Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Apartament - Danielle Steel

Słoneczny Apartament w sercu Nowego Jorku. Cztery młode lokatorki.
Wszystkie w punkcie zwrotnym swojego życia.
Claire, ambitna projektantka damskich butów. Konserwatywny szef utrudnia jej karierę.
Początkująca pisarka Abby szuka literackiej szansy. Jest uzależniona od starszego od niej reżysera, który pielęgnuje jej niewiarę w siebie.
Sasha, sympatyczna studentka medycyny. Ma problemem z siostrą bliźniaczką, rozchwytywaną top modelką. Siostra robi niemądre rzeczy, a Sasha słono za nie płaci.
Jest jeszcze Morgan, ambitna i niezależna finansistka z Wall Street. Z awersją do małżeństwa i, jako jedyna z dziewczyn, ze stałym partnerem. I z nieprzewidywalnym szefem.
Każda z nich walczy o zawodowy sukces, a po cichu marzy o wielkiej miłości.
Każda z nich dostaje swoją szansę. I na sukces, i na miłość...
A wtedy gdy je osiągną, zrozumieją, co straciły, a co zyskały...

Opinie o ebooku Apartament - Danielle Steel

Fragment ebooka Apartament - Danielle Steel

Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Kamila Skotnicka

Zdjęcia na okładce

© Adam C Bartlett/Image Source/Getty Images

© mimagephotography/Shutterstock

© Michele Piacquadio/Thinkstock

Tytuł oryginału

The Apartment

Copyright © 2016 by Danielle Steel.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5993-2

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Moim ukochanym dzieciom:

Beatrix, Trevorowi, Toddowi, Nickowi, Sam, Victorii, Vanessie, Maxxowi i Zarze.

Modlę się o to, aby każde z was wylądowało szczęśliwie u boku właściwego partnera czy partnerki i miało wokół siebie właściwych ludzi.

Oby wam się dobrze układało, a życie było dla was łaskawe.

Z całego serca życzę wam pogody, szczęścia i miłości.

Kocham

1

Claire Kelly, z dwiema torbami zakupów, pędziła po schodach na czwarte piętro do loftu w Hell’s Kitchen w Nowym Jorku, gdzie mieszkała od dziewięciu lat. Miała na sobie krótką czarną bawełnianą sukienkę i seksowne sandałki na wysokich obcasach, z rzemykami oplatającymi łydkę aż do kolana. Rok temu kupiła je na wyprzedaży na targach we Włoszech. Był upalny wrześniowy dzień, wtorek po Święcie Pracy, i dziś to ona robiła zakupy dla siebie i trzech innych dziewczyn, z którymi dzieliła mieszkanie. Droga na czwarte piętro była jak górska wspinaczka, bez względu na pogodę. Claire zamieszkała tu, kiedy miała dziewiętnaście lat i studiowała na drugim roku Szkoły Sztuk Pięknych Parsonsa.

Była projektantką butów w firmie Arthur Adams. Firma wypuszczała na rynek ultrakonserwatywne, klasyczne damskie pantofle. Doskonałej jakości, ale nudne i do bólu przewidywalne, gasiły wszelki zapał twórczy. Walter Adams, syn założyciela firmy, był przekonany, że modne buty to trend przejściowy i odrzucał każdy jej choćby trochę nowatorski projekt. W rezultacie praca stała się dla Claire źródłem nieustającej frustracji. Firma istniała, ale się nie rozwijała, a ona czuła, że mogłaby wiele zrobić, gdyby tylko Walter jej pozwolił. Ale Walter sprzeciwiał się każdemu odstępstwu, a Claire była przekonana, że gdyby jej posłuchał, zyski firmy znacznie by wzrosły. Cóż – Walter miał siedemdziesiąt dwa lata i wierzył w to, co robi, a nie w stylowe, fantazyjne buty, choćby nie wiem jak go błagała.

Nie miała wyjścia – jeśli chciała zachować posadę, musiała robić to, czego sobie życzył. Marzyła o projektowaniu butów modnych i seksownych, takich, jakie sama chciałaby nosić, ale w Arthur Adams, Inc. nie miała na to szans. Walter nie cierpiał zmian i Claire wiedziała, że jeśli tu zostanie, zawsze już będzie projektowała spokojne, nudne pantofle. Nawet balerinki i mokasyny Adamsa były jak dla niej zbyt klasyczne… Tylko czasem Walter pozwalał jej na odrobinę fantazji w projektach letnich sandałków dla klientek, które wyjeżdżały do Hamptons, Newport, Rhode Island albo Palm Beach. Powtarzał ciągle, że ich klienci to ludzie bogaci, konserwatywni i starsi, i wiedzą, czego się spodziewać po ich marce. Żadne argumenty Claire nie były w stanie zmienić jego zdania. Nie miał ochoty szukać młodszych klientek, wolał polegać na dotychczasowych. W tej sprawie nie było z nim dyskusji. I tak rok po roku kolekcje, jakie przedstawiał na rynku, nie były dla nikogo niespodzianką. Claire czuła się zawiedziona, ale przynajmniej miała pracę, od czterech lat tę samą. Wcześniej pracowała dla pewnej niedrogiej marki, gdzie produkowano buty fantazyjne, ale wykonane byle jak. Zresztą po dwóch latach zwinęli interes. Walter Adams stawiał na jakość i tradycyjne wzornictwo. Dopóki respektowała jego oczekiwania, marka i jej posada były pewne.

Dwudziestoośmioletnia Claire z chęcią dorzuciłaby do ich linii choć kilka ekscytujących modeli, spróbowała czegoś nowego. Walter nie chciał o tym słyszeć i sztorcował ją, ilekroć próbowała naciskać. Mimo to nie rezygnowała z usiłowań, by wprowadzić odrobinę nowoczesności do tego, co robi. Walter zatrudnił ją, bo była solidna, wykwalifikowana i wiedziała, jak zaprojektować but zarazem wygodny i łatwy do wykonania. Produkowali je we Włoszech, w tej samej fabryce, z której korzystał ojciec Waltera, w Parabiago, miasteczku pod Mediolanem. Claire jeździła tam trzy, cztery razy w roku, by omówić sprawy związane z produkcją. Była to jedna z najsolidniejszych, cieszących się najlepszą opinią fabryk we Włoszech, i produkowali także bardziej fantazyjne kolekcje. Claire patrzyła na nie z tęsknotą. Czy będzie mogła kiedykolwiek projektować buty, które by się jej naprawdę podobały? Nigdy nie wyzbyła się tego marzenia.

