Apteka marzeń - Natasza Socha - ebook + książka

Apteka marzeń ebook

Natasza Socha

4,7

Opis

Człowiekowi wydaje się, że jest odporny na śmierć. Że jest objęty ochroną, chociaż inni przecież umierają. Pędzimy samochodami, skaczemy ze spadochronami, balansujemy na granicy życia, a jednak nigdy nic złego się nie dzieje. Nie patrzymy na śmierć z pokorą, bo przecież nas samych ona nie dotyczy.

Człowiek staje się dorosły nie wtedy, gdy ubrania robią się dla niego za ciasne, ale gdy wyrasta z własnego egoizmu.

 

Ola i Karolina poznają się w nietypowym miejscu, w nietypowej sytuacji. Dzieli je dziesięć lat różnicy, co w przypadku dziecka i nastolatki jest przepaścią. Znajdują jednak wspólny język i pokazują, że nawet w najgorszych okolicznościach można myśleć o innych. Ola istnieje naprawdę, postać Karoliny łączy w sobie doświadczenia wielu nastolatek, którym życie podstawiło nogę.

 

Ta historia ma dwa zakończenia – dobre i gorsze, bo tak działa prawo równowagi w przyrodzie.

 

To opowieść o skrajnych emocjach, potędze matczynej miłości, sile, jaką daje rodzina. O wielkiej aptece z marzeniami, które można dostać bez recepty. I o zwyczajnych, lecz niezwykłych bohaterach, którzy mierzą się z nieustępliwym pytaniem: kto ukradł im zwyczajne życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Au­tor: Na­ta­sza So­cha

Re­dak­cja: Jo­an­na Ma­chaj­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Anna Jam­róz

Zdję­cie au­tor­ki: Naj­ka Pho­to­gra­phy, www.naj­ka.pl

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor pro­jek­tu: Agniesz­ka Fi­las

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Na­ta­sza So­cha

© Co­py­ri­ght for this edi­tion Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-141-7

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla Oli Gref

Ta hi­sto­ria wy­da­rzy­ła się na­praw­dę.

To opo­wieść o mat­ce, któ­ra nie pod­da­ła się do sa­me­go koń­ca.

I o dziew­czyn­ce, któ­rej le­ka­rze da­wa­li dwa­na­ście pro­cent szans na prze­ży­cie.

O le­ka­rzach, sio­strach i pie­lę­gniar­kach. O psie, cho­ciaż ten praw­dzi­wy miał nie­co ina­czej na imię i chy­ba był sucz­ką.

O płyt­kach krwi i nie­do­brych ko­mór­kach.

O Ka­ro­li­nie, któ­rą wy­my­śli­łam, choć, jak się oka­zu­je, nie do koń­ca.

O ma­rze­niach za­mknię­tych w czer­wo­nych ba­lo­ni­kach.

I o Dru­ży­nie Szpi­ku, któ­ra roz­dzie­la kro­plów­ki ży­cia.

MAG­DA­LE­NA

Szó­sty zmysł, któ­re­go za­bra­kło

Są mie­sią­ce, któ­re ko­cha się mi­ło­ścią szcze­gól­ną. Taki maj na przy­kład. Zie­leń aż razi w oczy, słoń­ce flir­tu­je ze skó­rą i pach­nie za­po­wie­dzią jesz­cze cie­plej­szych dni. Krze­wy bzu bez­wstyd­nie wy­dzie­la­ją in­ten­syw­ny za­pach, od któ­re­go aż krę­ci się w gło­wie i któ­ry tyl­ko kon­wa­lie po­tra­fią prze­bić.

Kie­dy ku­po­wa­łam ostat­nio bu­kie­cik u star­szej pani, przy­zna­łam się, że za­wsze je sta­wiam koło łóż­ka w sy­pial­ni, choć wiem, że są tru­ją­ce.

– Co jest tru­ją­ce? – spy­ta­ła groź­nie bab­cia.

– No, kon­wa­lie – od­po­wie­dzia­łam nie­pew­nie.

– To pro­szę ich nie jeść.

Przy­sta­ję na mo­ment w par­ku i za­my­kam oczy. Ła­pa­nie chwil ma w so­bie ja­kąś ma­gię. Coś, co trwa wiecz­nie, z cza­sem za­czy­na nu­dzić, dla­te­go tak pięk­ne w ży­ciu są po­je­dyn­cze mo­men­ty. Gdy­by się jesz­cze dało za­mknąć je w sło­iku i oglą­dać za­wsze wte­dy, gdy aku­rat bra­ku­je wspar­cia… Gdy za­miast słoń­ca chlu­pie w bu­tach. Albo gdy pta­szek wy­padł z gniaz­da.

– Boli – mówi Ola i cią­gnie mnie za rękę.

Moja mała, nie­speł­na dwu­let­nia cór­ka stoi po­chy­lo­na i wska­zu­je na ptasz­ka pal­cem. Ra­czej nic go już nie boli, ale prze­cież nie mo­że­my go tak tu zo­sta­wić. Za­wi­jam więc pta­sie tru­cheł­ko w chu­s­tecz­kę, sta­ra­jąc się na nie nie pa­trzeć (dzie­ci ja­koś nie mają z tym pro­ble­mu), a po­tem ra­zem ko­pie­my do­łek i za­sy­pu­je­my ptasz­ka zie­mią. Pa­mię­tam, jak kie­dyś w dzie­ciń­stwie w po­dob­ny spo­sób chcia­łam po­cho­wać zwło­ki dżdżo­wni­cy, ale moja mama nie po­ko­na­ła wła­sne­go obrzy­dze­nia i oznaj­mi­ła, że dżdżow­ni­ca nie bę­dzie mieć po­grze­bu.

Chy­ba by­łam za­wie­dzio­na.

– Boli – mówi zno­wu Ola.

– On te­raz śpi i pew­nie nie­wie­le czu­je.

– Ale mnie boli.

– Brzu­szek?

Mała wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Nóż­ki?

– Też.

Pa­trzę na nią w mil­cze­niu. Ola od ja­kie­goś cza­su szyb­ko się mę­czy. Spa­ce­ry nie spra­wia­ją jej już ta­kiej przy­jem­no­ści, na­wet je­śli to­wa­rzy­szy im smak i za­pach lo­dów tru­skaw­ko­wych. A wszyst­kie po­my­sły na wspól­ne za­ba­wy koń­czą się tak samo…

stem­plo­wa­nie na pa­pie­rze

od­ry­so­wy­wa­nie wzo­rów

ma­lo­wa­nie na ga­ze­cie

ry­so­wa­nie kre­dą na ciem­nym pa­pie­rze

ukła­da­nie kom­po­zy­cji ze sznur­ka i ko­lo­ro­wych włó­czek

ko­lo­ro­wa wy­dzie­ran­ka

za­ba­wy z pla­ste­li­ną

– Nie chcę – po­wta­rza Ola, a jej usta wy­gi­na­ją się w pod­ków­kę.

Klę­kam wte­dy przed nią, po­cie­ram no­sek i pa­trzę pro­sto w oczy. I Ola też pa­trzy, ale nie chce już ani ko­lo­ro­wej wy­dzie­ran­ki, ani pla­ste­li­ny, ani na­wet ma­lo­wa­nia bez pę­dzel­ka, całą sobą, rę­ka­mi, no­ga­mi i brzu­chem. Stoi tyl­ko, taka mil­czą­ca i nie­obec­na.

Nie lu­bię po­czu­cia bez­rad­no­ści. Zwłasz­cza wo­bec dziec­ka, któ­re naj­wy­raź­niej cze­ka, aż roz­wią­żę jego małe dy­le­ma­ty i znaj­dę spo­sób, by zno­wu chcia­ło mu się śmiać.

– Przy­nieś ka­mycz­ki, tro­chę list­ków, pa­ty­ki, to po­ba­wi­my się w sklep – pró­bu­ję da­lej. Dziec­ko nie bę­dzie smut­ne i apa­tycz­ne w nie­skoń­czo­ność, po pro­stu cza­sem wy­ła­do­wu­ją mu się ba­te­rie. Trze­ba po­cze­kać, po­sie­dzieć na ław­ce, po­ma­so­wać plec­ki i ku­po­wać ka­my­ki, zu­peł­nie jak­by to były owo­ce.

– Trzy jabł­ka, dwie grusz­ki i dwie śliw­ki po­pro­szę – mó­wię sta­now­czym to­nem i Ola w koń­cu się śmie­je, po­da­jąc mi wszyst­kie ka­my­ki, li­stecz­ki, a na­wet dwa śli­ma­ki, któ­re aku­rat spa­ce­ro­wa­ły po ław­ce.

– Bar­dzo pa­nią prze­pra­szam, ale ta śliw­ka się ru­sza.

Ola chi­cho­cze.

– To nie śliw­ka.

Marsz­czę brwi.

– Ma pani ra­cję, to śli­mak! Śliw­ka-śli­mak, nic dziw­ne­go, że odro­bi­nę się po­my­li­łam. Czy on jest ja­dal­ny?

– Nie!

– A ma ja­kieś imię?

– Mati.

– Tak jak twój brat?

Ola kiwa gło­wą.

– To weź­my Ma­tie­go do domu i przed­staw­my mu jego imien­ni­ka. A po dro­dze zje­my jesz­cze lody. Ma­tie­mu też damy, żeby nie czuł się gor­szy – pusz­czam oko do có­recz­ki i jed­no­cze­śnie my­ślę, że to bar­dzo smut­ne być na przy­kład ta­kim li­sto­pa­dem. Czy ktoś w ogó­le ko­cha taki mie­siąc? Bez lo­dów, śli­ma­ków i słoń­ca? Kie­dy chlu­pie, wie­je i pach­nie smut­kiem? Z dru­giej stro­ny to chy­ba głu­pie ob­ra­żać się na mie­sią­ce. To nie ich wina, że przy­ro­da wy­bra­ła im taką, a nie inną opra­wę.

