coś złego stało się pana rodzinie – zagroził.

Zatrzasnął drzwi ciężarówki i zawrócił do vana. Zajął miejsce kierowcy. Bertoldo ruszył. Manito również uruchomił samochód i podążał za nim w niewielkiej odległości. Po przejechaniu około czterystu metrów obydwa samochody skręciły w prawo, w polną drogę, która prowadziła w głąb lasu. Jazda przez las trwała niecałe dziesięć minut. W tym czasie samochody kilka razy zmieniały kierunek, skręcając w boczne drogi, by w końcu zatrzymać się na niewielkiej polanie. Po wjeździe do lasu dzieci zaczęły płakać jeszcze głośniej, a kobieta histerycznie krzyczeć. Enrique przystawił pistolet do głowy dziewczynki.

– Albo się pani uspokoi, albo zastrzelę córkę na miejscu – powiedział.

Kobieta początkowo zaniemówiła z przerażenia, w końcu jednak zamilkła, co chwilę tylko głośno pochlipując. Enrique schował pistolet do wewnętrznej kieszeni marynarki. Z bocznej kieszeni wyjął linę i zrobił dwie pętle. Chwycił lewą rękę kobiety i szybkim ruchem założył na nią jedną z pętli, którą następnie zacisnął na nadgarstku. Nie zważając na jej wrzaski, brutalnie przełożył jej rękę za plecy. Dzieci na chwilę się uciszyły, a następnie ponownie wybuchły donośnym wrzaskiem. Mimo hałasu, Enrique chwycił drugą rękę kobiety, założył na nią pętlę, zacisnął ją i szybko związał oba końce, tworząc coś w rodzaju kajdanek. Następnie wyjął z kieszeni rolkę taśmy samoprzylepnej i odwinął niewielki kawałek. Trzymając taśmę w prawej dłoni, lewą złapał kobietę za włosy, odwrócił jej twarz ku sobie i przylepił odwinięty koniec do jej lewego policzka. Wrzaski z tyłu się nasiliły. Chwycił rolkę lewą ręką, prawą dłonią natomiast naparł na brodę kobiety tak mocno, aż jej głowa dotknęła oparcia fotela, a usta się zamknęły. Pociągnął za rolkę, odwinął trochę więcej taśmy i zakleił usta kobiety. Odciął resztki taśmy nożem i puścił ofiarę. Bez słowa uciął jeszcze dwa kawałki taśmy i łapiąc za włosy dzieci, zakleił im usta. Dopiero wtedy Manito wysiadł z samochodu. Podszedł do drzwi od strony kobiety i wyciągnął ją z auta. Enrique odciął dwa kawałki liny, następnie brutalnie wyciągnął z auta dziewczynkę, która bezskutecznie próbowała zerwać taśmę z ust, i związał jej ręce z tyłu w podobny sposób, jak uczynił to z matką. Ten sam los spotkał chłopca.

Manito uważał siebie za dobrego człowieka, gdyż w życiu kierował się pewnymi zasadami. Jedną z nich była niechęć do zadawania niepotrzebnego bólu jego ofiarom. Nie chcąc widzieć przerażonych i błagających spojrzeń, przygotował zawczasu czarne opaski, które założył kobiecie i jej dzieciom na oczy. Następnie podszedł do pick-upa. Bertoldo miał o wiele więcej problemów z Ramirezem niż Enrique z kobietą i dziećmi. Chociaż Ramirez był związany i zakneblowany, to Manito zauważył, że krwawi z rany na głowie i wygląda na oszołomionego. Najwyraźniej nie poddał się bez walki.

– Wszystko w porządku? – zapytał Manito Bertolda.

– Tak – odpowiedział Bertoldo. – Skurwiel się stawiał, musiałem mu przyłożyć.

– Dawaj go! – rozkazał Manito. – Musimy się pośpieszyć.

Wyciągnął z samochodu Ramireza i założył mu czarną opaskę na oczy. Wkrótce pochód ruszył, z dziećmi idącymi z przodu w asyście Manita, matki prowadzonej pod rękę przez Enrique oraz ojca trzymanego za ramię przez Bertolda. Kierowali się do widocznego w oddali świeżo wykopanego dołu.

Ramirez, ogarnięty rozpaczą, szedł biernie. Na zmianę modlił się i przeklinał Manita i jego ludzi. Był świadomy zbliżającego się końca i przerażającego losu czekającego jego rodzinę. Zaczął przeklinać Boga za swoje cierpienia. Przeklinał Bertolda, który z jakimś innym typem wtargnął kiedyś do jego sklepu jubilerskiego, żądając zapłaty za „opiekę”. Kwota nie była zbyt duża, chcieli od niego piętnaście tysięcy pesos miesięcznie, mniej niż półtora tysiąca dolarów. Żałował teraz, że im wtedy nie zapłacił. Naiwnie myślał, że policja mu pomoże. Wówczas jeszcze nie wiedział, że policja była już całkowicie pod kontrolą mafii. Zaczął płacić dopiero wtedy, gdy pobili do nieprzytomności jego siostrzeńca, który pracował w sklepie. Jednak było już za późno – mafia podbiła stawkę dwukrotnie: następnego dnia po pobiciu Bertoldo zażądał trzydziestu tysięcy pesos, a po kilku miesiącach podniósł opłatę do czterdziestu tysięcy pesos, mimo że wtedy Ramirez płacił już regularnie.

Najgorsza była bezsilność. Naraził rodzinę na niebezpieczeństwo i nie mógł nic zrobić, żeby temu zapobiec. Przecież i żona, i dzieci były dla niego wszystkim. Oddałby wszystko, nawet życie, za ich bezpieczeństwo i szczęście. Nieraz w myślach widział siebie, że walczy z przeciwnikiem, ratując dzieci. A teraz co? W obliczu prawdziwego zagrożenia sam szedł na rzeź jak baranek, a rodzina razem z nim.

– Bydlęta! – złorzeczył. – Żeby was piekło pochłonęło! Boże, ukarz tych potworów. Boże, dlaczego mi to zrobiłeś, dlaczego mi to robisz? Czym zawiniła ci moja rodzina? Boże, czy kilku bandytów jest mocniejszych od ciebie?

Ci dranie praktycznie go zrujnowali. Jego świat zawalił się, gdy dwa lata temu mafia pojawiła się w okolicy. Miasto w mafijnych kleszczach ubożało, a ludzie uciekali do Stanów albo za pracą, albo szukając tam bezpieczeństwa. Turyści przestali przyjeżdżać. Jego biznes całkowicie podupadł. Liczba klientów zmniejszyła się trzykrotnie. Musiał zrezygnować nie tylko z luksusowego życia, jakie wiódł, zanim pojawił się Bertoldo, ale zaczął odczuwać problemy finansowe. Miał coraz większe kłopoty z opłacaniem czesnego w prywatnych szkołach, do których uczęszczały dzieci, a rodzina musiała żyć skromniej. Dużo miał sobie do zarzucenia. Dlaczego tak późno zdecydował się na wyjazd? Dlaczego najpierw chciał sprzedać dom? Jaki był głupi, że oficjalnie wystawił sklep na sprzedaż! I tak nie było nabywców. Powinien wiedzieć, że z mafią na liście płac jego sklep był skażony. Dlaczego zamknął sklep? Dlaczego rozpowiadał wszystkim o wyjeździe? Mafia nie powinna wiedzieć o jego planach. Powinien udawać pogodzonego z losem, płacić im i zachowywać się jak zwykle. To ten potwór Jose tak sprytnie go podszedł, że wyznał mu swoje plany w szczegółach.

– Boże, uratuj nas! Boże, oszczędź chociaż dzieci! – modlił się po cichu.

Doszli na miejsce. Manito ustawił dzieci przed zwałem ziemi powstałym podczas kopania dołu. Enrique zaprowadził kobietę na prawo od dzieci, a mężczyznę na lewą stronę. Rodzina stała w szeregu wzdłuż wału. Wszystko odbywało się w milczeniu.

