Apetyt na więcej - Agnieszka Olejnik - ebook
Opis

Życie nie zawsze układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, a szczęście kryje się w najmniej spodziewanych miejscach. Jak rozpoznać drogę, która do niego prowadzi?

Ewa czuje, że oszukuje siebie i swojego partnera, trwając w pozornie tylko idealnym związku. Kobieta uświadamia sobie, że jedynym mężczyzną, którego naprawdę kocha jest Andrzej. Jednak na przeszkodzie ich miłości staje ciąg nieporozumień i niedomówień. Tymczasem Klaudia, borykająca się z problemem samoakceptacji, wyrusza na poszukiwania samej siebie i znajduje szczęście w najmniej spodziewanym miejscu.

W trzeciej części bestsellerowego cyklu Agnieszki Olejnik bohaterowie muszą zadać sobie pytanie, kim są i czego pragną oraz zawalczyć o własne szczęście. Bo życie ma różne smaki, a sztuką jest znaleźć ten, który pokocha się najbardziej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agnieszka Olejnik, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Katarzyna Borkowska

Fotografie na okładce: © CoffeeAndMilk/Getty Images

ISBN 978-83-7976-607-9

Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

re­dak­[email protected]­daw­nic­two­po­znan­skie.com

www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.com

Styczeń

Klaudia z niedowierzaniem przerzucała kolejne strony książki, którą dostała na gwiazdkę od Tatiany. Dieta bez pszenicy w pewnym sensie stanowiła potwierdzenie tego, co dziewczyna wyczytała w internecie kilka tygodni wcześniej, przygotowując jadłospisy dla Tani. Chociaż właściwie „potwierdzenie” nie było tu odpowiednim słowem – tamte informacje stanowiły zaledwie preludium do rewelacji, których Klaudia dowiadywała się w tej chwili.

Pszenica miałaby przyczyniać się do tak wielu chorób? Artretyzmu, cukrzycy, problemów skórnych, stanów depresyjnych? Nasila objawy schizofrenii, ma jakiś związek z autyzmem? Brzmiało niewiarygodnie, ale okazało się nieźle udokumentowane.

Kiedy dwa lata temu Klaudia zaczęła się odchudzać, zbawieniem okazała się dla niej dieta dobrych kalorii. Dzięki wegańskim jadłospisom, a potem stopniowemu wprowadzeniu produktów zwierzęcych – ale głównie tych o niskim indeksie glikemicznym – dziewczyna schudła ponad czterdzieści kilogramów, a jej mama około dziesięciu. Obie czuły się znakomicie i bez trudu utrzymywały wagę już od dwóch lat. Owszem, miewały czasem lekkie dolegliwości trawienne (według Klaudii wiązało się to ze spożyciem sporych ilości roślin strączkowych), ale to nie było nic naprawdę kłopotliwego.

Czy to możliwe, że wyrządzały swojemu organizmowi więcej szkody niż pożytku? Jeżeli wierzyć Daviesowi, autorowi publikacji, tak właśnie było. Jak by nie patrzeć, obie jadły bardzo dużo makaronu i chleba, dodawały mąkę do wielu różnych potraw, nie stroniły od wypieków.

– Człowiek musiałby chyba nic nie jeść, żeby być zdrowy – westchnęła Klaudia, odkładając książkę na nocną szafkę.

– Mówiłaś coś do mnie? – Matka, która właśnie wychodziła z łazienki, zajrzała do niej.

– Nic, mamo. Tak sobie mruczę pod nosem.

– Jakieś problemy?

Mama weszła do pokoju i usiadła na łóżku Klaudii. Jest okropnie przewrażliwiona, pomyślała córka z czułością. Wszyst­ko przez te nasze świąteczne rozmowy i zwierzenia.

Boże Narodzenie spędziły we trzy, bo do Ewy i Klaudii przyjechała babcia Basia z Krakowa. Trzy pokolenia, trzy różne garnitury doświadczeń i poglądów, jak to skwitowała Ewa, kiedy w drugi dzień świat zaczęły się kłócić. Babcia uważała, że Klaudia powinna bez skrupułów zerwać z Arkiem, chłopakiem, którego nie zdołała pokochać, a z którym spotykała się nadal – chyba dlatego, że nie umiała albo raczej nie chciała go skrzywdzić. Ewa miała inne zdanie: pozwól się temu wypalić, argumentowała, niech to się skończy bezboleśnie.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała teraz Klaudia, bo zorientowała się, że mama wciąż patrzy na nią wyczekująco. – Zaplątałam się w tych dietach. Już sama nie wiem, w co wierzyć. Tu mówią, żeby nie jeść pszenicy, tam, że mięso to samo zło, a jeszcze inni namawiają do odstawienia nabiału. Można zwariować.

Mama odetchnęła – chyba z ulgą. Podniosła się i poprawiła spódnicę na biodrach.

– Jak uważasz? – zapytała. – Może być?

– Randka?

– Powiedzmy. Kino, a potem kawiarnia.

– Z kim?

Mama się żachnęła. Klaudia dobrze wiedziała, że chodzi o Jima – rudowłosego Walijczyka, z którym matka widywała się od jakiegoś czasu. Rzecz w tym, że po świętach, kiedy Jim pojechał ze swoją siostrą Lucy w góry, mama zgodziła się na spotkanie z Andrzejem. A potem przez trzy dni beczała i prawie nie wychodziła z pokoju. Babcia powiedziała wtedy, że trzeba ją zostawić w spokoju, bo Ewa i tak nigdy nie chciała słuchać rad.

– Może być czy nie może? – Mama wróciła do tematu ciuchów.

– Może, chociaż lepsza byłaby ta czarna bluzka z białym pasem u dołu.

– Mam być taka oficjalna? Czerń i biel?

– Jak chcesz. – Klaudia wzruszyła ramionami. – Ja ci tylko mówię, w czym dobrze wyglądasz. Ale w sumie to nie ma znaczenia, skoro Jim nie może już bardziej zgłupieć na twoim punkcie.

– Przestań.

– Nie przestanę. Wiemy o tym obie. On cię kocha, ty jego nie kochasz, ale nie umiesz mu tego powiedzieć, bo po pierwsze, jest słodki, a po drugie, wydaje ci się, że coś mu zawdzięczasz.

– Przyganiał kocioł garnkowi – prychnęła matka i wyszła z pokoju.

