Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 150 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 4 min Lektor: M. Wróbel

Opis ebooka Apartament 23 - Marek Wróbel

Apartament 23 - podróż uliczkami i knajpkami Krakowa. Niekiedy mrocznymi, niekiedy zabawnymi. Innym razem, ocierając się o absurd, sytuacje dwuznaczne malują nowy nieznany pejzaż. W tle porwanie, morderstwo, szaleńczy guru i miłość.


SPIS TREŚCI

ROZDZIAŁ PIERWSZY    4
Introdukcja    4
ROZDZIAŁ DRUGI    27
Death Power    27
ROZDZIAŁ TRZECI    57
Lapsus    57
ROZDZIAŁ CZWARTY    73
Resurgo    73
ROZDZIAŁ PIĄTY    96
Modus Vivendi    96
ROZDZIAŁ SZÓSTY    110
Heart of  Darkness    110
ROZDZIAŁ VII    127
Zakończenie    127




Marek Wróbel, ur. 1976 w Warszawie. Wychowany w Białej Podlaskiej. Mieszkał kilka lat w Krakowie. Obecnie zamieszkuje w Warszawie. Doktorant filozofii w Krakowie. Studiował na AWF i Akademii Muz. Lider kilku składów muzycznych. Lubi stare filmy, biografie świętych, dobre buty.





Opinie o ebooku Apartament 23 - Marek Wróbel

Fragment ebooka Apartament 23 - Marek Wróbel

Marek Wróbel

Apartament 23

© Copyright by Marek Wróbel

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-123-8

Wydawca: self-publishing

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Introdukcja

Lipcowy poranek. Wcześnie, jednak słońce już wściekle wypalało oczy. Może to ten kontrast. Wiktor miał wyjątkowo ciemny sen. Śnił, że wyjmuje z czyjejś twarzy wielkiego robala i ucina jego odwłok. Następnie przednia część zaczyna się samoistnie organizować. Wyrastają długie, wielkie, czarne odnóża. Czarne, obślizgłe, włochate ciało robalopająka zaczyna niepokojąco dryfować. Wiktor chwycił wielką, drewnianą szpilę i przebił minihydrze łeb i serce jednocześnie. Wówczas zobaczył, jak zanikają resztki koloru i ostatnia namiastka światła niknie w niepojętej otchłani czerni. To była czerń przerażająca. Nikt nigdy nie poznał takiej czeluści niebytu i niesensu.

Może zapowiadały się rzeczy dobre, może złe, w każdym razie jakieś. Może Wiktor miał ocalić czyjeś istnienie, może miał ocalić świat. Może miał być bohaterem. Tymczasem szedł poranną, wydeptaną trasą po dwieście żołądkowej gorzkiej. Nie żeby trasa wydeptana była od chodzenia po żołądkową. Niekiedy chodził po bułki, innym razem po parówki, jeszcze innym – po cukier czy kawę. Jednak od dłuższego czasu, głównym produktem, który był celem porannych przemarszów, była żołądkowa. Szedł Wiktor i zobaczył billboard reklamujący nowe dzieło jakiegoś Coelho. Rewolwer upleciony z kliszy i napis „Zwycięzca jest sam”.

Sam! Wiktor się obruszył i pomyślał – w imię czego sam, do cholery! Zwycięzcy, ci bohaterowie, samotne wilki, w imię czego?…, ja nie mam krwi bohatera, ja… Ratujcie, Aniołowie Pańscy! – tak właśnie pomyślał.