Na znak Manita ofiary zostały zmuszone do klęknięcia – przez nacisk na głowę w przypadku dzieci i kopnięcie w zgięcie kolan w przypadku matki i ojca. Trzech bandytów stanęło za rodziną z odbezpieczoną bronią w ręku – Bertoldo celował w głowę ojca, Enrique w głowę matki, Manito natomiast mierzył z dwóch pistoletów w głowy dzieci. Wyglądało na to, że bandyci dopracowali plan w szczegółach – porozumiewali się bez słów. Manito odliczał, machając uzbrojoną ręką: cztery, trzy, dwa. Na „jeden!” prawie jednocześnie huknęła salwa. Dzieci, rzucone impetem pocisków, wpadły do grobu. Kobieta poleciała głową do przodu tak, że jej tułów osunął się do dołu, a nogi pozostały na nasypie. Ramirez po strzale początkowo pozostał w pozycji stojącej, kiwając się w przód i w tył, dopiero po chwili pochylił się do przodu i wpadł głową do rowu, podczas gdy dolna połowa ciała pozostała na nasypie.

– Wrzućcie go do dołu! – rozkazał Manito pozostałym.

Razem chwycili za drgające jeszcze nogi mężczyzny i wrzucili go do grobu. Potem Enrique z obojętną miną zepchnął butem nogi kobiety z nasypu. Manito przyglądał się w milczeniu, jak dwóch członków jego bandy wskakuje do grobu i obszukuje ciała kobiety i mężczyzny. Nie miał nic przeciwko temu. Sam był bogaty. Właśnie stał się właścicielem domu, który nie będzie go nic kosztował. Spodziewał się znaleźć swoje pieniądze w vanie. Spodziewał się również, że Ramirez przewoził więcej pieniędzy, a może nawet kosztowności. Przecież był jubilerem. Na pewno zabrał też materiały i produkty do pracy i handlu, by móc od razu wystartować. Spojrzał na zegarek. Robiło się późno. Czas naglił. Trzeba było się spieszyć, zanim napatoczy się jakiś niepotrzebny świadek. Nakazał więc Bertoldowi zakopać zwłoki, a sam oddalił się z Enrique, by przeszukać vana. Dokładnie przejrzeli wszystkie walizki znajdujące się w bagażniku samochodu. Intuicja Manito nie zawiodła. Koperty z pieniędzmi były w aucie. Znajdowały się w małej aktówce, którą znaleźli w jednej z walizek. Tak jak się spodziewał – Ramirez wiózł więcej pieniędzy. W aktówce znajdowało się jeszcze sześć grubych plików banknotów studolarowych, każdy związany gumką. Po przeliczeniu okazało się, że jest tam sto czterdzieści tysięcy dolarów. Manito poczuł ogromne zadowolenie. Znaleźli również drewnianą szkatułkę bogato zdobioną kolorowymi wzorami. Zawierała różne przyrządy i narzędzia potrzebne jubilerowi do pracy. Znaleźli również metalowe pudełko z dużą liczbą wyrobów złotniczych zapakowanych w małe torebki plastikowe. Były tam kolczyki, pierścionki i wisiorki. Większość biżuterii była wysadzana bogatymi kamieniami: szafirami i rubinami, trzy pierścionki z diamentami. Manito nie znał się na diamentach, ale kamienie urzekły go swoim blaskiem i rozmiarami. W jednej z walizek były tylko ubrania dzieci. Manito kazał Enrique wrzucić walizki i pudełko z narzędziami do w połowie zasypanego już grobu. Gotówkę i biżuterię włożył do aktówki, którą zabrał ze sobą.

Pół godziny później miejsce pochówku nieszczęsnej rodziny było tak dobrze zamaskowane, że praktycznie nie odróżniało się od otoczenia. Manito kazał Bertoldowi zaprowadzić vana do zaprzyjaźnionego warsztatu. Samochód miał być tam rozebrany na części i sprzedany. Razem z Enrique pojechali za vanem, żeby zabrać po drodze Bertolda.

Po około godzinie wszyscy trzej spotkali się w salonie.

– Dobra robota, chłopaki! – zagaił Manito. – Tak jak uzgodniliśmy – ten dom, chociaż formalnie należy do mnie, będzie służył nam wszystkim, głównie jako kryjówka, ale i dla wypoczynku. Każdy z was będzie tu mógł spędzić kilka weekendów w roku. Opracujemy grafik, żeby ustalić, kto i kiedy będzie mógł z niego korzystać. Dom nas nic nie kosztował. Zwracam więc wam z powrotem wasze pieniądze.

Dał każdemu po trzysta tysięcy pesos, które wnieśli do funduszu na zakup domu. Po czym dodał:

– Wy dwaj zajmijcie się sprowadzeniem mebli z magazynów. Ja postaram się znaleźć sprzątaczkę i ogrodnika. A tutaj macie bonus za dzisiejszą robotę – powiedział, wręczając każdemu po dwadzieścia tysięcy dolarów. – Nasza baza operacyjna pozostaje ta sama co dotychczas. Tutaj służbowo będziemy się spotykali tylko na moje wyraźne polecenie. Chyba nie muszę mówić, że nikt z „rodziny” nie może się dowiedzieć o tym domu ani o tym, co się dzisiaj wydarzyło. Zalecam również dyskrecję, kiedy będziecie spędzali tutaj weekendy.

W taki to sposób dom został zaadaptowany dla potrzeb prywatnej bandy Manita. Z czasem w miasteczku zyskał nazwę La Casa del Muerto, a pośród niektórych mieszkańców La Casa del Diablo, czyli Dom Diabła.

ROZDZIAŁ 1Czwartek, 18 listopada 2010, godzina 18:00 CST

Danie smakowało przeciętnie. Mimo wysokiej ceny, stek z kością był twardy, a marchewka zbyt miękka. Frytki, które i tak nie pasowały do zestawu, były bardziej ugotowane niż usmażone.

„Powinienem znaleźć jakieś lepsze miejsce” – pomyślał Roman, krojąc twarde mięso.

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie odesłać dania do kuchni – zamawiał krwisty, a podano mu bardzo wysmażony kawałek mięsa, który w dodatku smakował jak podeszwa. Ostatecznie zdecydował, że nie zwróci dania. I tak w karcie nie widział niczego lepszego, a nie chciał zmieniać lokalu. Restauracja Baron Rojo znajdowała się w bardzo dogodnym miejscu, tuż przy wejściu do hali odlotów, nieopodal stanowisk odprawy bagażowej największych linii lotniczych, w tym KLM i Air France. Miała też wyrafinowany wystrój, a część barowa dysponowała bardzo wygodnymi fotelami.

– Jak stek? – zapytał Roman siedzącego naprzeciw Poliego. – Powinien ci smakować, bo ty lubisz takie dobrze wysmażone.

– Jest w porządku – odpowiedział, co w jego wypadku mogło oznaczać: „Da się zjeść”, jak i „Jest wspaniałe”.

Roman ostatecznie zrezygnował ze swojego dania i odłożył sztućce na talerz, na którym pozostała większość steku. Popił danie winem, aby zmienić smak w ustach. Przynajmniej chilijski merlo był smaczny i miał właściwą temperaturę. Roman spojrzał na zegarek. Pozostały mu jeszcze prawie dwie godziny do odlotu. Był już po odprawie, zostało mu tylko przejść przez stanowiska ochrony lotniska, miał więc wystarczająco czasu, by jeszcze przez chwilę posiedzieć.

– Jest jeszcze sporo czasu – powiedział do Poliego. – Nie musisz się śpieszyć. Jednak gdy skończysz, wejdę do środka. Obawiam się, że Luisa może pojawić się na lotnisku, a wolałbym uniknąć z nią spotkania.

– Skąd ona może wiedzieć, kiedy i o której odlatujesz? – spytał Poli.

– Mówiłem ci już, że przejęła moje konto mailowe na Yahoo. Oczywiście założyłem już sobie nowe, ale Air France wysłało mój bilet elektroniczny na to stare. Znając Luisę, na pewno dogrzebała się informacji i szczegółów o moim wylocie.

– Nie mogłeś przełożyć lotu na inny termin?

