Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 500 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 1 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 1 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Aorta - Bartosz Szczygielski

Mamy wreszcie naszego Marlowe’a. Dawno nie czytałam tak dobrego polskiego kryminału. Panie Szczygielski – proszę o kontynuację.

Katarzyna Bonda

Pruszków spokojnie żyje w cieniu niedalekiej Warszawy. Mało kto pamięta o mafii pruszkowskiej, która rządziła miastem w latach dziewięćdziesiątych. Byli mafiosi albo odsiadują wyroki, albo zakamuflowali się i zeszli do podziemia…

Kiedy w mieszkaniu na luksusowym osiedlu dwóch tragarzy znajduje zmasakrowaną kobietę, wszyscy są zszokowani. Sprawa trafia do komisarza Gabriela Bysia z Komendy Stołecznej. Byś musi ją szybko rozwiązać – po ostatniej wpadce to jego zawodowe „być albo nie być”. Tymczasem ma tylko niezidentyfikowane okaleczone zwłoki z wyłupionymi oczami.

Niebawem okazuje się jednak, że to morderstwo jest wierzchołkiem góry lodowej, a wszystkie tropy prowadzą do pewnego niebezpiecznego człowieka. Czy Byś wypowie otwartą wojnę mężczyźnie, który rządzi podziemnym Pruszkowem?

Bartosz Szczygielski w swoim gorzkim i przewrotnym debiucie stworzył postać bezkompromisowego komisarza, jakiego jeszcze nie znacie, a poznać powinniście!

Bartosz Szczygielski – recenzent i autor opowiadań. Dwukrotny laureat w konkursie na opowiadanie organizowanym w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem w kwartalniku „QFant”. Swoje teksty publikował m.in. w magazynie „Tekstualia” oraz „Papermint”. Wielbiciel dobrego filmu, książki i tatuażu. Nigdy nie nauczył się pływać, ale nieźle radzi sobie z malowaniem. Aorta to jego debiut powieściowy.

Opinie o ebooku Aorta - Bartosz Szczygielski

Fragment ebooka Aorta - Bartosz Szczygielski

BARTOSZ

SZCZYGIELSKI

AORTA

Copyright © Bartosz Szczygielski, MMXVI

Wydanie I

Warszawa

With a gun stuck in your mouth and the barrel of the gun between your teeth, you can only talk in vowels.

Chuck Palahniuk, Fight Club

Tym, którzy wierzyli, gdy ja przestałem.

Autor

***

Miała miły głos.

Spokojny i opanowany. Jakby nie była za nic odpowiedzialna, a jej rola ograniczała się tylko do gorzkiego: „Pogotowie, słucha”. Czuł, że to nieprawda, że wieczorami łyka doxepin, oxazepam lub valdix. Ten ostatni w spokojne dni, kiedy nikt na nią nie nawrzeszczał przez słuchawkę wepchniętą na głowę. Po oxazepamie musiał boleć ją brzuch.

Czuł, że stać ją tylko na najtańszą wódkę i papierosy bez akcyzy. Pensja nie wystarczała na luksusy, drogie alkohole i szynkę opalaną w piecu. Pieniądze kończyły się szybko, a gazownia i elektrownia co miesiąc walczyły ze sobą o pierwszeństwo na różowym blankiecie przelewu. On to rozumiał. Czuł, jak bardzo są do siebie podobni, jak ból głowy po nocy nie chce przeminąć, ale to nie szkodzi, i tak jest czymś lepszym niż codzienność. Rozumiał, pewnie lepiej niż jej wiecznie pełen pretensji mąż.

Tylko że teraz miał to wszystko w dupie.

Gówno go obchodziły problemy dyspozytorki. Potrzebował jej skupionej, bardziej niż kiedykolwiek. Całej uwagi skierowanej tylko na niego.

Powinien przecież działać jak automat.

– Kurwa!

– Słucham?

– Nie do pani. – Zamachał rękami, odpędzając od siebie słowa dyspozytorki.

Dzięki Bogu za możliwość włączenia głośnika w telefonie. Miał wolne ręce, ale nadal nie wiedział, co z nimi zrobić. Tylko raz trenował na manekinie – śmierdzącym plastikiem, setkami nieumytych zębów i wydzielinami niewiadomego pochodzenia. Uśmiechnięta kukła na podłodze sali gimnastycznej w niczym nie przypominała postaci rozciągniętej przy jego nogach.

– Należy udrożnić drogi oddechowe. Głowa do tyłu, podciągnąć żuchwę.

– To już, kurwa, zrobiłem! Ile uciśnięć?

– Trzydzieści, potem dwa wdechy.

Ułożył dłonie, jedna nad drugą. Środek klatki piersiowej, to pamiętał. Docisnął. Spomiędzy palców wylała się krew, jakby wyciskał gąbkę do mycia naczyń. Dostała się pod paznokcie i ubrudziła mankiety koszuli.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…

– Halo?! – Dyspozytorka nie była już tak opanowana.

…trzynaście, czternaście, piętnaście…

– Halo? Proszę podać adres, wyślemy karetkę! Halo?

…dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery…

– Halo?!

Patrzył, jak z każdym kolejnym uciskiem z jej ust wydobywają się bąbelki krwi. Pochylił się i wdmuchnął powietrze. Poczuł opór. Jego oddech nie dotarł do płuc. Czuł tylko gorącą ciecz na wargach.

Jeszcze raz.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…

– Halo, jest pan tam? Halo!

Opadł z sił. Pachniała płynem do zmiękczania tkanin, krwią i prochem. Kilkadziesiąt centymetrów dalej leżała łuska, a pod nią pojawił się brązowy ślad. Plama w odcieniu merbau, egzotycznego ciemnego drewna. Odcisk luksusu na imitacji olchy. Druga kategoria ścieralności, drugi sort podłóg. Taniej, jak zawsze. Wszystko: od podłogi, przez meble, żyrandole z papieru po ubrania. Zawsze z tyłu, zawsze drudzy.

Nawet teraz potrzebował pomocy.

– Nie działa! – wrzasnął w stronę telefonu leżącego na podłodze.

– Proszę podać adres, wyślę karetkę! I nie przestawać uciskać!

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć…

Czy zrobił już te dwa wdechy? Bał się, że jak przestanie wbijać dłonie w jej pierś, wszystko zaprzepaści. Że umrze pod rękami bordowymi od krwi. Wyżymał ją z życia każdym kolejnym uciskiem.

…dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery…

Kolejny wdech się nie udał. Krew zatamowała przełyk, wylewała się strumykami z obu kącików ust. Czuł, że to koniec. Wyprostował się i przysiadł na piętach. Krew, spływając po policzkach, kluczyła między stanowczo za długim zarostem, by w końcu oderwać się od skóry i upaść wprost na spodnie.

– Jest pan tam?

Spojrzał na telefon. Trzy minuty. Licznik zbliżał się powoli do czterech. Wcisnął ikonę z czerwoną słuchawką. Na czarnej tafli ekranu odbijał się odcisk palca. Próbował go wytrzeć, ale tylko rozmazał.

Zniszczył ideał.

Raz…

Dwa.

Dzień przed

Trzy krople.

Jedna po drugiej. Każda niemal identyczna i równie nieprzyjemna. Chciał wstać, załatwić sprawę po męsku. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy przeciwnika, by zmienił zdanie. Zimne, zawzięte zielone tęczówki nie dawały najmniejszych szans na obronę, nie mówiąc o ataku. Od dawna nie widział jej w takim stanie. Nie miał wyjścia.

Poddał się.

Gdyby tylko mógł usiąść wygodnie, a twarde krzesło nie zmieniło się w wielki, krwawiący hemoroid, pękający w samym środku służbowego spotkania, nawet by się z tym pogodził. Przełknąłby męską dumę i uśmiechnął niczym gospodarz telewizyjnego show. Gabriel nie należał jednak do cierpliwych. Ani pokornych. Poruszył się odrobinę, by dać odpocząć mięśniom karku.

– Siedź spokojnie, do cholery.

Nawet wkurwiona brzmiała seksownie.

– Niewygodnie mi. To przez moje niskie BMI. – Wysilił się na uśmiech.

Najchętniej wróciłby do czasów, kiedy babcia nakładała mu na talerz kopiastą porcję ziemniaków, i poprosił o dokładkę. Wepchnąłby do ust widelec z rozgotowanymi warzywami, a potem żułby tak długo, aż zęby starłyby się do korzeni. Pokaźna warstwa tłuszczu pod skórą przydałaby mu się teraz o wiele bardziej niż wystające kości wbijające się w krzesło.

Wszystko dlatego, że nie słuchał babci. Matki również. Wyniósł to z domu. On tego nie robił, jego ojciec, o dziadku szkoda nawet wspominać. Każda rodzina ma tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Jego ograniczała się do kłamstw i niesłuchania rodziców. Była gówniana, ale pielęgnował ją najlepiej jak potrafił.

Kolejne oko.

Krople kosztowały niemal jedenaście złotych. Prawie tyle, co paczka papierosów. Cholernie drogo jak na produkt, którego składnikiem jest hialuronian sodu. Myśl, że dawał sobie wpuścić do oczu coś, co równie dobrze nadaje się do nawilżania pochwy, nie działała na niego kojąco.

W przeciwieństwie do papierosów.

– No już, już. Nie było tak strasznie, co? – Zmierzwiła mu włosy. – Słyszałam, że jesteś dorosły.

– Plotki.

– Pamiętasz, że jedziemy jutro na zakupy?

– Kolejna porcja tortur – mruknął.

Kąciki jej ust nieznacznie się podniosły. Wstał i pocałował ją w czoło. Oczy cały czas piekły jak cholera, ale wolał się do tego nie przyznawać. Alicja tylko czekała na kolejną okazję, by go pomęczyć.

Lubił to.

– Głupek.

– Wiesz, że z tego, co mi wpuściłaś do oczu, można zrobić żel do powiększania piersi? Teoretycznie.

– Próbujesz mi coś powiedzieć? – Cały czas się uśmiechała.

– Przestań.

Zabrał buteleczkę z jej dłoni. Nalepka zawierała same podstawowe informacje o produkcie. Czytał takie rzeczy już wielokrotnie.

– Wyczytałeś tam coś interesującego?

– Napisali, że nie powinienem prowadzić pojazdów mechanicznych.

– Od dawna ci mówię.

Droczyła się z nim nie bez powodu. Gabriel za kierownicą zmieniał się we frustrata nieużywającego kierunkowskazów. Tylko Alicja potrafiła go uspokoić. Wystarczył drobny gest, ściśnięcie za udo, by ciśnienie wróciło mu do normy.

– Właśnie. – Spoważniała. – Wiesz, kogo spotkałam w windzie?

– Szawickiego.

– Gabriel Byś, detektyw roku. – Zmrużyła powieki. – Znowu się czepiał, że parkujesz na jego miejscu. Nie mógłbyś ustąpić głupszemu?

Mógł, jednak nie miał takiego zamiaru. Gdyby ustępował głupszym, przez całe życie chodziłby zgięty wpół, kłaniając się ich niskiemu IQ. Świat wypełniony był idiotami przekonanymi o swojej wyższości, ustępowanie każdemu z nich nie miało sensu. Ojciec nauczył go, jak radzić sobie z takimi ludźmi. Na sąsiada mieszkającego pod nimi również znalazł sposób. Mniej inwazyjny niż na Jacka, tłuściocha, który dokuczał mu w podstawówce. Wtedy odpowiednia dawka kropli przeczyszczających skutecznie unieruchomiła go na sedesie. Szawicki to jednak inny kaliber niż Jacek, który wzywał mamę, siedząc na szkolnym klopie. Poza tym Gabriel nie miał dostępu do napojów Szawickiego. No i był dojrzalszy niż w czasach podstawówki.