Cierpiał na umiarkowaną samotność. Był daleki od rozpaczy, ale jednak cierpiał. Zapragnął ugasić ogień tęsknoty do bliżej nieokreślonej niesamotności butelką brudnego, czerwonego wina. Tak, brudne wino pasuje tu najlepiej. Brudne estetycznie, poszarpane, świeckie, nawet dobrze, jakby mętne. Białe, mistyczne, proste, płynące zgodnie ze wskazówkami zegara, z lewa na prawo, byłoby nie na miejscu. Teraz, nie na miejscu, innym razem – może. Wszedł do mieszkania, spojrzał przez okno na kawałek Sukiennic, odkorkował butelkę i usłyszał wycie komórki. Ostatnio komórka i on darzyli się sympatią umiarkowaną. Właściwie relacje były chłodne. Ściślej mówiąc – nie przepadali za sobą. Zapominał jej, celowo nie ładował, ona zaś wyświetlała mu złe wiadomości. Spokojnie przetarł kawałkiem rękawa niewielką szklaneczkę, nalał czerwone, świeckie, poszarpane wino i uspokoił się. Po chwili postanowił odczytać wiadomość tekstową ze swojej złośliwej komórki. Coraz rzadziej czytał z niej cokolwiek. Rozstał się z pewną niewiastą i ta niewiasta wymyślała cuda na kiju. Była dyslektyczką, ale dziwnie poradną i wyjątkowo złośliwą. Igiełkę miała naostrzoną, może nawet podtrutą jakimś paskudztwem. Tym razem chodziło o coś innego. Wiadomość napisana dużymi literami brzmiała: „WIKTOR RATUJ! JESTEM W TANGERZE, ZARAZ ZABIORĄ MI TEL. ZRÓB COŚ”.

SMS był wysłany z numeru Moniki Serafin. Kilka dni temu postanowiła polecieć do Maroka. Podróż marzeń. Od kilku miesięcy tu i ówdzie napominała coś o podróży marzeń. Mówiła coś o Casablance, Marrakeszu i Tangerze.

Wiktor natychmiast próbował oddzwonić, ale telefon już nie odpowiadał. Monika była jego młodziutką kuzynką.

Ufała mu. Bardziej niż wszystkim. Jego słowo miało dla niej wyjątkowe znaczenie. Miało moc. Gdy Wiktor coś powiedział, tak być musiało. Nawet gdy świat stawał na głowie, gdy już wszystko było stracone. Wiktor słowem odwracał bieg rzeki. Zawsze widział w siedmiu perspektywach. Patrzył głęboko. Patrzył i widział to, co ukryte. Wiktor był tuż po Bogu. Przy nim czuła spokój. Była w objęciach światła. Teraz jednak walczyła, była na krawędzi.

Wiktor zbierał myśli. Wspomnienia dekoncentrowały. Szukał dystansu. Chaotycznie nalał świeckie, agresywnie rozbujane niezidentyfikowanymi aromatami wino, pociągnął ze szklaneczki i próbował myśleć. Powoli uprzytomnił sobie, że pewna historia może mieć związek z tajemniczą, jak na razie, wiadomością Moniki S. Kilka miesięcy temu spotkał się z Arnoldem Kretem, zwanym Arnoldzikiem. Och, jak wówczas plótł ten Arnoldzik! Wyplatał androny z naiwnością dziecka i błyskiem szaleństwa w oczach. O wszystkim. O kosmitach, o zbiorowej mocy, o świadomości białozielonych cząstek, o porcjach pól międzygwiezdnych, o łączeniu jaźni z astralną sferą niezindywidualizowanych bytów na Uranie. Tego feralnego dnia, a było to w marcu, Wiktor zabrał Monikę do jakiejś knajpki na ulicy św. Marka. Spotkali Arnolda Kreta. Przysiadł się i plótł. Monika wspomniała wówczas, że marzy o podróży do Maroka. W tamtej chwili coś przykuło uwagę Wiktora. Arnoldzik jakby wpadł w zawirowanie. Dziwny, niejasny gest, jakiś nieprzytomny ruch barkiem, chwila złego zawieszenia, trudno określić. Coś było nie tak. Arnoldzik podjął temat. Po chwili gorąco reklamował biuro podróży „Jan Heweliusz” To był trop. Biuro, zdaje się, było na Szewskiej.

Czas płynął wściekle. Kilka chwil zdawało się roztopić w przestrzeni, ot tak. Sekundy, minuty były jak eteryczna smuga, łącząca nieistnienie z nieistnieniem. Wiktor dopił ostatni łyk wina, odpalił papierosa i wyszedł.