– Nie bardzo. Po pierwsze, byłby to niepotrzebny koszt. Po drugie, nie wiadomo, czy się pojawi, a po trzecie – gdy sprawdzałem kilka dni temu, następny dostępny lot był dopiero za osiem dni. Sam widziałeś, w jakim totalnym bałaganie zostawiłem to nowe mieszkanie; przecież dopiero dzisiaj się tam wprowadziłem. Poza tym wiesz, że nie ma tam mebli, nawet nie miałbym na czym spać. – Przypomniał sobie dziesiątki kartonów, worki z pościelą i ubraniami, które kilka godzin wcześniej zostały przywiezione do jego nowego mieszkania. – Nie, nie było takiej możliwości, abym zmienił termin lotu.

– Ciągle nie rozumiem, w jaki sposób Luisa mogła włamać się na twoje konto na Yahoo – powiedział po chwili Poli.

– Myślę, że stało się to przez moją głupotę. Wiesz, jak to jest – człowiek ma wiele różnych kont w Internecie: mailowe, bankowe, na Facebooku, na Google, na PayPalu, na portalach randkowych, a wszystko to trzeba jakoś zapamiętywać. Musisz używać jednego lub dwóch haseł, które zdołasz zawsze pamiętać, zarówno dla kont ważnych, jak i tych mniej ważnych, ale wtedy ryzykujesz, że jeśli ktoś odkryje hasło do konta mało ważnego, to może ci się włamać też na inne. Albo, i to jest jedyna możliwość, utworzysz wiele haseł, które gdzieś musisz zapisać, żeby je zapamiętać. Powiem ci, że próbowałem różnych metod, ale większość się nie sprawdziła. Najgorsze, że wiele instytucji wymaga, żebyś co jakiś czas zmieniał hasło. Tak jest w bankach, gdzie musisz zmienić hasło przynajmniej raz na rok, czy w zakładzie pracy, gdzie musisz zmieniać je co kwartał, a czasami nawet co miesiąc. Trudno jest więc to wszystko kontrolować – kontynuował Roman, pociągając co chwila łyk wina z kieliszka. – Po tym, jak kilka razy po zmianie hasła sam nie mogłem zalogować się na jakieś swoje konto, zdecydowałem się na radykalne rozwiązanie. Utworzyłem dodatkowy plik, w którym trzymam wszystkie hasła w formie zakodowanej. Kiedyś jednak zmieniając komputer, zmuszony byłem zapisać wszystkie ważne informacje na zewnętrzny dysk w formie niezakodowanej, żebym mógł je przenieść na nowy komputer. Nie pomyślałem, żeby po całej operacji usunąć z dysku plik z hasłami. Ba – westchnął Roman – zapomniałem nawet, że taki plik istnieje. Toteż gdy kiedyś Luisa poprosiła mnie, abym pożyczył jej zewnętrzny dysk, by mogła przenieść swoje dane z jednego komputera na drugi, ufnie jej go użyczyłem. Kto by pomyślał, że wśród tysięcy moich plików znajdzie ten jeden z hasłami! Spodziewałbyś się, że kobieta praktycznie będąca na twoim utrzymaniu, która mieszka z tobą i mówi ci, że cię kocha, odszuka i wykorzysta hasła, żeby włamać się na twoje konta?! – na chwilę zamilkł. – Nawet bym nie zauważył, że to zrobiła – kontynuował Roman – gdyby nie to, że zaczęła mnie wypytywać o osoby, głównie kobiety, z którymi w przeszłości korespondowałem na Yahoo. Gdy ją przycisnąłem, aby dowiedzieć się, skąd zna te nazwiska, zaczęła mętnie tłumaczyć, że jej były partner, podobno bajecznie bogaty, chciałby, żeby do niego wróciła. W tym celu wynajął kogoś, żeby włamał się na moje konto na Yahoo. Podobno miał jej wysłać pocztą wydrukowane maile z tego konta, żeby mnie zdyskredytować w jej oczach. Łatwo zrozumieć, że nie do końca jej uwierzyłem. Jednak gdy tego samego dnia chciałem zmienić hasło, okazało się, że nie mam dostępu do własnego konta. Hasło zostało zmienione przez kogoś innego i w żaden sposób nie mogłem go odzyskać. Co więcej, zmienione również zostało hasło dostępu do moich kont w polskim banku, co nie zmartwiło mnie specjalnie, bo i tak nikt nie mógł dokonać żadnej transakcji bez tokena, który przez cały czas był w moim posiadaniu. Bardziej martwiła mnie utrata dostępu do maili. Miałem tam praktycznie całą historię firmy, a wiele maili miało rangę ważnych dokumentów. Jednak muszę przyznać, że tak dalece nie byłem świadom istnienia tego pliku z hasłami, że Luisy nawet nie podejrzewałem. Zwłaszcza że gdy ją o to zapytałem, zaklinała się na życie syna, że zmiana hasła nie była jej sprawką. Którego dzisiaj mamy? – Roman zamyślił się na chwilę. – Osiemnasty listopada… A więc cała sprawa miała miejsce jakieś siedem miesięcy temu, w kwietniu.

– I ciągle nie masz dostępu do konta mailowego? – spytał Poli.

– No nie, w końcu je odzyskałem. Myślałem długo, ale w końcu przypomniałem sobie, że pożyczałem Luisie dysk z plikiem z hasłami. Zagroziłem jej, że jeśli w ciągu trzech dni nie odda mi hasła, to wyrzucę ją z domu. Oczywiście wypierała się, ale postawiłem sprawę jasno. I rzeczywiście, po trzech dniach odzyskałem dostęp do mojej poczty na Yahoo. Natomiast hasła do mojego konta bankowego nigdy mi nie oddała. Jak mówiłem, zaklinała się na wszystkie świętości, że nie miała z tym nic wspólnego, w co oczywiście trudno było mi uwierzyć. Ale co mogłem zrobić? Niestety, bank nie daje możliwości odzyskania hasła na odległość, trzeba osobiście stawić się w oddziale. Mam nadzieję, że uda mi się to załatwić zaraz po przyjeździe.

– Nadal nie rozumiem jednej rzeczy – powiedział Poli. – Jak Luisa mogła dowiedzieć się, kiedy wylatujesz z Meksyku, skoro, jak mówisz, odzyskałeś kontrolę nad swoim kontem na Yahoo już w kwietniu? Chyba nie kupowałeś biletu siedem miesięcy przed planowaną podróżą?!

–To jest właściwe pytanie! Sam je sobie zadaję – Roman zaśmiał się gorzko. – Widzisz, ona przechwyciła moje konto po raz drugi na początku października, jakieś trzy miesiące po rozstaniu się ze mną i tydzień po jej wyprowadzce. Jak to zrobiła, nie mam pojęcia. Mogę tylko zgadywać, a są dwie możliwości: albo włamała się do mojego domu – przed wyprowadzką mogła dorobić sobie klucze, albo wykorzystała jakąś dziurę w zabezpieczeniu kont na Yahoo.

– Tak czy inaczej, nie mam już dostępu do swojej poczty. Co gorsza, przejęła również moje konto na Skypie. I wiesz, co było najbardziej wkurzające w tym wszystkim? – Roman był już wyraźnie zdenerwowany przeżywaniem całej tej historii na nowo. – Że działo się to na moich oczach! Wyobraź sobie, że siedziałem przy komputerze, pisałem maila, aż tu nagle zostałem wylogowany. Pojawił mi się na ekranie komunikat, który mówił: „Zaloguj się”. A gdy próbowałem to zrobić, dostawałem komunikaty, że albo nazwa użytkownika, albo hasło są nieprawidłowe. Yahoo oferuje specjalne zabezpieczenie, które pozwala odzyskać zapomniane hasło do konta, należy tylko podać poprawne odpowiedzi na określone pytania. Powiem ci, że próbowałem wszystkiego – nic nie zadziałało. Najgorsze jest to, że gdy walczyłem z Yahoo, w międzyczasie na moich oczach zostałem wylogowany ze Skype’a. Na wypadek zapomnienia hasła wysyłają na wcześniej podany adres maila z tymczasowym hasłem. Niestety, u mnie był to mail na Yahoo. Oczywiście nie mogłem nic zrobić ze Skype’em bez dostępu do maila. Za to Luisa mogła i zrobiła – w ten sposób najprawdopodobniej przechwyciła moje konto. Wyobraź sobie, że cwaniara w pół godziny dorwała się do całej mojej korespondencji i do moich najbardziej prywatnych danych – miała dostęp do wszystkich numerów telefonicznych, kontaktów na Skypie i do wszystkich wysłanych do mnie wiadomości. Wkrótce potem dostałem sygnały, że pisała i dzwoniła do kobiet, z którymi korespondowałem w przeszłości. Ba – dodał Roman – dzwoniła nawet do mojej rodziny, wszędzie przedstawiając mnie w bardzo złym świetle.