Odrobinę.

Temu facetowi nie miał zamiaru odpuścić. Odkąd wprowadzili się z Alicją do mieszkania jej rodziców, sąsiad zmienił się z miłego starszego pana we wrzód na tyłku. Każde spotkanie musiał skwitować kąśliwym komentarzem. Zbyt głośne rozmowy w nocy, pralka uruchomiona za późno i to nieszczęsne miejsce parkingowe pod blokiem. Każdy powód był dobry. Do Szawickiego nie przemawiały argumenty, że przecież nikt nie wykupił parkingu i każdy może stawiać swój samochód tam, gdzie mu się żywnie podoba i znajdzie akurat wolną przestrzeń. Gabriel potrafił mu odpyskować, ale Alicja wolała unikać konfrontacji z sąsiadem. Szczególnie tym, który zasiadał w radzie spółdzielni mieszkaniowej. Nowoczesnej wersji mafii, na którą nie było mocnych.

– Przecież on nie ma swojego miejsca, to wymysł tego buraka.

– Oj, wiem, ale zobaczysz, że kiedyś przebije nam opony albo podwyższy czynsz.

Zawsze znajdowała kontrargumenty. Trudno było ją przegadać.

– Przesadzasz.

– Skąd weźmiesz kasę na nowe gumy, detektywie Byś? Może mnie sprzedasz?

Uśmiechnęła się i rozpięła jeden z trzech guzików bluzki. Nosiła ją tylko w mieszkaniu, nigdy nie pokazałaby się w czymś takim na ulicy. Nawet kurierowi otwierała dopiero wtedy, gdy nałożyła coś innego. Wytarta, wyblakła i stara szmata, ale wystarczyło, że Alicja ją włożyła, a jej skóra odzyskiwała wszystkie kolory. Gabriel uwielbiał patrzeć, jak żona porusza się po mieszkaniu, a pod cienką warstwą materiału pracują mięśnie.

Tej nocy oprócz bluzki nie miała na sobie nic.

– I jak, detektywie? Oddałbyś mnie komuś innemu?

Następny guzik rozpięty.

– A może już mnie sprzedałeś? Pewnie za grube miliony jakiemuś arabskiemu szejkowi, co, Gabi?

Tylko jej pozwalał tak do siebie mówić.

– Musiałby sporo dopłacić, a wiesz, ile zarabiam.

Wiedział, do czego doprowadzą te przekomarzania. Ostatni guzik bluzki cały czas pozostawał zapięty.

– Dupek. Idę się wykąpać. – Okręciła się figlarnie, zarzucając włosami. – Zamykam drzwi na klucz i ani się waż do mnie wchodzić.

Zanim zniknęła za zakrętem korytarza, odwróciła się i pokazała mu środkowy palec. Gabriel zapobiegawczo schował ręce do kieszeni dżinsów. Kiedy usłyszał, że zamykają się drzwi do łazienki, poszedł do przedpokoju i wyciągnął z kurtki papierosy. Otworzył paczkę. Przeliczył.

Miał ochotę zapalić w mieszkaniu. Siedząc na kanapie, wlepiając wzrok w telewizor i zapominając o pracy. Alicja nie darowałaby mu tego. Kiedyś, gdy sama jeszcze popalała, może mógłby się z tego jakoś wytłumaczyć. Teraz drażnił ją zapach tytoniu i nawet przy trzaskającym mrozie musiał wychodzić na balkon. Miał szczęście, kwiecień był ciepły, choć nie tak, jak by sobie tego życzył. Przez ostatnie tygodnie owijał szyję szalikiem, kiedy szedł na balkon.

Upewnił się, że słyszy szum wody, i dopiero wtedy otworzył drzwi balkonowe. Zamknął je za sobą i włożył do ust papierosa. Wyciągnął z kieszeni krople do oczu i zapuścił po trzy w każde oko. Praca za biurkiem go wykańczała; gdyby wiedział, że każdą pierdołę będzie musiał wpisywać do raportu, poważnie zastanowiłby się nad wyborem innej ścieżki kariery. Alicja śmiała się, że jeszcze trochę, a będzie przypominał policjanta z powieści kryminalnych. Podstarzałego alkoholika i nałogowego palacza z cukrzycą. Wtedy go zostawi, by dopełnić całości i zrobić z niego jeszcze rozwodnika.

Z wysokości siódmego piętra Gabriel mógł zobaczyć niewiele. Kilka sklepów z odrapanymi dachami, parking szczelnie wypełniony samochodami, rzędy bloków, cmentarz i trasę przelotową przez miasto.

– Pieprzony Pruszków.

Zapalił papierosa, głęboko się zaciągnął i wychylił przez balkon. U sąsiada z szóstego piętra było ciemno.

Bingo.

– Mam cię.

Szawicki wyjątkowo mało sypiał. Gabrielowi wydawało się, że emeryci robią tylko dwie rzeczy: śpią i narzekają. Facet stanowił wyjątek w jednej z tych kwestii. Byś rzadko kiedy miał okazję do swojej małej zemsty, więc kiedy już się nadarzyła, nie miał zamiaru jej przepuścić. Podszedł do ściany balkonu i zza poustawianych tam po przeprowadzce kartonów wyciągnął butelkę po wodzie mineralnej. Jego mały skarb.

Ocet zmieszany z płynem do naczyń i solą, idealny środek na chwasty. By to cholerstwo dobrze zadziałało, Gabriel potrzebował systematyczności, na którą bezsenność Szawickiego mu nie pozwalała. Mimo wszystko efekty jego pracy były nad wyraz zadowalające. Rododendrony sąsiada zaczynały tracić kolor. Jeszcze trochę, a zupełnie się ich pozbędzie. Musiał uważać. Gdyby rozlał swój wynalazek na płytkach balkonowych Szawickiego, cały misterny plan spaliłby na panewce. Pół litra co kilka dni i od razu czuł się nakręcony.

Skończył palić, niedopałek wrzucił do butelki i szczelnie zakręcił. Syf z filtra papierosowego dodawał smaczku eliksirowi. Schował butelkę za kartony i wrócił do mieszkania. Zanim zamknął drzwi, spojrzał jeszcze raz na miasto.

Wyglądało na wymarłe. Tylko z oddali dochodziło echo pijackich śpiewów.

Pogasił wszystkie światła i poszedł w stronę łazienki. Słyszał, że Alicja jeszcze nie skończyła się kąpać. Złapał za klamkę.

Drzwi nie stawiały oporu.

Ona również.

Dzień pierwszy

Dobrze znał te przekrwione oczy. Nie zwiastowały niczego dobrego. Potwierdzały tylko to, co wiedział od dawna. Arek nie podchodził do pracy tragarza zbyt poważnie. Michał popełnił duży błąd, pozwalając mu prowadzić. Patrząc na zbliżające się z naprzeciwka niebieskie cinquecento, uświadomił sobie, że na narzekanie jest już za późno. Podkulił nogi i czekał na uderzenie.

– Chryste! – wrzasnął. – Odbijaj!

Arek wyrzucił papierosa przez uchylone okno i siarczyście splunął za niedopałkiem. Odbił w prawo i wcisnął się między autobus podmiejski a brudnego dostawczaka. Cinquecento minęło ich o milimetry, trąbiąc przy tym piskliwie. Michał wiercił się na siedzeniu pasażera i po raz piąty, odkąd wyruszyli spod magazynu, sprawdzał, czy dobrze zapiął pas bezpieczeństwa.

– Nie wrzeszcz mi do ucha, okej? Nie mają już chyba o czym gadać. – Arek wyłączył radio. Od rana rozprawiano tylko o tym, czy należy zmienić nazwy ulic po zbliżającej się kanonizacji Jana Pawła II. – Muszę się skupić na drodze, a twoje lamenty nie pomagają. Widziałeś tego dupka z cienkusa?

– Nie nazwałbym go dupkiem, jechał przepisowo.

– No właśnie.

Wjeżdżali właśnie do Pruszkowa, kiedy odezwała się nawigacja. Kojącym i aseksualnym kobiecym głosem oznajmiła, że za pięćset metrów powinni skręcić w lewo. Tuż obok stadionu piłkarskiego, który nawet w sezonie straszył pustymi miejscami na trybunach.

– Masz telefon do tej paniusi?

Michał wyjął notatnik ze schowka i odszukał zlecenie. Na wydrukowanej kartce powinien mieć wszystko napisane, ale oprócz adresu i nazwiska zleceniodawcy nie było na niej nic.

– Zgadnij.

– Jakim cudem to jeszcze nie pierdolnęło, to ja nie wiem. Lepiej, żeby była w domu, bo za trzy minuty będziemy na miejscu.

Stanęli na światłach, a Michał coraz bardziej się niecierpliwił. Mieli być u klientki dokładnie o dziesiątej rano, co oznaczało, że są już spóźnieni piętnaście minut. Spojrzał na park. Miejsce, w którym chętnie by się teraz znalazł. Drzewa zaczynały pokrywać się zielenią i wracać do życia. Nawet staw wyglądał na czysty i zadbany. Przynajmniej na tyle, że po wpadnięciu do wody nikt nie musiałby jechać do szpitala chorób zakaźnych.

Kolejne światła uliczne i kolejny przestój. Główna ulica przecinająca Pruszków zatykała się nawet w ciągu dnia. Nawigacja poprowadziła ich skrótem, wydłużając tym samym czas przejazdu. Michał zaklął cicho i pożałował, że nie pokierował Arka inaczej. Skrzyżowanie Bolesława Prusa z Armii Krajowej zabijało nadzieję w każdym zmotoryzowanym mieszkańcu miasta. Sznur samochodów i ich nerwowo migające kierunkowskazy zapowiadały kolejne minuty straconego przez nich czasu. Korki cieszyły tylko właścicieli przydrożnych sklepów, którzy wpatrywali się w ich samochód oklejony zdjęciami kartonów.

Kiedy w końcu wjechali na podjazd, Michał odetchnął. Spóźnienie mieściło się w granicach akceptowanych przez klientów. Stali przed osiedlem, które jak wszystkie nowe sprawiało wrażenie luksusowego. Kostka, zielona trawa między niskimi blokami, monitoring, ochrona. Dwóch staruszków w czarnych mundurach przechadzało się leniwie między ławeczkami. Michał chciał wysiąść, ale szlaban, przed którym zaparkowali, cicho się podniósł. Ochrona musiała ich zauważyć.

– Klasa. – Arek odpalił kolejnego papierosa. – Ceny też pewnie nie najniższe. Założę się, że mieszkają tu same prostytutki i alfonsi. Wiesz, który to budynek?

Bloki sprawiały wrażenie identycznych. Kremowy kolor fasady, jednakowe klatki schodowe i zasłonki w oknach. W tych, w których cokolwiek już wisiało. Większość mieszkań wyglądała na niezamieszkane, przez szyby można było dostrzec wygładzone ściany i zwisające z sufitu kable.

– Chyba tamten. – Michał wskazał budynek po prawej stronie. – Nie ma ich za dużo. Zaparkuj pod ostatnią klatką.

Dotoczyli się pod samo wejście, a jeden z ochroniarzy, który od samego początku ich obserwował, ukradkiem wziął łyk z butelki skrywanej pod mundurem. Nowe osiedla to raj dla firm przeprowadzkowych, monterów oraz wszelkiej maści fachowców. A każdy odrobinę wstawiony. Ochroniarz nie miał zamiaru odstawać od ogólnie przyjętych norm.