– Ano, fakt. Przyganiał – westchnęła Klaudia.

Chyba po raz setny tego dnia zerknęła na telefon leżący na biurku. Powinna zadzwonić do Arka, umówić się z nim na spotkanie i poważnie porozmawiać. Wyjaśnić, że bardzo go lubi, ale… No właśnie, ale co? Ale nie może znieść jego dotyku i pocałunków, ponieważ jest lesbijką. I nie udał jej się eksperyment pod tytułem „Leczenie homoseksualizmu w ramionach przystojnego chłopaka”.

Czy może powinna skłamać – że jest ktoś inny? Albo jeszcze inaczej: to był słomiany zapał, krótkotrwała miłostka, ­zauroczenie, które rozwiało się po kilku tygodniach. Co zaboli najmniej?

Jedno było pewne – trzeba załatwić to w taki sposób, żeby nie stracić przyjaźni siostry Arka. Klaudia nie tylko chciała, ale wręcz musiała nadal bywać u nich w domu, widywać się z Anką, dzwonić do niej i nawet kłócić się, żywiołowo dyskutować o wegetarianizmie i rodzajach energii. Anka była szalona, nawiedzona, zwariowana i uparta jak osioł, lecz Klaudia zwyczajnie nie mogła bez niej żyć. Dopiero teraz wiedziała, co to jest miłość. Wsłuchiwała się w teksty piosenek i znajdowała w nich nowe, dotąd nierozumiane treści. Jej hymnem stało się Do Ani zespołu Kult.

Ja czekam cały dzień, patrzę na drzwi,

czy przyjdzie ktoś od ciebie, czy przyjdziesz ty.

Czy wiesz, że Twoje oczy spalają mnie jak ogień?

Gdy patrzę w Twoje oczy, zaczyna się dzień.

Tak bardzo, bardzo kocham cię,

tak bardzo potrzebuję cię…

Każde słowo trafiało w sedno, Klaudia żadnego by nie zmieniła. I jeszcze następna zwrotka: Czy wiesz, że gdy odjeżdżasz, umieram dziewięć razy… Właśnie to czuła, rozstając się z Szajbą – jakby umierała raz po raz, jak gdyby gasły wszystkie światła, a życie się kończyło i nigdy nie miało zacząć się na nowo.

Dziewczyna wstała i przebrała się w strój do ćwiczeń. Jak zwykle, kiedy zaczynała się denerwować, potrzebowała odrobiny bólu, żeby rozładować napięcie. Przyrzekła matce i babci – na wszystkie świętości – że nigdy więcej nie użyje do tego celu żyletki.

– Pomyśl o czymś, co jest dla ciebie naprawdę ważne – poprosiła wtedy babcia. – A potem przysięgnij.

Oczywiście Klaudia natychmiast przywołała w wyobraźni obraz Anki, jej niebieskich oczu i grubych, związanych barwnymi sznurkami dredów. Przysięgam na miłość do ciebie, pomyślała, głośno wymawiając tylko pierwsze słowo.

Ćwiczenia nadawały się do rozładowania stresu niemal tak samo dobrze, jak zadawanie sobie bólu ostrzem, a przy tym modelowały sylwetkę. Może to i lepiej, powiedziała sobie w duchu Klaudia, że babcia mnie wtedy nakryła. Na swój sposób chyba chciałam zostać przyłapana; pragnęłam, żeby ktoś mną potrząsnął i znowu powiedział mi, co mam zrobić. Tylko co z tego, skoro teraz nie umiem tych wszystkich rad wprowadzić w życie.

Teoretycznie to wydaje się bardzo proste: dzwonię do Arka i mówię mu prawdę, pół-prawdę albo jakieś śliczne kłamstewko, które łagodzi ból. Teoretycznie. Ale w praktyce… To pierwszy chłopak, który okazał mi prawdziwe zainteresowanie. Zresztą zostawmy w spokoju płeć – to pierwsza osoba, dla której stałam się kimś ważnym. Jak mogłabym go teraz skrzywdzić?

Klaudia przerwała rytmiczne przysiady i podeszła do okna. Odsunęła zasłonę i zerknęła na trzy słoiki z ugotowanym ryżem zalanym wodą, które umieściła tam podczas świąt. Na jednym z nich nakleiła napis: „Kocham cię”, na drugim: „Spadaj”, zaś trzeci zostawiła bez etykietki.

Widziała ten eksperyment w ubiegłym miesiącu u Anki. Miał stanowić dowód na to, że ryż, do którego Szajba codziennie szeptała słowa miłości, psuje się dużo wolniej niż ten, któremu mówiła, że go nienawidzi. Klaudia długo myślała o tym, co zobaczyła tamtego dnia: w słoiku obdarzanym codzienną porcją dobrych słów naprawdę znajdowały się białe ziarenka, podczas gdy w tym, który „wysłuchiwał” obelg – ryż zbrązowiał i pokryła go pleśń.

Dla Klaudii to było coś tak niewiarygodnego, a zarazem przerażającego, że dziewczyna postanowiła powtórzyć całą rzecz u siebie, tyle że dodała trzecią porcję ryżu – nazwała ją „próbką kontrolną”. Nie patrzyła na nią, nie mówiła do niej i nie wysyłała jej żadnych myśli. Chciała po prostu zobaczyć, jak psuje się ryż zostawiony samemu sobie.

Mówiąc szczerze, miała wielką nadzieję, że eksperyment się nie uda: że wszystkie trzy porcje ziarenek spleśnieją i cała sprawa okaże się wygłupem Szajby. Albo przynajmniej: że ryż „kochany” zepsuje się wprawdzie nieco mniej, dłużej zachowa biały kolor, natomiast między tym nienawidzonym a ignorowanym nie będzie żadnej różnicy. Liczyła na to z całego serca, ponieważ przerażała ją myśl, że złymi słowami i myślami można wyrządzać krzywdę. Chciała się przekonać, że to bzdura – okej, dobra energia istnieje, w naszych myślach i słowach zawiera się coś, czego nie potrafimy zmierzyć, czego nie widać gołym okiem, ale co przynosi wymierne skutki. Klaudia pragnęła jednak wierzyć, że ludzie nie dysponują złą energią, bo to by znaczyło, że wszyscy ci, którzy myśleli o niej jako o „zboczonej lesbie”, którzy patrzyli na nią z pogardą albo życzyli jej źle – mieli realną moc i naprawdę ją krzywdzili.