– Dlaczego więc nie poszedłeś zgłosić tego na policję?

– Nie wiedziałem, jak mógłbym to udowodnić. Poza tym to jest Meksyk! Nie sądzę, żebym był w stanie przekonać prokuratora, by zajął się moją sprawą. Może gdybym mu dobrze zapłacił, poświęciłby mi trochę uwagi. Uznałem jednak, że gra nie jest warta świeczki. Utrata maili za pierwszym razem była szokiem, ale potem już byłem zabezpieczony. Wszystkie ważne dokumenty znajdujące się w mailach zapisałem na swoim komputerze. A dla bieżącej korespondencji po prostu pootwierałem nowe konta z nowymi zabezpieczeniami. Informacja o bilecie pozostała jednak na starym koncie. Całe szczęście, że wcześniej zapisałem bilet na dysku mojego komputera. W przeciwnym razie nawet bym nie wiedział, kiedy i o której godzinie odlatuję.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Chyba już pójdziemy – powiedział Roman, widząc, że Poli skończył swoje danie. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc w przeprowadzce i za towarzystwo – dodał, wstając od stolika. – Zostało mi jeszcze półtorej godziny, ale lepiej już chodźmy. Wolę uniknąć spotkania z Luisą.

Po raz kolejny sprawdził bilet. Dla ułatwienia sobie odprawy włożył go w środek paszportu, który następnie wsunął do kieszeni sportowej koszuli, którą miał na sobie. Udali się w kierunku wyjścia J.

***

Luisa pojawiła się nagle. Była to ładna dziewczyna, o owalnej twarzy, z czarnymi oczyma w ślicznej oprawie ciemnych rzęs i brwi. Włosy były jak zwykle zadbane, czarne tym odcieniem czerni, który może stworzyć tylko natura. Śliczna buzia i wypielęgnowane długie włosy kontrastowały z ogólnym wyglądem kobiety. Miała na sobie za krótką bluzkę, wyraźnie znoszoną i spraną. Równie niechlujnie wyglądała kolorowa spódniczka na gumce. Całość uzupełniały tandetne klapki plażowe. Zaskakujące w całym wyglądzie było jednak fantazyjne zestawienie kolorów – wyblakła zieleń bluzki gryzła się z czerwienią i żółcią spódnicy, a wszystko w żaden sposób nie pasowało do bladoróżowych klapek. Tym, co najbardziej jednak rzucało się w oczy, był goły brzuch między bluzką a spódnicą. Luisa wyraźnie chciała pokazać, że jest w ciąży. Wypinała brzuch do przodu, wyginając ramiona i głowę do tyłu. Gdy zbliżała się do Romana i Poliego, stopy stawiała na zewnątrz, przez co sprawiała wrażenie, jakby dźwigała przed sobą olbrzymi ciężar. Na prawym policzku miała siniaka. Żółte obramowanie wskazywało na to, że był to stary ślad. Roman przypomniał sobie, jak jakieś dwa tygodnie wcześniej zadzwoniła, oskarżając go i jego syna o napad w ciemnej uliczce. Podobno napastnik wyrwał jej z ręki torebkę.

– Widzę, że uciekasz, pozostawiając mnie tutaj w ciąży i ubóstwie! – powiedziała, gdy znalazła się blisko Romana. – Chyba nie potrzebujesz wsparcia, żeby ze mną porozmawiać – powiedziała, wskazując na Poliego.

– Nie będę cię dłużej zatrzymywał, Poli, dam sobie radę. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za pomoc – Roman uścisnął rękę mężczyzny. – Do zobaczenia po moim powrocie!

Poli odszedł, a Roman powoli ruszył w kierunku wejścia do sali odlotów.

– Stój! – zawołała groźnie Luisa. – Chcę z tobą porozmawiać.

– Porozmawiamy, podejdźmy tylko do bramki – odpowiedział Roman. Zatrzymał się dopiero w pobliżu krętego przejścia wyznaczonego przez taśmy, które prowadziły do bramki. Przy wejściu do przejścia stało dwóch funkcjonariuszy policji. Jedna policjantka stała tyłem do nich w odległości niewiele większej niż dwa, trzy metry.

– Nie możesz być w ciąży – powiedział Roman do Luisy. – Rozstaliśmy się pięć miesięcy temu, a wcześniej praktycznie już nie uprawialiśmy seksu.

– Jak możesz tak mówić! – zaprzeczyła. – To zdarzyło się pod koniec lipca, wtedy jeszcze sypialiśmy ze sobą – powiedziała agresywnym tonem.

Roman, mimo że wmawiała mu nieprawdę, postanowił nie zaprzeczać.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytał po chwili.

– Nie możesz mnie tu tak zostawić. Noszę przecież twoje dziecko – odpowiedziała, wskazując na brzuch. – Wiem dobrze, że wyjeżdżasz do innej kobiety! Znam te wszystkie twoje kurwy! Ja im pokażę! – agresja w tonie jej głosu wyraźnie wzrosła.

– Albo będziesz zachowywała się spokojnie, albo nie będziemy rozmawiać w ogóle – powiedział Roman. – Nie sądzę, że jesteś ze mną w ciąży, ale jeśli mogę ci w czymś pomóc, zrobię to – dodał.

Nagły, gwałtowny ruch ręki Luisy zaskoczył go całkowicie. Znienacka chwyciła kartę pokładową wystającą z jego kieszeni, wyrywając równocześnie paszport, który upadł na podłogę, i zaczęła szybko biec w kierunku drzwi wyjściowych. Roman schylił się, by podnieść paszport.

– Ta kobieta ukradła mi kartę pokładową! – zwrócił się do policjantki, wskazując na Luisę, która właśnie znikała w drzwiach prowadzących na zewnątrz.

Policjantka nadała komunikat przez krótkofalówkę. Zaniepokojony Roman obserwował policjanta, jak kilkukrotnie mówi coś do krótkofalówki. Słów nie był w stanie dosłyszeć, ale domyślił się, że Luisa została zatrzymana.

Po chwili policjantka podeszła do Romana.

– Ta pani została zatrzymana, zaraz ją tu przyprowadzą. Trzeba będzie spisać protokół, proszę ze mną na chwilę.

Roman podążył za policjantką, która poprowadziła go w kierunku dwóch innych funkcjonariuszy. Po chwili przyprowadzono Luisę. Roman zwrócił się do policjanta, który wyglądał na oficera:

– Czy odzyskaliście już moja kartę pokładową?

– Proszę o chwileczkę cierpliwości, zaraz wszystko się wyjaśni – odpowiedział.

Roman ze zdziwieniem obserwował, jak do Luisy zbliża się dwóch pielęgniarzy z noszami na kółkach i pomagają jej się na nich położyć. Następnie ruszyli w głąb korytarza, najprawdopodobniej do jakiegoś ambulatorium. Z nie mniejszym zdziwieniem Roman zauważył, że został otoczony przez sześciu policjantów.

„Co takiego mogła im naopowiadać?” – pomyślał. Poważnie już zaniepokojony zdecydował się zadzwonić do Poliego, który, miał taką nadzieję, nie powinien jeszcze zbytnio oddalić się od lotniska. Poli może zaświadczyć, że wszystko, co powiedziała Luisa policjantom, jest kłamstwem. Niestety, komórka Poliego nie odpowiadała. Roman postanowił na wszelki wypadek zadzwonić jeszcze do adwokata, ale i tu nie miał szczęścia – w słuchawce odezwał się głos automatycznej sekretarki.

