Wydawca: Muza Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Apokalipsa Z. Poczatek końca ebook

Manel Loureiro  

4.26829268292683 (41)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 486 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Apokalipsa Z. Poczatek końca - Manel Loureiro

* pierwsza część rewelacyjnej trylogii o zombie, osadzonej we współczesnym świecie

* fenomen Internetu - powieść pisana najpierw w formie blogu , odniosła ogromny sukces w Internecie, przeczytało ją kilkaset tysięcy osób na całym świecie i wśród internautów zyskała opinię kultowej; przebój Amazonu

* na jej podstawie powstał również komiks

 

Cywilizacja już nie istnieje.

Nie ma Internetu. Ani telewizji. Ani telefonów komórkowych.

Nie ma niczego, co przypominałoby ci, że jesteś ludzką istotą.

Zaczęła się apokalipsa. Pozostał tylko jeden cel:

PRZEŻYĆ!

 

W należącym do Federacji Rosyjskiej Dagestanie dochodzi do ataku ekstremistów islamskich na jedną z poradzieckich baz wojskowych. Napastnicy przypadkowo uwalniają przechowywane tam wirusy dziwnej choroby, która pustoszy coraz większe tereny, odcinając je od reszty świata. Temat ten zaczyna dominować w światowych serwisach informacyjnych, ale nikt nic nie wie na pewno. Mówi się o żywych trupach, które polują na ludzi. Poszczególne państwa wprowadzają spóźnione środki zaradcze: stan wyjątkowy, godzinę policyjną, blokadę informacji, zamknięte Bezpieczne Strefy dla zdrowych obywateli.

O tym wszystkim dowiaduje się stopniowo bohater powieści, hiszpański prawnik mieszkający pod miastem Pontevedra. Od pierwszego dnia na prowadzonym przez siebie blogu, a później w zwykłym notatniku spisuje swoje spostrzeżenia o tej odległej katastrofie. Jeszcze nie wie, że to dopiero początek apokalipsy... W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia odbędzie wędrówkę po terenach, które kiedyś znał jako Galiciię.

 

Opinie o ebooku Apokalipsa Z. Poczatek końca - Manel Loureiro

Cytaty z ebooka Apokalipsa Z. Poczatek końca - Manel Loureiro

Dostałem niezłą nauczkę. Wykończyć mnie mogą nie tylko tamci, Nieumarli. Nadal możliwe są wszystkie normalne przyczyny śmierci: wypadki, choroby, głód. One nie zniknęły, przyczaiły się tylko w cieniu, czyhając
Dostałem niezłą nauczkę. Wykończyć mnie mogą nie tylko tamci, Nieumarli. Nadal możliwe są wszystkie normalne przyczyny śmierci: wypadki, choroby, głód. One nie zniknęły, przyczaiły się tylko w cieniu, czyhając na okazję. Dopadną mnie, jeśli nie będę ostrożny. W ostatnich dniach myślałem tylko o moich prześladowcach i prawie zapomniałem o fundamentalnej prawdzie: człowiek jest bardzo, ale to bardzo kruchą istotą.
Jeśli ktoś ma na tej wyspie kłopoty, to bardzo mi z tego powodu przykro. Będzie musiał (albo musiała) sam sobie dać radę. W tym nowym świecie tylko ten, kto potrafi zadbać o własną dupę, ma szansę zobaczyć kolejny wschód słońca.
musiał wystrzelić co najmniej dwa pełne magazynki ze swojej służbowej broni, po której, ma się rozumieć, nie zostało śladu. Kiedy tamci go dorwali, po prostu wypuścił ją z rąk. Ciekawe, gdzie ona teraz jest. Plecak okazał się prawdziwym skarbem. W środku znalazłem śpiwór, znakomitą pelerynę w kolorach maskujących noszoną przez hiszpańskie wojska lądowe, kompas, mapę z zaznaczonymi różnymi pozycjami (to pewnie stanowiska – teraz opuszczone – na linii obrony, która powstrzymywała tamtych podczas ewakuacji), tytoń, apteczkę pierwszej pomocy z trzema ampułkami morfiny oraz najcenniejszy łup: kilka
nie zna słowa po hiszpańsku, miałem więc dużo czasu, żeby przemyśleć całą sytuację i uświadomić sobie, że nad niczym nie panuję. Właśnie pisałem, kiedy Uszakow osobiście pojawił się w mojej kabinie i kazał mi pójść za sobą. Weszliśmy schodami na pokład, gdzie czekali na mnie członkowie mojej „grupy”. Byli wśród nich mały Wiktor Asterix Pritczenko, którego nie widziałem od naszego ostatniego spotkania (myślę, że jest takim samym więźniem jak ja), drugi oficer z giwerą wiszącą u pasa i czterech marynarzy „Zaren Kibish” wyglądających na Pakistańczyków. Wszyscy w grubych marynarskich ubraniach w ciemnym kolorze i z wypchanymi plecakami. Wszyscy, z wyjątkiem Wiktora, trzymali w rękach kałasznikowy, wyglądało na to, że nie dali mu broni. W jego spojrzeniu widać było coś pomiędzy rezygnacją a przerażeniem.

Fragment ebooka Apokalipsa Z. Poczatek końca - Manel Loureiro

Manel Loureiro

APOKALIPSA Z Początek końca

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z: El principio del fin

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu elektronicznego: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Zdjęcie na okładce

© Buida Nikita Yourievich/Shutterstock

© 2011, Manel Loureiro Doval

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2013

© for the Polish translation by Joanna Ostrowska and Grzegorz Ostrowski

ISBN 978-83-7758-523-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I

Dla Lucíi, mojego światła,

Kiedy zabraknie miejsca w piekle, umarli będą stąpać po ziemi.Świt żywych trupów, 1978

Blog

Piątek, 30 grudnia. Godzina 8.40

Dziś czeka mnie wariacki dzień. Rano, kiedy wstałem, padał rzęsisty deszcz. Trochę później, gdy robiłem sobie kawę, dalej lało. Wziąłem prysznic, słuchając wiadomości radiowych.

Ciągle to samo. Że Hiszpania się rozpada, że się nie rozpada, że to, że tamto, że siamto… A moje dzisiejsze spotkanie może zadecydować, czy przez sześć najbliższych miesięcy będę żył jak panisko, czy też będę musiał walczyć z akcjonariuszami, którzy nie mają pojęcia, co tak naprawdę jest dla nich dobre. Wiem, że to ich pieniądze, a nie moje, ale jeśli dojdzie do fuzji, dzięki prowizji przez pół roku pożyję sobie nieco spokojniej. Muszę odpocząć, mam ochotę wypłynąć zodiakiem i ponurkować trochę w zatoce.

Pijąc kawę, spoglądałem przez okno wychodzące na ogród. Kupno tego domu to był strzał w dziesiątkę. Wciąż wiele rzeczy mi tu o niej przypomina. To ona go wybrała, ona zdecydowała, jak go urządzić, ona… zresztą teraz to już wszystko jedno. Myślałem, że jeśli posłucham zalecenia lekarza i „otworzę się” na innych, łatwiej zniosę jej brak, ale czas mija, a ja ciągle czuję wszędzie jej obecność. „Zacznij pisać bloga”, powiedział mi psycholog. „Pisz, o czym zechcesz, na jakikolwiek temat, ale pisz”. Właśnie to robię, ale nie widzę, żeby był z tego jakikolwiek pożytek. Przynajmniej dla mnie.

Zresztą, co mi szkodzi. Może jednak?

Ogród jest zielony, mokry, zarośnięty, zaniedbany. Od trzech tygodni w Galicii bez przerwy pada, wilgoć wciska się wszędzie. Niedługo trzeba będzie skosić trawnik i oczyścić ogrodzenie. To też była jej decyzja, żeby dom otaczał wysoki mur z kamienia, po którym spływają w tej chwili strumienie wody. „Potrzebujemy prywatności”, mówiła… Teraz, kiedy jej nie ma, czuję się tak, jakbym mieszkał w twierdzy.

Poprawiłem krawat i wziąłem teczkę. W radiu spiker mówił akurat o napiętej sytuacji w jednej z tych małych republik na Kaukazie, których nazwy kończą się na „an”. Wygląda na to, że jakieś oddziały buntowników zajęły obiekty wojskowe czy coś w tym rodzaju.

Za dużo krwi jak na mój gust. Szybko wyłączyłem radio. Muszę iść do biura. Zrobiło się późno.

3 stycznia. Godzina 13.15 Na kacu

Od mojego ostatniego wpisu na blogu minęło kilka dni. Spotkanie z ludźmi z firmy poszło znakomicie! Myślę, że za to, co zarobiłem w ostatnim miesiącu, w tym roku będę mógł zafundować sobie niezłe wakacje.

W Sylwestra pojechałem do rodziców, do Cotobade, niedaleko Pontevedry. Przenieśli się tam kilka lat temu, zaraz jak przeszli na emeryturę. Na kolacji byli, ma się rozumieć, rodzice, a poza tym wujostwo oraz moja siostra i jej chłopak, którzy przyjechali z Barcelony, gdzie pracują. Ona jest prawnikiem, tak jak ja, ale działamy w różnych branżach. Mieszka w Barcelonie od lat i chyba przywykła do życia w Katalonii. Ja tam zawsze wolałem Galicię…

Rozmowa toczyła się wokół najważniejszej wiadomości ostatnich dni: nowego konfliktu na Kaukazie. Prawdopodobnie grupa islamskich bojowników z… Dagestanu…?? zajęła dawne bazy radzieckie, które w tej wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej republice dotąd kontrolowali Rosjanie. Zdaniem siostry bojownicy pewnie szukają jakichś materiałów jądrowych.

Mam nadzieję, że się myli. Tylko nam teraz brakuje kolejnych zamachów, jak te z 11 marca 2004 roku w Madrycie, i na dodatek z użyciem bomb atomowych…

Nieliczne migawki, które pokazano, były bardzo niewyraźne. Wydaje się, że zajęte obiekty mają supertajny charakter i władze nie pozwalają ich filmować. Korespondenci korzystają z materiałów archiwalnych i szerokich planów robionych z hotelowego tarasu. Mówi się o setkach ofiar śmiertelnych i o tym, że Putin postawił w stan gotowości wojska na terytorium całej Rosji. Zdjęcia żołnierzy i czołgów na ulicach wywołują ciarki na plecach… Na pewno władze obawiają się nowych zamachów albo ataków w innych częściach kraju.

Cieszę się, że mnie tam nie ma.