Pod wiel­kim drze­wem stoi gru­pa star­szych ko­biet i śpie­wa pio­sen­ki. Ot tak, po pro­stu. Za­miast sie­dzieć na ław­kach i kar­mić go­łę­bie, za­miast ma­chać dru­ta­mi lub czy­tać ja­kieś ko­lo­ro­we pi­sem­ka, sto­ją i śpie­wa­ją. Si­piń­ską i chy­ba Czer­wo­ne Gi­ta­ry. I Skal­dów, za któ­ry­mi ja­koś nie prze­pa­dam. Trzę­są­cy się pan z wiel­ką grzy­wą, śpie­wa­ją­cy o tym, jak go­nić kró­licz­ka, za­wsze mnie prze­ra­żał. Ale w wy­ko­na­niu tych star­szych ko­biet brzmi to na­wet za­dzior­nie. Uśmie­cham się pod no­sem i pro­po­nu­ję Oli, że­by­śmy też ra­zem coś za­nu­ci­ły. Krę­ci prze­czą­co gło­wą, więc po­sta­na­wiam za­śpie­wać sama. Czy ja znam ja­kąś pio­sen­kę o śli­ma­ku?

Sie­dział w tra­wie w wy­so­kim ogro­dzie,po­ziom­ko­wy na obiad jadł krem,oran­ża­dę z kon­wa­lii pił co dzień,a na de­ser, jak Fran­cuz, jadł ser.

(Fa­sol­ki, Ko­le­ga śli­mak)

Był po­czą­tek maja. Jed­na z le­gend mówi, że po­dob­no to właś­nie w tym mie­sią­cu na­stą­pi­ło stwo­rze­nie świa­ta. Cie­ka­we, czy wte­dy też pach­nia­ło bzem?

Na­stęp­ne­go dnia cią­gle jesz­cze był po­czą­tek maja. A do­kład­nie pią­te­go. Rok dwa ty­sią­ce czwar­ty. Data, któ­ry wy­pa­li­ła zna­mię nie­mal na każ­dej czę­ści mo­je­go cia­ła. Jesz­cze wczo­raj świe­ci­ło słoń­ce. Jesz­cze wczo­raj owo­ce mia­ły smak, a kawę pi­łam z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią, choć tak na­praw­dę to wca­le za nią nie prze­pa­dam.

Kto ukradł zwy­czaj­ne ży­cie?

Kto zde­cy­do­wał, że nie wol­no mi już bez­tro­sko pić kawy i cie­szyć się sma­kiem tru­ska­wek?

Chy­ba każ­dy zna to uczu­cie, kie­dy naj­chęt­niej scho­wał­by się pod koł­drą i uda­wał, że go nie ma? Ola jest dzi­siaj zno­wu taka mę­czą­ca. Apa­tycz­na, ma­rud­na, bez chę­ci na co­kol­wiek. Od kil­ku dni chce ko­niecz­nie ze mną spać i cią­gle każe so­bie ma­so­wać plec­ki. Oczy­wi­ście, że to ro­bię, ma­su­ję, głasz­czę i przy­tu­lam, ale cza­sem je­stem tro­chę zła. Czy mat­kom wol­no się zło­ścić na swo­je dzie­ci?

– Oluś, zmy­kaj do sie­bie – szep­czę jej do ucha, ale ona nie chce. Wtu­la się we mnie jesz­cze bar­dziej i po­pi­sku­je.

Był kie­dyś taki film Szó­sty zmysł. Kie­dy oglą­dasz go po raz dru­gi, to już wiesz, o co cho­dzi, a ko­lej­ne sce­ny ro­zu­miesz wy­jąt­ko­wo do­brze. Wiesz, że głów­ny bo­ha­ter nie żyje i dla­te­go to, co było wcze­śniej, ukła­da się w lo­gicz­ną ca­łość. Ale kie­dy wi­dzisz film po raz pierw­szy, je­steś śle­pa. Nie sły­szysz żad­nych nie­do­mó­wień, nie do­pa­tru­jesz się pod­stę­pu, nie za­sta­na­wiasz się na­wet, że może cho­dzić o coś zu­peł­nie in­ne­go. Po co zwra­cać uwa­gę na szcze­gó­ły, sko­ro cały prze­kaz jest sto­sun­ko­wo pro­sty?

Kie­dy Ola po­wie­dzia­ła mi, że nie chce jej się cho­dzić i że mam ją cały czas no­sić na rę­kach, po­je­cha­li­śmy dla świę­te­go spo­ko­ju do le­ka­rza. Po­na­ci­skał jej brzu­szek, osłu­chał, obej­rzał z każ­dej stro­ny i stwier­dził, że to wą­tro­ba. Chy­ba.

– Jest tro­chę po­więk­szo­na, może po tej stro­nie leży przy­czy­na. Zrób­cie ma­łej USG i bę­dzie­cie mieć pew­ność. Cza­sem, kie­dy dziec­ko ro­śnie, bolą je róż­ne rze­czy. Ko­ści, mię­śnie, sta­wy. To nor­mal­ne, ale sprawdź­cie to.

Ilu z nas spraw­dza?

Kto bie­gnie z każ­dym bó­lem do le­ka­rza?

Pią­te­go maja. Ter­min pry­wat­nej wi­zy­ty. Słoń­ce wsta­ło o czwar­tej pięć­dzie­siąt czte­ry. Imie­ni­ny Go­tar­da, Wal­de­ma­ra, ale też Anio­ła… Iro­nia losu. Swo­ją dro­gą nie mia­łam po­ję­cia, że Anioł to imię. Ra­czej… za­wód? A czy anioł pi­sa­ny małą li­te­rą też ma swo­je imię, czy po pro­stu do­pi­su­je mu się wiel­ką i w ten spo­sób zo­sta­je na­zwa­ny?

W ra­diu po­wie­dzie­li, że dzi­siaj ob­cho­dzi­my bar­dzo nie­ty­po­we świę­ta. Mię­dzy­na­ro­do­wy Dzień Po­łoż­ni­ka oraz Dzień Wal­ki z Dys­kry­mi­na­cją Osób Nie­peł­no­spraw­nych. I jesz­cze, że bę­dzie bar­dzo go­rą­co. To z jed­nej stro­ny do­brze, ale z dru­giej tak so­bie, bo po­dob­no „je­śli w maju desz­cze na dwo­rze, to je­sie­nią chleb w ko­mo­rze”. Nie wiem, cze­mu to za­pa­mię­ta­łam, ale wy­da­je mi się, że z tego dnia pa­mię­tam każ­dy szcze­gół. Dźwię­ki uli­cy, do­tyk słoń­ca, Olę, któ­ra pra­wie w ogó­le się nie od­zy­wa, mo­je­go męża, któ­ry nuci coś pod no­sem i Ma­te­usza, któ­ry upie­ra się, że nie bę­dzie je­chał z nami na wi­zy­tę.

– Od­staw­cie mnie od razu do bab­ci, to zjem wię­cej cia­sta. – Ob­li­zu­je ła­ko­mie usta. – I lo­dów – do­da­je, pusz­cza­jąc do nas oko. Mój syn ma w swo­im ży­ciu trzy pa­sje – sa­mo­cho­dy, fla­gi i je­dze­nie lo­dów. Albo w ogó­le sło­dy­czy.

Pa­trzę na dwa go­łę­bie, któ­re za­wzię­cie sku­bią skór­kę chle­ba, na ko­bie­tę w bia­łych ko­za­kach, któ­ra z każ­dym kro­kiem wy­glą­da co­raz ża­ło­śniej, a lu­dzie pod no­sem śmie­ją się z tych ko­za­ków w taki upał. Ja też się tro­chę pod­śmie­chu­ję i to jest chy­ba ostat­ni raz, kie­dy świat wy­da­je mi się nor­mal­ny. Go­dzi­nę póź­niej bia­łe ko­za­ki sta­ją się tak nie­istot­ne, tak głu­pie, bła­he i nie­war­te wspo­mnień, że pa­ra­dok­sal­nie zno­wu chcę je zo­ba­czyć. Bo są do­wo­dem na to, że moż­na się śmiać. I że ży­cie to rów­nież strasz­li­we bzdu­ry, któ­re uła­twia­ją nam po­ru­sza­nie się po tym wszyst­kim co po­waż­ne, trud­ne i skom­pli­ko­wa­ne.

– To nie wą­tro­ba – mówi pani dok­tor, a ja my­ślę so­bie, że wolę le­ka­rzy, któ­rzy się uśmie­cha­ją.

„Uśmiech­nij się” – pro­szę ją w du­chu, ale jej twarz jest tak spię­ta, że ża­den gry­mas nie ma pra­wa prze­ciąć tego sku­pie­nia i roz­ła­do­wać gęst­nie­ją­cej z każ­dą mi­nu­tą at­mos­fe­ry.

W od­da­li ze­gar wy­bi­ja dwu­na­stą. Dwa­na­ście moc­nych, sta­now­czych ude­rzeń, z któ­rych każ­de jest co­raz bar­dziej zło­wro­gie. Być może ko­muś in­ne­mu ze­gar wy­bi­ja je zwy­czaj­nie, ale ja już wiem, że dla mnie tym ra­zem brzmią ina­czej.

Po­wiem to szyb­ko i bez zbęd­nych epi­te­tów. Bo taka była dia­gno­za.

Neu­ro­bla­sto­ma, guz, prze­rzu­ty, krwo­tok, ból, on­ko­lo­gia, pęk­nię­cie, prze­szczep, che­mia, szpi­tal, no­wo­twór, czas.