– Może mi pan wreszcie powiedzieć, co się dzieje? – zwrócił się ponownie do oficera.

– Proszę czekać, wszystko niedługo się wyjaśni – oficer zdecydowanie nie chciał nic powiedzieć.

– Pozwoli pan zatem, że tylko zapiszę pański numer służbowy. Tak na wszelki wypadek, gdybym potrzebował jakichś świadków tego, co tu się wydarzyło – powiedział Roman do oficera, po czym zapisał numer w notatkach swojej komórki.

Kilka kolejnych minut upłynęło w ciszy. Mimo to grupa policjantów otaczająca wysokiego Europejczyka wzbudzała sensację na lotnisku. Praktycznie wszystkie przechodzące osoby zwracały na nich uwagę, zwalniały kroku i obserwowały. Kilka ciekawskich kobiet nawet się zatrzymało, chociaż zniechęcone przedłużającym się brakiem akcji w końcu odeszły. Po kilkunastu minutach ciszę przerwała krótkofalówka policjantki. Kobieta odeszła na stronę, żeby odebrać komunikat, jednak po chwili wróciła.

– Kobieta, która zabrała panu kartę pokładową, zaraz tu będzie i odda pańską własność – zwróciła się do Romana. – Powiedziała, że chciałaby jeszcze tylko przez chwilę z panem porozmawiać. Zabrała kartę, bo obawiała się, że nie zechce z nią pan rozmawiać.

Roman nie odpowiedział. Zauważył jednak, że na końcu korytarza pojawiła się Luisa w towarzystwie tych samych dwóch policjantów co poprzednio. Szła o własnych siłach, stopy stawiała prosto i niewiele wskazywało na to, że jest w ciąży. Dopiero widząc, że się jej przygląda, ponownie przyjęła postawę ciężarnej – wypięła brzuch do przodu, ramiona odgięła w przeciwną stronę i zaczęła stawiać stopy, rozchylając kolana na zewnątrz.

– Słyszałem, że chcesz ze mną porozmawiać – odezwał się Roman po hiszpańsku, gdy wreszcie doczłapała do niego. – Ale najpierw oddasz mi bilet, a potem będziemy rozmawiali. – Roman zauważył, że grupa otaczających go policjantów zmniejszyła się do trzech. Policjantka z krótkofalówką tkwiła tuż przy Luisie, dwóch policjantów stanęło w pewnej odległości, blokując wyjście z lotniska.

– Nie możesz mnie tak tu zostawić – powiedziała Luisa po angielsku. Tym razem mówiła bez agresji. – Potrzebuję twojej pomocy – dodała.

– Dobrze – odpowiedział Roman – pomogę ci. Skontaktuję się z tobą przez maila. A teraz oddaj mi bilet, proszę.

Luisa wyciągnęła bilet zza dekoltu. „Trzymała go za stanikiem?” – pomyślał Roman, biorąc z jej ręki wygnieciony bilet.

– Napiszę po przyjeździe – przyrzekł ponownie i nie mówiąc nic więcej, oddalił się w kierunku bramki odlotów.

ROZDZIAŁ 2Czwartek, 18 listopada 2010, godzina 20:00 CST

Luisa prowadziła samochód, płacząc z bezsilnej złości. Po awanturze na lotnisku udała się prosto do domu. Przez całą drogę próbowała się uspokoić, chociaż pamięć co rusz podsuwała jej nowe obrazy z minionych wydarzeń. Najbardziej żałowała, że nie udało jej się zniszczyć biletu Romana, bo gdy policja ją zatrzymała, nie miała już możliwości, by to zrobić. Nie mogła też przeboleć, że dała się złapać policji. Wyobrażała sobie bezsilność Romana, tkwiącego na lotnisku, podczas gdy jego samolot odlatuje. Roman najprawdopodobniej by nie odleciał. Tym bardziej nie mogła przeboleć, że musiała mu go zwrócić. Świadomość tego wpędzała ją w ponury nastrój, chociaż po pewnym czasie prowadzenia samochodu udało jej się opanować na tyle, że przestała płakać. Nie chciała, żeby jej syn Juan widział, że płakała. Na pewno zacząłby pytać, co się stało, a nie chciała mu opowiadać o spotkaniu na lotnisku.

Mimo późnej pory, tak jak przewidywała, Juan jeszcze nie spał.

– Odrobiłeś pracę domową? – zapytała.

– Tak, wszystko zrobione – odpowiedział.

– Nie masz żadnych pytań, żadnych problemów, może w czymś mogłabym ci pomóc?

– Nie sądzę, abyś była w stanie mi pomóc – odpowiedział. – Wszystko już sam rozwiązałem, dziękuję bardzo.

– Jadłeś kolację?

– Tak, pani Margarita przygotowała mi kanapki. Wyszła jakieś dziesięć minut temu. Powiedziała mi, żebym przekazał ci przeprosiny. Nie mogła czekać na twój powrót, ale podobno umówiła się z tobą, że zostanie ze mną tylko do godziny dziewiątej, a niedługo będzie dziesiąta. Gdzie tak długo byłaś? – zapytał.

– Miałam spotkanie, które się przedłużyło – odpowiedziała Luisa. – Idź się teraz umyć i połóż się spać – nakazała synowi po chwili. – Dobranoc – dodała.

– Dobranoc – odpowiedział Juan i poszedł do swojej sypialni.

Luisa usiadła przed telewizorem w fotelu, który właśnie opuścił Juan. Podniosła ze stolika pilota i wyłączyła telewizor. Ponownie zaczęła rozpamiętywać wydarzenia na lotnisku. Miała bardzo ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszył ją fakt, że przysporzyła Romanowi kłopotów. Pamiętała, z jak wielką satysfakcją obserwowała jego wściekłą minę, gdy stał w otoczeniu grupy policjantów. Wyobrażała sobie, jak bardzo byłby zły, gdyby nie mógł odlecieć. Z drugiej strony nie mogła odżałować, że dała się złapać policji. Po zatrzymaniu nie omieszkała powiedzieć policjantom, że Roman porzuca ją w ciąży, że ślady pobicia na twarzy to jego sprawka, i że miało to miejsce wczoraj. Niestety nie przewidziała, że policjanci zaprowadzą ją do ambulatorium, gdzie lekarz ją zbada. Natychmiast zresztą rozpoznał, że ślady pobicia są stare, przynajmniej sprzed dwóch tygodni. Po zbadaniu jej uznał, że prawdopodobnie w ogóle nie jest w ciąży, przynajmniej nie w piątym miesiącu, jak twierdziła. Faktu ciąży jednak lekarz nie był w stanie wykluczyć na podstawie pobieżnych badań. Najbardziej żałowała, że nie udało się jej przekonać policji co do pobicia. Wtedy Roman na pewno zostałby aresztowany. Nie zatrzymanoby go przecież za to, że wyjeżdża, pozostawiając ją w ciąży. No cóż, nie udało się. Jak tylko lekarz zakomunikował policjantom, że Luisa nie jest w ciąży, ci natychmiast zapytali, czy zabrała Romanowi bilet. Obawiając się rewizji osobistej, nie miała innego wyjścia, jak przyznać się, że go zabrała. Policjanci powiedzieli, że jeśli zwróci bilet, nie zaaresztują jej za próbę kradzieży. „To i tak dobrze się skończyło” – pomyślała. Przynajmniej udało się jej wzbudzić współczucie policjantów, lekarza i pielęgniarek swoją historią o wykorzystanej, porzuconej dziewczynie. Ta historia pomogła na tyle, że policjanci pozwolili jej porozmawiać z Romanem i nie przekazali mu informacji o tym, że udaje ciążę. Było dla niej niezwykle istotne, by Roman myślał, że jest w ciąży.