3 stycznia. Godzina 19.03

Oglądam właśnie telewizję. Tele 5 przerwała nadawany program, żeby pokazać na żywo, jak Federacja Rosyjska zamyka granice. Zawieszono wszystkie loty z i do Rosji, a wystrzelenie w przestrzeń kosmiczną kolejnej rakiety Sojuz odłożono sine die. W CNN+ komentują, że przyczyną zamknięcia granic może być sytuacja w Dagestanie, która wymyka się spod kontroli, albo dążenie Putina do umocnienia swojej władzy. Jeden z uczestników programu stwierdził rozsądnie, że nie ma powodów do paniki, że chodzi po prostu o polityczną zagrywkę… Nie wiem, co o tym myśleć.

Wczesnym popołudniem znowu nie było prądu. Mam już dość tych cholernych awarii. Trudno uwierzyć, że mieszkam w osiedlu oddalonym zaledwie dwa kilometry od Pontevedry, miasta, które liczy osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców! Mówią, że chodzi o „problemy na liniach przesyłowych”. Szacują, że naprawa potrwa sześć miesięcy. To czyste kpiny. Jutro kupuję panele fotowoltaiczne na dach i akumulatory. Mam gdzieś zakład energetyczny.

4 stycznia. Godzina 10.59 Lekko zaniepokojony

Dziś rano znowu oglądałem w CNN+ wiadomości z Rosji. Są wreszcie nagrania tego, co niby się dzieje w Dagestanie. Władze rosyjskie pogłębiają izolację kraju; najpierw były granice, teraz przyszła kolej na media. Korespondentów pracujących w Dagestanie przeniesiono do Moskwy, dla – jak podano – „ich własnego bezpieczeństwa”.

Pokazano film nakręcony amatorską kamerą, na którym widać jednostki specjalne armii rosyjskiej posuwające się wyludnioną ulicą jakiegoś miasteczka w pobliżu zaatakowanej bazy, jak można było przeczytać na pasku w dole ekranu. Żołnierze, których na początku nagrania widać w środku transportera opancerzonego, to młodzi chłopcy o dość wystraszonych twarzach. Moją uwagę zwróciły zwłaszcza maski przeciwgazowe, które mieli na sobie, kiedy zeskakiwali z transportera; jakby bali się, że w powietrzu może być coś szkodliwego. Niespodziewanie zaczęli strzelać jak opętani w stronę czegoś lub kogoś i zaraz wrócili biegiem do pojazdu. W tym miejscu nagranie się urywa. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć…

Na kanale Antena 3 mówią, że rebelianci, którzy zaatakowali bazę, być może pochodzą z Czeczenii, i że chcieli zdobyć materiały chemiczne lub nuklearne zmagazynowane w laboratoriach. Świat oszalał…

Po południu pojechałem na zakupy. Zbliża się święto Trzech Króli, dlatego w centrum handlowym położonym trzy kilometry od mojego domu pełno ludzi szukających prezentów[1]. Nadwyrężyłem kartę kredytową, kupując mnóstwo jedzenia, kilka pięciolitrowych butli wody, dwie potężne latarki i kilkanaście baterii na wypadek tych cholernych przerw w dostawie prądu, oraz trochę akcesoriów elektrycznych, przede wszystkim przewody. Skoro mam zainstalować na dachu panele, lepiej się przygotować. Kupiłem też ogromne zapasy karmy dla Lukullusa, mojego perskiego kota, który ostatnio prawie nie zwraca na mnie uwagi.

Któryś z sąsiadów ma chyba kotkę w rui i Lukullus czuje się w obowiązku o nią zabiegać. Ciągle przełazi przez ogrodzenie w poszukiwaniu przygód… A mur ma ponad trzy metry wysokości! Czego się nie robi dla kobiety…

Po drodze wpadłem do firmy instalującej panele słoneczne. Kupiłem dwa, BP Solar SX-170B. Wypadło dość drogo – łącznie z montażem (przyjdą jutro) dwa tysiące euro (nie licząc akumulatorów) – ale to najlepsze, co oferuje rynek. Każdy z paneli waży około piętnastu kilogramów, można je więc śmiało zainstalować na dachu, bez obawy, że zbytnio obciążą konstrukcję. Składają się z ogniw z krzemu multikrystalicznego, które gwarantują co najmniej dwudziestopięcioletnią trwałość modułów. Mając na dachu dwie takie płyty, mogę ładować dwa zestawy złożone z dwudziestu czterech akumulatorów nawet w miejscu tak mało słonecznym jak Galicia. W razie awarii zapewnią mi prąd na wiele godzin i przynajmniej nie zepsuje mi się jedzenie przechowywane w dwóch zamrażarkach w piwnicy.

Zwykle mam mało czasu, dlatego lubię, żeby lodówka była dobrze zaopatrzona na wypadek, gdybym przez kilka tygodni nie mógł zrobić zakupów. Zamrażarka to zdecydowanie wspaniały wynalazek.

W drodze powrotnej zatrzymałem się przy kiosku, żeby kupić kilka kartonów papierosów Fortuna i bibułki do skrętów przydatne na niektórych imprezach. Czekając w kolejce, zauważyłem, że w sklepie z bronią naprzeciwko dwaj myśliwi kupują amunicję. Mamy sezon polowań, a ten weekend będzie bardzo długi, bo zaczyna się od dodatkowego dnia wolnego.

Po powrocie wypakowałem zakupy i słuchając radia, skosiłem kawałek trawnika. Przydomowy ogródek ma zaledwie około pięćdziesięciu metrów kwadratowych; nie jest duży, trochę większy niż zwykłe patio, ale za to zaciszny dzięki otaczającym go wysokim murom. Ceglana willa stoi w osiedlu złożonym z czterdziestu identycznych domów, ustawionych w rzędach po dziesięć, przy dwóch równoległych uliczkach. Mój zbudowano w połowie ulicy Numer Jeden (nie ma jeszcze nazwy, takie rzeczy załatwia się powoli, a osiedle powstało niespełna trzy lata temu). Po bokach znajdują się dwie inne wille, a z tyłu trzecia, która wychodzi na ulicę Numer Dwa. Oddziela mnie od niej małe patio i mur, wysoki na jakieś trzy metry.

Prawie nie znam sąsiadów, bo spędzam w domu mało czasu. Wiem tylko, że naprzeciwko mieszka małżeństwo bardzo sympatycznych emerytów, jeżdżących pathfinderem, a obok lekarz z żoną i dwiema małymi córeczkami. Willę po drugiej stronie zajmują Alfredo, fajny chłopak pracujący w firmie budowlanej, oraz jego dziewczyna. Ja na razie mieszkam z Lukullusem, największym kocim bezwstydnikiem i włóczykijem na całej ulicy. Obawiam się, że niedługo w drzwiach mojego domu stanie jakaś rozhisteryzowana sąsiadka z pudłem pełnym kociąt podobnych do Lukullusa i zażąda wyjaśnień. Muszę coś zrobić z tym kotem…

W radiu ciągle nadają wiadomości z Dagestanu. Wygląda na to, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Władze Rosji nadal stosują blokadę informacyjną i wysyłają coraz więcej żołnierzy i lekarzy. Ciekaw jestem, co, u licha, się tam dzieje?

5 stycznia. Godzina 13.54 Dzień siódmy. Coś tu nie gra

Dziś rano przyszli zainstalować panele słoneczne, które wczoraj kupiłem. Przy optymalnym naświetleniu dają moc znamionową 220 W. Dzięki dwóm zestawom złożonym z dwudziestu czterech akumulatorów, które ustawiłem w piwnicy, będę miał własny prąd przez osiem godzin dziennie, co w zupełności wystarczy, by przetrzymać każdą przerwę w dostawie energii.

Zadzwoniłem do siostry, żeby chwilę z nią pogadać. Jest teraz w Barcelonie, ale na weekend jedzie do przyjaciółki, do Girony. Mówi, że u niej wszystko w porządku. Pożegnaliśmy się po krótkiej rozmowie o niezbyt ważnych sprawach.

W telewizji ciągle puszczają migawki z Dagestanu. Ostatnie wiadomości (nieliczne z powodu blokady informacji) są takie, że władze rosyjskie zarządziły ewakuację ludności. Wydaje się, że podczas ataku na rosyjskie instalacje czeczeńscy buntownicy niechcący wypuścili do atmosfery jakieś substancje chemiczne, które tam składowano. W Programie Pierwszym Lorenzo Milá[2] mówi o sarinie, gazie użytym w zamachach w tokijskim metrze, natomiast w Tele 5 twierdzą, że najprawdopodobniej chodzi o nadtlenek wodoru, wykorzystywany jako utleniacz paliwa do rakiet międzykontynentalnych radzieckiej produkcji.

Myślę, że tak naprawdę nikt nie wie na sto procent, co jest grane.

9 stycznia. Godzina 10.23

W Rosji dzieje się coś bardzo niedobrego. W weekend bombardowano nas niekończącą się serią wiadomości, komunikatów, zaprzeczeń, doniesień o blokadzie informacyjnej i aktach przemocy. O każdej porze dnia we wszystkich kanałach telewizyjnych mówią o wydarzeniach w Dagestanie z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Ale trochę się zagalopowałem i niepotrzebnie wyprzedzam fakty.

W piątek rano podjęto decyzję o całkowitym zamknięciu granic Rosji. Tego samego dnia po południu Reuters podał, że zaatakowane obiekty to w rzeczywistości laboratorium, w którym przeprowadzano badania biologiczne, i że uwolniona przypadkowo substancja to jakiś patogen. Kilka godzin później władze Rosji kategorycznie zdementowały te pogłoski, mówiło się jedynie o toksycznej chmurze z zakładów produkujących nawozy sztuczne. Ale już w sobotę rano podano nam na śniadanie informację, że Rosja poprosiła o pomoc zespół z Centrum Zwalczania i Profilaktyki Chorób z Atlanty, który ma pojechać do Dagestanu.

Teraz mówią, że może chodzić o jakąś nową odmianę wirusa Zachodniego Nilu, wywołującego chorobę zakaźną, którą dość łatwo się zarazić. Rejonem jej endemicznego występowania jest Egipt, ale kilka lat temu komar przenoszący chorobę trafił na pokład samolotu i od 1995 roku odnotowuje się pojedyncze przypadki zachorowań w Europie i na południu Stanów Zjednoczonych.

Takie wytłumaczenie brzmiałoby logicznie, gdyby nie jeden drobny szczegół: w środku stycznia w górach Kaukazu nie ma znowu aż tak dużo komarów…

W niedzielę wydawało się, że nikt już nad niczym nie panuje. Zaledwie pięć godzin po przybyciu zespołu z Atlanty, gdy tylko zajął się on zatrutymi (a raczej zarażonymi), dwóch jego członków trzeba było ewakuować do Stanów Zjednoczonych. Najwyraźniej doszło do jakiegoś incydentu z udziałem pacjentów.

Późno w nocy podobny los spotkał ekipę Światowej Organizacji Zdrowia, która musiała zostać pilnie odesłana do Ramstein w Niemczech. Na niektórych portalach internetowych pojawiły się komentarze na temat możliwych przypadków śmiertelnych w tej międzynarodowej grupie.