Niestety, z dnia na dzień ryż we wszystkich trzech słoikach różnił się coraz bardziej. W tym, do którego Klaudia szeptała, że go kocha i lubi, zachowywał białą barwę. W ignorowanym wprawdzie także był biały, ale na powierzchni wody zbierała się już nieapetyczna pianka, a pośrodku niej widniało wyraźne kółeczko pleśni. Ziarenka w słoiku „nienawidzonym” stawały się coraz bardziej obrzydliwe. Brązowiały, pokrywały się jakimś żółtym śluzem, zupełnie jakby ktoś po kryjomu dolewał tam oleju, no i miały już trzy plamy ciemnoszarej pleśni.

– To ja wychodzę. – Rozległ się głos mamy.

Klaudia obejrzała się i obrzuciła maminą sylwetkę uważnym spojrzeniem.

– Pasuje ci do tego ta bransoletka, wiesz, na przemian czarne i białe kamienie.

– Na co tam patrzyłaś?

– Na ryż.

– I jak? – Mama podeszła bliżej i pochyliła się nad parapetem. – Ale fajnie, naprawdę widać różnicę.

– Mówisz o tym tak spokojnie?

– A jak mam mówić? To fantastyczny eksperyment.

– Mamo, nie rozumiesz?! – zawołała rozżalona dziewczyna. – Przecież to oznacza, że ludzie… Że naprawdę możemy się nawzajem krzywdzić słowami i myślami! Jeśli moje głupie, nic nieznaczące słowa „spadaj, wstrętny ryżu” sprawiają, że te ziarenka gniją albo raczej że woda zawarta w nich się psuje, zmienia swoją strukturę…

– Klaudia, posłuchaj…

– …to mogę też zepsuć coś w ludziach, właśnie przez złe słowa i myśli. W naszych ciałach jest woda, a woda reaguje na tę energię, czymkolwiek ona jest! Mamo!

– Dla mnie to jest przede wszystkim piękne – powiedziała mama powoli. – Ja patrzę na ten biały ryż i myślę, że mogę chronić ludzi, których kocham, że mogę im darować tę dobrą energię.

– Jasne. A ten brunatny osad ignorujesz, bo tak jest bardziej optymistycznie – odparła ponuro Klaudia. – Zresztą może to jest jakiś sposób. Udawajmy, że tego nie ma.

– Ale masz paskudny nastrój. Chcesz, żebym z tobą została? Obejrzymy jakąś komedię, poprzymierzamy ciuchy albo coś upichcimy…

– Nie, mamo, idź już do tego swojego Walijczyka. Ja poćwiczę, endorfiny zrobią mi porządek w garze.

– Gdzie? – Ewa nie zrozumiała.

– We łbie. W głowie. No, idź, bo wystygnę, a byłam już rozgrzana.

Mama cmoknęła ją w czoło i wyszła, a Klaudia wróciła do przysiadów. Potem zabrała się za brzuszki i deskę. Ale ani na chwilę nie przestała myśleć o tym, co się właściwie dzieje w słoikach z ryżem i czego to dowodzi. Po ćwiczeniach sfotografowała ze wszystkich stron wyniki eksperymentu i zamieściła zdjęcia na blogu z obszernym opisem. Sama przed sobą nie chciała przyznać, że zrobiła to z nadzieją, że jakimś cudem na ten wpis natknie się Anka i taką okrężną drogą dowie się tego, co Klaudia od dawna chciała jej wyznać: że jest lesbijką.

Ewa znalazła wreszcie wolne miejsce parkingowe. Westchnęła, rzuciła okiem na lusterko i poprawiła włosy. Przeszło jej przez myśl, że mogłaby zmienić fryzurę. Miała ochotę na zmiany, nie tylko w wyglądzie, ale szerzej – na jakieś ponowne przemeblowanie w życiu.

Jeszcze dwa lata wcześniej, kiedy odkryła romans męża z Rosjanką Tatianą, Ewa postrzegała zmiany jako zakłócenie porządku świata. Wydawały się jej zagrożeniem, zaburzały poczucie bezpieczeństwa. Teraz, tkwiąc w dziwnej relacji, zawieszona między gorzką, niechcianą miłością do Andrzeja a szczerym pragnieniem pokochania Jima, marzyła o tym, żeby zdarzyło się coś, co zachwieje całym tym układem, zburzy go i zwróci jej wolność.

W grudniu był taki moment, kiedy miała niemal całkowitą pewność, że zakochuje się w Walijczyku. Widywali się od października, najpierw tylko na lekcjach polskiego i angielskiego, potem także towarzysko. Stopniowo ich spotkania przybierały charakter randek, z początku bardzo ostrożnych, niemal koleżeńskich, potem – czułych i romantycznych, a wreszcie… erotycznych. Jim był spragniony seksu, Ewa także nie narzekała na libido; wydawało się, że powinni zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Tak się jednak nie stało.

Przede wszystkim Ewa nie umiała się pozbyć wyrzutów sumienia. Chociaż Jim zawsze budził jej sympatię, to przecież nie mogła udawać sama przed sobą. Prawda wyglądała następująco: zainteresowała się nim wyłącznie dlatego, że Andrzej tak strasznie ją zawiódł. Gdyby nie to – gdyby Żaneta Wójcik nie wróciła skruszona na łono rodziny i gdyby Andrzej się z nią nie przespał – Ewie do głowy by nie przyszło, żeby umówić się z Walijczykiem (ani z kimkolwiek innym). Zawsze była bardzo stała w uczuciach, Andrzeja kochała spokojną, dojrzałą miłością i nie szukała już nowych wrażeń.

Mimo to, gdy rozpacz wywołana zdradą ukochanego zaczęła powoli zamieniać się w cichą rezygnację, Jimowi udało się wywołać w sercu Ewy żywsze drgnienie. Walijczyk był tak czuły, taki troskliwy, męski, a przy tym chłopięcy – choć cechy te były całkowicie sprzeczne, on jakoś potrafił je połączyć… Ewa poczuła, że może pokochać zabawnego rudzielca, a przede wszystkim – że bardzo chce dać mu odrobinę czułości i odwdzięczyć się za dobro, jakiego od niego zaznała.