Gorące popołudnie. Wilgotne powietrze wymieszane z pyłami kłębiło się nad rynkiem. Szewska dudniła martwiczym życiem. Tłumy turystów toczyły się bez końca. Turystów martwiczych, bez nadziei i bez perspektyw, nudnych i jałowych. Bez większego znaczenia. Wiktor szedł i myślał, szedł i szukał wspomnianego biura. Znalazł. Zdaje się, tu było. Obecnie pozostał strzęp szyldu z napisem „AN HEWELI”. Na drzwiach, z drugiej strony szyby, wywieszona była informacja niedbale nabazgrana czarnym markerem – biuro nieczynne. Próbował kilka razy dzwonić do Moniki S. Telefon nie odpowiadał. Co robić?… Poszedł dalej, wstąpił do kulturalnego na małą wódkę. Pub kulturalny – koniec Szewskiej, tuż przy Plantach. Po czterech wódkach wyszedł z powrotem na Szewską. Pierwsza wódka była prawie niezauważona. Druga dziwnie go rozczuliła. Trzecia poddała w wątpliwość sens wypitych poprzednich dwóch. Dzięki czwartej Wiktor namierzył w sobie długo skrywany smutek. Skąd tam był, dlaczego tak wyraźnie, niemal fizycznie ?

Czas wariował. Ledwo Wiktor otworzył oczy, już był zamroczony popołudniową wódką. Chwilę po tym, jak nastał poranek, niebo stało się ołowiowe i zapalały się pierwsze gwiazdy. Wieczór był nierzeczywisty. Tłumy, jak były, tak były, tyle, że pijane. Stłamszony dźwięk z rozmaitych knajp snuł się po chodniku. Ciemne światło oświetlało kawałki twarzy. Może ze smutku, może z sentymentu jakiegoś, Wiktor zapragnął grać na pianinie. Czuł, że język bez słów, przegadania, bez ciężkich myśli, jest tym, czego teraz najbardziej potrzebuje. Poszedł do pewnej knajpki na ulicy Św. Krzyża. Stało tam nieco rozstrojone stare pianino. Zamówił piwo, postawił je na górnej klapie. Zaczął grać. Mollowo. A–moll z przesadnie akcentowanym dźwiękiem gis. Właśnie ten dźwięk podkreślał niewymowny stan jego wnętrza. Był skupiony.

Każda nuta była najważniejsza.

Każda nutka malowała i objawiała jakąś tajemnicę.

Powietrze było niespokojne, drgało i kręciło się wokół instrumentu.

Wiktor podniósł oczy i dostrzegł blondynkę siedzącą dwa stoliki dalej. Była mocno poruszona. Była zadziwiona i poruszona do głębi. Jej wzrok wbijał się wprost w niego. Jej twarz wyrażała coś, czego nie można określić. Rozumiała. Rozumiała naprawdę. Wiktor wypił piwo jednym haustem. Wstał, a ona wciąż patrzyła. Uśmiechnął się do niej. Spuściła wzrok. Po chwili spojrzała znowu. Patrzyła wyraźnie, konkretnie i oznajmiająco. Patrzyła prosząc, by podszedł. Podszedł, a ona powiedziała – Szewska, apartament dwadzieścia trzy.

Ten dzień był jak flesz. Wszystko trwało chwilę, może krócej.

***

Ile człowieka może być w człowieku? – tak brzmiała pierwsza myśl, która przyszła Wiktorowi do głowy po przebudzeniu.

– Na ile istniałem rzeczywiście dla niej. Co to było, do cholery jasnej? Czym byłem, czy widziała mnie, czy spotkała się ze mną, czy może byłem substytutem pragnień? – tak pomyślał.

Wiktor, razem z nieudana próbą zespolenia, może nawet z połączenia męsko–damskiego, chlusnął pokaźną porcję jakiejś trucizny. Męczyła go, wysuszała organizm, niepokoiła, dręczyła, cięła, niekiedy paraliżowała, a nade wszystko – neurotyzowała. Jednym słowem truła, jak na truciznę przystało. Sprawiała, że gdy patrzył w tym momencie za okno, widział smutny i wrogi świat.

