Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Apetyt na miłość - Anne Stuart, Cherry Adair, Muriel Jensen

Anne Stuart -  Upadły anioł

Czy wybrałabyś się na randkę w ciemno z mężczyzną rodem z prawdziwego piekła? Zrobiła to Samantha, piękna i sławna modelka. Szła na tę randkę z duszą na ramieniu...

Cherry Adair -  Taniec z diabłem
Mary Rossi, kobieta szpieg, powinna znać się na męskich sztuczkach, a tymczasem przyszła na randkę w ciemno z byłym partnerem, który kiedyś złamał jej serce...

Muriel Jensen -  Facet z piekła rodem
Katarina ze zdumieniem odkrywa, że jest w stanie zakochać się w kłamcy i oszuście. Ten facet z piekła rodem jest w dodatku okropnie irytujący, a mimo to Katarina nie potrafi mu się oprzeć.

Opinie o ebooku Apetyt na miłość - Anne Stuart, Cherry Adair, Muriel Jensen

Fragment ebooka Apetyt na miłość - Anne Stuart, Cherry Adair, Muriel Jensen

Anne Stuart

Cherry Adair

Muriel Jensen

Apetyt na miłość

Tłumaczyła:

Anne Stuart

Upadły anioł

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gideon musnął palcami klawisze fortepianu. Grał z pamięci, myśląc o czymś innym. Poziom trzysta czterdziesty siódmy piekła nie był najgorszy, przynajmniej Gideon nie miał tu zbyt wielu obowiązków. Czas spędzał zazwyczaj przy fortepianie, zręcznie przebiegając długimi palcami po klawiszach z kości słoniowej; nawet jeśli inni potępieni ryczeli z bólu podczas piekielnych mąk, on ich nie słyszał.

Nie było to pierwsze miejsce, do którego trafił po nagłej śmierci za sprawą rozwścieczonego kochanka pewnej dziewczyny. Z niewiadomego powodu od samego początku czekał na niego fortepian. Na jednych poziomach upał dawał się porządnie we znaki, na innych było umiarkowanie gorąco. Tutaj, na poziomie trzysta czterdziestym siódmym, czuł się wręcz komfortowo.

Ogólnie biorąc, Ralph nie był złym gospodarzem. Bardziej przypominał rekina finansjery z Wall Street niż władcę tego całego poziomu piekła. Inna sprawa, że Gideon nie miał pewności, czy między jednym a drugim istnieje zasadnicza różnica.

Właściwie nie miał pewności w żadnej sprawie. Nie wiedział nawet, ile lat spędził na ziemi. Rozumiał jednak, dlaczego trafił do piekła – cechował go niezaspokojony apetyt na kobiety. Uwielbiał je, wszystkie razem i każdą z osobna, wysokie i niskie, pulchne i kościste, stare i młode, słodkie i zgorzkniałe. Po prostu lubił kobiety. Nie było to naganne, lecz on kochał przede wszystkim seks i marzył o zyskaniu sławy fascynującego kochanka o niezrównanej wyobraźni. Może to szczególne upodobanie do seksu także nie przyczyniłoby się do jego potępienia, gdyby nie to, że Gideonem powodowały duma i egoizm, a nie uczucia do kobiet, na które zastawiał sidła. Pragnął, żeby czuły się przy nim w pełni usatysfakcjonowane i żeby żaden jego następca nie mógł mu dorównać pod tym względem. W ten sposób przyczyniał się do powiększania armii mężczyzn trawionych kompleksami, bowiem po rozkochaniu w sobie i zaspokojeniu kobiety w sposób iście mistrzowski, bardzo szybko ją porzucał, skazując na odczuwanie ciągłego niedosytu z każdym następnym kochankiem.

Zapewne już w młodym wieku, może nawet nieświadomie, podpisał piekielny cyrograf. Mężatki, panny, wdowy, czy nawet zakochane w innym, a raz nawet i zakonnica – było mu wszystko jedno. Nic zatem dziwnego, że w końcu dopadł go jakiś zazdrosny partner jednej z pań.

Pamiętał ból w miejscu, w którym nóż przeszył jego ciało, ale nie potrafił sobie przypomnieć miejsca i czasu zdarzenia, ani też mordercy. Mogło się to stać w siedemnastowiecznej Wenecji – wiele wskazywało na to, że był samym Casanovą. A może obracał się na dworach w Salzburgu? Jedyne, co mu pozostało, to umiejętność gry na fortepianie. Kiedy próbował zgadywać, jakie życie niegdyś prowadził, chętnie wyobrażał sobie, że był kobieciarzem i geniuszem gry na fortepianie w jednej osobie, jak Liszt. Tylko że akurat utwory Liszta kiepsko mu wychodziły, podobnie jak kompozycje Chopina.

Najprawdopodobniej jednak był dzieckiem dwudziestego wieku, może dwudziestego pierwszego – na trzysta czterdziestym siódmym poziomie piekła czas nie odgrywał żadnej roli. Pocieszał się, że gra na fortepianie jest zdecydowanie przyjemniejsza, niż dorzucanie węgla do ogromnych kotłów.

Czasami zastanawiał się nad istnieniem nieba. Diabelska biurokracja była tak zróżnicowana, pogmatwana i złożona, że po tylu latach, a może nawet wiekach pobytu w piekle, Gideon nie miał pojęcia o jego organizacji. Za każdym razem, kiedy zdawało mu się, że zaczyna coś rozumieć, przenoszono go na inny poziom, jednocześnie czyszcząc mu umysł. Tylko jego palce wciąż machinalnie przyciskały właściwe klawisze fortepianu.

W porównaniu z innymi sługami szatana, Ralph był całkiem znośny. Miał niezrozumiałe poczucie humoru, ale przepadał za muzyką Gideona i zwykle nie zawracał mu głowy. Tylko od czasu do czasu na fortepianie pojawiały się nieoczekiwane wezwania, których Gideon nigdy nie ignorował, bo wiedział, że nie wolno mu tego robić.

Pokonywał mroczne korytarze, nucąc pod nosem. Właściwie był całkiem zadowolony z miejsca swojego pobytu, pomimo – a może dzięki – całkowitej nieobecności kobiet. Nikt nie próbował go kusić, a celibat miał swoje uroki. No cóż, trzysta czterdziesty siódmy poziom przypominał sypialnię w akademii wojskowej, ale Gideon nie miał prawa oczekiwać białych pałaców i bezchmurnych krajobrazów. W końcu tkwił w piekle, i to zasłużenie.

Ralph był nieco próżny i miał słabość do patosu. Kiedy Gideon ujrzał go po raz pierwszy, diabeł siedział na białym tronie, w otoczeniu bezpłciowych istot, nasuwających skojarzenie z kiepską ilustracją do jakiegoś biblijnego eposu. Tego dnia Ralph zasiadł za poobijanym, metalowym biurkiem. Zasłony były zaciągnięte, pomieszczenie tonęło w półmroku. Gideon ledwie dostrzegł zarys znajomej postaci.