Zanim na swoich wysokich obcasach dotarła na czwarte piętro, długie, jasne włosy lepiły jej się do karku. Po dziewięciu latach przywykła do tej wspinaczki i twierdziła, że dzięki temu wciąż ma zgrabne nogi. Znalazła to mieszkanie przypadkiem, kręcąc się po okolicy. Mieszkała wówczas w akademiku na Jedenastej ulicy i bywało, że wędrowała stamtąd do Chelsea i dalej na północ, w okolice, które kiedyś były najgorszymi dzielnicami Nowego Jorku, ale powoli zmieniały się na lepsze. Reputacja Hell’s Kitchen jako dzielnicy slumsów, czynszówek, morderstw i walk gangów irlandzkich, włoskich, a potem portorykańskich, nieustannie się zwalczających, sięgała dziewiętnastego wieku. Gdy Claire przyjechała tu na studia z San Francisco, wszystko tu się już dawno zmieniło. Jej matka też studiowała kiedyś architekturę wnętrz w szkole Parsonsa, a marzeniem Claire zawsze było projektowanie mody. Mimo skromnych środków matka oszczędzała każdy grosz i dzięki temu Claire mogła zapisać się na studia i przemieszkać pierwszy rok w akademiku.

W drugim semestrze zaczęła szukać mieszkania do wynajęcia. Słyszała o Hell’s Kitchen, ale nigdy nie odważyła się tam pójść – aż do pewnego wiosennego sobotniego popołudnia. Dzielnica, rozciągająca się pomiędzy górnymi Trzydziestkami a Pięćdziesiątkami, od Ósmej Alei do rzeki Hudson, stała się mekką aktorów, dramaturgów i tancerzy, ze względu na bliskie sąsiedztwo z dzielnicą teatrów, ze słynnym Actor’s Studio, z Centrum Sztuki Barysznikowa i Amerykańskim Teatrem Tańca Alvina Aileya. Stare budynki, nierzadko dawne składy czy fabryki, przerobiono na lofty. Mimo to okolica zachowała swój pierwotny wygląd, a wiele domów wciąż było zaniedbanych.

W jednym z okien dostrzegła małą ulotkę, że jest tu mieszkanie do wynajęcia, i wieczorem zadzwoniła pod ten numer. Właścicielka powiedziała, że ma do wynajęcia loft na czwartym piętrze. Budynek był dawną fabryką, przerobioną piętnaście lat temu na przestrzeń mieszkalną. Czynsz był kontrolowany, co dla Claire brzmiało obiecująco. Kiedy nazajutrz poszła obejrzeć mieszkanie, zaskoczyło ją, że jest tak wielkie. Rozległy salon ze ścianami z cegły i betonową, pomalowaną na piaskowy odcień podłogą, cztery spore pomieszczenia magazynowe, które mogły służyć za sypialnie, dwie czyściutkie, nowoczesne łazienki i kuchnia z podstawowym wyposażeniem z IKEI. Apartament był o wiele większy, niż potrzebowała Claire, ale jasny, słoneczny, i w niezłym stanie, bo budynek został pobieżnie odnowiony. Czynsz wynosił dwa razy więcej, niż było ją stać, od razu więc było jasne, że nie może mieszkać sama. Wprawdzie korytarze były ciemnawe, okolica nadal niezbyt wytworna, mieszkanie znajdowało się przy Trzydziestej Dziewiątej, pomiędzy Dziewiątą a Dziesiątą Aleją, a właścicielka poinformowała ją z dumą, że czterdzieści lat temu była to jedna z najgorszych ulic w Hell’s Kitchen – ale teraz nie było tego widać. Ulica wyglądała po prostu na zaniedbaną i zachowała industrialny klimat, ale sam loft był dla Claire idealny. Musiała tylko znaleźć współlokatorkę, która by z nią zamieszkała i płaciła połowę czynszu. Matce na razie o niczym nie mówiła, nie chciała jej przerazić wydatkami. Oceniała, że jeśli znajdzie kogoś, żeby dzielić się czynszem, może to wypaść taniej niż akademik.

Tydzień później poznała na jakiejś imprezie dziewczynę, która studiowała pisarstwo na Uniwersytecie Nowojorskim. Abby Williams, o rok starsza od Claire, miała dwadzieścia lat i pochodziła z Los Angeles. Z wyglądu były zupełnie różne: Abby niska, Claire wysoka, Abby – kędzierzawa brunetka o niemal czarnych oczach, Claire – błękitnooka blondynka o długich, prostych włosach. Abby wydawała się miła i bardzo przejmowała się swoją twórczością. Powiedziała, że pisze opowiadania, a jak skończy studia, napisze powieść; wspomniała też, że jej rodzice pracują w telewizji. Później Claire dowiedziała się, że ojciec Abby to znany szef wielkiej stacji telewizyjnej, a matka jest autorką i producentką popularnych programów. Obie, i Claire, i Abby, były jedynaczkami, obie bardzo poważnie traktowały swoje studia i były zdecydowane nie zawieść nadziei, jakie pokładali w nich rodzice. Poszły razem obejrzeć mieszkanie i Abby też się w nim zakochała. Nie miały pojęcia, jak je umeblują – chyba na wyprzedażach garażowych – ale uznały, że je na nie stać. I dwa miesiące później, z ostrożnym błogosławieństwem rodziców i po złożeniu podpisu na umowie najmu, wprowadziły się i mieszkały tu do dziś.

Mieszkały we dwie przez cztery lata, a kiedy skończyły studia, aby odciążyć rodziców i uniezależnić się od nich, postanowiły przyjąć jeszcze dwie współlokatorki i jeszcze bardziej zmniejszyć koszty.

Morgan Shelby Claire spotkała na Upper West Side na przyjęciu zorganizowanym przez młodych maklerów giełdowych, których jej kiedyś przedstawiono. Impreza była nudna, faceci zadufani w sobie, w rezultacie zaczęła rozmawiać z Morgan. Morgan pracowała na Wall Street i mieszkała z dziewczyną, której nie znosiła, ale nie mogła sobie pozwolić na samodzielne lokum. Powiedziała, że rozgląda się za czymś bliżej centrum, żeby mieć bliżej do pracy. Wymieniły się telefonami i dwa dni później, po rozmowie z Abby, Claire zadzwoniła do Morgan i zaprosiła ją, żeby obejrzała loft w Hell’s Kitchen.