O ofiarach w Dagestanie wiadomo niewiele, dotyczy to zarówno rosyjskich ekip medycznych, jeśli takie w ogóle tam są, jak i ludności cywilnej. Kilka amatorskich filmów, które udało się przekazać na zewnątrz, głównie przez internet, pokazuje długie karawany uciekających albo ewakuowanych ludzi (niektórzy wyglądają na bardzo chorych), a przede wszystkim mnóstwo karetek pogotowia. Widać również grupy żołnierzy i rosyjskich pograniczników wyposażonych w sprzęt bojowy, przemieszczające się w przeciwnym kierunku, w stronę tego, co już zaczęto nazywać Gorącą Strefą.

A dziś rano – zaskakująca wiadomość. Rząd Rosji ogłosił stan wojenny. Zagraniczni dziennikarze muszą opuścić Rosję do końca dnia, zawieszono wolność zgromadzeń i prasy i, co najciekawsze, w całym kraju zamknięto dostęp do internetu. Nie można niczego zamieścić w rosyjskiej sieci i nic nie może stamtąd wyjść (przynajmniej w teorii).

Poza tym w Programie Pierwszym wystąpiła minister zdrowia. Powiedziała, że rząd jest przygotowany, by stawić czoło sytuacji, i gwarantuje, że w Hiszpanii nawet gdyby wystąpiło takie zagrożenie, nie dojdzie do zarażeń wirusem Zachodniego Nilu, i że nie ma powodów do paniki. Ale słyszałem też ministra obrony, jak mówił w radiu SER, że do Dagestanu zostanie wysłana ekipa sanitarna hiszpańskiej armii i kompania wojsk inżynieryjnych. Mają pomóc w opanowaniu sytuacji. Zaklinał się, że oczywiście nic im nie grozi, i takie tam bla, bla, bla…

Połowa krajów Europy, Japonia, Stany Zjednoczone i Australia wysyłają podobne ekipy.

Coś się w Rosji dzieje. Coś naprawdę poważnego.

9 stycznia. Godzina 19.58 Nowe teorie

Spędziłem całe popołudnie, wypróbowując panele słoneczne. Generują zadziwiająco dużą moc, choć nie pozwala ona na podłączenie zbyt wielu sprzętów AGD jednocześnie, bo wtedy zużycie prądu gwałtownie rośnie i baterie wyładowują się po kilku godzinach. Ale przy małym zużyciu, na przykład przez dwie zamrażarki i komputer, będę samowystarczalny przez mniej więcej piętnaście godzin. Potem konieczna jest około ośmiogodzinna przerwa, w czasie której nie wolno używać akumulatorów, bo napięcie wtedy spada i sprzęt AGD mógłby ulec uszkodzeniu. Według producenta, przy bardzo słonecznej pogodzie mógłbym korzystać z paneli przez całą dobę, ale jesteśmy w Galicii i mamy środek zimy, więc raczej nie powinienem narzekać. Poza tym nie sądzę, żebym został bez światła na dłużej niż kilka godzin, nawet w czasie najgorszych zimowych burz.

Lukullus jest trochę zdziwiony osobliwą czapą, która wyrosła na jego domu (bo przysiągłbym, że uważa go za SWÓJ dom, a mnie za swojego zwierzaka do towarzystwa), ale ja mimo wszystko myślę, że to była bardzo mądra inwestycja.

Wróciłem z kancelarii i przygotowując sobie posiłek, słuchałem radia. Kontyngent hiszpański wystartował już z Torrejón de Ardoz w kierunku dagestańskiego miasta o nazwie Bujnaksk, gdzie ma założyć szpital polowy. Rosjanie najwyraźniej starają się rozlokować międzynarodowe ekipy sanitarne w różnych miejscach, by sobie wzajemnie nie przeszkadzały. Region jest bardzo zacofany, a rosyjskie służby medyczne osiągnęły chyba kres swoich możliwości.

Z doniesień wynika, że w nielicznych obozach dla uchodźców utworzonych w sąsiednich republikach dochodzi do nowych przypadków zachorowań wywołanych – jak się podkreśla – szczególnie złośliwą odmianą wirusa Zachodniego Nilu. Ale niektóre media, na przykład „El Mundo”, mówią o wirusie Ebola. Jeśli to prawda, Rosjanie rzeczywiście mają przerąbane. Wygląda na to, że nikt nie zatroszczył się o zorganizowanie wystarczającej liczby obozów, dlatego uchodźcy, gdy zostali wypędzeni przez wojsko ze swoich domów, rozbiegli się na wszystkie strony: zarówno zdrowi, jak i ci, którzy już zdrowi nie byli.

Najgorsze jest to, że wielu z nich przedostaje się małymi łodziami rybackimi na drugą stronę Morza Kaspijskiego, do Iranu, stąd obawy, że choroba dotrze na Bliski Wchód. Tego im jeszcze tylko brakowało.

Muszę zrobić dodatkowe zakupy i zaopatrzyć się w środki przeciwgrypowe, a przy okazji odwiedzić matkę i poprosić o kilka recept na antybiotyki. Mam fioła na punkcie przeziębień.

9 stycznia. Godzina 20.40 Więcej informacji

Reuters podaje, że zmarło trzech lekarzy współpracujących ze Światową Organizacją Zdrowia, ewakuowanych do Ramstein. W opublikowanym raporcie medycznym stwierdzono, że może chodzić o bardzo zjadliwego wirusa wywołującego gorączkę krwotoczną, która u zarażonych powoduje utratę orientacji, majaki oraz napady agresji.

Teoria o wirusie Ebola wydaje się coraz bardziej prawdopodobna…

10 stycznia. Godzina 11.01 Stan równowagi

Piszę te słowa w przerwie między dwoma spotkaniami. Siedzę na ławce w parku, dokładnie pod oknami kancelarii, w której pracuję. Ponieważ zgodnie z nowym prawem palenie w miejscu pracy jest zabronione (nawet w moim własnym gabinecie!), za każdym razem, kiedy chcę zapalić, muszę wychodzić na zimno. Na szczęście można tu złapać kilka sieci Wi-Fi, zabieram więc laptop i surfuję po internecie.

Na portalach pojawiają się bardzo nieprecyzyjne informacje, prawie wszystkie budzą niepokój. Chyba nikt już nie panuje nad sytuacją w Rosji, a od ataku Czeczenów nie minęły nawet dwa tygodnie. Stan wojenny najwyraźniej nie poskutkował, bo w całym kraju szerzy się chaos. Jak można było przewidzieć, zarządzone przez Putina zamknięcie dostępu do internetu na nic się nie zdało. Wiele serwerów rosyjskich działa w innych krajach, dlatego w sieci wciąż można znaleźć informacje o tym, co się tam dzieje (swoją drogą, są to JEDYNE informacje, jeśli nie liczyć oficjalnych komunikatów). Wielu rosyjskich blogerów pisze o patrolach wojskowych na ulicach, o godzinie policyjnej, a nawet o strzelaniu na oślep. Niektórzy napomykają o przypadkach kanibalizmu. Pewnie dlatego, że w ogólnym chaosie wiele regionów zostało całkowicie odciętych od zaopatrzenia. Oczywiście nic z tego nie potwierdzono oficjalnie, a władze rosyjskie dementują absolutnie wszystko, wydając komunikat za komunikatem. Zdaniem tamtejszego ministra obrony rozruchy są dziełem muzułmańskich ekstremistów, którzy chcą zdestabilizować rząd. Prawda wygląda jednak tak, że wiarygodność Putina i rządu rosyjskiego leci na łeb na szyję, o czym pisze – choć bardzo oględnie – cała prasa międzynarodowa.

Wiadomo jedynie na pewno, że wzmocniono środki bezpieczeństwa wokół rosyjskich elektrowni atomowych i baz rakietowych. Mówił o tym amerykański sekretarz obrony, powołując się na źródła wywiadowcze (CIA) i zdjęcia satelitarne. Rząd Stanów Zjednoczonych nakazał ewakuację wszystkich swoich obywateli mieszkających w Rosji. Podobno są wśród nich zabici i ranni, bo wielu współpracowało ze znanymi organizacjami pozarządowymi działającymi na terenie Dagestanu. Przybywają do kraju od samego rana. W CNN+ można było zobaczyć, że niektórzy opuszczają samoloty na noszach. Wyglądali niezbyt dobrze.

Żołnierze amerykańscy są wycofywani z Iraku i przerzucani do Stanów, gdzie krążą plotki o planach wprowadzenia czerwonego alarmu antyterrorystycznego. Prawie wszyscy zostaną przetransportowani drogą lotniczą, z międzylądowaniem w Ramstein, w Niemczech.

Z ostatniej chwili: przypadki zarażenia rosyjską odmianą wirusa Zachodniego Nilu – bo taka jest teraz oficjalna wersja – stwierdzono w północnym Iranie i w irackim Kurdystanie. Na forach internetowych wrze, z okazji korzystają na swoich blogach rozmaici przepowiadacze końca świata. Nie sądzę, żeby sprawy zaszły aż tak daleko; na pewno skończy się tak jak z ptasią grypą…

10 stycznia. Godzina 11.43 Stan równowagi (II)

Jak z ptasią grypą… No i po herbacie, jak mówi znana reklama. Dania ogłosiła właśnie, że zawiesza układ z Schengen o swobodnym ruchu w krajach Unii Europejskiej i wprowadza na swoich granicach kontrolę sanitarną. Inne kraje, jak Szwecja czy granicząca z Rosją Finlandia, planują zrobić to samo. Premier zapowiedział na dzisiejsze południe konferencję prasową, na której prawdopodobnie poinformuje o środkach, jakie zastosuje Hiszpania.

Radioodbiorniki rozgrzewają się do czerwoności od nadmiaru newsów. Jestem zaskoczony, że nagle wszyscy goście programów radiowych wiedzą tyle na temat medycyny. Siostra zadzwoniła z Barcelony, by mi powiedzieć, że rząd Katalonii zastanawia się nad masowymi szczepieniami… Ale przeciw czemu? Myślę, że nikt nie ma zielonego pojęcia, ale każdy chce ugrać coś dla siebie… Jak zawsze.

10 stycznia. Godzina 22.03 Stan równowagi (III)

Google News informuje, powołując się na agencje prasowe, że w bazie wojskowej w Ramstein ogłoszono kwarantannę… Zdaje się, że pracownicy Światowej Organizacji Zdrowia, których ewakuowano tam z Rosji, zarazili personel medyczny. Wszystkie amerykańskie loty wojskowe są kierowane do krajów trzecich.

Minister obrony powiedział w telewizji, że hiszpański rząd zezwolił amerykańskim maszynom na przeloty nad terytorium kraju. Istnieje możliwość wykorzystania Roty jako bazy wsparcia.