– Ładna fryzura – powiedział. Pomimo ciemności, nie mógł nie dostrzec dziwnie ułożonych w kolce, pomarańczowo-niebieskich włosów. Ralph zmieniał fryzury niemal równie często jak rysy twarzy i ciało. Tylko oczy pozostawały stale takie same: czujne i uważne.

– Lubię urozmaicenia, to mnie bawi – wyznał z lekkim rosyjskim akcentem. Sposób mówienia również modyfikował w zależności od samopoczucia. Tym razem nie miał jednak nastroju do zabawy. – Siadaj.

– Mogę zapalić światło?

– Nie.

Gideon zahaczył stopą o stalową nogę krzesła i przyciągnął je do siebie. Siadając, wyprostował plecy, by starannie obejrzeć swojego... No właśnie... kogo? Swojego szefa? Przyjaciela? Mentora? Gospodarza? Właściwie nigdy nie wiedział, jak nazwać Ralpha.

– Diabeł z piekła rodem wydaje się trafnym określeniem – oświadczył głośno Ralph.

– Nie cierpię, kiedy czytasz mi w myślach – westchnął Gideon.

– To straszne – mruknął głucho Ralph. – Mam dla ciebie zadanie.

– A ja je wykonam, bo...?

Długie milczenie.

– Bo mogę cię zmusić – warknął diabeł. – Ale lepiej ci pójdzie, jeśli weźmiesz się do roboty z własnej woli. Czas ucieka.

Gideon czekał w ciszy.

– Pytasz: dlaczego? – ciągnął Ralph, nie zwracając uwagi na jego milczenie. – Pośpiech jest wskazany ze względów medycznych, a ty najlepiej się nadajesz do tego zadania.

– Nic nie wiem o medycynie.

– Antybiotyki nie działają w piekle, Gideon. Spytaj doktora Crippena [1]. Jeżeli nie załatwimy tego problemu, stracę wzrok. A ślepy diabeł to wściekły diabeł. Nikt nie lubi wściekłych diabłów.

Gideon powstrzymał się od komentarza, że diabły jako takie w ogóle nie cieszą się niczyją sympatią.

– Możesz oślepnąć, co? Już wspominałem, że powinniście mieć kobiety.

Spodziewał się, że Ralph ciśnie w niego błyskawicą lub przynajmniej słoikiem z ołówkami, który stał na biurku, lecz diabeł tylko się zaśmiał.

– Widzisz, właśnie dlatego jesteś dokładnie tym mężczyzną, którego potrzebuję. Twoje myśli momentalnie koncentrują się na seksie. I tego oczekuję: maniaka seksualnego.

– Nie zamierzam uprawiać z tobą seksu, Ralph – obwieścił beznamiętnym głosem Gideon.

– Miałbyś nie lada szczęście, ale nic z tego! – prychnął diabeł. – Chcę, żebyś uprawiał seks z kobietą. Z piękną kobietą. Myślisz, że temu podołasz?

– Kiedy ostatnio się rozglądałem po okolicy, w piekle mieszkali tylko chłopcy, szefie. Gdzie ja tu znajdę kobietę?

Ralph wstał i obszedł biurko, zatrzymując się w plamie mizernego światła. Pochylił się i odsunął włosy z twarzy, żeby zaprezentować swoją opuchniętą i pomarszczoną powiekę oraz mocno zaróżowione oko.

– Obrzydliwość – jęknął Gideon. – Masz w tym oku stan zapalny. A może to jęczmień, wszystko jedno. Nie wiem, jak mógłbym ci pomóc. Ściągnij Crippena na konsultację.

– Już mówiłem, że Crippen nie pomoże. To zadanie dla ciebie.

Ralph zwykle mówił wprost, o co chodzi, dziś jednak wyjątkowo długo zwlekał. Usiadł na krawędzi biurka, nie zwracając uwagi na fluorescencyjne włosy, które znowu opadły mu na twarz.

– Kobieca cnota kłuje diabła w oczy – obwieścił ponuro. – Słyszałeś to powiedzenie? Znasz filmy Ingmara Bergmana?

– Szczerze mówiąc, nie za bardzo – przyznał. – Poza tym pamiętaj, że jestem dobry, ale nie genialny. Nie dam rady pozbawić cnoty wszystkich dziewic na świecie, żeby cię uchronić przed ślepotą.

– Nie chodzi mi o wszystkie dziewice, tylko o jedną, konkretną. Uwiedziesz ją, mój wzrok się poprawi, a ty awansujesz na wyższy poziom. Zbyt długo tkwisz na trzysta czterdziestym siódmym. Nie masz ochoty na zmianę?

– Tęskniłbym za tobą.

– Och, wierz mi, nigdy cię nie opuszczę. – Ralph zarechotał irytująco.

– Powiedz lepiej, jak to możliwe, że wystarczy ci jedna dziewica? Pomyśl o tych wszystkich zakonnicach, lesbijkach, cnotliwych starych pannach...

– Wszystkie one zachowują tę swoją głupią cnotę tylko dlatego, że tak być powinno, że jest to im sądzone. Natomiast Sam jest pogwałceniem praw natury.

– Chcesz, żebym się kochał z facetem? Pewnie bym zdołał, byleby tylko się stąd wyrwać, ale nie jestem pewien...

– Sam to kobieta. Naprawdę ma na imię Samantha. Nie używa nazwiska, podobnie jak Madonna albo Cher.

– Matka Dziewica nie potrzebuje nazwiska, ale kim, u licha, jest Cher?

– Nie chodzi o Najświętszą Panienkę, Madonna to zupełnie inna osoba. To piosenkarka, a Madonna to jej pseudonim artystyczny. Natomiast Samantha to modelka. Wiesz, kim są modelki?

Gideon zmarszczył brwi i po chwili doznał olśnienia.

– No pewnie, że wiem! – wykrzyknął. – Modelka to wysoka, ładna i głupia blondynka.

– Niezupełnie. Sam mieszka w Los Angeles, dzieli dom z inną dziewczyną i dziwnym trafem zachowała cnotę. Nie uległa nikomu, choć wielu próbowało ją uwieść. Odrzucała awanse najprzystojniejszych mężczyzn w Hollywood, przebojowych polityków, najwybitniejszych artystów, najbogatszych biznesmenów. Jest całkowicie obojętna na sprawy seksu. Będziesz miał pole do popisu. Tobie żadna się nie oprze. – Na chwilę zamilkł i nagle wyrecytował: – Gideon, Gideon, niezły z niego byk, gdy on nie da rady, nie pomoże nikt.

– Może wyślesz kogoś, kto ją zgwałci? Skoro jesteś taki pewien, że to właśnie jej cnota tak cię oślepia, to po co tracić czas na uwodzenie i takie tam... inne ceregiele? Pięć minut w ciemnej alejce i sprawa załatwiona.

Ralph się zachmurzył.

– Zgłosisz się do tego zadania na ochotnika? Osobiście nie mam nic przeciwko gwałtom ani morderstwom, w końcu jestem sługą szatana. Sądziłem jednak, że brzydzisz się takim metodami i zdecydowanie wolisz uwodzenie niż przemoc.

– To fakt – westchnął Gideon. – Po prostu nie jestem w nastroju. Wyślij kogoś innego.