Jedyną wątpliwością Claire było, czy Morgan nie jest dla nich za stara. Miała dwadzieścia osiem lat, o pięć więcej niż Claire, i poważną pracę w finansach. Ładna, długonoga, ciemnowłosa, z modną fryzurą. Claire pracowała wówczas w firmie, która się potem zwinęła, i nie zarabiała dużo, a Abby usiłowała pisać powieść i pracowała jako kelnerka. Obie zastanawiały się, czy Morgan nie jest dla nich „za dorosła”, ona jednak na widok mieszkania wpadła w taki zachwyt, że wręcz błagała, by ją przyjęły. Tym bardziej że lokalizacja, ze względu na pracę na Wall Street, była dla niej o wiele lepsza. Dwa razy spotkały się na kolacji i polubiły się. Morgan była inteligentna, miała poczucie humoru, dobrą, pewną posadę i solidną zdolność kredytową. Półtora miesiąca później się wprowadziła. Mieszkała z nimi od pięciu lat i były teraz najlepszymi przyjaciółkami.

Sashę Hartman poznała Abby przez koleżankę koleżanki z uniwersytetu. Morgan mieszkała z nimi od dwóch miesięcy i nadal rozglądały się za czwartą współlokatorką. Sasha studiowała medycynę na Uniwersytecie Nowojorskim i zamierzała specjalizować się w ginekologii i położnictwie. Jej także odpowiadała lokalizacja. Spodobały jej się trzy mieszkanki loftu. Zapewniła je, że rzadko bywa w domu: albo ma zajęcia na uczelni, albo praktykę w szpitalu, albo siedzi w bibliotece i uczy się do egzaminów. Cicha, małomówna, pochodziła z Atlanty. Wspomniała, że ma w Nowym Jorku siostrę, mieszka w Tribeca, pominęła jednak ten szczegół, że są identycznymi bliźniaczkami. Wywołało to niemałą konsternację w dniu, gdy się wprowadzała: na widok sobowtóra nowej koleżanki, z identyczną bujną blond szopą kędziorów, w takim samym podkoszulku i dżinsach, trzy dziewczyny uznały, że widzą podwójnie. Valentina, bliźniaczka Sashy, uwielbiała je tak nabierać i w ciągu pięciu ostatnich lat robiła to na okrągło. Siostry były sobie bardzo bliskie, Valentina miała nawet klucz do mieszkania, ale ich charaktery różniły się jak noc i dzień. Valentina odnosiła sukcesy jako modelka i obracała się w wielkim świecie, Sasha była skromną, oddaną pracy lekarką, a jej ubrania, głównie fartuch lekarski i chodaki, po pięciu latach od wprowadzenia się do loftu wciąż znajdowały się w uniwersyteckim centrum medycznym, gdzie odbywała staż.

Wszystkie cztery były jak niezwykłe i nieoczekiwane składniki smakowitego dania. Od pięciu lat mieszkały razem, pomagały sobie nawzajem, przepadały za sobą i stały się nierozłącznymi przyjaciółkami. Pomimo różnic i stylu życia – ten przepis się sprawdził. Stworzyły rodzinę z wyboru, a loft w Hell’s Kitchen stał się ich domem. Wszystkie były bardzo zajęte, miały absorbującą pracę, ale wolny czas lubiły spędzać wspólnie. I wszystkie cztery były przekonane, że mieszkanie, które znalazła Claire dziewięć lat temu, to po prostu skarb. Uwielbiały Hell’s Kitchen ze względu na historię tego miejsca i atmosferę lekkiego zaniedbania, choć zarazem było tu bezpiecznie. Mówiono, że przypomina Greenwich Village sprzed pięćdziesięciu lat, no i nigdzie indziej nie znalazłyby za tę cenę prawie trzystumetrowego mieszkania! Ta dzielnica nie udawała, że jest czymś lepszym, niż jest, nie aspirowała ani do poloru, ani do astronomicznych czynszów SoHo, Meatpacking District, West Willage, Tribeca czy nawet Chelsea. Hell’s Kitchen zachowała klimat zwyczajności, który w innych miejscach uleciał, a przynajmniej zbladł. Wszystkie cztery uwielbiały swój dom i nie chciałyby mieszkać nigdzie indziej.

Miał swoje niedogodności – jak konieczność wspinania się po schodach – ale tym się nie przejmowały. Przecznicę dalej znajdowała się remiza jednej z najbardziej znanych straży pożarnych w mieście, Engine 34/Ladder 21, i zdarzało się, że nocą budziło je wycie wozów strażackich, ale i do tego się już przyzwyczaiły. Zrzuciły się na klimatyzację, i choć w rozległym wnętrzu trzeba było poczekać, by odczuć jej efekty, w końcu jednak mieszkanie się wychładzało. Zimą ogrzewanie działało sprawnie, sypialnie były przytulne i ciepłe. Miały wszelkie wygody, jakich potrzebowały.

Wprowadzając się tutaj, każda wniosła ze sobą swoją historię, marzenia, nadzieje. Stopniowo też ujawniły przed sobą swoje tajemnice i lęki.

Ścieżka kariery zawodowej Claire była jasna: chciała projektować buty i zyskać sławę w świecie mody. Wiedziała, że u Arthura Adamsa to niemożliwe, na razie jednak nie mogła się stamtąd zwolnić. Praca była dla niej święta. Wiele nauczyła ją historia matki, która po ślubie porzuciła obiecującą posadę w nowojorskiej firmie zajmującej się projektowaniem wnętrz, by pojechać za mężem do San Francisco. Ojciec Claire założył tam własną firmę, która kulejąc egzystowała przez pięć lat, po czym zwinął interes. Nie chciał jednak, by matka wróciła do pracy. Latami w tajemnicy, żeby nie urazić ambicji męża, podejmowała drobne zlecenia wnętrzarskie. Potrzebowali przecież pieniędzy. To jej starannie ukrywane oszczędności umożliwiły posłanie Claire do prywatnej szkoły, a potem do Parsonsa.