– Idź pierwszy. – Arek zgasił silnik. – Zaraz przyjdę. I nie patrz tak na mnie.

– Mam nadzieję, bo ostatnio to ja musiałem wszystko ogarniać, zanim się łaskawie wtoczyłeś na górę.

– Dobra, dobra, zaraz będę. Weź graty.

Dyskusja do niczego by nie doprowadziła. Kłótnia tym bardziej. Arek miał swoje przyzwyczajenia, których lepiej było nie ruszać. Michał odpuścił. Wolał unikać sytuacji, kiedy przy znoszeniu szafy ta przypadkiem lądowała na jego stopie.

Klatka schodowa pachniała niewyschniętą szpachlówką, płytkami oraz fugą. Wszystkim, co daje poczucie dobrze wydanych pieniędzy. Michał mógł się przejrzeć w ułożonych na ścianach płytkach. Odbijały niemal wszystko, zupełnie jakby beżowe kafle były ze szkła lustrzanego.

Kiedy przyjechała winda, rozległ się cichy, przyjemny głos oznajmiający, że drzwi się właśnie otwierają. W środku wciąż była wyłożona dyktą, oklejoną praktycznie na całej powierzchni reklamami lokalnych fachowców. Wykładanie płytek, meble na zamówienie, hydraulik, nawet uśmiechnięta pani w wyzywającej pozie, reklamująca żaluzje. Miejsca, gdzie jeszcze nie było naklejek, zapełniały napisane flamastrem numery telefonów tych, którzy nie mieli pieniędzy na drukarnię.

Jak na nowoczesną windę, ta poruszała się wyjątkowo powoli. Michał zdążył przeczytać niemal każdy napis, zanim drzwi otworzyły się na trzecim piętrze.

Korytarz nie wyglądał tak zachęcająco jak lobby. Podłoga wprawdzie świeciła jak generalskie buty, ale ściany pomalowano najtańszą farbą. Wszystkie drzwi były identyczne. Gruba, jasna imitacja drewna z ciemnym judaszem pośrodku i plakietką z numerem przy futrynie. Szukał dwieście szesnaście. Michał szedł korytarzem i czuł na plecach chłód świeżych murów. Miejsce przypominało więzienie w Norwegii. Schludne i nowoczesne, ale śmierdzące gettem. Brak okien i sztuczne światło potęgowały uczucie odosobnienia.

Głośne piśnięcie obwieściło ponowne przybycie windy. Michał drgnął na dźwięk rozchodzący się echem po korytarzu. Zupełnie zapomniał o Arku, który wyminął go, zostawiając za sobą woń papierosów. Szybko znalazł właściwe drzwi i zapukał. Kiedyś nieopatrznie użyli dzwonka, a potem przez cały dzień słuchali narzekań klientki, że obudzili jej dzieciaka.

Po pierwszym stuknięciu drzwi nieznacznie się uchyliły. Arek spojrzał na Michała i wzruszył ramionami.

– Wchodzimy?

– Byliśmy umówieni. – Michał odstawił walizki z wkrętarkami na podłogę. – Policji na nas przecież nie naślą.

Tego nie był jednak pewien. Odkąd zaczął pracować przy przeprowadzkach, natknął się na różnego rodzaju dziwaków. Staruszka, która proponowała mu seks zamiast zapłaty, to tylko jeden, niezbyt odrażający, przykład.

– Dzień dobry.

Nie za głośno, by nikogo nie obudzić, lecz na tyle wyraźnie, by zaakcentować swoją obecność.

– Byliśmy umówieni.

Nie wiedział, kogo chce usprawiedliwić tym stwierdzeniem. Arek stał na korytarzu i nerwowo się rozglądał. Od dnia, kiedy został poszczuty psem przez klienta, zawsze wchodził jako drugi.

– Dziwnie pachnie – powiedział, idąc za Michałem. – Ale smacznie.

Michał stąpał ostrożnie po panelach, patrząc co chwila, czy nie zostawia za sobą brudnych śladów. Nowe rzeczy zawsze niszczą się najszybciej. Podłoga, samochód czy telefon. Po miesiącu wyglądają jak wyrwane siłą z psiego przełyku.

A mógł dać sobie spokój. Od początku, oprócz zapachu, uderzył go panujący w mieszkaniu nieład. Powyrzucane na podłogę ubrania, kosmetyki. Część z nich ciągle w firmowych opakowaniach, z metką i w folii. I cisza. Żadnego dźwięku gotowanej wody, odkurzacza, telewizora czy gaworzenia dobiegającego z sypialni.

Pustka.

Pod butem Michała coś zachrzęściło. Zamarł, podniósł lekko nogę, by ocenić straty.

– Co zepsułeś? – Arek oparł się na jego plecach.

– Nie wiem. Chyba tusz do rzęs.

Opuszczone rolety i panujący półmrok nie zwiastowały niczego dobrego. Mieszkanie było niewielkie. Na wprost mieli zamknięte drzwi do sypialni oraz przejście do otwartego salonu. Gdzieś w jego rogu prawdopodobnie kryła się kuchnia. Lokal miał najwyżej czterdzieści kilka metrów, ale wydawał się znacznie mniejszy. Nieprzemyślany rozkład pomieszczeń zmniejszał je jeszcze wizualnie. Syf na podłodze i ta cisza nie martwiły Michała tak jak to, co zobaczył na drzwiach łazienki.

Czerwień na białej imitacji drewna przechodziła niemal w czerń. Gdzieniegdzie pośród nierównomiernych śladów Michał widział bąbelki powietrza. Tak jakby drzwi zostały czymś zarażone, a ich powłoka zaczęła gnić i puchnąć.

Pierwsze uderzenie gorąca przyszło nagle. Michał poczuł, jak płuca przestają pracować, a ciało mimowolnie się napina. Zdał sobie sprawę, że wymazane cieczą drzwi są pokryte odciskami niewielkich rączek. Raz przedstawiały całą dłoń, a raz tylko któryś z palców. Zapełniały powierzchnię od podłogi aż do klamki. Arek za jego plecami oddychał coraz ciężej, aż głęboko wciągnął powietrze i zamilkł.

Wtedy go dojrzał.

Stał w salonie i wpatrywał się w nich spokojnie, przechylając głowę nieznacznie w lewo. Podniósł coś z podłogi, uśmiechnął się i ruszył w ich kierunku. Mógł mieć najwyżej pięć lat. Cały umazany czarną, gęstą cieczą.

– Aleś nas przestraszył. – Arek odezwał się jako pierwszy. – Gdzie mamusia?

Chłopiec zostawiał za sobą ciężki, brudny ślad. Podrygiwał, zbliżając się do nich. Stanął przed Michałem. Wyciągnął rękę i czekał. Nawet we włosach miał ślady mazi. Michał nie miał najmniejszej ochoty dotykać bachora, ale złapał go ostrożnie za palce, by nie wyjść na nieczułego. Dzieciak pociągnął go w stronę łazienki.

– Chryste, za dużo horrorów się naoglądaliśmy. – Arek poczłapał w głąb mieszkania.

Stali przed brudnymi drzwiami, a Michał próbował dopatrzyć się na nich jakiegoś wzoru. Dzieciak wepchnął mu coś ciepłego między palce i usiadł na podłodze. Podniósł z ziemi kredkę i zaczął kreślić na jasnych panelach kółka w kolorze morświna.

– Matka cię zabije – mruknął Michał, miętosząc otrzymany prezent.

Czuł, jak dłoń robi się lepka. Rozprostował palce. Wszystko wokół przestało mieć znaczenie. Wrzask Arka dochodzący z salonu, chrobotanie pękających pod nogami kredek i uderzenie gorąca, które rozlało się po całym ciele. Liczyło się tylko to, co drażniło skórę.

Na jego dłoni, między linią życia a linią serca, kołysało się ludzkie oko.

Na miejsce Byś dotarł przed czternastą. Dyżur kończył za dwie godziny. Teoretycznie, bo po tym, co usłyszał, wiedział, że nie ma żadnych szans na wcześniejszy powrót do domu. Alicja nie będzie zadowolona. Z pałacu wyjechał swoim samochodem, wolał nie wracać później na garaże tylko po to, by odstawić służbówkę.

Kiedy dojeżdżał pod wskazany adres, pomarańczowi kręcili się bez celu wokół ambulansów. Podobnie jak policjanci, którzy odebrali zgłoszenie. Teraz musieli cholernie żałować, że na nie odpowiedzieli. Właściwie nie mieli już czego tutaj szukać, ale nikt nie pozwoli im tak łatwo się ewakuować.

Wysiadając z samochodu, Gabriel nie mógł pozbyć się wrażenia, że czegoś mu brakuje. Najpierw sprawdził kieszenie – portfel, klucze i telefon były na swoim miejscu. Fajki też. Rozejrzał się po okolicy. Pogotowie – jest. Policja – jest. Tłum gapiów – jest. Brakujące ogniwo dostrzegł po przeciwnej stronie ulicy.

Siedzieli w samochodzie zaparkowanym pod drzewem. W czarnych garniturach, zapiętych pod szyję koszulach i jednakowych krawatach. Z lekko opuszczonych okien wydobywał się przyjemny zapach dymu papierosowego. Byś również zapalił i dopiero gdy mocno się zaciągnął, a cały smog trafił do płuc, zapukał w szybę od strony kierowcy.

– Czego? – Facet opuścił szybę do końca. Nie wydawał się zachwycony obecnością osób postronnych. Z pewnością był za to znudzony.

– Powiem to raz i mam nadzieję, że potraktujecie mnie panowie wyjątkowo poważnie.

Przykucie uwagi: jest.

– Co?

– Wypierdalać.

Pierwszy szok: jest.

– Nie ma i nie będzie tutaj żadnej skóry do zabrania. Nie ten kaliber. Ktoś wprowadził was w błąd. Zdarza się. A teraz grzecznie sobie pojedziecie i pozwolicie mi popracować.

Byś poprawił kurtkę w taki sposób, by na sekundę faceci dojrzeli broń. Nie chciało mu się wyciągać blachy. Poskutkowało, silnik karawanu zacharczał, a łowcy odjechali. Zazwyczaj tak się nie zachowywał, ale pożałował facetów w przepoconych imitacjach Armaniego. Siedzieliby do wieczora, a potem i tak odjechaliby z kwitkiem. Wiedział, że ciało trafi najpierw w zupełnie inne miejsce. Ich praca nad upiększeniem zwłok zacznie się najwcześniej po weekendzie.

Przechodząc obok gapiów, liczył na jakieś ciekawostki. Słowa, które naprowadzą go na cokolwiek, zanim zobaczy sztywniaka. Sąsiedzi widzą najwięcej, mogą nie wiedzieć, jak nazywa się ten spod trójki, ale markę jego samochodu i godziny pracy podadzą bezbłędnie. Relikt czasów, gdy telewizja nie dostarczała odpowiedniej ilości rozrywki. Tylko że tym razem Byś nie usłyszał niczego związanego ze sprawą. Dwie babcie zastanawiały się, dlaczego na targu jakiś Marek cały się wyperfumował, a grupka młodzieży konsekwentnie liczyła drobniaki i typowała, kogo posłać po piwo. Padło na chłopaka wciśniętego w nienaturalnie wąskie spodnie, który pod nosem miał ślady młodzieńczego zarostu, a na twarzy najmniej pryszczy ze wszystkich.