Po­li­czy­li­ście? Do­kład­nie dwa­na­ście wy­ra­zów, jak dwa­na­ście ude­rzeń ze­ga­ra. Ni­cze­go nie moż­na już zmie­nić. A wska­zów­ki za­czy­na­ją na­gle biec co­raz szyb­ciej i szyb­ciej, zu­peł­nie jak­by czas wła­śnie za­czął się z nami ści­gać. Nie mamy na no­gach spor­to­wych bu­tów, nie mamy kon­dy­cji i nie zna­my tra­sy. Czas ma nad nami prze­wa­gę.

I wy­ry­wa mi Olę z rąk.

KA­RO­LI­NA

Lu­stro od­bi­ja dość szczu­płą twarz czter­na­sto­lat­ki. Dwa prysz­cze, z cze­go je­den na sa­mym środ­ku czo­ła. Przy­po­mi­na tro­chę hin­du­ską krop­kę i bar­dzo cięż­ko go czymś za­ma­lo­wać. Im wię­cej flu­idu, tym więk­sze sko­ja­rze­nie z bin­di, a prze­cież do Hin­du­ski jest jej da­le­ko. Co praw­da, ma ciem­ne wło­sy, ale ra­czej krę­co­ne i zde­cy­do­wa­nie zbyt ja­sną cerę. Krop­ka w tym miej­scu czo­ła po­dob­no chro­ni przed uciecz­ką we­wnętrz­nej ener­gii, więc Ka­ro­li­na ma na­dzie­ję, że pryszcz też od­gry­wa ja­kąś rolę.

Zresz­tą nie to jest te­raz naj­waż­niej­sze. Bo wła­śnie przy­szedł list. E-mail w za­sa­dzie. I cho­ciaż wia­do­mo­ści od nie­zna­nych osób za­zwy­czaj lą­do­wa­ły w spa­mie, tej aku­rat uda­ło się ja­koś prze­drzeć do nor­mal­nej pocz­ty i po­sta­wić świat na gło­wie. Ka­ro­li­na ni­g­dy nie lu­bi­ła bra­zy­lij­skich ta­siem­ców, w któ­rych nikt nie pyta o nic wprost i po­tem przez dwie­ście od­cin­ków szlo­cha, że coś nie wy­szło. Ona za­wsze py­ta­ła od razu. I tak też zro­bi­ła tym ra­zem. Za­raz po od­czy­ta­niu wia­do­mo­ści, po któ­rej odro­bi­nę skrę­ci­ło jej wnętrz­no­ści.

– Mamo, czy ja mam bra­ta?

Wzrok mamy za­stygł i na­praw­dę nie trze­ba było być ge­niu­szem, żeby to jed­no­znacz­nie zin­ter­pre­to­wać.

– Nie mo­głaś mi po­wie­dzieć?

– Jak się do­wie­dzia­łaś?

Ka­ro­li­na wes­tchnę­ła. Nie­grzecz­ne od­bi­cie pi­łecz­ki, bar­dzo w sty­lu ro­dzi­ców. Naj­pierw wy­pa­da­ło­by od­po­wie­dzieć, ale nie, mama musi zy­skać na cza­sie. No do­brze. Po­wie jej pierw­sza.

– Od te­goż bra­ta wła­śnie. Na­pi­sał do mnie e-mail, wiesz? Cie­ka­we, skąd miał ad­res. Ma dzie­więć lat, a za chwi­lę dzie­sięć, jak mnie po­in­for­mo­wał, i ga­cie do ko­lan, przy­naj­mniej na zdję­ciu, któ­re­go nie omiesz­kał mi wy­słać. Ma na imię Wik­tor i miesz­ka we Wro­cła­wiu, i tu mnie za­sko­czył, bo mó­wi­łaś, zda­je się, że tata uciekł do Au­stra­lii i słuch po nim za­gi­nął. Wszel­ki słuch.

Mama mil­cza­ła gło­śniej, niż gdy­by wrza­snę­ła.

– Ale może to ja­kaś po­mył­ka? Może ten pa­jac nie jest moim bra­tem, a tata spod Wro­cła­wia nie jest moim tatą? – Ka­ro­li­na pró­bo­wa­ła ja­koś ura­to­wać to mil­cze­nie.

Chwi­lo­we za­wi­ro­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści, za­raz wszyst­ko wró­ci do nor­my.

Nie­wiel­ka kro­pel­ka na­dziei wy­pa­ro­wa­ła na­tych­miast, gdy zo­ba­czy­ła, jak mama za­gry­za dol­ną war­gę.

Mowa cia­ła. Już przed­szko­la­ki o niej wie­dzą.

– Wiesz co, chy­ba nie chcę o tym na ra­zie roz­ma­wiać – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na mat­kę.

– Ale może wła­śnie te­raz jest do­bry mo­ment…

– Oba­wiam się, że ża­den nie bę­dzie do­bry, a już na pew­no nie ten. Mu­szę to prze­tra­wić, za­nim chlu­snę wul­ga­ry­zma­mi.

– Ty nie klniesz prze­cież – zdzi­wi­ła się mama.

– Te­raz mam po­wód. Ale spró­bu­ję się opa­no­wać – po­wie­dzia­ła Ka­ro­li­na i wró­ci­ła do swo­je­go po­ko­ju.

Spraw­dzić skrzyn­kę?

Od­ru­cho­wo zer­k­nę­ła w kom­pu­ter.

Hej, ode­zwij się. Ja wiem, że ty to ty, usta­li­łem wszyst­ko, mama po­twier­dzi­ła. Tata jesz­cze nie wie, bo go nie ma. Wy­ślesz mi swo­je zdję­cie? Na pew­no je­steś tro­chę do mnie po­dob­na. I może na­wet lu­bi­my te same rze­czy? Mama mówi, że to do­brze, że chcę cię po­znać. A Ty nie uda­waj, że mnie zle­wasz.

– Zle­wam cię, bucu. Zle­wam cię to­tal­nie. Si­kam na cie­bie z każ­dej stro­ny kwa­sem siar­ko­wym, sol­nym i Bóg wie ja­kim jesz­cze, tak że­byś się roz­pły­nął w zu­pie nie­chcia­nych zna­jo­moś­ci – po­wie­dzia­ła gło­śno Ka­ro­li­na, pa­trząc w ekran kom­pu­te­ra i wy­sta­wia­jąc ję­zyk. A po­tem zno­wu po­szła po­roz­ma­wiać z mamą.

Tak, to jed­nak był ten mo­ment.

Jak moż­na coś ta­kie­go ukry­wać? W koń­cu to pół bra­ta i na­wet je­śli ni­g­dy w ży­ciu go nie spo­tka, bo nie ma ab­so­lut­nie ta­kie­go za­mia­ru, to jed­nak ten fakt jest dość istot­ny. I mama po­win­na ją o tym po­in­for­mo­wać.

Dla­cze­go do­ro­śli mają taki pro­blem z ko­mu­ni­ka­cją? Mó­wie­niem praw­dy? Cho­dzą i do znu­dze­nia po­wta­rza­ją, że kłam­stwo ma krót­kie nogi, a po­tem sami się na tym wy­kła­da­ją. Gdzie tu lo­gi­ka?

Twarz mamy zdo­bi­ły ma­leń­kie punk­ci­ki wy­rzu­tów su­mie­nia. To po­krze­pia­ją­ce, że jed­nak gry­zło ją od środ­ka i nie da­wa­ło spo­koj­nie spać. W koń­cu oszu­ka­ła cór­kę, na­wet je­śli zro­bi­ła to w tak zwa­nej do­brej wie­rze. Nie po­wie­dzia­ła, bo… bo oj­ciec nie­ste­ty oka­zał się szu­ją. Uznał, że dwu­let­nie dziec­ko po­twor­nie go mę­czy, więc wsiadł w sa­mo­lot i zro­bił fru. Ale po­tem zro­bił fru w dru­gą stro­nę i wró­cił z tej Au­stra­lii. I mu­siał się z mamą kon­tak­to­wać.

– Z pew­no­ścią dum­nie po­in­for­mo­wa­łaś go, że ma spa­dać. Ile wte­dy mia­łam lat? Czy by­łam już na tyle duża, że mo­głam się pod to „spa­daj” pod­łą­czyć? W jaki spo­sób ro­dzic oce­nia, czy ma wta­jem­ni­czyć dziec­ko w pew­ne spra­wy? Rzu­ca mo­ne­tą? Idzie do wróż­ki? A może do Roz­mów w toku?

Mama wy­glą­da­ła tak, jak­by za­po­mnia­ła, do cze­go słu­ży al­fa­bet. Ka­ro­li­na mó­wi­ła więc da­lej.

– Nie, pew­nie pró­bu­je mo­no­lo­gu z wła­sną in­tu­icją. Tak bę­dzie le­piej… To było je­dy­ne wyj­ście… Tyl­ko wiesz, mamo, wyj­ścia za­wsze są dwa. I ro­dzic za­wsze wy­bie­ra to gor­sze.

– Nie bar­dzo wiem, jak mo­gła­bym się uspra­wie­dli­wić. Mó­wisz strasz­nie dużo i na­wet z ja­kimś tam swo­im na­sto­let­nim sen­sem. Ale ja też mam swo­ją ra­cję. Oj­ciec rze­czy­wi­ście się ze mną skon­tak­to­wał, ale w za­sa­dzie sama nie wiem po co. Po­in­for­mo­wał mnie, że wra­ca do Pol­ski i jak­by co, to przy­naj­mniej wiem, gdzie go szu­kać.

– Jak­by co?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Ja­sne.