Tęskniła za Andrzejem; ani na chwilę nie przestała. Ale ta tęsknota z czasem stała się podobna do smutku po czyimś wyjeździe, takim bez szansy na powrót. Ból nie był gwałtowny, lecz tępy, ćmiący, łatwiejszy do zniesienia, aż pewnego dnia Ewie wydało się, że znikł zupełnie. W jego miejscu pozostało coś w rodzaju troski o Andrzeja: jak sobie radzi, czy nie zaczął znowu pić, czy w całym tym małżeńskim zamieszaniu nie straci bliskości z synem, którą odbudował z takim trudem…

I właśnie wtedy – w wigilijny wieczór – Andrzej pojawił się w życiu Ewy na nowo. Przyszedł ze swoją bolesną opowieścią, bezradny i skrzywdzony – dziecko nie jest jego, Żaneta go oszukała, celowo upiła go, niepijącego od kilku lat alkoholika, zaciągnęła do łóżka, bo potrzebowała ojca dla dziecka, które już nosiła w łonie. Podstęp stary jak świat, teoretycznie w dobie badań genetycznych bez szans na powodzenie, a przecież wciąż w użyciu, myślała potem Ewa.

Andrzej był za miękki, dobry, zbyt przyzwoity, żeby cokolwiek podejrzewać. Wbrew sobie zaczął nawet cieszyć się, że po raz kolejny zostanie ojcem, bo skoro już tkwił w małżeństwie pozbawionym miłości, to przecież mógł przynajmniej czerpać radość z rodzicielstwa. Ewa doskonale to znała – czyż jej związek z Mirkiem nie był zbudowany na tym samym; czy nie identycznie było z jej rodzicami?

Kiedy prawda wyszła na jaw i Andrzej zaczął znowu myśleć o rozwodzie – nagle okazało się, że między nim a Ewą nie ma już tej bliskości, tego zaufania, które łączyły ich tak niedawno. Może to dlatego, myślała Ewa, że jednak mnie zdradził, nawet jeśli po alkoholu i nie całkiem świadomie. Może dlatego, że ja weszłam w nowy związek – wprawdzie byle jak, powierzchownie, ale przecież spotykam się z Jimem, spałam z nim, spędził ze mną Wigilię, a Andrzej o tym wie. Czy cokolwiek między nami da się jeszcze uratować? I czy na pewno oboje tego chcemy? Czy nie jest tak, że teraz Andrzej, rozwodząc się z Żanetą, analizuje listę strat, a ja nieświadomie kalkuluję, którego z nich wolę – bo przecież Jim wciąż ma jakiś urok nowości, a Andrzej zawiódł mnie tak boleśnie…

Pukanie w szybę przerwało Ewie te niewesołe rozmyślania. Kobieta przez chwilę rozglądała się, zdezorientowana, aż wreszcie zrozumiała, że od jakiegoś czasu siedzi w samochodzie. Jim stał na chodniku i przyglądał się jej z troską. On coś czuje, pomyślała Ewa, przecież nie jest głupi. Widzi, że od dwóch tygodni zamyślam się albo ni z tego, ni z owego sprawdzam wyświetlacz telefonu. No i unikam zbliżeń.

Zaczerpnęła powietrza jak przed skokiem do wody, po czym otworzyła drzwi i wysiadła. Jim natychmiast zamknął ją w ramionach.

– Ja nie wiem, co ty myślałaś – powiedział, całując ją we włosy. – Ale to nie było wesoło.

– Planowałam sprawdziany z gramatyki na najbliższy tydzień – skłamała gładko Ewa. – I masz rację, że to niewesoły temat. Dla szóstoklasistów nawet tragiczny. To będzie prawdziwa rzeź.

Jim się roześmiał, ale jakoś sztucznie. Najwyraźniej nie dał się oszukać. Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą.

– Zaczekaj – powiedziała Ewa. – Jakoś nie mam ochoty na kino. Przepraszam. Może po prostu powłóczmy się po mieście.

– Zimno – zaprotestował. – Ja nie jestem zimowy człowiek. Ale my możemy zjeść coś dobre w restauracji albo iść do mnie. Ja ci zrobię walijski przysmak.

– Nie, Jamesie Clarke. – Ewa przytuliła się do niego. – Pójdziemy do jakiejś cichej knajpki, zjemy coś, a potem wracam do moich szkolnych spraw. Dobrze wiem, czym to się skończy, jeśli wybierzemy się do ciebie.

– Czym? – Jim udał, że nie rozumie. – Czym się skończy? Ja nie rozumiem, co masz w myśli.

– Na myśli. – Ewa poprawiła go odruchowo. – Mam na myśli twoje szerokie łóżko.

– A co jest źle z moim łóżkiem? To jest dobre łóżko. – Przekomarzał się jeszcze. – Ty nie lubisz, że szerokie?

– Nie udawaj, że nie rozumiesz. Nie mogę dzisiaj zostać. A jak już wylądowalibyśmy w pościeli, to nie byłoby łatwo się wygrzebać.

– Ty nigdy nie możesz zostać – mruknął jeszcze Jim, choć już złożył broń. – Zawsze tylko szkoła, sprawdziani, ucznie, nie mam czasu, nie mogę zostać…

– Już lepiej nic nie mów, bo walisz błąd za błędem. Nie mogę dyskutować o łóżku z kimś, kto mówi „ucznie”.

– If I had a better teacher… – Jim zaczął, ale urwał, ponieważ dostał kuksańca.

– Po prostu chodźmy zjeść jakąś naprawdę dobrą kolację – po­wiedziała Ewa, tym samym kończąc utarczki słowne. Zwykle sprowadzały się do jednego: że ona zaczyna się powoli wycofywać z tego związku, a on doskonale o tym wie.

Po kolacji poszli się przespacerować po Rynku. Ewa pozwoliła Jimowi na kilka namiętnych całusów, ale na tym się skończyło.

– Ja nie rozumiem – powiedział Walijczyk, kiedy się żegnali. – Ty masz samotny wieczór i ja mam samotny wieczór. Przecież ja nie proponuję ślub.

– Obiecałeś, że nie będziesz mnie popędzał, Jimmy. Nie naciskaj, proszę.

Jim spłoszył się.

– Ty nie myśl, że ja chcę seks. – Pospieszył z wyjaśnieniem. – Ja potrzebuję twoje towarzystwo. Razem oglądanie telewizji, razem czytanie, Ewa.