Wchodząc na teren osiedla, Byś już był zmęczony. Liczył na spokojny weekend, miał mieć wolne po raz pierwszy od bardzo dawna i nawet wizja zakupów z Alicją nie mogła mu tego popsuć. Podszedł do pierwszego ambulansu. Pomarańczowy stał z boku, dopalał papierosa, wpatrując się w telefon i nerwowo ruszając przy tym kciukiem. Na składanych noszach siedział młody chłopak. Zaciekle tarł prawą dłoń. Skóra rolowała się wokół jego palców.

– Co robisz? – wolał zapytać, niż zmuszać faceta siłą do przerwania swoich manewrów. Choć miał na to ochotę.

Chłopak odwrócił głowę. Byś widział takie spojrzenia wielokrotnie. Moment, w którym uświadamiasz sobie, że twoje życie jest nic niewarte, a ciało to zbiór połączonych ze sobą śmierdzących świństw.

Paskudna chwila.

– Nie, nie, nie! – krzyknął. – Nie na to się pisałem, kurwa! Nie na to!

– Spokojnie.

To prawdopodobnie ostatnie, co chłopak chciałby usłyszeć, ale pocieszaniem innych Byś nie radził sobie najlepiej. Na szczęście nie za to mu płacili. Podszedł do ratownika, który właśnie rzucił peta wprost pod jego nogi.

– Sorka. – Pomarańczowy uśmiechnął się przepraszająco.

– Dawaliście mu coś? Rolkę?

– Piętnaście domięśniowo.

Po takiej dawce relanium facet zaraz odleci. Przesłuchanie Gabriel może sobie odpuścić, a widząc, z jakim zapamiętaniem tamten wyciera skórę dłoni, wiedział, że to i tak nie miałoby najmniejszego sensu.

– Magister kazał – usprawiedliwił się ratownik. Musiał zauważyć niezadowolenie na twarzy Bysia.

– Dobrze zrobił. A gdzie ten drugi?

– Ostatnio widziałem go, jak rzygał pod tamtym krzakiem. – Wskazał ręką niewielką tuję. – Ale teraz to nie wiem. Wy go chyba powinniście pilnować, co?

Powinni.

Nawet się facetowi nie przedstawił. Pomarańczowy musiał wyczuć, że jest policjantem. Efekt służbowego wyczuwania swoich. Byś śmierdział psem na kilometr. Alicja wielokrotnie mu o tym mówiła, nawet kiedy jeszcze nie byli parą, a ich spotkania ograniczały się do okazjonalnego popalania trawki na tyłach sklepu jej ojca.

– Gdzie magister? – zmienił temat.

– Na górze. – Ratownik przesunął kciukiem po ekranie telefonu. – Albo w sklepie. Swoje zrobił.

Rozmowa dobiegła końca, a przynajmniej do takiego wniosku doszedł ratownik. Bez słowa odwrócił się i odszedł w stronę drugiej karetki. Byś obserwował, jak chłopak zaczyna odczuwać skutki relanium buszującego po organizmie. Uspokoił się, a jego ręce przestały pracować jak u szwaczki na speedzie. Osunął się na leżankę i zamknął oczy.

Kolejny ambulans stał pusty. Za to obok niego Byś zobaczył coś, o czym chyba zapomnieli powiedzieć mu przełożeni. Otulonego kocem ratunkowym dzieciaka. Stojący nad nim facet polewał mu głowę wodą z butelki. Tonęli w dużej brunatnej kałuży, która rozlewała się między kostkami Bauma, brudząc im buty. Starszemu wysłużone adidasy, a małemu niebieskie tenisówki. Odblaskowy koc odwracał uwagę od zapłakanej twarzy chłopca i od tego, że mężczyzna polewający mu cały czas głowę w kącikach ust ma zaschnięte resztki jedzenia.

Zanim Byś zdążył się odezwać, podszedł do niego policjant z prewencji. Jeden z tych, których wzywa się na miejsce, kiedy zapłakany głos z telefonu oznajmia dyspozytorowi, że ktoś prawdopodobnie nie żyje. Ci kolesie widują wyjątkowo paskudne rzeczy, chyba że mają potężnego farta i zgłoszenie okazuje się żartem.

– Tutaj nie wolno wchodzić – powiedział, podnosząc ręce w pojednawczym geście. – Proszę o opuszczenie terenu.

– Komisarz Gabriel Byś, stołeczna mnie przysłała – odparł, nie odrywając wzroku od przedziwnej pary.

– W takim razie powinien pan zobaczyć to, co się stało na górze. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Gdyby Byś liczył, ile razy mówiono mu te same zdania, dawno skończyłyby mu się pola w excelu. Każdy myśli, że jego trup, jego znalezisko, jest tym jedynym, wyjątkowym. Że odmieni życie tego, kto je znalazł i jako pierwszy poczuł smród. To kłamstwo podsycane przez fantastów piszących scenariusze. Jajecznica dalej smakowała tak samo, nieważne, ilu umarlaków widziało się przed śniadaniem.

– Jesteś tu nowy, co? Kto to?

– Świadek – odparł, po czym mniej pewnie dodał: – Obydwaj.

– Powiedziano mi o dwóch facetach. Chcesz mi powiedzieć, że ten gówniarz widział ciało?

– On je znalazł. Mniej więcej. Proszę się nie martwić, technicy zebrali wszystko, czego potrzebowali, zanim zaczęła się awantura.

– Jaka awantura? – Byś nie był przekonany, czy naprawdę chce wiedzieć.

– No, ratownicy powiedzieli, że nie wpuszczą małego do karetki. Przynajmniej nie w takim stanie. Twierdzili, że wszystko by im pobrudził krwią. No i nie wpuścili. Dali koc i tyle.

Łzy dzieciaka łączyły się z wodą i krwią sączącą się z jego długich włosów. Wyglądał na małego hipisa, który wziął o jedną dawkę za dużo. Przekrwione oczy, rozbiegany wzrok i odblaskowy koc zrobiły z niego choinkę w środku wiosny. Facet polewający go wodą wytrząsał właśnie ostatnią kroplę z butelki, gdy Byś do nich podszedł.

– Skończyła się, muszę iść po następną – wyszeptał.

– Kolejna nic nie da, spójrz na niego. – Gabriel odsunął go od chłopca. – Jest czysty, bardziej już nie będzie.

– Nie, muszę iść po następną, nie wpuszczą go takiego.

– Wpuszczą.

Szok. Widywał takie reakcje wcześniej. Niektórzy nigdy nie otrząsną się z tego, co zobaczyli. Zapiją się i powieszą na strychu w najlepszym razie. W najgorszym wsiądą za kierownicę, by przejechać kogoś na pasach. Byś do dzieci na miejscu zbrodni nie mógł się jednak przyzwyczaić. Nieważne, w jakiej roli występowały. Kiedy poprzednio prowadził dochodzenie w Pruszkowie, policjanci wyłowili z Utraty martwego niemowlaka. Matka stała na brzegu, ściskając w dłoniach reklamówkę z trzema marchewkami. Miała zrobić z nich papkę dla córki. Mówiła tylko o nich. Zdawała się nie widzieć, jak operacyjni wyciągają z błota coś, co kiedyś było jej dzieckiem.

Aresztował kobietę dwa tygodnie później. Wtargnął do jej kuchni, kiedy karmiła drugie dziecko, trzylatka ze śladami przypaleń po papierosach i kawałkami szkła w żołądku. Klasyczny kompleks Medei. Rodzina zawsze zajmuje miejsce na podium dla podejrzanych, ale tych dwóch facetów musiał wziąć pod uwagę.

– Jak masz na imię? – spytał łagodnie.

– Arek. Arkadiusz.

– Dobra, idź do karetki i zobacz, jak się czuje twój przyjaciel. Zaraz przyjdzie lekarz i da ci coś na uspokojenie.

Facet spojrzał jeszcze raz na chłopca, sięgającego mu ledwie do pasa, i odszedł, mamrocząc coś o środkach czyszczących, które miał schowane w samochodzie. Byś przykucnął przed dzieckiem. Mały miał wystarczająco dużo zmartwień, by dodawać do nich jeszcze ból karku.

– Cześć, mam na imię Gabriel – zaczął niepewnie. – Zimno ci?

Chłopiec niemrawo przytaknął, pociągając przy tym nosem; oddychał coraz ciężej. Byś odsunął poły koca i złapał go za rękę. Była lepka i gorąca.

– Chodź, usiądziemy w karetce. – Pociągnął go lekko. – Tam jest cieplej.

Nie musiał prosić, dzieciak ruszył za nim bez oporu. Koc ciągnął po ziemi, zbierając cały brud ulicy. Wyglądali, jakby szli na szkolne przedstawienie. Ojciec i Mały Książę w za dużej pelerynie. Byś podsadził go i wszedł za nim do pustej karetki. Dopiero teraz mógł mu się przyjrzeć. Nie był przerażony, tylko zobojętniały, a płakać musiał z zimna lub z powodu idioty wylewającego mu wodę na środek głowy.

– Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.

Stojącemu obok policjantowi kazał pilnować dzieciaka, a sam podszedł do ratownika, niezmiennie wpatrzonego w ekran smartfona. Stanął tak blisko, że czuł zapach leków.

– Nie narobię ci smrodu – Byś chwycił go za nadgarstek z taką siłą, że telefon upadł na ziemię – ale znajdź w tej chwili lekarza i zrób tu porządek. Jak wrócę, mały ma być w lepszej formie. Oddycha jak zdyszany pies, zróbcie coś z tym.

Gabriel wszedł do klatki schodowej, zanim ratownik pozbierał kawałki telefonu z ulicy.

Na korytarzu roiło się od policjantów. Rozmawiali przez komórki, jeden robił sobie pamiątkowe zdjęcie, trzymając w wyciągniętej łapie telefon wycelowany w zbyt krzaczaste wąsy. Byś trącił go barkiem, ale tamten tylko go przeprosił i szczerze się uśmiechnął, odsłaniając kremowe zęby.

W mieszkaniu było zdecydowanie luźniej. Jakby wszyscy zainteresowani wyszli puścić dymka albo zadzwonić do żon, że spóźnią się na kolację. On też powinien. Ominął porozrzucane na podłodze przybory do makijażu i porozstawiane przy nich numerki. Na ścianie oprócz wieszaka Gabriel zauważył jeszcze coś: niewielką ramkę z włożonym do środka banknotem. Przysunął się bliżej. Czerwona twarz przypominała mu jakiegoś renesansowego malarza. Dziwne nakrycie głowy i niewyraźny uśmiech. Pod liczbą dziesięć dostrzegł napis „Leonhard Euler”, a w lewym górnym rogu banknotu niewielki krzyż i napis zdradzający, skąd pochodzi waluta.

– Szwajcaria – powiedział sam do siebie. – Raj bankierów.

Postać z banknotu wpatrywała się wprost w drzwi łazienkowe do połowy wysmarowane krwią. Gabriel dostrzegł w śladach pewną prawidłowość. Odciski małych dłoni rysowały zoo. Żyrafę, słonia i zebrę.

Wyglądało na to, że trochę tu zabawi.

Technicy skończyli fotografować pomieszczenia i zabrali się do swojej ulubionej rozrywki. Patroszenia. Nic nie dawało im takiego kopa, jak możliwość zbierania niewidzialnych dla reszty śmiertelników pyłków. Chowali się za maseczkami i kombinezonami, ale ich oczy rozświetlała ekscytacja. Zupełnie jakby odpakowywali prezent pod choinką. Znak, że prokurator i lekarz medycyny sądowej są gdzieś w okolicy. Inaczej technicy szwendaliby się bez celu, przyglądając się pęknięciom na ścianach.

– Siema.