Ktoś zamieścił w internecie zdjęcie z Ramstein. Widać na nim niewiele, tylko dwie osoby rozmawiające w drzwiach jakiegoś baraku, ubrane w coś, co wygląda na kombinezony izolacyjne używane przez personel medyczny. To wszystko budzi niepokój…

11 stycznia. Godzina 11.48 Stan krytyczny

Znowu na ławce w parku, z papieroskiem w dłoni. Dziś jednak nawet ślepiec zdaje sobie sprawę, że na ulicach panuje inny nastrój. Zmiana może nie jest jeszcze wielka, ale bez wątpienia nastąpiła.

Wczoraj w południe premier zorganizował zapowiadaną konferencję prasową z udziałem ministrów zdrowia, spraw wewnętrznych i obrony. Główne jej przesłanie brzmiało: „Nie ma powodów do paniki”. Ciekawe w takim razie, dlaczego opinia publiczna wydaje się z każdą godziną coraz bardziej spanikowana.

Przyczyniają się do tego niewątpliwie wypowiedzi lidera opozycji, który żąda natychmiastowego zamknięcia portów i lotnisk, oraz stacja radiowa COPE, domagająca się, by wojsko obstawiło granice. A także w nie mniejszym stopniu fakt, że zaledwie czterdzieści osiem godzin po wylądowaniu hiszpańskich żołnierzy w Dagestanie podjęto decyzję o ich wycofaniu.

Zwykle nie podzielam opinii Federica Losantosa[3], ale nie mogę uwolnić się od myśli, że chyba tym razem to on ma rację. Sytuacja rzeczywiście coraz bardziej wymyka się spod kontroli. W Rosji panuje już kompletny chaos. Są regiony całkowicie odizolowane, nad którymi nikt nie sprawuje nadzoru. Wiadomości o rozbojach, grabieżach i masowych zabójstwach rozchodzą się po sieci niczym błyskawice. W Tele 5 pokazali wczoraj zdjęcia z francuskiego satelity, na których widać gigantyczne pożary w stolicy Gruzji, Tbilisi, zaledwie trzysta kilometrów od granicy z Dagestanem. Nie ma łączności z tym miastem i najwyraźniej nikt nie walczy z pożarami. Co się, kurwa, z nimi dzieje? Chcą się spalić żywcem, czy co?

Światowa Organizacja Zdrowia wykluczyła chyba definitywnie, że chodzi o wirus Zachodniego Nilu, i mówi teraz o szczepie choroby bardzo podobnej do eboli. Ebola, jak bezustannie powtarzają wszystkie gazety, rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne, to gorączka krwotoczna atakująca ludzi i pozostałe naczelne. Odkryta w 1976 roku, do dziś ma cztery znane odmiany: Ebola-Zair, Ebola-Sudan, Ebola-Tai i Ebola-Reston (ta ostatnia zaraża tylko małpy). Do zakażenia dochodzi poprzez kontakt z zainfekowanymi płynami ustrojowymi i wydzielinami, głównie z krwią i ze śliną, a wskaźnik zgonów wynosi około dziewięćdziesięciu procent. Są jednak środki przekazu, które twierdzą, że to nie ebola, a przynajmniej żadna z jej znanych odmian. Pogłoski, pogłoski i żadnych, kurwa, konkretów…

Myślę, że tak naprawdę nikt nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje, i wszyscy uderzają na oślep. Chcąc uniknąć epidemii ptasiej grypy, rząd szwajcarski zarządził masowe podawanie ludności leku o nazwie tamiflu. Wielka Brytania zamknęła czasowo Eurotunel i porty, ale uważa się, że i tak ma na swoim terytorium osoby zarażone przez pracowników błyskawicznie ewakuowanych z Dagestanu (wygląda na to, że wielu wróciło z ranami, jakby niektórych zaatakowały chore na wściekliznę zwierzęta). W Niemczech sytuacja jest jeszcze gorsza, bo kwarantanna w Ramstein chyba nie odniosła skutku, skoro już ogłoszono stan wojenny w całym kraju. Zadaję sobie pytanie, ile czasu minie, zanim podobne środki zostaną podjęte w Hiszpanii.

Nie wiem dokładnie, co dzieje się w innych częściach świata, ale w Atlancie mówią już o światowej pandemii. W Stanach Zjednoczonych sekty apokaliptyczne przygotowują się na przybycie Marsjan albo na coś w tym rodzaju… Biały Dom ogłosił najwyższy poziom alarmu antyterrorystycznego i zapowiedział utworzenie sztabu antykryzysowego.

Zdaniem jakiegoś eksperta z Ministerstwa Zdrowia, doszliśmy do tak zwanego punktu krytycznego epidemii i nie da się już uniknąć pandemii, która ma dotrzeć do Hiszpanii za kilka dni, jeśli już nie dotarła… Najgorsze, że dzieje się to bardzo szybko (minęły niespełna dwa tygodnie, od kiedy wszystko się zaczęło) i ciągle nie wiadomo, jak przekazywana jest choroba, jak długo trwa inkubacja ani nawet jakie są objawy… Tak przynajmniej wynika z oficjalnych komunikatów przedstawicieli władz.

To dlatego ludzie są tacy zestrachani. Dziś widziałem na ulicy dwie osoby w maseczkach na twarzy. Jakiegoś faceta, który zaczął głośno kasłać w barze, gdzie byłem wczoraj wieczorem z Pablem i Hectorem, poproszono grzecznie, by opuścił lokal. Zawieszono tymczasowo niektóre masowe imprezy, a Xunta – rząd Galicii – myśli o zamknięciu na kilka tygodni państwowych przedszkoli, dopóki nie będzie wiadomo, na czym stoimy. Władze nie podjęły jeszcze żadnych środków o charakterze restrykcyjnym, ale ludzie sami zaczynają się ograniczać w obawie przed nieznanym wirusem. Jesteśmy jak zwierzęta, kulimy się ze strachu przed zagrożeniem, któremu tydzień temu poświęcono zaledwie króciutką wzmiankę w gazecie, a które teraz zamieniło się w nie wiadomo co.

Siostra zadzwoniła dziś rano z Barcelony. Mówi, że na razie miasto żyje zwykłym rytmem, ale i tam wyczuwa się strach na ulicach. Po tym, jak rozeszły się plotki, że ciepłe powietrze jest idealnym środowiskiem dla rozprzestrzeniania się choroby, ludzie unikają metra i patrzą nieufnie na każdego, kto wygląda na przybysza z Europy Wschodniej. Powiedziała mi ze śmiechem, że teraz przynajmniej nie gada się przez cały czas o tym cholernym kryzysie…

Zaniosłem Lukullusa do weterynarza. Wolałem się upewnić, tak na wszelki wypadek, że nie zaniedbałem jakiegoś szczepienia. Skorzystałem z okazji i zajrzałem do sklepu ze sprzętem do nurkowania, żeby odebrać nowy regulator, podwodną kuszę i pół tuzina pięćdziesięciocentymetrowych strzał, w razie gdybym w najbliższy weekend chciał coś złowić (oczywiście bez butli tlenowej).

Muszę zaprowadzić samochód do warsztatu, żeby sprawdzili poziom oleju. To niespełna roczny opel astra i nie chcę, żeby przytrafiło mi się z nim to samo, co z poprzednim autem… Ale to zbyt długa historia, żeby ją tu teraz opowiadać.

12 stycznia. Godzina 13.19 Ptaki spadają z nieba

Ludziom zdecydowanie puszczają nerwy. Dziś rano padał ulewny deszcz. Zostawiłem Lukullusa przy ciepłym kaloryferze, zajętego oblizywaniem wąsów, a sam wsiadłem do samochodu. Na szczęście stał zaparkowany przed domem, bo inaczej cały bym przemókł. W drodze do pracy zauważyłem, że lawinowo wzrosła liczba osób noszących maseczki. Może powinienem sam się w taką zaopatrzyć… A swoją drogą ciekawe, czy istnieją maseczki dla kotów?

Nadawane przez radio informacje są krańcowo sprzeczne. Od osiemnastu godzin nie ma żadnych wieści z Dagestanu. Żadnych. Kompletnie nic. Nie wiem, co budzi większy niepokój: złe wiadomości czy ich zupełny brak…

Pożary takie jak w Gruzji, pokazane wczoraj w telewizji, wybuchają teraz w miastach na południu Rosji i nikt chyba nie próbuje ich gasić. Oficjalna wersja Rosjan mówi o masowym paleniu ofiar epidemii, ale nikt w to nie wierzy. Pożary są zbyt duże (widać je z kosmosu!!) i równają z ziemią całe kwartały miast, magazyny paliw i porty. Nie ma ich wiele, zaledwie kilkanaście, ale dziwne, że wszystkie wybuchły mniej więcej w tym samym czasie…

Jestem poruszony migawkami z Niemiec. Tysiące samochodów próbujących wydostać się z miast na wieś, z dala od skupisk ludności, blokują autostrady. Ale tylko niewielki procent mieszkańców ma dokąd uciekać, większość musiała zostać w miastach. Na pierwszy rzut oka nie widać paniki, ale wszyscy są przejęci. Obowiązuje stan wojenny; kanclerz zapowiedziała, że wojsko ma strzelać do każdego, kto po godzinie dwudziestej będzie podróżować albo przebywać poza punktami noclegowymi przy szosach… Ci to nie są skłonni do żartów!

Ale najbardziej niepokojącą wiadomość zostawiłem na koniec. Oficjalne informacje są dawkowane i bardzo skąpe. Dziś o dziewiątej rano w Brukseli odbyło się nadzwyczajne spotkanie przywódców wszystkich państw Unii Europejskiej z udziałem ministrów obrony, zdrowia i spraw wewnętrznych.

Obradowali do dwunastej, a po zakończeniu posiedzenia wzięli udział w konferencji prasowej. I wtedy wybuchła bomba: od tej chwili każda oficjalna informacja będzie przechodziła przez sztab antykryzysowy, wspólny dla całej Unii. Ma on co godzina wydawać oficjalne oświadczenia jednakowe dla wszystkich krajów członkowskich. Poszczególne rządy mogą uzupełniać je o dane z zakresu polityki wewnętrznej, zdrowia i bezpieczeństwa, które uznają za niezbędne. Siły zbrojne wszystkich państw Unii zostały postawione w stan gotowości. Jak wyjaśniono, chodzi o to, by zapobiec niepotrzebnej panice. Sztab stwierdził, że informacje są tak sprzeczne i niejasne, że budzą nieuzasadniony popłoch, którego skutkiem jest masowe przemieszczanie się ludności (przypuszczam, że chodzi tu o Niemcy).