– Przecież wiem. Ale naprawdę… Nie zawsze mam na to czas, zrozum.

Pocałowała go i wsiadła do samochodu. Kiedy odjeżdżała, on wciąż stał na chodniku i patrzył za nią smutno.

Już kiedyś tak było, przypomniała sobie Ewa. Wracałam wtedy z jego urodzin w Republice Róż. Odprowadził mnie do taksówki, a kiedy odjeżdżałam, spoglądał za mną tak samo tęsknym wzrokiem. Nic nas wtedy nie łączyło, ale on miał w oczach tyle samo żalu i samotności.

Uzmysłowiła sobie, że liczyła wtedy na wspólną noc z Andrzejem. Na co liczy teraz? Czy historia się powtórzy? Ewa zbuduje sobie śliczny pałac ze złudzeń, ale budowla znowu runie z powodu czyjejś niewierności, nieszczerości albo jakiegoś niedomówienia?

Klaudia już leżała w łóżku, czytała swoją Dietę bez pszenicy. Ewa zapragnęła z nią porozmawiać, zwierzyć się jak kobieta kobiecie, może nawet opowiedzieć o tamtej rozmowie z Andrzejem, kiedy padło między nimi wiele gorzkich słów – lecz zanim wzięła prysznic i przygotowała sobie ubranie na następny dzień, dziewczyna już zasnęła, z łokciem pod głową i książką na nocnej szafce. Ewa po cichu weszła do jej pokoju i zgasiła lampkę.

Mogłaby zadzwonić do mamy, ale było już późno, a Barbara ostatnio kładła się dość wcześnie. Nie było sensu wybijać jej ze snu tylko dlatego, że dorosła córka nie radzi sobie z uczuciami.

– Dlaczego właściwie nie mam przyjaciółki? – szepnęła Ewa do Cohena umoszczonego na legowisku w zabawnej pozie, z wywalonym do góry brzuchem. – Tak dobrze byłoby teraz wyżalić się komuś zaufanemu, powywlekać na światło dzienne wszystkie wątpliwości i obawy. Na przykład to, czy związek z Andrzejem ma przyszłość. Kocham go, owszem, ale przecież uczucie to nie wszystko. Jak by na to nie patrzeć, on zawiódł, a skoro taka sytuacja zdarzyła się raz, to może się powtórzyć. I właściwie skąd ta pewność, że mówi prawdę? Może wcale nie było tak, że żona go upiła; może upili się razem, może nawet to on nalewał i zachęcał. Czy można ufać alkoholikowi? Czy powinnam wierzyć w to, że on kiedykolwiek wyjdzie z nałogu? Czy przyjdzie taki dzień, że będę pewna, absolutnie pewna, że znów nie pójdzie w cug?

Zupełnie jakby Andrzej usłyszał jej słowa szeptane do psiego ucha; na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie – tej, po której w jej duszy został jakiś gorzki osad.

Zaczęło się od tego, że Andrzej odwiedził ją w wieczór wigilijny i powiedział, że to nie on jest ojcem dziecka swojej żony. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale dawało im obojgu jakieś szanse, by mogli ponownie pomyśleć o wspólnej przyszłości. Dlatego zgodziła się, gdy kilka dni później zadzwonił i poprosił o spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego. Ewa pomyślała, że będzie czuła się swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże – Ewa zaprosiła więc Andrzeja do siebie.

Sama nie wiedziała, na co liczy – może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, może kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty, połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.

Andrzej był w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go wszyscy: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.

– Nigdy nie udawałam świętej – odpowiedziała wtedy Ewa, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy aż się trzęsła ze zdenerwowania. – Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.

– Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety – wycedził Andrzej. – Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.

Ewa z trudem powstrzymywała łzy.

– Drugą z tych kobiet była moja matka – ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. – Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała go z powrotem, kiedy wracał skruszony.

– Więc tego ode mnie oczekujesz?! – zawołała Ewa, w której aż się zagotowało. – Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?

– Ale o czym my mówimy?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?

– Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź też świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć swojej Tatiany! Więc zastanów się, może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.

Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.

– Co się z nami stało, Ewuś? – zapytał Andrzej cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.

Wzruszyła bezradnie ramionami. Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało – chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.

– Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli – wyszeptał jeszcze. – Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.

– Nikt mnie nikomu nie odbierał – zaprotestowała słabo.

– Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.

– Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.

– Przepraszam.

Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił potem trzykrotnie – dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że jedyne, co usłyszy, to kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A to była ostatnia rzecz, na jaką miałaby teraz ochotę.

Żaneta się obudziła, gdy tylko w pokoju Sławka zadzwonił budzik. Usiadła na łóżku i ugryzła kawałek ciasteczka owsianego. Wprawdzie już nie męczyły jej poranne mdłości, ale nawyk pozostał – rano zawsze jadła ciastko i piła wodę z odrobiną miodu.

Wstała i poszła do łazienki, żeby popatrzeć w lustrze na swój brzuch. Inaczej niż w pierwszej ciąży, kiedy panicznie bała się przytyć, teraz czekała z niecierpliwością na wypukłość z przodu. Chciała czuć się „bardziej w ciąży” – zwłaszcza odkąd podjęła decyzję, że pojedzie do Anglii, stanie przed Bogdanem i powie mu: ono jest twoje. Teraz musisz podjąć decyzję, co zrobisz ze mną i z tym maleństwem.

Mąż traktował ją obecnie lepiej niż przedtem, kiedy sądził, że to on będzie ojcem. Ludzie są dziwni, myślała Żaneta, a w każdym razie ja ich nie rozumiem. Z drugiej strony, jak mam rozumieć kogokolwiek, skoro nie pojmuję siebie i własnych decyzji.

Na przykład – dlaczego uparła się, że nie napisze Bogdanowi prawdy w wiadomości na Facebooku? Już od jakiegoś czasu korespondowali ze sobą. Na jego gorączkowe pytania, co się stało, dlaczego wyjechała, odpisała jedynie, że musiała wrócić do Polski, aby załatwić stare sprawy. Po części to była prawda, bo przecież odwiedziła dawną kochankę ojca i odzyskała list, który przed laty napisał do niej tata. List nigdy niewysłany, a przecież najważniejszy, jaki kiedykolwiek do niej napisano.