Ka­ro­li­na mach­nę­ła tyko ręką i zno­wu wró­ci­ła do swo­je­go po­ko­ju. Ścią­gnę­ła zdję­cie Wik­to­ra na pul­pit i ka­ry­ka­tu­ral­nie je po­więk­szy­ła. Ziar­no wiel­ko­ści pi­łecz­ki ping­pon­go­wej, w ogó­le nie wia­do­mo, co przed­sta­wia­ła fot­ka. Bo­ho­maz. Abs­trak­cja. Mazy. Ale kie­dy cof­nę­ła usta­wie­nia, zno­wu wy­sko­czy­ła jej za­dzior­na mina bra­ta (pół).

– Czy on ma coś ze mnie? – spy­ta­ła gło­śno.

Uszy, nos, bro­dę? Wbi­ła wzrok w ekran. Ab­so­lut­nie nic. Rów­nie do­brze ktoś inny mógł­by do niej na­pi­sać i przed­sta­wić się jako brat.

Nie­praw­da. Uszy, bro­da i nos były po­dob­ne.

Cho­le­ra.

– Hej, kot­ku – mama nie da­wa­ła za wy­gra­ną. Ka­ro­li­na za­tka­ła so­bie uszy, ale jak ma się czter­na­ście lat, to to już nie dzia­ła. Trze­ba w koń­cu się ode­zwać. Wy­szła z po­ko­ju i sta­nę­ła w drzwiach kuch­ni.

– Pew­nie bę­dziesz się tłu­ma­czyć. – Za­śmia­ła się by­naj­mniej nie­we­so­ło.

Mama ci­cho wes­tchnę­ła.

– Pro­blem po­le­ga na tym, że sama się jesz­cze nie oswo­iłam z jego po­wro­tem. Wiem od ja­kie­goś cza­su, ale…

– Ale wie­dzia­łaś, że ma syna.

– Ki­tek, on za­dzwo­nił kil­ka lat po swo­im wy­jeź­dzie, spy­tał co sły­chać, czy nie po­trze­bu­ję po­mo­cy, ale na wszel­ki wy­pa­dek od razu za­zna­czył, że ma spo­ro wy­dat­ków, bo za­ło­żył nową ro­dzi­nę i ona się po­więk­sza. I że może bę­dzie le­piej, żeby zo­sta­ło tak, jak jest do­tych­czas. A jak tyl­ko się od­ku­je fi­nan­so­wo, to na pew­no da mi znać.

– Ale du­pek – za­wy­ła Ka­ro­li­na, po­ru­szo­na nad­gni­łym cha­rak­te­rem wła­sne­go ojca.

Mama była na tyle w po­rząd­ku, że jej nie uci­szy­ła i nie po­wie­dzia­ła cze­goś w ro­dza­ju: „Ależ ko­cha­nie, to w koń­cu twój oj­ciec”. Pew­nie w my­ślach ob­rzu­ci­ła go znacz­nie do­sad­niej­szym sło­wem niż „du­pek”.

– Kie­dy wró­cił?

– Rok temu.

Ka­ro­li­na pod­sko­czy­ła.

– Mo­głaś po­wie­dzieć wcze­śniej!

Mama spu­ści­ła gło­wę.

– Ale ja na­praw­dę nie wie­dzia­łam jak. I co. I w ja­kim kon­tek­ście. W ta­kich sy­tu­acjach czło­wiek głu­pie­je. Od­su­nę­łam ten pro­blem na bok, bo my­śla­łam, że może ja­koś sam się roz­wią­że.

– No i się roz­wią­zał.

– Nie wzię­łam pod uwa­gę In­ter­ne­tu.

Ka­ro­li­na mach­nę­ła ręką.

– Mamo, ja mam czter­na­ście lat! Ow­szem, je­stem ba­cho­rem w wie­ku doj­rze­wa­nia, ale chy­ba na tyle mnie znasz, że wiesz, że nie uciek­nę z domu, nie prze­gry­zę so­bie żył, ani nie łyk­nę ec­sta­sy, żeby le­piej zro­zu­mieć świat. Nie wy­sa­dzę też miesz­ka­nia na złość to­bie.

Mama pod­nio­sła gło­wę i krzyk­nę­ła. Na­wet dość gło­śno.

– PRZE­PRA­SZAM! Ty masz czter­na­ście lat, a ja trzy­dzie­ści dzie­więć i pra­wo do po­my­łek. Mam na­wet pra­wo do by­cia głu­pią, bo wiek nie ma tu nic do tego. Po­win­nam ci po­wie­dzieć, ale się wy­stra­szy­łam, okej?

Ka­ro­li­na po­pa­trzy­ła na nią zdu­mio­na. Po co ten krzyk?

– Do­bra. Idę się przejść i prze­wie­trzyć my­śli – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie i się­gnę­ła po kurt­kę.

A po­tem po­szła.

Po po­wro­cie zno­wu usia­dła przed ekra­nem. Uza­leż­ni­ła się czy co?

Mat­ko, co za na­chal­ny dzie­ciak.

Lubię Two­je imię. Moż­na je zmie­nić na Rol­ka. Wiesz, Ka­ro­li­na – Ro­li­na – Ka­rol­ka – Rol­ka. Po­do­ba się?

Idio­ta.

MAG­DA­LE­NA

Mu­cha spa­ce­ru­ją­ca po su­fi­cie

Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu wpa­dłam w hi­ste­rię.

Pa­trzę przed sie­bie, a moje cia­ło za­czy­na wy­peł­niać strach. Czu­ję go do­słow­nie wszę­dzie, jak­by był rtę­cią, któ­ra prze­pły­wa przez ko­stium ze skó­ry i do­cie­ra do naj­mniej­szych za­ka­mar­ków, do miejsc nie­wi­docz­nych dla oka.

Na sto­li­ku stoi fi­li­żan­ka z nie­do­pi­tą kawą, leżą roz­rzu­co­ne dłu­go­pi­sy, ja­kieś kart­ki i pusz­ka z mię­to­wy­mi cu­kier­ka­mi. Mózg za­czy­na od­no­to­wy­wać co­raz mniej zna­czą­ce szcze­gó­ły. Mu­chę spa­ce­ru­ją­cą po su­fi­cie, gwizd wia­tru, przy­po­mi­na­ją­cy ja­kąś me­lo­dię, od­głos od­pa­la­ne­go sa­mo­cho­du, któ­ry naj­wy­raź­niej ma pro­ble­my z aku­mu­la­to­rem, tu­pot dzie­cię­cych nóg na ko­ry­ta­rzu. Na mo­ment za­wie­szam się w cza­so­prze­strze­ni, zu­peł­nie jak­bym nie wie­dzia­ła, co mam da­lej ro­bić. Krzy­czeć? Pła­kać? Od­cią­gnąć le­kar­kę od mo­je­go dziec­ka? Scho­wać się w ra­mio­na męża i ka­zać mu sta­now­czo za­pro­te­sto­wać? Ale Alek­san­der też pa­trzy na mnie nie­przy­tom­nym wzro­kiem, jak­by uwie­rzył w to, co usły­szał, i jak­by się z tym po­go­dził. Pod­cho­dzi do mnie i moc­no przy­tu­la. Gdy­by nie on, pew­nie osu­nę­ła­bym się na pod­ło­gę i zo­sta­ła tam jak roz­la­ne mle­ko. Jak garść pia­sku, któ­re­go nie moż­na ze­brać.

Mózg ludz­ki ma dziw­ną skłon­ność do od­su­wa­nia od sie­bie prze­ra­ża­ją­cej praw­dy. Szu­ka in­nych wyjść, in­nych wy­tłu­ma­czeń, ja­kiejś po­mył­ki, błę­du, wresz­cie ma­ka­brycz­ne­go żar­tu. Prze­cież ist­nie­je coś ta­kie­go jak błęd­na dia­gno­za le­kar­ska. I każ­dy wie, że to się zda­rza. Nie, nie bę­dzie­my wy­stę­po­wać o od­szko­do­wa­nie, wy­star­czy, że le­kar­ka wszyst­ko od­wo­ła i przy­zna, że jej wie­dza me­dycz­na po pro­stu spła­ta­ła fi­gla. Ka­za­ła wy­ol­brzy­mić pro­blem i wy­stra­szyć nas, ro­dzi­ców.

– To nie jest po­więk­szo­na wą­tro­ba. To guz.

– Nie! – krzy­czę i chwy­tam fi­li­żan­kę z nie­do­pi­tą kawą. Ro­bię za­mach, zu­peł­nie jak­bym chcia­ła roz­bić ją o ścia­nę, ale zim­ny płyn tyl­ko ochla­pu­je mi su­kien­kę.

– Mu­szą pań­stwo je­chać do szpi­ta­la. Te­raz, od razu, nie ju­tro, nie za ty­dzień. Na on­ko­lo­gię. Nie ma już cza­su.

Ści­skam rękę męża tak moc­no, że pra­wie sy­czy z bólu. A po­tem bie­rze głę­bo­ki od­dech, kiwa gło­wą i mówi:

– Je­dzie­my.

I bie­rze mnie za rękę, a ja czu­ję wdzięcz­ność, że jest ktoś sil­niej­szy ode mnie. Ktoś, kto za­mó­wił tak­sów­kę, wziął Olę na ko­la­na, jed­no­cze­śnie cały czas głasz­cząc mnie po gło­wie.

On­ko­lo­gia. Dzie­dzi­na me­dy­cy­ny zaj­mu­ją­ca się scho­rze­nia­mi no­wo­two­ro­wy­mi. Ra­kiem. Je­śli li­sto­pad jest naj­mniej lu­bia­nym mie­sią­cem, to rak wy­gry­wa w ka­te­go­rii naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych słów. Każ­dy chciał­by żyć tak, żeby ni­g­dy nie za­ha­czyć o to sło­wo, nie otrzeć się o nie, a już na pew­no nie wy­ma­wiać go w kon­tek­ście ko­goś naj­bliż­sze­go.