Drugą firmę ojca spotkał ten sam los, co pierwszą. Claire z przygnębieniem słuchała, jak matka zachęca go, by spróbował po raz trzeci. W końcu został agentem nieruchomości, czego nie cierpiał i w rezultacie stał się ponurym, zgorzkniałym człowiekiem. Claire przez lata była świadkiem, jak matka rezygnuje dla niego ze swoich marzeń, odkłada na półkę zawodowe ambicje, przepuszcza lepsze okazje i ukrywa swój talent, aby go wspierać i ochraniać.

W ten sposób zrodziła się w niej absolutna pewność, że nigdy nie poświęci pracy zawodowej dla mężczyzny, i od lat powtarzała, że nie wyjdzie za mąż. Kiedyś spytała matkę, czy żałuje, że porzuciła szansę kariery, jaką mogła zrobić w Nowym Jorku, ale Sarah Kelly odparła, że nie. Kochała męża i starała się możliwie najlepiej rozegrać partię, jaką rozdał jej los, co wydało się Claire szczególnie smutne. Całe ich życie polegało na usiłowaniu, żeby sobie poradzić, odmawianiu sobie wszelkiego zbytku, czasami nawet wakacji, a wszystko po to, żeby Claire mogła pójść do dobrej szkoły. Dla Claire małżeństwo oznaczało życie pełne poświęceń, niedostatku i wyrzeczenia się siebie. Poprzysięgła sobie, że jej się to nie przydarzy. Żaden facet nie przeszkodzi jej w karierze zawodowej i nie zniszczy jej marzeń.

Tak samo myślała Morgan. Ona także widziała, jak jej matka rezygnuje z siebie dla mężczyzny, za którego wyszła, tyle że w jej wypadku było to znacznie bardziej dramatyczne. Małżeństwo rodziców Morgan okazało się katastrofą. Matka tańczyła w balecie bostońskim i miała tam obiecujące widoki na przyszłość. Odeszła jednak, kiedy zaszła w ciążę i urodziła starszego brata Morgan, Olivera, a wkrótce potem ją. Przez całe życie żałowała, że zrezygnowała z tańca, z czasem zaczęła coraz więcej pić i właściwie zapiła się na śmierć, kiedy Morgan i jej brat byli na studiach. Wkrótce potem ich ojciec zginął w wypadku.

Morgan zdołała jakoś przebrnąć przez college i szkołę biznesu i dopiero niedawno przestała spłacać studencki kredyt. Była przekonana, że rezygnacja z tańca, małżeństwo i dzieci zrujnowały matce życie, i nie zamierzała powtarzać jej błędów. Ciągłe kłótnie rodziców i pijana matka, kiedy wracali z bratem ze szkoły, to jedyne, co zapamiętała z dzieciństwa.

Brat Morgan, Oliver, dwa lata od niej starszy, po skończeniu college’u przeprowadził się z Bostonu do Nowego Jorku i pracował w PR. Jego firma specjalizowała się w drużynach sportowych, a jego partnerem był Greg Trudeau, słynny hokejowy bramkarz z Montrealu, który stał się gwiazdą nowojorskich Rangersów. Morgan uwielbiała chodzić z Oliverem na mecze i dopingować Grega. Parę razy zabrała też koleżanki, którym bardzo się to spodobało. Obaj mężczyźni często je odwiedzali i dziewczyny ich lubiły.

Sytuacja rodzinna Sashy była bardziej skomplikowana. Jej rodzice mieli za sobą trudny rozwód, z którym matka nigdy się nie pogodziła. Sasha kończyła wtedy studia, a Valentina pracowała już w Nowym Jorku jako modelka. Ich ojciec zakochał się w młodej modelce, pracującej w jednym z domów towarowych, których był właścicielem – rok później ożenił się z nią i miał z nią dwie córeczki, co tym bardziej rozwścieczyło byłą żonę. Nie ma większej furii niż furia wzgardzonej kobiety, mówi porzekadło, i matka bliźniaczek była na to żywym dowodem, zwłaszcza że została porzucona dla dwudziestotrzyletniej dziewczyny. Ojciec wydawał się jednak szczęśliwy i najwyraźniej kochał swoje małe córeczki. Valentina nie interesowała się nimi i uważała, że ojciec jest śmieszny, ale zdaniem Sashy przyrodnie siostrzyczki były słodkie i utrzymywała kontakt z ojcem również po rozwodzie.

Matka Sashy i Valentiny była prawniczką specjalizującą się w rozwodach i słynęła z tego, że na sali sądowej jest ostra i bezwzględna, zwłaszcza po własnym rozwodzie. Sasha jeździła do Atlanty najrzadziej jak się dało, bała się też rozmów telefonicznych z matką, która nawet teraz, w wiele lat po ponownym małżeństwie ojca, potrafiła robić na jego temat zjadliwe uwagi. Rozmowa z nią była bardzo męcząca.

Rodzice Abby wciąż byli małżeństwem, a ich absorbująca praca w telewizji sprawiała, że nie poświęcali córce zbyt wiele uwagi, zawsze jednak wspierali ją w jej pisarskich planach.

W ciągu pięciu lat wspólnego mieszkania ścieżki zawodowe czterech kobiet powoli się rozwijały. Claire marzyła o pracy w jakiejś ekskluzywnej firmie jak Jimmy Choo czy Manolo Blahnik, ale i u Abramsa zarabiała przyzwoicie, nawet jeśli nie była dumna z tego, co projektuje.

Morgan pracowała dla George’a Lewisa, jednego z rekinów Wall Street. W wieku trzydziestu dziewięciu lat George zdążył już zbudować własne imperium zarządzania inwestycjami prywatnymi. Morgan uwielbiała pracę, lubiła doradzać klientom i latać samolotem George’a na spotkania w innych miastach. Podziwiała swojego szefa i w wieku trzydziestu trzech lat była bliska osiągnięcia swoich celów.

Sasha odbywała staż na położnictwie i zamierzała zrobić podwójną specjalizację, z ciąż wysokiego ryzyka i niepłodności, miała więc przed sobą lata ciężkiej i gorączkowej pracy. Ceniła sobie to, że gdy wreszcie kończyły się jej obowiązki, po powrocie do domu mogła pogadać z koleżankami i w ten sposób odprężyć się, zanim padła do łóżka i odpłynęła w sen.