– Po tylu latach? Skup się i do roboty! Poczyniłem już wszelkie stosowne przygotowania, nikt nie stanie ci na drodze. Poza tym infekcja przenosi się już na drugie oko, więc nie mam czasu. Ty też nie, jazda do pracy!

– Jeszcze nie wyraziłem zgody... – zaczął Gideon, ale nagle głos uwiązł mu w gardle, zdławiony przez silny powiew wiatru. Skąd nagle ten wiatr, zdążył jeszcze pomyśleć, i już znalazł się pod jasnoniebieskim niebem Kalifornii.

Jechał zbyt prędko. Dziwne, nawet nie podejrzewał, że potrafi prowadzić samochód, czyli należało wykluczyć, że Gideon był niegdyś Mozartem. Sunął eleganckim, sportowym autem; na jezdni panował tłok, w powietrzu unosił się ciężki smród spalin, lecz pojazdy mknęły na tyle szybko, że wyziewy zostawały z tyłu. I tak było to lepsze od siarkowych woni piekielnych.

– Zakochasz się w niej, stary.

Nie był sam. Kątem oka zerknął na mężczyznę siedzącego obok na fotelu dla pasażera. Nieznajomy był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w kosztowny garnitur. Miał gęste, jasne włosy, mocno zarysowaną szczękę, zęby tak proste i białe, że wyglądały wręcz nienaturalnie, oraz wielkie dłonie. Gideon pomyślał, że takimi łapskami facet mógłby objąć dwie oktawy, choć jednocześnie, mając takie grube palce, zapewne grałby jak w bokserskich rękawicach.

– Niewątpliwie się zakocham – mruknął ironicznie Gideon, spoglądając na swoje odbicie we wstecznym lusterku. Wyglądał tak samo jak kiedyś, choć minęły wieki, odkąd ostatni raz widział swoją twarz. Miał inteligentne oblicze, ciemne oczy, wyrazisty nos i usta. Ciało miał nadal takie, jak kiedyś, choć tym razem było obleczone w garnitur od Armaniego. Był dosyć wysoki, szczupły i umięśniony, silniejszy, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka. Dobrze się czuł w tym eleganckim ubraniu. Pomyślał, że to pewnie ten garnitur ma przekonać do niego tę jakąś głupią modelkę-dziewicę.

– Jesteś do tego stworzony, Gideon. A ja wprost nie mogę w to uwierzyć, że się spotkaliśmy po tylu latach – ciągnął mężczyzna.

Gideon nagle uświadomił sobie, że to Aaron McAndrews, szef działu reklamy, bezwzględny i płytki egoista o typowo kalifornijskiej urodzie. Tak naprawdę wcale się nie znali, Gideon nigdy w życiu nie widział tego człowieka, ale magiczne sztuczki Ralpha robiły swoje.

– Nie nagrałbym Sam byle komu – mówił dalej Aaron. – Wiesz, co mówią: randka w ciemno to szatański wynalazek. Na szczęście Jasmine ją przekonała, ale ja wiem, że mogę ci ufać. Znamy się długo, a jeszcze nigdy mnie nie wystawiłeś.

Gideon pomyślał, że zna tego faceta od półtorej minuty. Uśmiechnął się chłodno.

– Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego to robimy? – zagadnął. – Skąd ten pomysł randki w ciemno?

– A bo ja wiem? Może dlatego, że jesteś nowy w mieście i potrzebujesz dziewczyny? Zwykle nie bywam takim altruistą – przyznał z uśmiechem Aaron i wzruszył ramionami. – Kiedy jednak ludzie zobaczą cię z Sam, będziesz ustawiony. Nawet nie ruszysz palcem, a wszystkie dziewczyny padną ci do stóp. Odwdzięczysz mi się tym samym, stary.

Gideon uśmiechnął się bez przekonania.

– Dokąd się wybieramy? – zapytał.

– W Hollywood otworzyli nową restaurację, wszyscy o niej mówią. Zarezerwowałem tam stolik dla Sam. Zwykle trzeba odczekać miesiąc i nawet Jasmine nie potrafi się wkręcić bez kolejki. Trafia tam każdy, kto jest kimś.

– Każdy, kto jest kimś – powtórzył Gideon.

– Tylko nie zakładaj, że Sam od razu zgodzi się na rumbę w pozycji horyzontalnej. Moim zdaniem to lesbijka.

– Czemu tak uważasz?

– Nic na nią nie działa – westchnął z goryczą Aaron. – Nieważne, wystarczy, że się z nią pokażesz, a od razu zainteresują się tobą rozmaite gwiazdeczki. Randka z Sam to dobre posunięcie, nawet jeśli ona na ciebie nie poleci.

– Poważne wyzwanie. – Gideon machinalnie sięgnął do kieszeni marynarki, lecz nie znalazł w niej papierosów. Może to i dobrze, bo właściwie nie miał ochoty zapalić. Nie narzekał na brak dymu.

– Człowieku, nawet nie myśl o uwiedzeniu jej – mruknął Aaron. – Nie pozwoli się tknąć.

Gideon tylko się uśmiechnął.

– Naprawdę sądzisz, że pójdę na randkę w ciemno? – spytała Sam, stojąc przed lustrem i patrząc na ulubioną szkarłatną sukienkę, na błyszczące rajstopy, jeden but na wysokim obcasie na nodze, drugi w ręce. Miała gęste, złociste włosy, doskonały makijaż i zielone oczy, których kolor podkreślały idealnie dobrane barwione soczewki kontaktowe. Wydatne usta pomalowała szminką w kolorze wiśniowym.

– Chyba się nie wycofasz, prawda? – Jasmine była wyraźnie zaniepokojona.

– Wiesz, czym są randki w ciemno? – Sam wsunęła drugi but na nogę, w ten sposób rosnąc w sekundę z metra osiemdziesięciu do metra osiemdziesięciu ośmiu. – Randki w ciemno są wymysłem szatana. Chodzą na nie masochiści i sadyści.

– To rozrywka dla ludzi, którzy chcą oddać przysługę przyjacielowi, nawet jeśli nie sprawia im to przyjemności – odparła łagodnie Jasmine. – Wiem, co sądzisz o Aaronie. Powoli przestaje się mną interesować, więc muszę działać, nim będzie za późno i znajdzie sobie inną. Nie umówiłby się ze mną, gdybym nie zaproponowała, że spotkasz się z jego przyjacielem.

– Nadal nie rozumiem, co ty w nim widzisz...

– Już to przerabiałyśmy – przerwała Jasmine. – Miłość rządzi się własnymi prawami.

Sam wygładziła czerwony jedwab sukienki.

– Moim zdaniem powinnaś kierować się rozumem także w miłości – westchnęła. – Hormony sprawiają, że twój mózg przestaje funkcjonować.

– Jesteś znacznie bardziej zrównoważona niż ja, a przy tym o wiele bardziej dyskretna. Znam cię od czterech lat, dzielę z tobą dom, a jeszcze nie widziałam ani jednego z twoich kochanków.

– Mam inne priorytety. – Sam ponownie spojrzała na swoje odbicie w jednym z wielu luster wiszących na ścianach małego domku zbudowanego i urządzonego w hiszpańskim stylu.