Żaneta nie rozumiała jeszcze wielu innych spraw. Zdawała sobie sprawę, że jest kompletnie niedojrzała, a nawet więcej – głupia. Tak to właśnie nazywała, odkąd dowiedziała się o istnieniu tego typu inteligencji: emocjonalnej. Uznała wtedy, że z jakiegoś powodu jest w tej dziedzinie kretynką, nawet jeśli w życiu radziła sobie zupełnie nieźle i generalnie zawsze zdobywała to, czego chciała.

Do tych rzeczy, których Żaneta nie pojmowała, zaliczała się jej miłość do księdza Bogdana. On sam nie był przecież szczególnie przystojny, niczym jej nie imponował, a jej związek z nim nie miał szans, nie dawał nawet cienia nadziei na wygodne, łatwe życie. A jednak właśnie tego mężczyznę Żaneta pokochała taką miłością, o jakiej wcześniej jedynie słyszała, ale w nią nie wierzyła. Było to uczucie histeryczne, gwałtowne i pełne rozpaczy, bo przecież od początku zdawali sobie sprawę ze swojej sytuacji: on jest katolickim duchownym, a ona mężatką. Oboje męczyli się strasznie – dziesiątki razy obiecywali sobie nie spotkać się więcej, by już nazajutrz, z okropnym poczuciem winy, wodzić opuszkami po swoich twarzach i powtarzać, że nie mogą żyć bez siebie.

– Bez ciebie boli mnie nawet bicie serca – powiedział jej kiedyś, a Żaneta pomyślała, że czuje dokładnie to samo, tyle że nie nazwałaby tego tak prosto, a zarazem precyzyjnie; nie umiała mówić o miłości.

Po pierwszym spotkaniu w polskiej księgarni natknęli się na siebie jeszcze dwukrotnie, i to były rzeczywiście przypadki. Ale potem nic już nie działo się przypadkowo, zaczęli siebie szukać, brnęli w to coraz dalej, okłamując samych siebie, że jest jakiś ważny powód, dla którego powinni być w danym dniu w określonym miejscu. Wkrótce oboje znali swoje trasy, po wielokroć przemierzane każdego dnia, znali na pamięć rozkład swoich zajęć, on wiedział, o której ona zaczyna pracę, gdzie kupuje grahamki na kolację, ile razy w tygodniu chodzi na fitness albo do solarium. Ona znała godziny nabożeństw w jego kościele, wiedziała, gdzie spaceruje, kogo odwiedza, w jakie dni i o której godzinie prowadzi lekcje religii w polskiej szkole i do ­którego sklepu wstępuje po drodze na plebanię.

Bardzo długo nie było między nimi bliskości fizycznej. Ża­neta do tego nie dążyła, wręcz przeciwnie, wydawało się jej, że po raz pierwszy kocha miłością platoniczną. Bogdan zaś, nawet jeśli miewał grzeszne myśli, tłumił je w sobie i nie zdradzał się z tęsknotą za dotykiem i w ogóle cielesnością. Tym gwałtowniej wybuchła ich namiętność, kiedy pewnego dnia spotkali się przypadkiem za rogiem piekarni, dosłownie wpadli na siebie, i żeby nie upaść, instynktownie chwycili się za ręce. Było już ciemno, on wracał ze spaceru, ona zaś szła do domu z nadzieją, że zobaczy go z daleka. Bogdan przytrzymał wtedy jej dłonie, a potem – zupełnie jakby boleśnie pękła w nim jakaś struna – schylił się nagle i zanurzył twarz w ich ciepłym wnętrzu. Całował jej palce, potem nadgarstki, a wówczas Żaneta wiedziała już, że ta miłość nie jest nawet w najmniejszym stopniu platoniczna, że rozpiera ją pożądanie, a jej skóra płonie w oczekiwaniu na to, żeby poczuć na sobie dotyk dłoni tego mężczyzny.

Tamtego dnia to były tylko pocałunki. Jeszcze wiele razy kończyło się na tym – i na gorączkowym tuleniu, do bólu żeber, ściskanych silnymi męskimi ramionami, które dotąd nie pozwoliły sobie na spełnienie pragnień. Pierwszy raz kochali się, kiedy umówili się na wyjazdową randkę do Chester, urokliwego miasteczka pełnego śladów przeszłości. Razem wsiedli do pociągu, ale udawali nieznajomych aż do momentu, gdy wysiedli i upewnili się, że znaleźli się w miejscu, gdzie nikt ich nie zna. Skierowali się do skromnego hotelu, zameldowali się jako para i przez resztę dnia nie wychodzili z łóżka; poznawali swoje ciała, spełniali fantazje i obdarowywali się miłością, od której byli potem rozkosznie obolali.

Bogdan miewał takie chwile, że zapominał, jak bardzo sprzeniewierza się swoim zasadom i ślubom kapłańskim. Ale znacznie częściej parzyły go wyrzuty sumienia i lęk przed tym, co się stanie, jeśli ten romans wyjdzie na jaw. W takie dni Żaneta – z miłości do niego – proponowała, że powinni się rozstać.

– Ja zniknę, jeśli chcesz – mówiła z płaczem. – Nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Jakoś wytrzymamy, kochany. Dla mnie najważniejsze jest, żebyś nie cierpiał, nie dręczył się tak strasznie. Wiem, że nie będzie cię miała inna kobieta, a to, że mnie kochasz, w zupełności mi wystarczy.

On godził się na to, żeby się rozstali, żeby zniknęła mu z oczu, sam zaczynał chodzić innymi ścieżkami albo w towarzystwie pozostałych księży – ale po dniu, dwóch lub trzech oboje zrywali wszystkie umowy i niczym ćmy lecieli prosto w ogień, wprost w swoje ramiona.

Innym znów razem Bogdan podejmował decyzję, że nie wolno mu Żanety dłużej męczyć – przecież widzi, jak ona cierpi, jak spala się w oczekiwaniu na jego dotyk, potrzebny jej jak powietrze.

– Trzeba to uciąć, kochanie – mówił w przypływie silnej woli i wiary, że nad sobą panuje. – Musimy być silni. To jak z uzależnieniem, po prostu trzeba przetrzymać kilka dni, kilkanaście… Potem będzie już łatwiej. Ja ciebie zawsze będę kochał, ale nie możemy się tak szarpać, bo to nas wyniszcza.