Mimowolnie układały mu się w głowie frazy jakiegoś neofuturystycznego lamentu.

Czarna taśma

Wyjąca turbina

Trujesz mnie

Podlewasz mnie chemicznym syfem

Nie wyczuwam własnego pulsu

Lepki smar

Zamyka mi nozdrza

Twój strach

Podróż na rauszu formy

Pozbawiona uroku czysta masturbacja

Każdy kształt został nakreślony

Nie ma żadnej tajemnicy

Gra pod kontrolą

Wściekła maszyna

Wypalone oczy

Świat pod kontrolą

Było jeszcze ciemno. Ciemna lampka z żarówką piętnastowatową lśniła bladym pomrukiem światła. Wiktor zajrzał do lodówki. Znalazł suchą bułkę i kawałek pomarszczonego pomidora. Poczuł pewną, osobliwą dosyć, ulgę. To coś już przeminęło. Pomidor przeminął, bułka przeminęła. Wiktor nie mógł się pozbyć wrażenia, że nic się nie ma prawa wydarzyć. Czterdzieści kilka nocy boleśnie się zapętliło. Wpadł w wir gorączkowej sjesty. Sjesty bliskiej majakom i halucynogennego skwaru. Daria odeszła, nastały upały, pot śmierdział octem, żar, udar i pętla czasu. Czterdzieści kilka nocy patrzył wstecz i nie mógł uwierzyć, i nie mógł zrozumieć. Na ile istniałem rzeczywiście, czy byłem naprawdę? – nieme pytanie wyzierało boleśnie. Skalany grzechem, poczuciem bezsilności, czymś w rodzaju fundamentalnego upokorzenia, zwalił się na wygnieciony fotel. Przymknął powieki i śnił.

Wielka kopuła, wykładana białymi kaflami, zupełnie jak w rzeźni, okalała niebieską powałę.

Ściany były pokryte jakimiś złymi obrazami, grzesznymi.

Dużo czerni, dużo mrocznych barw.

Kobieta w wysokich skórzanych butach,

w lateksowym gorsecie,

trzymała w dłoni rzemienny bicz.

Wyrazisty makijaż ociekał tuszem i krwistą szminką.

Kobieta uderzyła go biczem i z rozciętej skóry pociekła krew.

Przyłożyła palec do rany, wysmarowała krwią i zlizywała.

Duszne powietrze obudziło Wiktora. Nastało południe. Zapach octu unosił się nad jego skórą. Był to zapach toksyn oraz substancji, będącej wynikiem rozkładu alkoholu. Aldehyd octowy. Złowroga trucizna myśli, mózgu i cielesności człowieczej. Czterdzieści kilka dni Wiktor leczył kaca. Koniec, the end,finito– powiedział do siebie. – Nie dziś, dziś jest inaczej, nowy nastał dzień i nastanie wyczekiwana bryza, która twarz mą łagodnie pieścić będzie, nastanie wolność i wieczne wesele – tak właśnie powiedział. Wszedł do łazienki, odkręcił kurek prysznica i spostrzegł parę pustych butelek po żelu, szamponie i innych dobrodziejstwach. Dobrze się składa – pomyślał. – Zrobię zakupy. Zakupy symboliczne, które będą początkiem nowej epoki. Symboliczna woda będzie mnie obmywać, symboliczne witaminy będą mnie uzdrawiać a symboliczny żel pod prysznic będzie wonny jak jaśmin. Jak postanowił, tak było. Ubrał się na szybkiego, bo jak inaczej być mogło, skoro teraz działy się rzeczy arcyważne. Wyszedł, roztapiając się w błogości przyszłych obietnic, które sam sobie składał, i szedł.