Tylko droga zawodowa Abby nie ruszyła z miejsca. Trzy lata temu przerwała w połowie pisanie powieści, bo zakochała się w Ivanie Jonesie, producencie na Off-Off-Broadwayu, który namówił ją do tego, by pisała eksperymentalne sztuki dla jego teatru. I jej współlokatorki, i rodzice woleli jej prozę niż to, co tworzyła obecnie dla Ivana, on jednak zapewniał ją, że to znacznie ważniejsze i bardziej awangardowe niż „komercyjne bzdury”, jakie pisała dotychczas, i że dzięki temu wyrobi sobie nazwisko, a ona mu wierzyła. Obiecał, że będzie wystawiał jej sztuki, choć jak dotąd wystawiał tylko własne. Koleżanki podejrzewały, że to oszust, ale Abby była przekonana, że jest szczery i uważała go za geniusza. Pracowała jako jego asystentka – sprzątała teatr, malowała dekoracje, sprzedawała bilety i od trzech lat była jego pełnoetatową niewolnicą. Ivan miał czterdzieści sześć lat i choć nigdy nie był żonaty, miał troje dzieci z dwiema różnymi kobietami. Nigdy ich nie odwiedzał, twierdził bowiem, że stosunki z ich matkami są zbyt skomplikowane i kolidują z jego artystycznymi planami. A choć wymówki, dlaczego nie wystawia jej sztuk, były słabe i nieprzekonujące, Abby nadal miała go za człowieka, który dotrzymuje słowa, chociaż fakty świadczyły o czymś przeciwnym. Nie widziała jego wad, nie zauważała, że nie dotrzymuje obietnic, i ku zmartwieniu koleżanek zawsze była gotowa dać mu kolejną szansę. Ivan był jak automat do gier, który nigdy nie wypłaca wygranej. Inni już dawno stracili do niego cierpliwość, ale Abby dostrzegała w nim urok, którego ci inni nie widzieli. Kochała go, ufała mu i wierzyła w każde jego słowo. Współlokatorki przestały już z nią o tym rozmawiać. Ivan po prostu ją zaczarował – poświęcała mu życie, czas, pisała dla niego, nie otrzymując nic w zamian.

Rodzice prosili, żeby wróciła do Los Angeles i zajęła się pisaniem powieści albo żeby zgodziła się, by pomogli jej znaleźć pracę w filmie lub w telewizji. Ivan powiedział jednak, że jeśli to zrobi, to sprzeda się tak samo jak oni. Twierdził, że stać ją na więcej, że jest na to zbyt utalentowana, trwała więc przy nim, licząc, że wystawi którąś z jej sztuk. Nie była głupia, ale lojalna i naiwna, a on to wykorzystywał. Żadna z pozostałych dziewczyn go nie lubiła i były na niego wściekłe za to, co robi z Abby, ale nie było sensu o tym rozmawiać. Wierzyła we wszystko, co mówił. Wiedziały, że parę razy pożyczył od niej pieniądze i nigdy ich nie oddał, ona jednak była przekonana, że odda, kiedy będzie mu się lepiej powodziło. Nie pomagał też finansowo dzieciom. Ich matki były aktorkami i obie odniosły zawodowy sukces, twierdził więc, że mają większe możliwości niż on, żeby łożyć na dzieci. Wykręcał się od odpowiedzialności na każdym kroku. Dziewczyny liczyły, że Abby wkrótce wyzwoli się z czaru, jaki na nią rzucił, ale minęły trzy lata i nie było żadnych oznak, że miałaby się kiedykolwiek przebudzić. One były jednak w pełni przytomne i nienawidziły Ivana za to, że ją wykorzystywał i okłamywał.

A nie był to pierwszy toksyczny związek Abby. W ich grupie to ona była kolekcjonerką kulawych kaczątek. W ciągu tych pięciu lat ich wspólnego mieszkania zdarzył się aktor, który był bez grosza przy duszy i nigdy nie mógł znaleźć pracy, nawet jako kelner. Spał przez miesiąc na ich kanapie, dopóki pozostałe dziewczyny nie zaprotestowały. Abby była w nim zakochana, on zaś kochał dziewczynę, która od sześciu miesięcy była na odwyku. Potem bywali pisarze, inni aktorzy, jakiś kompletnie spłukany brytyjski arystokrata, który pożyczał od niej pieniądze, i cała seria przegranych typów, artystów z aspiracjami i innych facetów, którzy przynosili jej wyłącznie rozczarowania i w końcu ich rzucała. Niestety, wciąż nie była gotowa rzucić Ivana.

Claire od paru lat miewała wyłącznie niezobowiązujące randki. Pracowała tak ciężko, że nie miała czasu na chłopaka i w ogóle o to nie dbała. Przesiadywała w pracy do późna i w weekendy. Kariera projektantki była dla niej znacznie ważniejsza niż jakikolwiek mężczyzna. Płonęła ambicją, jakiej nigdy nie miała jej matka, i nikt ani nic nie było w stanie tego zmienić, była o tym przekonana. Rzadko się zdarzało, żeby spotkała się z kimś więcej niż trzy razy, i nigdy nie była naprawdę zakochana, chyba że w butach, jakie projektowała. Mężczyźni dziwili się, że z taką pasją traktuje pracę i że staje się taka niedostępna, gdy tylko zaczynają się nią interesować bardziej serio. W każdym poważniejszym romansie Claire widziała zagrożenie dla swojej kariery i równowagi. W kącie salonu trzymała stół do pracy i często siedziała przy nim, gdy inne były już w łóżkach.

Co do Sashy, to zarówno na studiach, jak i teraz, podczas stażu na ginekologii i położnictwie, po prostu nie miała czasu na randki. Od czasu do czasu zdarzała się jej jakaś krótka przygoda, ale żyła z grafikiem dyżurów w ręku, a życie osobiste w tej sytuacji było praktycznie niemożliwe. Albo była na dyżurze, albo zmęczona, albo spała. Wyglądała olśniewająco, ale spędzała życie ubrana w szpitalny fartuch i zupełnie dosłownie nie miała czasu na mężczyzn – w przeciwieństwie do siostry bliźniaczki, która randkowała bez przerwy. Teoretycznie Sashy podobała się wizja małżeństwa i rodziny, ale jak na razie była dla niej odległa o całe lata świetlne. I nieraz przychodziło jej do głowy, że bycie singielką byłoby jednak prostsze. A i mężczyźni, z którymi się od czasu do czasu spotykała, dość prędko czuli się zmęczeni jej trybem życia.