Lustra były pomysłem Jasmine, Sam doskonale wiedziała, jak wygląda. Uważała, że jest ideałem kobiety dla każdego przeciętnego Amerykanina.

– Powiedz mi coś bliższego o moim partnerze – westchnęła, odwracając się od lustra. – Będzie się do mnie lepił jak ten ostatni?

– Jak większość z nich, moja droga – odparła wesoło Jasmine.

Sam spojrzała na swoją piękną modną sukienkę, ale jednocześnie bardzo skąpą.

– Może powinnam włożyć coś skromniejszego?

– To bez znaczenia. Mogłabyś włożyć nawet fartuch, a mężczyźni i tak nie odrywaliby od ciebie wzroku. Nie martw się, ostrzegłam Aarona, że robisz to tylko dla mnie, a on mi przyrzekł, że jego przyjaciel będzie się zachowywał bardzo przyzwoicie.

– Wątpię, czy którykolwiek z przyjaciół Aarona ma pojęcie o przyzwoitym zachowaniu – mruknęła Sam. – Jak się poznali? Na studiach?

– Nie wiem, podejrzewam, że Aaron nawet tego nie pamięta. Chyba zna Gideona od zawsze. Podobno jest fantastyczny.

– Gideon. – Sam przewróciła oczami. – Brzmi jak pseudonim artystyczny gwiazdy rocka z ambicjami. Pewnie tak naprawdę jest księgowym i ma na imię George. – Pokiwała głową. – Może to i lepiej.

– Następnym razem powiem Aaronowi, że gustujesz w księgowych.

– Nie będzie następnego razu, Jasmine. Lubię cię, ale są pewne granice.

Nagle zadźwięczał dzwonek. Samantha znieruchomiała. Było za późno na ucieczkę lub udawanie chorej, chociaż z przyjemnością uniknęłaby tego nieprzyjemnego obowiązku.

– Rozchmurz się, Sam. – Jasmine ruszyła ku drzwiom. – Wszyscy wiedzą, że randki w ciemno to wymysł z piekła rodem.

– Właśnie – burknęła ponuro Sam. – Wolałabym teraz siedzieć na fotelu dentystycznym niż...

Było już jednak za późno. Jasmine otworzyła drzwi, uśmiechając się promiennie do ukochanego. Za nim stał niezbyt wysoki mężczyzna. Sam jęknęła w duchu: szła na randkę z konusem, którego niski wzrost zapewne szedł w parze z agresją.

– A oto nasza słynna Samantha. – Aaron przedstawił ją z irytującą manierą handlarza niewolników lub właściciela zabawki, którą zamierzał pożyczyć przyjacielowi. – Sam, to Gideon Hyde.

Podniosła głowę, wyprostowała plecy i popatrzyła na mężczyznę. Na szczęście nie wyglądał na zupełnego kurdupla. Gdyby nie włożyła takich wysokich obcasów, zapewne byliby równi wzrostem. Póki co mogła z satysfakcją spoglądać na niego z góry. Nie wyciągnęła ręki.

– Miło mi – powiedziała chłodnym tonem.

Zareagował inaczej, niż się spodziewała. Nowy znajomy powinien stać z otwartymi ustami, pełen podziwu i pokory, a tymczasem on tylko grzecznie skinął głową i całą uwagę skupił na trajkoczącej Jasmine. Sam szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Nie przywykła do tego, że ktoś ją ignoruje, a zwłaszcza partner na randkę w ciemno. Właściwie nigdy wcześniej nie chodziła na tego typu randki. Zawsze umiała sprzeciwić się każdemu, kto próbował namówić ją na spotkanie z nieznajomym mężczyzną. Odmówiła wszystkim, z wyjątkiem Jasmine. Zwłaszcza że jej przyjaciółka, prosząc ją o to, płakała.

Gideon Hyde sprawiał wrażenie kompletnie niezainteresowanego jej osobą. Sam poczuła irytację, dość dziwną w tych okolicznościach.

– Za godzinę musimy być na miejscu, a jazda z przedmieścia do centrum zajmie nam właśnie tyle – oświadczył pogodnie Aaron. – Możemy ruszać? Pojedziemy samochodem Gideona, ślicznym małym mercedesem. Sam, jeśli chcesz, możesz ze mną usiąść z tyłu.

To również stanowiło problem. Aaron najwyraźniej okazywał Samancie zainteresowanie, i manifestował je za każdym razem, kiedy sądził, że Jasmine nie patrzy. Sam mogła sobie wyobrazić wspólną godzinną podróż na ciasnej kanapce sportowego mercedesa.

– Usiądę z przodu, z moim... partnerem – odparła z fałszywą słodyczą w głosie.

Gideon się odwrócił i spojrzał na nią uważnie, jakby właśnie dopiero teraz przypomniał sobie o jej istnieniu.

– Dobrze – mruknął bez entuzjazmu. – Będzie mi bardzo miło – dodał już bardziej uprzejmym tonem.

Miał niski dźwięczny głos, jednak Samantha nie potrafiłaby określić, z którego stanu Ameryki Północnej pochodzi. Mimo że tembr tego głosu przypadł jej do gustu, nadal nie była zadowolona z tej przymusowej znajomości z obcym mężczyzną. Poza tym miała już dość oczekiwania. Doszła do wniosku, że im prędzej zacznie się ta głupia randka, tym wcześniej się skończy.

– Chodźmy – westchnęła. – Jestem głodna.

Nie oglądając się za siebie, wyszła przez otwarte drzwi, doskonale wiedząc, że wszyscy posłusznie pójdą za nią.

ROZDZIAŁ DRUGI

Długonoga Samantha szybko dotarła do samochodu, stojącego na małym podwórzu przed domkiem, i zajęła fotel z przodu. Nie czekała, aż jej nowy znajomy otworzy przed nią drzwi. Wcale nie miała ochoty przekonywać się, czy to zrobi. Gdyby je przytrzymał, oznaczałoby to, że zapewne jest staromodny, wyniosły i szuka sposobu, by zaciągnąć ją do łóżka. Gdyby tego nie uczynił, należałoby wnioskować, że jest samolubny i nieuprzejmy. Właściwie już zdążyła dojść do wniosku, że facet jest niesympatyczny, lecz nie chciała tego potwierdzać, zwłaszcza że czekało ją kilka godzin w jego towarzystwie. Po co miałaby dodatkowo uprzykrzać sobie randkę?

Jechał prędko i sprawnie krętą drogą. Zbyt prędko, zdaniem Samanthy. Spojrzała na jego ręce obejmujące kierownicę. Na szczęście nie miał obrączki. Dłonie Gideona prezentowały się wspaniale: były szczupłe, z długimi palcami. Sam miała słabość do pięknych męskich rąk.

Dobrze się ubierał. Nosił rzeczy od Armaniego, pewnie szyte na miarę. Znała się na materiałach, bez wątpienia ciemny jedwab był wysokiej jakości. Mężczyzna skrywał oczy za okularami. Jego kości policzkowe były lekko wystające, twarz wąska, a wyraz ust nie zdradzał żadnych uczuć.