Zamurowało mnie, kiedy usłyszałem tę wiadomość. Informacje z jednego źródła… Zapachniało cenzurą. Ale nie to jest najgorsze. Najgorszy był widok twarzy premierów i prezydentów. Wyglądali, jakby wracali z pogrzebu… Jakiś komentator polityczny stwierdził w radiu Onda Cero, że sprawa jest raczej poważna, skoro zaraz po zakończeniu spotkania wszyscy wyskoczyli jak z procy z sali i pognali na lotnisko, żeby wrócić do swoich krajów… Krążą pogłoski o możliwości wprowadzenia w Hiszpanii stanu wyjątkowego, jak w wielu innych krajach Europy. Na razie w ramach „profilaktyki sanitarnej” zawieszono wszystkie zawody sportowe przewidziane na ten weekend.

W Stanach Zjednoczonych ogłoszono mobilizację Gwardii Narodowej. Migawki, które ostatnio pokazuje telewizja satelitarna, wprawiają w osłupienie. Po ulicach Nowego Jorku, Chicago, Bostonu chodzą uzbrojone patrole. Ci Amerykanie upadli chyba na głowę. Co im to da? Przestraszą wirusa? Będą do kogoś strzelać, czy co? Myślę, że jak zwykle przesadzają… À propos Stanów Zjednoczonych, zdaje się, że są chorzy w Atlancie, Houston i Los Angeles, ale media nie podają szczegółów ani nie pokazują zdjęć. Tam, owszem, już cenzurują informacje. Wiadomo jedynie, że „wektory przenoszące chorobę zakaźną”, jak je nazywają, dotarły w ciągu ostatnich godzin drogą lotniczą z Niemiec i ze Wschodu. Amerykanie niedługo zamkną wszystkie lotniska. Wiadomości z innych części świata są mniej więcej takie same.

U nas oddziały odkomenderowane do Dagestanu wróciły już do Saragossy. Wielu żołnierzy ma lekkie obrażenia, mówi się nawet o ofiarach śmiertelnych, ale informacje na ten temat są bardzo skąpe. Wiadomo tylko, że dla rannych przeznaczono jedno piętro w cywilnym szpitalu w Saragossie…

Zadzwoniłem do rodziców. W najbliższy piątek mają zamiar pojechać do rodzinnej wioski dziadków. Myślę, że to świetny pomysł. Zatelefonowałem też do siostry, żeby dowiedzieć się co u niej. Powiedziała, że w Barcelonie zawieszono czasowo podziemny transport miejski, a do autobusu nie można wsiąść bez maseczki. Kupiłem bilet lotniczy, polecę do niej w najbliższy weekend. Mam nadzieję, że zdołam ją przekonać, by wzięła urlop i przyjechała do mnie.

Czuję, że niedługo coś się wydarzy, ale nie wiem co. Strach jest szybszy od palącego się lontu… a ten już się żarzy.

12 stycznia. Godzina 19.28 …a rzeki spłyną krwią

Właśnie zgasło światło. Pierwszy raz w tym tygodniu. Zadzwoniłem do cholernego zakładu energetycznego, gdzie powiedzieli mi, że najdalej za dwie godziny przywrócą dostawy prądu.

Leje jak z cebra, ulica jest pogrążona w całkowitych ciemnościach, tylko od czasu do czasu oświetlają ją błyskawice. Po murze spływają strumienie wody, ale Lukullus i ja siedzimy sobie wygodnie na kanapie w salonie i dzięki akumulatorom oglądamy telewizję. Nie mogę zapalać jednocześnie zbyt wielu świateł, bo szybko wyczerpią mi się baterie, a szczerze mówiąc, nie chce mi się schodzić do piwnicy, żeby podłączyć drugi zestaw akumulatorów.

O trzeciej po południu unijny sztab antykryzysowy wydał swój pierwszy komunikat. Wynika z niego, że epidemię wywołał zmutowany filowirus albo kilka filowirusów naraz, jeszcze tego dokładnie nie wiedzą (na kanale Antena 3 powiedzieli przed chwilą, że chodzi o wirus Marburg, cokolwiek by to miało znaczyć). Są już potwierdzone przypadki w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Francji, Holandii, Polsce, Grecji, Turcji… a od siódmej wieczorem także w Hiszpanii. Minister zdrowia wystąpiła na konferencji prasowej (worki pod oczami sięgały jej do kostek) i ogłosiła, że trzej członkowie jednostki wysłanej do Dagestanu leżą na OIOM-ie w Saragossie z objawami choroby „nie wiadomo jakiej”. Pokazano ten szpital w telewizji – jest otoczony przez oddziały prewencyjne policji i żandarmerię wojskową. Niech to szlag.

Najgorsze, że pacjenci przechodzą głęboką traumę, co przejawia się w skłonnościach paranoidalnych i agresji. Było już kilka przypadków napaści na personel medyczny, wielu pacjentów uciekło ze szpitala… Cieszę się, że moja matka już nie pracuje w służbie zdrowia.

Najwyraźniej choroba jest bardzo zaraźliwa, ale nie wiadomo dokładnie, jaką drogą się przenosi. W szpitalu w Sussex, w Anglii, ogłoszono kwarantannę po tym, jak dwóch chorych przez godzinę biegało po całym zakładzie, atakując każdego, kogo spotkali na korytarzu. Ta informacja znalazła się w internecie kilka godzin temu i nikt jej jeszcze nie zdementował…

Z Dagestanu od dwudziestu czterech godzin nie ma absolutnie żadnych wiadomości. Tak jakby nikt tam nie został. Ostatni komunikat, jaki wyszedł z Rosji, mówi o tym, że Putin i cały rząd ukryli się w bunkrze przeciwatomowym z czasów zimnej wojny i że wojsko zajęło ulice największych miast. Ukraina ogłosiła stan wojenny. Są jednak obszary, o których od wielu godzin nic nie wiadomo.

Rosyjski bloger, który mieszka w Moskwie, ale pochodzi z małego miasteczka w Osetii Północnej, napisał na www.russiskaya.ru, że po wielu godzinach nieudanych prób dodzwonienia się do rodziców zaczął telefonować do wszystkich, których numery znalazł w książce telefonicznej. Nikt nie odbiera. Jakby w tym pięciotysięcznym miasteczku nikt nie mieszkał. Przed chwilą ta strona została zamknięta. Cenzura rosyjska jest w dalszym ciągu bezwzględna.

Co się, kurwa, dzieje? Co będzie dalej? Dlaczego nic nie mówią?

13 stycznia. Godzina 11.10 Dzień 15

Kiedy dziś rano wyszedłem spod prysznica, dwa razy potężnie kichnąłem. Normalnie nie przywiązywałbym do tego wagi, ale z powodu psychozy, jaka zaczyna opanowywać całą Hiszpanię, moja hipochondryczna połowa zadrżała ze strachu. Czyżby epidemia dotarła już do Galicii? Czy się zaraziłem i to jest pierwszy objaw, czy chodzi o zwykłe przeziębienie?

Przy śniadaniu włączyłem wiadomości. Od kilku dni żyję przyklejony do telewizora, radia i internetu (podejrzewam, że tak jak trzy czwarte mieszkańców Europy). Pewnie wszyscy mamy nadzieję usłyszeć, że epidemia się cofa, że wszystko skończy się na wielkim strachu. Jednak rzeczywistość bywa makabrycznie uparta.

Od czterdziestu ośmiu godzin nie ma żadnych wieści z Dagestanu. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale od dwóch dni nie wyszła stamtąd żadna wiadomość, ani oficjalna, ani nieoficjalna. Tak jakby kilka milionów mieszkańców tej republiki rozpłynęło się w powietrzu… albo wyginęło. Na Zakaukaziu (w Gruzji, Osetii Południowej, Azerbejdżanie i Armenii) panuje grobowe milczenie. Jak gdyby nikt się tam nie uchował. Tamtejsze stacje telewizyjne i radiowe nie nadają od wielu godzin, a nieliczne strony internetowe nie były aktualizowane od dwóch dni. Uciekinierzy, którzy kierują się do Rosji, Iranu i Turcji, są internowani na rozległych terenach pilnowanych przez wojsko, nazywanych przez prasę międzynarodową „strefami bezpieczeństwa”, gdzie traktuje się ich raczej jak więźniów niż jak uchodźców. Wprowadzono ostrą cenzurę.

W Europie sprawy coraz bardziej się komplikują. Włoskie miasto Cremona zostało otoczone przez wojsko i oddziały specjalne karabinierów. Nikt z wyjątkiem konwojów lekarzy nie może tam wjechać ani stamtąd wyjechać. W całym mieście ogłoszono kwarantannę i każdy, komu uda się dotrzeć w jego okolice, musi zawrócić. We Francji wprowadzono stan wyjątkowy. Zorganizowano punkty kontrolne na drogach przy głównych węzłach komunikacyjnych i trzeba mieć specjalne pozwolenie, by przejechać z jednego departamentu do drugiego. W Wielkiej Brytanii sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna. Parlament zatwierdził Isolation Act, na mocy którego zamknięto granice aż do odwołania. Do Zjednoczonego Królestwa nie można wjechać ani z niego wyjechać, przynajmniej legalnie. Mam przyjaciół w Londynie, pewnie jest tam mnóstwo młodych Hiszpanów, studentów itp. Co się z nimi stanie? Według internetowego wydania „Herald Tribune”, w Walii i na terenach na południe od Essex epidemia wymknęła się spod kontroli. Piszą o zamieszkach i grabieżach.

W Niemczech sytuacja niektórych landów jest niejasna. Na północy i przy granicy z Polską zmilitaryzowano służbę zdrowia, transport, łączność i zarządzanie elektrowniami atomowymi. W Japonii doszło do masowych samobójstw, a zgłoszone morderstwa i zaginięcia biją wszelkie rekordy. Wygląda to tak, jakby japońskie społeczeństwo się załamało…

W Stanach Zjednoczonych sprawy mają się różnie, w zależności od tego, czy słuchasz wypowiedzi sekretarza stanu, czy oglądasz CNN albo Fox News. To olbrzymi kraj, są obszary, gdzie życie toczy się normalnie, ale są też takie, gdzie wybuchło prawdziwe szaleństwo. Rząd zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą, ale moim zdaniem zablokowanie Piątej Alei w Nowym Jorku przez ciężarówki wojskowe świadczy o czymś innym. CNN informuje również o zamieszkach, zabójstwach oraz fali porwań i zaginięć w całym kraju… Czyżby wykluwała się jakaś rewolucja?

Właśnie dlatego dziś rano rozpoczęto wycofywanie wojsk amerykańskich z Iraku. Nie kilkuset żołnierzy czy kilku jednostek. Nie.

Wszystkich.

Absolutnie wszystkich. Do ostatniego żołnierza.