Żaneta zgadzała się z nim; widziała, że ta miłość jest toksyczna – właśnie przez to, że zakazana, że sekretna, próbowali więc jeszcze raz, tylko po to, by dwa dni później zadzwonić do siebie w środku nocy i płakać w słuchawkę, że nieprawda, bez powietrza nie da się żyć.

Kiedy Żaneta odkryła, że zaszła w ciążę, w pierwszym odruchu zamierzała poszukać sposobu na pozbycie się dziecka. To nie było trudne, wystarczyło zaopatrzyć się w odpowiednie tabletki, a potem poczekać na coś w rodzaju „silniejszej miesiączki” – tak o tym mówiła Betty, która już dwukrotnie musiała skorzystać z pigułek wczesnoporonnych. Gdyby ta ciąża była owocem któregokolwiek z wcześniejszych romansów, Żaneta zapewne zrobiłaby to samo. Nigdy nie była nadmiernie sentymentalna, nie rozczulały jej małe dzieci, a macierzyństwo nie spełniło jej oczekiwań.

Ale tym razem nosiła w sobie dziecko mężczyzny, którego kochała do szaleństwa. Kochała wbrew instynktowi samozachowawczemu, kochała tak, jak niektórzy nie kochają przez całe życie. Myśl o tym, że mały – bo była wówczas pewna, że to będzie chłopczyk – mógłby być podobny do Bogdana, mieć jego kędzierzawe włosy, roześmiane szare oczy i dołek w jednym policzku, wywoływała w niej nieznane dotąd wzruszenia. Nie mogła pozbyć się tego dziecka; to byłoby jak zabicie ich miłości, najładniejszej jej cząstki. To dziecko było tym kawałeczkiem Bogdana, do którego miała prawo, którego nikt – ani Bóg, ani Kościół – nie mógł jej odebrać. Pewnie dlatego, w obawie przed reakcją Bogdana, przed tym, że każe jej jednak pozbyć się kłopotu – uciekła z Anglii bez pożegnania. Spędziła cztery dni w Calais, wyjąc w poduszkę w najtańszym hoteliku, zanim doszła do siebie na tyle, żeby przyjechać do domu, stanąć przed Andrzejem i Sławkiem i udawać, że nic się nie stało. Oto jestem, wróciłam, będziemy żyć razem. Tak po prostu, tłumiąc ból duszy, zaciskając zęby, żeby się nie rozryczeć, udawała idiotkę, która nie wie, że w tej rodzinie od dawna nie ma już dla niej miejsca. Potem z nie mniejszą determinacją sprawiła, że Andrzej poszedł z nią do łóżka – to nic, że niewiele pamiętał. Najważniejsze były plamy spermy na pościeli, której specjalnie nie prała przez kolejne dwa tygodnie, żeby móc mu pokazać test ciążowy i w razie problemów podsunąć pod nos dowód na prześcieradle.

Dopiero od niespełna miesiąca Andrzej wiedział, że to wszystko było kłamstwem. Najpierw Żaneta była na siebie zła. Cholerne USG, myślała, gdybym nie zachowała tego wydruku, gdybym go wyrzuciła… Ale bardzo szybko w miejsce złości pojawiła się ogromna ulga. Żaneta chyba podświadomie chciała prawdy, pragnęła pretekstu, by wrócić do Manchesteru i wyznać wszystko Bogdanowi. Mimo rozłąki nie przestała kochać go ani odrobinę – wszystko było jeszcze ciepłe, wilgotne niczym niegojąca się rana. Wiedziała, że on także tęskni, że cierpi – świadczyły o tym pełne wykrzykników wiadomości na Facebooku, na które początkowo zabraniała sobie odpowiadać, ale po tym, gdy prawda wyszła na jaw i Żaneta wiedziała już, że małżeństwo z Andrzejem runęło na dobre, nie widziała powodu, by dłużej katować siebie i Bogdana. Odpisała więc. Od tamtej pory pisali po kilka razy dziennie, coraz goręcej, coraz bardziej rozpaczliwie, aż wreszcie ona obiecała mu, że przyjedzie.

Ze wspomnień wyrwało ją pukanie do drzwi łazienki.

– Już wychodzę – mruknęła, po czym opłukała wodą twarz i delikatnie osuszyła ręcznikiem.

Wklepała krem pod oczy i w okolice ust, a następnie wpuściła Sławka. Wydawało jej się, że syn patrzy na nią badawczo, ale równie dobrze mogło to być jej poczucie winy, że znowu zamierza go zostawić.

– Przygotuję ci śniadanie – zaproponowała, choć zwykle się tym nie zajmowała.

– Tata już to zrobił – odpowiedział chłopiec.

Tata sobie świetnie radzi, pomyślała, a więc nic tu po mnie. Nawet nie zauważą, że wyjechałam. Ta myśl sprawiła, że Żaneta poczuła się lepiej, dlatego pociągnęła ją dalej. Nie jestem im potrzebna, przekonywała sama siebie, a Bogdan nie może beze mnie żyć. No i dziecko, ono przecież musi mieć ojca. To oczywiste, że powinnam wyjechać. Po prostu nie mam innego wyjścia.

Kiedy po raz kolejny udało jej się w to uwierzyć, Andrzej ze Sławkiem już wyszli z domu. Żaneta została sama. Zacznę się powoli pakować, postanowiła. Zarezerwuję bilet, ale nie uprzedzę Bogdana. Zrobię mu niespodziankę.

Ewa zapisała na tablicy temat: „Jak i dlaczego zmienia się język?”. Klasa zajęła się przepisywaniem, a ona tymczasem rzuciła okiem na siedzącego w ostatniej ławce Sławka. Wydawał się chory – albo może niewyspany i smutny.

Ostatnio często mu się przyglądała. Chłopiec dorastał, zmieniał się. Jego rysy stawały się twardsze, bardziej męskie, zatracał urodę dziecka. Ewa szukała w nim Andrzeja i znajdowała coraz więcej jego cech – niewielki garbek na nosie, wyraźnie zarysowana żuchwa, dołek w brodzie, czarne brwi i rzęsy, w ogóle ciemne oczy, ich wyraz – czasem leciutko kpiący, czasem zawadiacki.