Ulica Grodzka kąpała się w słońcu. Zapach kebabów zatykał nozdrza, rzeka turystów, uliczni mimowie, stukot obcasów eleganckich panien o bruk, sto dialektów angielskiego, hiszpańskiego i jakiegoś jeszcze, w oddali tramwaje, bryczki, samochody. To była muzyka ulicy Grodzkiej. Muzyka normalności, ruchu, przemian, pulsacji i zwyczajności. Po czterdziestu kilku nierealnych nocach i dniach Wiktor potrzebował normalności. Wszedł do marketu, przechadzał się między alejkami, wybierał produkty, normalnie, jak przystało na normalnego konsumenta. Symboliczny żel, trochę jedzenia, papierosy i na wszelki wypadek dwieście wiśniówki. Zwyczajnie i normalnie wrócił do mieszkania na Grodzkiej, klasyczny prysznic wziął, śniadanko zwyczajne też było i zwyczajna gazeta się poczytała. Potem, jak przystało na normalność, należało trochę pooglądać TV. Kolejne kanały obwieszczały normalność cudowną. Na pierwszym kanale gwiazdy tańczyły na lodzie, na drugim gwiazdy śpiewały, na trzecim gwiazdy tańczyły nie na lodzie, na czwartym gwiazdy jadły bułkę z masłem, a na piątym jakiś osiłek, prawomyślny i poprawny politycznie, okładał po mordach złych oprychów. Wiktor zadrżał. Osaczony normalnością odkorkował dwieście. Pił. Myślał o powrocie do pracy. Od dwóch miesięcy był na bezpłatnym urlopie. Za porozumieniem stron zażywał wakacji i odpoczywał. Wcześniej pracował w kulturze i tak zwanej oświacie, ale jakoś się zmęczył. Jakoś zabrakło tchu. Czas się nakładał, dzień był podobny do dnia, było normalniej, ale duch się ulatniał. Mimo wszystko powrót do roboty był kwestią czasu, ale jeszcze nie teraz.

Wyszedł z mieszkania, kierował się w stronę rynku, jeszcze dokładnie nie wiedział gdzie. Gwarny tłum oblepiał go dookoła. Poczuł się sam. Poczuł się jak samotniczy bohater-zwycięzca, jak bohater jakiejś krakowskiej powieści.

Mruknął do siebie pod nosem. – Skoro czuję się jak bohater krakowskiej powieści, wypadałoby zajrzeć do Zwisa. Gdybym czuł się jak bohater warszawskiej powieści, trójmiejskiej lub lubelskiej, nigdzie bym pójść nie musiał, ale cóż… – tak właśnie mruknął.

Mniej więcej namierzył cel wędrówki i szedł spokojnie. W Zwisie pijał przez ostatni rok. Oczywiście od czasu do czasu pijał. Potem wyjechał z Krakowa na okres pewien, zdaje się kilka tygodni, i wrócił. Zastał tych samych ludzi w tej samej konfiguracji. Dosiadł się, jak zwykle się dosiadał, siedział, siedział, rozmawiał i wypadł poza linię czasu, jak to zwykle tam bywa. Decyzja zapadła. Pójdę do Zwisa – pomyślał i poszedł. USA bankrutowało, wirtualny świat wypruwał swe bebechy, pieniądz bez pokrycia wyznaczał nieobliczalną politykę ekonomii światowej, światowy rząd centralizował władzę, a Zwis spokojnie sobie był, i bywalcy Zwisa spokojnie sobie siedzieli. Nawet jedno krzesło było wolne, jakby czekało, jakby czekało od wczoraj, od tygodnia, miesiąca. Przy stoliku łączącym ogródek z barem siedziało to samo towarzystwo i piło tę samą ciecz. Ta sama ciecz wprawiała to samo towarzystwo w stan daleko posuniętego relaksu. Siedzieli, siedzieli… Wiktor poszedł do baru, barman nalał mały porter, zagadał o czymś aktualnym, pogrzebał w szufladzie pod barem i wyjął starą płytę CD Diango Reinthardta. Ten niesamowity Cygan, grał wściekle. Barman do małego portera dorzucił promocyjnie płytę. Czasem tak się zdarzało.

Wiktor podziękował elegancko, płytę z uciechą przyjął, mały porter z uciechą nabył i wrócił do towarzystwa. Ktoś poszedł, ktoś się dosiadł i narzekał, między wierszami, że ma powczorajsze boleści. Nic nie zamawiał, ale boleści miał. Wiktor spojrzał nienachalnie i zaproponował trochę etanolu na zaleczenie uciążliwego zespołu a.