Jedynie włosy mężczyzny nie pasowały do wizerunku współczesnego Kalifornijczyka. Były długie, znacznie dłuższe, niż nakazywała aktualna moda, czarne, idealnie proste, i przewiązane z tyłu jedwabną tasiemką. Na taką fryzurę mógł sobie pozwolić znany hollywoodzki aktor Steven Seagal, lecz z niewiadomych względów pasowała ona także do Gideona. Dziwne.

Samantha wsunęła na nos okulary i poprawiła się na fotelu, wyciągając przed siebie nogi. Przyzwyczaiła się do tego, że mężczyźni bez przerwy pożerają ją wzrokiem, lecz ten osobnik najwyraźniej bardziej interesował się drogą, niż siedzącą obok niego pięknością.

Sam nie miała żadnych kompleksów na temat swojej urody. Wiedziała, że jest piękna, ale nie była to jej żadna zasługa. Traktowała swoją urodę jak boży dar, z którym się urodziła. Potrafiła ją wykorzystywać, ale tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Dzisiaj miała w planach snucie się po domu, oglądanie telewizji i czytanie, a nie męczące malowanie się i wybór odpowiednich ciuchów na randkę z nieznajomym mężczyzną.

No cóż, poświęcenie jednego dnia dla przyjaciółki nie powinno być dla niej zbyt wielkim wyrzeczeniem, zwłaszcza że nowy znajomy zupełnie się jej nie narzucał. Pomyślała, że jakoś to wytrzyma.

– Ładne auto – mruknęła, kiedy cisza stała się nieznośna.

Zerknął na nią zdumiony, zupełnie jakby zapomniał o jej obecności.

– Bardzo ładne – przytaknął. – Nigdy wcześniej czegoś takiego nie prowadziłem.

– Z wypożyczalni?

Przez moment wyglądał tak, jakby nie znał odpowiedzi.

– Tak – odparł w końcu.

– Nie jesteś z Kalifornii?

– Nie. Przybywam z miejsca położonego znacznie dalej na południe i znacznie gorętszego. – Ta odpowiedź najwyraźniej go rozbawiła, bo się roześmiał.

– Z San Diego?

Pokręcił głową.

– Nie, nigdy tam nie byłaś.

– Prawdę mówiąc, w San Diego także nigdy nie byłam. Sama nie wiem, dlaczego. Kiedyś miałam zaplanowaną sesję zdjęciową w hotelu Del, ale w ostatniej chwili ją odwołano.

Właściwie po co mu to opowiada? Przecież chodziło tylko o to, żeby znieść tych kilka godzin i wrócić do domu. Kiedy wrabiano ją w podobne sytuacje, zwykle zachowywała wyniosły dystans, dyskretnie manifestując znudzenie. Tym razem szczebiotała do tego mężczyzny, jakby perspektywa spędzenia z nim wieczoru sprawiała jej radość.

Nieznajomy milczał. Najwyraźniej dawał jej w ten sposób do zrozumienia, że nie jest zainteresowany rozmową. Zdezorientowana Samantha także ucichła, obmyślając zemstę na całkowicie zajętej swoimi sprawami Jasmine, która siedząc na kanapce z tyłu, z entuzjazmem dążyła do złamania wszystkich zasad przyzwoitości, przy gorliwym wsparciu Aarona.

Sam zamknęła oczy. Doszła do wniosku, że da sobie radę. Zawsze uważała się za wyjątkowo odporną psychicznie i fizycznie. Kiedyś uczestniczyła w sesji zdjęciowej na hiszpańskich schodach w Rzymie, gdzie przez siedem godzin mokła na deszczu. Gdy ulewa się skończyła, organizatorzy zaczęli polewać modelkę wodą z węży strażackich. Zdarzało się jej brnąć przez błoto, pozować w kostiumach kąpielowych na śniegu, siedzieć godzinami bez ruchu, by nie zepsuć pięknie ułożonej fryzury i wspaniałego makijażu. Tego wieczoru przynajmniej mogła się ruszać, mówić, nie była przemoczona i nie marzła. Postanowiła zatonąć w rozmyślaniach, odizolować się od hałaśliwego świata, z pełną świadomością, że jej partner nawet tego nie zauważy.

Powinna była przewidzieć, że jadą do „Murph's Steak and Grill”, najnowszej i najmodniejszej restauracji. Zaprojektowano ją tak, by wyglądała jak zwykły lokal należący do ogólnokrajowej sieci, lecz większość serwowanych tu befsztyków smażono z mięsa zwierząt znacznie bardziej egzotycznych niż woły. Stoliki w lokalu zarezerwowano do końca roku, a pieniądze zostawiane tu przez klientów były równe dwuletniemu budżetowi średniej wielkości państwa Trzeciego Świata.

Partner Samanthy, którego nazwiska nie zapamiętała, podjechał na strzeżony parking.

Hyde, chyba tak się nazywa, nagle przypomniała sobie. Gideon Hyde.

Wszyscy wysiedli, a on podszedł do niej, najwyraźniej w ogóle nie speszony jej wzrostem. Wyprostowała plecy. Chyba nie był od niej niższy. Niestety, nie mógł nosić butów na obcasach, więc musiał pogodzić się z tym, że nadal patrzyła na niego z góry. To mu jednak najwyraźniej nie przeszkadzało.

Aaron wepchnął się między nich, gadając niemal bez przerwy. Nieco spłoszona Jasmine dreptała z tyłu. Sam stłumiła westchnięcie. Czego się nie robi dla przyjaciół.

– Wejdziemy? – spytał Gideon.

Gdyby położył dłoń na jej plecach, z pewnością kopnęłaby go w kostkę. Na szczęście powstrzymał się od jakichkolwiek poufałych gestów. Dziwne, ale zdołał wprowadzić ją do supermodnego lokalu, nawet jej nie dotykając. Miała wrażenie, że roztoczył nad nią opiekę. Rzecz jasna, wcale tego nie potrzebowała, ale to uczucie było dla niej nowe i – co ciekawe – całkiem przyjemne.

Gdy weszli do środka, ich uszy zaatakował potworny hałas. Już dawno Samantha nauczyła się ignorować natrętne spojrzenia, które prześlizgiwały się po jej ciele w miejscach publicznych. Tego wieczoru goście lokalu zachowywali się tak jak zawsze. Ze znudzoną miną podążała za kierownikiem restauracji, który prowadził ich wyjątkowo krętą trasą, aby zaprezentować Samanthę jak największej liczbie gości.

W końcu posadził ich przy zdecydowanie zbyt wyeksponowanym stoliku. Samantha miała ochotę poprosić o inne miejsce, lecz Aaron już runął na jedno z krzeseł, nie troszcząc się o to, gdzie siądzie Jasmine, po czym energicznie zatarł dłonie.

– Ale fajnie, co? – wykrzyknął z zachwytem. – Po prostu super!

Gideon podszedł do Samanthy. Zesztywniała, oczekując jego dotyku. Tymczasem on ją minął, wysunął krzesło dla Jasmine i uśmiechnął się do niej promiennie.