Spośród czterech lokatorek tylko Morgan była w poważnym związku i na szczęście wszystkie lubiły jej partnera, Maxa Murphy’ego, który często spędzał noce w ich mieszkaniu. Miał własne, na Upper West Side, ale od nich było mu bliżej do pracy, restauracji tuż za rogiem. Poznały go rok po wprowadzeniu się Sashy i Morgan, kiedy pewnego wieczoru wybrały się we cztery do otwartej właśnie knajpki. Przedtem była tu jakaś obskurna speluna, Max kupił ją i przekształcił w popularne miejsce spotkań, z tętniącym życiem barem i znakomitym jedzeniem. Trzy dni później Max i Morgan zaczęli się spotykać. Dziś, po czterech latach, knajpka „U Maxa” nadal cieszyła się wielkim powodzeniem, a jej właściciel był bardzo zajęty: kończył pracę o drugiej w nocy, a o dziesiątej rano znów był na miejscu, żeby dopilnować lunchu.

Max był świetnym facetem i wszystkie go uwielbiały. Miał fioła na punkcie sportu, był fantastycznym szefem i umiał ciężko pracować. Pochodził z wielkiej irlandzkiej rodziny, gdzie wszyscy się ze sobą kłócili, ale też bardzo kochali. Miał trzydzieści pięć lat i chętnie by założył własną rodzinę, ale Morgan od początku postawiła sprawę jasno: małżeństwo i dzieci nie mieszczą się w jej życiowych planach. Choć Max liczył, że z czasem może zmięknie, przez cztery lata nie zmiękła, a on nie naciskał. Sądził, że mają jeszcze czas, zresztą był zajęty w swojej knajpce, miał zamiar otworzyć przynajmniej jeszcze jedną, czekały go niemałe wydatki, w sumie więc i on się nie śpieszył. Z czasem jednak zrozumiał, że postawa Morgan – żadnego małżeństwa, żadnych dzieci – jest niewzruszona. Ich relacja była ciepła i solidna, ale praca zawodowa była dla Morgan wszystkim i nie zamierzała jej narażać na jakiekolwiek ryzyko.

Po powrocie z pracy Claire przebrała się w szorty i podkoszulek i zmieniła sandałki na płaskie buty. Chwilę później wróciła Abby w poplamionym farbą dresie, włożonym na porwany podkoszulek. We włosach też miała trochę farby i niebieską smugę na policzku. Claire podniosła głowę znad deski projektowej i uśmiechnęła się do niej. Morgan po spotkaniach z klientami zazwyczaj wracała do domu późno, nierzadko po drinku, a Sasha przychodziła o różnych porach, zależnie od tego, kiedy jej wypadł dyżur, i natychmiast waliła się do łóżka.

– Cześć – powiedziała Claire z uśmiechem. – Nietrudno zgadnąć, co dziś robiłaś.

– Przez cały dzień wdychałam opary farb – jęknęła ze znużeniem Abby, padając na kanapę, szczęśliwa, że nareszcie jest w domu. Ivan miał się tego wieczoru spotkać z potencjalnym sponsorem, ale powiedział, że być może później zadzwoni. Mieszkał w East Village, w kawalerce niewiele większej od szafy, na szóstym piętrze bez windy. Podnajął ją od znajomego wraz z meblami.

– Jedzenie w lodówce – poinformowała ją Claire. – Po drodze z pracy zrobiłam zakupy. Sushi wygląda nieźle.

Podstawowe zakupy robiły na zmianę, co okazało się lepszym wyjściem niż próba odgadnięcia, co która będzie jadła. Żadna nie była skąpa, nigdy nie robiły problemu z drobnych sum. Szanowały się nawzajem i właśnie dlatego układ działał tak dobrze.

– Jestem zbyt zmęczona, żeby jeść – stwierdziła Abby. W dodatku opary farb przyprawiły ją o lekkie mdłości. Ivan cztery razy zmieniał decyzję co do koloru dekoracji. Był dramaturgiem, reżyserem i producentem w jednej osobie, miał więc prawo decydować, jak ma wyglądać scena. – Chyba wezmę kąpiel i pójdę do łóżka. A tobie jak minął dzień? – spytała, a Claire pomyślała jak zawsze, że miło jest wracać do domu, gdzie są ludzie, którzy się o człowieka troszczą i zadają pytania. W jej domu rodzinnym rodzice nigdy ze sobą nie rozmawiali, i to od lat. Tak było łatwiej.

– Ciężko. Nieustająca walka – odparła ze zniechęceniem. – Żaden z moich nowych projektów nie spodobał się Walterowi i chce, żebym je „poprawiła”, tak żeby pasowały do stylu firmy. W dodatku mam nową stażystkę, córkę jakichś jego znajomych z Paryża. Wygląda na dwanaście lat i krytykuje wszystko, co amerykańskie. Według niej w Paryżu wszystko jest lepsze, a tutaj nikt nie ma pojęcia, jak tam jest. Jej ojciec jest bankierem, a matka pracuje u Chanel. Pewnie ma ze dwadzieścia dwa lata, ale wszystko wie najlepiej. Walter chce zrobić przysługę jej rodzicom, no i jestem ugotowana.

– Może spodobałoby się jej malowanie dekoracji. – Abby roześmiała się głośno. – Albo odkurzanie teatru. Zaraz by jej to poprawiło humor.

– Raczej krytykowałaby moje projekty – zauważyła zgryźliwie Claire, poprawiając coś na swoim rysunku. Weszła Morgan. Krótka spódniczka granatowego lnianego kostiumiku odsłaniała długie nogi, jeszcze bardziej wydłużone przez wysokie obcasy. Ciemne włosy modnie opadały do ramion. W rękach niosła parę pojemników z daniami na wynos z restauracji Maxa. Postawiła je na metalowym stole, który matka Claire znalazła dla nich w Internecie za oszołamiająco niską cenę.

– Kiedyś padnę trupem przez te schody… Mamy od Maxa pieczonego kurczaka i sałatkę Cezar. – Max zawsze przekazywał im jedzenie albo przyrządzał je dla nich w sobotnie wieczory, co wszystkie uwielbiały. – Jadłyście coś? – spytała z uśmiechem, siadając na kanapie obok Abby. – Znowu malowałaś dekoracje – zauważyła rzeczowo. Były już przyzwyczajone, że Abby często wraca umazana farbą. Nie wyglądała jak pisarka, tylko z reguły jak malarz pokojowy. – Wiesz co, powinnaś się zatrudnić u jakiegoś budowlańca. Przynajmniej miałabyś związek zawodowy i przyzwoitą kasę – zakpiła, zrzucając kopnięciem pantofle na obcasach i wyciągając nogi. – Ale tłok dziś w knajpie – rzuciła.