To, na co kilka tygodni temu zużyto by morze farby drukarskiej, teraz zasługuje jedynie na krótką wzmiankę na dalszych stronach gazet. W ostatnich dniach wszystko bardzo się pozmieniało…

Tu, w Hiszpanii, z wyjątkiem podlegającej kwarantannie Saragossy, zmiany zachodzą powoli, łagodnie, ale w sposób widoczny. Kościoły są pełne ludzi. W supermarketach zaczyna brakować niektórych produktów, zwłaszcza importowanych i tych o krótkim terminie przydatności do spożycia. Fabryki samochodów wstrzymały produkcję z powodu braku części sprowadzanych z zagranicy. Kiedy wychodziłem dziś rano, widziałem sąsiadów z naprzeciwka, emerytów od pathfindera, ładujących do bagażnika mnóstwo walizek. Powiedzieli mi, że wyjeżdżają na kilka dni do małego miasteczka w prowincji Ourense, „do czasu, aż się trochę uspokoi”. Zamknąłem Lukullusa w domu, żeby nie zapłodnił połowy populacji okolicznych kotek, i pojechałem samochodem do kancelarii. Ulice są dziwnie puste, a ludzie chodzą szybko, jakby ukradkiem, nie zatrzymując się, by porozmawiać. Olbrzymia większość nosi maseczki chirurgiczne. W biurze dostałem taką od sekretarki. „Polecenie szefa”, powiedziała. Tak więc siedzę w swoim gabinecie i przyjmuję klientów w maseczce, jakbym był chirurgiem. Czuję się w niej jak kretyn. Co się, do cholery, dzieje?

13 stycznia. Godzina 19.34 Dzień 15

Piszę te słowa w poczekalni dla palących na lotnisku w Santiago de Compostela. Za pół godziny odlatuje mój samolot do Barcelony, skąd mam nadzieję przywieźć siostrę. Niestety sytuacja pogarsza się z godziny na godzinę. Odnotowano nowe przypadki zakażeń w Toledo i w Madrycie. Tak się składa, że jednostka wojskowa, która wróciła z Dagestanu, ma bazę w Toledo, a w Madrycie, w Szpitalu Dwunastego Października, przebywają (albo przebywali) najciężej ranni żołnierze. Związek wydaje się oczywisty. Nie trzeba być specjalnie bystrym, żeby wskazać „wektory przenoszące chorobę”, jak to nazywają w telewizji.

W Saragossie rząd wprowadził godzinę policyjną, od ósmej wieczorem do ósmej rano. Dziś w południe widziałem na Czwórce, jak ciężarówki zakładu oczyszczania miasta razem z wozami strażackimi i wojskowymi cysternami polewały ulice gludexem i jabogermem, substancjami dezynfekującymi. Mówią, że cała Saragossa śmierdzi szpitalem.

Szpital im. Miguela Serveta, znajdujący się w samym środku miasta, jest otoczony szczelnym kordonem. Agencja Europa Press donosi, że dwie godziny temu weszły tam uzbrojone po zęby specjalne oddziały operacyjne policji. W znacznej części miasta doskonale słychać było wystrzały. Nie wiadomo, czy są zabici i ranni, bo sztab antykryzysowy nie puszcza pary z gęby, nie licząc zaleceń, by wszyscy używali maseczek chirurgicznych. W internecie na http://historiasdeunaenfermera.blogalia.com jest (a raczej był) blog prowadzony przez pielęgniarkę pracującą w Szpitalu imienia Serveta. Opisywała pacjentów z zaburzeniami psychicznymi, którzy błąkali się po korytarzach, twierdziła nawet, że kilku ochroniarzy i lekarzy zostało zaatakowanych w kostnicy. Stronę odwiedzało tyle osób, że serwer już po kilku godzinach nie był w stanie tego udźwignąć, a teraz pojawia się informacja: „Blog nie istnieje”. Zwolennicy teorii spiskowych mówią o cenzurze. Nie sądzę, żeby ten blog był prawdziwy. To na pewno sztuczka, żeby nastraszyć personel. Przynajmniej chcę wierzyć, że tak jest… Ale ludzie są żądni wiedzy, więc bezustannie krążą rozmaite pogłoski. Niektórzy twierdzą, że to promieniowanie jądrowe, inni – że „czarna śmierć”, jeszcze inni, że chodzi o gigantyczną trującą chmurę, która powstała nad jedną z rosyjskich rafinerii, a nie brakuje i takich, którzy uważają, że to manewr OPEC, żeby podnieść ceny ropy.

Niezależnie od tego, co to jest, strach niedługo zamieni się w panikę. Przeraża widok lotniska pełnego patroli Gwardii Cywilnej uzbrojonych w pistolety maszynowe, w rękawicach i maskach na twarzy. Kiedy jakiś facet zaczął uporczywie kasłać, czterej uprzejmi, ale stanowczy agenci od razu zabrali go do karetki. Jego protesty na nic się nie zdały. Przypomniałem sobie, że ja też pół dnia kicham z powodu przeziębienia, i staram się za wszelką cenę powstrzymywać…

Przed chwilą zadzwoniłem do siostry. Wyjedzie po mnie na lotnisko, ponieważ zawieszono kursowanie metra, a komunikację naziemną skoncentrowano w centrum miasta, by poprawić jej funkcjonowanie. Twierdzi, że złapanie w tych dniach taksówki to prawdziwy wyczyn.

Zostawiłem kota u Alfreda, chłopaka z firmy budowlanej, który mieszka w willi obok. Lukullus spojrzał na mnie obrażony, jest zły, że musi zostać w obcym domu, ale mam nadzieję, że mi to wybaczy. To tylko jeden weekend.

Ostatni raz wzywają pasażerów mojego lotu. Oby wszystko poszło dobrze.

15 stycznia. Godzina 18.03 Wpis 17. Stan wrzenia

Ostatnie czterdzieści osiem godzin było prawdziwą odyseją. Nie rozumiem, jak sprawy mogły zajść tak daleko. Nie jestem tchórzem, ale ogarnął mnie strach. Wielki strach. Mam wrażenie, że cała planeta zaraz się wykolei, a nikt nie potrafi znaleźć dźwigni hamulca. Jestem oszołomiony, zmęczony, czuję zamęt w głowie i zadaję sobie pytanie, co, u diabła, poczniemy. Ale znowu wyprzedzam bieg wydarzeń.

Piątkowy lot do Barcelony upłynął spokojnie, bez niespodzianek. Rutynowo, jeśli nie liczyć stewardes w rękawiczkach chirurgicznych rozdających maseczki wszystkim pasażerom. Samolot był w połowie pusty, wcześniej rzecz nie do pomyślenia na dzień przed weekendem. Nie wiedziałem, że w ciągu zaledwie trzech kwadransów mojej podróży Hiszpania przeżyła prawdziwe społeczne trzęsienie ziemi. Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku El Prat, przetrzymano nas w samolocie prawie półtorej godziny. Ktoś postanowił wyłączyć klimatyzację, więc w środku zrobiło się strasznie duszno. Nieliczni pasażerowie na pokładzie stawali się coraz bardziej nerwowi i zaczynali narzekać. To, że mieli na twarzach maseczki, nie pomagało w uspokojeniu nastrojów.

W końcu pozwolono nam wysiąść, ale nie przez rękaw, tylko wprost na płytę lotniska, skąd niewielki mikrobus elektryczny zabrał nas do jednej z sal terminalu. Tam powiedziano nam, że w czasie, kiedy lecieliśmy, rząd ogłosił stan wyjątkowy. Za czterdzieści osiem godzin wszystkie loty krajowe i międzynarodowe zostaną zawieszone i tylko ci, którzy mają już wykupiony bilet, będą mogli wrócić do swoich miejsc zamieszkania. Dlatego musiałem trochę skrócić swój weekend w Barcelonie. Co gorsza, nie wiedziałem, czy uda mi się zdobyć bilet dla siostry.

Terminal w Barcelonie to bezkresne morze pasażerów, ale wtedy panował tam jeszcze spokój. Wyraźnie zwiększono środki bezpieczeństwa: pierwszy raz w życiu widziałem w obiekcie cywilnym patrole wojskowe w kompletnym rynsztunku bojowym. Robi wrażenie.

Siostra i jej chłopak czekali na mnie przy wyjściu z terminalu B1. Ucieszyłem się na jej widok. Jest ode mnie o pięć lat młodsza (ma dwadzieścia pięć) i jak ja postanowiła zostać prawnikiem. Mieszka w Barcelonie od dwóch lat i już się tu w pełni zadomowiła. Kiedy moja żona zginęła w wypadku drogowym dwa lata temu, ona była moją pocieszycielką. To od niej dostałem kilka miesięcy później małą futrzaną kulkę w kolorze pomarańczowym o imieniu Lukullus, dzięki której wyszedłem z dołka. Dawne dzieje…

Kiedy jechaliśmy autem do Barcelony, zrelacjonowała mi ostatnie wydarzenia. Król wystąpił w telewizji, żeby odczytać komunikat; był ubrany w mundur, jak podczas pamiętnego zamachu stanu z 23 lutego 1981 roku. W całej Hiszpanii oddziały wojska postawiono w stan najwyższej gotowości. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin zostaną zamknięte wszystkie przejścia graniczne, porty i lotniska. Ogrodzenia otaczające Ceutę i Melillę podłączono do prądu. Pojedyncze przypadki zachorowań stwierdzono w Cartagenie, Kadyksie i w Ferrolu.

Ferrol leży niecałe sto pięćdziesiąt kilometrów od mojego domu… Zastanawiam się, jak choroba mogła dotrzeć aż tam. Najdziwniejszy jest brak oficjalnych informacji na jej temat. Nie podano, jakie są objawy, jak długo trwa okres inkubacyjny, jak duża jest śmiertelność… Wiadomo tylko, że choroba jest bardzo zaraźliwa, śmiertelna i wciąż się rozprzestrzenia.

W dalszym ciągu nikt nie panuje nad epidemią w Saragossie, Madrycie i Toledo. W Saragossie przystąpiono do ewakuacji wszystkich mieszkańców w promieniu jednego kilometra wokół Szpitala imienia Serveta.

W domu siostry, w dzielnicy Gracia, wziąłem prysznic, słuchając wiadomości radiowych (w tych dniach chyba nikt nie może żyć bez radia czy telewizora). Światowa Organizacja Zdrowia zapowiedziała na poniedziałek konferencję prasową na temat choroby. W Barcelonie policja regionalna prewencyjnie aresztowała podejrzanych cudzoziemców. Rząd Katalonii nakazał powszechne badania krwi, ale po kilku godzinach musiał je zawiesić: laboratoria nie dawały sobie rady z nawałem pracy.

Roger, chłopak mojej siostry, opowiedział mi, że któregoś dnia był świadkiem bójki na przystanku autobusowym między jakimś wzburzonym imigrantem a bandą skinów. Przyjechała policja, zapakowała wszystkich do radiowozów i wywiozła Bóg wie dokąd. Jemu na szczęście udało się wyjść z tego bez szwanku.