Gabriel znał ten głos. Nie pamiętał tylko, jak na imię ma jego właściciel. Chyba mówili na niego Bruce.

– Nie piszesz, nie dzwonisz. Powinienem się obrazić.

Przybysz podszedł, piszcząc gumową podeszwą. Rozłożył wielkie ramiona i przycisnął Bysia do piersi. Teraz sobie przypomniał.

– Janusz Pilsz – powiedział, gdy tamten uwolnił go z niedźwiedziego uścisku. – Wiesz, jak jest. Praca i ciągle więcej pracy.

– Dobra, nie tłumacz się, komisarzyku. Ciężki powrót. – Uśmiechnął się. – Rozumiem. Masz wybaczone.

Wpadając na Janusza w ciemnym zaułku, można było dostać rozwolnienia. Facet przewyższał Gabriela o kilkanaście centymetrów, miał ogoloną na zero głowę i szelmowski uśmiech. Przypominał Bruce’a Willisa z czasów, gdy dosiadała go jeszcze Demi Moore. Tylko że skrzyżowanego z nosorożcem i misiem pandą.

– Ale nie myśl, że zapomniałem o tej obiecanej wódce.

– Pamiętam, nie było jakoś okazji. – Byś nie kłamał; nie miał czasu dla żony, a co dopiero mówić o facecie, z którym raz pracował. – Kogo przysłali?

W teorii to nie oni zajmowali się sprawą. Owszem, chodzili po melinach i odmrażali tyłki, siedząc nocami pod domem podejrzanego, gdy ten w najlepsze zabawiał się z panienką. Ale cały splendor i tak spływał na prokuraturę. Policja to narzędzie, którym się wysługiwała, lub wiadro do spluwania, kiedy sprawa nie była rozwojowa. Dobry prokurator to jak wygrana w totka lub negatywny wynik badania na HIV.

– Nie jest źle. – Janusz poprawił blachę wiszącą na środku klatki piersiowej. – Bertrand. Siedzi w sypialni i bazgrze w notatniku.

Pilsz miał rację, mogli trafić gorzej.

Drzwi sypialni otworzyły się i wyszedł z nich okrągły facet w za małym czarnym garniturze. Bertrand Stachowicz uwielbiał garnitury, choć nie potrafił ich dobierać. Spodnie, zamiast łagodnie opadać na buty, odsłaniały szare skarpety, mechacące się jak sierść myszoskoczka. Mankiety koszuli były zbyt odsłonięte i wyraźnie kontrastowały z marynarką. Typowy małomiasteczkowy, sfrustrowany urzędnik z wiecznie opadającymi na nos okularami. Byś jednak wiedział, że to kamuflaż.

Prokurator miał tylko jeden cel: wpisanie się w odgórne statystyki rozwiązywalności spraw. I Stachowicz był w tym najlepszy.

– Jest pan w końcu. – Prokurator zamknął notatnik. – Bertrand Stachowicz.

– Komisarz Gabriel Byś.

Dłoń prokuratora w dotyku przypominała źle wyfiletowaną rybę z łuskami ostrymi jak popękane szkło. Byś nie kwapił się z przypominaniem, że już się kiedyś poznali.

– Wprowadzono pana?

– Coś mi tam przez telefon powiedziano.

– Możemy zatem zaczynać, lekarz czeka.

Stachowicz odwrócił się i ruszył w stronę salonu. Byś wytarł mokrą dłoń w spodnie, klepnął Pilsza w ramię i poszedł za prokuratorem.

Pokój wyłożony jasnymi panelami sprawiał wrażenie przytulnego. Zielona kanapa, stolik kawowy, czarno-białe zdjęcia Nowego Jorku i mostu Golden Gate, mekki samobójców z San Francisco. I oczywiście ogromny telewizor na ścianie. Wystarczyło cyknąć fotkę, a następnie umieścić ją w katalogu Ikei między łazienkowymi nowościami i kuchniami w stylu vintage. Spece od grafiki komputerowej z tym pewnie nie mieliby problemu, ale musieliby się nieźle natrudzić, żeby wymazać ze zdjęcia trupa. Leżący w centralnym punkcie pokoju, odciągał uwagę od stojaka na gazety wykonanego z prawdziwego drewna.

Wokół ciała pełno było krwi. Nawet na suficie Byś dostrzegł pojedyncze czarne krople. Lekarz musiał się postarać, by podejść do ciała, nie brudząc sobie butów owiniętych folią. Gabriel też powinien założyć na nogi te lekarskie kondomy, które wciskano mu w każdym szpitalu, ale oczywiście ich nie wziął, bo nie sądził, że przyjdzie mu zmierzyć się z czymś takim. Miał tylko lateksowe rękawiczki, po których palce zawsze cuchnęły zużytą prezerwatywą.

Krew z przeciętej tętnicy szyjnej musiała trysnąć pod dużym ciśnieniem. Potrzebowała odpowiedniego impulsu, żeby buchnąć jak gejzer. Wymalowany na podłodze i suficie wzór potwierdzał przypuszczenia Bysia: ofiara musiała cholernie bać się napastnika.

Lekarz, schowany w zielonym kombinezonie, pochylał się nad ciałem kobiety. Rozpinał jej bluzkę z pieczołowitością kochanka. Każde zagłębienie, pieprzyk i czarny skręcony włosek miał na wyciągnięcie ręki powleczonej turkusowym lateksem. Mógł zrobić wszystko, a zebrani wokół obserwatorzy i tak uznaliby to za standardową procedurę. Idealne środowisko do wyhodowania psychopaty.

Tkanina bluzki odkleiła się od ciała jak zużyty bandaż. Głośno mlasnęła, opadając w kałużę krwi.

– Miałam rację. Bertrand, wisisz mi setkę.

Anna Toczeń, lekarz medycyny sądowej, profesjonalistka i niepoprawna kokietka. Sutki doktor znał każdy, kto choć raz zawitał w zimne korytarze Zakładu Medycyny Sądowej na Oczki. Zakładała jasne, przylegające do ciała koszulki. Półprzezroczyste, żeby każdy zainteresowany miał odpowiedni wgląd w jej wątpliwe walory.

– Ze stawianiem czegokolwiek poczekam na wyniki, pani doktor. – Bertrand nie należał do osób, które chętnie przyznają się do czegokolwiek.

– Mówię ci, to pocisk jest bezpośrednią przyczyną śmierci, a nie wykrwawienie. Ale jak chcesz. – Anna wstała, zdjęła maseczkę z twarzy i ściągnęła kaptur z włosów. – Zwycięstwo będzie smakowało jeszcze lepiej, kiedy podsunę ci wyniki pod nos.

Doktor jako jedyna pozwalała sobie na taki luz w rozmowie z prokuratorem. Byś podejrzewał nawet, że łączy ich pewna zażyłość. Ograniczał jednak swoją wyobraźnię. Nie było go stać na terapię, a widok tej pary parzącej się jak koty z pewnością zagwarantowałby mu kilkanaście godzin na kozetce. Nawet jeżeli widziałby to tylko w swojej głowie.

– Chyba się nie znacie. – Prokurator spojrzał na Bysia i chrząknął. – Gabriel Byś, prawdopodobnie będzie ze mną współpracował przy sprawie.

Zanim Byś zdążył cokolwiek powiedzieć, Anna przeskoczyła nad kałużą krwi i miękko przed nim wylądowała. Nie zauważył nawet, kiedy udało jej się ściągnąć z dłoni rękawiczkę. Rozmawiał w swoim życiu z wieloma patologami, żaden nie był opalony. Teraz też wycelowana w jego brzuch ręka straszyła niemal białym kolorem.

– Miło mi. Ale zdaje się, że kiedyś już mieliśmy przyjemność.

Owszem, spotkał Annę Toczeń raz, ale nie rozmawiali wtedy zbyt długo. Policjant wymiotujący na widok zwłok to komiczny widok. A jak jeszcze próbuje tłumaczyć się zatruciem pokarmowym, jego szanse na odzyskanie szacunku drastycznie spadają. Za to woźny miał wyjątkowo dobry humor, wręczając mu wiadro. Byś posprzątał po sobie, a drugi raz zwrócił dopiero na zewnątrz, strasząc gołębie.

– Nie przypominam sobie. Komisarz Gabriel Byś.

Ścisnęła mu dłoń tak mocno, że aż jęknął. Bertrand musiał to usłyszeć, bo nieznacznie się uśmiechnął. Pilsz również, choć na jego twarzy i tak zawsze gościł szelmowski uśmieszek.

– Żartowniś. Będę na pana czekała po weekendzie. Pan Marek również.

Woźny pachnący kiełbasą.

– Jasne. – Wykręcił wargi w niezrozumiałym grymasie. – Coś już wiadomo?

– Zawsze chcecie wszystko od razu, a gdzie gra wstępna? Więcej powiem po sekcji, ale jestem przekonana, że śmierć nastąpiła wskutek rany postrzałowej i perforacji klatki piersiowej. Pan prokurator uparcie skłania się ku wersji z utratą krwi. Faktycznie, jest jej tutaj całkiem sporo. Choć to akurat gówno znaczy. Zresztą, póki nie potwierdzę niczego, to dalej substancja brunatna, a nie krew.

Miała jaja, wyhodowane przez lata styczności z nieokrzesanymi troglodytami.

– Chyba muszę zgodzić się z prokuratorem. – Gabriel, patrząc na plamę, nie potrafił zrozumieć, jak to wszystko mogło wylać się z jednej osoby. Szczególnie dość nikłej postury. Denatka miała najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu, choć człowiek rozciągnięty na podłodze i otoczony wszystkim, co do tej pory trzymał w sobie, nigdy nie będzie wyglądał postawnie. Puszczają zawory, a grawitacja ściąga płyny w niecki ciała i dodaje paskudnego sinego rumieńca. Śmierć obdzierała ze wszystkiego, a zaczynała od godności.

Anna popatrzyła na zgromadzonych, ukucnęła przed krawędzią kałuży i zanurzyła w niej palec. Wyprostowała się energicznie i podsunęła go pod nos Bysia.

– Pojebało cię, kobieto?!

– Powąchaj. – Nie ruszyła się nawet o milimetr. – No przecież się nie porzygasz.

Wiedział, że nie odpuści, póki nie spełni jej żądania. Jakby po raz kolejny przeżywał swój pierwszy raz, choć tym razem to kobieta miała palce w czymś, co niekoniecznie nadawało się do spożycia.

Spodziewał się mdłego, metalicznego zapachu. Czegoś, czym inhalował się jako dziecko, gdy podtykał sobie pod nos zdarte kolano. Skóra Anny pachniała rumiankiem i tłumiła woń niemal czarnej mazi. Po chwili zrozumiał, co miała na myśli.

– Czy to…?

Czekolada? – Poprawiła włosy. – Panie Marku, niepotrzebnie się pan fatygował.

Nie pamiętała jego prawdziwego imienia. Marek, Marcin, a może Maciek. Przedstawił się dawno temu. Nigdy jej nie poprawiał, gdy zwracała się do niego po imieniu. Dlatego go lubiła. W myślach mówiła na niego „Pan Seler”: długie ręce, kręcone włosy na czubku głowy i ogromny piwny bęben, wylewający się znad paska.

– Ależ pani Kasiu, dla stałej klientki obowiązują pewne zasady – powiedział. Jego wargi w kształcie dojrzałych papryczek wygięły się w niezrozumiałym grymasie.

Idealny sprzedawca, człowiek, dla którego usługiwanie innym stało się niemal religią. Gatunek na wymarciu, wypierany przez namolnych chamów, widzących w kliencie tylko źródło zysku.