– Jak zawsze – odparła Claire. Wstała od deski, zwabiona apetyczną wonią pieczonego kurczaka.

Przeszły do kuchni, wyjęły talerze i sztućce, a Morgan otworzyła butelkę wina. Abby przyniosła serwetki i kieliszki i po chwili siedziały już przy stole i ze śmiechem słuchały, jak Claire opowiada o nowej praktykantce. Wszystko zaczynało wyglądać mniej groźnie, kiedy można się było pośmiać i pogadać o sprawie. Ich rozmowy zawsze były pogodne, nie było między nimi animozji ani zazdrości, doskonale znały swoje mocne i słabe strony. Nie chowały urazy, były wyrozumiałe dla złych nastrojów każdej z nich i dzięki temu potrafiły się nawzajem wspierać w obliczu wyzwań, jakie stawiało przed nimi życie.

Właśnie kończyły jeść, kiedy weszła Sasha. Jasne włosy miała ściągnięte na czubku głowy w węzełek, z którego sterczały dwa długopisy, z szyi zwisał stetoskop. Była w chodakach i szpitalnym kitlu, który od dawna stanowił główny element jej garderoby. Claire nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała ją w sukience.

– Odbierałam dzisiaj trojaczki – oznajmiła, siadając obok Morgan.

– Ty przynajmniej robisz coś pożytecznego – powiedziała z podziwem Claire. Morgan zaproponowała Sashy wino, ona jednak pokręciła głową.

– Nadal jestem pod telefonem, może będę musiała wrócić. O mało nie straciliśmy jednego dziecka, ale na sali było trzech położników. Pozwolili mi skończyć cesarkę, to było fantastyczne… Było też troje pediatrów. Matka ma czterdzieści sześć lat – trojaczki były z in vitro. Urodziły się dwa miesiące za wcześnie, ale chyba wszystko będzie dobrze. Nie rozumiem, jak można chcieć mieć trojaczki w tym wieku… A jej mąż jest po sześćdziesiątce! Kiedy dzieci zdadzą maturę, będzie po osiemdziesiątce. Pobrali się w zeszłym roku. On jest grubą rybą na Wall Street i dyrektorem generalnym czegoś tam. Może i z nami tak kiedyś będzie… – Sasha z uśmiechem nałożyła sobie trochę sałatki. W szpitalu zjadła kanapkę, ale nigdy nie potrafiła się oprzeć kuszącym zapachom smakowitych dań Maxa.

– Na mnie nie licz – powiedziała zdecydowanie Morgan, dopijając wino. – Trojaczki po czterdziestce? Prędzej skoczyłabym z mostu.

– A ja bym chciała mieć dziecko – szepnęła Abby. – Tylko jeszcze nie teraz.

– I nie z Ivanem, miejmy nadzieję – stwierdziła bez ogródek Morgan. – Potrzebny ci jest facet ze stałą pracą, skoro chcesz mieć dziecko, i przede wszystkim odpowiedzialny. – Wszystkie wiedziały, że Abby w wieku dwudziestu dziewięciu lat wciąż korzystała z pomocy rodziców. Krępowało ją to, chciała być samodzielna, ale jak dotąd nikt nie był skłonny kupować owoców jej pracy.

Claire zarabiała przyzwoicie, Morgan ciężko pracowała u George’a Lewisa i też sobie radziła. Jej rodzice zawsze byli spłukani i oboje z bratem od dziecka pracowali zarobkowo. Dobrze wiedzieli, co to znaczy dorastać w domu, gdzie nie ma pieniędzy. Abby i Sasha pochodziły z zamożnych rodzin, a w każdym razie bez większych kłopotów finansowych, ale to, że koleżanki zaznały w dzieciństwie niedostatku, nie podzieliło ich. Znały swoje historie rodzinne i dobrze wiedziały, że życie żadnej z nich, z pieniędzmi czy bez, nie jest w rzeczywistości tak różowe, jak to wygląda z zewnątrz.

– Jeszcze długo nie będę chciała mieć dziecka – powiedziała Abby w zadumie.

– No i skończy się na tym, że i ty będziesz je miała w wieku czterdziestu sześciu lat – zauważyła z uśmiechem Sasha i sięgnęła po kawałek kurczaka. Dobrze było tak posiedzieć przy stole, zjeść razem posiłek, odprężyć się pod koniec dnia.

– To chyba trochę za późno – orzekła Abby po chwili namysłu. Wszystko brała dosłownie, tak jak kłamstwa Ivana.

– Ale skąd – zaprzeczyła z powagą Sasha i parsknęła śmiechem. – Przypomnijcie mi, żebym nie myślała o dzieciach pod pięćdziesiątkę. – Ale i w jakimś mniej odległym czasie nie mogła sobie wyobrazić siebie jako matki… Przy specjalizacji, jaką wybrała, miała przed sobą lata nauki. – W sumie nie wiem, jaka powinna być właściwa odpowiedź. Życie biegnie, kurczę, tak szybko… Któregoś dnia budzisz się i okazuje się, że jesteś stara. Trudno uwierzyć, że mam już trzydzieści dwa lata… Mam wrażenie, że osiemnastkę obchodziłam dwa tygodnie temu – pokręciła z niedowierzaniem głową.

– Nie jęcz. Jestem o rok starsza od ciebie – powiedziała Morgan i spojrzała z powagą na dwie pozostałe koleżanki. – A z was to w ogóle jeszcze dzieciaki. – Była starsza od Claire o pięć lat, a od Abby o cztery. – Czas leci tak szybko, a tu tyle jeszcze chciałoby się zrobić, w tyle różnych miejsc pojechać… – Przeszła długą drogę, odkąd skończyła studia, i większość ludzi uznałaby, że wiele osiągnęła, ale Morgan zawsze wysoko stawiała sobie poprzeczkę.

Sasha, ziewając, wstała od stołu, odniosła talerz do kuchni i wstawiła go do zmywarki.

– Lepiej się położę, bo może mnie później wezwą. – I zniknęła w sypialni.