Mieliśmy iść na kolację do zaprzyjaźnionego sąsiada z pierwszego piętra, ale ponieważ sytuacja nie wygląda najlepiej, woleliśmy zostać w domu i zjeść przed telewizorem. Roger i moja siostra powiedzieli mi otwarcie, że nie pojadą do Galicii. Rodzice Rogera mają dom w prowincji Tarragona, więc zamierzają się tam udać w najbliższy weekend i zostać „do czasu, aż to wszystko się skończy”. Już wystąpili o kilka dni urlopu; mam wrażenie, że niedługo nie będzie to miało żadnego znaczenia…

Zaproponowali, żebym pojechał z nimi, a siostra jak gdyby nigdy nic rzuciła, że jedna z jej przyjaciółek byłaby zachwycona, gdyby mnie tam spotkała. Oferta jest kusząca, ale zostawiłem Lukullusa, w poniedziałek muszę iść do pracy, a poza tym mam przeczucie, że jeśli nie wyjadę teraz, przez długi czas nie będę mógł wrócić do Galicii.

Kiedy tak sobie rozmawialiśmy, przerwano program. Pojawił się Matías Prats[4], który z bardzo poważną miną poinformował, że piętnaście minut temu w Szanghaju zarejestrowano eksplozję termojądrową. To nie był wypadek ani zamach; rząd chiński postanowił zetrzeć miasto z powierzchni ziemi. Siedzieliśmy jak skamieniali. Czy w taki sposób stawia się czoło chorobie? Całe miasto? Boże święty, to muszą być przecież miliony ludzi…

W Niemczech podjęto decyzję o wyłączeniu wszystkich elektrowni atomowych – ich personel po prostu nie przychodzi do pracy. Stany Zjednoczone, Francja, Włochy, Wielka Brytania i wygląda na to, że również Hiszpania, podejmują podobne kroki.

Od kilku godzin brak jakichkolwiek wiadomości z Rosji. Rosyjskie stacje telewizyjne zostały zamknięte przez wojsko. Wydaje się też, że w końcu zdołano jakoś ograniczyć dostęp do internetu, bo wielu blogerów, dotąd bardzo aktywnych, nie daje znaku życia. Według Reutersa wielkie połacie kraju są pogrążone w ciemnościach z powodu braku prądu. Może to jest powodem… Mam nadzieję, że przedsięwzięto środki ostrożności i wyłączono reaktory w elektrowniach atomowych. Ostatnią rzeczą, jakiej nam teraz brakuje, jest nowy Czarnobyl…

Informacje o zarazie powtarzane są w każdym zakątku planety. Epidemia ma już charakter globalny.

W Stanach Zjednoczonych dochodzi do rabunków, napadów, porwań i masowych mordów. O Europie prawie nic nie wiadomo, bo sztab antykryzysowy nie puszcza pary z ust. W internecie krążą coraz bardziej bezpodstawne i absurdalne plotki. Wszystkie relacje są zgodne: chorzy cierpią na głębokie zaburzenia psychiczne połączone z bardzo dużą agresywnością. Zewsząd dochodzą informacje o napaściach chorych na inne osoby. Wygląda to tak, jakby chodziło o jakąś odmianę wścieklizny albo czegoś w tym rodzaju. Ja na razie nie wierzę w żadną z tych rzeczy.

Noc w Barcelonie była bardzo długa. Odgłosy jeżdżących po ulicach karetek pogotowia, wojskowych i policyjnych ciężarówek nie pozwalały mi zasnąć. Widziałem z okna część miasta. Ulice są wyludnione, jakby wymiotło z nich przechodniów i prywatne samochody. Od czasu do czasu jakiś radiowóz oświetla reflektorem bramy budynków. Przypuszczam, że kiedy skończy się godzina policyjna, będzie inaczej, ale teraz wygląda to przerażająco.

15 stycznia. Godzina 19.11 Wpis 18

Wróciłem do domu. Czuję się wykończony. Podróż powrotna była straszna, coś niewiarygodnego. Lukullus jest już ze mną. Idę spać. Dziś widziałem na lotnisku, jak zabito człowieka. Nie mam ochoty na pisanie.

16 stycznia. Godzina 19.19 Wpis 19

Wczorajszy dzień nie należał do łatwych. Dzisiejszy również. Do domu dotarłem późną nocą, w dość podłym nastroju. Wszystko zaczęło się na lotnisku El Prat, w niedzielę, wczesnym popołudniem. Pełen napięcia spokój ustąpił miejsca histerii. Kiedy dojechałem tam taksówką, sala odlotów była całkowicie zapchana. Olbrzymie kolejki, krzyki, przepychanki, zmęczone dzieci śpiące na stosach walizek i ich rodzice próbujący zdobyć bilet dokądkolwiek.

Samolot do Santiago odlatywał godzinę po moim przyjeździe. To miał być jeden z ostatnich rejsów z Barcelony. Z powodu stanu wyjątkowego planowano zamknięcie El Prat jeszcze tego wieczoru, więc zebrali się tam wszyscy, którzy chcieli wylecieć z miasta. Problem polegał na tym, że władze zakazały sprzedawania biletów osobom, które nie wracały do miejsca zamieszkania. Zresztą samoloty i tak na pewno nie pomieściłyby wszystkich chętnych. Dlatego wśród tłumu panowała nerwowość, ludzie ciągle się rozpychali, krzyczeli i biegali w tę i z powrotem.

Próbowałem podejść jak najbliżej do miejsca odpraw, torując sobie drogę w gąszczu rozhisteryzowanych ludzi tłoczących się przy stanowiskach. Dopiero kiedy dotarłem do lady, zgubiwszy po drodze płaszcz, zauważyłem, że zawsze miłe hostessy zostały zastąpione przez żołnierzy. Mogę przysiąc, że wcale się nie uśmiechali.

Kiedy pokazałem dowód osobisty i kupiony cztery dni wcześniej bilet, powiedzieli mi, że „dla mojego własnego bezpieczeństwa” byłoby lepiej, żebym udał się od razu do odpowiedniego wyjścia. Dwaj żołnierze, z oddziału tych, którzy zrobili na mnie takie wrażenie, kiedy przyleciałem do Barcelony, teraz stanęli po moich bokach. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że chcą mnie aresztować.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak patrzą na mnie otaczający nas ludzie. Przyglądali mi się niczym wilki. Miałem coś, czego oni nie mieli: bilet lotniczy. Możliwe, że któryś z nich po kilku godzinach napięcia i walki, żeby wydostać się z tego przeklętego lotniska, byłby na tyle zdesperowany, że spróbowałby mi go odebrać. Dwie umundurowane szafy torowały mi drogę przez tłum w kierunku wyjścia do samolotu, a ja czułem na sobie dziesiątki par oczu. Wolałem wpatrywać się w podłogę, nie miałem odwagi podnieść wzroku.

Tam gdzie powinien znajdować się wykrywacz metali, zobaczyłem szereg policjantów z oddziałów prewencji, w kevlarowych hełmach i z tarczami. Zaraz za nimi stał drugi szereg, złożony z funkcjonariuszy Gwardii Cywilnej, uzbrojonych w pistolety maszynowe i w kominiarkach na głowach. Widok był przerażający. Tłum kłębił się przed policjantami, napierał na nich, by otworzyć sobie dostęp do sali odlotów. Panował niewiarygodny ścisk. Kiedy podszedłem, dwaj policjanci rozstąpili się na boki, robiąc mi przejście. Zaprowadzono mnie do małego pomieszczenia, gdzie, jak przypuszczam, zwykle dokonywano rewizji osobistych. Tam lekarz wojskowy w stopniu oficera poprosił o moje dokumenty, po czym mnie zbadał. W tym czasie jego dwaj pomocnicy grzebali w moim bagażu podręcznym. Jestem prawnikiem, ale nawet nie przyszło mi do głowy, żeby zaprotestować. Myślę, że na nic by się to nie zdało; zważywszy na sytuację, protestowanie nie byłoby zbyt rozsądne.

Lekarz zadawał mi mnóstwo pytań. Czy miałem gorączkę, zawroty głowy? Czy przebywałem poza Hiszpanią w ciągu ostatniego miesiąca? Czy byłem z Saragossie, Madrycie albo Toledo? Czy ostatnio ugryzło mnie jakieś zwierzę? Czy zostałem napadnięty? Po tym ostatnim pytaniu już miałem odpowiedzieć, że właśnie teraz jestem obiektem napaści, ale szybkie spojrzenie na twarz wojskowego utwierdziło mnie w przekonaniu, że lepiej trzymać gębę na kłódkę.

Do incydentu doszło, kiedy opuściłem pomieszczenie. W pierwszym rzędzie osób próbujących dostać się do przejścia stał facet, około czterdziestu lat, o siwych kręconych włosach, nieogolony, w pogniecionym garniturze, z wyglądu menedżer. Bardzo podekscytowany, nerwowy, czerwony na twarzy. Myślę, że od rana wciągnął niejedną kreskę kokainy i że był już nieźle naćpany.

Niespodziewany napór tłumu wywołał chwilową panikę. Ci z tyłu poprzewracali i zdeptali tych z przodu, kordon policjantów z prewencji został na moment przerwany. Właśnie wtedy ten człowiek wcisnął się w lukę i biegiem ruszył do wyjścia. Gwardziści z drugiego rzędu próbowali bezskutecznie zagrodzić mu drogę. Ktoś krzyknął, żeby się zatrzymał. Facet pędził korytarzem w stronę wyjścia do samolotu, w stronę ocalenia. Nagle rozległa się seria z pistoletu maszynowego. Na plecach marynarki mężczyzny jakby rozkwitły czerwone kwiaty; runął na ziemię. W tym momencie wybuchła zbiorowa histeria. Skowyt, płacz, wrzaski, strzały w powietrze, sytuacja najwyraźniej wymykała się spod kontroli. Jeden z żołnierzy chwycił mnie za kołnierz marynarki i pociągnął w stronę wyjścia do samolotu, podczas gdy jego koledzy próbowali ponownie ustawić się w jednym szeregu, ciągle jednak ustępowali pod naporem tłumu.

Kiedy przechodziłem obok ciała, nie mogłem nie spojrzeć na twarz. Był nieżywy. Nieżywy. Jestem tego pewien. Idący obok mnie żołnierz raptownie się zatrzymał. Spokojnie wyciągnął z kabury pistolet i strzelił leżącemu trupowi w głowę. Zamarłem przerażony. Dlaczego to zrobił?