Luisa martwiła się o swoją przyszłość. Trzy miesiące, za które Roman opłacił czynsz w wynajmowanym mieszkaniu, kończyły się za sześć tygodni. Pieniędzy, które jej zostawił na życie, praktycznie już nie było. Zgodnie z umową, pod koniec grudnia musiała również zwrócić mu samochód. Jakkolwiek nie było to dla niej taką pilną sprawą – zgodnie z biletem Roman miał zamiar wrócić do Meksyku dopiero na początku lutego. Do tego czasu na pewno będzie mogła zatrzymać auto. Pytanie jednak, czy uwierzył w jej ciążę, czy przekonała go, żeby ją nadal wspierał finansowo. Jakie to szczęście, że policja solidaryzowała się z nią jako Meksykanką i nic nie wspomniała obcokrajowcowi o tym, że ciąża jest udawana.

ROZDZIAŁ 3Piątek, 19 listopada 2010, godzina 00:10 CST

Na zegarku było już po północy, kiedy Roman wreszcie ułożył się do spania. Leciał Boeingiem 747 francuskich linii lotniczych Air France. Siedzenia w klasie biznesowej rozkładały się niemal całkowicie, leżało się więc na nich jak na lekko pochylonym łóżku. Jednak pomimo wygodnego fotela, miękkiej poduszki oraz wypitej do kolacji prawie całej butelki wina i przynajmniej trzech kieliszków Grand Marnier, Roman nie mógł zasnąć. Ciągle był wzburzony wydarzeniami, które zaszły na lotnisku. Zastanawiał się, o co oskarżyła go Luisa, że policjanci trzymali go przez moment w areszcie. Cokolwiek by to nie było, udowodniono jej kłamstwo. Widząc, że raczej nie uśnie, zwiększył nieco głośność muzyki.

Lecąc samolotem, Roman zawsze słuchał muzyki. Często latał, więc dawno już odkrył, że najbardziej męczy hałas silników i szum kadłuba samolotu. Od tamtej pory zawsze latał z zatyczkami do uszu, które pozwalały zredukować hałas. Następnie na uszy zakładał słuchawki podłączone do iPoda. Mimo że obsługa samolotu wyłączyła już górne światła, Roman nałożył opaskę na oczy, żeby odizolować się od otoczenia.

Ciągle nie wiedział, co myśleć o Luisie. Poznał ją prawie cztery lata temu w bardzo nietypowy sposób. W zasadzie wszystko, co przytrafiło mu się z tą dziewczyną, było dziwne.

– Chyba nie powinienem o niej myśleć jak o dziewczynie – powiedział do siebie. Mimo że nigdy nie była zamężna, ma już trzynastoletniego syna!

Luisa była piękną kobietą. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, urzekły go jej duże czarne oczy oraz włosy, które nosiła rozpuszczone, faliście opadające na ramiona. To chyba właśnie one sprawiały, że jej uroda zwracała powszechną uwagę. Nie wyglądała na Meksykankę. Przypomniał sobie, jak to w czasie wycieczki na Saharę przynajmniej kilku tubylców zwracało się do niej słowem „araba”. Przewodnik wytłumaczył im, że tubylcy chcą przez to powiedzieć, że według nich Luisa jest Arabką z Arabii Saudyjskiej. Faktem było, że jej ojciec miał arabskie książęce korzenie, matka natomiast była Meksykanką. Luisa była w czwartym pokoleniu prawnuczką Fadi Fahes Saudiego – jednego z protoplastów współczesnej dynastii saudyjskiej, która króluje w dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jakieś sto pięćdziesiąt lat temu Fadi Saudi musiał uciekać za Atlantyk z terytorium byłego Imperium Otomańskiego, będąc poszukiwanym przez Anglików za przygotowanie w Mekce powstania wyzwoleńczego. W 1868 roku wylądował w Meksyku. Miał wówczas trzydzieści siedem lat. Ożenił się z Meksykanką Marią Sanchez Guadalajarą, a że nazwisko Saudi stanowiło wówczas zagrożenie dla rodziny, nadał wszystkim dzieciom nazwisko żony.

Luisa miała nie więcej niż sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, była szczupła i zgrabna, zawsze elegancko ubrana, przyciągała spojrzenia ludzi.

Roman przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie. Napisała do niego na randkowym portalu internetowym mexicanfriendfinder.com, zapytując, czy jako obcokrajowiec nie miałby dla niej pracy. Wtedy wydało mu się to tak absurdalne, że aż intrygujące. Nie zdziwiło go to, że na portalu randkowym znalazł ogłoszenie – mimo że była to strona płatna i wcale nietania, samo ogłoszenie można było umieścić za darmo; bez opłaty nie można było tylko odpowiadać na ogłoszenia. Toteż spotykało się tam ogłoszenia najróżniejszego rodzaju: niewinnych dziewcząt czy kobiet szukających romantycznej przygody, mężatek szukających partnerów do seksu oraz prostytutek oferujących swoje usługi. Na szczęście tych ostatnich było tam niewiele, ale się zdarzały.

Oferta Luisy, z którą Roman się zapoznał po otrzymaniu listu, była chyba jedyną w swoim rodzaju. Kobieta napisała, że poszukuje pracy w zagranicznych korporacjach. W ogłoszeniu znajdował się też krótki życiorys i informacja, że biegle mówi po angielsku. Zdjęcia nie zamieściła. Roman zazwyczaj nie odpowiadał na oferty bez fotografii, tym razem jednak postanowił zrobić wyjątek. Odpisał jej więc, że mógłby mieć dla niej pracę i zaproponował spotkanie w japońskiej restauracji usytuowanej naprzeciw jego domu. Przyszedł kilka minut wcześniej i usiadł w ogródku przy ulicy tak, żeby widzieć przechodzące obok i wchodzące do środka osoby. Zastanawiał się, jak może wyglądać kobieta, która szuka pracy tam, gdzie inni poszukują romansu, przyjaźni lub seksu. Zastanawiał się też, czy będzie w stanie rozpoznać ją pośród przechodniów na ulicy. A w miarę jak zbliżała się godzina spotkania, zastanawiał się, czy w ogóle przyjdzie.

W pewnym momencie z odległości kilkunastu metrów wypatrzył atrakcyjną kobiecą sylwetkę. Szybko ocenił, że jest młoda, bardzo ładna i dobrze ubrana, poruszała się też z gracją i pewną elegancją. Nie mając pojęcia, jak wygląda ta, na którą czekał, żarliwie życzył sobie, żeby to była ona. I rzeczywiście, nie pomylił się. A ponieważ powiedział Luisie wcześniej, przy którym stoliku będzie siedział, wiedział, że kobieta jest na pewno nią – zaraz od wejścia skierowała się w jego stronę. Minę miała poważną i widać było, że ma tremę. Roman wstał, przywitał się i przedstawił, następnie zaproponował, żeby weszli do środka, gdzie powinno być ciszej niż w ogródku, co pozwoli im bez przeszkód porozmawiać.

Restauracja była znana z wyśmienitej japońskiej kuchni. Praktycznie o każdej porze dnia widziało się w niej Japończyków, co dobrze świadczyło o szefie kuchni. Roman bardzo lubił tę restaurację, głównie ze względu na sushi, które oferowała. Był smakoszem surowej ryby, a że restauracja była położona tuż przy jego domu, szybko stał się jej częstym gościem. Na szczęście okazało się, że Luisa również lubiła sushi. Zamówił więc typowy dla siebie zestaw, na który składało się sashimi z różnymi gatunkami ryb i porcją kawioru oraz czterech rolek kapa maki, wszystko z dodatkiem dużej ilości wasabi oraz półlitrową karafkę sake. Podana porcja zawierała trzydzieści dwa kawałki. Roman poprosił zatem kelnera, aby kucharz pokroił każdą na osiem części. W ten sposób Luisa i Roman mogli przygotować swoje własne sushi, kładąc wybrany kawałek ryby na kapa maki, doprawiając to odpowiednio wasabi. Tak przygotowane sushi różniły się od tych z menu tym, że zawierały tylko niewielką ilość ryżu z kawałkiem surowego ogórka w środku, które pochodziły z kapa maki. Roman wiedział od znajomych, którym zaprezentował swój sposób na sushi, że wszystkim bardzo smakowało. Musiało również smakować Luisie, bo zjadła prawie całą porcję.