Zaraz potem Abby poszła pod prysznic, żeby zmyć z siebie farbę. Morgan też wkrótce się położyła, zabierając do łóżka jakieś papiery związane z pracą, a Claire wróciła do deski kreślarskiej. Miały za sobą taki przyjemny wieczór… Rzadko się zdarzało, by wszystkie wróciły do domu odpowiednio wcześnie, żeby zjeść razem kolację. Dzień wydawał się przez to milszy, a jego przykrości mniej bolesne. Claire uśmiechnęła się na myśl o współlokatorkach. Takie były dobre! I takie dla niej ważne, po matce najważniejsze w życiu. Wspierały się nawzajem w dążeniach i ambicjach każdej z nich. Tak właśnie powinno być w rodzinie, pomyślała Claire, nanosząc na jeden z projektów detal, który właśnie przyszedł jej do głowy. A przecież nie była to rodzina, w której przyszły na świat, tylko rodzina z wyboru. I to odpowiadało każdej z nich.

Ach, gdyby tak mogły mieszkać tu razem na zawsze! Albo przynajmniej jeszcze długo, długo, pomyślała Claire, zabierając się do kolejnego szkicu. W mieszkaniu panowała cisza, sprzyjała rozmyślaniom. Dziewczyny już spały, ona jedyna z nich była sową, lubiła pracować w nocy. Była prawie druga, kiedy zgasiła światło i poszła do sypialni. Wyszorowała zęby, włożyła nocną koszulę i po paru minutach leżała w łóżku. Nie wiedziała, że tak się to ułoży, ale takiej właśnie rodziny i takiego domu zawsze pragnęła. Nikt się tu nie złościł, nikt nie był rozgoryczony, żadna nigdy nie zawiodła pozostałych. Nikt się dla nikogo nie poświęcał, by po cichu wiecznie mieć o to żal. Mieszkanie w Hell’s Kitchen to bezpieczna przystań, której potrzebowała każda z nich, by podążać za marzeniami.

2

Nazajutrz, jadąc metrem do pracy, Morgan spostrzegła w „Page Six”, plotkarskim dodatku „New York Post”, notkę o restauracji Maxa. Uśmiechnęła się. W kilkuwierszowej notatce była mowa o świetnym jedzeniu i atmosferze, wymieniono także z nazwiska paru aktorów, pisarzy, tancerzy i sportowców, którzy tu bywają. No i oczywiście wspomniano, jak zawsze, o Gregu. Każdego ranka zaraz po wizycie na siłowni o szóstej rano, czego przestrzegała z religijnym wręcz namaszczeniem, Morgan czytała „Wall Street Journal” i „New York Timesa”, lubiła także przekartkować „Post” i rzucić okiem na pikantne plotki na szóstej stronie. Dobrze wiedziała, kto dostarczył im informacji na temat knajpki. Zaledwie wysiadła z pociągu, zadzwoniła do Olivera. Dzień znowu był gorący, a ona miała na sobie krótką czarną spódniczkę, białą koszulową bluzkę i pantofle na wysokich obcasach. Mijający ją mężczyźni oglądali się za nią.

– Fajna notka o knajpie – powiedziała do brata, gdy odebrał.

Odkąd dwanaście lat temu zrobił na Uniwersytecie Bostońskim magisterium z komunikacji społecznej, cały czas pracował w PR, a teraz był wiceszefem ważnej firmy nowojorskiej i obsługiwał kilku ogólnie znanych klientów, głównie w branży sportowej. Lubił jednak Maxa i ilekroć mógł, wyświadczał mu przysługę. W notce wymienił między innymi jednego ze swoich klientów, miotacza z Yankees.

– Fajnie, że to zrobiłeś – dodała. Dobrze się dogadywali z bratem. Był jedynym jej żyjącym krewnym, od śmierci rodziców byli sobie szczególnie bliscy.

Oliver mieszkał z partnerem w przyjemnym apartamencie na Upper East Side i obaj lubili się z niej nabijać, że mieszka w Hell’s Kitchen. Chętnie jednak odwiedzali loft i przepadali za wszystkimi jej koleżankami. Oliver ujawnił się jako gej po śmierci rodziców. Powiedział, że nigdy by się na to nie odważył, dopóki żył ojciec. Ojciec w okresach, gdy pracował, był budowlańcem i otwarcie mówił źle o gejach, może z powodu podejrzeń, że i jego syn jest jednym z nich. Ale Oliverowi było dobrze ze swoją tożsamością. Miał teraz trzydzieści pięć lat, a w związku z Gregiem pozostawał od siedmiu.

Greg miał własne problemy rodzinne. Był jednym z pięciu synów prostej katolickiej rodziny z Quebeku. Czterech z braci grało zawodowo w hokeja. Ojciec Grega załamał się, kiedy syn powiedział, że jest gejem. Greg wyznał otwarcie, że wiedział o tym, odkąd skończył dziewięć czy dziesięć lat, i ojciec w końcu się z tym pogodził, choć nadal był to dla niego problem. Greg i Oliver naprawdę się kochali i Max też lubił spędzać z nimi czas. Czasem całą czwórką, Morgan z Maxem i Greg z Oliverem, wyjeżdżali na narty, jeśli tak się złożyło, że Max mógł wziąć trochę wolnego. Max nabijał się często z ich psów, a Oliver wydawał wtedy głuchy jęk. Była to jedna z niewielu spraw, co do których nie zgadzali się z Gregiem. Mieli dwa yorki i maciupciego chihuahuę, którego Greg uwielbiał. Ubierał go w miniaturowy kostium Rangersów, uszyty przez kogoś w prezencie.

– Na litość boską, ważysz ponad sto kilo i jesteś bramkarzem. Czy nie możemy wziąć sobie psa przyzwoitej wielkości, choćby labradora czy golden retrievera? Wyglądamy z nimi jak geje! – narzekał Oliver, na co Greg wybuchał śmiechem.

– No przecież jesteśmy gejami! – mówił, szczerząc zęby. Oliver gderał dobrodusznie i co jakiś czas groził, że sprowadzi do domu bernardyna, ale i on kochał ich psy. I nigdy nie ukrywali z Gregiem swojej orientacji. Greg był w sporcie ważną figurą, mógł sobie pozwolić na otwarte przyznanie, że jest gejem.

– Może wybrałbyś się z nami w sobotę do restauracji? – zaproponowała Morgan, dochodziła już do biurowca, gdzie pracowała.

– Pogadam z Gregiem. Coś mówił o jakiejś imprezie urodzinowej w Miami… Jeśli tylko będę w mieście, to z chęcią. Dam ci znać.