Samantha nie czekała, aż jej nowy znajomy ją obsłuży. Gdyby tego nie zrobił, chybaby go uderzyła, a gdyby i jej przysunął krzesło, musiałaby mu podziękować. Teraz jednak była zbytnio zajęta rozważaniem innej kwestii, choćby takiej, czy Gideon naprawdę interesuje się Jasmine i wykorzystał randkę w ciemno, żeby się do niej zbliżyć. Jeśli tak, mogła mu tylko pogratulować dobrego gustu. Jasmine zasługiwała na zainteresowanie mężczyzn znacznie ciekawszych niż ten prostak Aaron.

Prostak. To słowo doskonale pasowało do Aarona. Nudny, płytki prostak. Z kolei Gideon Hyde był dla niej zagadką, znacznie ciekawszą, niż miała odwagę przyznać.

Po chwili zamawiali drinki. Gideon poprosił o szkocką.

– Ja nie piję – oznajmiła zimno Samantha.

Jasmine nawet nie drgnęła powieka. Już dawno nauczyła się, że w miejscach publicznych nie wolno kwestionować słów przyjaciółki. Nie powiedziała też ani słowa, kiedy Samantha zamknęła menu i zamówiła wyłącznie sałatkę z nowalijek. Jasmine wiedziała, że jej przyjaciółka miała dość rozumu, by się najeść przed wyjściem. Pewnie liczyła na to, że szybki mały posiłek prędzej zakończy tę niefortunną randkę.

– Nie jesz mięsa? – spytał Gideon.

Wciąż miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, podobnie jak połowa ludzi w mrocznej sali, lecz Samanthę nagle ogarnęła z tego powodu irytacja.

– Jesteś wegetarianką, Sam?

– Weganką – sprostowała. – Nie jem żadnych potraw pochodzenia zwierzęcego. W menu nie ma nic na bazie tofu, więc musiałam zadowolić się sałatką.

– Tofu, też coś! – wzruszył ramionami Aaron.

– Wobec tego smażalnia befsztyków to nie najlepsze miejsce na posiłek dla ciebie – zauważył Gideon.

Za jego ciemnymi okularami kryło się coś niepokojącego, a w głosie pobrzmiewał ton, którego nie potrafiła określić. Kusiło ją, żeby sprawdzić, jak by się zachował, gdyby ściągnęła mu okulary z nosa i rzuciła je w drugi kąt sali.

Rzecz jasna, nie zamierzała tego robić, gdyż wiązałoby się to z dotykaniem Gideona.

– Nic jej nie będzie – mruknął beztrosko Aaron. – Modelki i tak żywią się powietrzem. Nie wolno im przecież tyć.

Siedział tuż obok Samanthy, więc bez trudu sięgnął ręką i uszczypnął ją w udo. Podskoczyła, nie spodziewając się takiej napaści, i wbiła w niego nienawistne spojrzenie. Gdyby Jasmine nie siedziała przy stole, cały czas z rozanieloną miną gapiąc się na Aarona, na pewno wylałaby mu na głowę szklankę wody. Pomyślała, że jeszcze znajdzie stosowną chwilę, by się zemścić.

– Nie pijesz, nie jesz – westchnął Gideon. – Masz jakieś słabości?

– Nic, co mogłoby cię zainteresować. – Posłała Aaronowi niechętne spojrzenie. – To ty wybrałeś ten lokal, prawda?

– Od miesięcy usiłowałem dostać się tutaj. Dopiero, kiedy napomknąłem, że przyjdziesz ze mną, okazało się, że jest wolny stolik. Daj spokój, Sam, rozruszasz się. Podają tu wszystko, od strusia emu do nowo narodzonych foczek. Szef kuchni to wielbiciel zwierząt. Zawsze przyprowadza do pracy swojego pieska rasy Bichon Frise.

– Na wypadek opóźnienia dostawy mięsa? – wycedziła.

– Fuj! – jęknęła Jasmine.

– No cóż, na przykład w Wietnamie jada się nawet psy i koty – zauważył Gideon.

– Chwała Bogu, że nie wybrałeś wietnamskiej restauracji – powiedziała Samantha. – Nie cierpię psów i na pewno żadnego bym nie zjadła. – Podniosła szklankę z wodą, odrzuciła pasmo włosów przez ramię i spojrzała na Gideona chłodnym, taksującym wzrokiem.

W końcu przyniesiono jego szkocką. Wzniósł milczący toast i przytknął szklankę do ust. Samantha nie mogła oderwać od nich oczu. Oblała ją fala gorąca.

– Samantho, może masz ochotę wybrać się w inne miejsce? – spytał nieoczekiwanie.

Zawsze nienawidziła swojego imienia i celowo używała go wyłącznie w pracy.

– Skoro już tu przyjechaliśmy, równie dobrze możemy tu zostać – powiedziała, ale bez przekonania. Zawsze balansowała na granicy uprzejmości i ostentacyjnego znużenia. Sama nie wiedziała, czemu to robi. Czuła, że powinna się zachowywać inaczej, lecz nie mogła przestać myśleć o Gideonie.

Wyciągnął rękę i poklepał ją po dłoni tak, jak lekarz pediatra pociesza przestraszone dziecko, oczekujące na zastrzyk.

– Spokojnie, to się wkrótce skończy – szepnął.

Cofnęła rękę jak oparzona, natychmiast kładąc ją na udzie pod stołem. Jednocześnie posłała mu najzimniejszy, najbardziej nieprzychylny uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć. Była pewna, że ugasiłby ognie piekielne.

Tymczasem całkowicie niewzruszony Gideon po prostu odwzajemnił uśmiech.

Samantha była piękna i zimna jak lód, co powinno przypaść Gideonowi do gustu, biorąc pod uwagę jego długi pobyt w piekielnych tropikach. Szczerze wielbił kobiety, sądził, że je rozumie, lecz Sam była dla niego zagadką. Kiedy z rzadka na niego spoglądała, robiła taką minę, jakby widziała przed sobą skrzyżowanie seryjnego mordercy ze zboczeńcem seksualnym. O ile pamiętał, nie był ani jednym, ani drugim, przynajmniej mocno w to wątpił. Co prawda Ralph mógł odesłać na ziemię obłąkanego mordercę, tylko dla własnej uciechy, lecz mimo wszystko Gideon nie uważał się za z gruntu złego człowieka. Co prawda, skończył w piekle, ale to całkiem inna historia.

I co miał zrobić z oszałamiająco piękną kobietą u swego boku? Jej lśniące oczy były chłodne i pozbawione emocji, na jej idealnych ustach gościł niemal bez przerwy lekceważący, wyniosły uśmiech. Przyzwoicie traktowała tylko Jasmine, swoją przyjaciółkę, osóbkę wrażliwą, słodką i niezbyt rozgarniętą. Może Ralph się mylił? Może rzeczywiście Samanthę interesowały tylko kobiety? Co prawda nie powstrzymałoby to Gideona przed próbą uwiedzenia jej, lecz Ralph zapewniał go, że Sam nie jest lesbijką ani osoba oziębłą. Po prostu jeszcze nie spotkała właściwego mężczyzny.