Rozmowa toczyła się na różne tematy. Roman zaproponował, żeby dyskusję o pracy przełożyć na czas po kolacji. Mówili głównie o Luisie. Roman wypytywał ją, jakiej pracy szuka oraz jakie ma kwalifikacje. Nie skomentował tego, że szuka pracy w tak dziwny sposób. Zapytał ją jednak, czy ma męża i czy zapisując się na tę stronę, nie rozważała możliwości, że może kogoś poznać. Odpowiedziała mu, że musi szybko znaleźć pracę, i to jest ważniejsze niż nawiązywanie kontaktów osobistych. To nie jest dla niej odpowiednia pora.

Po kolacji Roman zaprosił ją do swojego mieszkania. Był to luksusowy apartament na najwyższym piętrze budynku. Jedna ze ścian była prawie całkowicie przeszklona, dzięki czemu miał niesamowity widok na okolicę. Do mieszkania wchodziło się bezpośrednio z windy, skąd przez krótki korytarzyk oświetlony przez dwa okna z witrażami przechodziło się do salonu. Już od wejścia Roman zauważył, że Luisa była pod wrażeniem uroku mieszkania. Salon był ogromny, z kominkiem usytuowanym centralnie. Na ścianach wisiały obrazy znanych meksykańskich malarzy. W jednym rogu pokoju stały eleganckie czarne skórzane kanapy, z ciężkim skórzanym klubowym fotelem do kompletu. Tworzyły przestrzeń, którą wyłożono grubym perskim dywanem, z eleganckim czarnym stolikiem pośrodku. Kanapy były nieco oddalone od ścian. Za nimi stał wąski marmurowy stolik, sięgający do wysokości oparcia, służący jako bar. Stały na nim liczne butelki z dozownikami, pudełka cygar i urządzenia barowe. Obok, w rogu, znajdował się duży klasyczny zegar z wahadłem w kolorze złota. Po przeciwnej stronie znajdowała się jadalnia z dużym czarnym stołem i ośmioma eleganckimi krzesłami. Stał tam również szeroki kredens, wypełniony kryształowymi kieliszkami i szklankami, elegancką porcelaną, zestawami do kawy i tym podobne. Wzdłuż przeszklonej ściany ustawiono różne rośliny w kolorowych, eleganckich donicach. W mieszkaniu znajdowało się też mnóstwo bibelotów. Wyposażenie dopełniały kunsztowne lampy i wzorzyste perskie dywany. Wszystko to zostało dobrane z ogromną pieczołowitością i gustem. Zachwycona salonem Luisa poprosiła o pokazanie reszty mieszkania. Roman chętnie ją oprowadził. Na drugim końcu korytarza były dwie sypialnie oraz mała sala gimnastyczna między nimi. Sala była dobrze wyposażona w sprzęt do ćwiczeń. Był tam również duży odbiornik TV. Pośrodku, w ścianie naprzeciw wejścia, znajdowała się wnęka, w której umieszczono ogromne jacuzzi. W jednej ze ścian okalających jacuzzi znajdowały się szare metalowe drzwi z oknem, a w drugiej – drewniane, wykonane z wąskich deseczek w jasnym kolorze. Za tymi drzwiami znajdowały się sauny – mokra i sucha. Mieszkanie miało dwie sypialnie, każda z garderobą i łazienką. Roman pokazał Luisie tylko sypialnię dla gości.

Po zwiedzeniu mieszkania Roman podał kawę w salonie. Przez chwilę obserwował Luisę w milczeniu. Sprawiała wrażenie skupionej, ale nie była skrępowana. W jej zachowaniu i ruchach widać było pewną swobodę, która cechuje ludzi obytych towarzysko. Żadnej sztuczności, żadnego skrępowania. Ta kobieta go coraz bardziej intrygowała.

– Proszę mi powiedzieć, jakiej pracy pani szuka? – zapytał w końcu.

– W usługach importowo-eksportowych – odpowiedziała.

– A na jakim stanowisku?

– Od szeregowego agenta po dyrektora.

– Całkiem duża rozpiętość – zauważył.

– Oczywiście wolałabym stanowisko dyrektora – uśmiechnęła się uroczo. – W mojej ostatniej pracy kontrolowałam import koksu naftowego. Zna pan zapewne dużą meksykańską firmę Pemex? Należą do niej wszystkie stacje benzynowe. Ale może pan nie wie, że jest to przedsiębiorstwo państwowe, które jako jedyne ma konstytucyjnie zagwarantowane prawo do poszukiwania, wydobycia, rafinowania, dostarczania na rynek wewnętrzny i eksportowania ropy naftowej oraz produktów pochodnych. Tak się jednak składa, że Pemex, który jest potęgą w wydobyciu ropy, praktycznie nie posiada rafinerii. Nasza ropa jest więc wywożona do Stanów Zjednoczonych, gdzie jest przetwarzana i wraca w postaci gotowych produktów. Jednym z produktów ubocznych rafinowania ropy jest właśnie koks naftowy. Używa się go między innymi jako paliwa w elektrowniach. Przewozi się go masowcami, które dobijają głównie do dwóch meksykańskich portów – Veracruz i Tampico. Moją rolą było zarządzanie tym transportem, a ściślej, optymalizacja całego ruchu.

– Imponujące! – powiedział Roman z nieukrywanym podziwem. – Jest pani taka młoda, musiało to być dla pani bardzo wyczerpujące zajęcie.

– Nie było łatwo – zgodziła się – ale poradziłam sobie. Teraz jednak jestem gotowa podjąć się mniej ambitnej pracy, jeśli nic lepszego się nie trafi.

– Tak – powiedział Roman z ociąganiem. – Muszę się przyznać, że chyba źle zrozumiałem pani list dotyczący pracy. Wyobrażałem sobie panią jako osobę będącą w desperackiej potrzebie podjęcia się jakiegokolwiek zajęcia, a że mam do przetłumaczenia z angielskiego na hiszpański kilka stron, pomyślałem sobie, że mógłbym zlecić to właśnie pani. Niestety, mój interes nie ma nic wspólnego ani z importem, ani z eksportem. Więc jeśli jest pani w pilnej potrzebie jakichkolwiek zarobków, to służę moją propozycją. Nie sądzę jednak, żeby moje zlecenia zajęły pani więcej niż miesiąc, najwyżej sześć tygodni.

– Dziękuję bardzo – odpowiedziała Luisa. – Może skorzystam.

Dalej rozmowa zeszła na tematy bardziej ogólne. Mimo późnej pory Luisa nie spieszyła się z wyjściem. Rozmawiali między innymi o miejscach, które oboje znali w Stanach Zjednoczonych. Luisa opowiedziała Romanowi wiele bardzo interesujących rzeczy o Meksyku. Jej wiedza o tym kraju wydawała się ogromna, więc rzeczywiście miała o czym mówić. Opowiadała na tyle ciekawie, że Roman zdał sobie sprawę z upływającego czasu dopiero wtedy, gdy zegar wybił godzinę drugą. Gong zegara zaalarmował również Luisę.

– Och, przepraszam! – powiedziała nieco zmieszana. – Muszę już uciekać! Nie zdawałam sobie sprawy, że jest już tak późno.

Roman odprowadził ją do samochodu. Gdy otworzyła drzwi i odwróciła się twarzą do niego, by wypowiedzieć słowa pożegnania, nie mógł się oprzeć pokusie, żeby ją pocałować. Powoli zbliżył usta do jej warg. Nie odsunęła się. Całował z początku nieśmiało, a czując, że kobieta odwzajemnia pocałunek, objął ją ramionami i przytulił do siebie. Było to cudowne doznanie, które ogarnęło całe ciało i eksplodowało natychmiastową erekcją. Całował więc namiętnie, czując w ramionach drobną, uległą osobę. Zaskoczyło go to, jak bardzo zapragnął tej kobiety, jak nagle stała się dla niego kimś bliskim, komu chciałby oddać i serce, i duszę. Pozwolił jej jednak odjechać.