Targ stanowił odskocznię od rzeczywistości. Tutaj Kaśka spotykała się jedynie z życzliwością sprzedawców. Ludzi zwracających się do niej po imieniu. Dla faceta rozkładającego stoisko z warzywami o czwartej nad ranem i pachnącego świeżą ziemią była kimś więcej niż klientem. Była potwierdzeniem, że jego praca ma sens.

– Dziękuję – odpowiedziała, odbierając tabliczkę czekolady.

Ręce sprzedawcy musnęły jej skórę. Grube, tłuste palce ze śladami brunatnej ziemi za paznokciami i zrogowaceniami wokół stawów. Za pierwszym razem, gdy tak zrobił, poczuła obrzydzenie. W domu szorowała dłonie pumeksem. Z każdym kolejnym dotykiem przyzwyczajała się. Wiedziała, że dłonie Pana Selera nie badają jej ciała, nie chcą go posiąść i wykorzystać. Podejrzewała, że jego naczynia krwionośne zawodzą od dawna, a seks uprawiał ostatni raz, gdy czołgi jeździły po ulicach stolicy. Podczas upałów wkładała obcisłe spódniczki i prześwitujące topy, by Pan Seler mógł spoglądać na nią spod krzaczastych brwi tak długo, jak miał ochotę. Pozwalała mu na to.

Katarzyna Sokół, Matka Teresa Onanistów.

– Mam młode ziemniaczki, pani Kasiu. Zapakować?

– Nie, dziękuje. Ograniczam węglowodany. Wie pan – pogładziła się po brzuchu, rozpinając wiosenną kurtkę; chłodne powietrze napompowało jej sutki – muszę dbać o linię.

– Taka młoda panienka jak pani nie musi się przejmować linią. – Przełknął głośno ślinę.

– Ile się należy?

– Jak dla pani dwanaście pięćdziesiąt.

Podała odliczoną kwotę, zapięła kurtkę i zaczęła przeciskać się do wyjścia. Koniec przyjemności na dziś. Wybrukowany trylinką targ sprawiał wrażenie ogromnego. Długi, ale zbyt wąski, by pomieścić wszystkich zainteresowanych. Sprzedawcy zajmowali jego lwią część, zostawiając dla kupujących tylko niewielki przesmyk między straganami. Niestety, Pan Seler zawsze ustawiał się w środku, daleko od każdego z wejść.

Minęła stragan Pani Marchewki, przechodząc między nim a miejscówką Pana Ogórka. Na tyłach ich zaparkowanych samochodów stała osoba, która zapewniała jej jedną z najważniejszych i najpotrzebniejszych rzeczy.

Alkohol.

– Już myślałam, że dziś cię nie będzie.

Niewysoka kobieta z siwymi włosami upiętymi w staromodny kok. Jej ulubienica, zaraz po Panu Selerze. Szczera do bólu i bezkonfliktowa kobieta interesu. Niemal jak ona sama, tylko starsza o jakieś pięćdziesiąt lat. Jej imię pamiętała bardzo dobrze. Z najważniejszymi partnerami nie można pozwolić sobie na wpadkę.

– Ależ pani Łucjo, jak mogłabym nie przyjść. Obiecałam.

– Ech, każdy tak mówi, a potem dupa – powiedziała stara kobieta, podnosząc się żwawo ze składanego krzesełka. – Tylko obiecują, a mnie potem nogi w rzyć wchodzą od tego stania.

Łucja Król, niegdysiejsza bywalczyni warszawskich salonów, gwiazda i ozdoba każdej imprezy kulturalnej. Kwintesencja stylu oraz gracji, której mogły jej pozazdrościć wszystkie powojenne aktorki. Kaśka słyszała opowieści o niej od niemal każdego sprzedawcy na targu. Nie wiedziała, ile jest w nich prawdy, ale dwie rzeczy o staruszce wiedziała na pewno. W sile wieku puszczała się na salonach, robiąc z tego sztukę wartą każdej wydanej złotówki, a teraz handlowała najtańszą wódką w całym Pruszkowie. I najlepszą.

Kobieta renesansu.

– Czego potrzeba? – zapytała między jednym strzyknięciem w kościach a drugim.

– Zwykłej. Nie musi być czysta.

– Nie obrażaj mnie, gówniaro.

Kaśka nie potrzebowała zachęty. Wielokrotnie miała okazję przekonać się o klasie wyrobów Łucji Król. Tylko że jakość nie zawsze była tym, co ją interesowało.

– Wiem, pani Łucjo, wiem. Proszę się nie denerwować.

Handlarka schyliła się i zaczęła grzebać pod stolikiem. Miejsce pracy staruszki zastawione było badziewiem wygrzebanym przez Łucję na śmietniku. Stare buty, niedomyte naczynia, zardzewiałe narzędzia. Kaśka wiedziała, że nic z tego, co miała przed sobą, nie jest na sprzedaż. To tylko zasłona dymna dla Straży Miejskiej, która lubiła czasem wpaść na targ i sprawdzić, czy sprzedawcy nie mają kradzionego towaru.

Dobrze, że Łucja miała pomysł na biznes, kiedy jej pierwsze źródełko wyschło. Niewielu mężczyzn gustuje w starszych paniach, a jeżeli nawet, to płacą niewiele.

– To się nada. – Łucja wyciągnęła litrową butelkę z przezroczystym płynem i postawiła ją na stoliku, między płytami DVD z odcinkami Słonecznego patrolu a instrukcją obsługi traktora.

Kaśka odkręciła butelkę i powąchała. Nie wyczuła smrodu spirytusu.

– Mocne? – spytała, odstawiając butelkę na stolik.

– Będzie z siedemdziesiąt.

Idealnie.

– Ile?

– Dwie dyszki – odparła bez zająknięcia, grzebiąc wykałaczką między zębami.

– Drogo. Dziesięć.

Targowanie się to kolejny powód, dla którego Kaśka lubiła chodzić na targ.

– Dziecko, to przecież najwyższa jakość. Nie mogę. Dwie dyszki i basta.

– Pani Łucjo, dla stałych klientów obowiązują inne zasady.

Prawdy głoszone przez Pana Selera musiały się w końcu na coś przydać.

– Niech będzie… Piętnaście, niech stracę.

– Biorę.

Kaśka wręczyła pieniądze Łucji, która schowała je do malutkiej skórzanej portmonetki, a następnie wepchnęła między pokaźne piersi.

– Interesy z panią to przyjemność.

Za taki towar zapłaciłaby nawet pięćdziesiąt złotych. Zwróci jej się z nawiązką pierwszego wieczora. Brakowało już tylko ostatniego elementu. Pożegnała się z Łucją. Miała dość targu i wpadających wciąż na plecy ludzi.

Wyszła na ulicę i głęboko odetchnęła. Czuła się przesiąknięta zapachem targowiska. Ziemi, warzyw i potu, który unosił się nad tym miejscem. Żadne niedogodności nie były jednak w stanie odebrać jej przyjemności przychodzenia na targ. Za każdym razem odkrywała coś nowego. Dziś, po raz pierwszy od dawna, Pan Seler użył wody po goleniu. Najtańszej i gryzącej w oczy ostrym zapachem, ale liczą się chęci. A tych nie mogła mu odmówić. Wyciągnęła z torby otrzymaną od niego czekoladę i wyrzuciła do kosza.

Do sklepu miała jakieś dwieście metrów. Nie podobało jej się, że nowe osiedla powstają w miejscu, gdzie kiedyś tworzyło się produkty, z których miasto słynęło w całej Europie. Wiedziała również, że postępu nie da się zatrzymać. Za Porcelitem nikt już nie płakał. Widać to było na targu, gdzie stoiska z filiżankami i talerzykami omijano szerokim łukiem.

Gdyby nie nowe osiedle, Kaśka musiałaby chodzić do Społem. Na szczęście ktoś pomyślał i otworzył tuż pod balkonami mieszkańców nowocześniejsze miejsce. Takie z cenami nadrukowanymi na produktach, a nie z pożółkłymi kartkami z odręcznie wypisaną kwotą. Wchodząc do sklepu, Kaśka usłyszała syrenę karetki pogotowia. Pojazd stał przed szlabanem zagradzającym drogę w głąb osiedla. Wokół kręcili się sanitariusze i policja.

Nie miała czasu na oglądanie widowiska. Brakowało jej jeszcze jednego ważnego składnika.

Gliceryna zmieszana z wodą w proporcjach jeden do trzech.

Musiał zaimponować Annie, bo bez słowa zabrała palec spod jego nosa i wytarła o kombinezon, zostawiając na nim długi, ślimaczy ślad.

– Raczej syrop kukurydziany – sprecyzowała. – No i czekolada oczywiście.

Chyba jednak jej nie zaimponował.

– Znaczy, tak mi się wydaje – dodała, gdy spostrzegła, że wszyscy się w nią wpatrują. – Więcej powiem po badaniach oczywiście. Podejrzewam, że roztwór jeszcze zagęszczono. Może soda lub proszek do pieczenia.

– Niewykluczone – zgodził się Byś. – Choć ja obstawiałbym mąkę pszenną.

– Zlecę testy laboratorium i okaże się, kto miał rację.

– O czym wy, kurwa, gadacie? – Pilsz wypluł resztkę zapałki, którą z zapamiętaniem dłubał wcześniej między zębami.

– Sztuczna krew.

Powiedzieli to jednocześnie. Bysiowi było wstyd, że wcześniej na to nie wpadł. A powinien pierwszy to zauważyć. Od początku coś mu tu nie pasowało. I nie chodziło o wyjątkowo nieciekawe meble. W pokoju cały czas unosił się słodki, miły zapach. Nijak niepasujący do miejsca zbrodni, do tego, co widział za plecami Anny. Ogromna kałuża krwi i kobieta bez oczu. I jeszcze dzieciak, którego zostawił na dole w karetce. Jeżeli widział cokolwiek, nic z niego nie da się wyciągnąć. Po czymś takim sam przestałby się odzywać do końca swoich dni.

– Okej. A jak na to wpadliście, bliźniaki? – Pilsz wyciągnął z kieszeni kolejną zapałkę.

– Zapach, a po drugie: ilość. Spójrzcie. – Anna zatoczyła ręką łuk, jakby chciała sprzedać mieszkanie i zwrócić uwagę kupujących na przestronny salon z aneksem kuchennym. – Piętnaście, może dwadzieścia litrów. Człowiek ma w sobie około pięciu, więc ktoś albo urządził tutaj istną rzeź i wyniósł pozostałe ciała, nie zostawiając śladów, albo spreparował miejsce zbrodni. Wyjaśni się po badaniach.

Gabriel widział już różne rzeczy, ale morderca rzadko kiedy starał się tuszować zbrodnię lub robił to nieudolnie. Zazwyczaj ciało zostawało po prostu porzucone. Zapijaczeni menele, którzy podczas pijackiej libacji podrzynali sobie gardła za kawałek kiełbasy i kończyli imprezę, gdy ich kompan łapał ostatnie paniczne wdechy. Tak wyglądała codzienność. Jeszcze w Szczytnie mu uświadomiono, że praca w policji to nie film, a każdego dnia te mądre słowa znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości. I w kolejnym druczku, który Gabriel pieczołowicie wypełniał po skończonej służbie.

– Chcecie mi powiedzieć, że ten cholerny potop to jakaś sztuczka? – Bertrand jako pierwszy wypowiedział na głos to, o czym wszyscy myśleli.