Gideon czuł, że sytuacja uległa zmianie w chwili, gdy on pojawił się na scenie, bez względu na to, czy Samantha chciała to przyjąć do wiadomości, czy nie.

Była dla niego wyzwaniem, i to na tyle poważnym, że nie potrafił ocenić, jak długo przyjdzie mu zabiegać o jej względy. Podejrzewał, że byłby zdolny zaciągnąć ją do łóżka jeszcze tego samego dnia, ale wiązałoby się to z nadludzkim wysiłkiem. Ale skoro o tym mowa, nie był już przecież człowiekiem, prawda? Właściwie nie miał pewności, kim jest. Duchem? Potępieńcem? Tak długo tkwił w piekle, utrzymując celibat, że nawet nie wiedział, czy ma ochotę uprawiać miłość z jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widział.

Skubała sałatkę tak, jakby postawiono przed nią talerz smażonych robaków. Sącząc wodę, łagodnie przymykała powieki. Gideon pomyślał, że jest nieco za chuda, ale po chwili zmienił zdanie. Przecież żadna kobieta nie była dla niego zbyt chuda ani zbyt gruba. Chyba zwyczajnie szukał wymówki, a może po prostu nie lubił wykonywania cudzych poleceń. Po raz pierwszy od wieków przejął kontrolę nad sytuacją. Pomimo nieuchronnych przykrych konsekwencji niesubordynacji, mógł odmówić współpracy. Chłodna Samantha z pewnością pochwaliłaby jego decyzję, gdyby znała kulisy sytuacji.

Gideon zjadł najbardziej krwisty, najmniej wysmażony befsztyk, jaki serwowała kuchnia w tym lokalu. Chciał w ten sposób zirytować Samanthę, lecz także zakładał, że może już nigdy nie trafi mu się okazja spożycia równie wyśmienitej potrawy. Danie było tak smaczne, że niemal zapomniał, czemu tu się znalazł.

Pomyślał, że jest zwyczajnie nudno. Musiał coś zrobić, ożywić atmosferę, bo inaczej nie miał szans na szczęśliwy finał. Uznał, że wystarczy odrobina humoru bądź jakiegoś zamieszania, żeby rozruszać nowych znajomych...

Eksplozja nie była potężna, chociaż drzwi do kuchni otworzyły się z hukiem, a z nich buchnęła chmura dymu i płomienie. Natychmiast uruchomiły się zraszacze. Gideon nie wiedział, czy goście wrzeszczą przerażeni perspektywą nagłej śmierci w płomieniach, czy też widokiem zrujnowanych drogich ubrań, które właśnie obficie zalewała woda ze zraszaczy. Ludzie pędzili do wyjścia niczym stado spłoszonych krów, a pomieszczenie wypełniło się gęstym, gryzącym dymem.

Aaron natychmiast uciekł przy pierwszych oznakach niebezpieczeństwa. Oniemiała Jasmine nie ruszyła się z krzesła, za to Samantha natychmiast podniosła się i zaczęła iść w kierunku wyjścia z lokalu.

Gideon uznał, że powinien je obie natychmiast stamtąd wyprowadzić. Domyślił się już, że Samantha nie lubi być dotykana, lecz Jasmine najwyraźniej potrzebowała opieki. Otoczył ją więc ramieniem w talii i ruszył do wyjścia, wiedząc, że Samantha poradzi sobie sama. I rzeczywiście tak by się stało, gdyby nagle jeden z jej piekielnie wysokich obcasów nagle się nie złamał, a ona sama nie runęła na ziemię.

Do diabła z jej nietykalną przestrzenią osobistą! Gideon wyciągnął rękę i chwycił Samanthę za ramię, wyciągając ją z tłumu w jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji Miasta Aniołów. I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą uskarżał się na nudę!

Cała trójka wydostała się na zewnątrz, a w ślad za nią z lokalu buchnęły kłęby gryzącego dymu. Przemoczeni klienci – łącznie z Jasmine – krztusili się i kasłali, tylko Samantha po prostu strząsnęła rękę Gideona i wbiła rozsierdzony wzrok w spotulniałego Aarona.

– Ty tchórzliwy sukinsynu... – zaczęła i urwała, kiedy obok niej rozległ się pełen rozpaczy krzyk.

– Mój choux-fleur! – krzyczał ktoś.

Samantha odwróciła się i zobaczyła rozpaczającego szefa kuchni.

– Spokojnie, na pewno kupi pan sobie nowy kalafior – prychnęła.

– Nie! Choux-fleur to mój piesek, rasy Bichon Frise. Spał w koszyczku, kiedy wszystko wybuchło. Muszę wracać...

Nieszczęsnego kucharza natychmiast powstrzymali strażacy.

– Zostawił tam pan psa? – spytała Samantha.

– Mon petit choux-fleur! – jęczał biedny mężczyzna.

Gideon poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Odwrócił głowę i ujrzał, że Samantha przytrzymuje się go, by nie stracić równowagi podczas zdejmowania najpierw jednego buta, potem drugiego. Na bosaka byli tego samego wzrostu. Dziwnie się poczuł, mogąc jej spojrzeć prosto w oczy, lecz ona nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Wepchnęła mu w ręce pantofelki i dziwaczną torebkę w kształcie łabędzia.

– Zaopiekuj się tymi drobiazgami – szepnęła i moment później, zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, pędziła po zaśmieconym chodniku prosto do wypełnionej dymem restauracji.

Gideon bez wahania rzucił się za nią. Nie bał się śmierci i bywał już w gorętszych miejscach, lecz strażacy zdążyli ustawić się w kordonie, żeby odseparować ludzi od zagrożonego budynku.

– Moja dziewczyna tam pobiegła! – krzyknął, wciąż ściskając jej buty i torebkę.

– Spokojna głowa, kolego – pocieszył go stojący obok policjant. – Nasi chłopcy już za nią pędzą. Z pewnością nic jej nie będzie. Ta twoja dziewczyna szuka śmierci, czy co? Często się jej zdarza robić takie głupoty?

– Sam nie wiem. Umówiłem się z nią na randkę w ciemno.

Gliniarz zarechotał i rzekł szyderczo:

– Skoro to była randka w ciemno, pewnie będzie lepiej dla ciebie, stary, jeśli ona stamtąd nie wyjdzie.

Gideon popatrzył na niego i nagle zamrugał, kiedy spod policyjnej czapki wyjrzała twarz Ralpha. Jego chore oko ukryte było w cieniu, a uśmiech wydawał się stanowczo zbyt radosny.

– Bierz się do roboty, staruszku – mruknął i poklepał Gideona po ramieniu. – Nie chcesz mnie rozczarować, prawda? Zwłaszcza że zadałem sobie sporo trudu, by uwolnić cię od nudy.

– To ty podłożyłeś ogień?

Ralph wzruszył ramionami.

– To by było zbyt prozaiczne. Ja zaaranżowałem pożar. Wystarczy, że zaczekasz, Samantha zaraz wyjdzie. Nie pozwolę, by coś się jej stało. Zbytnio cenię sobie swój wzrok, by narażać ją na śmierć.

– Jesteś pozbawionym sumienia draniem.