Popchnięto mnie i zaciągnięto do drzwi samolotu, na drugim końcu rękawa. Niespokojne stewardesy ponaglały, żebym jak najszybciej wszedł do środka. Samolot pękał w szwach, przysiągłbym, że ludzie stali nawet w kabinie personelu pokładowego. Wszyscy byli zdenerwowani; napięcie trochę opadło, kiedy zamknięto drzwi i maszyna zaczęła kołować na pas startowy. Facet siedzący obok szepnął mi do ucha, że po naszym locie będą jeszcze tylko trzy. El Prat zostanie potem zamknięte Bóg jeden wie na jak długo.

Przez całą drogę milczałem, myśląc o tym, czego byłem świadkiem. Kiedy przypomniałem sobie scenę z lotniska, musiałem szybko pobiec do toalety. Nie mogłem powstrzymać wymiotów. Cholera! Rozwalili mu głowę na moich oczach!

Nikt nie rozdawał maseczek w czasie podróży. Pewnie już nie uważa się ich za niezbędne. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

Po wylądowaniu w Santiago zobaczyłem te same sceny, co w Barcelonie, tyle że w znacznie mniejszej skali. Na parkingu jakiś mężczyzna zaproponował mi swój samochód w zamian za bilet na samolot do Zurychu, który odlatywał za godzinę. Najwyraźniej hierarchia wartości ulega zmianie.

W drodze do domu słuchałem radia. Panuje chaos. Nowe wybuchy jądrowe w Chinach. Chcą chyba zwalczyć epidemię za pomocą bomb. Albo może wyeliminować nosicieli. W Stanach Zjednoczonych ogłoszono pierwszy stopień DEFCON, cokolwiek to oznacza. Zamieszki w Madrycie, Walencji, Barcelonie, Sewilli, Bilbao… Wydaje się, że nikt już nad niczym nie panuje. Radio SER podaje, że ogłoszenie stanu wojennego to być może kwestia godzin. Żadnych wiadomości z Rosji. Z Niemiec nagranie sprzed trzech godzin, w którym Angela Merkel mówi, że „Drezno upadło”. Rozkazy ewakuacji w Paryżu, Reims, Marsylii. We Włoszech karabinierzy zajmują siłą jedną z dzielnic Neapolu. Świat rozpada się na kawałki, a ja nawet nie wiem dlaczego.

Odebrałem Lukullusa i wróciłem do domu. Dziś rano zadzwoniłem do pracy i powiedziałem, że jestem chory. Odpowiedzieli, że to i tak bez znaczenia. Zamknięto czasowo sądy, działa kilka placówek dyżurnych, ale tylko po to, by sądzić rabusiów i osoby, które nie przestrzegają godziny policyjnej. Przespałem prawie cały poniedziałek. Kiedy wstałem, zrobiłem sobie kawę, usiadłem przed telewizorem i zabrałem się do pisania tych słów, trzymając na kolanach pomrukującego Lukullusa.

Nie wiem, co się dzieje.

17 stycznia. Godzina 18.42 Wpis 20. U bram piekła

No i stało się. Oficjalnie mamy przesrane. O trzeciej po południu król wystąpił ponownie w telewizji, ogłaszając stan wojenny na terenie całej Hiszpanii. Utrzymano godzinę policyjną, od dwudziestej do ósmej rano, z tą różnicą, że teraz zatrzymanym na ulicy w tych godzinach grozi kulka w łeb. Tak po prostu. Zabroniono podróżowania drogami z jednej wspólnoty autonomicznej do drugiej; wojsko ma ustawić posterunki kontrolne na głównych szosach.

Ogłoszono listę piętnastu miast uznanych za strefy zagrożenia. Nie wolno tam wjeżdżać ani opuszczać ich terytorium. Są na niej wszystkie te, w których wybuchła epidemia, i dziewięć innych, wśród nich Madryt i Barcelona… Chciałbym wierzyć, że siostra przyspieszyła swój wyjazd. Kurwa.

Na razie Pontevedra się wybroniła, ale nie wiem na jak długo. Ferrol i La Coruñę, leżące niecałe sto sześćdziesiąt kilometrów stąd, ogłoszono strefami zagrożenia. Teoretycznie są odizolowane, ale właśnie zadzwonił mój przyjaciel, który mieszka w La Coruñi, i powiedział, że jedzie do rodziców do Vigo. Udało mu się wydostać bocznymi drogami i leśnymi ścieżkami. Fizycznie nie da się odizolować miasta średniej wielkości, a co dopiero mówić o wielkiej aglomeracji. Niezależnie od tego, co to za zaraza, w końcu i tak do nas dotrze. Powinienem coś zrobić, ale nic nie przychodzi mi do głowy.

Wsiadłem do samochodu i pojechałem do centrum. Miasto jest na wpół wyludnione, wygląda, jakby było w stanie oblężenia. Od wielu godzin bez przerwy pada, na ulicach wyczuwa się nastrój niepokoju. Jest bardzo zimno. Po drodze minąłem kilka samochodów policyjnych i dwa transportery galisyjskiej powietrznodesantowej brygady lekkiej piechoty. Jej koszary znajdują się zaledwie trzy kilometry od Pontevedry. Są tam od lat, ale nigdy dotąd nie widziałem żołnierzy stacjonujących w samym centrum miasta.

Zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby zatankować. Kiedy paliwo z dystrybutora lało się do baku astry, wszedłem do sklepu po papierosy, żeby kupić kilka gazet, czasopism i bańkę oleju. (Cholera by to wzięła! Miałem sprawdzić poziom oleju tydzień temu!). Sprzedawca powiedział, że niektóre stacje, zwłaszcza te położone dalej, mają problemy z zaopatrzeniem. Ponieważ porty są zamknięte, rafinerie wstrzymały produkcję, a rząd zarekwirował istniejące zapasy. Wspaniale.

Pojechałem do centrum handlowego na duże zakupy. Coś mi mówiło, że napełnienie spiżarni pod sufit może okazać się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Byłem zdumiony, widząc zatłoczony supermarket. W jednym ze sklepów ze sprzętem AGD kupiłem krótkofalówkę. Już od jakiegoś czasu miałem ją na oku. Planowałem jej używać do słuchania kanału straży przybrzeżnej, kiedy wypłynę zodiakiem, żeby ponurkować we wraku „Flority” (statku, który kilka lat temu zatonął w zatoce riasowej; jest w tak złym stanie, że zabroniono do niego schodzić – jeśli cię przyłapią, dostaniesz wysoki mandat i mogą ci odebrać patent, ale warto). Teraz zamierzam posłużyć się nią do zupełnie innych celów.

Po powrocie do domu wyszczotkowałem Lukullusa i dałem mu obfitą kolację. Potem wypróbowałem krótkofalówkę. Szybko trafiłem na częstotliwość policji i straży miejskiej. Super. Może teraz będę miał informacje z pierwszej ręki. Wyłapałem też rozmowy kilku radioamatorów, ale nie zwróciłem uwagi na to, co mówili, bo zamarłem przed telewizorem.

To były migawki ze Stanów Zjednoczonych, nakręcone z helikoptera. Korek na autostradzie, nagle pojawia się około dwudziestu osób, idą chwiejnym krokiem skrajem szosy i zaczynają atakować kierowców uwięzionych w pojazdach. Przerażająca scena. Trwała niecałą minutę, ale zdążyłem dostać gęsiej skórki. Przysiągłbym, że widziałem, jak gryzą kierowców. To niemożliwe. Co się, kurwa, dzieje z tymi ludźmi?

Myślę, że ktoś otworzył bramy piekła i już zaczyna docierać do nas jego żar.

19 stycznia. Godzina 11.08 Wpis 21. Głupota rodzaju ludzkiego

Chociaż nie jestem praktykującym katolikiem, mam wrażenie, że wydarzenia z ostatnich dwudziestu czterech godzin to kara boska za jakiś gigantyczny zbiorowy grzech rodzaju ludzkiego. Albo wielki pomnik wzniesiony na cześć jego głupoty, zależy jak na to spojrzeć.

Wczorajszy dzień był długi. Przy śniadaniu usłyszałem w wiadomościach, że zamieszki objęły cały świat. Wydaje się, że wszędzie odbywa się to według jednego schematu. Najpierw władze danego kraju utrzymują, że nie ma powodów do obaw. Wkrótce ogłaszają kwarantannę w niektórych rejonach. Wybucha panika, zaczynają się rozruchy i rozboje. Później zazwyczaj zostaje wprowadzony stan wojenny. Potem dochodzi do kolejnych zamieszek, ale innego rodzaju, dziwnych, raczej punktowych i chyba już bez rabunków. Zaczyna się cenzurowanie i blokada informacji. A na końcu zapada cisza.

Od tej reguły są jednak wyjątki. Na przykład wczoraj rano w Chile pewien generał, niejaki Cheyre, korzystając ze stanu wojennego, dokonał puczu. Kilka godzin później autobusy pełne boliwijskich uchodźców zostały ostrzelane na granicy z karabinów maszynowych, kiedy próbowały ominąć kontrolę. W odpowiedzi rząd Boliwii zaczął bombardować granicę, aż wreszcie siły powietrzne Chile zamieniły boliwijskie działa w kupę złomu. Powariowali. Stoimy na skraju przepaści, a im nie przychodzi do głowy nic lepszego jak rozpoczęcie wojny. Swoją drogą, to bardzo typowe dla rodzaju ludzkiego.

Wiadomość dnia: wystąpienie Komitetu Wykonawczego Światowej Organizacji Zdrowia, wczoraj po południu. Było transmitowane na cały świat. Ponoć od lądowania człowieka na Księżycu nie widziano czegoś podobnego (i możliwe, że już się nigdy więcej nie zobaczy). Wszystkie stacje na kuli ziemskiej pokazujące ten sam obraz… Niesamowite.

Przed kamerami pojawił się zespół wirusologów. Poważni, ostrożni w słowach, oświadczyli, że mamy do czynienia ze zmutowanym gatunkiem filowirusa, którym zaraża się przez krew i płyny ustrojowe (nasienie, ślinę itd.). Jeszcze nie wiedzą, czy przenosi się także drogą powietrzną. Główne objawy to gorączka, dezorientacja, bladość, a po jakimś czasie obłęd i skrajna agresywność. Ostrzegają, że w przypadku stwierdzenia u kogoś takich symptomów należy zawiadomić siły bezpieczeństwa i pod żadnym pozorem nie próbować nawiązać kontaktu z zarażonym, nawet gdyby chodziło o członka rodziny albo przyjaciela.

I tyle. Co oni sobie, kurwa, wyobrażają? Co to znaczy zawiadomić siły bezpieczeństwa? Jeśli już, to czy nie lepiej byłoby wezwać karetkę? Koniec końców to przecież chorzy, prawda…? Będą ich leczyć gradem kul czy co? I dlaczego mam wrażenie, że coś ukrywają? Myślę, że nie powiedzieli wszystkiego…