Tej nocy długo nie mógł usnąć. Czuł się zauroczony tą kobietą. W myślach próbował ją określić w kilku słowach. Zdecydowanie miała ujmujący sposób bycia. Ponadto była bardzo miła, inteligentna, elegancka, opanowana, kontrolująca siebie. Poza tym była bardzo ładna i bardzo zgrabna. Zaskoczony i zaniepokojony wrażeniem, jakie na nim zrobiła, postanowił dać sobie trochę czasu na otrzeźwienie i skontaktować się z nią dopiero za kilka dni. „A może to ona zadzwoni do mnie pierwsza?” – pomyślał. Długo jednak nie wytrzymał – zadzwonił już następnego dnia wieczorem i zaproponował wyjście na kawę. Było mu bardzo miło, gdy Luisa przyjęła zaproszenie.

***

Randka była bardzo udana. Luisa przyszła ubrana w elegancki beżowy kostium. Spódnica kończyła się powyżej kolan. Spod rozpiętego żakietu widoczna była biała bluzka z częściowo przezroczystego materiału, która podkreślała ładny biust Luisy. Przez bluzkę uwidaczniał się zarys białego stanika. W uszach miała srebrne kolczyki w kształcie niewielkich kręgów, zakończone małą kuleczką. Strój uzupełniały eleganckie buty na szpilce, z cienkim paskiem zapiętym powyżej kostki i z odkrytymi palcami stóp. Wysoki obcas czynił ją wyższą o jakieś piętnaście centymetrów. Romana zdziwił oryginalny kształt buta, który przypominał węża owijającego się dookoła stopy. Kobieta wyglądała urzekająco. Wrażenie spotęgowało się jeszcze bardziej, gdy zdjęła żakiet i powiesiła go na oparciu krzesła. Biała bluzka ukazała się w całości. Miała koronkowe rękawy zakończone szerokim mankietem, który sięgał do połowy przedramienia i był uszyty z tego samego przezroczystego materiału co przód bluzki. Biel bluzki stanowiła idealne tło dla jej włosów. Długie, czarne, faliście opadające na ramiona prezentowały się wyjątkowo ładnie, kontrastując z białym kolorem. Wyglądała o wiele młodziej niż poprzedniego dnia. Oczy miała podkreślone bardzo dyskretnie czarnym tuszem, bez użycia jakichkolwiek cieni, usta natomiast pociągnęła delikatnie szminką w kolorze jasnego różu. Luisa była piękną kobietą, to nie ulegało wątpliwości.

Wieczór zaczął się od aperitifu, a skończył kolacją w restauracji Pujol, uznanej za jedną z pięćdziesięciu najlepszych restauracji świata. Niemal od razu i bez zbędnych ceregieli przeszli na ty. Luisa była znakomitą rozmówczynią. Powiedziała Romanowi, że ma trzydzieści osiem lat oraz trzynastoletniego syna, którego wychowuje samotnie – chociaż ma pomoc dochodzącej gosposi. Syn nie ma kontaktu z ojcem i nosi jej nazwisko. Sama nigdy nie była zamężna, jakkolwiek przez ostatnich sześć lat żyła w stałym związku, który skończył się około roku wcześniej. Roman zaś powiedział jej, że mieszka w Meksyku od trzech lat i prowadzi tutaj interesy. Powiedział jej również, że ma pięćdziesiąt dziewięć lat, dwoje dorosłych dzieci i jest rozwiedziony już od dziesięciu lat.

W sumie był to bardzo udany wieczór. Luisa była otwarta i sporo mówiła o sobie. Romana po raz kolejny urzekła jej inteligencja – zdecydowanie była bardzo mądrą kobietą.

***

Od tego dnia życie jakby przyspieszyło. Przez kolejny tydzień spotykali się codziennie. W sobotę zaprosił ją do siebie na obiad. Menu przygotował z rozmachem, chciał, żeby obiad zachwycił ją tak bardzo, jak ona urzekła jego. Na początek zdecydował się podać pesto ze świeżą bazylią i piniowymi orzeszkami. Później zamierzał zaserwować sałatę boston z pikantnym dressingiem ze świeżych malin, a jako danie główne beef wellington, czyli polędwicę wołową obłożoną farszem z prawdziwków i podgrzybków i upieczoną w otoczce z ciasta francuskiego. Na deser natomiast zamierzał przygotować tiramisu.

Mimo że obiad był zaplanowany na godzinę siódmą, na przygotowywaniu składników i gotowaniu Roman spędził praktycznie cały dzień. Przede wszystkim poszedł na rynek, żeby kupić świeże grzyby. Zawsze zadziwiał go fakt, że w kraju tak odległym od Europy można kupić swojskie grzyby. Nigdy przedtem nie widział takiej ilości rydzów, kurek, koźlaków, podgrzybków i prawdziwków w jednym miejscu. Co więcej, grzyby były zdrowe, zupełnie nietknięte przez robaki.

Roman uwielbiał grzyby, toteż zawsze z utęsknieniem czekał na początek sezonu. W sumie co roku kupował około czterdziestu kilogramów prawdziwków, z których część konsumował, a resztę suszył. Przynajmniej dwa razy w tygodniu objadał się rydzami smażonymi na maśle lub kurkami w śmietanie. Kilka słoików kurek konserwował w klarowanym maśle, które sam przyrządzał.

Tym razem jednak kupił tylko kilogram prawdziwków oraz kilogram koźlaków. Bazylię kupił żywą, w doniczce – miał w ten sposób zagwarantowaną zupełną świeżość. Dokupił jeszcze świeży czosnek do pesto oraz bukiet czerwonych róż, by przyozdobić stół, a w drodze powrotnej do domu w supermarkecie kupił mascarpone, biszkopty oraz jajka do tiramisu, zieloną sałatę, włoski makaron, polędwicę wołową i mrożone ciasto francuskie. Inne produkty, również maliny, miał już w domu, dokupił więc tylko butelkę Châteauneuf-du-Pape oraz butelkę chilijskiego chardonnay.

Po powrocie z zakupów Roman od razu zabrał się za gotowanie. W pierwszej kolejności przyrządził tiramisu, ponieważ deser ten wymagał chłodzenia w lodówce przynajmniej przez kilka godzin. Następnie przygotował z grzybów farsz i odstawił go, aby ostygł. W międzyczasie zrobił pesto. Ponieważ wyszło go więcej, część wlał do pojemnika i wstawił do zamrażalnika do wykorzystania później.

Na godzinę przed przybyciem Luisy wszystko było już gotowe – stół nakryty, polędwica czekała w lodówce na włożenie do piekarnika, zielona sałata leżała na półmisku i wymagała tylko polania sosem, który gotowy czekał w słoiku obok, a do pesto należało tylko jeszcze ugotować świeży makaron. Białe wino chłodziło się w lodówce, a czerwone odpoczywało w dekanterze. Roman był już wykąpany i ogolony. Na tę okazję założył brązowe sztruksowe spodnie i szarozieloną koszulę polo, na nogi zaś eleganckie brązowe mokasyny.

Gdy do siódmej pozostało już tylko pół godziny, Roman jeszcze raz spojrzał na stół, by upewnić się, czy przypadkiem o czymś nie zapomniał.

– Ach tak, kwiaty! – Przeniósł róże ze stolika w salonie na stół w jadalni. – Teraz już na pewno wszystko jest gotowe! – Puścił nastrojową muzykę i czekał.

Luisa przybyła prawie punktualnie. Było kilka minut po siódmej, gdy zadzwoniła do bramy wejściowej. Otworzył jej drzwi do mieszkania, gdy tylko usłyszał zatrzymującą się windę. Weszła, piękna jak zawsze. Miała na sobie szykowną krótką czarną sukienkę bez rękawów. Suknia była uszyta z materiału w srebrzyste abstrakcyjne kwiaty, której góra była wykończona przezroczystym czarnym materiałem o podobnym deseniu. Na nogi włożyła wysokie koturny ze skórzanymi, wąskimi, czarno-srebrnymi paskami, zapiętymi powyżej kostki, co podkreślało jej zgrabne nogi.