– Częściowo. Jestem przekonana, że krew denatki również się tu znajduje. Niewykluczone, że innych osób także. Ale to…

– …będziesz wiedziała po badaniach – dokończył Byś za Annę.

Spojrzała na niego jak skrzywdzony szczeniaczek. Ostentacyjnie założyła rękawiczkę do badania i wróciła do ciała. Byś czuł, że zapłaci za tę zniewagę. Bertrand pewnie też dorzuci coś od siebie. Lekarze medycyny sądowej lubili sobie pogadać. Nawet to rozumiał, większość czasu spędzali w towarzystwie trupów, które niezbyt chętnie nawiązywały kontakty. Mógł się jednak powstrzymać, Anna Toczeń mimo dość męskiej klatki piersiowej była przecież kobietą. A one tak łatwo nie zapominają, nawet jeśli mówią inaczej.

Żona go tego nauczyła.

– Okej, a coś więcej mi powiesz?

Potrzebował informacji. Czekanie do poniedziałku na wyniki sekcji oraz badań krwi nie pomoże mu w śledztwie. Musiał działać szybko, zanim okaże się, że przeoczył coś ważnego lub co gorsza: ktoś specjalnie mu tego nie powiedział. Nie sądził wprawdzie, że Anna gotowa byłaby poświęcić swoją karierę, by zataić informacje, ale wolał się zabezpieczyć.

Żona go tego nauczyła.

Jak pojedzie na Oczki, weźmie ze sobą coś miłego, kobiecego. Czekoladę z okienkiem, kwiatek, a najlepiej lakier do paznokci. Słyszał różne plotki o pracownikach prosektorium. O Annie Toczeń również.

– Dobrze wiesz, kiedy będę wiedziała coś więcej.

Gabriel nie dostrzegł na jej twarzy oznak złości. Anna skończyła właśnie grzebać patyczkiem w pustym oczodole denatki i ta czynność wyraźnie poprawiła jej humor.

– Mogę powiedzieć jedno. Ktoś znał się na rzeczy. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak przeprowadzono enukleację. Czysto i schludnie, niemal operacyjna precyzja.

– Enu… co?

Pilsz nie przejmował się tym, że ktokolwiek posądzi go o bycie idiotą. Pytał, o co chciał. I jak to on, cały czas z uroczym uśmiechem Bruce’a Willisa na ustach, który zapewniał mu każdą odpowiedź.

– Wyłuszczenie oka. – Anna z rozmysłem odczekała z odpowiedzią. Lubiła być w centrum uwagi. – Zabieg stosunkowo łatwy, ale w kontrolowanych warunkach. Usunięcie gałki ocznej razem z nerwem i mięśniami to nie lada wyczyn. Nie widzę śladów otarć na głowie. Więc albo ktoś ją przytrzymywał w trakcie zabiegu, albo zrobiono go pośmiertnie. Mam nadzieję, że w grę wchodzi ta druga opcja. Inaczej musiała przeżyć wprost niewyobrażalne męczarnie. Przydałyby się obie gałki oczne, wtedy powiedziałabym więcej.

Kolejna rzecz, która umknęła Gabrielowi.

– Nie mamy obu?

– Dzieciak miał jedną i oddał ją… – prokurator zajrzał do notatek – …Michałowi Woźniakowi. Z pewnością mijał go pan po drodze. Drugiej szukamy.

– Torturowano ją? – Byś wiedział, że jak wywalą go z policji, etat wróżki ma zapewniony.

– Na przegubach ma mocne ślady otarć, co oznacza, że była skrępowana.

– Kajdanki?

– Raczej trytki. Lepiej się sprawdzają.

Odgłosy rozmów na korytarzu przycichły niemal do zera. Nieustający szum, z którego nie dało się wyłowić nawet pojedynczych słów, przeszkadzał chyba tylko Bysiowi. Nikt z zebranych w mieszkaniu nie zwracał na niego uwagi. Bertrand wlepiał wzrok na przemian w Toczeń i swoje notatki, a Pilsz wpatrywał się tylko w zwłoki. Technikami zbierającymi dowody nikt się nie przejmował. Oni sami nie wydawali się zainteresowani czymkolwiek, co nie jest związane z probówkami, patyczkami i ludzkimi wydzielinami.

To pewnie jeden z objawów starzenia się, pomyślał. Wypadają ci włosy, stajesz się drażliwy i najmniejszy hałas wyprowadza cię z równowagi. A miał przecież dopiero czterdzieści dwa lata.

Do mieszkania weszła Monika Ruszka. Sierżant, którą Byś ostatnio widział, kiedy rozwiązywał sprawę Medei. Podczas wizji lokalnej ledwo trzymała się na nogach, a parę godzin później wychodziła z komisariatu zupełnie odmieniona. Żywsza, jakby całą służbę zostawiła zamkniętą w szufladzie biurka. Dresiarski mundur, w którym teraz paradowała, zabierał jej wszelkie siły witalne.

Kiedy stanęła bliżej, dostrzegł, że bardzo się zmieniła. Skóra na twarzy poszarzała, popękane wargi, nierówno przycięte paznokcie, skórki wokół palców poobgryzane, brązowe włosy związane w kucyk wystający spod czapki z daszkiem. Nie widział jej dwa lata, a postarzała się, jakby minęło ich co najmniej dziesięć.

– Komisarz Byś! – Rozpromieniła się. – Będzie pan znowu z nami?

Bertrand, z wzrokiem w notatkach, pochrząkiwał niczym obrażona świnka.

– Prawdopodobnie – odpowiedział Gabriel i zaprezentował swój najlepszy uśmiech. – Przy odrobinie szczęścia. Byłaś na dyżurze?

– Tak, panie komisarzu.

– Mów mi po imieniu.

Złapał ją za rękę i mocno uścisnął. Ledwo poczuł opór. Tylko sflaczałe mięśnie i mokrą skórę.

– Oczywiście.

– Czego się dowiedziałaś? – rzucił Bertrand, nie odrywając wzroku od notatek.

Monika wyciągnęła z kieszeni spodni niewielki notes i zaczęła wodzić kciukiem po kartkach. Wyglądała na zniechęconą. Niespełnienie wymagań postawionych przez prokuratora wróżyło szybki zwrot w karierze. Niekoniecznie w odpowiednią stronę. Facet miał naprawdę długie paluchy i potrafił zrobić z nich użytek.

– W bloku mieszka tylko kilka rodzin. Prawie wszystkie mieszkania są już wykupione, ale stoją puste. Nie zastałam nikogo z sąsiadów. Prawdopodobnie są w pracy.

Kolejne niezadowolone chrząknięcie. Bertrand mógł wyglądać na nieszkodliwego, ale marnie kończył ten, kto psuł mu statystyki.

– Byłam w biurze sprzedaży mieszkań, to ten stary budynek przy skrzyżowaniu. Dziewczyna, która tam pracuje, znała denatkę. Zasiada też we wspólnocie. Zgodziła się nawet na okazanie.

Prokurator podrapał się po nosie, końcówką długopisu poprawił okulary.

– I?

– Ofiara nazywała się Marta Zręb – odpowiedziała Monika, spoglądając do notesu. – Lat trzydzieści dwa. Tutaj mieszkała od trzech miesięcy. Czynsz płacony na czas, zero problemów, żadnych zażaleń od innych mieszkańców. Imprez też, nawet parapetówy nie było.

– Idealny lokator. – Bertrand skwitował sprawozdanie Moniki. – Mieszkała sama?

– Podobno miała kogoś, jakiegoś wysportowanego faceta, ale nic więcej nie powiedziała. Aż tak blisko nie były.

– Dziwne, sądziłem, że kobiety opowiadają sobie wszystko.

Byś miał już punkt zaczepienia. Nazwisko zamordowanej nic mu wprawdzie nie mówiło, ale mógł je wrzucić do systemu i liczyć na cud. Niezapłacony mandat lub informacje o tym, że piła piwo w parku z grupą znajomych. A to prowadziłoby do dalszych rozpytań. Krok po kroku poznałby Martę Zręb, odczarował bezwładne ciało. Zlepek martwych tkanek, który w żaden sposób nie przybliżał go do rozwiązania sprawy. Przynajmniej dopóki Anna nie powie mu, czego dowiedziała się podczas sekcji.

– Dobra. – Bertrand zatrzasnął swój notatnik. – Nie mamy całego dnia, a to nie jest moja jedyna sprawa.

Nikt nie miał tylko jednej sprawy. Gabriel pamiętał o sześciu aktualnie przez siebie prowadzonych, z czego dwie wydawały się rozwojowe. Napad na kantor, pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Czuł, że nieprędko do nich wróci. Potrzebował czegoś, co pozwoli wykazać przed przełożonymi. Miał dość ogonów, wciskanych mu przez ostatnie miesiące. Do tej pory w Pruszkowie prowadził tylko jedną sprawę. O jedną za dużo. Liczył, że tym razem to miasto go uratuje.

Miasto, którego szczerze nienawidził. Mieszkał w nim ze względu na Alicję i warszawskie czynsze, które dziurawiły kieszeń. Pruszków stał się sypialnią. Uciekał z niej przy każdej możliwej okazji. Wolał tonąć pod stertą papierów przy biurku w komendzie stołecznej. Jednak wizja spędzenia w Pruszkowie najbliższych dni nawet go ucieszyła. Miałby bliżej do domu, uniknąłby porannych korków w Alejach Jerozolimskich i co najważniejsze, Alicja byłaby zadowolona. Jeżeli wszystko ułoży się po jego myśli, w domu będzie spędzał więcej czasu niż zazwyczaj. Czyli przynajmniej siedem godzin na dobę.

Wliczając w to sen.

Anna rozpoczynała właśnie swoją ulubioną część pracy. Wywód, którego nikt nie zamierzał jej przerywać. Plamy opadowe pojawiły się już na plecach i rękach denatki. Byś skupił się na innych rejonach ciała. Marta Zręb miała płaski brzuch. Z wyraźnymi rysami mięśni poprzecznych. Rzecz rzadko spotykana u kobiet, szczególnie tych, które były w ciąży i nie pisały potem książek dla kur domowych. Wprawdzie ofiara była młoda, ale na jej skórze powinny zostać jakieś ślady po porodzie. Gabriel nie dostrzegł nawet najmniejszego znaku rozstępów. Jedynie poprzeczna blizna poniżej pępka wskazywała na to, że ofiara była rzeczywistą kobietą, a nie wyciętą z gazety modelką.

– Janek.

Głos Moniki z trudem przebił się przez wykład Anny informujący o śladowej ilości moczu znalezionej na spodniach denatki oraz fakcie, że na przesiąkniętej krwią bluzce nie znalazła śladów po pocisku.

– Janek – powtórzyła Monika głośniej, oblizując wargi. – Tak ma na imię jej syn.

– Pani sierżant – Bertrand zerwał okulary z nosa i wycelował je w Monikę – gówno mnie to obchodzi. Widziała pani tego dzieciaka?

– Tak.

– Więc doskonale zdaje sobie pani sprawę, że jego zeznania, o ile cokolwiek z niego wydusimy, do niczego nam się nie przydadzą. Gówniarz wymazał krwią pół mieszkania, a jako zabawki używał oka matki. Kiepski będzie z niego świadek, bo pewnie w życiu nie odezwie się już ani słowem. Więc proszę łaskawie poszukać teraz kogoś, kto będzie miał coś sensownego do powiedzenia, i dać nam w spokoju dokończyć to, co zaczęliśmy. Rozumiemy się, pani sierżant?

Mocno zaakcentował ostatnie słowo. Hierarchia władzy to wyjątkowo istotna rzecz. Szczególnie dla kogoś z małym fiutkiem. Byś słyszał plotki nie tylko o Annie Toczeń.