– Miły komplement, dziękuję – odparł. – Ale w piekle jest sporo podobnych do mnie, o czym dobrze wiesz. A teraz szkoda czasu, do roboty.

Sekundę później Gideon patrzył na inną twarz, starszego wiekiem policjanta.

– W porządku, kolego? – spytał z przejęciem policjant. – Zamroczyło cię na moment. Uderzyłeś się w głowę?

Gideona przeszył dreszcz na wspomnienie Ralpha.

– Moja dziewczyna pobiegła z powrotem do restauracji – wyjaśnił. – Muszę po nią iść...

– O nią chodzi?

Gideon podniósł wzrok. Samantha wyszła z lokalu, cała mokra i potargana, z kłębkiem futerka w ramionach. Piesek usiłował zlizać z siebie sadzę.

Oszalały z radości szef kuchni popędził do Samanthy. Po jego policzkach lały się strumieniami łzy wdzięczności. Wziął zwierzę na ręce i przytulił je mocno, a w następnej chwili razem z Samanthą oddalili się i zniknęli w ciemnościach.

Gideon stał wciąż w tym samym miejscu, ściskając najbardziej absurdalne buty, jakie kiedykolwiek widział, oraz wysadzaną kryształowymi paciorkami torebkę w kształcie łabędzia.

– Ej, stary, podwieziesz nas do domu? – spytał Aaron, który nagle pojawił się za jego plecami, wlokąc za sobą wstrząsaną dreszczami Jasmine. Ubranie Aarona było idealnie suche i czyste. Najwyraźniej uciekł z lokalu, nim uruchomiły się zraszacze.

– Muszę odszukać Samanthę.

– O nią się nie martw – poradziła Jasmine. – Razem z szefem kuchni pojechała na pogotowie weterynaryjne. Sama trafi do domu.

W takiej sytuacji Gideon nie miał wiele do powiedzenia. Skinął głową, wepchnął buty pod pachę, a torebkę wsunął do kieszeni. Kiedy dotarli do domu Aarona, wiedział już na pewno, co zrobi. Postanowił sprzeciwić się Ralphowi.

– Przykro mi z powodu twojej randki, stary – westchnął Aaron, niezdarnie gramoląc się z samochodu i czekając na Jasmine. – Robiłem, co mogłem, ale Samantha to bryła lodu. Jeśli chcesz, żebym cię poznał z kimś bardziej przyjaznym, daj mi znać. Na jak długo przyjechałeś?

– Na krótko – odparł, licząc na to, że Ralph zabierze go z powrotem do piekła w chwili, gdy usłyszy o jego odmowie.

– Razem z Jasmine jadę na weekend do mojego domku w górach, ale dam ci znać, kiedy wrócę, dobra? Nie przenosisz się nigdzie, prawda?

– Na razie nic nie planuję – odparł spokojnie.

Wiedział dobrze, gdzie spędzi wieczność. Szkoda tylko, że nie pamiętał, dlaczego.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Zapomnij.

Gideon zamrugał oczami. Właśnie miał wejść z powrotem do swojego fantastycznego mercedesa i rozkoszować się ciepłą kalifornijską nocą... a tu nagle znowu tkwił w dusznych zakamarkach trzysta czterdziestego siódmego poziomu piekła w towarzystwie rozpartego na drewnianej ławie Ralpha, który zerkał na niego spod gęstych czarnych loków peruki. Poprzednio ujawnił się w ciele wysportowanego policjanta, a teraz najwyraźniej postanowił zostać kapitanem Hakiem, w eleganckim surducie, ze złotym hakiem zamiast dłoni, rzeźbioną kulą zamiast nogi i z haftowaną przepaską na oko.

– Tylko nie kapitan Hak – warknął lekko zirytowany Ralph, który jak zwykle przejrzał myśli Gideona. – On miał parę widzących oczu i obie nogi, o ile dobrze pamiętam klasykę powieści dziecięcej. Ale nie o literaturze mieliśmy mówić, tylko o moim oku. Nie zgadzam się na odmowę.

Gideon popatrzył na swoje ubranie. Miał na sobie dżinsy i podkoszulek, jedwabny garnitur znikł. Machinalnie sięgnął do nieistniejącej kieszeni, żeby sprawdzić, czy nadal ma przy sobie torebkę w kształcie łabędzia. Niestety, pamiątka po Samancie również się zdematerializowała.

– Nie zmusisz mnie.

– Zachowujesz się jak zbuntowany nastolatek. Mogę cię zmusić do wszystkiego – warknął ze złością Ralph. – Wystarczy ci zagrozić następnym tysiącleciem w moim towarzystwie. Pomyśl tylko, jak niewiele brakuje, byś zamieszkał gdzie indziej. Wystarczy wypełniać moje polecenia. Zresztą, co masz do stracenia? Dziewczyna jest śliczna jak marzenie, a ty kochasz kobiety. Boisz się, że jej nie zdobędziesz? Strach cię obleciał?

Gideon pomyślał, że raczej boi się zbyt łatwego sukcesu. To takie nudne dla niego, a dla dziewczyny, niestety, zbyt bolesne...

– Sentymentalny frajer – mruknął Ralph. – Posłuchaj, rozkochaj ją, a potem przeleć, skorzystaj z życia, a ja przy okazji ocalę oko. Na dodatek przeniesiesz się do lepiej klimatyzowanego miejsca, a ona zamieszka z kimś pokroju Aarona, kto da jej dzieci, będzie ją zdradzał, a po latach odejdzie do młodszej.

– Jesteś tego pewien?

– Ależ skąd! Przyszłość nie jest zaplanowana aż w takich szczegółach i nie tylko ja mam na nią wpływ, myślałem, że to wiesz. Istnieje wiele możliwości. Jedyne, co nie podlega dyskusji, to fakt, że na pewno uwiedziesz Sam. Wierz mi, spodoba się jej to...

– Jej przyjemność chyba nie ma znaczenia dla procesu leczenia twojego oka?

– Fakt, ale ja po prostu chcę, żebyś czerpał satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Obdarzenie dziewicy rozkoszą to ciężka sprawa, ale ty to potrafisz.

– A jeśli się nie zgodzę?

– Już mówiłem! Mowy nie ma!

Gideon rozglądał się po małym, rozgrzanym pomieszczeniu, starając się o niczym nie myśleć.

– Więc dlaczego wróciłem?

– A co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że wyjechałeś na letni obóz? Nie jesteś na wczasach, masz zadanie do wykonania. Kiedy nie pracujesz, wracasz tutaj, nie do apartamentu hotelowego.

Gideon podniósł brew.

– Chcesz, żebym współpracował, Ralph? – wycedził. – Wobec tego musisz ofiarować mi coś więcej niż tylko mętne obietnice. Zostanę na górze do czasu zakończenia misji, bezdyskusyjnie. Inaczej zrywam umowę.

Ralph podrapał się po głowie złotym hakiem. Peruka przekrzywiła się nieznacznie.

– Irytujący jesteś, wiesz? Pamiętaj, że zawsze mogę odstąpić od umowy i wybrać na twoje miejsce kogoś chętniejszego do współpracy.

– Więc na co czekasz?