– Mała ma we­wnętrz­ne krwo­to­ki, stąd ten ból, bo guz… On się po pro­stu roz­lał. – Wiem, że le­kar­ka mu­sia­ła to po­wie­dzieć, a jed­nak nie mo­głam zro­zu­mieć, jak moż­na tak bez­ce­re­mo­nial­nie… Tak wprost, bez żad­ne­go „bę­dzie do­brze”.

I wte­dy za­czy­nam krzy­czeć.

Wrzesz­czę tak bar­dzo, że prze­ra­żam samą sie­bie. Nie wiem, ile razy uży­wam słów „po­mył­ka”, „bzdu­ra”, „ab­surd”. Świat zle­wa się do jed­ne­go krzy­ku, któ­rym pró­bu­ję za­głu­szyć strach. Po­dob­no o hi­ste­rii mówi się w kon­tek­ście gwał­tow­ne­go zde­ner­wo­wa­nia, wzbu­rze­nia albo ir­ra­cjo­nal­ne­go lęku. U mnie sku­mu­lo­wa­ło się wszyst­ko na­raz. Pa­ni­ka, szał, wście­kłość.

Bo któ­ry nor­mal­ny czło­wiek jest w sta­nie spo­koj­nie ode­brać sło­wa, któ­re wy­rzu­ca z sie­bie le­kar­ka? Cho­ciaż sta­ra się to ro­bić tak­tow­nie i z du­żym współ­czu­ciem, to jed­nak wy­da­je wy­rok na moje dziec­ko! Nie mo­gła po­wie­dzieć, że Ola prze­ja­dła się sło­dy­cza­mi?

Że ma wzdę­cia?

– Guz ma dwa­na­ście na osiem cen­ty­me­trów.

Ile, ile? Prze­cież jej brzu­szek jest za mały na ta­kie­go by­dla­ka!

– Czy cór­ka ostat­nio upa­dła?

Nie wiem! Każ­de dziec­ko upa­da, prze­wra­ca się, po­ty­ka. Nie wiem!

– Moż­li­we, że pod­czas upad­ku guz pękł i się roz­lał. Do­szło do we­wnętrz­nych krwo­to­ków.

A gdy­bym rzu­ci­ła jej się do gar­dła i za­tka­ła usta? Czy gdy­by te sło­wa ni­g­dy nie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne, guza by nie było?

Szó­sty zmysł.

Apa­tycz­ność Oli. Bóle ple­ców. Bóle brzu­cha. Płacz bez po­wo­du. „Mamo, chcę z tobą spać”…

Jak moż­na być tak śle­pą? Je­stem mat­ką! Mat­ki wi­dzą wszyst­ko, wy­czu­wa­ją naj­drob­niej­sze wa­ha­nia na­stro­jów swo­ich dzie­ci, wie­dzą, co im jest, jesz­cze za­nim kto­kol­wiek inny to wie. To dla­cze­go ja by­łam śle­pa?

Nie mam ani szó­ste­go zmy­słu, ani żad­ne­go in­ne­go.

Chcę krzy­czeć.

Otwie­ram usta i… nie wy­do­by­wam z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku. Po ata­ku hi­ste­rii tra­cę mowę. Przez całą dro­gę do szpi­ta­la nie od­zy­wam się sło­wem. Pa­trzę na Olę, a sło­wa wię­zną mi w gar­dle. Ko­tłu­ją się w nim, pró­bu­ją wy­do­stać na wol­ność. Za­my­kam oczy.

To jest moje dziec­ko. Moje. Nikt, ab­so­lut­nie nikt mi go nie od­bie­rze.

KA­RO­LI­NA

To chy­ba było w paź­dzier­ni­ku ubie­głe­go roku.

Ja­kiś wto­rek, bo mia­ła tego dnia ba­sen. Nie lu­bi­ła tych za­jęć, bo ni­g­dy nie uda­wa­ło jej się wy­trzeć do su­cha i za­wsze na­cią­ga­ła na mo­kre nogi skar­pet­ki i spodnie.

Fuj.

Chy­ba każ­dy zna to uczu­cie. Kle­ją­ca się do cia­ła odzież, nie­przy­jem­na wil­goć i uno­szą­cy się wszę­dzie za­pach chlo­ru. A naj­gor­sze, kie­dy kil­ka kro­pe­lek z wło­sów do­sta­je się pod bluz­kę i ście­ka wzdłuż ple­ców aż do pupy.

Ba­sen o tej po­rze roku po­wi­nien być za­bro­nio­ny. Czło­wiek nie jest rybą, foką, nie jest też pin­gwi­nem ani kro­ko­dy­lem. I lubi być su­chy, kie­dy na dwo­rze wie­je je­sie­nią.

Po po­wro­cie do domu za­mknę­ła się w swo­im po­ko­ju, co ostat­nio zda­rza­ło jej się wy­jąt­ko­wo czę­sto. Mama po­sta­no­wi­ła to igno­ro­wać, zresz­tą dys­ku­sje z na­sto­lat­ka­mi są rów­nie sku­tecz­ne jak prze­ko­na­nie szer­sze­nia, że jest nie­po­trzeb­ny.

Ka­ro­li­na usia­dła na łóż­ku i za­czę­ła sku­bać rę­kaw swe­tra. Wy­sku­ba­ła już cał­kiem faj­ną dziu­rę. „Mogą przez nią wejść zło­dzie­je albo w uszy nam na­wie­je” – to z ja­kiejś baj­ki, ale pa­so­wa­ło. W koń­cu ze­rwa­ła się, po­de­szła do biur­ka i się­gnę­ła po ze­szyt. Ni­g­dy wcze­śniej nie pi­sa­ła pa­mięt­ni­ków, dzien­ni­ków ani żad­nych in­nych „zło­tych my­śli”, ale tym ra­zem czu­ła po­trze­bę na­skro­ba­nia kil­ku słów. Żeby za­pa­mię­tać te emo­cje, któ­re nią te­raz tar­ga­ły. I żeby w przy­szło­ści nie po­wtó­rzyć błę­dów mamy. Bo ni­g­dy prze­cież nie wia­do­mo, co się wy­da­rzy. A jak jej mąż też gdzieś zwie­je?

„Spró­buj­my scho­wać emo­cje do sło­ika, za­krę­cić go i od­sta­wić na pół­kę. Zo­sta­je czy­ste po­wie­trze i nie­zmą­co­ny ni­czym spo­kój. Świe­żo wy­pra­so­wa­ne prze­ście­ra­dło. Na­cią­gnię­ta siat­ka w cyr­ku. No to co, że mam bra­ta? Zresz­tą co to za brat, przy­rod­ni? Pół­brat. Od pasa w górę czy w dół?

Oj­ciec też mnie nie­wie­le ob­cho­dzi. To na­wet nie jest pół­oj­ciec, bo zwiał, jak mia­łam dwa lat­ka. Co mnie tak mę­czy? W du­pie mam wię­zy ro­dzin­ne i ukła­da­nie zdjęć w al­bu­mach. I pod­rzu­ca­nie li­ści w par­ku, trzy­ma­jąc ta­tu­sia i ma­mu­się za rękę.

W du­pie to mam.

Mama zno­wu pró­bo­wa­ła ze mną roz­ma­wiać, ale po­in­for­mo­wa­łam ją, że nie mam ocho­ty. Ko­niec te­ma­tu, brat wy­pa­ro­wał, tata też. Wróć­my do sta­nu sprzed kil­ku ty­go­dni. Nie było może ide­al­nie, ale za to spo­koj­nie…”.

Odło­ży­ła ze­szyt i za­czę­ła obie­rać po­ma­rań­czę tak do­kład­nie, że nie było na niej na­wet gra­ma bia­łej błon­ki. Nic. Tyl­ko sok za­mknię­ty w kuli. Wbi­ła zęby w miąższ i po­zwo­li­ła, by ciek­ło jej po bro­dzie, szyi, aż do brzu­cha.

Bę­dzie kle­ją­co-chlor­ko­wa.

Dla­cze­go ży­cia nie moż­na prze­żyć na wła­snych wa­run­kach? Wy­brać so­bie kil­ka opcji i, la­wi­ru­jąc mię­dzy nimi, mieć ra­dość z tego, że przez kil­ka­dzie­siąt lat czło­wiek bie­rze udział w ja­kiejś faj­nej im­pre­zie. Rzu­ca­nie so­bie kłód pod nogi, po­dej­mo­wa­nie wy­zwań, mno­że­nie bez­sen­so­wych pro­ble­mów to kom­plet­ne za­prze­cze­nie fi­lo­zo­fii epi­ku­re­izmu, o któ­rej ostat­nio uczy­li się w szko­le. Wie­rzyć świa­dec­twu zmy­słów, cie­szyć się ży­ciem i ko­rzy­stać z jego ra­do­ści. Do­bro to przy­jem­ność, czy­li brak bólu, jak gło­si­li epi­ku­rej­czy­cy.

A ją wła­śnie boli świa­do­mość, że mama ją oszu­ka­ła, tata olał, a młod­szy pół­brat za­cze­pia, cho­ciaż ona nie ma na to naj­mniej­szej ocho­ty. Zdję­ła z pół­ki al­bum z dzie­ciń­stwa i do­kład­nie przyj­rza­ła się swo­je­mu ojcu, któ­ry zwiał do Au­stra­lii, gdyż za­pew­ne po­czuł za­pach przy­go­dy, oczy­wi­ście z kan­gu­rem w roli głów­nej. Na zdję­ciach wy­glą­dał cał­kiem miło i na­wet spra­wiał wra­że­nie, że ro­dzi­na mu się po­do­ba. Naj­wy­raź­niej do cza­su.