Otrząsnęła się z zamyślenia i poprowadziła lekcję, która stanowiła wstęp do słowotwórstwa. Najpierw odczytała uczniom fragment Żywota człowieka poćciwego Mikołaja Reja, prosząc o wynotowanie wszystkich wyrazów, które wydadzą się dzieciom dziwne, niezrozumiałe, zabawne. Kiedy omówili je wspólnie i zapisali definicję archaizmu, poszedł w ruch Słownik dawnej polszczyzny. Ewa wiedziała z doświadczenia, że to dla uczniów najatrakcyjniejsza część lekcji; każdy rocznik szóstoklasistów uwielbiał znajdować w słowniku wyrazy, które już wyszły z użycia, i zadawać sobie zagadki dotyczące ich znaczenia.

– Pamiętajcie, że macie ułożyć zdania, które będą stanowiły podpowiedź – przypominała Ewa, krążąc między ławkami. – To nie może być na przykład pytanie: „Co dawniej znaczył pośladek”, tylko coś zawierającego ten wyraz w ­odpowiednim kontekście, choćby: „Zostawmy rowery na pośladku”.

Dzieci parsknęły śmiechem i pokiwały głowami, po czym wróciły do układania zagadek. Przechodząc obok ławki Sławka, Ewa spojrzała na efekty jego pracy. Z kilkoma skreśleniami, jakby chłopiec nie mógł się zdecydować, widniało tam zdanie: „Ojciec nie spluskał się już od trzech miesięcy”.

Wróciła do biurka i zapytała, kto chce odczytać swoją zagadkę. Zgłosiło się kilkoro uczniów, w tym oczywiście Marcel, który nie przepuściłby okazji do rozbawienia klasy. Tak jak Ewa się spodziewała, w jego zdaniu pojawiło się słowo „rzyć” – ten archaizm zawsze bił rekordy popularności, zresztą strona, na której się znajdował, była w słowniku oznaczona – przed trzema laty jakiś dowcipniś narysował na rogu kształtny tyłek.

Ewa uciszyła towarzystwo i odczekała jeszcze chwilę, ale ponieważ nikt więcej się nie zgłaszał, podsumowała lekcję i podyktowała zadanie domowe kierujące dzieci w stronę kolejnego tematu – neologizmów. Kiedy zadzwonił dzwonek, natychmiast otworzyła słownik i zaczęła szukać wyrazu „spluskać się”.

Mógł znaczyć wiele rzeczy. Coś z myciem, coś z płaczem, coś z oddawaniem moczu, to pierwsze przyszło jej do głowy. Wreszcie znalazła. Spluskać się. Między innymi ­znaczeniami widniało to, na które miała nadzieję: upić się, być pijanym.

A więc tyle się przynajmniej dowiedziała: że Andrzej nie pije od października. Dziwną drogą trafiła do niej ta informacja, ale Ewa była wdzięczna losowi, że chociaż na jedno z pytań otrzymała odpowiedź: w tej sprawie Andrzej nie kłamał.

Była ciekawa, które z rodziców Sławka przyjdzie w tym miesiącu na wywiadówkę. Styczniowe zebranie było połączone z wręczeniem listów gratulacyjnych i koncertem dla rodziców. Oczywiście Sławek, jako jeden z najsłabszych uczniów w klasie, nie miał otrzymać żadnych gratulacji, Ewa liczyła jednak na to, że Andrzej lub jego żona przyjdą i że uda im się wreszcie ustalić jakiś plan postępowania z dzieckiem. Ostatnio oceny Sławka stały się prawie tak słabe, jak w czwartej klasie, kiedy odreagowywał odejście matki. Ewa ze smutkiem uświadomiła sobie, że ten chłopiec przeżywa to samo, co ona: także czuje się odtrącony, zdradzony, znajduje się niejako w zawieszeniu i nie wie, komu zaufać; kogo może kochać, aby nie zostać zranionym.

Westchnęła i wpisała temat do dziennika, a potem zamknęła okno i posprzątała na biurku. Koniec na dziś, trzeba zrobić po drodze jakieś zakupy, upichcić coś na obiad i przygotować lekcje na jutro.

Jeszcze nie zdążyła zasunąć krzesła, kiedy do klasy wpadł zdyszany Sławek.

– Zdążyłem – wysapał. – Zapomniałem wpłacić pieniądze na wycieczkę.

– Przecież mówiłam rodzicom, żeby zapłacili na zebraniu – od­parła Ewa z uśmiechem, wyciągając z torebki portfel klasowy. – Szóstoklasiści mają dziwną tendencję do zapominania albo gubienia pieniędzy.

– Ja wolę sam – odpowiedział Sławek z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Ewa zastanowiła się. Chyba chciał jej coś powiedzieć.

– Dlaczego? – zapytała ostrożnie. – Rodziców nie będzie na wywiadówce?

– Nie wiem, czy mama będzie. Ona się pakuje i chyba… Chy­ba wyjedzie.

Biedny dzieciak, pomyślała. Biedny, zagubiony dryblas, któremu lada dzień zacznie się sypać wąs, a który staje się ­bezradnym, smutnym chłopczykiem, ilekroć ta cholerna matka zapomina o jego istnieniu.

– A mógłbyś przekazać mamie, że chciałabym z nią porozmawiać? Najchętniej jeszcze przez tym wyjazdem. – Ewa udała, że nie rozumie, o jakiego rodzaju „wyjazd” chodzi. – Niech wpadnie do mnie do szkoły. Mama nie pracuje, prawda?

Sławek pokręcił głową.

– No to może będą jej pasowały godziny moich konsultacji. Nie martw się, to nic złego, nie jakieś tam uwagi czy nagany. – Uspokoiła go, bo chyba się zdenerwował. – Po prostu ostatnio o czymś rozmawiałyśmy i nie dokończyłyśmy tematu. Przekażesz?

– Przekażę.

Sławek wyszedł, a Ewa upomniała się w duchu, że zachowuje się impulsywnie. Po co zaprosiła panią Wójcik? Co chciałaby od niej usłyszeć, co sama jej powie? Poza tym, że nie wolno fundować dziecku takiej huśtawki emocjonalnej? I czy właściwie ma prawo się wtrącać?

Mam, odpowiedziała sobie natychmiast. Jako wychowawczyni chłopca mam prawo i obowiązek przypomnieć tej kobiecie o jego potrzebach. O tym, że on się zwyczajnie boi, co z nim będzie. Niezależnie od tego, czy Andrzej rzeczywiście nie pije od trzech miesięcy, to jednak jest alkoholik – i zostawianie z nim dziecka…

Urwała to