– O tak, chętnie – odpowiedział skacowany cierpiętnik.

Kupił Wiktor piwo, i kupił jeszcze sobie mały porter. Potem jeszcze jeden, potem jeszcze dwa, potem z A. Kozłowskim rozmawiali o tym, że należy zrobić jakiś teatr, bo nudno się robi. Potem poszli do Psa. Tak się rzecz działa, to prawda, jakoś samo wyszło. Spokojnym krokiem, bez pośpiechu, z umiarem, z pohamowaniem na piechotę szli. Jakieś trzysta metrów. Doszli. W Pięknym Psie, obecnie znajdującym się na ulicy Sławkowskiej, a może już go w ogóle niema, przy barze siedziały dwie kobiety. Katarzyna J., oraz kobieta w estetyce typu „whisky bar girl”. Kobieta jakaś przesadna, groteskowa i wulgarna. Można śmiało powiedzieć, że była to kobieta typu barperwera. Raczej wszystkie kobiety typu barperwera są przesadne, groteskowe i wulgarne. Różnią się pewnie czymś tam, ale baza musi być. Kobieta typu barperwera była znana wszystkim z wyjątkiem Wiktora. Zwłaszcza wszystkim, którzy więcej, jak raz, czy dwa, byli w naczelnych knajpach rynkowych. Wiktor rozejrzał się pokątnie. Zagadał znajomą Katarzynę J.

– Cześć, Kasiu.

– Pani Kasiu – wtrąciła się nieznajoma. Nieznajoma tylko dla Wiktora.

Kasia z rezerwą w spojrzeniu i dystansem w głosie przedstawiła koleżankę.

– Zofia.

Zofia, pani Zofia, niedbale wyciągnęła dłoń. Dłoń lawirującą między cyganerią, śmiesznością a upojeniem.

– Pani Zofia, chłopcze.

– Witam panią Zofię, Wiktor.

– Nie pierdol mi tu, mały.

Pani Zofia odwróciwszy głowę, zacięła nielitościwie.

– Kaśka, powiedz mu, że mnie wkurwia.

Wiktora ogarnęła mała konfuzja. Kozłowski zaśmiał się pod nosem. On wiedział, on znał miłą panią.

Odeszli z Kozłowskim od baru, siedli przy stoliku, trochę pogadali i Kozłowski miał dość. Pił już z tydzień i miał dość. Poszedł do domu. Wiktor dopijał piwo. Siedział przy stoliku na pierwszej sali, w cichości sączył ostatnie piwo, zbierał się do domu, lub niewiadomo gdzie jeszcze. Wlepiał oczy w stolik, rozglądał się wokoło, zerkał na kolorowe alkohole stojące na półkach za barem i myślał o apartamencie dwadzieścia trzy. O tajemniczej blondynce z apartamentu dwadzieścia trzy. Myślał też, jak ugryźć temat z Moniką S. i biurem podróży Jan Heweliusz i pomysłu nie miał. Wtem pani Zofia odwraca się i macha ręką.

– Chodź, co będziesz sam siedział.

Ona, kobieta typu barperwera, pani Zofia, samotność zna, i choć niemiła była, serce jej zmiękło, bo samotność zna i rozumie.

– O, nie! Dzięki, boję się – powiedział Wiktor.

– Chodź, nie bój się.

– Nie.

– Chodź, nie piernicz – złagodziła formę pani Zofia.

Wiktor pomyślał, że może podejdzie jednak. Podszedł.

– Jedziemy na Kazimierz, na imprezę. Postawisz taksówkę.

– Jestem przed wypłatą.

– Każdy przed czymś jest.

Błyskotliwie skonstatowała kobieta typu barperwera.

– Choć w zasadzie…

Powiedział Wiktor po chwili namysłu.

– No to siadaj, swój chłop jesteś, postawisz jeszcze po piwie?

Postawił, wypili i pojechali.

Słońce jeszcze