Krzysz­tof.

Tam za­pew­ne był Chri­sem. Cie­ka­we, jak mó­wią do nie­go we Wro­cła­wiu? I cze­mu nie od­zy­wał się przez tyle lat? Nie­wia­ry­god­ne, jak ła­two jest wy­kre­ślić z wła­sne­go ży­cia cór­kę i za­stą­pić ją sy­nem.

– Zjesz coś? – mama zaj­rza­ła do po­ko­ju, ale wi­dząc minę Ka­ro­li­ny, za­czę­ła się wy­co­fy­wać.

– Mie­lo­ne z ko­ali – od­burk­nę­ła jej cór­ka i rzu­ci­ła al­bu­mem w kąt.

Mama wes­tchnę­ła.

– Wiem, że to dla cie­bie przy­kre, ale cza­sem już tak jest, że jed­ni mogą cho­dzić we wszyst­kich bu­tach, a dru­gich wszyst­kie buty ob­cie­ra­ją.

Ka­ro­li­na wy­dę­ła usta.

– Ale masz po­rów­na­nia! Poza tym nie wiem, co mnie bar­dziej wku­rza – fakt, że ta­tuś mnie wy­mie­nił na inne dziec­ko, czy to, że mnie okła­ma­łaś. Na­wet je­śli ni­cze­go by to nie zmie­ni­ło, po­win­nam wie­dzieć, że mam bra­ta. Zna­czy pół.

– Wiem. – Mama ski­nę­ła gło­wą. – Tyl­ko chy­ba uro­słaś za szyb­ko i ja nie zo­rien­to­wa­łam się, że nie je­steś już dziec­kiem. Za dłu­go to od­kła­da­łam – spu­ści­ła gło­wę.

No, do­brze.

Zo­ba­czy­my jesz­cze, co wy­nik­nie z tej zna­jo­mo­ści, bo brat (pół) naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał od­pu­ścić. Pi­sał do niej przy­naj­mniej trzy, czte­ry razy w ty­go­dniu i ko­niecz­nie chciał wszyst­ko wie­dzieć. Na­tręt ja­kiś. Mu­siał się po­twor­nie nu­dzić w tym Wro­cła­wiu. I na do­da­tek za­czął za­przą­tać jej my­śli. Za­miast sku­pić się na czymś in­nym, au­to­ma­tycz­nie po­świę­ca­ła mu co­raz wię­cej uwa­gi. Głów­ną rolę w jej ze­szy­to-pa­mięt­ni­ku od­gry­wał wła­śnie on – młod­szy, do­pie­ro co od­na­le­zio­ny brat. Pół­brat.

Co się ze mną dzie­je? – my­śla­ła. Chcia­ła o nim za­po­mnieć, ale się nie dało. Tak jak wte­dy, gdy się ma sła­bą gum­kę do ście­ra­nia, któ­ra ni­g­dy nie usu­wa błę­dów do koń­ca. Choć­by się tar­ło i tar­ło, i tak wi­dać, co się wcze­śniej za­pi­sa­ło.

„Uszy chy­ba jed­nak moje. Ten sam kształt, lek­ko spi­cza­sty na koń­cach. Jak­by nas ktoś za­raz po po­ro­dzie za te uszy na kla­mer­kach po­wie­sił”.

A po­tem da­lej.

„Wik­tor.

Wik­to­rek-trak­to­rek. Ma roz­pię­ty roz­po­rek.

No i po co ja się w nie­go wpa­tru­ję? Ra­czej nie uda mi się przez ekran kom­pu­te­ra wy­ci­snąć ro­dzin­nych wię­zi i po­ko­chać pół­bra­ta. W za­sa­dzie szko­da, że nie mam żad­ne­go chło­pa­ka. Mo­gła­bym mu się wy­ża­lić w rę­kaw, a on by obie­cał, że w ra­zie cze­go kop­nie mo­je­go ojca w ty­łek. Nie­ste­ty, chy­ba je­stem sa­mot­na. Zna­czy, pew­nie mam czas na chło­pa­ka, choć, pa­trząc na moje ko­le­żan­ki, to ra­czej je­stem opóź­nio­na w tym te­ma­cie. Co gor­sza, mam spo­re szan­se wpaść w de­ka­denc­ki dół, tak przy­naj­mniej na­pi­sa­no w ja­kimś bab­skim pi­śmie.

Już w la­tach 80. ubie­głe­go wie­ku po raz pierw­szy wy­ka­za­no, iż izo­la­cja spo­łecz­na jest jed­nym z czyn­ni­ków ry­zy­ka przed­wcze­snej śmier­ci.

Bar­dzo za­chę­ca­ją­ca not­ka. Zda­je się, że mój pół­brat po­zna mnie do­pie­ro na po­grze­bie, ale wte­dy ra­czej nie po­ga­da­my. Mam na­dzie­ję, że cho­ciaż ojcu zro­bi się głu­pio i ze­żrą go wy­rzu­ty su­mie­nia”.

Li­sto­pad, śro­da, go­dzi­na 18:09. Ko­niec wpi­su.

– Ku­pi­łam wę­dzo­ny ser, ten, któ­ry lu­bisz, żu­ra­wi­nę i świe­że buł­ki. – Mama zaj­rza­ła do po­ko­ju i pró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć.

Bez vice ver­sa.

Kie­dy wy­szła, Ka­ro­li­na po­dra­pa­ła się po bro­dzie i włą­czy­ła kom­pu­ter.

Cie­ka­we, czy ta­tuś też się gdzieś za­lo­go­wał?

Wpi­sa­ła imię i na­zwi­sko.

A, nie. Nie ma gada. Pew­nie ze stra­chu się ukry­wa. Kto wie, ile jesz­cze zo­sta­wił dzie­cia­tych pa­nie­nek, za­nim wy­brał ro­mans z kan­gu­rem? Może po Pol­sce bie­ga pół tu­zi­na pół­ro­dzeń­stwa spo­krew­nio­ne­go z jego pier­wo­rod­ną cór­ką? Go­rzej, je­śli na­wet nie jest pier­wo­rod­na.

Zro­bi­ła ka­nap­kę z wę­dzo­nym se­rem i po­sy­pa­ła ją ob­fi­cie słod­ką pa­pry­ką w prosz­ku. Zja­dła też kil­ka ły­żek kon­fi­tu­ry z żu­ra­wi­ny, aż ją w koń­cu ze­mdli­ło. A po­tem, kie­ro­wa­na ja­kimś dziw­nym im­pul­sem, od­pi­sa­ła Wik­tor­ko­wi.

Spa­daj.

Może nie­grzecz­nie, ale za to zwięź­le.

Po ja­kimś cza­sie za­czę­ła roz­ma­wiać z mamą jak daw­niej. Sta­ra­ła się uni­kać te­ma­tu ta­tu­sia, ale uda­ło jej się wy­trzy­mać nie­ca­łe dwa dni.

Po­tem w koń­cu za­ry­zy­ko­wa­ła.

– Mamo, cze­mu on wte­dy zwiał? Z tego co wiem, małe dzie­ci są słod­kie, zwłasz­cza małe dziew­czyn­ki z ko­kard­ka­mi we wło­sach. Gdy­bym była star­sza, py­sko­wa­ła, pod­wa­ża­ła jego zda­nie – no to co in­ne­go. Ale tak?

Mama za­my­śli­ła się przez chwi­lę.

– Nie miał pra­cy. Był tak sfru­stro­wa­ny, że na­wet nie otwie­rał drzwi są­sia­dom. Twier­dził, że jest bez­na­dziej­ny, że nie na­da­je się na ojca, męża, a już tym bar­dziej na gło­wę ro­dzi­ny. Snuł się ca­ły­mi dnia­mi po domu i na­wet ty nie po­tra­fi­łaś go roz­ba­wić. A po­tem po­ja­wił się nie­ja­ki To­masz, jego ko­le­ga ze stu­diów. Za­czął na­ma­wiać ojca na wspól­ny wy­jazd do Au­stra­lii. Mie­li tam pra­co­wać w ja­kiejś ma­łej fir­mie kom­pu­te­ro­wej, któ­ra pil­nie po­trze­bo­wa­ła spe­cja­li­stów. A po­nie­waż obaj skoń­czy­li in­for­ma­ty­kę i zna­li do­brze an­giel­ski, uzna­li, że ide­al­nie się na­da­ją. Tyle że To­masz nie miał wte­dy jesz­cze ro­dzi­ny, a twój oj­ciec – ow­szem. Ale i tak się spa­ko­wał, obie­cał, że za­ro­bi gru­be mi­lio­ny, a po­tem wró­ci z kon­te­ne­rem la­lek Bar­bie dla cie­bie.

– To tro­chę mu się ten po­wrót prze­cią­gnął, nie są­dzisz? Poza tym nie wspo­mi­nał o bra­cie.

Mama uśmiech­nę­ła się cierp­ko.

– O dru­giej żo­nie też nie. To zna­czy przy­słał pa­pie­ry roz­wo­do­we, a ja je chęt­nie pod­pi­sa­łam, bo w koń­cu po co ci mąż, któ­ry ma cię w du­pie.

Ka­ro­li­na unio­sła brwi. O, mama się „wy­ra­ża”. Czy­li cią­gle ją to wku­rza.

– A co my­ślisz te­raz?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Chy­ba nic. Nie czu­ję ani żalu, ani zło­ści, ani na­wet nie je­stem cie­ka­wa tego two­je­go bra­ta. No, może tro­chę. Szko­da mi tyl­ko, że to­bie na­mie­sza­li w gło­wie.