Sierżant kiwnęła głową, ale nie wyglądało na to, żeby słowa prokuratora wywarły na niej wrażenie. Bez słowa wpatrywała się w niego, dopóki nie nałożył z powrotem okularów i nie nakazał Annie kontynuować.

– Widziałeś jakieś rzeczy dzieciaka w mieszkaniu?

Gabriel skierował swoje pytanie do Pilsza. Na pomoc Bertranda nie miał co liczyć, facetowi wyraźnie się spieszyło.

– W sypialni są jakieś zabawki. Technicy wszystko tam obmacali, więc się nie krępuj – odpowiedział i stanął bliżej prokuratora, by lepiej słyszeć jego pomrukiwania.

– Chodź – zwrócił się Byś do Moniki. – Poszukamy czegoś odpowiedniego dla Jurka, nie będzie siedział w tych zakrwawionych ciuchach. Technicy i tak będą musieli je zabrać ze sobą.

– Janka – poprawiła. – Dla Janka.

Gabriel wyciągnął telefon i przełączył go w tryb cichy. Do tej pory nie doczekał się służbowej słuchawki. Co miesiąc oddawał operatorowi haracz za kiepski zasięg, a posłowie wygrywali kolejne trofea w Angry Birds na nowiutkich, w pełni sfinansowanych przez podatników tabletach. Sprawiedliwość dla wszystkich.

Upewnił się, że nie ma włączonej lampy błyskowej, a następnie zrobił kilka zdjęć miejsca zbrodni. Ufał technikom, ale sprawę lubił mieć zawsze pod ręką. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie chciał sobie coś przypomnieć. Do tej pory na karcie pamięci trzymał zdjęcia zawiniątka wyłowionego z Utraty.

Sypialnia wyglądała na nieskażoną obecnością osób zamieszanych w morderstwo. Dużą część zajmowało ogromne łóżko z drewnianym żebrowanym wezgłowiem. Pościel pofalowana tylko z jednej strony. Szafa, niewielka komoda. Ascetycznie, czego nie można było powiedzieć o salonie. Wyróżniały się samochody zabawki stojące na komodzie. Mini morris z flagą Wielkiej Brytanii na dachu, czerwone ferrari testarossa z wybitą szybką oraz zielony maluch bez jednego koła. Wszystkie doskonale odwzorowane, ale tylko jeden kompletny. Gabriel wziął do ręki model fiata.

– Janusz chyba to miał na myśli – powiedział, obracając samochód w dłoni. – Niewiele tego. Ile lat może mieć ten dzieciak? Sześć?

– Trzy.

– Chryste. – Odstawił model na miejsce. – Nie powinien tego oglądać.

– A kto powinien?

Odpowiadając, nie patrzyła mu w oczy. Byś zdał sobie w tym momencie sprawę, że jego kolejna sprawa w Pruszkowie nie przebiega najlepiej. W ciągu godziny zdążył uszkodzić sanitariusza, zaleźć za skórę lekarzowi i prokuratorowi, a teraz był na najlepszej drodze, by zrazić do siebie Monikę. Janusz jako jedyny nie dał mu odczuć, że zrobił coś nie tak. Z tego, co pamiętał, trudno było faceta zmusić do czegokolwiek. Zachowywał się jak kot: przychodził i łasił się, gdy czegoś chciał, ale potrafił również nasikać na dywan, patrząc człowiekowi prosto w oczy.

Otworzył szufladę komody. W równych rzędach leżały poskładane bluzki, pionowo, by łatwiej je było wyciągać. Alicja podobnie układała rzeczy w ich mieszkaniu. Podpatrzyła to na jakiejś stronie internetowej z poradami i od tamtej pory skutecznie poprawiała ich życie coraz to wymyślniejszymi metodami. Do tej pory Gabriel nie zastanawiał się nad tym, jak powinno się składać koszulki ani do czego wykorzystać zużyte rolki po papierze toaletowym.

– Zobacz, czy w szafie nie ma jakichś ubrań dla dzieciaka – powiedział, zamykając górną szufladę.

Kolejna wyglądała podobnie, tylko jej wnętrze było w wersji mini. Koszulki, skarpetki i spodenki. Brakowało nadruków Myszki Miki oraz Kaczora Donalda. Bohaterowie jego dzieciństwa zostali zastąpieni przez jakiegoś dziesiątego Bena z kolorowym zegarkiem i zerowym charakterem. Everyman, z którym mogły utożsamiać się dzieciaki gnębione w szkole przez starszych uczniów.

– Dobra, mam coś.

– Cicha woda. – Monika wyciągnęła z szafy coś włochatego.

– Wygląda jak szczur. – Gabriel trzasnął szufladą. – Albo szalik z norek.

Sierżant uśmiechnęła się. Po raz pierwszy, odkąd ją dziś zobaczył. Miała odrobinę zbyt żółte zęby i za duże dziąsła, ale on był ostatnim, który rzuciłby kamieniem. Uzębienie komisarza nie należało do najlepszych, ale było stabilne. Oprócz górnej szóstki, straconej bezpowrotnie w starciu z barowym stołkiem i rozzłoszczoną matroną aresztowanego.

– Niewinny jak niemowlę. Widzisz, co jest na końcu?

Trzymała znalezisko dwoma palcami. Długa kita włosów zwisała bezwładnie metr od Gabriela. Przypominała lisi ogon w odcieniach brunatnej szmaty przechodzącej powoli w węgiel. Zakończona doskonale wypolerowaną, metalową końcówką w kształcie symbolu pik.

– To cudeńko nazywa się lisia kita. – Monika podniosła przedmiot tak, by odbijająca światło końcówka znalazła się na wysokości twarzy. – A to – wskazała palcem metal – to jest zatyczka analna.

W dupę, no!

Odskoczyła w ostatniej chwili. Żaden z kawałków potłuczonej butelki nie zdążył poranić bosych stóp. Zachwiała się, ale nie wypuściła z rąk ani destylatu od Łucji, ani oryginalnego bolsa. Nawet papieros, trzymany w ustach, stracił tylko odrobinę popiołu i dalej tlił się niewyraźnym żarem. Kaśka zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym nosem.

Oprócz butelki po whisky J&B nie odnotowała żadnych strat. Odrobina nieuwagi mogła skończyć się znacznie gorzej. Niewiele brakowało, a zahaczyłaby łokciem o najdroższą i najcenniejszą zdobycz w kolekcji. Johnnie walker blue. Whisky w kwarcowej butelce za prawie tysiąc złotych. Przed pierwszym łykiem zwilżała gardło zimną wodą, by nie stracić niczego z jej wyjątkowego smaku. Cudowna mieszanka trunków, z których najstarszy liczył ponoć sześćdziesiąt lat. Nie ufała producentom czegokolwiek, a używek szczególnie, ale w tym wypadku musiała przyznać im rację. To było coś fenomenalnego.

Żałowała, że wypiła całą w dwa wieczory. Chciała delektować się znacznie dłużej, ale potrzebowała pustej butelki. Przeklejanie etykiet było ryzykowne, a przelanie takiej whisky do czegoś innego niż szklanka nie wchodziło w rachubę.

Poszła do przedpokoju i wsunęła stopy w czerwone tenisówki tak, że piętami nadal szorowała o panele. Nie miała czasu na sprzątanie. Wróciła do kuchni i zsunęła nogą rozbite szkło. Największe fragmenty zmieściły się na powierzchni jednej płytki. Butelka przestała być problemem, przynajmniej na ten moment. Wyrzuciła papierosa do zlewu. Niedopałek odbił się od kubka z herbacianymi fusami i wylądował w słoiku po pulpetach.

– Skup się, idiotko.

Psychoterapeuta twierdził, że mówienie do siebie nie jest oznaką choroby psychicznej. Kaśka nawet mu uwierzyła. Nie przestała, kiedy jego łapy spoczęły najpierw na mięśniu obszernym przyśrodkowym, a następnie skierowały w stronę obszernego pośredniego i bocznego. Gładkie dłonie na udach to nie problem, wąskie palce na łechtaczce również. Twierdzenie, że nekrofilia jest tylko nieznacznym zaburzeniem seksualnym, to już zupełnie co innego. Sytuacja szybko się ochłodziła, ale ze spotkań z terapeutą Kaśka wyniosła coś więcej niż bloczek recept i awersję do kostnic.

Siłę.

Odkręciła butelkę bolsa i wlała do środka odrobinę wyrobu Łucji. Nie więcej niż na dwa palce, inaczej standardowa wódka zmieniała się w napój palący dziąsła. Na to nie mogła sobie pozwolić. Resztę uzupełniła wodą mineralną, zakręciła i wymieszała.

– Ujdzie.

Na kuchennym blacie stały przygotowane dziś przetwory. Trzy wódki. Górna półka. Oryginalne butelki z przyklejoną akcyzą. Recykling w najlepszej formie. Najłatwiejsze załatwiała na początku, dla rozgrzewki. Problem pojawiał się przy kolorowych alkoholach. Brandy i whisky przyprawiły Kaśkę o kilka bezsennych nocy, a dobranie odpowiedniej barwy zajęło kilka kolejnych. Herbata zmieniała smak. Bejca oraz pasta do butów tak samo. Tego wynalazku nie potrafił przełknąć nawet „Pan Seler”, któremu podarowała butelkę w ramach testu z nadzieją, że go przeżyje i zda relację.

Nie był zadowolony.

Problem ze smakiem rozwiązała, wykorzystując kurkumę. Wywar z przyprawy miał lekko pomarańczową barwę i co najważniejsze, zostawiał w ustach korzenny, ostry posmak drewna. Do whisky pasował idealnie. To, że kupiła prawie kilo kurkumy za trzy złote, tylko przemawiało na korzyść tego cudu natury. Podobnie musieli myśleć właściciele indyjskich restauracji, gdy barwili nią swój ryż „curry”.

Do uzupełnienia zostały jej jeszcze cztery butelki. Zbyt długo to odwlekała. Kiedy odkręcała danielsa, usłyszała ciche pukanie do drzwi.

– Cholera.

Zupełnie straciła poczucie czasu. Skupiona na pracy, przestawała przejmować się rzeczywistością. Strojem również. Stała pośrodku kuchni, ściskając w dłoniach jacka, mając na sobie niedobrane do kompletu figi z dziurką na prawym pośladku i stanowczo za mały stanik. Piersi wyglądały na pełniejsze, ale cholerstwo uciskało ją w niemal każdej pozycji, prócz wyprostowanej. Miała jednak powód, by odwlekać wizytę u brafitterki. Nadzieję, że ćwiczenia, które wykonywała z wyjątkową nieregularnością, na coś się przydadzą, a niechciane centymetry znikną z cycków i zadomowią się na dobre w pośladkach. Jej zdaniem zbyt płaskich, by zainteresował się nimi ktokolwiek oprócz taternika.

– Chwileczkę! – krzyknęła, zdejmując stanik.

Wrzuciła go do szafki pod blatem i odetchnęła z ulgą. Faceci nie wiedzą, co to za uczucie. Im nikt nie każe zakładać na plecy chomąta i biegać w nim cały dzień. W stanikach uwielbiała to, że zdecydowanie łatwiej je się zdejmowało, niż zakładało. Pozwoliła sobie jeszcze na kilka głębokich wdechów, zanim zaczęła chować butelki. Uderzenie w drzwi powtórzyło się. Kaśka przecięła w dzwonku kilka kabli właśnie dla takich sytuacji. Pukanie łatwiej zignorować.