Ka­ro­li­na na­peł­ni­ła szklan­kę wodą i wy­pi­ła ją jed­nym hau­stem.

– Spo­tka­ła­byś się z nim na moim miej­scu?

– Z kim? – Mama spoj­rza­ła na nią z nie­po­ko­jem. – Z oj­cem?

Cór­ka par­sk­nę­ła śmie­chem.

– Ojca mam w du­pie. Z Wik­tor­kiem.

Mama za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę.

– Wik­to­rek naj­mniej tu za­wi­nił.

Dobra. Cze­go kon­kret­nie chcesz ode mnie? Po­ba­wić się w Ja­sia i Mał­go­się? Bo nie bar­dzo ro­zu­miem…

Wik­to­rek, jak przy­sta­ło na praw­dzi­we­go dzie­się­cio­lat­ka, nie ro­bił za­pew­ne nic in­ne­go, jak tyl­ko sie­dział w sie­ci. Bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć fakt, że od­pi­sał Ka­ro­li­nie w cią­gu mi­nu­ty?

No, na­resz­cie ja­kiś ludz­ki od­ruch. Jesz­cze nie wiem, cze­go chcę, ale my­ślę, że faj­nie mieć star­szą sio­strę. Bo ja je­stem je­dy­nak, zna­czy by­łem do nie­daw­na. Ale po­tem pod­słu­cha­łem ja­kieś strzęp­ki roz­mów, tro­chę so­bie po­głów­ko­wa­łem, a na ko­niec spy­ta­łem mamę pro­sto z mo­stu. Do­ro­słych w ogó­le na­le­ży py­tać pro­sto z mo­stu, bo ina­czej daje im się nie­po­trzeb­nie czas do na­my­słu. A tak – tra­fie­ni w sam śro­dek – z wra­że­nia ga­da­ją praw­dę.

No i po­wie­dzia­ła.

Że tata kie­dyś miał ro­dzi­nę w Pol­sce, ale nic z tego nie wy­szło, zna­czy oprócz cór­ki. Czy­li cie­bie.

– Nic z tego nie wy­szło! Pew­nie moja mat­ka za mało przy­po­mi­na­ła kan­gu­rzy­cę – wrza­snę­ła Ka­ro­li­na i ze zło­ścią wy­łą­czy­ła kom­pu­ter. Do­bra, może Wik­to­rek sam w so­bie nie za­wi­nił, ale je­śli odzie­dzi­czył przy­naj­mniej je­den pro­cent ge­nów ta­tu­sia, to i tak na­le­ża­ło go skre­ślić. Prę­dzej czy póź­niej zro­bi ko­muś po­dob­ne świń­stwo.

– Nie po­trze­bu­ję ta­kie­go bra­ta – za­mru­cza­ła.

Pół­bra­ta, zna­czy.

Ej, co jest zno­wu? Gry­pę masz czy ci kom­pu­ter siadł?

Zno­wu on. Oczy­wi­ście.

Zga­dłeś. Mam gry­pę. Kan­gu­rzą.

Wy­ślij.

To ja­kaś alu­zja?

O, nie­źle kom­bi­nu­je. Nie­głu­pi na­wet, choć ma spie­przo­ne DNA.

Dygre­sja, były je­dy­na­ku.

A po­tem po­sta­no­wi­ła nie od­zy­wać się do nie­go ni­g­dy wię­cej i za­po­mnieć, że w ogó­le ist­nie­je. Nie otwie­ra­ła pocz­ty, nie re­ago­wa­ła na wir­tu­al­ne za­czep­ki. Trud­no. Tyle lat ra­dzi­ła so­bie bez bra­ta, to te­raz też może. Na do­da­tek on za bar­dzo przy­po­mi­na jej ojca, któ­re­mu się znu­dzi­ła. A na­wet naj­bar­dziej twar­dy i wy­ra­cho­wa­ny na­sto­la­tek, zwłasz­cza płci żeń­skiej, nie czu­je się kom­for­to­wo z po­czu­ciem od­rzu­ce­nia. Wik­to­rek niech żyje swo­im wro­cław­skim ży­ciem, z mamą i ta­tu­siem pod­łym tchó­rzem, a ona sku­pi się na so­bie. Są waż­niej­sze rze­czy, niż skle­ja­nie po­tłu­czo­nych sko­rup.

MAG­DA­LE­NA

W du­pie mam wszyst­kie sta­ty­sty­ki

Oczy­wi­ście, że nie ro­zu­mia­łam ani sło­wa z tego, co do mnie mó­wi­li. A mó­wi­li dużo, mą­drze, na­uko­wo i bar­dzo po­waż­nie.

Neu­ro­bla­sto­ma.

Sta­dium czwar­te, prze­ży­wal­ność kil­ka­na­ście pro­cent. Moż­li­we prze­rzu­ty do wę­złów chłon­nych, wą­tro­by, ko­ści, skó­ry, szpi­ku, płuc i mó­zgu. Le­cze­nie: che­mio­te­ra­pia, ra­dio­te­ra­pia, po­łą­czo­ne z za­bie­ga­mi chi­rur­gicz­ny­mi oraz prze­szcze­pem szpi­ku.

Po­wtó­rzyć?

Neu­ro­bla­sto­ma.

Lity no­wo­twór, guz lub masa, któ­ry wy­wo­dzi się z cewy ner­wo­wej bę­dą­cej czę­ścią współ­czul­ne­go ukła­du ner­wo­we­go. Każ­dy z tych wy­ra­zów jest okrop­ny, a w po­łą­cze­niu brzmią jesz­cze go­rzej. Po­dob­no część tego ukła­du od­po­wia­da za re­ak­cje or­ga­ni­zmu w sy­tu­acjach stre­so­wych, gdy trze­ba wal­czyć lub ucie­kać. Jego ner­wy bie­gną wzdłuż krę­go­słu­pa i łą­czą się z róż­ny­mi or­ga­na­mi. Naj­czę­ściej neu­ro­bla­sto­ma ata­ku­je nad­ner­cza, choć cza­sem wy­bie­ra so­bie tkan­ki ner­wo­we znaj­du­ją­ce się w szyi, ja­mie brzusz­nej lub w ob­rę­bie mied­ni­cy.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

OD AU­TOR­KI

Ta książ­ka ni­g­dy by nie po­wsta­ła, gdy­by nie Do­ro­ta Racz­kie­wicz i Mag­da Gref. Z Do­ro­tą zna­my się jesz­cze ze stu­diów i na­praw­dę hi­sto­ria my­śli po­li­tycz­nej była na­szym naj­gor­szym eg­za­mi­nem. Po­tem na­sze dro­gi się ro­ze­szły. Spo­tka­ły­śmy się po­now­nie, tak jak więk­szość – na Fa­ce­bo­oku. Do­ro­ta była już wte­dy sze­fo­wą Dru­ży­ny Szpi­ku. Ta fun­da­cja to jej do­dat­ko­we dziec­ko, któ­re trak­tu­je na rów­ni z po­zo­sta­ły­mi. A ma ich aż czwo­ro!

Naj­pierw była Fun­da­cja Dar Szpi­ku im. Anny Wier­skiej, któ­ra przez ostat­nie dwa lata swo­je­go ży­cia nie tyl­ko wal­czy­ła z bia­łacz­ką i pró­bo­wa­ła zna­leźć daw­cę, ale jed­no­cześ­nie uświa­da­mia­ła in­nych, jak waż­ne jest od­da­wa­nie szpi­ku. 26 maja 2008 roku, wkrót­ce po po­wsta­niu sa­mej fun­da­cji, gru­pa wo­lon­ta­riu­szy za­ło­ży­ła w jej ra­mach Dru­ży­nę Szpi­ku. Jej głów­nym za­da­niem jest zwięk­sze­nie licz­by re­je­stra­cji w Cen­tral­nym Re­je­strze Nie­spo­krew­nio­nych Po­ten­cjal­nych Daw­ców Szpi­ku i Krwi Pę­po­wi­no­wej, dzię­ki któ­rym cho­rzy na no­wo­twór, dla któ­rych je­dy­nym ra­tun­kiem jest prze­szczep szpi­ku od daw­cy nie­spo­krew­nio­ne­go, mają więk­sze szan­se na wy­zdro­wie­nie.

Licz­by mó­wią same za sie­bie. W 2008 roku w Cen­tral­nym Re­je­strze Nie­spo­krew­nio­nych Po­ten­cjal­nych Daw­ców Szpi­ku i Krwi Pę­po­wi­no­wej było oko­ło pię­ciu ty­się­cy za­re­je­stro­wa­nych daw­ców, pod ko­niec 2013 roku było ich już oko­ło pię­ciu­set czter­dzie­stu ty­się­cy. Dzi­siaj – po­nad mi­lion. Ce­lem Dru­ży­ny Szpi­ku jest stwo­rze­nie re­je­stru, w któ­rym za­re­je­stro­wa­nych jest mi­ni­mum dwa mi­lio­ny po­ten­cjal­nych daw­ców szpi­ku.

Sze­fo­wą Dru­ży­ny jest Do­ro­ta i to ona pod­su­nę­ła mi hi­sto­rię Mag­dy i Oli Gref.

Ola jest praw­dzi­wą bo­ha­ter­ką mo­jej książ­ki. Dziś ma pięt­na­ście lat i jest prze­pięk­ną dziew­czy­ną z wło­sa­mi dłu­gi­mi do pasa. Cho­ciaż już nie. Kil­ka ty­go­dni temu Ola ścię­ła swo­je wło­sy i prze­ka­za­ła je dzie­ciom cho­rym na raka. Od­da­ła to, co było jej naj­więk­szym skar­bem, zwłasz­cza po tylu la­tach „ły­sej gło­wy”. W przy­szło­ści chce zo­stać po­łoż­ną śro­do­wi­sko­wą i za­wsze być dla dzie­ci i przy dzie­ciach.

Ola nie po­trze­bo­wa­ła wpraw­dzie prze­szcze­pu, cho­ciaż przez mo­ment też po­ja­wia­ła się taka opcja. W wie­ku nie­ca­łych dwóch lat za­cho­ro­wa­ła na neu­ro­bla­sto­mę, któ­rą po­ko­na­ła, mimo iż trzy razy mia­ła wzno­wę, a le­ka­rze nie da­wa­li jej więk­szych szans na prze­ży­cie.

Ka­ro­li­na jest po­sta­cią wy­my­ślo­ną, choć nie do koń­ca. Jest ona zlep­kiem wszyst­kich tych do­brych du­chów, któ­rym cho­ro­ba nie prze­sła­nia ca­łe­go świa­ta, a sta­je się mo­ty­wa­cją do wal­ki o sie­bie i o in­nych. Moja przy­ja­ciół­ka opo­wie­dzia­ła mi kie­dyś o cór­ce swo­ich zna­jo­mych, któ­ra mimo bia­łacz­ki, pró­bo­wa­ła speł­niać ma­rze­nia in­nych dzie­ci. Nie jeź­dzi­ła wpraw­dzie po ca­łej Pol­sce, ale i tak uda­ło jej się uszczę­śli­wić nie­jed­ne­go szpi­tal­ne­go ma­lu­cha. Skon­tak­to­wa­łam się z nimi, a oni „po­ży­czy­li” mi imię ich cór­ki.

Ta­kich Ka­ro­lin jest dużo. Są mo­ty­la­mi, wo­jow­nicz­ka­mi i ma­rzy­ciel­ka­mi w jed­nym.

Książ­kę na­pi­sa­łam z pun­tu wi­dze­nia Mag­dy, mamy Oli, któ­rej siła i mi­łość sta­wi­ły czo­ła naj­gor­sze­mu. Ta­kich mam są ty­sią­ce. Na­praw­dę śpią na ka­ri­ma­tach, na­praw­dę myją się w szpi­tal­nych umy­wal­kach. Wal­czą do koń­ca. Mag­da udo­stęp­ni­ła mi wszyst­kie ba­da­nia, epi­kry­zy i opi­sy cho­ro­by. Po­ka­za­ła swój pa­mięt­nik, zdję­cia, wy­cin­ki z ga­zet, kart­ki, któ­re do­sta­wa­ła Ola pod­czas swo­jej cho­ro­by. Fil­my, któ­re na­krę­ci­ła Dru­ży­na Szpi­ku. Ra­zem z mę­żem Alek­san­drem (na­praw­dę jest dy­ry­gen­tem w Ope­rze Po­znań­skiej) opo­wie­dzie­li mi o stra­chu, bólu, łzach i tych naj­trud­niej­szych kil­ku la­tach, kie­dy ra­zem wal­czy­li o Olę.

W książ­ce mogą wy­stą­pić pew­ne nie­ści­sło­ści cza­so­we, któ­re mu­sia­łam za­sto­so­wać ze wzglę­du na fa­bu­łę. W ża­den spo­sób nie zmie­nia­ją one jed­nak ca­łej hi­sto­rii.

Mag­do, Alek­san­drze, Olu i Do­ro­to – dzię­ku­ję Wam za tę hi­sto­rię i mam na­dzie­ję, że cho­ciaż czę­ścio­wo uda­ło mi się ją opi­sać tak, że speł­ni­ła Wa­sze ocze­ki­wa­nia.

Wszel­kie in­for­ma­cje do­ty­czą­ce Dru­ży­ny Szpi­ku, prze­szcze­pów oraz neu­ro­bla­sto­my po­cho­dzą ze stro­ny darsz­pi­ku.pl oraz neu­ro­bla­sto­ma­pol­ska.pl, a tak­że licz­nych me­dycz­nych opra­co­wań.

Ko­rzy­sta­łam też z ksią­żek do­ty­ka­ją­cych pro­ble­mów śmier­ci i umie­ra­nia.

E. Kübler-Ross: Roz­mo­wy o śmier­ci i umie­ra­niu. Me­dia Ro­dzi­na. War­sza­wa 1998.

P. Stal­felt: Mała książ­ka o śmier­ci. Czar­na Owca. War­sza­wa 2008.

F. v. Stülp­na­gel: Bez Cie­bie. Wspar­cie po stra­cie bli­skiej oso­by. Stu­dio Astrop­sy­cho­lo­gii. Bia­ły­stok 2013.

Nie oby­ło się też bez wy­ko­rzy­sta­nia wąt­ków z jed­nej z mo­ich ulu­bio­nych po­wie­ści, czy­li Jo­na­than Stran­ge i pan Nor­rell Su­san­ny Clar­ke.

Dru­ży­na Szpi­ku dzia­ła co­raz pręż­niej. Do­ro­cie uda­ło się zre­ali­zo­wać swo­je pro­jek­ty – Dni Mamy On­ko­lo­gicz­nej oraz Me­ta­mor­fo­zy Mam. Ale to nie wszyst­ko. Jest jesz­cze Szpi­ko­wa Pacz­ka, czy­li pre­zen­ty dla dzie­ci na świę­ta, są mi­strzo­stwa w ma­ra­to­nie, jest Szpik­nik czy­li świę­to Dru­ży­ny Szpi­ku. W po­moc za­an­ga­żo­wa­nych jest co­raz wię­cej osób, rów­nież z pierw­szych stron ga­zet.

Cały czas trwa­ją pra­ce nad pro­jek­tem edu­ka­cyj­nym Po­dziel się ży­ciem. Ce­lem Dru­ży­ny jest wy­edu­ko­wa­nie mło­dzie­ży wszyst­kich klas trze­cich po­znań­skich szkół po­nad­gim­na­zjal­nych. Do tej pory wo­lon­ta­riu­sze od­wie­dzi­li już po­nad czter­dzie­ści szkół, gdzie opo­wia­da­ją o tym, jak zo­stać daw­cą lub krwio­daw­cą.

Na ko­niec przy­to­czę sło­wa Do­ro­ty, bo tak na­praw­dę le­piej nie moż­na tego ująć:

Dru­ży­na Szpi­ku to gru­pa lu­dzi, któ­rzy chcą dzie­lić się z in­ny­mi tym, co mają, co po­tra­fią i do cze­go są go­to­wi, bo wła­śnie go­to­wość jest zna­kiem roz­po­znaw­czym czer­wo­ne­go te­amu. A za­kła­da­jąc ko­szul­kę, od­po­wia­da on na wo­ła­nie cho­rych „po­dziel się ży­ciem”.

Zada­niem Dru­ży­ny jest by­cie gło­sem tych wal­czą­cych. I może to wła­śnie Ty za­trzy­masz la­wi­nę śmier­ci.

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Raz jesz­cze Mag­dzie i Ol­ko­wi – za spo­tka­nie i opo­wieść o Oli.

Sa­mej Oli – za od­wa­gę.

Do­ro­cie – za wszyst­ko, co robi dla in­nych.

Mag­dzie Ra­taj­czak – za wspar­cie, mo­ty­wa­cję i po­zy­tyw­ną ener­gię. Za to, że jest Cza­row­ni­cą.

Ani Ka­sprzak – za gru­pę fejs­bu­ko­wą, w któ­rej cią­gle jest mnie mało, ale ja na­praw­dę nie wiem, jak roz­cią­gnąć dobę. Aniu, dzię­ku­ję Ci też za to, że za­ra­żasz in­nych czy­ta­niem. Oraz za wy­ła­pa­nie li­te­ró­wek, je­steś mi­strzy­nią!

Lil­ce Fa­bi­siń­skiej – jak za­wsze za na­sze nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy, któ­rych chy­ba nie prze­rwa­ły­śmy na­wet jed­ne­go dnia. Lil­ka, dzię­ku­ję za ra­cu­chy z jabł­ka­mi Two­jej mamy, któ­re zro­bi mi na śnia­da­nie (kie­dy to pi­szę, jesz­cze ich nie ja­dłam, ale wiem, że mam je do­stać).

Dzię­ku­ję za prze­czy­ta­nie książ­ki i wy­ła­pa­nie kil­ku błę­dów. I za wska­zów­ki, co zro­bić, żeby było jesz­cze le­piej.

He­idi za przy­jaźń i py­ta­nia: „A ty zno­wu pi­szesz?”.

No i Ro­dzi­nie, bez któ­rej nie­wie­le rze­czy ma sens.

A na ko­niec wszyst­kim, któ­rzy mnie czy­ta­ją.

Skoń­czy­łam pi­sać 9 maja. Kie­dy cho­dzi­łam do pod­sta­wów­ki, w kra­jach blo­ku wschod­nie­go ob­cho­dzi­ło się wte­dy Dzień Zwy­cię­stwa i przed lek­cja­mi mó­wi­li­śmy wier­szyk o dziad­ku, któ­ry usiadł na ła­wecz­ce koło krze­wu bzu i wspo­mi­nał woj­nę. „Jak z ra­dziec­ką ar­mią sław­ną, w bój na wro­ga szedł”.

Ta książ­ka też jest o Zwy­cię­stwie.

Na­ta­sza So­cha

Mon­schau, 9 maja 2017 roku

na­ta­sza­so­cha.pl

https://web.fa­ce­bo­ok.com/na­ta­sza­so­cha­73/

https://web.fa­ce­bo­ok.com/gro­ups/189426934849827/

SPIS TRE­ŚCI

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

Wstęp

Tekst

Epilog

Od autorki

Podziękowania